Czas na czytanie: „Zodiaki” Magdalena Kucenty

Łał, że tak powiem.

Sięgnęłam po tą książkę zaintrygowana opisem całkowicie innym od tego, co zwykle czytam. Nie przepadam za sci-fi, ale tym razem biopunkowa antyutopia wyrosła na cywilizacji zmiecionej z powierzchni ziemi przez podejrzaną pandemię zadziałała na mnie jak płomień na ćmę. I przy tym aż do ostatniej chwili byłam przekonana, że to będzie dziobak – ciekawa powieść „mająca coś w sobie”, wymykająca się wszelkim standardom i klasyfikacjom, trochę dziwadło. I przede wszystkim książka dla młodzieży. Ale czegoś takiego to się nie spodziewałam.

2771 rok. Bardzo dobrze dopracowany, przerażająco zimny, bezwzględny i brutalny świat z elitarystycznym społeczeństwem pozbawionym wyższych (żeby nie powiedzieć „jakichkolwiek”) zasad moralnych. Odizolowane od skarżonego świata zewnętrznego miasta-państwa skupione pod kopułami, gdzie wszystko co ludzkie jest też sztuczne. Ze ścisłym systemem klasowym, groteskowymi inspiracjami światem antyku i wysoce ambiwalentnymi zasadami postępowania. Z jednej strony panująca wszechobecnie pochwała czystości genetycznej, która po zagładzie związanej z rozmaitymi mutacjami, rasą nadczłowieka uczyniła po prostu człowieka. Choć prawdę mówiąc „człowiek” u Magdaleny Kucenty nie ma już zbyt wiele wspólnego z człowieczeństwem. Można dojść do wniosku, że im bardziej jest ludzki, tym mniej. Z drugiej strony natomiast bardzo szeroko zakrojone eksperymenty na ludziach w celu utworzenia rasy nadludzi. Poprzez mutacje.

„Po epidemii mutacyjnej cały świat jest tylko karykaturalnym zlepkiem dawnych kultur”.

Tytułowe Zodiaki są właśnie takimi eksperymentami. Ludźmi pozbawionymi pełnego człowieczeństwa i związanych z nim praw już na etapie planowania, udoskonalonych, wyposażonych w rozmaite nadludzkie umiejętności szczurami laboratoryjnymi składanymi i rozkładanymi na części. A przy tym posiadającymi ludzkie uczucia i emocje, szukającymi sensu swojej egzystencji i nie zawsze potrafiącymi pogodzić się z narzuconymi im ograniczeniami. A świat, który przychodzi czytelnikowi poznawać ich oczami i często okaleczonymi, zdeformowanymi umysłami ze strony na stronę robi się coraz bardziej przerażający, jak koszmar, z którego nie sposób się obudzić.

„- Jestem i chcę być tylko człowiekiem (…). Zresztą nie ja jedyny. Cały kult czystości genetycznej wyrósł wokół tęsknoty za człowieczeństwem”.

Postapokaliptyczna wizja przyszłości mająca w sobie coś z sennego koszmaru Matrixa, nieuchronności Terminatora i rozpaczliwej bezradności jednostki wobec systemu, którą tak dobrze znamy Roku 1984.

Dawno mnie tak książka nie przeczołgała, a zupełnie się przecież tego po niej nie spodziewałam. Co tam się działo… I oczywiście to dopiero pierwsza część, więc jak na razie nie ma co sobie robić nadziei na katharsis.

Smutna. Straszna. Hipnotyzująca.

Serio liczę na to katharsis w kolejnej części. Bo bez tego będzie słabo.

Magdalena Kucenty, Zodiaki, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Pucio w mieście” Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos

W najnowszej książeczce z przygodami Pucia szykuje się wielkie wydarzenie – wernisaż Cioci Igi. Z tej okazji w domu puciorodzinki odbędzie się rodzinny zjazd i uroczysty obiad. A to przecież masa przygotowań! Na szczęście Pucio i Misia zawsze są chętni do pomocy.

Miasto tętni życiem – podczas spaceru witają się sąsiedzi, pobliska budowa skutecznie odciąga uwagę Bobo od wyprawy po zakupy, który to obowiązek spada na tatę – po przyjęciu ostatniego pacjenta w swojej klinice weterynaryjnej odbierze starszaki z przedszkola i wspólnie pojadą do supermarketu.

Czas nagli, ale stłuczka spowoduje korki i dziadkowie będą musieli chwilę zaczekać, nim zostaną odebrani z dworca, na pewno jednak wszyscy zdążą do galerii na wernisaż. A potem koniecznie na lody do parku!

Mam wrażenie, że w tej części wyjątkowo dużo miejsca poświęcono zasadom bezpieczeństwa w przeróżnych sytuacjach i sposobom zachowania się w miejskiej dżungli – mali czytelnicy dowiedzą się na przykład, że przed przejazdem transportem publicznym należy kupić bilet, które miejsca w autobusie są zarezerwowane dla kogo, że nie wolno za bardzo zbliżać się do placu budowy (nawet jeśli jest się największym fanem koparek na świecie) i że kawa dla mamy to priorytet.

Bardzo lubię pomysł, dzięki któremu Pucio rośnie wraz ze swoimi czytelnikami. Chociaż moja Majka zdążyła już trochę Pucia przerosnąć i przywykła już do nieco bardziej skomplikowanych konstrukcji zdań, to tekstu jest na tyle dużo, że wciąż chętnie słucha najnowszych części, a w opowiadaniu co się wydarzyło po prostu wymiata. Aż nie do wiary, że najpierwsiejszą część przygód Pucia dostałyśmy tuż przed roczkiem i pomagał Bobasie w nauce pierwszych słów. Kiedy to zleciało, ja się pytam?

Jak zawsze jest edukacyjnie i rozwijająco – w tej części duży nacisk położono na opowiadanie, ale znajdziemy tu również przeróżne nazwy zawodów, tajemniczych przedmiotów i pojazdów oraz przyimki miejsca. Książeczka pomoże również oswoić różne, często stresujące sytuacje, jak wizyta z pupilem u weterynarza, spóźnienie wynikające z wypadku drogowego, czy osobistą kraksę na hulajnodze. Jest też rodzinnie (a rodzina Pucia stale się rozrasta), zabawnie i sympatycznie. I zaostrza apetyt na więcej, bo zapowiada kolejną część z sielską wsią w roli głównej.

Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos, Pucio w mieście. Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Obsesja Lydii” Liz Nugent

Przyznaję, że dałam się zwieść tej książce.

Od jakiegoś czasu romansuję z thrillerami psychologicznymi ale tak naprawdę tylko dwie z przeczytanych przeze mnie pozycji naprawdę zapadły mi w pamięć i bardzo chętnie dorzuciłabym kolejną bardzo dobrą książkę na podium tego gatunku. Podeszłam więc do „Obsesji Lydii” ze sporymi oczekiwaniami. Szczególnie, że bardzo zaciekawił mnie blurb, a zwykle za nimi nie przepadam.

I przez sporą część książki zdawało mi się, że Liz Nugent tym oczekiwaniom jednak nie sprosta.

Zazwyczaj w kryminałach i innych powieściach z dreszczykiem mamy zbrodnię i towarzyszymy bohaterom podczas śledztwa mającego na celu pochwycenie mordercy, najchętniej zanim zdąży bardziej narozrabiać. Tutaj sytuacja jest jakby odwrotna – od razu wiemy kto zabił i jak, po czym całkiem szybko dowiadujemy się również dlaczego. Śledztwo co prawda jest, ale ze względu na tożsamość ofiary tak naprawdę nikomu nie zależy na odkryciu tożsamości zbrodniarza. I wydaje się, że będzie nuda, bo wszystko zdaje się jasne, a tu przeczytana dopiero 1/3 książki.

Nic z tych rzeczy.

Ta historia ma trzech narratorów: tytułową Lydię, jej syna Laurence’a i siostrę ofiary – Karen. Te zmiany perspektywy i możliwość poznawania sytuacji z kilku różnych punktów widzenia (i kilku poziomów wiedzy o wydarzeniu) nie tylko dodaje opowieści głębi, jak i bardziej porusza odbiorcę. Bo bywa i tak, że wartości fundamentalne dla Laurence’a mogą nie być ani trochę ważne dla innych bohaterów. I odwrotnie. A z każdym kolejnym rozdziałem historia robi się coraz smutniejsza i coraz bardziej zagmatwana, choć tak naprawdę każdy z bohaterów postępuje w dobrej wierze, a sprawca równie często budzi w odbiorcy przerażenie i złość, co współczucie. Niemniej jednak przerażenie wygrywa.

Jedna z najważniejszych postaci – Lydia – jest kobietą „z dobrego domu” przywykłą do wygodnego i wystawnego życia i jednocześnie niewolnicą własnych nerwic, obsesji i przyzwyczajeń, których źródła przyjdzie nam poszukiwać w jej wczesnym dzieciństwie. To osoba, do której powiedzenie „my home is my castle” pasuje jak ulał – nie przepada za opuszczaniem domu i cały jej wszechświat kręci się wokół rodziny i rodzinnej posiadłości. Co może nie byłoby takie złe (choć wciąż mało zdrowe), gdyby nie fakt, że pragnie mieć nad swoim małym światem całkowitą kontrolę i sprawować w nim niepodzielną władzę, więc zrobi wszystko, by nagiąć rzeczywistość do swojej wizji idealnej rodziny. Perfekcyjna w manipulowaniu ludźmi i faktami, kłamczyni doskonała, potrafi tkać intrygi latami i uzależniać od siebie ludzi. A wszystko to pod pretekstem miłości i oddania. I chyba faktycznie wierzy, że wszystkie jej intrygi powstają z tych właśnie pobudek. Ale że rzeczywistość nie ma ochoty się naginać, kolejne osoby z jej bliższego i dalszego otoczenia będą płacić za to straszliwą cenę.

Wielki wpływ na rozwój wydarzeń ma również presja otoczenia. Akcja powieści zaczyna się w 1980 roku i tamtejsze realia okazały się być dla czymś kompletnie archaicznym. Analfabetyzm wśród niższych warstw społecznych, nielegalne rozwody (i co za tym idzie całkowita władza mężczyzny nad kobietą) i wszechobecne „co ludzie powiedzą”, gdzie reputacja osoby ma wpływ nawet na działalność policji wydaje się być dzisiaj nie do pomyślenia. A to przecież czasy młodości moich rodziców, równolatków Laurence’a! Coś strasznego.

I chociaż cała intryga staje się coraz ciekawsza wraz z rozwojem sytuacji, dopiero zakończenie świadczy o tym, jak dobra jest to książka i zostawia czytelnika z lodowatym dreszczem na plecach.

Nie był to wbijający w fotel plot twist, jak w przypadku „Pacjentki”, prawdę mówiąc zakończenie, choć zaskakująco ponure, tak naprawdę mnie nie zaskoczyło – dokładnie tego można się było po Lydii spodziewać. A jednak mimo to się nie spodziewałam, bo chyba nawet najbardziej wprawiony w bojach czytelnik gdzieś tam kibicuje bohaterom, w których historię się wczuwa i życzy im tego „happy endu”.

Dobra. Mocna. Szokująca. Chyba właśnie dlatego, że tak niepozorna.

Liz Nugent, Obsesja Lydii, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 358 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Grajki Majki: „Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci”

Uwaga! „Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci” jest dodatkiem do „Najlepszej gry o kotach”. Podstawowa wersja jest niezbędna do gry dodatkiem.

Jeszcze więcej kotów (w tym zupełnie nowe szare koty), nowe gadżety (szczotka, laser i papierowa torba na zakupy), nowe przysmaki (łakocie – pozwalające nakarmić kota z dowolnymi wymaganiami żywieniowymi, ale obniżające wartość jego karty i dezaktywujące jej zdolności oraz kurczak z tuńczykiem) i oczywiście nowe kocie wymagania i zdolności. No i najważniejsze – karty pudełek, w których możemy umieszczać określone koty i w ten sposób mnożyć ich wartość. Liczenie punktów to teraz konkretna matematyka!

Dodatek otwiera przed nami zupełnie nowe możliwości – nie tylko zwiększa maksymalną liczbę graczy do 6 osób, ale również wprowadza wariant jednoosobowy dzięki specjalnej talii kart. I opcję współpracy między graczami!

Poza nowymi kartami w dodatku znajdziemy również żetony-łapki wspólnych celów, dzięki którym będziemy mogli współpracować graczami siedzącymi obok nas i zdobyć dodatkowe punkty. I to jest moim zdaniem super sprawa, bo elementy współpracy w grze opartej na rywalizacji to dla mnie coś zupełnie nowego.

Drugim świetnym rozwiązaniem jest wprowadzenie wariantu jednoosobowego. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy nigdy nie wiesz, czy przypadkiem nie trafi Ci się izolacja i nie zostaniesz rozdzielony nie tylko z rodziną, ale nawet ze swoim osobistym kotem. W tym celu pojawiła się postać Futrzastego gracza, kierującego się kilkoma szczególnymi zasadami, i zastępującego przeciwnika. To właśnie ten element gry jest najbardziej skomplikowanym novum dodatku, ale po kilku próbach bez problemu można ogarnąć również ten typ rozgrywki. Poza tym rozszerzenie gry o zawartość dodatku nie sprawi fanom „Najlepszej gry o kotach” najmniejszego kłopotu, a fajnie odświeży i urozmaici rozgrywkę.

Karty dodatku zostały oznaczone serduszkowymi kwiatuszkami w lewym dolnym rogu, dzięki czemu łatwo je oddzielić od kart z wersji podstawowej.

Fajna sprawa z tym dodatkiem – zasady gry zostają właściwie takie same, a otrzymujemy cały wachlarz nowych możliwości. A żeby się nie pogubić, na ostatniej stronie instrukcji przygotowano ściągę ze skrótem zasad.

Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci
Autor: Josh Wood
Ilustracje: Marco Morte
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 1-6
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Bajki Majki: „Muminki zebrane” Tove Jansson

„Muminki” kojarzę przede wszystkim z animacji, która za moich czasów w niedzielę leciała w telewizji w ramach dobranocnki. Na pewno czytałam też w dzieciństwie klika muminkowych książek – na pewno kojarzę „Lato Muminków” i „Pamiętniki Tatusia Muminka”, ale tak naprawdę niewiele z nich pamiętam i to od dawna mój wielki wyrzut sumienia, bo niby człowiek by chciał i ma ochotę (a w końcu wstyd nie znać!), ale jakoś nigdy nie ma kiedy. Obiecałam sobie, że to będzie jedna z tych książek, które będę poznawać razem z córką.

Od jakiegoś czasu rozglądałam się za fajnym wydaniem, bo i jest w czym wybierać. Prawie skusiłam się na wydawane w zeszłym roku pojedyncze tomy w wesołych kolorowych okładkach (też śliczne i pewnie mojej przedszkolaczce bardziej wpadłyby w oko), ale jakoś nie mogłam się zebrać. I w sumie cieszę się, że tak długo się nie mogłam się zdecydować, bo najnowsze, dwutomowe „Muminki zebrane” wydane z okazji setnych urodzin wydawnictwa Nasza Księgarnia całkowicie skradły moje serce. Są przepiękne!

Bardzo lubię serię „klasyki zebranej” nazywaną przez mnie roboczo „klasyką dla dzieci w cegłach”, bo i są to pozycje raczej konkretne. Mamy już w tym wydaniu „Kubusia Puchatka” wraz „Chatką Puchatka” i wszystkie przygody Pippi w jednym tomie. Nie są to co prawda książki, które wrzuca się do plecaka na wyjazd, ale do rodzinnego czytania w wygodnym fotelu pod kocem albo na tarasie w słoneczny letni dzień nadają się idealnie – jest w nich mnóstwo stron do przeczytania i jeszcze więcej przygód do przeżycia. A w takiej oprawie czytanie to sama przyjemność!

Pokaźne tomiszcza o dużym formacie, w twardych okładkach kryją w sobie kolejno pięć i cztery części znanych i kochanych, ponadczasowych przygód Muminków wzbogaconych niesamowicie klimatycznymi czarno-białymi ilustracjami autorki – zarówno zajmującymi całe strony książki, jak i w formie dopełniających tekst przerywników.

W pierwszym tomie znajdziemy „Małe trolle i dużą powódź”, „Kometę nad Doliną Muminków”, „W Dolinie Muminków”, „Pamiętniki Tatusia Muminka” oraz „Lato Muminków”. Na drugi składają się „Zima Muminków”, „Opowiadania z Doliny Muminków”, „Tatuś Muminka i morze” oraz „Dolina Muminków w listopadzie”. Chociaż tekst nie jest szczególnie duży, krój liter i ich rozstawienie sprawia, że czyta się bardzo wygodnie.

Zarówno pastelowe kolory okładek, jak i delikatny kwiatowy ornament obecny na okładkach i wklejce bardzo trafił w moje gusta. Dodatkowym elementem dekoracyjnym jest wypukły biały deseń na przedniej stronie okładki. Wraz z grubszym kremowym papierem całość wygląda bardzo elegancko. Jeśli szukacie idealnego prezentu, albo książki-pamiątki, to nie musicie rozglądać się dalej. „Muminki” aż proszą się o piękną dedykację. I całe godziny czytania.

Tove Jansson, Muminki zebrane. T 1 i T 2, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 464 i 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Hurt comfort” Weronika Łodyga

Tytułowe hurt/comfort to w fanfiction określenie konwencji, w której relacja bohaterów opiera się na pocieszaniu w cierpieniu.

Adam nie jest kimś, kogo łatwo da się wpisać w kalkę osoby „normalnej”. Zamknięty w sobie, cierpiący na fobię społeczną, od dzieciństwa zmagający się z mutyzmem wybiórczym i skomplikowaną sytuacja rodzinną. I chociaż życie z takimi atrakcjami nie jest łatwe, całkiem nieźle radzi sobie w swojej skorupie, ma niewielkie grono dobrych przyjaciół, pasję i ściśle określone plany na przyszłość. I z pewnością nie ma ochoty wpuszczać nikogo do swojego skrzętnie uporządkowanego wszechświata.

Janek jest za to chodzącą tęczową kulką optymizmu i wiary w siebie (chyba, że akurat chodzi o pisanie matury z matematyki). Kiedy w autobusie wpada mu w oko mało przyjazny chłopak, który woli udawać głuchoniemego, niż porozmawiać z nieznajomym, ani myśli się poddać.

Jakiś czas temu moje serce kompletnie skradła książka „Twój Simon”. Dziś mogę powiedzieć, że ma bardzo silną konkurencję. Jestem zachwycona, że tak sympatyczna i przy tym naprawdę dobra książka wyszła spad pióra polskiej autorki.

Tak naprawdę homoseksualizm jest chyba ostatnim z problemów głównego bohatera. Bo czymże jest wizja zakochania się w innym chłopaku, kiedy wisi nad tobą widmo matury (szczególnie z polskiego), ojciec bywa w domu tylko na weekendy a ty wciąż nie potrafisz z nim rozmawiać (dosłownie), wciąż jeszcze przeżywasz zdradę najlepszego przyjaciela i codziennie musisz wychodzić z domu by obcować z innymi ludźmi. Co gorsza wchodzić z nimi w relacje i interakcje. W liceum.

I to jest super, bo orientacja seksualna jest zwykle w tego rodzaju literaturze cechą definiującą bohatera i głównym problemem książki. Tutaj jest raczej tłem, jedną z wielu cech i to raczej ta mniej ważną. Warto sobie czasem przypomnieć, że brak akceptacji i rozumienia ze strony otoczenia może porządnie dokuczyć na długo wcześniej, niż zaczniemy w ogóle myśleć o swojej seksualności. Wystarczy być choć odrobinę innym od pozostałych.

Fantastycznie humorystyczna książka podejmująca naprawdę trudne i przygnębiające tematy. Cała lektura to był jeden wielki comfort, jak gorące kakao z piankami w zimny dzień, a podczas czytania nie sposób się nie szczerzyć. Bohaterowie są świetni (kocham ich wszystkich!), licealna rzeczywistość została wykreowana w sposób do bólu autentyczny (jeszcze nie jestem taka stara, prawie nic się nie zmieniło. Tylko nie wiem co to jest Tumblr, ale chyba jednak ta wiedza nie jest mi potrzebna do szczęścia) i przy tym uszczypliwie ironiczny, a problemy nastolatków są bardzo realne.

Lekka, przyjemna, urocza komedia romantyczna z maturą w tle. Skrada serce niezależnie od wieku czytelnika.

Weronika Łodyga, Hurt comfort, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 420 s.

Bajki Majki: „Jeszcze pięć minut” Marta Altés

Jaka ta książka jest urocza! A jaka prawdziwa!

Cudny picturebook o względności czasu i kwintesencji rodzicielstwa na przykładzie lisiej rodzinki 2+1, czyli 2 pełnych energii synków i 1 nie zawsze nadążający za nimi tata.

Narratorem jest jeden z młodziutkich lisków urwisków, który przez całą książeczkę zastanawia się nad czasem – w końcu jest specjalistą w tym temacie. Już on dobrze wie jak wiele można zmajstrować w pięć minut, zawsze ma czas na skakanie po kałużach i obserwację fascynującej przyrody (szczególnie w drodze do przedszkola), za to zupełnie nie zgadza się z tatą, kiedy ten podczas najlepszej zabawy oznajmia, ze „czas już iść”. Wie czym powinien charakteryzować się „czas dla taty” (rozgardiaszem oczywiście!), i jak wolno potrafi płynąć czas, kiedy nie można się czegoś doczekać. I, oczywiście, jak cenne jest każde pięć minut z tatą.

Strasznie mi się podoba, że dwoma lisimi urwipołciami przez calutki dzień – od pobudki aż po bajkę na dobranoc – zajmuje się tata. Przy każdym czytaniu wyobrażam sobie, że mama lisków jest w tym czasie w spa, gdzie ją masują i piłują pazurki.

To też dobry punkt wyjścia do rozmowy o niekonwencjonalnych rodzinach – w końcu wbrew obiegowej opinii, to nie zawsze mama pełni opiekę nad dziećmi. Chociaż książki o tatusiach (i to bardzo dobre!) pojawiają się na rynku coraz częściej, ojcowie wciąż są pod tym względem trochę dyskryminowani. A tu proszę – mamy pozycję, w której tata fantastycznie ogarnia życie!

Jednocześnie szalenie zabawna i ściskająca serducho wzruszeniem historia o szalonym tacierzyństwie (i w ogóle o „byciu dzieciatym”) w pigułce. A do tego przepięknie ilustrowana, bo po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że totalnie uwielbiam Martę Altés. Te pyszczki, te kolory!

Do dnia taty jeszcze daleko, ale już polecam „Jeszcze pięć minut” na prezent z tej okazji. Będzie też idealny na walentynki, bo mnóstwo tu miłości. I to jednej z najpiękniejszych miłości na świecie – urwisowo-tatusiowej.

Marta Altés, Jeszcze pięć minut, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Czas na czytanie: „Inne zasady lata”, Benjamin Alire Saenz

To właśnie cała ja – bożonarodzeniowe książki w kwietniu, a na powieści o wakacjach nachodzi mnie w środku zimy.

Angel Arystoteles Mendoza ma 15 lat i nie jest najbardziej towarzyskim typem w El Paso. Z natury raczej samotnik, raczej zamknięty w sobie, tłumiący emocje, nie najlepiej radzi sobie z dbaniem o relacje i nawiązywaniem przyjaźni głębszych niż powierzchowne koleżeństwo. Na co dzień milcząco zmaga się z problemami rodzinnymi – brakiem płaszczyzny porozumienia z ojcem milcząco przeżywającym traumę wojny w Wietnamie oraz tęsknotą za ukochanym bratem, który został całkowicie wykreślony z historii rodziny.

„Problem z moim życiem polegał na tym, że było ono pomysłem kogoś innego”.

Pewnego lata przez jego mur przebija się Dante – ciekawy świata, uśmiechnięty artysta z awersją do noszenia butów. Szybko okazuje się, że prawdziwa przyjaźń to nie tylko przywiązanie i związane z drugą osobą uczucia i emocje, ale również zyskanie zupełnie nowego spojrzenia na świat. A ten może okazać się naprawdę zdumiewający i faktycznie tylko czekać na odkrycie. W końcu zdecydowanie łatwiej rozwiązywać tajemnice wszechświata z przyjacielem.

To opowieść o poczuciu osamotnienia, różnych rodzajach odmienności, o poszukiwaniu tożsamości, potrzebie wolności i akceptacji, o młodości, głodzie świata i wcale nie tak przyjemnym dorastaniu, o strachu i stawianiu mu czoła, o poznawaniu i definiowaniu siebie – od swoich uczuć i emocji, przez relacje z innymi, aż po cielesność.

Świetnie napisana, jednocześnie lekka i skłaniająca do refleksji, przyjemna w odbiorze i poruszająca poważne problemy. Raz przyziemna, raz poetycka, pełna uczuć i dominującego poczucia zagubienia, o naprawdę mądrym przekazie. Nie jest łatwo być nastolatkiem, dobrze sobie o tym czasem przypomnieć. A jeśli akurat jest się w tym wieku, pocieszająca będzie świadomość, że nie jest się w tym wszystkim samym.

Benjamin Alire Saenz, Inne zasady lata, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Rodzinne, 2013, 339 s.

Bajki Majki: „Nowy w mieście” Marta Altés

Bardzo lubię ilustracje Marty Altés, a jedna z jej poprzednich książek „Jestem artystą” po prostu skradła moje serce. Wiedziałam więc, że to będzie dobra książka, ale jednocześnie poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko.

„Nowy w mieście” to opowieść o białym, puchatym psie sporych rozmiarów, który po długiej wędrówce trafia do ogromnego miasta, które z miejsca go zauroczyło. Postanawia więc odnaleźć w nim swój własny dom.

Miasto jest głośne, pełne kolorów (i to jakich! róże, granaty, zielenie, pomarańcze, prawdziwie wakacyjna uczta dla oczu!), dźwięków, zapachów i interesujących, różnorodnych ludzi. Gnany entuzjazmem i ciekawością nowy przybysz chłonie klimat miasta wszystkimi zmysłami. Im jednak dłużej przebywa wśród mieszkańców, tym bardziej dociera do niego, że wszyscy są bardzo zajęci swoimi sprawami, ciągle gdzieś się spieszą i nie zawsze cieszy ich obecność ogromnego, momentami niezgrabnego psa w ich sklepach i restauracjach. A nasz bohater z każdym kolejnym krokiem czuje się bardziej samotny i wyobcowany w otaczającym go tłumie. Coraz szybciej też traci nadzieję, że znajdzie w tym miejscu swój prawdziwy dom.

Wszystko zmienia się w momencie, kiedy dostrzega małą dziewczynkę, równie zgubioną jak on i pomaga jej w odnalezieniu drogi do domu. Czy wyciągając do kogoś pomocną łapę można odnaleźć swoje miejsce w wielkim świecie?

Piękna opowieść do oglądania, gdzie ilustracje są głównym środkiem przekazu, a niewielkie partie nieco poetyckiego tekstu uzupełniają historię i pomagają małemu czytelnikowi rozeznać się w uczuciach bohatera.

Przekolorowy, cudownie ciepły i pozytywny picturebook o emocjach, życzliwości, pomocy innym i otwartości na drugiego człowieka. O tolerancji i akceptowaniu dzielących nas różnic.

C u d o. Kolejny skarb w naszej biblioteczce.

Marta Altés, Nowy w mieście, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.