Czas na czytanie: „PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów” Sandra Regnier

Pod wieloma względami jest to powielanie oklepanego schematu: Felicity – niezdarna brzydula ze szkolnego gangu frajerów i mocno dysfunkcyjnej rodziny oraz Leander – wszechstronnie utalentowany przystojniak, na widok którego uginają się kolana wszystkim niewiastom w promieniu kilkunastu metrów. Łączy ich nie do końca jasna przepowiednia, a dzieli spora dawka niechęci i mnóstwo tajemnic.

Czy wspominałam już, że on jest księciem elfów? I w dodatku tajnym agentem? A ona jest jego narzeczoną, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia?

Tym, co ratuje całą koncepcję, jest spora dawka humoru i olbrzymi dystans, jaki ma do siebie główna bohaterka. Jeśli dodamy do tego jej ognisty charakterek i wyjątkowo cięty język, a także podróże w czasie, sporo magii i odrobinę gorących przystojniaków prosto z hollywoodzkich afiszy otrzymamy całkiem interesującą przygodówkę. Czyta się lekko i mimo przewidywalnych ram, bywa zaskakująco. To szalona mieszanka cyklu o Artemisie Fowlu z przygodami Jamesa Bonda i typowym high school romansem. I „Dziennikiem Bridget Jones” na dokładkę!

I mimo początkowego sceptycyzmu, muszę przyznać, że bohaterowie są naprawdę fajni (a nieczęsto doceniam pierwszoplanowe kobiece postacie!), fabuła ciekawa, a styl całkiem przyjemny. Pod koniec nie mogłam już doczekać się kolejnego tomu, a kiedy usłyszałam o smokach, oficjalnie zostałam wierną fanką tej serii. I na pewno w swoim czasie podsunę ją Majce.

Dobry wybór dla młodzieży i świetny dla nie do końca dorośniętego dorosłego, który ma ochotę na wieczór z wróżkami. Obłędnie przystojnymi, męskimi wróżkami i ich tajnymi misjami :D

Sara Regnier, PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 416 s.

Czas na czytanie: „Przedsmak zła” Alex Kava

Jeśli lubicie czasami poczytać o skrupulatnie zaplanowanych polowaniach na ludzi i zabieraniu sobie ich organów i innych części ciała na pamiątkę z tej przygody, to „Przedsmak zła” jest książką dla Was. Nie ma co ukrywać – odpowiednio krwawa zbrodnia jest jedną z podstaw dobrego thrillera. A akurat krwawych zbrodni Ci u nas dostatek.

Maggie O’Dell jest błyskotliwą profilerką stawiającą pierwsze kroki w pracy w terenie. Na swoje (nie)szczęście na pierwszy raz trafia jej się wyjątkowo malownicza kompozycja krwi i ciał i całkiem skomplikowany psychol do rozpracowania. A że gdzie by nie stanęła, trafia na zwłoki, to nie ma najmniejszych szans na nudę, szczególnie, że najwyraźniej wpadła w oko poszukiwanemu seryjnemu mordercy, który z przyjemnością wciąga ją w swoją makabryczna grę. I nie wiadomo już kto tu na kogo poluje. Smaczku jej, i tak już urozmaiconej, codzienności dodają odzywająca się w nienajlepszych momentach trauma z dzieciństwa i dysfunkcyjna matka o zapędach autodestrukcyjnych.

I chociaż momentami bywa przewidywalnie, niemalże do ostatniej strony nie wiadomo, czy morderca zostanie ujęty, czy wymknie się sprawiedliwości. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie nieco mnie rozczarowało – okazało się być trochę nieadekwatne do wcześniejszych zbrodni i takie trochę na łapu capu i pozamiatane. Jakby autorka nagle odkryła, że niebezpiecznie zbliża się do limitu słów i musi to wszystko szybciutko zakończyć.

Z podobnych powodów nie do końca pasowały mi pomysły na zwroty akcji, a świetnie zapowiadający się czarny charakter momentami mnie zawodził.

Mimo tego czepialstwa, książkę czyta się całkiem przyjemnie – „łatwo wchodzi” (chociaż mocno irytowały mnie liczne powtórzenia), malownicze opisy zbrodni działają na wyobraźnię, agenci FBI dają się lubić niemalże odkąd tylko mamy szansę ich poznać, a główna bohaterka co jakiś czas podrzuca nam jakąś ciekawostkę z biografii seryjnych morderców.

Zdecydowanym plusem są bohaterowie powieści – zgrany zespół, do którego dołącza agentka Maggie, to składająca się z silnych osobowości drużyna, o której bardzo chętnie dowiedziałabym się więcej. Są świetną zachętą do sięgnięcia po resztę cyklu i coś czuję, że prędzej, czy później jej ulegnę.

Z książkami Kavy tak to już jest, że chociaż pamięta się fakt ich czytania, to ze szczegółami bywa już różnie. Jestem pewna, że czytałam „Kolekcjonera” i wydaje mi się, że „Dotyk zła” też mam już za sobą, chociaż nieszczególnie kojarzę o co chodziło. Niemniej jednak po tym prequelu z przyjemnością sięgnę po niego jeszcze raz. Może więc „ulotność pamięci” w przypadku książek tej autorki jest jednak zaletą? Zawsze można do nich wrócić.

Lekka, krwawa, klimatyczna i niepokojąca. Nie polecam czytania przy jedzeniu na wynos, a szczególnie przy szarlotce z lodami. Za to świetnie sprawdzi się w samolocie, pociągu, czy do poczytywania podczas oczekiwania w kolejce na jakąś wakacyjną atrakcję bo nie wymaga całkowitego skupienia się na fabule, do czerpania przyjemności z lektury.

Alex Kava, Przedsmak zła, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2018, 336 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: Pogromcy samochodowej nudy, czyli nasze pierwsze spotkanie z audiobookami

Nie da się ukryć, że w wakacje zdecydowanie więcej czasu spędzamy w samochodzie – nie tylko w długich podróżach, ale również na niewielkich trasach – znacznie częściej wybieramy się do babci (można nadmuchać basenik przed domem i iść na szaber do ogródka), nad wodę, czy na bardziej oddalone od domu wypasione place zabaw. Po kilku takich wyprawach rozpaczliwie zaczęłam szukać jakiejś rozrywki dla mojej małej marudy – coś, na czym będzie mogła się skupić na tyle, żeby nie hałasować za bardzo i co jednocześnie powstrzyma ją przed zaśnięciem. Postanowiłyśmy zatem spróbować audiobooków, a fachową radą posłużyło nam niezastąpione Wydawnictwo Papilon wraz z serią audiobooków dla dzieci POSŁUCHAJKI.

Na pierwszy ogień naszych testów poszło „365 bajek na każdy dzień. Słoneczko opowiada… historyjki na dzień dobry”. Na początku trudno było mi w to uwierzyć, ale na tej płycie naprawdę jest 365 bajeczek, a całość trwa prawie 16 godzin! Bez wątpienia wystarczy nawet na najdłuższą podróż. Przez ponad dwa tygodnie nie udało nam się wysłuchać całości i chyba szybko się nie uda, bo Majka stale prosi o przewijanie do kilku swoich ulubionych utworów.

Króciutkie historyjki zostały podzielone na utwory – dzięki temu jeden utwór trwa około 6-8 minut i zawiera trzy opowiadania czytane przez dziennikarkę Katarzynę Stoparczyk. Dziecku znacznie łatwiej skupić się na krótszych formach (szczególnie, kiedy nie ma obrazków do pomocy) a rodzicowi znacznie łatwiej przewijać w poszukiwaniu konkretnych bajeczek, w czym pomaga szczegółowy spis treści umieszczony na okładce płyty (tak, wyszczególnia tytuły i autorów wszystkich 365 historii wraz z czasem trwania nagrania. Ale warto mieć okulary w zanadrzu). Ale tym, co zdumiewa mnie najbardziej, jest fakt, że nie znam ani jednej z opowiadanych przez lektorkę historii! Przynajmniej z tych, których wysłuchałyśmy dotychczas. Dlatego z uwagą słuchamy obie, a płyta uprzyjemnia podróż również kierowcy. A jest czego słuchać. Mamy tu skrzaty, smoki, elfy, chrząszcze, kogutki, rakiety, naleśniki, żaby, syrenki… i co tylko maluch może sobie wymarzyć. A wszystko to spod piór polskich autorów.

Jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że lektorka czyta odrobinę za szybko.

Autor zbiorowy, Posłuchajki. 365 bajek na każdy dzień. Słoneczko opowiada… historyjki na dzień dobry, czyta Katarzyna Stoparczyk, Warszawa: Wydawnictwo Papilon, 2016, MP3, 15 godz. 38 min.

 

Drugim naszym towarzyszem podróży stał się Reksio. A dokładniej „Reksio. Wielka Księga przygód”. To tak naprawdę pierwsze spotkanie Majki z jednym z najważniejszych bohaterów mojego dzieciństwa, bo jakiś czas temu nie była zainteresowana kreskówką, a książki jeszcze przed nami. A audiobooka słucha w największym skupieniu. Zresztą nie oszukujmy się – przygody Reksia czytane przez Jerzego Stuhra nie potrzebują dodatkowej reklamy i obie jesteśmy zachwycone tym połączeniem. Na płycie znajduje się 26 krótkich opowiadań trwających mniej więcej po 5 minut, wobec czego całość można wysłuchać w nieco ponad dwie godziny – nam zajęło cztery dłuższe wyprawy i, podobnie jak w przypadku opisanej wyżej płyty wybieramy sobie najulubieńsze historie.

To mój maly sekret, ale Reksia słucham czasem nawet kiedy jadę sama.

Ewa Barska, Marek Głogowski, Anna Sójka, Posłuchajki. Reksio. Wielka księga przygód, czyta Jerzy Stuhr, Warszawa: Wydawnictwo Papilon, 2017, MP3, 2 godz. 20 min.

Recenzje powstały dzięki uprzejmości Wydawnictw Papilon.

 

Natomiast podczas codziennych dojazdów do przedszkola towarzyszy nam „Pora do przedszkola” – dwanaście bajek dla przedszkolaków oswajających to miejsce i udzielających odpowiedzi na najczęstsze dziecięce wątpliwości, jak niechęć do tej placówki oświatowej, przechwalanie się, brzydkie słowa, czy posiadanie młodszego rodzeństwa. Również i w tym przypadku opowiadania są króciutkie – najczęściej trwają mniej niż 3 minuty, dzięki czemu pół godziny płyty słuchamy zwykle każdego dnia w drodze do przedszkola i z powrotem. Szczególnie, że przerzucam dwie opowieści, które mi się nie podobają – o potworach pod łóżkiem (nie mamy takiego problemu, po co więc go wywoływać) i o wychodzeniu za mąż (seksistowska!). Powiem szczerze, że tej płyty mam już trochę dość, a od głosu Doroty Segdy z przyjemnością już bym trochę odpoczęła. No ale cóż, Majka prosi o przygody przedszkolaków jeszcze zanim zdążymy wsiąść do auta…

 

Anna Sójka, Posłuchajki. Pora do przedszkola, czyta Dorota Segda, Warszawa: Wydawnictwo CED, 2017,

 

Czas na czytanie: „Język cierni” Leigh Bardugo

Leigh Bardugo stworzyła świat griszów, który wciągnął mnie jak mało która książkowa kraina – tak podobny i jednocześnie zupełnie różny od naszego. Świat pełen pragmatycznej magii i zręcznego rzemiosła, głębokiej wiary i kupieckiego sprytu. Teraz to wyjątkowe uniwersum zyskało kolejny element kultury – dydaktyczno-moralizatorskie historie przekazywane z pokolenia na pokolejnie, które doczekały się wreszcie spisania i zamknięcia w tomie „Język Cierni”.

Mieszając w tyglu znanych nam baśni, mitów i przypowieści autorka stworzyła zbiór sześciu opowieści, na których mogli wychowywać się jej bohaterowie. Aż trzy z nich pochodzą z kręgu kulturowego Ravki, i po jednej z Nowoziemia, Kerchu i Fjerdy.

To historie przepełnione magią, chciwością i okrucieństwem. Historie przekazujące spora dawkę babskiej energii – pełne silnych, rozważnych, mądrych i zdeterminowanych kobiet, choć nie jest to bynajmniej jedyny ich przekaz. Wraz z bohaterami znajdziemy się w labiryncie potwora, zaklętym lesie, pracowni zegarmistrza-władcy marionetek, chatce wiedźmy, a nawet zanurzymy się w morskie odmęty wraz z syrenami.

To historie wzbudzające cały wachlarz emocji, wśród których przeważa przejmujące poczucie niepokoju i bliżej niezidentyfikowanego zagrożenia. Historie, w których zło nie zawsze przybiera oczywistą postać potwora i nie zawsze ukrywa się za gładkim licem femme fatale.

Historie, które nigdy nie kończą się tak, jak moglibyśmy się tego po nich spodziewać. A każda z nich niesie ze sobą przestrogę stając się cenną lekcją dla młodych słuchaczy. Lekcją o prawdzie, wolności, przyjaźni i słuchaniu siebie nawzajem.

Poza poruszającą treścią, ta książka jest przepięknie wydana. To prawdziwe gesamtkunstwerk, gdzie bardzo klimatyczne, szczegółowe ilustracje narastają wraz z rozwojem fabuły dodatkowo wzmagając napięcie. Nawet kolor czcionki ma związek z fabułą! A złocona okładka przyciąga jak magnes sprawiając wrażenie zdobionej szkatułki, w której zamknięto opowieści.

Właśnie tak powinny wyglądać książki z baśniami!

Leigh Bardugo, Język cierni, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 294 s.

Książka na weekend: „Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes

Tej książki zdecydowanie nie polecam ze względu na „torebkowy” format, bo 528 stron jednak swoje waży. Ale Jojo Moyes ma w sobie coś takiego, że najlepiej czyta się ją w wakacje – w czasie majówki, wyjazdu, czy leniwego urlopu – potrafi wykreować taki klimat, że nawet pisząc o rzeczach poważnych wprowadza luźną atmosferę i wręcz zmusza do relaksu. Tą autorkę spokojnie można brać w ciemno, bo chociaż nie czytałam jeszcze jednej z jej książek, wszystkie pozostałe są bardzo dobre.

~~~

„Co ma Ellie? Wspaniały seks, mniej więcej raz na dziesięć dni, i garść niezobowiązujących mejli. Ma trzydzieści dwa lata, jej kariera stoi pod znakiem zapytania, przyjaciele wiedzą, że emocjonalnie jest na straconej pozycji i z każdym dniem trudniej jest jej przekonać samą siebie, że właśnie takie życie sobie wymarzyła.”

Powiem bez ogródek – mniej więcej do połowy (250 stron!) byłam tą książką strasznie rozczarowana. Kocham historie tej autorki za ociekanie bezpretensjonalnym humorem, nieprawdopodobne, często żenujące sytuacje i bohaterki, które są trochę jak kolorowe ptaki podążające za swoimi marzeniami i przekonaniami. A tutaj dostałam dziewczynę uwikłaną w romans z żonatym mężczyzną i historię małżeńskiej zdrady sprzed 60 lat.

DSC_0482

I mimo, że nie poskąpiono mi malowniczych opisów strojów, budynków i miejskiej weduty drugiej połowy XX wieku, bardzo długo nie mogłam wkręcić się w tą historię. Szczególnie, że bohaterka romansu z przed lat wydawała mi się straszną flądrą, a opowiadanie historii dwutorowo zaburzało moje poczucie czasu akcji.

„Jeśli pozwolę sobie cię kochać, ta miłość mnie pochłonie. Nie będzie niczego, oprócz ciebie. Żyłabym w ciągłym strachu, że zmienisz zdanie. A gdybyś je zmienił, umarłabym.”

Ale kiedy już wiedziałam co i jak i wreszcie chwyciłam bakcyla, to drugą połowę pochłonęłam na raz. I wzbudziła we mnie piękne emocje – od niedowierzania, przez zniecierpliwienie zachowaniem bohaterów i złośliwą przewrotnością losu, aż po wzruszenie i nadzieję. Bo to naprawdę niesamowita historia – zaskakuje, rozczula i zupełnym mimochodem skłania do refleksji nad moralnością i innymi ponadczasowymi wartościami.

„Jeśli jej małżeństwo nie było udane, to dlatego, że za słabo się starała. Ale przecież można to naprawić: pisano tak we wszystkich magazynach dla kobiet. Mogła być trochę milsza, trochę bardziej kochająca, ładniej się prezentować. Mogła, jak mawiała jej matka, przestać sądzić, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.”

Ta książka jest inna i właśnie ze względu na wymuszoną cofnięciem się w czasie powagę wyróżnia się na tle dorobku Moyes. Ale po przewróceniu ostatniej strony doszłam do wniosku, że jest w niej wszystko, za co kocham tą autorkę, chociaż w innych niż zwykle proporcjach. Ellie okazuje się jednak nie być pozbawiona (tak charakterystycznego dla bohaterek Moyes) zgryźliwego poczucia humoru i suma summarum znajduje w sobie pazur do naprawiania świata i, co zapewne znacznie trudniejsze, ogarnięcia swojego życia. Jest piękna historia miłosna i druga pozostawiona trochę w zawieszeniu. Są silne kobiece postacie gotowe wziąć swój los w swoje ręce. Są brutalne realia pogrążonego w wyścigu szczurów świata. Jest ciepło wsparcia przyjaciół i osób poznanych zupełnie przypadkiem.

„Jestem mężatką. Mężczyzna odchodzący od żony to jedno, ale kobieta odchodząca od męża? W tym momencie nie widzisz w moim postępowaniu nic złego. We wszystkim, co robię, dostrzegasz tylko to, co najlepsze. Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy to się zmieni. Nie chcę, żebyś widział we mnie coś, czym pogardzasz u całej reszty.”

A do tego miszmaszu dorzucono skandal obyczajowy, różnice w komunikacji, degradację słowa pisanego, problem emancypacji kobiet, a nawet kolonializm. Zdaje się, że taka mieszanka nie ma prawa się udać, a wszystko jest tak idealnie wyważone, że nie mogę się temu nadziwić.

„(…)Mężczyźni wolą pracować, niż zajmować się innymi sprawami (…). Bałaganem codziennego życia. Tym, że ludzie nie zachowują się tak, jakbyśmy chcieli, i czują coś, czego wolelibyśmy, żeby nie czuli. W pracy można osiągać wyniki, być mistrzem w swojej dziedzinie. Ludzie robią to, co im się każe.”

Chociaż po początku zupełnie się tego nie spodziewałam, i ta książka Moyes cudownie dodaje sił, chęci do życia i niesamowicie podnosi na duchu. Przepraszam za tą chwilę zwątpienia!

„W przypływie wisielczego humoru pomyślał, że robią wrażenie tak nieszczęśliwych, że wszyscy wokół biorą ich pewnie za małżeństwo.”

Jojo Moyes, Ostatni list od kochanka, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2018, 528 s.

Bajki Majki: „Jacek i Agatka” Wanda Chotomska, Adam Kilian

Jestem zdecydowanie za młoda, żeby pamiętać dobranockę o Jacku i Agatce. Nawet mój mąż się na nią nie załapał (a zaprawdę powiadam Wam, mój szanowny małżonek jadł jeszcze stek z dinozaura!), to raczej wspomnienie z dzieciństwa naszych rodziców. Co za szczęście, że sama mam córkę, która jest idealną wymówką do nadrabiania tego typu zaległości. Jacka i Agatkę poznałam więc razem z moim dzielnym przedszkolakiem.

Już po raz kolejny jestem zachwycona estetyką wydania książki od Wydawnictwa Wilga. Wszystko jest przemyślane, czytelne i idealnie wyważone –  fragmenty tekstu wyróżnione czcionką o różnych kolorach i kształtach pomaga czytelnikowi w przyjęciu odpowiedniej interpretacji i dodają tekstowi życia na równi z obrazkami.

Bo minimalistyczną, czarno-białą formę Jacka i Agatki ożywiają dodatkowe, pastelowe ilustracje. Nie za bardzo skromne, nie za bardzo dopracowane – takie w sam raz. Całą podstawówkę marzyłam, żeby umieć tak rysować.

Rysunkowi-pacynkowi Jacek i Agatka to strasznie sympatyczne rodzeństwo opowiadające czytelnikowi bajki i prezentujące mu przedstawienia. I stale się przy tym przekomarzające! To wyjątkowo mili przewodnicy po świecie i bardzo sprawni narratorzy. Dzięki nim każda z historyjek jest nie tylko opowiedziana, ale i już częściowo przeżyta – zabarwiona emocjami i pełna dziecięcych reakcji.

Majce całkowicie skradło serce opowiadanie łączące jej dwie najulubieńsze rzeczy na świecie – kota i kalosze, to nasz absolutny numer jeden. A w pozostałych historiach jest jeszcze więcej uwielbianych przez dzieci motywów – bociany (latające samolotami!), żaby, krowy, dudki i ich czubki, chrabąszcze, kasztany, mrówki i śnieg. Niedługie bajeczki idealnie sprawdzają się u małego czytelnika (moja dwu-i-pół-latka życzy sobie aż trzech podczas jednego czytania) i poruszają pozornie błahe tematy, bardzo ważne dla malucha – między innymi problemy z wymową, wizyta u fryzjera, czy odpowiednie zachowanie. Rozprawiają się również z jeszcze bardziej klasycznymi (i przy tym często strasznymi) bajkami.

Całość została uzupełniona o wstęp, z którego dowiadujemy się kim tak właściwie byli (SĄ!) Jacek i Agatka (dla mnie bardzo pomocny, a co dopiero dla dzieci, które jeszcze posługują się tak sprawnie Wikipedią!) oraz zakończenie zawierające wspomnienia córki autorki scenariuszy do animowanego serialu, twórcy strony wizualnej i pomysłodawcy pacynek oraz jego dzieci. Dzięki tym wypowiedziom książka staje się nie tylko nową przygodą do odkrycia, ale również odwołaniem do historii i szansą zerknięcia przez dziurkę od klucza prosto do dzieciństwa dziadków. Aż żałuję, że sama nie spędzałam wieczorów przed jednym z pierwszych teleodbiorników i Jackiem z Agatką na ekranie. Fantastycznie, że powstała książkowa wersja, w przeciwnym razie najprawdopodobniej nigdy bym na nich nie trafiła.

Zabawnie, z morałem i w pięknym stylu. To ponadczasowa klasyka, która chyba nigdy się nie zestarzeje. Koniecznie musimy o niej pamiętać!

Wanda Chotomska, Adam Kilian, Jacek i Agatka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Czas na czytanie: „Spętani przeznaczeniem” Veronica Roth

„Spróbuj przecierpieć swój los (…). Bo cała reszta jest złudzeniem.”

Pierwsza część dylogii o Cyrze i Akosie – kosmicznych Romeo i Julii (a może efektach syndromu sztokholmskiego?) – wciągnęła mnie przede wszystkim dzięki mnogości indywidualnych, genialnie przedstawionych światów i wyjątkowemu podejściu do kwestii magii i religii, które stale wzajemnie się przeplatają. Kontynuacja przyniosła mi jeszcze więcej tego, co ukochałam – agresywna, niezdobyta, żarząca się bajecznymi kolorami dżungla planety Ogra to niesamowite miejsce, szczególnie w kontraście do pragmatycznego, wielbiącego technologiczne zdobycze Othyru.

„- Daj mi tyk – mówię.
– Tyk – uśmiecha się. – To jedno z moich ulubionych hessańskich słów.”

Moich też!

DSC_0210

Jest coraz więcej zawiłości natury nurtu, a dary bohaterów ciągle ich zaskakują zmieniając się i kształtując wraz z charakterami swych nosicieli. Wkrada się coraz więcej polityki, a podział na wyznawców losu i przeciwników wyroczni jest coraz bardziej widoczny.

Jednak tym, co nie pozwala odłożyć tej książki ani na chwilę, jest krwawa, stale gnająca do przodu fabuła pełna pościgów, wybuchów, walki o życie i władzę. Rozpoczyna się wojna, tyran wraca na tron, a po kilkuset stronach zmienia się nasze spojrzenie na niemalże każdego z bohaterów. Zdecydowanie pani Roth wygrywa pierwszą nagrodę w konkurencji „najbardziej szokujący zwrot akcji”. I to nie jeden. „Spętani przeznaczeniem” to pozycja absolutnie nieprzewidywalna. Nie spełniło się ani jedno z moich założeń, co już samo w sobie sprawiło mi nielichą niespodziankę, bo zazwyczaj jestem w stanie przewidzieć dalszy ciąg chociaż fragmentarycznie.

Autorka nie oszczędza nikogo i perfekcyjnie pozbawia czytelnika nadziei. Nie boi się zabijać, torturować ani okaleczać swoich bohaterów, niszczyć związków i sojuszy. I tym samym czyni ich głębszymi, wielowymiarowymi osobowościami, pełnymi konfliktów związanych z tożsamością, przynależnością etniczną, etyką, miłością i ludzką naturą.

„Gorliwość to podnoszenie się raz za razem z kolejnych problemów. To wytrwałość, akceptacja ryzyka i niechęć do poddania się.”

Nieczęsto zdarza się, że drugi tom jest lepszy od pierwszego, ale w tym przypadku właśnie tak jest. „Naznaczeni śmiercią” zdają mi się teraz tylko wstępem do całej akcji pozwalającej odbiorcy poznać realia przedstawionych światów i same „postaci dramatu”, przez to też zapewne tamta część jest trudniejsza w odbiorze – jednak potrzeba trochę czasu, by poczuć się swobodnie w galaktyce tak odległej od naszej, zapamiętać imiona, określenia i zasady rządzące światami. Za to „Spętani przeznaczeniem” są jak powrót do domu. Pogrążonego w okrutnej wojnie, ale wciąż domu.

I tak, ta pozycja zdecydowanie przekonała mnie do nadrobienia wcześniejszej twórczości autorki. Jeśli takich zaskoczeń jest więcej, to ja się na nie piszę! Chociaż już tęsknię za nieźle pokomplikowanymi relacjami tych pokomplikowanych nacji. Kosmiczna lektura.

P.S. A nie, jednak udało mi się przewidzieć Vakreza, chociaż już prawie zwątpiłam w mój osąd.

P.S. 2. Okładka jest mega kosmiczna!

Veronica Roth, Spętani przeznaczeniem, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 472 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Książka na weekend: „Tu i teraz” Aneta Grabowska

Druga propozycja w cyklu „Książka na weekend” jest równie „torebkowa” i czyta się ją jeszcze szybciej i płynniej niż książkę proponowaną w zeszłym tygodniu – proponuję zabrać ją na krótszą podróż. Gwarantuję, że pochłoniecie ją „na raz”, nawet, jeśli tuż obok was będzie siedziała wyjątkowo gadatliwa staruszka.

No i ta piękna, wakacyjna okładka!

~~~

Kolejny raz w moje ręce trafił debiut młodej polskiej autorki. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jak na debiut, jestem zaskoczona poziomem jej dopracowania. Przede wszystkim jest bardzo poprawna językowo i stylistycznie, dopatrzyłam się dwóch, może trzech błędów. Całość jest przemyślana, zamknięta i wolna od pourywanych wątków, wszystko ma swoją przyczynę i skutek, a ciekawość czytelnika zostaje w pełni zaspokojona.

Poza tym jest bardzo estetycznie wydana – na białym papierze, dużą, wygodną do czytania czcionką i z licznymi ozdobnikami. A okładka powala na kolana, jest po prostu śliczna.

DSC_0221

Ale ale, liczy się wnętrze!

„Tu i teraz” to historia, w którą trudno uwierzyć, co tylko dodaje jej atrakcyjności – w końcu nie ma nic bardziej zaskakującego od rzeczywistości.

Ona – niepewna siebie i zagubiona w świecie, którego nie poznaje, stopniowo odkrywa w sobie siłę lwa. On – męski i milczący wielbiciel ciężkiej, uczciwej pracy i okazjonalnych one night standów. I czuwająca nad nimi babcia – gotowa zawsze służyć dobrą radą, pełna życiowej mądrości i mająca do opowiedzenia historie równie nieprawdopodobne, co ta majkowa (podczas lektury nie mogłam się powstrzymać od porównywania jej do Babci Wierzby z Pocahontas). A historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać…

Jest jednak coś, czego wyjątkowo mi w tej książce brakowało – opisy. Nie ma co ukrywać, jest to jedna z moich ulubionych składowych książki, uwielbiam wyobrażać sobie wszystkie te cudownie miejsca, budynki, ubrania, przypadkowe osoby. To mój sposób na wczuwanie się w klimat całej historii, często to właśnie dzięki nim trudno mi opuścić opisywany świat nawet po przeczytaniu ostatniej strony. W przypadku tej książki autorka skupiła się przede wszystkim na emocjach i reakcjach bohaterów oraz historiach, które Ci mają do opowiedzenia,  praktycznie w ogóle nie przykłądajac wagi do ich wyglądu, domów, czy miejsca pracy. Wyjątkiem jest ogród, który kilkukrotnie stanowił miejsce akcji, i w którym udało mi się całkiem zadomowić.

Wracając jednak do samych bohaterów – niejednokrotnie miałam ochotę zaserwować im kopniaka na rozpęd. Wiem, że to jest spory problem całego społeczeństwa, ale oni kompletnie nie potrafią rozmawiać. Ani ze sobą, ani z nikim innym. Ona, w odpowiedzi na całkiem uprzejme, choć niechciane zaloty, woli uciec i symulując chorobę nie przychodzić do pracy zamiast z uśmiechem podziękować i odmówić. Ponadto ma pretensje, że trzydziestoletni facet, który jej się podoba miał przed nią inne dziewczyny. Wobec tego zamiast ustalić z nim rodzaj łączących ich relacji… ucieka. On skarcony spuszcza głowę i przyjmuje cęgi nie podejmując wysiłku jakiejkolwiek dyskusji. Tylko do babci w tym przypadku nie mam zastrzeżeń – ona jedyna wie kiedy mówić, kiedy milczeć i dzielnie stawia czoło przeciwnościom losu. Może to kwestia doświadczenia.

Mimo tych uwag, naprawdę trudno nie polubić bohaterów. Chociaż dogadanie się zajmuje im dużo czasu i kosztuje czytelnika sporo nerwów, obydwoje są bardzo sympatyczni i zawsze gotowi do pomocy. Mimo strachu i niepewności postępują po prostu dobrze na każdym życiowym zakręcie. W pełni zasługują na happy end. W chwili kryzysu chciałabym mieć przy sobie ludzi takich, jak oni.

Chociaż spodziewałam się trochę większego dramatu (jestem typem czytelnika rządnego krwi!) pod względem przyczyn utraty pamięci i mam wrażenie, że cały spór zakończył się nieco zbyt łatwo, książka zafundowała mi kilka fajnych zaskoczeń.

To bardzo przyjemna, niedługa lektura idealna na popołudnie w ogrodzie. Najlepiej w hamaku, z miską truskawek i wielką szklanką lemoniady.

Aneta Grabowska, Tu i teraz, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2018, 216 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Bajki Majki: Książki ułatwiające adaptację w przedszkolu

Siedmiomilowymi krokami zbliża się wielki dzień – już od pierwszego lipca zaczynamy przygodę z przedszkolem. Chociaż w wybranej przez nas placówce przewidziano fantastyczną adaptację i możliwość poznania nowego miejsca „od podszewki” jeszcze przed samym stresującym momentem rozstania z rodzicem, pomocy w oswajaniu tematu jak zwykle poszukaliśmy w książkach. O tym, które książki stały się naszymi hitami, a których w ogóle nie podsunęłam Majce możecie przeczytać poniżej.

 

„Kurczak Karolek idzie do przedszkola” Nick Denchfield, Ant Parker

Tak naprawdę w tym efektownym pop-upie samo przedszkole w ogóle się nie pojawia, bo książeczka skupia się wyłącznie na porannych przygotowaniach do wyjścia z domu. Karolek lubi sobie rano pospać, ale tym razem nie ma czasu na długie wylegiwanie się pod kołdrą – pierwszy raz idzie do przedszkola i musi się naprawdę pospieszyć, żeby dotrzeć tam na czas. Wyskakuje z łóżka, w biegu połyka śniadanie, chwyta plecak i szalik i pędzi na spotkanie przygody.

Tekst pełni tutaj marginalną rolę, a co druga strona wypełniona jest dużym, trójwymiarowym obrazkiem. To dość delikatna, ale bardzo widowiskowa konstrukcja. Moja dwulatka jest nią zachwycona.

Nick Denchfield, Ant Parker, Kurczak Karolek idzie do przedszkola, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2016, 14 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Feluś i Gucio idą do przedszkola” Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett – to nasz prawdziwy hit, chyba przede wszystkim ze względu na podobieństwo do znanego i kochanego Pucia.

Ta duża, całokartonowa książka z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprzyja także samodzielnemu oglądaniu. Szczególnie, że zdecydowaną większość stron zajmują delikatne, pastelowe ilustracje i to właśnie obraz jest głównym sposobem przekazu informacji. Krótkie partie tekstu do przeczytania wspólnie z rodzicem dodatkowo tłumaczą całą sytuację i przybliżają uczucia bohatera.

Każda podwójna strona, opatrzona stosownym nagłówkiem, przedstawia jeden element przedszkolnej rutyny. Układają się one – krok po kroku – w standardowy dzień świeżo upieczonego przedszkolaka. Od porannych przygotowań do wyjścia z domu, przez zmianę butów w szatni, pożegnanie z rodzicem, zabawę z kolegami, posiłki, higienę, spacery, drzemkę i przeróżne wyjątkowe wydarzenia aż po powrót do domu. Największy strach wzbudza to, co nieznane, warto zatem na spokojnie omówić wszystko, co może się wydarzyć. Ta lektura może okazać się świetnym wstępem do rozmowy o własnych przeżyciach z emocjonujących dni w przedszkolu.

Feluś jest uroczym przewodnikiem po przedszkolnym świecie i, a może przede wszystkim, po emocjach, które towarzyszą maluszkowi podczas tak dużej zmiany, jaką jest pierwszy krok w samodzielność. Pozycja obowiązkowa.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett, Feluś i Gucio idą do przedszkola, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„W przedszkolu. Obrazki dla maluchów” to nasza druga podstawowa lektura przygotowująca do przedszkolnej rzeczywistości. Zgodnie z założeniem, że nieznane wzbudza w nas strach, ta mała encyklopedia dokładnie przybliża wszystkie związane z przedszkolem zagadnienia – na przykładach i w wyjątkowo wyczerpujący sposób, nie stroniąc od praktycznych dobrych rad – znalazło się tu miejsce na wybieranie wyprawki i podpisywanie ubranek, naukę samodzielnego ubierania (z podpowiedziami, że lepiej sprawdzą się spodenki, niż rajstopki, czy jednopalczaste rękawiczki i golf zamiast szalika), kilka słów na temat dobrych manier i zasad współżycia w małym społeczeństwie. Omówiono również przeróżne zajęcia, występy, zabawę na placu zabaw, samodzielność w toalecie, zachowanie podczas posiłku i leżakowania. Nie znalazłam zagadnienia, którego by mi zabrakło, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Bardzo polecam.

Émilie Beaumont, W przedszkolu. Obrazki dla maluchów, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 30 s.

„To, co najbardziej lubię… W przedszkolu” Trace Moroney – po spektakularnym sukcesie części dotyczącej spania, koniecznie musiałam zdobyć również książeczkę o przedszkolu.

Główny bohater jest nieco starszy od mojej Mai, bo chodzi do zerówki (oryginał dotyczy raczej edukacji wczesnoszkolnej), chociaż nie ma to dużego znaczenia w odbiorze. Wymienione zostały chyba wszystkie możliwe ciekawe przedszkolno-szkolne aktywności (chociaż mam pewne zastrzeżenia dotyczące „grania na komputerze”), jak zajęcia plastyczne, czytanie książeczek, nauka, zabawa z kolegami, czy próbowanie nowych rzeczy. Nie ma już natomiast ani słowa o korzystaniu z toalety, spaniu czy trudnościach w rozstaniu z mamą a dzieci jedzą wyłącznie przyniesione z domu drugie śniadanie.

Sympatyczna, skupiona na pozytywach, ale jednak mimo wszystko bardziej użyteczna będzie chyba dla tych dzieci, których przedszkole ominęło, a swoją przygodę z edukacją zaczynają od zerówki.

Trace Moroney, To, co najbardziej lubię… W przedszkolu, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2009, 20 s.

„W przedszkolu” Guido Wandrey – ta duża, całokartonowa książka (trochę w stylu „Ulicy Czaereśniowej”) aż roi się od szczegółów i przedstawia przedszkolne życie bez krztyny upiększania. Jest bałagan, kapiąca farba, bitwa na jedzenie, pojawiają się łzy, kłótnie i wywrotki. Ale przede wszystkim jest mnóstwo fantastycznej zabawy.

Pierwszym, co rzuca się w oczy na każdej stronie, jest mrowie dzieci zajętych najróżniejszymi przedszkolnymi aktywnościami. Podglądamy przedszkolne życie podczas pożegnania z rodzicami, przebierania się, korzystania z łazienki, wspólnych zabaw, w przedszkolu i na przedszkolnym podwórku, a nawet podczas wycieczki na wieś i balu. Możemy śledzić losy piątki głównych bohaterów – Emmy, Mii, Seliny, Łukasza i Juliana. Planszom z obrazkami towarzyszą krótkie partie tekstu wprowadzające w temat i zwracające uwagę na to, co robią dzieci.

Bardzo kolorowa i pełna energii. Świetne ćwiczenie pamięci, koncentracji i spostrzegawczości. Fajna sprawa.

Guido Wandrey, W przedszkolu, Warszawa: Wydawnictwo Czarna Owieczka, 2013, 14 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zuzia idzie do przedszkola” Liane Schneider, Eva Wenzel-Bürger – to nasze pierwsze spotkanie z książeczką z polecanej często serii „Mądra Mysz”. Na samym początku zgrzytnęło nam podkreślenie, że Zuzia ma trzy latka i nareszcie może iść do przedszkola – Majka ma dwa i pół i też może, dlatego tą stronę omijamy. Całość ma z założenia skupiać się na sposobie, w jaki Zuzia spędza swój pierwszy dzień w przedszkolu, wcześniej pojawiają się jednak również badania lekarskie i rozwiewanie obaw dziewczynki. Nieszczególnie podoba mi się, że tak naprawdę historia zaczyna się od negatywnego nastawienia. Majce chyba nie przyszło do głowy, żeby się przedszkola bać, czy że Pani Przedszkolanka mogłaby być niemiła. Mam też pewne zastrzeżenia dotyczące samych przygotowań – jedynymi elementami wyprawki jest zdjęcie do przedszkolnego kalendarza urodzin i drugie śniadanie pod postacią ulubionego ciastka z piekarni. Mimo tych zastrzeżeń, dalsza część jest jak najbardziej w porządku – atrakcyjne zabawy, korzystanie z toalety i szczoteczki do zębów w łazience przybliżają przedszkolną rutynę.

Odnoszę wrażenie, że jest to pozycja dla dzieci negatywnie nastawionych do pomysłu rozstania z mamą, albo takich, którym w przedszkolu się nie spodobało. Nie podsuwałabym jej dziecku, dopóki nie pojawią się te problemy.

Liane Schneider, Eva Wenzel-Bürger, Zuzia idzie do przedszkola, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2008, 24 s.

„Mruczuś idzie do przedszkola” Sara Agostini, Marta Tonin – to kolejna książeczka zaczynająca się od wątpliwości i negatywnego nastawienia. Mama opowiada synkowi o przedszkolu odpierając wszystkie jego wątpliwości – z kim będzie się bawił, co zrobić, jeśli zachce mu się siusiu, co będzie robił. I pod wpływem tych opowiadań nastawienie Mruczusia całkowicie się zmienia – z niepokoju, na pełne ekscytacji oczekiwanie.

W naszym przypadku etap niepokoju się nie pojawił (jeszcze?) i obie podchodzimy do tej przygody z dużym entuzjazmem, dlatego Mruczuś dotychczas zupełnie nam się nie przydał. Ale jeśli maluch od samego początku jest sceptyczny odnośnie odklejenia się od maminej spódnicy, to polecam, bo kociak jest uroczy.

Sara Agostini, Marta Tonin, Mruczuś idzie do przedszkola, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2016, 28 s.

„Basia i przedszkole” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak – wbrew moim oczekiwaniom ta przygoda Basi nie dotyczy wcale pierwszego dnia w przedszkolu, adaptacji, ani samego funkcjonowania tej instytucji. Nasza bohaterka uczęszcza do przedszkola już od dłuższego czasu, jest obeznana z przedszkolnym życiem i traktuje je jako coś oczywistego. A sama fabuła dotyczy innego, równie istotnego problemu – poszukiwania przyjaciela. To historia o przeciwstawianiu się opinii ogółu, posiadaniu i bronieniu własnego zdania, radzeniu sobie z „etykietkami” i odrzuceniem. Bardzo ważny temat dla dzieci, które dopiero uczą się funkcjonowania w większej grupie i związują pierwsze znajomości i przyjaźnie. Z pewnością wrócimy do niej, kiedy samo stawanie się przedszkolakiem nie będzie już tak bardzo zaprzątało naszej uwagi, a przedszkole stanie się codziennością.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przedszkole, Warszawa: Wydawnictwo Egmont Polska, 2011, 28 s.

Co nieco o przedszkolu znajdziemy też w drugiej części przygód Pucia – „Pucio mówi pierwsze słowa”. Przez kilka stron towarzyszymy Puciowi i Misi w drodze do przedszkola, zabawie w sali i na przedszkolnym placu zabaw oraz w sprzątaniu pod koniec dnia. Mimo marginalnego potraktowania problemu, który jest tu traktowany marginalnie, jestem zdecydowanie na tak. Taki zabieg sprawia, że dziecko zaczyna myśleć o przedszkolu jako o normalnym fragmencie codzienności – jak śniadanie, zakupy, czy wieczorna kąpiel. Dobra robota!

Czy coś jeszcze przychodzi Wam do głowy? Do adaptacji w przedszkolu podchodzicie z entuzjazmem, czy raczej niepokojem?