Czas na czytanie: „Zła królowa” Holly Black

Dopiero po przeczytaniu książki odkryłam, że to właśnie ten tytuł jest debiutem Holly Black i to od niej właściwie zaczyna się opowieść o niesamowitych elfach. Sama zaczynałam ta przygodę od trylogii „Okrutnego księcia” i może dlatego wyszłam z założenia, że kolejna seria jest poboczną, poświęconą historii jednego z mniej istotnych bohaterów. A to właśnie od tej historii wszystko się zaczęło.

Okazuje się, że trylogia „Elfy Ziemi i Powietrza” powstała na początku lat 2000 i była już wydana w Polsce przez wydawnictwo Dolnośląskie jako „Nowoczesna baśń” („Modern Faerie Tales”), której pierwsza część to „Danina”, co jest może nieco bardziej dosłownym tłumaczeniem tytułu.

W przeciwieństwie do serii „Okrutnego księcia”, w „Złej królowej” niewiele było niesamowitości natury, która tak mnie urzekła. Nic w tym jednak dziwnego, bo i akcja toczy się przede wszystkim po Żelaznej Stronie Świata, gdzie żyją ludzie. I albo zdążyłam się trochę odzwyczaić od tego klimatu, albo akurat jest sprzyjająca aura, ale mam wrażenie, że w tej części było całkiem sporo horroru.

Nastoletnia Kaye nie ma swojego miejsca w świecie – razem goniącą za muzyczną karierą matką tuła się po barach i knajpach wielkiego miasta szykując i sprzątając po kolejnych koncertach, co łączy z pracą w fastfoodowej smażalni kurczaków. Kiedy w wyniku dziwnego splotu wypadków muszą wrócić do mieściny, w której bohaterka spędziła dzieciństwo, wracają do niej maleńcy przyjaciele z dzieciństwa, o dziwo ani trochę nie zmyśleni. Pomoc rannemu nieznajomemu o spiczastych uszach w deszczowym lesie przyciągnie do Kaye sporo kłopotów, wciągnie w intrygę na samym szczycie i pomoże odkryć niespodziewaną prawdę o sobie samej. Ale któż oparłby się czarownemu światu elfów, szczególnie, jeśli jest świadom jego istnienia od wczesnego dzieciństwa?

Jako, że to uniwersum i rządzące nim prawa były mi już znane (trochę od niechronologicznej strony, ale to w sumie nic nie szkodzi), książkę czytało mi się świetnie, a wykreowany świat wciągnął mnie od pierwszych stron. Idealnie sprawdziła się na jeden z pierwszych prawdziwie zimnych i nieprzyjemnych jesiennych wieczorów.

No i bardzo się cieszę, że utrzymano tą samą szatę graficzną. Zawsze bardzo mi się podobała, ale w porównaniu z okładkami sprzed 15 lat robi piorunujące wrażenie.  

Holly Black, Zła królowa, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: PATRONAT „Krąg. Nieproszeni goście”, Silencio

Lata 60. ubiegłego wieku, chłopięcy sierociniec w środku lasu i sześciu bohaterów o różnych charakterach, przeżyciach i traumach.

Czeka ich nawiązywanie przyjaźni, budowanie relacji i gruntowanie swojej pozycji w grupie, radzenie sobie z sympatiami i antypatiami. Zmierzą się z niejednym problemem wieku nastoletniego – od niezadowolenia ze swojego wyglądu, przez pakowanie się w kłopoty i bójki ze „starszymi chłopakami”, próby ucieczki od nauki i obowiązków, brak empatii ze strony dorosłych, aż po dylematy związane z odkrywaniem własnej seksualności i tożsamości płciowej. I choć wszystko to byłoby wyzwaniem dla każdej osoby na progu dorosłości, w tamtych czasach i bez wsparcia najbliższych wydaje się być szczególnie dotkliwe.

Jakby tego całego dorastania w nieszczególnie przyjaznych warunkach było mało, wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy – czy to możliwe, że korytarzami sierocińca przechadzają się potwory, czy po prostu chorowity i nieszczególnie lubiany nastolatek ma urojenia albo próbuje zwrócić na siebie uwagę otoczenia?

Ciemny las, niepokojące zdarzenia, owiana legendami okolica, ludowe przesądy i przekazy o magicznych paktach i rytuałach oraz brak dostępu do jakichkolwiek rzetelnych informacji potrafią rozbudzić wyobraźnię. Może się jednak okazać, że rzeczywistość jest znacznie bardziej przerażająca, niż wszystkie straszne historie opowiadane wieczorami.

Jaka tragedia wydarzyła się wcześniej w budynku sierocińca i czy aby na pewno był to wypadek? Co się stało z Whitewood – niegdyś tętniącym życiem miasteczkiem, dziś zarośniętym ośrodkiem dla niechcianej młodzieży? I co tak naprawdę czai się w lesie?

Choć po pierwszych rozdziałach miałam wrażenie, że ta książka Silencio będzie skierowana do nieco młodszych czytelników, końcówka wyprowadziła mnie z błędu. Bo i kiedy potworności – czy to ze strony dorosłych, czy sił nadprzyrodzonych – dotyczą dzieci, mające często jeszcze niewielkie pojęcie o świecie, są jeszcze bardziej poruszające. A jak już zapewne wiecie, ta autorka nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani czytelników.

Podobno cała ta książka, jest tylko rozbudowanym wstępem do całej historii chłopców z ośrodka Whitewood. I oczywiście kończy się w taki sposób, że nie sposób powstrzymać się od wyrzutów, bo „jak można przerywać w TAKIM momencie?!”. Aż strach pomyśleć co będzie dalej, nie mogę się już doczekać!

Silencio, Krąg. Nieproszeni goście, 2020, 558 s.
(premiera: 20.08.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Mandragora”, Inga

UWAGA! Recenzja zawiera SPOILERY odnoszące się do fabuły i bohaterów, co może nieco zepsuć element niespodzianki – czytacie na własną odpowiedzialność!

Jeśli macie ochotę poczytać o nostalgicznych, targanych namiętnościami, romantycznych wampirach, to trafiliście pod zły adres. Stworzonym przez Ingę kreaturom zdecydowanie bliżej do kultowego Nosferatu niż lśniącego w słońcu Edwarda ze „Zmierzchu”. Mamy tu do czynienia z pozbawionymi ludzkich emocji, lodowato zimnymi i bezwzględnymi stworami nie odczuwającymi niczego poza głodem krwi. A przy tym na tyle inteligentnymi, by stworzyć całą organizację dbającą o ich komfort i interesy.

DSC_0410c

Jeśli słysząc o transseksualiście przeprowadzającym podejrzane eksperymenty na ludziach staje Wam przed oczami Sweet Transvestite from Transsexual Transylvania prosto z „The Rocky Horror Picture Show” to również nie tutaj. Jessie jest nie tylko pełnowymiarową famme fatale ale również pozbawionym skrupułów intrygantem na usługach przedwiecznego sabatu, wodzącym na manowce ofiary przeznaczone na wampirzą przekąskę.

Ponura wizja świata w którym galopujący postęp technologiczny zastępuje ludziom nawet światło dnia.  A przecież trudno o lepsze warunki dla drapieżników, które zdają się istnieć już tylko w podaniach i legendach. Czy w świecie ciągłego nadzoru kamer i broni odbezpieczanej odciskiem palca  łatwiej jest prowadzić śledztwo? Przekona się o tym Hunter Osborn, brytyjski agent przysłany do zbadania sprawy handlu ludźmi, o który podejrzany jest warszawski biznesmen, potentat branży modowej o szerokich wpływach. Śledczy nie ma jednak pojęcia, że przyjdzie mu gonić za potworami rodem z ludowych wierzeń, a skala zbrodni, jej motywy i przebieg przekroczą jego wyobraźnię. Jakie sekrety kryje wyrafinowana partnerka podejrzanego? I co tak naprawdę mieści się w podziemiach jego posiadłości na Zagórzu?

Będzie niepokojąco, krwawo, makabrycznie, obrzydliwie i oburzająco. Co gorsza w ten fascynujący sposób przywodzący na myśl drapanie się po strupie – kiedy wiemy, że powinniśmy przestać drapać, ale jakoś nie sposób.

I będzie strasznie strasznie, bo to horror pełną gębą.

Inga, Mandragora, 2020, 382 s.
(premiera: 30.07.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Książkę możecie kupić na Bucketbook.

Czas na czytanie: „Wigilia pełna duchów”

Po bardzo pozytywnym odbiorze zbioru świątecznych opowiadań kryminalnych „Cicha noc”, „Wigilia pełna duchów” okazała się nieco rozczarowująca. Do koncepcji świątecznego horroru podeszłam ze sporym entuzjazmem, jednak z przykrością muszę stwierdzić, że najbardziej klimatyczny okazał się projekt okładki i blurb. Spokojnie więc można czytać przed snem bez obaw o koszmary.

Być może te kilka do kilkunastu stron to zbyt mało, by zbudować wciągające historie i sprawić, by czytelnik poczuł na plecach chłodny dreszcz, ale jednak w przypadku kryminałów nawet krótka forma opowiadania sprawdziła się bardzo dobrze. Tutaj natomiast duchy były zdecydowanie bardziej groteskowe, niż przerażające, a historie szyte grubymi nićmi, lub po prostu mało porywające. Ale mój największy zarzut dotyczy znikomego nawiązania do Świąt Bożego Narodzenia. W większości utworów budowanie „klimatu Świąt” ograniczyło się do zdawkowego wspomnienia, że historia ta wydarzyła się właśnie w okolicy Bożego Narodzenia. Niektóre z nich wykorzystywały raczej zabójczą siłę pory roku i nieubłagane okrucieństwo śniegu i mrozu zdecydowanie bardziej, niż świąteczne zwyczaje. A niektóre nie skorzystały ani z tego, ani z tego. Dlatego też taki pretekst zamknięcia opowiadań w zbiór uważam za trochę za bardzo naciągany i, co za tym idzie, budzący rozczarowanie, bo jednak oczekiwałam czegoś innego. Czegoś „bardziej”.

Nie można powiedzieć, że źle się czyta – wręcz przeciwnie, gdyby mi tego nie powiedziano, pewnie nawet bym się nie zorientowała, że te teksty pochodzą z XIX wieku. Większość jednak po prostu nie jest warta zapamiętania. Ot, prosta, chwilowa rozrywka po pracowitym dniu, kiedy już naprawdę nie ma sił na myślenie.

Tak naprawdę z 12 opowiadań wciągnęła mnie może połowa, a naprawdę podobały mi się trzy. Nie mogę więc zaprzeczyć, że czuję lekki niedosyt.

Wigilia pełna duchów, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 392 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Czas na czytanie: „Pierwsze słowo” Marta Kisiel

Całkiem niedawno odkryłam przepis na szczęście. Okazuje się, że wystarczy odnaleźć fantastyczną pisarkę ze sporym dorobkiem i cieszyć się nadrabianiem czytelniczych zaległości. I w ten właśnie sposób radośnie, choć nie do końca po kolei, nadrabiam twórczość Pani Marty Kisiel.

Mam już za sobą serię „Dożywocie” i całkiem od niej odmienną książkę „Toń” i wydawało mi się, że poznałam już obie twarze autorki. Okazuje się jednak, że to dopiero czubek góry lodowej.

„Pierwsze słowo” to zbiór jedenastu opowiadań powstałych na przestrzeni lat. Poza tak dobrze mi już znanym humorem, sporym zaskoczeniem okazały się dla mnie historie mroczne, krwawe i ani trochę nie śmieszne. Szczególnie trzy z nich – dotyczące choroby i śmierci dzieci wstrząsnęły mną szczególnie. Może dlatego, że akurat jestem na takim etapie „początkującej matki”, że najmniejsze, nawet potencjalne cierpienie dziecka nie pozwala mi zasnąć w nocy. A może to właśnie specyfika krótkiej formy jaką jest opowiadanie – uciętej i niedopowiedzianej – wzmaga we mnie poczucie grozy i kolokwialnie mówiąc „robi robotę”. Albo to po prostu Marta Kisiel, która o czym by nie pisała, zawsze zrobi na czytelniku piorunujące wrażenie.

Niemniej jednak zawsze wiedziałam, że nieszczególnie umiem czytać opowiadania – kiedy zdążę wczuć się w klimat i dobrze związać z bohaterami, cała zabawa zazwyczaj się kończy. No, chyba, że to opowiadanie w styli „Dożywocia” właśnie – kiedy następuje po nim kilkutomowe rozwinięcie tematu.

Swoją drogą dwa opowiadania ze zbioru miałam przyjemność czytać całkiem niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku i myślałam, że po prostu przerzucę te kilkadziesiąt stron skupiając się na innych utworach. Byłam bardzo naiwna, jak mogłam sądzić, że przejdę obojętnie obok okołolichotkowych historii. Nie da się, musiałam je sobie odświeżyć (w końcu mogłam pozapominać już jakieś szczegóły!) i bawiłam się równie dobrze, co za pierwszym razem. Jednak ten lekki, pełen humoru styl pasuje mi bardziej, niż urywki z rodzicielskiego horroru ujętego zupełnie na serio, choć w realiach dalekich od rzeczywistości.

Chyba jednak muszę się przyzwyczaić do myśli, że Marta Kisiel zawsze mnie zaskoczy. A czeka na mnie jeszcze kilka wytworów jej szalonej wyobraźni, więc niejedno zaskoczenie przede mną. Już nie mogę się doczekać!

Marta Kisiel, Pierwsze słowo, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Twarzą w twarz” Agata Suchocka

Na drugą część cyklu „Daję Ci wieczność” czekałam potwornie długo (tak naprawdę tylko rok, ale i tak zdecydowanie zbyt długo!). I pierwszą moją reakcją było „dlaczego ta książka jest taka cienka?!”. Okazje się jednak, że rozmiar faktycznie nie zawsze ma znaczenie, a i cienka książka potrafi usatysfakcjonować. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Po tragicznym zakończeniu „Woła mnie wieczność” nie ma innej opcji – potrzebna była zmiana narratora. Lothar Mintze – dziki, nieokiełznany hedonista, tak różny od swojego refleksyjnego ukochanego, zmuszony będzie przewartościować swoje dotychczasowe zachowanie. Niedojrzały kilkusetletni młokos zakochany w postępie i technicznych nowinkach zaniedbania i zainteresowanie wyłącznie czubkiem własnego nosa wyrzuca sobie dopiero po tragedii.

Porzucony, samotny, targany wyrzutami sumienia i pogrążony w żałobie Lothar nie jest już tak imponującym widokiem. Aż chce się powiedzieć, że dostał dokładnie to, na co zasłużył, a jednak nie sposób mu nie współczuć. W końcu wszyscy wiemy, że dorastanie to nic przyjemnego.

Co oczywiście nie znaczy, że się zmieni, będzie po prostu gotowy po raz kolejny popełniać te same błędy. I chyba właśnie za to go kochamy.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, „Twarzą w twarz” nie emanuje już tym hipnotyzującym magnetyzmem, co pierwszy tom. Jest mniej brutalności, fascynacji nowym i seksu. Więcej natomiast autorefleksji i ludzkich emocji, jak strach, czy tęsknota. Jak pierwszy tom był uleganiem namiętnościom, tak drugi jest radzeniem sobie z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.

Pojawiają się nowe miejsca i nowi bohaterowie, a każdy z nich ma swoją historię.

Miłosne intrygi, sojusze, bezwzględne morderstwa, zauroczenia, pożądanie, muzyka, miłostki i sprowadzanie śmiertelników na manowce – tego oczywiście nie mogło zabraknąć.

Warto było czekać. Ale niestety „Twarzą w twarz” tylko zaostrza apetyt na kolejne części cyklu.

Anna Suchocka, Twarzą w twarz, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 255 s.