Czas na czytanie: „Fangirl” Rainbow Rowell

Nie wiem, jak to jest możliwe, że przegapiłam tą książkę. Nastąpił chyba jakiś błąd w matrixie, całe szczęście, że jednak się odnalazłyśmy!

Wraz z pójściem do college’u życie Cath całkowicie się zmienia – opuszcza rodzinny dom i wymagającego opieki ojca, a jej siostra bliźniaczka, z którą dotychczas były nierozłączne, nie chce dzielić z nią akademika i znajomych i z każdym dniem oddala się coraz bardziej. Nowe otoczenie, nowe zajęcia i mnóstwo nieznajomych wokół to niezłe wyzwanie. A Cather nie przepada za zmianami i jest tak aspołeczna, że od razu ją polubiłam.

A jak się chwile później okazało, że jedyną stabilną rzeczą w jej życiu jest pisanie homo fanfików do jej ukochanej sagi o czarodziejach, to już musiała być przyjaźń na całe życie i pokrewieństwo dusz. Bo co, jak co, ale fanfikcję szanuję. I sagi o czarodziejach, i psychofanki też.

Super sympatyczna, zabawna powieść o dorastaniu, pasji, przyjaźni, pierwszej miłości i strachu przed rzeczywistością. O stawianiu czoła własnym słabościom, zaufaniu, szukaniu swojego miejsca, poczuciu braku dopasowania i problemach z opuszczeniem fikcyjnego świata. O młodych dorosłych, którzy nie za bardzo potrafią w życie i o starych dorosłych z takim samym problemem.  Okazuje się jednak, że i ta szara, zwyczajna rzeczywistość może być magiczna.

Jestem fangirl bardzo mocno, więc wszystko rozumiem.  Aż muszę sobie teraz poszukać jakiegoś dobrego fanfika . I w ten właśnie sposób góra książek do przeczytania jakoś się nie zmniejsza…

Rainbow Rowell, Fangirl, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2015, 456 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Grajki Majki: Pluszowe zwierzaki domowe, National Geographic Kids

Mam straszną słabość do pluszaków od National Geographic! Są pięknie wykonane, mięciutkie w dotyku i całkiem realistyczne. Mam już całkiem spore ZOO – pokazywałam te we wpisie o dzikich zwierzętach i leniwcu. Dobrze, że mam dziecko, mogę udawać, że to wszystko córki! Chociaż tak naprawdę większość mieszka w mojej sypialni. Tylko foką śnieżną Maja się nie dzieli. A teraz również perskim kotem, bo kiedy całkiem niedawno pojawiła się nowa seria – zwierząt domowych – oczywiście nie potrafiłam się powstrzymać.

Jestem jedną z tych mam, które na wyjęczaną prośbę „Mamusiu, chcę mieć pieska!” odpowiadają spokojnie, „Kochanie, ale przecież masz pieska. Mieszka u babci”. Majkowy piesek, który mieszka u babci wabi się Dexter i jest Cocer Spanielem. Dlatego też przebierając wśród przeróżnych ras maskotek nie wahałam się długo – dla mojej córy wybrałam tą rasę, którą zna i która jest jej bliższa. Na ten moment jest to młodszy braciszek Dextera (bo też pluszaki z tej kolekcji to szczenięta i kocięta), ale podejrzewam, że jak obejrzymy „Zakochanego Kundla” w któryś z długich, jesiennych wieczorów, to „młodszy braciszek” szybko stanie się Lady.

Bo i drugi z moich wyborów – pluszowy kotek rasy perskiej – od razu został określony jako dziewczynka, ochrzczony Milusią i zabrany do łóżka (serio, nie wiem, jakim cudem Majka się tam jeszcze mieści, w tym gangu pluszaków, jaki okupuje jej wyrko). Figlowi i Vincentowi do majkowego łóżka nie wolno, dlatego wreszcie ma kotka, z którym może spać (bo przecież trzy foki, niedźwiedź polarny, trzy świnki i Wilk, dalmatyńczyk, Truskawka Tosia, baranek i króliczek-pisanka to za mało…).

Milusia jest persem nieco odmiennego umaszczenia, niż nasz Figiel – biała podpalana z nieco bardziej płaskim pyszczkiem, dlatego też nie jest tak podobna do naszego osobistego żywego egzemplarza, jak jest to w przypadku Cocer Spaniela. Ale już do swojego pierwowzoru ze zdjęcia na etykiecie podobieństwo jest bardzo duże.

Tym razem etykietki, poza realnym zdjęciem, nie zawierają ciekawostek o danej rasie, a o całym gatunku – kotach lub pasach. Dowiemy się między innymi, że to koty są najpopularniejszymi zwierzętami domowymi na świecie i znajdują się w co trzecim amerykańskim gospodarstwie domowym oraz w jaki sposób psy się z nami komunikują.

Pluszaki z tej serii sprzedawane są w kartonowych podstawkach i, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, ofoliowane. Zazwyczaj wolę unikać zbędnego plastiku, ale w czasach pandemii czuję się bezpieczniej, kiedy pojawia się ta dodatkowa osłona. Szczególnie w przypadku pluszowej zabawki, którą trudno zdezynfekować, a dziecko będzie z nią spać i przytulać ją do twarzy.

Kot perski, Cocker Spaniel
National Geographic

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Bajki Majki: „Wihajster czyli przewodnik po słowach pożyczonych”, Michał Rusinek

Mam straszną słabość do słów, właściwie od zawsze. Im bardziej skomplikowane, tym lepiej i ciekawiej. Byłam tym dziwnym dzieckiem, które w podstawówce chodziło ze słownikiem pod pachą, nazywało irytujących kolegów „infantylnymi” i jako pierwsze wiedziało, czym jest orgazm. Bo znalazło definicję w „Słowniku wyrazów trudnych i obcych”.

Dlatego też wspieram pozycje o słowach z całego serca. A jeśli do tego są skierowane do dzieci (nie ukrywajmy, słownik był niekoniecznie dziecioprzyjazny – ani pół obrazka), to już w ogóle bajka.

„Wihajster” nie jest typowym słownikiem zawierającym definicje trudnych wyrazów. Ta wesoło ilustrowana pozycja została poświęcona zapożyczeniom i skupia się przede wszystkim na ich pochodzeniu. A to bywa czasami bardzo zaskakujące, bo poza słowami z języka niemieckiego, angielskiego, francuskiego, łaciny, czy greki czerpaliśmy inspirację z języków azjatyckich, tureckiego, mongolskiego, azteckiego, węgierskiego, perskiego, czy jidysz. Wszystkie te słowa zostały podzielone na kategorie tematyczne – od kuchni, przez podwórko, aż po ubrania, sport, medycynę i wyposażenie pokoju. Ostatnie strony zostały poświęcone polonizmom, czyli słowom z języka polskiego, które pożyczyły sobie od nas inne języki (i dlaczego akurat są to ogórki).

Dowiemy się między innymi dlaczego małą poduszeczkę nazywamy jaśkiem, co dokładnie w języku starożytnych Greków znaczyło słowo katárrhous, czy indyk pochodzi z Indii, co ma wspólnego torebka z koniem, jak i kiedy harcowali rycerze i ze zlepków jakich słów (i w jakich językach!) powstały wyrazy takie jak tramwaj, czy herbata. Poznamy też słowa wędrujące przez różne języki i prześledzimy trasy, jakie przebyły w drodze do naszej ojczystej mowy.

Bardzo atrakcyjnie wydana i fascynująca od pierwszego, do ostatniego słowa! Nie sposób się oderwać, niezależnie od wieku.

Michał Rusinek, Wihajster, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

Czas na czytanie: „Psychoterapeutka” Helene Flood

Sara i jej mąż wzięli na siebie sporo wyzwań jednocześnie, nie tylko obydwoje postanowili otworzyć własne biznesy – Sara gabinet psychoterapeutyczny dla młodzieży, a jej mąż Sigurd biuro architektoniczne – ale również przeprowadzili się do starej willi po dziadku i rozpoczęli jej generalny remont własnymi siłami. Nic więc dziwnego, że szybko stali się przemęczeni i sfrustrowani, przez co niełatwo o nieporozumienia w całkiem jeszcze świeżym małżeństwie. Kiedy jednak wydaje się, że wszystko nareszcie zaczyna się układać, Sigurd, zamiast wyjechać na weekend z przyjaciółmi, znika bez śladu, a ostatnia wiadomość, którą zostawia żonie okazuje się być kłamstwem. Początkowe niedowierzanie szybko przemienia się w niepokój, a kiedy bohaterka zaczyna czuć się obserwowana i prześladowana w swoim własnym domu, a nie ma do kogo zwrócić się o pomoc, powoli zaczyna wątpić w swoje zdrowie psychiczne.

Chociaż w tej książce brak zaskakującego zwrotu akcji, jak w „Pacjentce” i traumatycznej przyczyny problemu, jak w „Kobiecie z okna”, jest równie przejmująca, przede wszystkim ze względu na smutny portret kobiety nie potrafiącej odnaleźć się wśród ludzi. To rozwijająca się spokojniejszym tempem opowieść o samotności i pielęgnowaniu relacji. O potrzebie przyjaźni i kontaktu z innymi ludźmi, radzeniu sobie z traumą, psychologii kłamstwa, wpływie życia rodzinnego na rozwój jednostki, zazdrości i dylematach moralnych.

Nie wybitna, ale warta uwagi. Niedługa pozycja idealna na jesienny wieczór – trochę kryminał, trochę thriller, gdzie dzięki wspomnieniom bohaterki akcja toczy się w dwóch czasach, które w pewnym momencie składają się w pełny obraz małżeństwa.

Minusy? Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy styl autorki, ale przez bardzo długie zdania podrzędnie złożone czyta się ją dość specyficznie. Nieco drażniło mnie też, że wszyscy, niezależnie od stopnia zażyłości, zwracają się do siebie na „ty”, gdzie w języku polskim (kulturze?), stosujemy raczej formy grzecznościowe pan, pani, kiedy zwracamy się na przykład do komisarza policji. I jeszcze ten nieszczęsny „tiszert” zapisany fonetycznie – być może poprawnie, ale jakoś boli w oczy.

Helene Flood, Psychoterapeutka, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 340 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Grajki Majki: „Rycerze” – komiks paragrafowy

To mój pierwszy raz z grą paragrafową i zdaje się, że połknęłam bakcyla!

Czy jest ktoś, kto nie chciał nigdy zostać rycerzem? Teraz to możliwe! Możemy wcielić się w jednego z trzech ambitnych braci i spróbować swoich sił w rywalizacji o możliwość uczestnictwa w morderczym treningu o godność rycerską. Liczy się samozaparcie, uczciwość, spostrzegawczość, wytrzymałość i… instynkt samozachowawczy, bo każda nasza decyzja ma swoje konsekwencje. A konkurenci nie śpią!

W tego rodzaju komiksie czytelnik sam steruje fabułą. Podejmując decyzje wędrujemy po książce kierując się się do określonych pól oznaczonych cyframi zgodnymi z naszym wyborem (przy okazji to świetne ćwiczenie z poznawania cyfr dla młodszych odbiorców). W ten sposób każda rozgrywka jest inna i różnymi gracze mogą trafić w zupełnie różne miejsca i mierzyć się z różnymi wyzwaniami.

„Dziennik bohatera” to tak naprawdę wstęp do przygody mający na celu oswoić nas z mechaniką gry. By dostąpić zaszczytu szkolenia na rycerza musimy zdobyć jak najwięcej bransoletek odwagi wędrując po lasach i wertepach wokół szkoły. Dzięki określonych przymiotach naszego bohatera – sile, odwadze, charyzmie i zręczności – możemy w różny sposób reagować na napotkane sytuacje, na przykład stanąć do pojedynku, albo pertraktować. Warto jednak mierzyć siły na zamiary! Musimy zdobyć konia, broń i pieniądze, a unieść możemy tylko tyle, ile zmieścimy w plecaku, z którym wyruszamy po przygodę, zdążyć odszukać tyle bransoletek męstwa, ile zdołamy i przy tym nie zgubić się w lesie. A mamy na to tylko 5 dni i nocy!

„Dziennik bohatera” to jednak kaszka z mleczkiem. Prawdziwe wyzwania dopiero czekają! Wraz z kolejnymi częściami wzrasta poziom trudności – w „Wiadomości” udało nam się już dostać do szkoły rycerskiej i dzięki temu możemy wybrać jeden z dwóch trybów gry: szybki i uproszczony tryb giermka albo docelowy tryb rycerza, jeśli czujemy się na siłach. A to już nie przelewki! Musimy dostarczyć hrabiemu bardzo ważną wiadomość od króla. Na drodze czekają nas epickie pojedynki z potworami i łamiące główki zagadki, a ich wyniki zależą tak od sprawności umysłu, jak i od szczęścia, bo pojedynki kołem się toczą. Dosłownie. Również karta postaci jest znacznie bardziej skomplikowana, niż w pierwszej części, bo pojawiają się punkty życia i doświadczenia, które zmieniają się po każdym z pojedynków i zależą od broni, którą się posługujemy. Podczas wykonywania zadań natrafimy także na karty specjalne, za które zdobędziemy atrakcyjne bonusy.

Przygody i pojedynki to za mało? Na złaknionych skarbów czeka trzecia część „Rycerzy” – kolejna rycerska misja! „Ukryte miasto” to nie tylko wyprawa po przygody, ale i po atrakcyjne fanty – nasi bohaterowie, uzbrojeni w listę ukrytych skarbów, będą eksplorować legendarne miasto na tropikalnej wyspie. I tym razem czekają nas pojedynki, zagadki i niebezpieczeństwa, tylko w bardziej atrakcyjnej scenerii – mapy, krwiożercze kościotrupy, drogocenne świecidełka, zamknięte skrzynie… na pewno czujecie te klimaty. Dużym ułatwieniem jest fakt, że w przypadku tej przygody nie zmienia się już wzór karty postaci, koło pojedynków również zostaje – po prostu zamiast kart specjalnych z „Wiadomości”, mamy listę skarbów do odkrycia. Tym bardziej przyda się spostrzegawczość i hart ducha. Również w tej części możemy wybrać miedzy uproszczonym trybem giermka, a standardową rozgrywką rycerza.

Bardzo doceniam, że karty postaci i wszystkie te elementy, które powinno się wypełnić i wyciąć z książki można również pobrać ze strony internetowej wydawnictwa, dzięki czemu książki nie jest „jednorazowego użytku”.

Super rozrywka i dla młodszych i dla starszych graczy. Trochę komiks, trochę książka, trochę gra. Strasznie fajnie nie tylko poczuć się bohaterem czytanej historii za sprawą siły  wyobraźni, ale i mieć realny wpływ na jej przebieg!

Rycerze. Dziennik bohatera
Rycerze 2. Wiadomość
Rycerze 3. Ukryte miasto

Autorzy: Shuky, Waltch, Novy
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 1
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Bajki Majki: „12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy”

O emocjach można mówić i mówić, a i tak nigdy chyba nie powie się wszystkiego. To trzeba poczuć. Problem w tym, że kiedy już je czujemy, okazuje się, że wcale nie tak łatwo sobie z nimi poradzić! Szczególnie, kiedy jest się dzieckiem. A i ja czasem czuję się wobec nich zupełnie bezbronna, choć według metryczki dzieckiem przestałam być już dawno temu.

Książka „12 ważnych emocji” to zbiór opowiadań, w których autorzy przybliżają młodym czytelnikom poczucie dumy, radość, wstyd, tęsknotę, strach, złość, zazdrość, bezradność, smutek, zadowolenie, zaskoczenie i współczucie.

To propozycja dla nieco starszego czytelnika – wytrwałego słuchacza, albo już nieco bardziej zaawansowanego samodzielnego czytacza. Opowiadania są całkiem rozbudowane, zajmują mniej więcej po 8-10 stron, dzięki czemu autorzy mieli szansę dokładniej zarysować daną sytuację, niemalże wyjętą z życia codziennego małolata, i stworzyć bohaterów, z którymi łatwo się identyfikować. A potem już na ich doświadczeniach odbiorca ma szansę nauczyć się, że strach ma wielkie (czasami sumie) oczy, że nie warto ciągle strzelać fochów i mieć much w nosie, a czasami satysfakcja z pomocy innym przysporzy nam więcej dumy, niż zwycięstwo, na które ciężko pracowaliśmy.

Chociaż czcionka nie jest zbyt duża, a same opowiada są raczej długie, nie szczędzono w nich również ilustracji. I chociaż styl Eluty Kidackiej nie jest moim ulubionym, ilustracje które obecne są na każdej stronie spełniają bardzo ważną rolę. Rozweselają i wspomagają wyobraźnię również w rozpoznawaniu emocji – w końcu mimika jest w tym przypadku bardzo ważna.

12 autorów połączyło siły, by udowodnić dzieciom, że nie ma czegoś takiego, jak złe emocje, trzeba tylko nauczyć się je rozpoznawać, czerpać z nich siłę i naukę oraz radzić sobie z ich konsekwencjami. Na tą lekcję nigdy nie jest za wcześnie. Ani za późno.

12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy, Poznań: Centrum Edukacji Dziecięcej, 2020, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Centrum Edukacji Dziecięcej.

Czas na czytanie: „Wszystkiego, co naprawdę muszę wiedzieć, dowiedziałem się w przedszkolu”, Robert Fulghum

„Dziel się wszystkim.
Graj uczciwie.
Nie wolno bić innych.
Jeśli coś znajdziesz, odłóż to na miejsce.
Sprzątaj po sobie…”

Zazwyczaj nie odnajduję się w tego rodzaju książkach objawiających filozofię prostoty i doceniania codziennych przyjemności życia – mój wewnętrzny cynik odzywa się podczas lektury zdecydowanie zbyt często. Ta książka skusiła mnie nieco z wewnętrznej przekory – osobiście nigdy nie chodziłam do przedszkola, czy wobec tego jestem w stanie nadrobić te braki w przygotowaniu do życia w społeczeństwie? Może zostałam skreślona już na samym starcie?

Książka Roberta Fulghuma to zbiór króciuteńkich esejów – żeby nie powiedzieć „przemyśleń” – na temat podejścia ludzi do życia. Przytaczając wiele postaci, z którymi zetknął się w swoim życiu – od żydowskiego szewca, przez mężczyznę, który postanowił wznieść się w przestworza na krześle, aż po spotkanych przypadkowo emerytowanych rowerzystów – i ich życiowe postawy rozważa nad tym, co jest w życiu ważne i jakimi wartościami warto się kierować.

„Każdy z nas – gdzieś tam w środku – wie wszystko, co ważne. Zna zasadę wzajemności, miłość, podstawy higieny. Rozumie ekologię i politykę, co znaczy równość i zdrowe życie”.

Już na pierwszy rzut oka widać, że podejście autora jest bardzo utopijne. I jak każda utopia – wprowadzone w życie mogłoby wyrządzić sporo złego. Nie znaczy to jednak, że kierowanie się w życiu „przedszkolnymi” zasadami nie uczyni naszego świata lepszym miejscem. Nawet, jeśli jest on zdecydowanie bardziej skomplikowany, niż mogłoby się to przedszkolakom wydawać. Wiadomo przecież jak ważne są solidne podstawy. Dlatego też chociaż nie mogę całkowicie zgodzić się z tezą postawioną w tytule, nie odbieram jej również wagi – przedszkole to bardzo ważny etap rozwoju inteligencji emocjonalnej i funkcjonowania w społeczności.

„Wyobraźcie sobie, jakim pięknym miejscem byłaby Ziemia, gdyby każdy z nas punktualnie o trzeciej po południu zjadał ciastko, popijał mlekiem i ucinał sobie drzemkę”.

– brzmi pięknie, prawda? Jako łakomczuszka i śpioch z natury i entuzjastka celebracji lenistwa jestem bardzo na tak. Ale jako osoba znająca odrobinę zasady funkcjonowania układu trawiennego i obarczona doświadczeniem refluksu wiem, jak katastrofalne w skutkach mogłoby okazać się takie folgowanie tym małym przyjemnościom. Nie skreślajmy więc może wiedzy i doświadczeń zdobytych już po beztroskich latach przedszkola ;)

Nie znajdziecie tutaj żadnej prawdy objawionej, a ta lektura nie odmieni Waszego życia. Nie znajdziecie tu również niczego nowego. Ale czyta się przyjemnie i szybciutko – dobrze sprawdzi się zarówno jako pozycja „na raz” podczas podróży, jak i książka noszona w torebce i „poczytywana” po eseju w kolejce czy na przystanku autobusowym, a nawet jako „chociaż dwie strony przed snem” – bo tutaj dwie strony to już cały esej i skończona myśl. Momentami bawi, momentami wzrusza, czasem wzbudzi odrobinę nostalgii. Całkiem przyjemna – to taki trochę gawędziarsko napisany „zabijasz czasu”. Czy świat nie byłby piękny, gdybyśmy jako czekadełko sięgali właśnie po tego typu krótkie i lekkie teksty, zamiast po plotkarskie gazetki?

Robert Fulghum, Wszystkiego, co naprawdę muszę wiedzieć, dowiedziałem się w przedszkolu, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2020, 272 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mamania.

Grajki Majki: „Mrówki”

Początek września, szkolna mobilizacja, to i człowiek bardziej się stara, żeby wszystko, po co sięga było bardziej „edukacyjne”, niż zwykle. Wkrótce zapał do nauki oczywiście minie, ale wartościowa gra już zostanie na półce i nie znudzi się tak szybko.

Mrówki to bardzo fajny miszmasz – gra trenująca jednocześnie spostrzegawczość i refleks oraz… umiejętność dodawania i sprawnej oceny sytuacji. Pod presją czasu, bo oczywiście kto pierwszy, ten lepszy.

W pudełku znajdziemy dwie talie kart z liczbami w roli głównej– kwadratowe karty mrowiska w kolorze szarym bordowymi liczbami o wartościach od 1 do 39 oraz karty mrówek w siedmiu kolorach o wartościach od 1 do 35 (po 5 w każdym kolorze).

Zasady są bardzo proste – karty tasujemy i karty mrowiska rozkładamy losowo przed sobą tak, by wszyscy gracze dobrze je widzieli. Następnie naprzemiennie losujemy karty ze stosu mrówek i musimy jak najszybciej dotknąć tą kartę mrowiska, która odpowiada wartością wylosowanej karcie mrówki. Kto zrobi to jako pierwszy, ten zgarnia kartę mrówki dla siebie. Uwaga! Jest tylko jedna szansa, a pomyłka dyskwalifikuje w tej rundzie!

 Ale żeby nie było za łatwo, jeśli wylosujemy kartę w kolorze, który został już zdobyty we wcześniejszej rozgrywce, do wartości karty mrówki musimy dodać ilość wszystkich kart w tym samym kolorze, które już wcześniej pojawiły się na stole i dopiero tej wartości szukać wśród kart mrowiska. Wygrywa ten, kto jako pierwszy zdobędzie choć jedną kartę we wszystkich siedmiu kolorach albo pięć kart w tym samym kolorze. Nie jest to niby żadna wyższa matematyka, ale trzeba szybko ogarniać, wykazać się szybkością i spostrzegawczością jednocześnie, a rywalizacja podkręca emocje.

Ponadto gra ma fantastyczną szatę graficzną, estetyczną i zabawną – przedstawione na kartach antropomorficzne mrówki mają swoje osobowości, hobby i czasami zostały „uwiecznione” w bardzo dziwnych momentach. Moimi faworytkami są Mrówka Matka z bliźniakami i Mrówka Sedesowa uchwycona na kibelku.

Bardzo fajna zabawa dla całej rodziny – nie nadmiernie skomplikowana, a wzbudzająca wiele emocji i rozwijająca różne umiejętności. A do tego niewielka, starannie wykonana i atrakcyjna wizualnie.

Mrówki
Autor: Kim Sehee, Kang Chulku
Ilustracje: Katarzyna Bajerowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-6
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami”, Anna Sójka, Ola Krzanowska

Koniec wakacji, nadszedł czas nauki! Ale czy ta może być równie przyjemna, co wakacyjne przygody? Moja Majka kocha książki – zarówno kiedy jej czytamy, jak i samodzielnie oglądać obrazki i opowiadać sobie historie. Ale do nauki literek i ich składania w wyrazy jakoś się nie pali. Rozglądam się więc powoli za różnymi tytułami, które zmienią naukę czytania w świetną zabawę. Oto jeden z nich:

„Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami” to niewielka formatem, ale dość gruba książka i całkiem ciężka książka, przywodząca na myśl poważne tomiszcza, za to z naprawdę uroczym wnętrzem. Znajdziemy w niej 12 króciutkich opowiadań – bardzo prostych, ale pełnych przygód i całkiem pouczających – o zwierzątkach, owadach, smokach i księżniczkach, znajdzie się nawet pewna czarownica! Przeczytamy też miedzy innymi o pracowitych pszczółkach i mrówkach oraz pomysłowych biedronkach, strachliwym smoku, leśnym przedszkolu, Śwince Balbince, która wyruszyła zdobywać świat poza chlewikiem, różowym zabawkowym wielorybie, który się zgubił, czy o słoniu, który nauczył się doceniać innych.

W tekście opowiadań część słów zastąpiono obrazkami, by nawet te zupełnie nie umiejące jeszcze czytać maluchy mogły brać czynny udział w lekturze. A jak już przyzwyczają się do wspólnego czytania i będą gotowe na kolejny poziom zaawansowania, między obrazkami czekają wyrazy podzielone na czarno-czerwone sylaby – idealne do stawiania pierwszych kroków w świecie czytania.

Tekst został sformatowany tak, by być maksymalnie łatwym w odbiorze – na jednej stronie znajdziemy od jednego do czterech krótkich zdań z wyszczególnionymi graficznie sylabami i obrazkami zamiast niektórych wyrazów. Bardzo duża interlinia pomaga podczas śledzenia tekstu palcem, a poza piktogramami znajdziemy tu mnóstwo ilustracji – nie tylko będących dekoracją stron z tekstem, ale również całostronicowych. A ilustracje Oli Krzanowskiej są bardzo w moim guście – delikatne, kolorowe i strasznie słodkie, ale bez zbędnej pastelozy.

Dopiero wdrażamy się w czytanie sylabowe, ale jak na razie już same obrazki w tekście sprawiają mojej przedszkolaczce sporo frajdy i dumy z udziału w czytaniu tekstu. Coś czuję, że to będzie całkiem pożyteczna koncepcja!

Anna Sójka, Ola Krzanowska, Czytanki sylabowe z obrazkami, Poznań: Wydawnictwo CED, 2020, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED.