Grajki Majki: Aksjomat „Magiczny quiz. Potrzyj i sprawdź”

Magiczny quiz to coś, czego jeszcze nie widziałam, choć oczywiście farba reagująca na temperaturę ciała jest czymś, co dobrze znam również ze swojego dzieciństwa. To jedna z tych zabawek, które lubię najbardziej – prosty pomysł w niebanalnej formie.

Każdy z quizów to niewielki, bardzo lekki kołozeszyt zawierający ponad 70 pytań, którym towarzyszą trzy wersje rysunkowych odpowiedzi. Każda z nich oznaczona jest innym symbolem (u starszaków literką). Po podjęciu decyzji należy dotknąć czarny kwadracik pod adekwatnym symbolem. Jeśli odpowiedź jest poprawna, ukarze się uśmiechnięta zielona buźka. Jeśli jest błędna – smutna i czerwona.

 

Jedna książeczka z quizem gwarantuje naprawdę długą zabawę – nie tylko ze względu na dużą ilość pytań, ale również z tego prostego względu, iż jest wielorazowa. W ofercie są po dwa różne quizy z pytaniami dostosowanymi do poziomu każdej z trzech grup wiekowych: 3-,4- i 5-cio latków.

To bardzo sympatyczny pomysł na spędzenie kilku chwil razem z dzieckiem (a pomoc rodzica jest niezbędna, bo ktoś musi jednak przeczytać polecenia). Dzięki torebkowemu formatowi quizu, świetnie sprawdzi się na przykład jako rozpraszacz malucha w podróży, czy restauracji. Jest naszym stałym wyposażeniem w kolejce u lekarza. A że strony wykonano z całkiem wytrzymałej tekturki, można zabierać go wszędzie ze sobą bez najmniejszego stresu o ewentualne zniszczenia.

Ładne obrazki, kieszonkowa forma, nieskomplikowane zasady i zróżnicowany poziom trudności to tylko część zalet quizu. A przy okazji jest to produkt polski, więc jest jeszcze fajniej.

Uwaga natury praktycznej – najlepiej używać w temperaturze pokojowej. Na mrozie trudno będzie ogrzać magiczne okienko i obrazek będzie zanikał momentalnie po odsunięciu od niego palca, za to zostawiony na kaloryferze quiz bezwstydnie obnaży wszystkie swoje tajemnice ;) W przypadku zmiennych warunków pogodowych z pewnością przyda się druga wersja quizu na awersie kart – pozbawiona magicznych okienek, ale równie zagadkowa, co reszta.

Magiczny Quiz. Potrzyj i sprawdź
Firma: Wydawnictwo Aksjomat
Sugerowany wiek: 3+; 4+; 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Grajki Majki: Janod „Strzeż się kreta”

Kolejna gratka dla wielbicieli drewnianych zabawek. Co prawda jest odrobinę mniej eco od Beehives, ale jedyny minusik, który mogę przyznać na tym polu należy się za zaklejenie pudełka plastikową taśmą klejącą. Co akurat w przypadku tego rodzaju kartonika jest czynnością całkiem uzasadnioną.

Gra składa się z drewnianej planszy z otworami podzielonej na grządki w które pionowo wkładamy przestrzenne elementy z warzywami – 4 fioletowe rzepy, 4 czerwone pomidory, 4 pomarańczowe marchewki i 4 żółte dynie oraz 4 krety w kolorowych okularach przyczajone na kopczykach po bokach planszy. Każdy z graczy otrzymuje swoją małą grządkę. Celem gry jest jak najszybsze zgromadzenie na swoim kawałku poletka wszystkie cztery rodzaje warzyw, co można osiągnąć poprzez wyrzucenie odpowiedniego koloru na sześciennej kostce. Ale uwaga! Dwie ścianki kostki zajmują wizerunki kreta. A kiedy kret dostanie się na grządkę uczestnika, zbiory nie są możliwe aż do momentu ponownego wyrzucenia kreta na kostce.

Wielkimi atutami są atrakcyjna forma i staranne wykonanie gry. Każdy element gładko wchodzi w odpowiednie otwory, nasycone barwy farb nie ścierają się nawet podczas długotrwałego memłania w dziecięcych łapkach, a na drewnie próżno szukać jakiejkolwiek nierówności. Chociaż rozgrywka pozornie wydaje się bardzo prosta, faktycznie zajmuje około 20 minut, jak podają na opakowaniu. Niby łatwizna, a jak ciekawie podana! Kiedy przychodzi do zbierania plonów, nawet największa wiercipupa nie ma problemu ze skupieniem się na chwilę. A poza koncentracją, podstawami rywalizacji i powtórzeniem kolorów pomaga poćwiczyć również sprawność manualną małych rączek.

Ponadto należy się tłuściutki plus za polską instrukcję – chociaż brakuje naszej wersji językowej w dodawanych do gry książeczkach, firma postarała się o tłumaczenie na dodatkowej karteczce. Jestem bardzo mile zaskoczona twardą tekturką i opracowaniem graficznym tak samo ładnym, jak to dla Francuzów, Anglików, czy Niemców. Widać, że każdy szczegół został wykonany z należytą starannością, nawet pozornie niewiele znaczący.

Wyjątkowo emocjonująca gra wciągnie i trzylatka i dorosłego. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie te cholerne krety są frustrujące!

Strzeż się kreta!
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 3-6 lat

Grajki Majki: „Ptaki Polskie. Memory” Krystyna Jędrzejewska-Szmek, Michał Kryciński

Najmniej skomplikowana gra świata – memory, występująca też czasami pod polską nazwą „gra w pamięć”, albo „gra w pary”. To po prostu dowolna parzysta liczba karteczek albo kartoników, z jednej strony zadrukowana obrazkiem, z drugiej zaś pusta. Każdy obrazek występuje podwójnie, a celem gry jest odnalezienie jak największej liczby par wśród kartoników odwróconych obrazkiem do dołu. Te proste zasady jest w stanie zrozumieć już nawet dwulatek, dlatego też memory to jedna z pierwszych gier dziecka.

A mimo to dotychczas nie mieliśmy gry będącej stricte „grą w pamięć”. Dlaczego? Do tej zabawy wykorzystywałyśmy z Majką kartoniki z gry „Basia i kolory”, jest ona również jednym z wariantów wykorzystania zestawu „Carotina. Gry dla przedszkolaków”, który również posiadamy. Dlatego też nigdy nawet nie rozglądałam się za dodatkowym pudełkiem memorów właśnie.

A potem zobaczyłam te i wiedziałam, że musimy je mieć. Szczęśliwie udało mi się wygrać nasz egzemplarz w konkursie organizowanym na fantastycznej GRUPIE dla fanów planszówek dla maluszków, (bardzo polecam, jeśli macie zbyt ciężkie portfele, bo stamtąd nie można wyjść bez mnóstwa inspiracji i koszyka pełnego po brzegi) ale gra jest w regularnej sprzedaży i w stosunkowo atrakcyjnej cenie.

Dlaczego akurat te musiały znaleźć się wśród naszej kolekcji? Ze względu na ptaszki. 48 kartoników z obrazkami, z których składa się gra, zdobią bowiem 24 zdjęcia ptaków wyselekcjonowane przez pracowników Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. A że na odwrociu pudełka każdy z gatunków został podpisany, to gra nie tylko trenuje pamięć, spostrzegawczość, koncentrację i umiejętność skupiania uwagi przez dłuższą chwilę, ale również uczy nazw polskiego ptactwa. Zimą to zawsze topowy temat, więc niejednokrotnie okaże się również kołem ratunkowym rodzica postawionego wobec pytania „Mamo, a co to za ptaszek?”. Sprawdzone, polecam.

Zdjęcia są dobrej jakości i mimo niewielkiej powierzchni kartonika, są wyjątkowo czytelne. I po prostu ładne. Jedyna trudność w tym, że niektóre z gatunków zostały przedstawione w locie, przez co nie zawsze łatwo porównać je z tym na trawniku przed domem. Również samo wykonanie gry zasługuje na pochwałę – kartoniki są grube i nie rozwarstwiają się, a ilustracje matowe, dzięki czemu nie odbija się od nich światło. Wytrzymają sporo międlenia w małych rączkach.

Jak na mój gust pudełko mogłoby być nieco mniejsze (małe pudełko = więcej miejsca na półce), ale to już raczej fanaberia.

Bardzo polecam wszystkim małym odkrywcom ciekawym podniebnego świata ptaków. Ze względu na realne zdjęcia, to świetny prezent również dla dzieci wychowywanych w duchu Montessori.

Ptaki Polski. Memory. Kolorowa Edukacja
Autorzy: Krystyna Jędrzejewska-Szmek, Michał Kryciński
Firma: RM

Sugerowany wiek: 3+.

Grajki Majki: Djeco „Little Cooperation”

Little Cooperation to pierwsze z majkowych podchoinkowych znalezisk. Mamy i lubimy dwie inne gry z serii gier dla maluszków od Djeco, dlatego Mikołaj wiedział, że to będzie pewniak. I tak było, bo Bobasa namówiła ciocię na trzy rundki jeszcze siedząc pod choinką.

Co ciekawe, to jedna z propozycji rozchwytywanych przez rodziców, których pociechy nie do końca jeszcze radzą sobie z ideą rywalizacji. Jak sama nazwa wskazuje, ta gra polega na współpracy, nie ma tu więc zwycięzców i przegranych, a wspólny sukces. Lub wspólna.

To gra w prawdziwie zimowym klimacie, rozgrywa się bowiem w arktycznym krajobrazie – zestaw zawiera trzy niewielkie tekturowe plansze: startu, mety (z igloo) i lodowej kładki; sześć drewnianych klocków w kształcie kostek lodu, będących podstawą mostu, cztery gumowe zwierzątka (pingwina, zająca, niedźwiadka i polarnego liska); kostkę z piktogramami i instrukcję.

Cała zabawa polega na bezpiecznym przeprowadzeniu zwierzątek przez lodowy most z planszy startu na planszę z igloo. Mamy trzy możliwości ruchu uzależnione od wyrzuconego na kostce obrazka: wejście na mostek, zejście z mostka do igloo i konieczność zabrania jednej z podstaw mostu, gdy trafimy na obrazek z kostkami lodu. Wszyscy gracze dokładają starań, by ich działania przyczyniły się do bezpiecznego przejścia przez most zanim wszystkie sześć lodowych podstaw zniknie.

Gra jest bardzo starannie wykonana i wytrzymała. Dużym plusem jest różnorodność faktur i wykorzystanych materiałów (tektura, drewno, plastik), nieskomplikowane zasady gry oraz idea pracy w grupie.

Sporym niedociągnięciem jest brak polskiej wersji instrukcji. Djeco nie umieszcza języka polskiego w książeczce z instrukcjami, w poprzednich grach jednak dystrybutor zadbał o karteczkę albo naklejkę na pudełko z tłumaczeniem. Tym razem tego zabrakło. My bez problemu radzimy sobie z wersją angielska i francuską, jednak babcia miała z tym mały problem. Na szczęście gra jest w dużej mierze intuicyjna i nie wymaga rozbudowanych zasad.

To kolejna już świetna „pierwsza gra malucha” od Djeco. Chociaż cena jest stosunkowo wysoka (taki prezent wymaga u nas już większej okazji), to jakość wykonania i pomysł są tego warte. Jestem pewna, że posłuży nam kilka ładnych lat, szczególnie, że inne gry z tej serii nie mają jeszcze śladów użytkowania, a są intensywnie eksploatowane od ponad pół roku. Ponadto urocze gumowe zwierzątka są obiektem wielkiej miłości i nadają się również do zabawy niezwiązanej z zasadami gry. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Bardzo polecamy!

Little Cooperation
Firma: Djeco
Sugerowany wiek: 2,5-5 lat

Grajki Majki: Janod „Świąteczna układanka trzywarstwowa”

Nie da się ukryć, że świąteczne klimaty przesiąkają każdy szczegół – zadomowiły się również w naszej szafce z grami w formie trzystopniowych drewnianych puzzli.

Układanka Janod to tak naprawdę cztery osobne obrazki – drewnianą podstawę z przystrojonym bożonarodzeniowo domem uzupełniamy o coraz to więcej szczegółów pozwalającym nam rzucić okiem w niedaleką przeszłość i dowiedzieć się skąd pod choinką wzięły się te wszystkie prezenty.

Najpierw uzupełniamy rysunek o dwa puzzelki z dziećmi radośnie rozpakowującymi upominki. Kolejna warstwa składa się z trzech elementów i przedstawia Świętego Mikołaja zostawiającego paczuszki pod drzewkiem, a ostatnia – sześcioelementowa – ukazuje zewnętrzne ściany domku i Mikołaja wchodzącego przez komin.

Wszystkie jedenaście elementów i podstawa wykonane zostały z drewna z nadrukowanym obrazkiem. Całość mieści się w  niewielkim, kartonowym opakowaniu. A przyznaję, że zarówno zgrabne opakowanie, jak i całkowity brak plastiku (również w opakowaniu), to szczegóły, które cenię coraz bardziej.

Moja Maja dostała tą zabawkę już w zeszłym roku, kiedy miała niecałe dwa lata i nauczyła się jej zaskakująco szybko. Dlatego też bałam się trochę, że kiedy wyjmę ją na kolejny adwent, odkryje sposób układania w kilka sekund i znudzona rzuci ją w kąt. Nic bardziej mylnego – rok w szafie sprawił, że mamy zupełnie nową zabawkę, którą moje dziecko odkrywa na zupełnie nowy sposób.

Ładna, świąteczna, wytrzymała i starannie wykonana zabawka na więcej niż jeden sezon. Zdecydowanie polecamy jako odpoczynek od sprzątania i gotowania!
Wesołych Świąt!

Świąteczna układanka „Puzzle 3 Niveaux”
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 2-4

Grajki Majki: Plan Toys „Beehives”

Tą grę kupiłam już jakiś czas temu, skuszona „pszczółkową” tematyką i wrzuciłam do szuflady czekając aż pojawi się jakaś prezentowa okazja. W ten właśnie sposób pszczółki zostały podrzucone przez Mikołaja do majeczkowych bucików i od 6 grudnia zrzuciły z podium niemalże wszystkie nasze dotychczas ulubione gry i układanki.

Nie ma co ukrywać – sama jestem nimi totalnie zachwycona. Gra jest pięknie wykonana i genialna w swojej prostocie. Zestaw zawiera sześć domków, czyli sześciokątnych komórek plastra miodu, sześć uroczych pszczółek w kolorach odpowiadających domkom, dużą pęstetę (nigdy wcześniej nie musiałam pisać tego słowa!) i instrukcję obsługi. Cała zabawa polega na ułożeniu domków zgodnie ze schematem i umieszczeniu w nich pszczółek za pomocą szczypczyków.

To, że moja niemalże trzyletnia córka sama ogarnęła cudownie przejrzystą i intuicyjną rysunkową instrukcję mile mnie zaskoczyło, ale nie zszokowało. Za to byłam zdumiona tym, jak szybko Majka nauczyła się operować pęsetą. A przy tym od samego początku wystarcza jej skupienia, by przy przenoszeniu pszczół bzyczeć bardzo przekonująco.

Ponadto zaczęła układać historyjki – że pszczółki lecą po nektar, a potem wracają do domków spać i następnego dnia znowu muszą wylecieć, bo cały miodek zjadły im słonie (namiętnie oglądamy Kubusia Puchatka). A jeśli któraś z pszczół przez przypadek wpadnie jej do nieodpowiedniego domku, układa między nimi dialogi przepraszając za najście.

Nie uświadczycie tu ani skraweczka plastiku – wszystkie elementy układanki są z malowanego drewna a skrzydełka owadów z filcu. Nawet woreczek do przechowywania pszczółek jest papierowy. Kartonik nie był też dodatkowo owinięty folią. Takie małe szczegóły, a robią ogromną różnicę.

Nieskomplikowana, bardzo starannie wykonana i dopasowana do potrzeb małego odbiorcy. Świetny trening sprawności manualnej, motoryki małej, skupienia uwagi, spostrzegawczości, myślenia abstrakcyjnego i powtórka z nazw kolorów.

Absolutna rewelacja. I pomyśleć, że trafiłam na nią zupełnie przez przypadek!

Beehives (4125)
Firma: Plan Toys
Sugerowany wiek: 3+

Grajki Majki: I’m a genius „EDUROBOT”

Kolejne marzenie z dzieciństwa odhaczone – w końcu kto by nie chciał mieć swojego robota?

DSC_1495

Zestaw składa się z dziewięciu wielkich, dwustronnych puzzli pozwalających ułożyć dwie tekturowe plansze – jedną z mapą świata i drugą ze zwierzętami; 32 dwustronne karty z instrukcjami programowania trasy robota (z jednej strony zwierzę, z drugiej miejsce na mapie), sześć przeszkód z plastikowymi podstawkami, instrukcję obsługi i robota oczywiście.

EDUROBOT to tak naprawdę ilustrowana encyklopedia dla dzieci podana w wyjątkowo oryginalnej formie (jako osoba, która w dzieciństwie uwielbiała encyklopedie, jestem zdecydowanie na tak!). Po ułożeniu jednej z dwóch plansz, ustawieniu robota w odpowiednim miejscu i włączeniu go, dostajemy prośbę o odszukanie karty z miejscem docelowym – punktem na mapie, lub zwierzęciem. Na karcie, poza nazwą i ilustracją umieszczono wskazówki do odpowiedniego zaprogramowania robota w formie strzałek do wciśnięcia. Po odpowiednim wpisaniu sekwencji robot wędruje po planszy zgodnie poruszając się zgodnie ze wskazówkami użytkownika, a po dotarciu na miejsce udziela informacji o danym miejscu lub zwierzęciu.

Opisując dany obiekt EDUROBOT skupia się na ciekawostkach – nie przynudza, a jego komunikat jest zwarty i konkretny, dostosowany do możliwości poznawczych kilkulatka. Podczas poruszania się oczy robota świecą się na niebiesko. Robot ma trzy tryby pracy – zależne od wybranej planszy i formy zabawy.

W pierwszym odruchu skrzywiłam się na dźwięk głosu EDUROBOTA – to taka chłopięca wersja IVONY. Ale całkiem szybko doszłam do wniosku, że kurczę, to przecież robot i musi mówić robotowym głosem syntezatora mowy. A w porównaniu do R2D2, czy BB8 i tak idzie mu naprawdę nieźle!

Trochę drażniło mnie, że po wydaniu polecenia robot za szybko wywiera na użytkownika presję. Dopiero zaczęliśmy rozglądać się za kartą z Tygrysem Bengalskim, którego sobie zażyczył, a już usłyszeliśmy „Nudzę się”, a chwilę później „Wyłączam się, do zobaczenia!”. Dla dziecka, które przecież dopiero uczy się czytać i z pewnością szuka odpowiednich kart z instrukcją znacznie wolniej, niż dorosły, takie popędzanie to nie tylko niepotrzebny stres, ale również czynnik zniechęcający.

Całe szczęście to jedyny minus, jakiego się dopatrzyliśmy.

Natomiast wielkim plusem jest bardzo dobrze skonstruowana, przejrzysta instrukcja obsługi zawierająca nie tylko niezbędne informacje, ale również wskazówki i rady pomagające zapoznać się z funkcjonowaniem zabawki. A wszystko to w dużym formacie, czytelną czcionką, bogato ilustrowane zdjęciami, w polskiej wersji językowej. Dzięki temu poradzi sobie z nią nie tylko rodzic, ale również nieszczególnie zorientowana w robotyce babcia, czy w miarę sprawnie czytające dziecko. Brawo!

Jak to zazwyczaj bywa w przypadku firmy Lisciani, opakowanie jest nieco przeskalowane w stosunku do zawartości, dzięki czemu świetnie nadaje się na reprezentacyjny prezent, ale nieszczególnie sprawdza się podczas przechowywania.  Niemiej jednak nie karton czyni zabawkę, a robot będzie się świetnie prezentował na półce wśród innych zabawek, niekoniecznie musi być schowany w wielkim pudle.

Bardzo fajny pomysł połączenia wiedzy encyklopedycznej z podstawami kodowania zaserwowane dziecku w oryginalny i niezwykle atrakcyjny sposób. Osobiście zabawka bardzo przypadła mi do gustu, bardzo lubię tego rodzaju świeże podejście do sprawdzonych koncepcji.

UWAGA! Zestaw nie zawiera baterii! Warto pomyśleć o trzech „paluszkach” podczas szykowania prezentu. Szczególnie, jeśli podarunek ma trafić do dziecka w dzień wolny od handlu, bo jednak objazd po okolicznych stacjach benzynowych to kiepski sposób na świętowanie.

I’m a genius.(Mały geniusz) EDUROBOT
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 5+.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Grajki Majki: Lalka Little Joy

Tym razem nie do końca gra, ale zabawka interaktywna. I moje niespełnione marzenie z dzieciństwa – w końcu po to ma się dzieci!

Lalka bobas, to coś, na co moja mama nigdy się nie zgodziła – zawsze utrzymywała, że znacznie sympatyczniejsze są lalki-szmacianki, a tak popularne w owym czasie, plastikowe „Baby Borny” są sztywne, twarde i niemiłe w dotyku. Ale w głębi suszy podejrzewam, że była już nauczona doświadczeniem z moim biednym Tamagotchi płaczącym z głodu o drugiej w nocy na dnie szuflady ze skarpetkami i nie chciała w domu kolejnej zabawki wymagającej opieki. Szczególnie, że jakiś czas później bez problemu zgodziła się na równie plastikowe lalki Barbie.

W każdym razie Little Joy to i moja i Bobasy pierwsza styczność z tego typu zabawką, więc obie otwierałyśmy karton z równie wielkim podekscytowaniem.

A już samo opakowanie bardzo mi się spodobało. Co prawda jest trochę zbyt duże w stosunku do zawartości, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczona polskimi napisami. Bo też wszystkie najważniejsze funkcje lalki zostały opisane bezpośrednio na pudełku, wraz z ilustracjami – nie kupujemy więc kota w worku. Tekst jest w języku polskim i dużymi literami – wymarzony na przykład dla babci, szukającej prezentu, albo dla samego dziecka szykującego list do Mikołaja. Niewielki wysiłek, a ładny gest w kierunku kupującego.

Podobnie jest z instrukcją obsługi – chyba najlepszą, jaką widziałam – prosta, przejrzysta, ilustrowana zdjęciami, wyłącznie w języku polskim. Cała mieści się na złożonej wpół, zadrukowanej dwustronnie kartce A4 i wcale nie trzeba wertować opasłych książeczek w poszukiwaniu swojego języka. Wystarczy kilka minut, by dowiedzieć się jak zmienić baterię, jak dbać o czystość lalki i poznać wszystkie jej funkcje.

A jedna z nich nieco mnie zaniepokoiła – Little Joy (u nas już „Kasia”) płacze kiedy zostaje sama. Przez myśl przeszło mi nawet, że moja mama jednak wiedziała, co robi, ale Kasia, w przeciwieństwie do Tamagotchi (i prawdziwego noworodka), ma pewną bardzo przydatną opcję – wyłącznik. Nie ma się więc czym stresować.

Szczególnie, że wydawane przez lalkę dźwięki nie są szczególnie irytujące – to prawda, Kasia płacze często (kiedy ją odłożysz, kiedy za szybko zabierzesz jej butelkę i smoczek, albo kiedy ma mokrą pieluszkę), ale głośność jest umiarkowana, a to wyjątkowo rzadko spotykane wśród zabawek). Ponadto po kilku minutach nie ruszania zabawki przechodzi w tryb uśpienia, nie ma więc obawy, że na przykład zacznie krzyczeć w środku nocy, gdy zapomnimy ją wyłączyć po zabawie. Zabawka ma wbudowanych ponad 20 różnych dźwięków – płacze, śmieje się, gaworzy, wzdycha, odbija po jedzeniu (na różne sposoby!), pochrapuje w czasie snu, a także wydaje dźwięki ssania i siusiania. I płacze oczywiście. Często i na różne sposoby.

Sama zabawa natomiast to mnóstwo możliwości. Najpierw pozwoliłam córce bawić się Little Joy „na sucho”. Nosić, lulać, podawać smoczek, ubierać pampersa i pilnować, żeby nie płakała. Ale to był tylko przedsmak, bo prawdziwe atrakcje zaczynają się w momencie podania lalce wody. Zestaw, poza lalką w pajacyku i czapeczce zawiera dwa smoczki różnej wielkości, butelkę, materiałowego pampersa i nocniczek. Kiedy nakarmimy naszą Kasię czystą wodą z buteleczki, musimy liczyć się z faktem, że w każdej chwili może się zsiusiać albo rozpłakać prawdziwymi łzami. Jeśli chcemy sami wywołać ten efekt, wystarczy nacisnąć guziczek na brzuszku lalki, by zaczęła susiać, lub ściskać jej przedramiona, by się rozpłakała. Jednak Kasia nie czekając na naszą inicjatywę zapłakała i zasiusiała kanapę z własnej woli i musiałyśmy się bardzo spieszyć, żeby wysadzić ja na nocnik. A zarówno siusia, jak i łzawi bardzo konkretnie – jedyne, czego nieco mi zabrakło wśród wyposażenia, to bambusowy ręczniczek-otulacz. Akurat wykorzystałam przy remontowych porządkach resztę pomajkowych pieluch i boleśnie odczułam ich brak.

Uwaga! Lalka może się zmoczyć również, kiedy jest wyłączona, dlatego należy dokładnie wylać z niej całą wodę po zakończeniu zabawy.

Było to źródłem mojej kolejnej obawy – mamy spore doświadczenie z pleśniejącymi zabawkami do kąpieli, martwiłam się zatem trochę, że z lalką będzie podobnie, jeśli nie wysiusia i wypłacze się do końca. Na szczęście producent przewidział również to i wyposażył lalkę w dwie dziurki w stopach, które pomagają w usunięciu wody. Warto więc postawić ją na ręczniczku po zabawie i poczekać aż dobrze ocieknie.

Jeśli mam się doszukiwać jakiś minusów, to Little Joy faktycznie jest trochę ciężka i jak się ją upuści, to potrafi nieźle łupnąć o podłogę (albo o stopę…). Patrzę na nią jednak z perspektywy użytkowania przez prawie trzylatkę – starszaki z pewnością nie będą miały problemów noszeniem i upuszczaniem swojego zabawkowego bobasa.

I na koniec jeszcze jedna super sprawa – zestaw zawiera baterie. To baterie przeznaczone do testowania zabawki w opakowaniu, więc zapewne szybko się wyczerpią, ale nie musimy się przejmować, że zapomnimy dodatkowo umieścić opakowania baterii pod choinką i pierwszy dzień świąt spędzimy objeżdżając okoliczne stacje benzynowe.

Kasia szybko stała się jedną z honorowych mieszkanek Majkowego pokoju – jest noszona, wożona w wózku, rozbierana i ubierana, a Bobasa nawet z nią śpi (z tego względu zabawa z wodą jest wyłącznie pod opieka mamy – od czasu do czasu). Ale Majce wystarczy samo zamykanie oczu przy układaniu lalki na płasko i zabawa i tak jest świetna.

Bardzo dobry pomysł na prezent – lalka jest spora (46 cm), wykonana bardzo starannie, reprezentacyjnie opakowana, ma szansę na zostanie największym prezentem pod choinką. Mogą się nią bawić dzieci już od 18 miesiąca życia, chociaż osobiście jako dolną granicę proponuję 2,5-3 latka ze względu na ciężar zabawki. Występuje również w wersji „niebieskiej”.

A jeśli komuś jeszcze brakuje wrażeń, firma „Dolls world” proponuje mnóstwo dodatkowych akcesoriów do dokupienia na przykład na kolejne okazje – ubranek, wanienek, mebelków, pieluszek, łyżeczek, śliniaczków i tak dalej i tak dalej. Jest więc potencjał rozwoju.

Majka dopiero zaczyna odkrywać różne sposoby opiekowania się swoją Kasią. Little Joy z pewnością wystarczy nam na kilka ładnych lat.

Interaktywna lalka bobas „Little Joy”, 46 cm 
Firma: Dolls World
Sugerowany wiek: 18+.

Lalkę można kupić TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Grajki Majki: 3 pomysły na puzzle dla malucha

Wiecie już, co Wasze maluszki dostaną na Mikołajki? U nas tradycyjnie Mikołaj podrzuca niewielkie upominki do elegancko wypastowanych butów. Zazwyczaj są to książki i książeczki i w świątecznym klimacie, gry, słodycze i aromatyczna herbata w butach dorosłych – czyli drobiazgi mające umilić rodzinny czas adwentu. A idealnym rozwiązaniem na wspólne spędzanie czasu z dzieckiem są puzzle.

Nie ma co ukrywać – propozycji puzzli dla maluszka jest zatrzęsienie. Można przebierać w kształtach i wielkościach zarówno samej układanki, jak i poszczególnych puzzli, tematach obrazków i stylach ilustracji. Dokonując wyboru zależało mi na tym, aby gra była niewielka (dająca się spakować do plecaczka Bobasy), dobrej jakości i najchętniej dotycząca pojazdów, bo ruch uliczny to u nas niesłabnący hit nad hitami.

Pojazdy. Książeczka i cztery układanki. PUZZLE dla malucha

Ten zestaw układanek skierowany jest do najmłodszych, bo sugerowany wiek odbiorcy to 2+. Powiela znany już nam sposób nauki skupiania uwagi na układankach poprzez zwiększanie poziomu trudności małymi kroczkami.

W pudełku znajdują się cztery układanki po 2, 3, 4 i 5 puzzli, dzięki czemu nawet najmniejszy gracz nie będzie się zniechęcał nadmierną ilością elementów do ogarnięcia. Zaczynamy więc od najłatwiejszej propozycji stopniowo stawiając przed dzieckiem coraz trudniejsze zadania. Na każdym z obrazków do ułożenia przedstawiono jeden z pojazdów – radiowóz, koparkę, wóz strażacki i lokomotywę. Każdy z nich jest utrzymany w innej kolorystyce, dzięki czemu dziecku łatwo wybierać odpowiednie puzzle i łączyć je ze sobą.

Bardzo fajnym pomysłem jest dołączenie kartonowej książeczki z czterema wierszykami poświęconymi układanym pojazdom. Po ułożeniu puzzli można dać dziecku chwilkę wytchnienia, wspólnie przeczytać wierszyk, powydawać charakterystyczne dla pojazdu dźwięki, albo pozwolić dziecku wyszukać w książeczce obrazka, który właśnie ułożyło.

Świetna zabawa rozwijająca nie tylko zdolność skupiania uwagi i motorykę małą, ale również rozwijająca słownictwo i osadzająca układane obrazki w szerszym kontekście.

Grazyna Wasilewicz, Ewa Nawrocka, Pojazdy, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 10 s. + 4 układanki

Na serię składają się jeszcze dwa inne zestawy – „Zwierzęta” i „Na wsi”.

Puzzle malucha. „Io io! Pali się!” i „Dzyń, dzyń! W mieście”

W przypadku tych dwóch tytułów do czynienia już z pełnowymiarowa układanką, czyli prostokątnym obrazkiem podzielonym na 25 elementów tej samej wielkości.

Poziom trudności zwiększa się, dlatego sugerowany wiek odbiorcy to 3+, chociaż moja Maja świetnie daje sobie radę jeszcze na kilka miesięcy przed trzecimi urodzinami.

Dlaczego jest trudniej? Tym razem dziecko układa już cały obrazek, a nie tylko jeden element na białym tle. Musi skupić się na szczegółach i nauczyć się powoli korzystać ze wzoru na opakowaniu. Liczba elementów jest już pewnym wyzwaniem, ale wciąż nie ma ich aż tyle, by zniechęcić przedszkolaka na samym starcie.

Ilustracje są wyjątkowo sympatyczne, w nasyconych kolorach i przedstawiające intrygujące sytuacje. Po ułożeniu całości warto spędzić z dzieckiem chwilę na wzajemnym opowiadaniu co dzieje się na obrazku. A dzieje się sporo – strażacy ściągają kota z drzewa, chłopiec karmi gołębie w parku, a inny kupuje lody i tak dalej.

Puzzle malucha. Dzyń, dzyń! W mieście, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 25 elementów.
Puzzle malucha. Io, io! Pali się!, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 25 elementów.

Ta seria składa się aż z 6 różnych obrazków o szerokim przekroju tematycznym – można wybrać puzzle o ogrodzie zoologicznym, placu budowy czy pojazdach.

„Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary” oraz „Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary”

Te układanki zwróciły moją uwagę ze względu na ich potencjał edukacyjny. Przygotowujemy się z Majką do nauki literek i cyferek, dlatego coraz częściej rozglądam się za zabawami z tym związanymi.

A ten pomysł jest super! Oba zestawy składają się z par puzzli – cyferki z 10, literki z 24 (puzzle z cyferkami są sporo większe, niż te z literkami) – do dopasowania. W przypadku cyferek na jednym elemencie mamy kolorową cyfrę, na drugim zaś odpowiednią liczbę przedmiotów, np. do trójki należy dopasować trzy kotki, do ósemki osiem pszczółek.

W przypadku literek łączymy literkę z obrazkiem – A z arbuzem, K z kotkiem i tak dalej.

Oba zestawy uzupełnia książeczka z naklejkami, w której należy uzupełnić liczbę zwierzątek naklejkami właśnie, by pasowała do cyferki obok i podjąć pierwsze próby pisania literek i cyferek.

Jedyny minus, to brak zapisanej nazwy zwierzątka pod ilustracją w przypadku zestawu z literkami, co od razu pomagałoby utrwalić sam wygląd słowa. Dzięki temu można by też wprowadzić polskie litery – byłby wyszczególnione nie na początku, a w środku słowa odpowiadającego obrazkowi.

Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.
Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jakością puzzli – podczas, momentami bardzo intensywnego, testowania żaden element nie uległ zniszczeniu, wygięciu, czy rozwarstwieniu. A kocie logo Aksjomatu na rewersach jest u nas dodatkową atrakcją.

Ceny puzzli wahają się od 13 do 20 zł, więc świetnie sprawdzą się jako drobny prezent na przykład na Mikołajki albo jako zamiennik czekolady od cioci wpadającej do rodziców na herbatkę.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.