Czas na czytanie: „Pacjentka” Alex Michaelides

Theo Faber jest psychoterapeutą zafascynowanym głośnym, medialnym przypadkiem pewnej pacjentki – malarki, która zamordowała męża i przestała się odzywać. Theo robi wszystko, by uzyskać możliwość leczenia owianej mroczną tajemnicą kobiety i przeprowadza iście detektywistyczne śledztwo (oczywiście nielegalnie), by zrozumieć co popchnęło ją do zbrodni i dlaczego morderczyni uparcie milczy.

DSC_0276

Opowieść o uzależnieniach, smutnym dzieciństwie, potrzebie miłości i zdradach, których nie sposób wybaczyć. O bólu, który, nieprzepracowany, potrafi powrócić po latach. Z zaskakującym zakończeniem, którego faktycznie nie sposób przewidzieć.

To jedna z tych książek, które bardzo łatwo dają się czytać. Może nie porwała mnie od pierwszej strony i nie nazwałabym jej „nieodkładalną”, ale kiedy już, mniej więcej po 80 stronach wczułam się w akcję, resztę przeczytałam w jeden wieczór i w sumie nawet nie wiem kiedy się skończyła. A jednocześnie nie jest to jedna z książek, do czytania których nie trzeba używać mózgu i przepływają przez człowieka, jak woda przez sito. Psychologia i psychiatria nie są tematami, na jakie mam jakąkolwiek wiedzę, nie jestem więc w stanie ocenić poziomu przekazywanych w książce wiadomości, ale jako kompletny laik wyniosłam z niej nieco informacji i nowych dla mnie pojęć. Bardzo lubię, kiedy wykreowany w powieści świat fikcji literackiej skłania mnie do poszerzania wiedzy i sprawdzania definicji – niby czysta rozrywka, a niesie ze sobą walory edukacyjne i rozwija wiedzę czytelnika o świecie. Cenię też, kiedy autor zna się na tym, o czym pisze i jego pomysł na historię jest posadowiony na solidnych fundamentach – pod tym względem Michaelides wzbudził we mnie zaufanie. Bo chociaż w samej książce opisuje również psychiatrów pozbawionych empatii, wypalonych i ewidentnie nie nadających się do zawodu, to jednak kiedy psychoterapeuta (nawet z niewielkim doświadczeniem) czyni głównym bohaterem swojej powieści psychoterapeutę właśnie, to jakoś wierzę, że wie co robi. Chociaż z trzeciej strony taka już pewnie rola psychoterapeuty. I psychiatry… i psychopaty zapewne też.

Całkiem udane połączenie thrillera psychologicznego z kryminałem. I chociaż nie powiem, że to najlepsza książka, jaką czytałam w tym czy zeszłym roku, to jednak z czystym sumieniem polecam. I jeśli ktoś czyta jedną książkę roczne, to niech sięgnie właśnie po tą, bo zwrot akcji pod koniec „Pacjentki” jest tego warty.

Alex Michaelides, Pacjentka, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2019, 352 s.

Grajki Majki: Carotina, czyli nauka poprzez zabawę.

Na pewno znacie z autopsji taką sytuację, kiedy przychodzi co Was dawno nie widziana ciocia, albo znajomy rodziny, który wie, że macie na stanie malucha i chciałby sprawić mu jakąś drobną przyjemność, powiedzmy w granicy 20 zł, żeby nie przychodzić z pustymi rękami. Może sami jesteście czasami takim gościem i nie wiecie co by tu na wejściu dziecku sprezentować? Sytuacja wygląda podobnie w przypadku pomniejszych świąt, jak imieninki, Mikołajki, czy nadciągający Dzień Dziecka. Bardzo często wybór pada wtedy na słodycze (zazwyczaj średniej jakości, bo te wyglądają najbardziej atrakcyjnie. Dam głowę, że za moich czasów czekoladki Kidera miały lepszy skład!), na co rodzice coraz bardziej kręcą nosem, bo muszą potem dziecku cichaczem podjadać (przecież dzieci nie mogą jeść tak dużo słodyczy!), co kończy się nadprogramowymi kilogramami. Jeśli nie chcemy mieć grubych znajomych, zawsze dobrym pomysłem są bańki mydlane, naklejki, czy pomysłowe artykuły plastyczne. My bardzo chętnie przyjmujemy też puzzle, bo Majka ostatnio szczególnie ceni tą rozrywkę. A jeśli chcecie być bardziej pomysłowi, albo możecie podszepnąć swoim gościom pomysł na niewielki upominek, to przygotowałam dla Was listę gier i zestawów edukacyjnych Carotiny, które fanie sprawdzą się w roli atrakcyjnego drobiazgu dla dziecka nie będąc jednocześnie jakimś dużym, zobowiązującym prezentem.

„Piszę pierwsze słowa” to niewielki zestaw łączący dwie najbardziej chyba popularne propozycje wśród pierwszych gier maluszka – puzzle i loteryjkę – z nauką literek. Pierwszym zadaniem, które czeka na maluszka, jest ułożenie dziesięciu obrazków ze zwierzętami. Każdy z nich został podzielony na puzzle-paski, na których przedstawiono fragment ilustracji i jedną literkę. Puzzle mają różny poziom trudności – do wyboru są wyrazy trzy-, cztero- i sześcioliterowe, a poza znanymi zwierzętami, jak kot, czy pies, znajdziemy tu również bardziej „egzotycznych” delfina, czy murenę.

Tak ułożone puzzle staną się naszymi planszami do drugiej gry – loteryjki.  Kiedy gracze mają już przed sobą ułożone puzzle wraz z podpisem, naprzemiennie losują kartoniki z literkami. Jeśli wylosowana literka powtarza się z tymi na planszy gracza, może ją zatrzymać, jeśli nie, odkłada ją do pudełka. Wygrywa ten, kto jako pierwszy ułoży nazwę zwierzątka ze swojej planszy.

Proste i sprawdzone rozwiązania często są tymi skradającymi serca. Sympatyczna, edukacyjna i w cenie lepszej czekolady – dobry pomysł na drobny upominek. Dzięki niewielkiemu formatowi sprawdzi się również w podróży, czy podczas rodzinnego pikniku. Jedynym, czego mi zabrakło, jest woreczek do loteryjki – podczas losowania z pudełka moje dziecię strasznie podgląda!

Carotina. Piszę pierwsze słowa. Układanka i loteryjka „Czytam i piszę”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.
Grę możecie kupić TUTAJ.

Drugą bardzo trafioną propozycją dla maluchów o cenie i formacie przypominającym kartonik Ptasiego Mleczka, jest „Logika 3 w 1”. To 24 trzyelementowe puzzle, w których elementy dopasowuje się nie jako części większego obrazka, a na podstawie trzech różnych relacji logicznych.

Pierwszym z nich – oznaczonym kolorem niebieskim – jest konstrukcja ciągu przyczynowo skutkowego, czyli „przed i po”. Mamy tu do ułożenia w odpowiedniej kolejności na przykład trzy etapy palenia się świecy, albo proces wykluwania się pisklaka, gdzie na pierwszym elemencie mamy jajko, na drugim pękające jajko z wyłaniającym się dzióbkiem, a na trzecim pisklaka.

Druga zagadka –zielona – polega na dopasowywaniu narzędzi do przedstawicieli różnych zawodów, czyli „co jest czyje”. Na przykład do wędkarza należy dopasować wędkę i haczyk na ryby, do kucharza garnek i chochlę.

Trzecie zadanie – różowe – polega na grupowaniu zwierząt pod względem cech wizualnych, czyli „kogo to przypomina”. Należy połączyć ze sobą na przykład różne dzikie koty, owady, jaszczurki albo „rogate parzystokopytne”.

Pomysłowa układanka zmieniająca nieco nasze myślenie o puzzlach, jako o okładaniu podzielonego na części obrazka. Poza wspomnianej w tytule umiejętności logicznego kojarzenia faktów, ćwiczy również spostrzegawczość, zwracanie uwagi na szczegóły, skupienie i cierpliwość.

Carotina. Logika 3 w 1
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.
Grę możecie kupić TUTAJ.

Mieliśmy już grę oswajającą z literkami i grę rozwijającą logiczne myślenie. Nadszedł czas na kolejne umiejętności – ćwiczenie pamięci i koncentracji. Nie da się ukryć, że z koncentracją i cierpliwością u maluchów raczej krucho, byłam za to zdumiona umiejętnością zapamiętywania, jaką zauważyłam u mojej przedszkolaczki – ta mała gadzina potrafi ograć mojego męża w memory, a i mnie czasami uda jej się wyprzedzić! I to bez „dawania forów”! Bardzo zależy mi na podtrzymaniu i rozwijaniu tej umiejętności, dlatego też chętnie sięgam po tego rodzaju tytuły, a i Majka lubi gry oparte na mechanizmach szukania i zapamiętywania.

„Ćwiczę pamięć” na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl znaną grę „Bystre oczko”, jest bowiem oparta na tym samym schemacie. Zestaw składa się z 72 par kartoników z obrazkami podzielonymi na oznaczone kolorami kategorie  – zwierzęta, żywność, zawody, odzież, środki transportu i fantazja (my nazywamy je „bajkowymi) oraz planszy w kształcie kotka, na którego brzuszku przedstawiono 72 ilustracje odpowiadające tym na kartach. W pazurkach kotek trzyma spinner z ruchomą strzałką i kołem do losowania podzielonym na kolory odpowiadające kategoriom kart.

W takim przypadku pierwszym sposobem wykorzystania zestawu zawsze jest ulubiona gra mojego dziecka, czyli memory. Dopiero później możemy dowiadywać się co twórca gry miał na myśli. W tym przypadku gra pamięciowa jest urozmaicona o losowanie kategorii za pomocą spinnera, dzięki czemu w każdej rozgrywce wykorzystuje się tylko jedną talię kartoników jednocześnie, a nie wszystkich 72 za jednym zamachem, poza tym nie ma znaczących różnic podczas rozgrywki. I dobrze, bo kochamy tą grę taką, jaka jest!

Druga propozycja gry odbywa się z wykorzystaniem kociej planszy. W ty przypadku gracze naprzemiennie losują kartonik z obrazkiem, by jak najszybciej odnaleźć jego odpowiednik na planszy. Ten, kto znajdzie go jako pierwszy, zdobywa kartonik. Wygrywa osoba, która pierwsza zdobędzie 5 kartoników (albo 10, albo 15, jeśli chcemy, by gra była dłuższa). Oczywiście możemy też sami wymyślać kolejne warianty, na przykład losując kolor i starając się jak najszybciej odnaleźć i nazwać pięć przedmiotów z wylosowanej kategorii. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Poza treningiem pamięci, spostrzegawczości i cierpliwości, to również dobra powtórka słownictwa i ćwiczenie refleksu. Kolejnymi atutami są atrakcyjna forma (kotki zawsze cieszą się u nas powodzeniem) i niewielka cena (zazwyczaj poniżej 20 zł).

Carotina. Ćwiczę pamięć
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

Jeśli natomiast szukamy nieco większego prezentu (okolice 50 zł), albo chcielibyśmy na przykład jednym upominkiem zająć na dłuższą chwilę rodzeństwo, warto zwrócić uwagę na zestawy łączące w sobie kilka z wymienionych powyżej gier i rozwijających różne kompetencje.

„Labolatorium 20 gier” to zestaw pomagający poznać alfabet, pierwsze słowa i liczby, ćwiczący pamięć i logikę oraz wprowadzający pierwsze słówka w języku angielskim. Tematem przewodnim są tutaj owady (chociaż Majka mówi raczej „robale”), dlatego też znajdziemy stonogę z alfabetem, której trzeba podoczepiać zagubione słówka, gąsienicę z cyframi, motylka, który pomoże powtórzyć kształty i kolory, połączenie motylkowych memorów z kwiatkową loteryjką, a także ślimaka do nauki angielskiego i biedronkę do odkrycia z marchewką Carotiną, czyli elektronicznym piórem, które wydaje charakterystyczne dźwięki przy wybraniu prawidłowej lub błędnej odpowiedzi. Wszystkie elementy są dwustronne, dzięki czemu można wykorzystać je na różny sposób – często kolejnym poziomem zabawy są właśnie quizy z elektronicznym piórem w kształcie marchewki.

Jedyny minus jest taki, że quizy – zarówno angielskie, jak i polskie – w zdecydowanej większości wymagają umiejętności czytania, przez co rodzice nie uciekną do swoich spraw. My zostawiamy quizy na koniec – najpierw Maja sama składa wszystkie plansze, dopasowuje literki, cyferki i obrazki, liczy kropki biedronki, a na koniec wspólnie rozwiązujemy zagadki Carotiny. Myślę, że bardzo fajnie może się to sprawdzić, kiedy zaangażujemy do zabawy nieco starsze, czytające już rodzeństwo.

Carotina. Laboratorium 20 gier
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

A jeśli to wciąż za mało wrażeń, jest jeszcze „50 gier” i to zdecydowany faworyt mojej córki. Podobnie, jak w przypadku powyższego zestawu, dwustronne gry i plansze rozwijają różne kompetencje – oswajają z literami i liczbami, uczą myślenia logicznego i ćwiczą pamięć. Są też zadania stanowiące powtórkę kolorów, kształtów i przeciwieństw.

Tym razem tematem przewodnim jest farma, i pod względem wizualnym ten zestaw podoba mi się najbardziej.

W opakowaniu znajdziemy między innymi memory (tym razem w formie kurczaczków), pawia z wielobarwnym ogonem, minipuzzle z wiejskimi zwierzątkami, kurkę-grę planszową, traktor wiozący całą menażerię, warzywne puzzle i wielką planszę pełną quizów z wykorzystaniem długopisu Carotiny. A instrukcja z propozycjami zabaw jest tak obszerna, że przypomina całkiem konkretną książeczkę!

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 3+, moim zdaniem niektóre aktywności spokojnie można zaproponować i młodszemu dziecku – na przykład proste puzzle, czy grę w pamięć.

Carotina. 50 gier
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

Oczywiście seria z Carotiną to wiele więcej tytułów dla maluchów w różnym wieku. Jeśli wciąż czujecie niedosyt, przypominam o starszych recenzjach:
Carotina Baby. Mata wodna do rysowania
Carotina Preschool. Alfabet. Słowa i liczby
Carotina Preschool. Tablica fluorescencyjna LED
Carotina Preschool. Gry dla przedszkolaków. Język angielski

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Bajki Majki: Jeszcze więcej Skarpetek!

Po absolutnym sukcesie, jakim okazały się „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek”, czym prędzej sięgnęliśmy po kolejne części i po raz kolejny całą rodziną wsiąknęliśmy w skarpetkowy świat.

„Nowe przygody Skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite)” to aż 13 kolejnych bohaterek i kolejnych niezwykłych wydarzeń. Na małych czytelników czeka między innymi wyprawa w kosmos (i do sklepu z zabawkami, a to równie fantastyczne miejsce!), do serowarni i kopalni, na teatralną scenę i… do pensjonatu pełnego strachów! Wraz ze Skarpetkami zostaniemy superbohaterami, strażakami, pomocnikami pisarki, a nawet pomocnikami Świętego Mikołaja. Pojawi się też pewna historia miłosna, która przełamie stereotyp Skarpet, jako spragnionych przygód samotników i indywidualistów.

Poza niekwestionowanie najsympatyczniejszymi skarpetkowymi bohaterami spotkamy również misia-ufoludka, garuki i ptakoryby, szalonego wynalazcę i jego robota do zmywania naczyń, a nawet wilka, który marzył o byciu żuczkiem!

Ale to nie wszystko! Tata Małej Be postanowił wreszcie ukrócić tajemnicze znikanie swojej ulubionej i tej mniej ulubionej garderoby i, uzbrojony w kit, gips oraz klej, decyduje się raz na zawsze zakleić dziurę pod pralką pozbawiając skarpetki drogi ucieczki. Czy to będzie koniec skarpetkowych wojaży?

 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Nowe przygody Skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite), Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2017, 168 s.

Po przeczytaniu pierwszego tomu przygód Skarpetek brakowało mi nieco przyjaźni wśród bohaterów, więzi między skarpetkami i pracy zespołowej. „Banda Czarnej Frotté” jest najlepszym dowodem dla stadną naturę Skarpet, które nie tylko tęsknią za swymi utraconymi parami, ale również świetnie odnajdują się w grupie. Tym razem mamy do czynienia z przełamaniem skarpetkowej konwencji – w przeciwieństwie do poprzednich zbiorów opowiadań, w tej książce czeka nas bowiem przygoda pełnometrażowa. W dwunastu pełnych emocji rozdziałach, na niemalże 170 stronach! A co to będzie za przygoda! Pełna piratów, olbrzymów, morskich bitew na hummus i zupę paprykową, podwodnych krain, mitologicznych herosów, egipskich bóstw, kiepskich poetów, podstępnych band białych rękawiczek i dobrego jedzenia. Poznamy etiopską księżniczkę, pająka amatora bananów i Królową Świata. Skarpetkową oczywiście! Będzie też sporo poezji, wzruszające spotkania po latach, odrobina romansu i spora dawka girl power!

Szalone, erudycyjne, nieprzewidywalne przygody, charakterni bohaterowie i mnóstwo poczucia humoru, a wszystko to w genialne oprawie graficznej. Pochłonęliśmy całą książkę w trzy dni, ale gdyby to od Majki zależało (a rodzice nie dostawaliby chrypki po czterech rozdziałach na raz), najchętniej przeczytalibyśmy ją za jednym razem. Bo już przedszkolak nie może się oderwać!

A kiedy i ta przygoda dobiegła końca, moje dziecię zapytało rozczarowanym głosem „Mamusiu, dlaczego nie ma więcej?”. I postanowiło w przyszłości zostać autorką, by wymyślać i spisywać kolejne skarpetkowe perypetie.

 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Banda Czarnej Frotté. Skarpetki powracają!, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2019, 168 s.

Uwaga! Skarpetki uzależniają! Wszystkie trzy tomy są u nas w codziennym użyciu i nie zapowiada się wcale, jakoby miały się znudzić…

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K.

Czas na czytanie: „Klątwa Kreatorów” Trudi Canavan

Obawiałam się, że po prawie trzech latach oczekiwania na ostatni tom Prawa Milenium nie będę mogła się wkręcić i minie przynajmniej pół książki, zanim przypomnę sobie o co chodziło w poprzednich tomach. Nic bardziej mylnego. Nie jestem pewna, czy to dlatego, że miałam na podorędziu recenzję „Obietnicy następcy”, która pomogła mi wczuć się w klimat, czy raczej to wszystko zasługa autorki, która w pierwszych rozdziałach nienachalnie naprowadziła czytelnika na właściwe tory przypominając wydarzenia z poprzednich tomów, ale właściwie od samego początku wiedziałam gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje.

A dzieje się sporo, bo i wszyscy mają pełne ręce roboty. Tyen, wraz z uczniami, ucieka przed prześladowaniami byłych kolegów z Liftre zazdrośnie strzegących przywileju naucznia, Rielle – najpotężniejsza kreatorka – zajmuje się odnawianiem martwych światów, a przed Baluką i Odnowicielami niełatwe wyzwanie utrzymania pokoju we wszechświecie. Tymczasem magia mechaniczna rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i jest wykorzystywana do tworzenia coraz potworniejszych machin bojowych. Pojawia się nowy wróg, który niesie zagładę na każdy świat, który napotka na swej drodze. Rozpoczyna się wyścig z czasem – czy ktokolwiek jest w stanie pokonać stale ewoluujący postęp wojennej mechaniki? Czy można się oprzeć mocy bezwzględnego uzurpatora podbijającego świat za światem?

By mieć jakiekolwiek szanse, trzeba będzie pokonać uprzedzenia, sprzymierzyć się z byłym wrogiem, zjednoczyć się  i zaryzykować poświęcenie tego, co jest bohaterom najdroższe.

„Żuczek jest trochę podobny do mnie (…). Jest starszy, umie więcej, ale zasadniczo wciąż ma tę samą postać. Choć potrafię dużo więcej, mam nadzieję, że takie skromne zajęcia, jak zabawianie dzieci i dbanie o rodzinę nigdy nie będą mi się wydawały zbyt trywialne”.

Powrócą pradawne przepowiednie, epickie bitwy magów – tym razem z rojami maszyn, wyścig zbrojeń, pogoń za wiedzą i zapomnianymi tajemnicami wymarłych cywilizacji. Pacyfistyczne przekonania Tyena zostaną wystawione na próbę, gdy wojna zagrozi jego najbliższym, Quall będzie musiał bardzo szybko dorosnąć, a Rielle… stać się jeszcze potężniejsza, niż jest dotychczas. Przed czytelnikami wizja świata rodem z Terminatora wymieszana z dążeniem do stworzenia nadczłowieka, wypaczonymi ideami socjalizmu i nienawiścią wobec magii, jako przewagi dostępnej jedynie nielicznym. Będą pościgi, wybuchy, rozrywanie światów i magia generowana podczas tworzenia piękna. To jedna z tych książek, które nie zwalniają ani przez chwilę.

Jak zwykle nie zabraknie też ogromnej dawki girl power!, pochwały różnorodności oraz walki z dyskryminacją i uprzedzeniami.

Oj, będzie mi brakować tego fascynującego wszechświata!

Trudi Canavan, Klątwa Kreatorów (Prawo Milenium – księga czwarta), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2020, 616 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Galeria Książki.

Bajki Majki: „Literkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Oto dowód na to, że książeczka do nauki liter, i to taka zawierająca minimalną ilość tekstu, nie musi być wcale nudna!

Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka – jest piękna. Każda literka została wydziergana tak, by w swym kształcie zawierać rzeczownik, który się na nią zaczyna – D jest domkiem, na F pręży się smukły flaming, w I wbito igłę, a na L przyczaił się rudy lisek. Każda z nich jest bajecznie kolorowa i misternie przygotowana. Uwaga! Książkę ilustrują zdjęcia robótek, nie ma w niej żadnych elementów dotykowych, wszystko należy chłonąć oczami. A jest się czemu przyglądać, bo co cztery literki następuje przerywnik w postaci materiałowo-dzierganej ilustracji zawierającej jak najwięcej przedmiotów na poznane przed chwilą literki do wyszukania, nazwania i utrwalenia zdobytej wiedzy. Wraz z opisującym obrazek wierszykiem.

Ale to nie wszystko! Każdej z liter, poza jej fantazyjnie wydzierganą formą, towarzyszy zadanie – a te są bardzo różnorodne. Przy H trzeba zrobić hop! i podskoczyć jak najwyżej, a przy cukierkowym C należy dać rodzicowi całusa. Poza tym mały czytelnik będzie kwakał jak kaczka, liczył oczy ufoludka, wymieniał zwierzątka na f (znacie jakieś poza foką, fretką i flamingiem?) i rozważał umaszczenie lisiego futerka. Fantastyczna pozycja do aktywnego czytania – również dla maluchów, które nie do końca potrafią wysiedzieć długo w miejscu. I jeśli na początku miałam trochę obaw, że moja czterolatka będzie już na nią nieco za duża, to byłam w wielkim błędzie – bawi się świetnie. I może ten sposób przyswajania wiedzy całym ciałem przypadnie jej do gustu, bo z literami idzie nam wyjątkowo opornie.

Troszkę tylko szkoda, że nie jest dłuższa, bo aż się prosi, żeby polskie znaki wymienione na końcu dostały swoje własne pełnowymiarowe wyszywanki. Przynajmniej te, na które zaczynają się rzeczowniki. Tymczasem tylko Ł otrzymało własną stronę, reszta została przedstawiona zbiorczo na ostatnich kartach książeczki – już bez zagadek i poleceń do wykonania. Odczułyśmy przez to z córką niewielki niedosyt.

Pięknie wydana, w całości z grubszego kartonu o bezpiecznie zaokrąglonych rogach ma szansę posłużyć przez kilka lat – można już bowiem pokazywać i zupełnemu maluszkowi i przedszkolak wciąż będzie zainteresowany.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Literkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Las na granicy światów” Holly Black

„Las na granicy światów” to w sumie prequel trylogii o złym księciu, jednak jej znajomość nie jest niezbędna. To odrębna historia Severtina i Króla Olch, a także miecza, który stanie się później orężęm w ostatecznym rozwiązaniu problemów Jude – wytęskniony powrót do dzikiego i okrutnego świata elfów dla fanów serii, ale równie dobrze sprawdzi się jako pierwszy kontakt z tym uniwersum.

Pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale ta książka jest jeszcze bardziej baśniowa. Opowieść o rycerzach przestrzegających kodeksu honorowego, o śpiącym księciu w szklanej trumnie, magicznych darach, sile muzyki, samotnych dzieciach stających do walki ze złem, legendarnych orężach i miłości jak z kart baśni. Właściwie ta przygoda równie dobrze mogłaby być opowieścią na dobranoc dla mieszkańców świata elfów. Bo oba te światy w żadnym innym miejscu nie łączą się ze sobą tak ściśle, jak w Fairfold.

Ben i Hazel, niedopilnowane dzieci wyzwolonych artystów, od małego kręcą się po przydomowym lesie. I od małego są świadomi czających się w nim niebezpieczeństw –ciągłej obecności śmiertelnie groźnych, bezlitosnych elfów, zarówno tych czarownie pięknych wysokiego rodu, jak i szkaradne potwory żywcem wyjęte z najbardziej mrocznych ludowych podań. Jedne bardziej niebezpieczne od drugich. Las ma jednak jeszcze jedną, znacznie bardziej romantyczną tajemnicę i atrakcję turystyczną w jednym – szklaną trumnę z zatopionym w wiecznym śnie rogatym młodzieńcem. Księciem z baśni i głównym bohaterem zabaw i fantazji rodzeństwa. Hazel marzy o byciu rycerzem, Ben kocha muzykę, obydwoje tęsknią do baśniowej miłości. Tylko czy gdyby książę został uwolniony ze swojej pułapki, spełniłby ich oczekiwania?

Jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana, bo dostałam bardzo dużą dawkę tego, za co pokochałam Holly Black – nieokiełznaną, piękną i przerażającą siłę natury pełznącą po ścianach miękkość mchu i jego słodki, duszący, nieco gnilny zapach (mam wrażenie, że ten wręcz wychodzi z jej książek). Szczególnie, że inwazyjny rozkwit roślinności został potraktowany jako broń i zwiastun najstraszniejszej potwory z samego serca lasu. Potwory, która wypełzła z jego czeluści i, pogrążona we własnej rozpaczy, terroryzuje miasto.

Holly Black, Las na granicy światów, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar 2020, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Liczyświnki” Agata Matraś

Ku mojemu rozczarowaniu i nieskrywanej radości męża Majeczkę od nauki literek i czytania zdecydowanie bardziej interesują cyferki i liczenie. Ale to nie jedyny powód, dla którego „Liczyświnki” zostały przyjęte w naszym domu z wyjątkowo dużym entuzjazmem. Świnki to wciąż jedno z najulubieńszych zwierzątek (obok kotków, foczek, szopów, wilków…), a humorystyczna koncepcja i rymowana forma książeczki nie pozwalają przejść obok niej obojętnie.

Każda strona prezentuje nam świnkową ciżbę i wyszczególnione w niej persony – w ilości zależnej od omawianej aktualnie cyfry. Najpierw mamy rozkładówkę wprowadzającą (na przykład z jedną świnką i zdaniem wierszyka), kolejna natomiast wypełniona jest zagadkami związanymi z daną cyfrą (na przykład „kto zebrał najmniej malinek?” gdzie odpowiedzią jest świnka, która ma jedną malinkę). Zadania są na spostrzegawczość, kojarzenie faktów, przeciwieństwa i liczenie oczywiście. Nie brak tu labiryntów i wypatrywania szczegółów. Każdej cyferce towarzyszy określony temat – wraz ze świnkami przejedziemy się komunikacją miejską, wybierzemy się do muzeum, do restauracji, na mecz, do parku, na plac zabaw i na przyjęcie urodzinowe. A co najciekawsze, wszystko to zrobimy… wierszem, bo i każda zagadka i każde zdanie w tej książeczce wpada w ucho dzięki wszędobylskim rymowankom.

Niewielka, bardzo kolorowa i niesamowicie zatłoczona i wyjątkowo ładnie ilustrowana kartonówka dla przedszkolaków. Bo chociaż twarde strony, stosunkowo niewielki ciężar i bezpiecznie zaokrąglone rogi pozwalają czytać ją i z zupełnymi maluszkami, to jednak mnogość szczegółów i niektóre z zadań wymagają już wprawy kilkulatka.

Urocza, przesympatyczna i pomysłowa, bardzo polecamy!

Agata Matraś, Liczyświnki, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Królestwo popiołów” Sarah J. Maas

Nie mogę uwierzyć, że jednak się skończyło. Niekończąca się seria jednak dobiegła końca. I mimo, że nie byłam do niej do końca przekonana i nie raz miewałam chwile zwątpienia, to jednak trochę będzie mi jej brakować.

Ciężar poświęcenia, ból utraty najbliższych, krew pot i łzy, nieskończona sinusoida nadziei i beznadziei gdy bezduszne, złośliwie okrutne hordy Erawana miażdżą jedną armię po drugiej zmuszając najdzielniejszych nawet wojowników do panicznego odwrotu. Czy jest jakakolwiek szansa przeciwstawić się nieprzeniknionej ciemności Valgów?

 

Najdłuższy z tomów, kulminacja budowanego przez setki stron napięcia, połączenie wszystkich wątków, karkołomny wyścig z czasem i spotkanie wszystkich bohaterów od murami Orynthu i wielka bitwa o wszystko. Czy armia południowego cesarstwa zdąży dotrzeć na czas? Czy uda się odnaleźć trzeci klucz i wykuć zamek? Czy bogowie dotrzymają swojej części umowy? Czy tym razem ktokolwiek odpowie na wezwanie Terrasenu? Kim tak naprawdę jest Maeve i czy uda jej się złamać ducha swojego wieźnia? Czy zadufana w sobie Aelin faktycznie ma plan na wypadek każdej sytuacji?

Na całe szczęście złośliwa, męcząca i niedojrzała Celeana z pierwszego tomu nie ma już zbyt wiele wspólnego z bohaterką ostatnich części. Rosnąca odpowiedzialność, już nie tylko za życie przyjaciół, sojuszników a nawet wysyłanych do walki armii, ale również ciężar przeznaczenia, niewola i tortury, kolejne porażki oraz niezachwiana potęga przeciwników, z którymi przyszło jej się mierzyć odcisnęły trwałe piętno na charakterze zaginionej księżniczki. I moim zdaniem wyszło jej to na dobre.

Osobiście jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przemiana Doriana i to jemu kibicowałam najbardziej. Przynajmniej odkąd minęła mi sympatia do Rowana, która malała wprost proporcjonalnie do jego fascynacji królową Terrasenu.

Bywało zaskakująco i bywało przewidywalnie. Były momenty, które niemożebnie mi się dłużyły, były i takie, przez które nie mogłam odłożyć książki do późnej nocy. Były wybuchy radości, bgorycz porażki. Siedmiotomowy cykl (ponad 5000 stron!) dobiegł wreszcie końca, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, przeznaczenie się dokonało, każdy z bohaterów dostał swoje własne zakończenie. A i tak o większości z nich chętnie bym jeszcze co nieco przeczytała.

Pisany przez 10 lat „Szklany Tron” jest doskonałym przykładem rozwoju nie tylko warsztatu pisarskiego autorki, ale także jej koncepcji świata przedstawionego, pomysłu na fabułę i podejścia do bohaterów. Tak naprawdę prawdziwą przyjemność z lektury zaczęłam czerpać w okolicach czwartego tomu, kiedy cała dziejowa intryga zaczęła się choć odrobinę rozjaśniać, a historia stała się bardziej spójna, mimo, ze z każdym tomem była bardziej i bardziej rozbudowywana. To był moment, w którym już wiedziałam, że nie będę potrafiła się wycofać, nie ważne ile tomów pojawi się jeszcze przede mną – zżyłam się z bohaterami i naprawdę zaczęłam być ciekawa, jak to wszystko się skończy.

Według mnie skończyło się odpowiednio i „Królestwo Popiołów” okazało się jednym (jednymi?) z najlepszych tomów tego cyklu, choć śmierć dwóch postaci sprawiła mi nielichą przykrość, a zabicia jednej z nich chyba nigdy autorce nie wybaczę. Chociaż rozumiem, dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Ale i tak, nie wybaczę! I nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć zabawy niepotrzebnymi spoilerami.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 735s.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 512s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Guzikowa książka”, Sally Nicholls, Bethan Woollvin

Nie zwróciłam początkowo większej uwagi na ta pozycję, bo schematyczne, nieco abstrakcyjne ilustracje nie bardzo przypadły mi do gustu, ale książka zebrała tyle pozytywnych recenzji, że musiałam ją wypróbować.

I faktycznie jest bardzo sympatyczna! I bardzo, bardzo interaktywna.

Na każdej kolejnej stronie czekają na małego czytelnika zwierzątka i guzik, który trzeba pomóc im wcisnąć, a każdy z guzików jest innej wielkości, koloru i kształtu. Do koloru guzika natomiast jest dopasowana kolorystyka całej strony. Po wciśnięciu przez dziecko guzika i przewróceniu strony dowiadujemy się, jaką akcję wywołaliśmy.

Jest więc guzik, który wydaje głośny dźwięk, czy wystawianie języka, ale są również guziki do klaskania, skakania, śpiewania piosenek, przytulania, czy łaskotek. I chociaż ostatni z przycisków to guzik do spania, bynajmniej nie jest to książka do czytania przed snem, o nie! No, chyba, ze mamy na celu wymęczenie malucha przed zaśnięciem.

Bo podczas czytania nie sposób pozostać w miejscu. Bo i jak tu siedzieć w bezruchu, skoro możemy wcisnąć przycisk podskakiwania? Jak nie śmieć się w głos, skoro właśnie wcisnęliśmy guzik łaskotek?

Minimum tekstu, maksimum zabawy. A w gratisie walory edukacyjne, bo to świetna pozycja do nauki kolorów, kształtów i przeciwieństw.

Bardzo podoba mi się, że nie jest to wyłącznie przegląd guzików i ich funkcji, ale część z nich się powtarza, co zachęca do przełamywania schematu i samodzielnego wybierania ulubionych przycisków – nawet, jeśli w tym celu trzeba się nieco cofnąć.

I chociaż to kartonowa pozycja dla najnajów – ślinoodporna i z bezpiecznie zaokrąglonymi brzegami – to i moja przedszkolaczka przez jakiś czas bawiła się świetnie przy wspólnym czytaniu. Szczególnie podczas łaskotek.

Sally Nicholls, Bethan Woollvin, Guzikowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 26 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Ksiegarnia.