Bajki Majki: „Kocie opowiastki” Magdalena Szczepańska

„Kocie opowiastki” to super sympatyczna historia pewnego miotu kociaków urodzonych w szafie, opowiedziana z perspektywy jednego z nich – czarnego jak węgielek Batmana z białym krawacikiem.

Batman pokazuje małym czytelnikom świat z puntu widzenia kociątka (czyli usytuowanego dość nisko) – opowiada o swojej rodzinie, pierwszych krokach i ulubionych zabawach. Dla takiego maleństwa wielką przygodą jest utknięcie na schodach, pierwsze wyjście do ogródka albo do łazienki (kto by pomyślał jak niebezpiecznie może być w łazience!). Groźne przygody potrafią skończyć się nie tylko strachem, ale również chorobami i nieść moralizujące przesłanie nie tylko dla kotków, ale i dla dzieci. Towarzyszymy Batmanowi od chwili narodzin aż do momentu adopcji.

To przeurocza opowieść o dorastaniu i poznawaniu świata, a także o tym, że najmniejsze i najbardziej błahe rzeczy mogą być dla kogoś najważniejsze na świecie. Wszystko to w otoczeniu słodziutkich ilustracji Kasi Nowowiejskiej, które znajdziemy niemalże na każdej stronie, jest więc na czym zawiesić oko. A takim kocim pyszczkom trudno się oprzeć!

Historia Batmana i jego rodzeństwa została podzielona na super króciutkie rozdziały – po jednej, czasem dwie strony tworzące właśnie wspomniane w tytule opowiastki. Dzięki temu książka fantastycznie nadaje się do czytania z zupełnym maluchem mającym jeszcze problemy z cierpliwością i wysiedzeniem dłuższej chwili przy książeczce, będzie też świetną pomocą osładzającą czekanie – na przykład w kolejce do lekarza albo na posiłek w restauracji. Moja nieco już podrośnięta czytelniczka nie akceptuje mniejszej liczby opowiastek niż 7 za jednym razem, nim pozwoli zakończyć rytuał wieczornego czytania.

Magdalena Szczepańska, Kasia Nowowiejska, Kocie opowiastki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2020, 40 s.

Jeśli nie chcecie jeszcze opuszczać świata kociaków, albo zdążyliście się stęsknić, bo minęło już sporo czasu odkąd o nich czytaliście, koniecznie sięgnijcie po drugi tom opowiastek! Tym razem narratorem jest Gucio, który tydzień po adopcji wrócił do domu – nie mogli się dogadać z nową właścicielką w sprawie siusiania na dywan. Ponownie mieszka więc wraz mamą i Pelą w domu Pan Magdy i Pana Tomka. I oczywiście nie stroni od przygód! Będą harce z siostrą, babcine perypetie na wsi, skakanie po juce i rododendronie, wieści od rodzeństwa z nowych domów, przygotowania do Bożego Narodzenia – ubieranie choinki to w końcu dla kociaka atrakcja nie z tej ziemi! Prawie tak wielka, jak znajdowanie prezentów pod tą choinką! Będą też rodzinne wycieczki do ogródka i zostawanie w domu bez opiekunów.

Tym razem opowiastki są odrobinę dłuższe, ale nie za bardzo – po dwie, czasem trzy strony. Są też równie pocieszne i urocze, jak w pierwszym tomie.

To taka słodycz, którą dzieci mogą przyjmować w dowolnych dawkach – nie grozi próchnicą! Polecamy nie tylko kociarzom.

Magdalena Szczepańska, Kasia Nowowiejska, Kocie opowiastki. Gucio o cała reszta, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2020, 42 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Rządy wilków” Leigh Bardugo

„Może na tym właśnie polegała cała sztuka: żeby przetrwać, ośmielić się, zostać przy życiu, wykuć własną nadzieję, kiedy cała nadzieja już się skończyła”.

Wojna z lepiej uzbrojonym, zawziętym i bezlitosnym fierdańskim przeciwnikiem planującym nie tylko podbój, ale i eksterminację griszów, podczas gdy w kasie pustki i brak realnych szans na jakikolwiek sensowny sojusz? Co to dla Nikołaja Lancova!

W drugim tomie zdecydowanie mniej jest spotkań oko w oko z bogami i nadprzyrodzonych zmagań o mistycznym wydźwięku, choć aspekt religijny wciąż ma się dobrze i będzie miał swoje pięć minut. Zaczyna się wojna, dominuje więc wyścig zbrojeń i rozpaczliwe poszukiwanie jakiejkolwiek przewagi. Jeśli nie militarnej czy liczebnej to chociaż przewagi sprytu, zasadzki i elementu zaskoczenia. Nikołaj dwoi się i troi, żeby nie dać rozszarpać Ravki na strzępy (i przy okazji nie dać się rozszarpać swojemu własnemu, wewnętrznemu demonowi) ale we Fierdzie mają już dowody na jego nieprawe pochodzenie, a w kark dyszy mu kolejny pretendent do tronu, tym razem naprawdę z rodu Lancovów. Zoya ze wszelką cenę usiłuje ocalić najbliższych i wciąż opłakuje każdego z utraconych przyjaciół broniąc się jednocześnie za całych sił przed emocjami i dziedzictwem przekazanym jej przez Jurisa. Nina w samym sercu obozu wroga oddaje serce komuś, komu zdecydowanie nie powinna. Tymczasem świat rozdziera plaga cienia niszcząca wszystko, co znajdzie na swej drodze. I nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie się pojawi.

Będą epickie bitwy, szaleńcze pomysły, moralne dylematy związane z przykładaniem ręki do rozwoju wojennego rzemiosła, będą wynalazki niosące śmierć i zniszczenie, będzie też rozpaczliwa walka o pokój, podczas której trudno przebierać w środkach. Będą śluby i pogrzeby, łzy i radości. To książka o Nikołaju, nie zabraknie więc zuchwałych przedsięwzięć. A nawet małej wycieczki do Ketterdamu, Wronom w odwiedziny. I smok, będzie smok!

Co mi nie pasowało? Pisałam o tym już w recenzji pierwszego tomu dylogii, ale mam straszny ból części zadniej, więc uzewnętrznię się i tutaj. Pierwszą trylogię Bardugo czytałam jeszcze w wydaniu Papierowego Księżyca i w poprzednim tłumaczeniu. Podobno to nowe jest lepsze, niestety miałam zbyt długa przerwę między seriami by móc to ocenić i mieć na ten temat własne zdanie. Ale obecne tłumaczenie nazw własnych to coś, z czym kompletnie nie potrafię się pogodzić. Kiedy czytałam „Króla z bliznami” nie miałam pojęcia co to jest ten cały „Zmrocz”, a kiedy już wreszcie zorientowałam się, że chodzi o Darklinga, plask mojego facepalma było chyba słychać na księżycu. Kto uznał, że przetłumaczenie „Darklinga” na „Zmrocza” to dobry pomysł? I dlaczego?

Nie widzę też najmniejszego sensu w tłumaczeniu nazwy statku Sturmhonda z „Volkvolny” na „Wołka Wołnego” (dobrze, że sam Stuhmhond nie został żadnym „Piesełem burzy” albo „Ogarem navalanicy”, żeby było bardziej stylizowanie, niż w oryginale…). Ani „Nikolai’a Lantsova” na „Nikołaja Lancova”. Po co, na co? Żeby pokazać, że coś się zrobiło? Żeby się na siłę odróżnić od poprzedniego tłumaczenia? A może po prostu się nie znam i jest w tym jakaś głębsza idea, która mi umyka? Czy jest na sali tłumacz, który mógłby mi to wytłumaczyć?

Te naciągane tłumaczenia to było coś, co mnie wymęczyło podczas lektury, poza tym świetnie było wrócić do uniwersum griszów, szczególnie na świeżo po serialu. I chociaż, mimo całego uroku Nikołaja, moje serce oddałam Wronom i Ketterdamowi, to i tak dobrze było odwiedzić Ravkę.

Leigh Bardugo, Rządy wilków, Warszawa: Wydawnictwo MAG: 2021, 576 s.

Bajki Majki: „Van Dog” Gosia Herba, Mikołaj Pasiński

Są taki książki, którym poświęcasz rzut oka i już wiesz, że musisz mieć, bo to będzie WMN – Wielka Miłość Nieskończona. Już na sam tytuł spadły mi kapcie (mimo, że jestem zdeklarowaną kociarą, mam nadzieję, że ta zdrada zostanie mi wybaczona!) a jak jeszcze dodamy do niego jedną z moich najulubieńszych ilustratorek, to wiadomo, że musi być sztos, nie ma innej opcji.

Kochałam, więc zanim jeszcze otworzyłam, a jak już otworzyłam, to pokochałam jeszcze bardziej.

„Van Dog” to obłędnie kolorowy i pełen szczegółów, cudownie zwariowany picturebook o sztuce, tworzeniu i postrzeganiu świata.

Artysta wybiera się w plener. Kiedy od samego rana w skupieniu oddaje się malowaniu, łąka wokół niego zaczyna budzić się do życia i… wchodzić z nim w interakcje. Na początku powoli i przewidywalnie – uważne oko będzie miało szansę zauważyć coraz więcej robaczków, ptaszków, jaszczurek i chmurkowych baranków. Ale im dalej w las, tym bardziej goście będą odbiegać w kierunku surrealizmu. Pojawią się rozbrykane dzieciaki, rycerze kosmiczne mrówki, olbrzymia gadzina pytająca o drogę do Tokio (wraz z alpinistką wspinającą się zawzięcie po jej ogonie), pająk wielbiciel koloru niebieskiego, kosmici, wędkarze, wampiry, budka z lodami, kometa, przelotne opady deszczu i domorosły krytyk sztuki. A to tylko wybrane zagadnienia! Oczywiście cała ta hałastra wydaje z siebie olbrzymie ilości wyrazów dźwiękonaśladowczych, pytań natury egzystencjalnej i wyznań miłości w kierunku lodów. Czyste szaleństwo. Czy można sobie wyobrazić lepsze warunki dla tworzenia sztuki? Bynajmniej! Dlatego też powstanie prawdziwe arcydzieło!

Fantastyczna zarówno pod względem humorystycznym, jak i wizualnym, fani Gosi Herby znajdą tu niejednego z jej robaczków, pajączków i krwiopijców, a fani wielkiej światowej sztuki z pewnością będą zachwyceni żabią wersją Cecylii Gallerani, świńskim Courbetem i jamniczkowym Młodzieńcem.

To też genialna wyszukiwanka, bo dzieje się tak dużo, że czasami nadążyć za losami jednego z bohaterów nie jest wcale łatwo. A i ci zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Na samym końcu zaś na młodych czytelników czeka plakat, na którym będą mogli stworzyć swoje własne, mniej lub bardziej realistyczne dzieło.

Gosia Herba, Mikołaj Pasiński, Van Dog, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Traktor Stasia. Nauka liczenia z okienkami” Izabela Mikrut, Monika Filipina

Dzisiaj gratka dla maluszków – przedstawiam wam jedną z najzabawniejszych książeczek do nauki liczenia, jakie widziałam. Traktor (a to już pojazd atrakcyjny sam w sobie) prowadzony przez Stasia i jego młodszą siostrę przez całą książkę ciągnie przyczepy przeróżnego kształtu i koloru, posiadające mniej lub bardziej zdumiewających mieszkańców. Na dzień dobry wita nas jeden bóbr siedzący… na toalecie, w kolejnej przyczepie kryją się krowy dziergające szalik na drutach, zobaczymy też kaczki w kąpieli, kolarskie niedźwiedzie… A więcej nie zdradzę, żeby nie psuć niespodzianki!

Wszystkiemu towarzyszy krótki, rytmiczny wierszyk systematyzujący co widzimy na obrazkach, a pod klapkami kryją się wyrazy dźwiękonaśladowcze zachęcające do naśladowania odgłosów podróżujących przyczepkami zwierzątek. Ile zwierząt kryje się w każdej z przyczep, a ile jest w całej książce? Na każdej ilustracji schowała się też psotna żabka, czy małemu molikowi uda się odnaleźć je wszystkie?

Książka jest całkiem spora (nieco mniejsza niż A4), z grubej, ślino i ząbkoodpornej tektury o bezpiecznie zaokrąglonych rogach, dzięki czemu świetnie nadaje się również do samodzielnego „czytania”. Czynnikiem wyróżniającym ją spośród innych tytułów z okienkami, jakie dotychczas mieliśmy, jest wielkość klapek. Te są naprawdę duże – po jednej na stronie – i kryje się za nimi całkiem sporo tajemnic.

To świetne wsparcie nie tylko w nauce liczenia, ale również kolorów, nazw zwierząt i odgłosów, jakie te wydają. Przyda się również do ćwiczenia spostrzegawczości, skupienia uwagi i motoryki małej, w końcu okienka to zawsze fajne wyzwanie dla małych paluszków, a niedługi tekst nie pozwoli maluchowi się znudzić.

Bardzo dobra kandydatka na jedną z pierwszych książeczek na półeczce bobasa.

Izabela Mikrut, Monika Filipina, Traktor Stasia. Nauka liczenia z okienkami, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 12 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

W temacie nauki liczb i liczenia polecam również:
Liczyświnki”,
„Liczymy razem”,
„Cyferkową książkę”,
i zestawienie książek o literkach i cyferkach.

Czas na czytanie: „Mechaniczny Książę” Cassandra Clare

O drugiej części „Diabelskich Maszyn” można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest przejściowa.

Mortmain uciekł i w spokoju przygotowuje się do realizacji planu eksterminacji Nocnych Łowców. Tymczasem nad Charlotte i Henrym wisi widmo utraty kierownictwa nad Instytutem. Mają tylko dwa tygodnie, by dopaść Mistrza, nim zostanie im odebrana cała władza. Podczas gorączkowego śledztwa poznają nie tylko historię i motywy złoczyńcy, ale również jego niezwykłą zdolność przewidywania ich ruchów. A ta nie mogłaby mieć miejsca, gdyby nie kolejny szpieg wśród ich niewielkiej przecież, rodzinnej grupy…

Poznamy też historię samych Łowców od raczej mrocznej strony, jeszcze sprzed porozumień – jako organizację nie stroniąca od błędów w osądach, zbierającą łupy i trofea i nie przejmującą się konsekwencjami swoich działań.

Dowiemy się też jaki właściwie ma ze sobą problem William Herondale i będziemy my dzielnie kibicować w jego ogarnianiu. Będzie też całkiem sporo Magnusa w jego najkochańszym wydaniu. Poznamy też słynnego Woolsey’a Scotta.

Mimo to wciąż sporo tajemnic zostaje nierozwiązanych – wciąż nie wiadomo gdzie ukrywa się Mortmain i do czego jest mu potrzebna Tessa. Sama czarownica również nie za wiele dowiedziała się o swoim pochodzeniu i wyjątkowych mocach. Ale w jej życiu bynajmniej nie jest nudno, bo poza walką o utrzymanie Instytutu, ściganiem przestępcy i śledzeniem brata wraz z nową przyszywaną rodziną Nocnych Łowców, wikła się w spory ambaras emocjonalny. Jeśli w „Darach Anioła” mieliśmy zalążek miłosnego trójkąta między Clary, Jacem i Simonem, bo obaj kochali się w tej samej dziewczynie a ona ceniła ich obydwu, to tutaj mamy trójkątną dramę pełną gębą. Bo właściwie każdy kocha każdego i aż żal, że XIX wiek to niekoniecznie czas na życie w trójkącie długo i szczęśliwie, nawet wśród nieco luźniejszych konwenansów Nocnych Łowców. Ale pomarzyć zawsze można, prawda?

Jak myślicie, któremu z chłopców Tessa ostatecznie odda serce? I czy przyjaźń parabatai to przetrwa?

Cassandra Clare, Mechaniczny książę, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2012, 496 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Bajki Majki: „Jak to działa? Książki” Nikola Kucharska

Chociaż teoretycznie sugerowany wiek odbiorcy tej książki to 6-10 lat, to bez wątpienia prawdziwa gratka dla wszystkich moli książkowychniezależnie od wieku.

Ciekawska Klara chce w przyszłości zostać pisarką, redaktorką albo może bibliotekarką – najważniejsze, żeby mogła łączyć pracę z miłością do książek. Jej mądry dziadziuś Ignacy z przyjemnością wprowadzi ją w fascynujące aspekty historii i procesu powstawania książek.

Ta pełna fascynujących szczegółów książka obrazkowa to niezwykle udane połączenie encyklopedii z komiksem. Wraz z Klarą poznamy sposoby zapisywania informacji jeszcze sprzed wynalezienia książek – od nacinania kości i wiązania supełków na sznurkach aż po wypełnione hieroglifami papirusy – zajrzymy do średniowiecznego skryptorium, poznamy historię papieru i wynalezienia druku, a także pierwszych bibliotek. Przyjrzymy się jak działa wydawnictwo i kto w nim pracuje, dokładnie prześledzimy proces powstawania książki – od rękopisu aż po drukarnię i dowiemy się co nieco o najniezwyklejszych książkach na świecie – będą nawet te zmyślone!  

Dowiemy się kim był Gutenberg, czym zajmował się zecer i kim jest introligator, czym jest kipu, w jaki sposób kataloguje się książki, czym jest numer ISBN i co oznaczają wszystkie te tajemnicze cyferki. Poznamy rodzaje książek, dowiemy się czym jest cenzura i zrobimy przegląd wymarzonych zawodów dla bibliofili (nie, bookstagramer tam nie występuje, bloger książkowy też nie).

Każda strona to nowa podróż – pełna tajemniczych pojęć, trudnych słówek, ciekawostek i fantastycznych, bardzo szczegółowych ilustracji. Strasznie podoba mi się ten sposób przekazywania wiedzy, zdecydowanie nie mieszczę się w widełkach wiekowych, a czytałam z największą przyjemnością i kilku ciekawostkom udało się mnie zaskoczyć. Moja Majka jeszcze jest na nią trochę za mała i trudno jej się skupić na niektórych zagadnieniach, ale myślę, że za rok będzie idealna. Do tego czasu zdążę zapewne skompletować całą serię, bo to już czwarty tom „Jak to działa”. Szczególnie kusi mnie część poświęcona ciału człowieka.

Nikola Kucharska, Jak to działa? Książki, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Angst with happy ending” Weronika Łodyga

Weronika Łodyga właśnie awansowała do grona moich ulubionych autorek. Serio, „Hurt/Comfort” bardzo mi się podobała, ale „Angst with happy ending” ją przerosła. I jak ta pierwsza była komedią romantyczną w lekki sposób poruszającą cięższe tematy, tak druga jest po prostu naprawdę ważna. Szalenie wartościowa. Bardzo prawdziwa. Obowiązkowa.

Rany, jak z wiekiem coraz mniej we mnie przywiązania do narodowości, tak tym razem jestem naprawdę dumna, że taki tytuł został napisany w Polsce.

Może jeszcze nie wszystko tu u nas stracone? Proszę, chowajmy młodzieży takimi książkami!

„Nigdy nie myślałam, że to się tak rozwinie, że ktoś faktycznie zrobi mu krzywdę. To było tylko takie durne gadanie. Głupie żarty. Nie chciałam, żeby stało mu się cokolwiek złego. No i przecież sama niczego złego nie zrobiłam, nie? Po prostu tam byłam. Z boku. Nie mieszałam się. Niczego nie powiedziałam, miałam czyste ręce”.

Aleks od dawna uważa, że jest martwy w środku. Po dość destrukcyjnym młodzieńczym buncie cięte riposty i całe swoje zdanie na temat otaczającego o świata trzyma głęboko w sobie w bezpiecznym garniturku konformisty o olewczym stosunku do rzeczywistości. I choć głęboko pogardza zachowaniem swoich kolegów – prześladowców słabszych, nigdy nie powiedział słowa sprzeciwu. To by przecież wymagało wysiłku, a on sam pragnie przecież tylko świętego spokoju. Nawet się nie spodziewa, jak bardzo pewna internetowa znajomość zmieni jego postrzeganie świata.

To książka przede wszystkim o reakcji na cudzą krzywdę. A raczej o jej braku. O myśleniu „to nie moja sprawa”, „przecież ja tak nie robię”, „nie ma po co się wtrącać”. O konsekwencjach obojętności i o zdumiewającej zmianie perspektywy, kiedy tylko zachowanie, które dotychczas mijaliśmy bez słowa sprzeciwu zaczyna dotykać naszych bliskich.

Ale to tylko jeden z poruszonych tu problemów. Znajdziemy w niej również takie tematy, jak ciężar życia w patologicznej rodzinie, słabo rozwinięta inteligencja emocjonalna, strach przed porażką, skomplikowane relacje rodzinne, depresję, poczucie niedopasowania do reszty społeczeństwa, brak tolerancji, przemoc, zdradzone zaufanie, ciężar wyrzutów sumienia i poczucie, że jest się niewystarczającym oraz aseksualnego bohatera.

„Złe rzeczy się zdarzają. Przeważnie dlatego, że się jest idiotą albo podejmie się złą decyzję. Jeśli zamkniesz się w pokoju, zawiniesz w koc i już nigdy spod niego nie wyjdziesz, to ten błąd zawsze będzie najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłeś. Ale jeśli zaczniesz żyć dalej, to prędzej czy później to się okaże tylko jedną z miliona decyzji. Akurat przypadkiem gównianą. Bywa”.

I jednocześnie po raz kolejny autorce udało się stworzyć książkę, przy której nie sposób się nie uśmiechać. Pełną poczucia humoru, ociekającego egzaltacją życia wewnętrznego nastolatków i wyrazistych, fenomenalnych bohaterów, co już wcześniej tak bardzo podobało mi się w „Hurt/Comfort” (spotkamy tu również bohaterów poprzedniej książki, choć występują oni raczej marginalnie, a akcja powieści dzieje się przed wydarzeniami z H/C). Ich odczucia wciąż jeszcze są mi bliskie, chociaż z przykrością zauważam, że nieco już wypadłam z obiegu. Nie tylko nie miałam pocięcia czym jest „furry”, ale nie znałam też wcześniej takiego określenia, jak „catfishing” (choć samo pojęcie nie jest mi obce, za moich czasów nie miało jednak takiego fancy określenia, a raczej wizualizowane było niepokojącym plakatem z hasłem „Cześć, jestem Wojtek i też mam 12 lat”). Czuję, że starość jednak nadchodzi!

„(…) jakby rozczarowywał bliskich samym faktem, że nie jest szczęśliwy. Jakby każde „jestem smutny” w ich uszach zmieniało się w „nie jesteście wystarczający” i „wasze uczucia nic dla mnie nie znaczą”. Miał ochotę krzyczeć i płakać, i obiecywać, ze to nieprawda, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, że docenia wszystko co ma, co dostaje, i czasem po prostu… po prostu coś jest nie tak”.

To prawda, że książka trochę moralizuje, a przez wewnętrzne monologi bohaterów może sprawiać wrażenie przegadanej. Ale z drugiej strony wszystko to, co się tam pojawia jest tak bardzo dobre, tak bardzo „w punkt”, że nie mogę się powstrzymać od wypisywania cytatów. A że przy tym sposób przekazu jest dostosowany cierpliwości czytelnika i wpisuje się w jednak wciąż lekki styl young adult, moim zdaniem wyszedł kawał naprawdę dobrej książki. Jak to możliwe, że upchnięto tak dużo treści w tak atrakcyjny sposób na niecałych 300 stronach!

„Zawsze uważał, że cały ten bój o to, by ludzie zwracali się do innych w odpowiedni sposób i zaliczali do właściwych grup, jest niepotrzebnym zamieszaniem i robieniem problemu z niczego, ale teraz wizja bycia częścią czegoś większego wydawała się kusząca i niosła ze sobą pewną ulgę. Jakby nagle, przez samo nadanie sobie odpowiedniej nazwy, automatycznie przestał być z tym wszystkim taki… samotny”.

To powinna być lektura!

Weronika Łodyga, Angst with happy ending, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 292 s.

Bajki Majki: „Przewodnik kotki po nocnym niebie” Stuart Atkinson, Brendan Kearney

Ta książka to skrzyżowanie wszystkich najlepszych rzeczy, jakie tylko mały ciekawski grzdyl (i ja!) może sobie tylko wyobrazić. Są kotki, tajemnice wszechświata, cudowne ilustracje, humor, szczypta mitologii, trudne słówka, zorza polarna i zachęta, by spędzić świetny wspólny czas z najbliższymi w odlotowy sposób. Nawet czekolada się znajdzie! I ciepłe skarpetki.

Uwielbiam pięknie ilustrowane encyklopedie dla dzieci. Szczególnie takie napisane z poczuciem humoru, w sposób jak najbardziej przystępny, a jednocześnie daleki od nadmiernego upraszczania. Fantastycznie rozwijające i na tyle fascynujące, że nie sposób się od nich oderwać. I „Przewodnik Kotki po nocnym niebie” jest najlepszym przedstawicielem tego gatunku.

Tym, co już na samym początku wyróżnia tą książkę od innych, jest osoba wyjątkowej narratorki. Jak już możemy wnioskować po samym tytule, naszą przewodniczką po nocnym niebie będzie kotka Felicity, która przygotowała dla małych amatorów kosmosu nie tylko mnóstwo ciekawostek na temat nocnego nieba, ale również sporo informacji praktycznych na temat przygotowania się do przeprowadzenia obserwacji – od wyboru miejsca i pory roku, aż po ekwipunek i towarzystwo – a także o historii i samym celu patrzenia w niebo.

Dowiemy się więc miedzy innymi co niecona temat zanieczyszczenia świetlnego, poznamy imiona gwiazd i konstelacji (czasami dziwaczne i bardzo zabawne!), odkryjemy jakie gwiazdy mają kolory i dlaczego. Poznamy też mnóstwo nowych pojęć (do ich usystematyzowania przyda się słowniczek umieszczony na końcu książki), dowiemy się w jaki sposób niebo tańczy i czym różni się niebo zimowe od wiosennego i letniego. Poznamy gwiazdozbiory i fazy księżyca, dowiemy się jak powstają zaćmienia i zorze polarne.

„Czy to nie cudowne uczucie? Teraz możesz spojrzeć w niebo i zamiast błyszczących kropek zobaczyć przyjaciół. I to takich, którzy nigdy cię nie opuszczą”.

Kotka jest urocza, ilustracje hipnotyzujące, a przekazywana za ich pomocą wiedza intrygująca. Nigdy nie jest za wcześnie na przygodę w kosmosie!

Stuart Atkinson, Brendan Kearney, Przewodnik Kotki po nocnym niebie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Ksiegarnia, 2021, 66 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „O Fretce, która dała się porwać wiatrowi” Marta Guśniowska

Książka o tchórzowatej Fretce była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Spodziewałam się uroczego, ale niedługiego picturebooka, z niewielką ilością tekstu i masą ilustracji. Tymczasem ilustracje są, jak najbardziej, śliczne bardzo i występują całkiem często, ale przede wszystkim mamy tu mnóstwo tekstu – cała książka ma ponad 50 stron! Nie udało nam się przeczytać jej „na raz” – chociaż Majka docenia dłuższe historie, to jednak moje gardło zaniemogło i musiałyśmy rozłożyć tą przygodę na dwa wieczory. A właściwie kilka przygód.

Fretka nie należy do najodważniejszych zwierzątek na świecie. Ani nawet w swoim lesie. Wręcz przeciwnie, unika wszelkich zagrożeń, jak tylko się da. W ogóle nie wychodzi z domu (w końcu świat jest pełen niebezpieczeństw!) i nie nawiązuje kontaktów z innymi zwierzętami. Nigdy nie była na przyjęciu i żadnego nie organizowała, nawet swoich własnych urodzin, a o dalekich podróżach lubi tylko czytać w bezpiecznym zaciszu własnego domku. Jej życie było więc uporządkowane i całkiem szczęśliwe, ale też samotne.

Az do momentu, kiedy zdecyduje się otworzyć wszystkie zasuwki i skobelki w drzwiach przed dobijającym się w potrzebie gołębiem pocztowym. A od otwarcia drzwi zostaje już tylko moment, by zostać porwaną w nieznane przez psotny, towarzyski wiatr, który decyduje się wyrwać naszą bohaterkę z czterech ścian i pokazać jej świat.

W ten sposób nasza bohaterka trafi w zupełnie różne zakątki ziemi i pozna jej mieszkańców, a każda znajomość nauczy ją czegoś nowego i każda stanie się zaczątkiem pięknej przyjaźni. Na swojej drodze trafi na nieustraszoną i bardzo pewną siebie Ćmę, której uświadomi, że każde, nawet najbardziej odważne stworzenie się czegoś boi. Spotka Pingwina-pesymistę, z którym odkryją, że warto czasami spodziewać się dobrych rzeczy, oraz strachliwego Strusia niespodziewającego się ani trochę, że przyjaciele mogą czekać tuż za krzakiem. Cudem uniknie też zjedzenia przez rodzinę Lwów, gdzie dowie się, że strach nie zawsze jest czymś złym i mamy małych urwisów dobrze o tym wiedzą.

A kiedy już wróci do siebie – odmieniona podróżami, zdecydowanie odważniejsza i spragniona świata, znajdzie w swoim domku coś, czego ani trochę się nie spodziewała…

Zabawna, lekka jak powiew wiatru i bardzo sympatyczna opowieść o ostrożności, przełamywaniu własnych lęków oraz radości z poznawania ludzi (a raczej zwierząt) i świata. O budowaniu przyjaźni i wytaczaniu swojej własnej ścieżki. A wszystko to w towarzystwie cudnych ilustracji – szczególnie filiżanka z herbatką pojawiająca się w książce nie raz i nie dwa, jest moją prywatną faworytką.

Gorąco polecamy wszystkim przedszkolakom (i tym ostrożnym i tym stale ciekawym świata), bo chociaż to już całkiem długi tekst, łatwo można go podzielić na osobne przygody i spędzić z nią kilka wieczorów.

Marta Guśniowska, O Fretce, która dała się porwać wiatrowi, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.