Okołoksiążkowy miszmasz: Wielka Wymiana Książkowa #przeczytajipodajdalej5

Kolejna edycja Wielkiej książkowej wymiany, ale się cieszę – druga tak wyczekiwana okazja, zarea po wioścnie! Ostatnim razem, dzięki zdobytej w ten sposób książce odkryłam twórczość Magdaleny Knedler, ciekawe jakie zdobycze czekają na mnie tym razem.

Wydarzenie organizowane jest przez Magdę z bloga SAVE THE MAGIC MOMENTS i Dagę SOCJOPATKĘ, za co jak zwykle jestem niesamowicie wdzięczna i bardzo podziwiam, bo sama jestem organizacyjną gułą i totalnym beztalenciem w ogarnianiu czegokolwiek poza własnym życiem (i samego życia też…). Akcja toczy się przede wszystkim na powyższych blogach, gdzie znajdziecie linki do ofert wszystkich biorących udział blogerów i spisy książek od osób nieblogujących (szukajcie ich w komentarzach) oraz na facebookowym wydarzeniu i instagramie (fotki z hasztagiem #przeczytajipodajdalej5).

To świetny sposób na zdobycie fantastycznych pozycji praktycznie za bezcen, bo jedynym kosztem jest wysyłka (chyba, że któryś z amatorów pozycji z mojej biblioteczki ma przy okazji ochotę na kawę i ploty na terenie Gdańska, wtedy już zupełna darmoszka). No i jak wiadomo, ofiarowanie książkom drugiego (a później zapewne i kolejnych) życia to super sprawa – nie ma co ukrywać, nie do wszystkich książek będziemy jeszcze wracać a na nowe pozycje trzeba zrobić miejsce.

Cała akcja trwa od dziś do 22.04, ale kto pierwszy, ten lepszy ;)

Tym razem sukcesywnie zbierałam egzemplarze na wymianę w Wymianowym Kartonie. Potem w pękającym w szwach Wymianowym Kartonie, a na koniec jeszcze na stosie na Wymianowym Kartonie. Oto one:

 

Egzemplarze pełnowartościowe:

  1. Małgorzata Łukowiak „Projekt Matka” – stan idealny. -> wymienione z Socjopatka
  2. Anna Klejzerowicz „Sąd Ostateczny” – stan idealny.
  3. Bruce Cameron „Psiego najlepszego” – stan idealny.
  4. Sylwia Trojanowska „Szkoła latania” – stan idealny, nigdy nie czytana.
  5. Leigh Bardugo „Ruina i rewolta” – stan idealny, nigdy nie czytana (posiadam 3 sztuki).
  6. Terry Pratchett „Niewidoczni akademicy” – stan idealny. -> wymienione z Paweł Maj
  7. Michael Breus „Potęga kiedy” – stad dobry -> wymienione z Nie Tylko Różowo
  8. Janina Lesiak „Wspomnienie o Cecylii smutnej królowej” – stan idealny.
  9. Adina Grigore „Szczęśliwa skóra” – stan idealny.

 

Egzemplarze recenzenckie:

  1. Michał R. Wiśniewski „Hello world” – stan dobry, pieczątka sztukareta i wgniecenie grzbietu.
  2. Robin Cook „Szarlatani” – stan idealny, pieczątka Sztukatera.
  3. Małgorzata Falkowska „Poszukiwani, poszukiwany” – stan idealny, pieczątka Sztukatera.
  4. Michael Hastings „Wszyscy ludzie generała” – stan idealny, egzemplarz przed ostateczną korektą.
  5. Tetuya Honda „Przeczucie” – stan idealny, egzemplarz przed ostateczną korektą.
  6. Lauren Blakely „Pan Wyposażony” – stan idealny, pieczątka Sztukatera.

 

Dla dzieci:

  1. Marta Galewska- Kustra „Pucio i ćwiczenia z mówienia” – zdublowany prezent. -> wymieniona z mama_socjolog
  2. Daniel Napp „Pan Brumm obchodzi Boże Narodzenie” – stan idealny.
  3. „Wielkie problemy ze snem małej słonicy Eli” – stan dobry.
  4. „O króliku, który chce zasnąć” – stan idealny.
  5. Brandon Mull „Baśniobór. Księga wyobraźni” – nowa, stan idealny. -> wymieniona z retromoderna

 

Jeśli coś wpadło Ci w oko, zostaw swój wymianowy stosik w komentarzu. Bez problemu mogę też zrobić więcej zdjęć, daj znać ;)

Okołoksiażkowy miszmasz: Zaczytane Maluchy w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gdańsku.

Czy Wasze dzieci chodzą do biblioteki? Ja osobiście swoją przygodę z tą instytucją rozpoczęłam dopiero w szkole podstawowej, ale czasy trochę się zmieniły, a biblioteki zmieniły się bardzo i moja Majka została pełnoprawną czytelniczką już w pierwszym roku życia.

Jeśli ten krok jeszcze przed Wami, to zbliża się świetna okazja, by go wykonać. Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku przyszykowała wyjątkowy projekt skierowany do dzieci w wieku od 0 do 6 lat. Każdy zaczytany maluszek, który po raz pierwszy zgłosi się do biblioteki (wraz z opiekunem! Ktoś musi wypełnić kartę z danymi osobowymi i mieć dowód osobisty ;)) otrzyma tzw. pakiet startowy, czyli pierwszą kartę do kultury respektowaną we wszystkich filiach WiMBP, paszport małego czytelnika oraz gustowną torbę na książeczki. A wszystko to z wizerunkiem sympatycznego Szopa Gustawa.

 

Uwaga! Pakiet malucha będzie można odebrać w każdej filii poza Filią Naukową na Przymorzu i Biblioteką pod Żółwiem! Warto również przypomnieć, że karta do kultury to nie tylko zwykła karta biblioteczna, ale również źródło zniżek u wielu partnerów związanych z kulturą. Więcej informacji TUTAJ.

Sam paszport pełen jest zwierzątek (moim faworytem jest Zając Pasztet, Majka natomiast zapałała miłością do Jamnika Wolumina), którzy z humorem pomogą maluszkowi w stawianiu pierwszych bibliotecznych kroków. Do paszportu można wpisać datę pierwszej wizyty i zbierać pieczątki przy okazji każdych odwiedzin . Po zebraniu pięciu pieczątek na książkowego molika czeka nagroda – książeczka napisana przez bibliotekarzy, a przy 10 wizycie maluch może odebrać order czytelnika. Czyż nie brzmi zachęcająco? Nie wspominając już o kolorowankach, łamigłówkach i grze do samodzielnego wykonania.

Na wszystkie moliki, które zostaną uhonorowane orderem czeka zaproszenie na galę zaczytanych maluchów, która odbędzie się w styczniu 2019 i stanie się coroczną imprezą dla najmłodszych użytkowników biblioteki.

Akcja rusza w poniedziałek 9go kwietnia, ale inauguracja odbędzie się już w najbliższą sobotę w Bibliotece Manhattan. Z okazji Światowego Dnia Książki Dziecięcej czeka na najmłodszych mnóstwo atrakcji. Poza możliwością zapisania maluszka do biblioteki i odebrania pakietu startowego będzie można wziąć udział w turnieju gry „Mistrz bajek” i warsztatach plastycznych, a także obejrzeć pokaz iluzji i spektakl „Mała Syrenka” Teatru Qfer. Więcej informacji o wydarzeniu wraz z jego szczegółowym planem znajdziecie TUTAJ.

A jeśli nie możecie wpaść w sobotę i z jakiegoś powodu boicie się odwiedzić bibliotekę sami, to:

  1. Nie ma się czego bać.
  2. Zawsze możecie wziąć znajomych.
  3. Albo przyjść na zorganizowane zajęcia, gdzie spotkacie innych małych czytelników. My z Majką co jakiś czas uczestniczymy w spotkaniach Klubu ToTu odbywających się mniej więcej co dwa tygodnie w filii dziecięcej nr 25. Poza świetną zabawą, wymianą doświadczeń, ploteczkami i książkowymi poleceniami zawsze czeka prosta, ale efektywna praca plastyczna dla maluszków. Polecamy bardzo!

Wasze maluszki są już zapisane do biblioteki? Nic straconego. Jeśli chcecie, problemu wymienicie ich karty na te z dziecięcą szatą graficzną. Bez problemu weźmiecie też udział we wszystkich pozostałych elementach akcji.

To co? Do zobaczenia w bibliotece!

Okołoksiązkowy miszmasz: Pierwsze Gdańskie Targi Książki 16-18.03.2018

Trudno o miasto bardziej handlowe niż Gdańsk. Co jak co, ale targ książki naprawdę były tu potrzebne i to marzenie nareszcie się spełniło. Zapraszam na moje wrażenia z wizyty na pierwszych Gdańskich Targach Książki!

Choć cała impreza rozplanowana została na trzy dni, udało mi się wziąć udział wyłącznie w sobotniej części. I może całe szczęście, bo z moim książkowym zakupoholizmem, trzydniowe szaleństwo mogłoby skończyć się tragicznie dla stanu finansów mojej rodziny. Bo oczywiście poszłam „tylko pooglądać”, a wyszło jak zwykle

Pierwsza edycja Gdańskich Targów odbyła się w historycznym budynku Filharmonii Bałtyckiej – dawnej hali turbin miejskiej elektrowni. Wybór tak ciekawego budynku, a także udział przede wszystkim mniejszych, trudniej rozpoznawalnych wydawnictw przesądził o kameralnym klimacie wydarzenia. Przyznaję jednak, że z punktu widzenia matki z dzieckiem w wózku, lub osoby z niepełnosprawnością ruchową wybór miejsca mógł wydawać się znacznie mniej czarowny – spora część stoisk była dla nich nie dostępna ze względu na dużą ilość schodów.

Zapewne ze względu na ograniczoną ilość miejsca, część wydarzeń towarzyszących imprezie zaplanowano w innych instytucjach kultury rozsianych po głównym i starym mieście – w obu siedzibach Nadbałtyckiego Centrum Kultury, Instytucie Kultury Miejskiej, jednej z filii Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, a nawet we wrzeszczańskiej Sztuce Wyboru. Przyznaję, że lodowaty wiatr bardzo szybko rozwiał moje plany dotyczące udziału w jednym ze spotkań autorskich poza samą Filharmonią, ale gdybym nie miała Gdańska na co dzień i przyjechała na targi z daleka, połączenie książkowej imprezy ze zwiedzaniem zabytkowego centrum miasta byłoby dla mnie dużym plusem. Moim zdaniem to super pomysł – szczególnie, że przejrzysty plan wydarzeń zawiera również całkiem czytelną mapkę (choć może warto byłoby poświęcić więcej uwagi dojazdowi do Wrzeszcza, na przykład poprzez podanie alternatywnych środków komunikacji miejskiej).

Drugą wielką siłą targów, poza niebanalnym, nastrojowym miejscem, był udział niewielkich, mniej znanych wydawnictw, które zazwyczaj giną gdzieś w natłoki gigantów. Jestem również bardzo pozytywnie zaskoczona silną reprezentacją instytucji kultury – swoje stoiska miały między innymi gdańska i gdyńska biblioteka publiczna, Nadbałtyckie Centrum Kultury, Gdańska Galeria Miejska, czy Europejskiej Centrum Solidarności. Mam wrażenie, że ta impreza dała możliwość poznania czegoś zupełnie nowego.

Podobnie literatura dziecięca miała wielu ciekawych reprezentantów, co było super – przynajmniej z mojej perspektywy. Naprawdę było w czym wybierać!

Pod względem organizacyjno-komunikacyjnym widać było, że jest to pierwsza edycja imprezy – plan wydarzeń pojawił się późno, a i o wiele szczegółów trzeba było dodatkowo dopytywać, najczęściej z apośrednictwem facebooka. Osobiście bardzo zabolała mnie… cena torby z logo targów. Nie mogłam nie skusić się na torbę z lwem, zwłaszcza, że samo logo uważam za bardzo udane, ale łamałam się baaardzo długo – za te fundusze spokojnie mogłabym kupić dobrą książkę na większości stoisk. Opłata za wstęp była raczej symboliczna – 5 zł za dwa dni, ale nie ukrywam, że bezpłatna wejściówka byłaby miłym gestem. Jednak, jak się później okazało, o taki gest trzeba było się długo i intensywnie dopominać ;) Są to jednak szczegóły, które z pewnością można poprawić w kolejnych edycjach.

Moim zdaniem nieszczególnie trafiony był sam termin – pokrywał się między innymi z dwoma dużymi warszawskimi imprezami literackimi – Targami Fantastyki i targami literatury dziecięcej Przecinek i Kropka.

Prawdę mówiąc liczyłam również na bardziej atrakcyjne ceny. Chociaż udało mi się „upolować kilka okazji”, większość wydawnictw zdecydowała się na rabaty wysokości 10-20%, co przy ofertach księgarni internetowych nie wystarczy, by skusić kupującego. Szczególnie, kiedy przekłada się na zniżkę 5-7 złotych od ceny okładkowej.

Spotkań autorskich nie było wiele, ale brzmiały całkiem zachęcająco. Podobał mi się ich szeroki przekrój tematyczny – były spotkania między innymi z dziedziny podróży, reportażu, muzyki i sztuki, czy – najbardziej chyba popularne – z popularnymi autorkami kryminałów. Na żadne z nich nie dotarłam, ale udało mi się zdobyć kilka autografów. W tym przypadku po raz kolejny dużym plusem okazała się kameralność imprezy – zaczęłam swoje „zwiedzenie” w sobotę około 10:30 i bez najmniejszego problemu mogłam podejść do każdego ze stoisk, podotykać, pooglądać i porozmawiać. Później podobno zrobił się większy tłum, ale nie ma żadnego porównania z kilkugodzinnymi kolejkami, które pamiętam z warszawskich targów.

DSC_1059a

Osobiście poświęciłabym trochę więcej miejsca na gastronomię i „strefę chillout” – targi okazały się świetnym miejscem spotkań i z przyjemnością poświęciłabym więcej czasu na książkowe ploty przy kawie. Ewa, Aleksandra, Dominika, Zuza, Dorota – wielkie dzięki za świetnie spędzone przedpołudnie, dałybyśmy radę nawet z ciastkiem na parapecie!

Uwielbiam próbować nowości i miałam ku temu wiele świetnych okazji. Chętnie podzielę się z Wami moimi największymi targowymi odkryciami:

Wydawnictwo Wolno – o którym nie słyszałam wcześniej ani słowa, przyciągnęło mnie z daleka ilustracjami Gosi Herby. Okazali się być skarbnicą przepięknych pozycji – zarówno pod względem literackim, jak i wizualnym. Wydają książki dla małych i dużych czytelników zręcznie łączące teks z obrazem. Z bólem serca odeszłam od ich stoiska tylko z książką „Lodorosty i bluszczary”, bo ofertę mieli fantastyczną – niewielką, ale dopieszczona w każdym szczególe – i przy tym chyba najlepsze promocje na całych targach. Na pewno będę do niech wracać!

DSC_1050

Wydawnictwo Literatura – na które nie trafiłam wcześniej chyba dlatego, że swoją ofertę kierują do nieco starszych odbiorców niż moja Maja. Ale i tak zakupiłam co nieco „na wyrost” i zachowam ich w pamięci.

„Niedobry kotek” Adam Stower, Wydawnictwo Łajka – na kotka wymiękłam totalnie, a odejście od stoiska Jacobsonów tylko z tą jedną pozycją wcale nie było łatwe, bo mieli piękną ofertę książeczek dla dzieci i gier edukacyjnych.

DSC_1048

Podsumowując: To prawda, trochę czepiam się szczegółów, ale moje wrażenia z Gdańskich Targów są bardzo pozytywne. Atmosfera była super, trochę zbankrutowałam (prawie wszędzie można było płacić kartą i to własnie mnie zgubiło!), ale wyszłam obładowana jak wielbłąd i spędziłam fantastyczny dzień. Już nie mogę doczekać się kolejnych!

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w lutowym pudełku magicznym od Sowiej Poczty

Skoro moje emocje po otwarciu fantastycznego niespodziankowego pudła już trochę opadły, pokażę Wam zawartość drugiego pudełka, na które skusiłam się w lutym – boxa magicznego od Sowiej Poczty.

Co znalazłam w pudełku:

Maskotka Harry Potter od fesswybitnie – podobnie jak fantastyczny John z fantastycznego boxa, Harry umościł się wygodnie w fioletoworóżowym sianku. Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o uniwersum Pottera, to wolę bardziej gadżety bardziej realistyczne, niż zabawne. Hogwart kojarzy mi się z dość snobistycznym i ekskluzywnym miejscem dla wybranych, dlatego kojarzy mi się raczej z eleganckimi przedmiotami. Ale dla tego uroczego pluszaka mogę zrobić wyjątek. Bo właśnie to słowo najlepiej oddaje charakter produktów z fabryki fesswybitnie – uroczy. Uroczy Harry z Magicznego Boxa ma około 20 cm i jest obficie wypchany mięciutkim wypełnieniem. Z jednej strony wykonany został z czerwonego materiału z nadrukiem postaci, z drugiej ma czerwoną dresówkę. W sam raz do przytulania.

„Harry Potter. Podróż przez historię magii” – ta, jeszcze gorąca nowość premierę miała 15 lutego. I w tym przypadku jestem bardzo wdzięczna załodze Sowiej Poczty za sneak peak informujący jakiej książki można się spodziewać w zamówionym pudełku, bo inaczej z pewnością sprawiłabym sobie dubla. Książka jest magiczna od pierwszej, do ostatniej strony – pasuje do tego boxa idealnie!

Przypinka z miniaturowym Uroczym Harrym od fesswybitnie – ja akurat jestem #teammagnesnalodówkę i faktycznie wolałabym ten wzór na magnesie albo lusterku (choć i jednego i drugiego mam całe stosy). Ale i przypinka się nie zmarnuje, nie ma strachu!

Karty go gry w metalowej puszce od Dystrykt Zero – strzał w dziesiątkę, właśnie takie gadżety uwielbiam! Są po prostu piękne, świetnej jakości, subtelnie ozdobione herbami hogwardzkich domów i ich symbolami, zamknięte w eleganckiej puszce. Nie mogę się na nie napatrzeć, to moje najulubieńsze znalezisko w tym boxie! Zaraz po książce.

Magiczna zakładka od Molom – jest po prostu czadowa. Z Harrym – wybrańcem w wersji kociej, z pełnym tęsknoty oczekiwaniem na list z Hogwartu wyrażonym na rewersie. Ładna, zabawna i z kotem. Idealna zakładka każdego potteromaniaka.

Jak zawsze nie mogło zabraknąć odręcznego listu z wyszczególnioną zawartością paczki, który za każdym razem cieszy mnie tak samo i firmowej naklejki z sówką, która stała się wizytówką Sowiej Poczty. Na każdym kroku widać, że sowie boxy robią ludzie z pasją.

Podobnie jak dbałość o prezencję samego opakowania – dobrze dopasowany karton i różowe sianko, które za każdym razem robi mi dzień i uszczęśliwia mojego kota, dbają o stan zachowania produktów podczas podróży. A znaczek z sówką i wypełniona ręcznym pismem adresówka to wisienki na torcie. Dwie wisienki na jednym torciku, czy można być bardziej rozpieszczanym?

Moja dusza potterfana została w pełni usatysfakcjonowana. Zamawiam gadżetów, jak te przepiękne karty w przyszłości! A na razie bez najmniejszych wyrzutów sumienia, z prawdziwą przyjemnoscią wystawiam magicznemu boxowi Wybitny!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Sowiej Poczty.

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w lutowym pudełku fantastycznym od Sowiej Poczty

Miesiąc temu miałam przyjemność testowania pierwszego boxa subskrybcyjnego od nowej firmy zajmującej się komponowaniem takich paczek – recenzję styczniowego pudełka pielęgnacyjnego możecie przeczytać TUTAJ. Przyznaję, że jestem trochę zakręcona na punkcie tego rodzaju niespodzianek – do tego stopnia, że w lutym zamówiłam aż dwa takie tajemnicze pakunki. Obie od Sowiej Poczty, czekają Was zatem aż dwie pudełkowe recenzje. Na pierwszy ogień idzie box fantastyczny.

Bardzo lubię fantastykę, ale nie jestem na tyle na bieżąco, by znaleźć książkę, którą już czytałam, za to fantastyczne gadżety mam wyłącznie z fandomu HP i nieliczne z Gwiezdnych Wojen, więc przesyłka była dla mnie jedną wielką niewiadomą.

Co znalazłam w pudełku:

 

Maskotka John Snow od fesswybitnie – otwieram paczkę, a tam na wsciekle różowym sianku leży sobie radośnie uśmiechnięty, pluszowy John Snow! Mam pluszowego Johna Snowa! Już możecie zacząć mi zazdrościć! Fesswybitnie znam i lubię, choć do tej pory wymiękałam raczej na ich gadżety z lamami i paczkami frytek, które, choć słodziachne, do Johna się nie umywają. Maskotka ma mniej więcej 20 cm, a jej mocno ubite wypełnienie jest naprawdę mięciutkie. Z jednej strony jest tkanina w kropeczki z nadrukiem postaci, z drugiej szara dresówka. To całkiem konkretny i przeuroczy gadżet, nie sposób nie odwzajemnić jego uśmiechu! Co więcej, próżno szukać go w sklepie – wygląda na to, że mam w rękach ekskluzywny towar wyłącznie dla odbiorców Sowiej Poczty.

„Roar” Cora Carmiac – to dla mnie zupełna nowość, nie spotkałam się wcześniej z twórczością tej autorki, choć w fantastykę młodzieżową uwielbiam i ostatnimi czasy intensywnie nadrabiam. Najwyrażniej wciąż nie jestem do końca „na czasie”, ale że to pozycja z 2017 roku, to sobie wybaczam. Zapowiada się bardzo ciekawie – ma być romans, walka o utrzymanie władzy, przymusowe małżeństwa, czarny rynek i magia burzy. Szczególnie ten ostatni aspekt mocno działa na moją wyobraźnię, nie mogę się już doczekać lektury! Świetny wybór Sowia Poczto, dzięki!

Brelok do kluczy od dystryktzero – na moim widnieje Chewie z Gwiezdnych Wojen i choć odrobinę było mi żal, że nie trafiłam na R2D2 albo Vadera, to jednak Chewbacca jest znacznie mniej oklepany = bardziej hipsterski. No i z takim ochroniarzem klucze na pewno nie zginą! Brelok jest gumowy, porządnie wykonany i w wyrazistych kolorach – sporo wytrzyma i pomoże odnaleźć klucze nawet w czeluściach damskiej torebki.

Fantastyczna zakładka książkoholika, czyli mój drugi najulubieńszy gadżet z tej paczki. Nie wiem, czy były różne rodzaje, ale na moim jest kot-czytacz i hasło „Nie jestem statystycznym kociakiem, lubię czytać książki”, a na rewersie obrazkowe równanie idealne. Całość wydrukowano na porządnym, sztywnym papierze, ale chyba i tak ją zalaminuję, bo będzie mocno eksploatowana.

Odręcznie napisany list z wymienioną zawartością pudełka – świetnie, że załoga SP nie zrezygnowała z tego pomysłu. Imienna, ręcznie pisana notatka to pozornie banalny szczegół, który bardzo dobrze świadczy o indywidualnym podejściu do klienta. Nie mamy tu do czynienia z masówką wyskakującą z drukarki w setkach odbitek. I to jest super.

Wisienką na torcie jest naklejka z sówką – maskotką Sowiej Poczty. Tym razem moje dziecko cudem ją przeoczyło i trafiła prosto do mojego kalendarza. Taki drobiazg to najlepsza wizytówka.

Bardzo się cieszę, że tym razem udało się uchronić starannie wypełniane adresówki przed naklejką firmy przewozowej. W ogóle całość zapakowana została perfekcyjnie i bardzo estetycznie – odpowiednio dobrana wielkość kartonika i kolorowe sianko jako wypełnienie zapewniły wszystkim elementom boxa najwyższy komfort podróży – nawet rulonik listu przetrwał bez jednego zagniecenia! Pudełka zostały starannie owinięte szarym papierem (mógłby mi ktoś wytłumaczyć dlaczego właściwie ten brązowy papier nazywanym „szarym”? Anyway, papier pakowy – taki retro vintage.) i opatrzone odręcznie wypisaną etykietą adresową i znaczkiem Sowiej Poczty. Uwielbiam, kiedy przesyłki są dopieszczone w najmniejszym nawet szczególe, paczuchy prezentowały się naprawdę bardzo dobrze – nawet jeszcze przed otwarciem!

Lutowego boxa fantastycznego oceniam na mocną 5, a nawet 5+, chociaż podobno nawet nie ma takiej oceny! Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, wybrano niebanalne, dobre jakościowo przedmioty i świetnie zapowiadającą się książkę, której na oczy jeszcze nie widziałam. Brawo! Poproszę więcej takich paczek!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Sowiej Poczty.

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w styczniowym pudełku pielęgnacyjnym od Sowiej Poczty

Wiecie jak uwielbiam boxy subskrypcyjne. Nie ma co tego ukrywać – odkąd „dorosłam” Kinder Niespodzianki przestały mi wystarczać i sięgnęłam po nieco większy kaliber. Wtorkowym wieczorem kurier przyniósł mi przesyłkę od firmy, która kupiła mnie już samą nazwą. Bo Sowiej Poczcie naprawdę trudno byłoby mi się oprzeć.

Zgodnie z moim upodobaniem do próbowania nowych rzeczy przywędrował do mnie box pielęgnacyjny. Szczególnie, że wielkimi krokami zbliżają się walentynki i warto byłoby się trochę… no wiecie… odskrobać :D

Co znalazłam w pudełku:

„Szczęśliwa skóra. Naturalny program domowej EKOpielęgnacji” Adina Grigore – w tematyce urodowej jestem jeszcze kompletnie zielona i nie mam porównania. Nie spotkałam się też wczesniej z książkami wydawnictwa Galaktyka. Ale otworzyłam ją na chybił trafił i z pierwszego zdania, które wpadło mi w oko dowiedziałam się, że powinnam pić więcej wina. Wniosek może więc być tylko jeden – to musi być dobra książka!

Naturalny krem do rąk YOPE. Imbir i drzewo sandałowe – to dla mnie strzał w dziesiątkę, uwielbiam kremy do rąk i, szczególnie zimą, mam po jednym w każdym pokoju i w każdej torebce. Zapach imbiru uwielbiam, a firmę YOPE już od dawna chciałam przetestować. Jestem już pokremowana – przyjemnie pachnie i nie kleję się do klawiatury – zostałam uszczęśliwiona.

Balsam do ust z masłem shea Equilibra – moje kolejne must have – pomadek mam chyba jeszcze więcej niż kremów, bo jeszcze poupychane po kieszeniach. Zużywam je też w zastraszającym tempie, szczególnie odkąd Majka również nauczyła się nimi malować. Bezbarwna, naturalna, o neutralnym zapachu – nie będę się bała pożyczyć jej mojej dwulatce.

Odżywcze mydło naturalne Sylveco. Ziołowa pielęgnacja, rokitnik i werbena – tu dla odmiany kiepski traf. Mydła w kostce nie lubię i nie praktykuję, bo strasznie wysusza mi dłonie i brudzi umywalkę. Chociaż mam z tym produktem spory dylemat, bo z drugiej strony cenię firmę Sylveco i uwielbiam zapach werbeny. Chyba jednak się skuszę, może akurat to mydło będzie wyjątkiem? Miałam w końcu próbować nowości.

Organic Shop. Scrub do ciała “Miodowy cynamon” – skoro już o odskrobywaniu mowa… nie ważne, grunt, że się przyda! Dla mnie super, że ten kosmetyk pachnie przede wszystkim miodowo, a cynamon jest ledwie wyczuwalnym dodatkiem – to bardzo miła niespodzianka, jako że cynamonu po prostu nie lubię. Super też, że słoiczek jest plastikowy. Tak, wiem, plastik rozkłada się tysiące lat, nie jest eko i w ogóle, ale to już takie moje małe dziwactwo – nie lubię szklanych opakowań w łazience, bo jestem łamagą, a szkło i kafelki to nieszczególnie dobre połączenie. Zwłaszcza, kiedy jest się boso.

Próbka kremu do twarzy na noc Biolaven – takich próbek nigdy zbyt wiele. Bardzo lubię zabierać je ze sobą na wyjazdy. Prawdę mówiąc próbki kremu są dla mnie lepszym wyborem, bo o posmarowaniu twarzy kremem pamiętam może raz w tygodniu :)

No i naklejka z sówką – maskotką firmy. Nie powiem, żebym zdążyła dobrze sie jej przyjrzeć, bo Majka przechwyciała ją niemalże od razu. Teram mam naklejoną na kaloryferze, więc trochę z nami zostanie…

Podsumowując – dostałam fajnie zapowiadającą się książkę i najbardziej podstawowe kosmetyki na zimę w nienarzucających się, ale wciąż zimowych zapachach. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się kolejnego balsamu do ciała i maseczki, a znalazłam produkty, które na pewno wykorzystam (no, zobaczymy jak mi pójdzie z mydłem). Super wybory, dzięki!

Ponadto jestem absolutnie urzeczona odręcznie pisanym listem – w dzisiejszych czasach mało kto praktykuje jeszcze korespondencję wysyłaną metodą tradycyjną, a takie szczegóły jak „spis inwentarza” w pudełku niespodziance jest zwykle pisany na komputerze i wielokrotnie powielany. Fakt, że ktoś zadał sobie tyle wysiłku, że przygotował odręczną notatkę do każdej paczuchy jest w moim odczuciu czymś nobilitującym. Zrobiło mi się po prostu strasznie miło!

Jeśli faktycznie chciałabym się do czegoś przyczepić, to szczegółu, jaki jest opakowanie  – karton był zdecydowanie zbyt wielki, jak na zawartość i nieco chaotycznie owinięty papierem. Jednak paczka była bardzo dobrze wypchana wypełniaczem i zawartość nie ucierpiała. Wiem już od załogi Sowiej Poczty, że nie takie było pierwotne założenie i zawiodła firma zewnętrzna dostarczając nieodpowiednie kartoniki i trzeba było szybko improwizować. W takim wypadku zgadzam się z podjętą decyzją ekipy, bo wolę dostać paczkę w zapowiedzianym terminie (a nawet chwilę wcześniej!) w mniej adekwatnym opakowaniu, niż czekać dłużej. Bardzo podobała mi się również ręcznie wypełniona adresówka, która niestety w znacznej mierze przykryta została listem przewozowym – może następnym razem uda się ją przed tym uchronić.

Zaskakujące, sympatyczne, praktycznie skomponowane.

Pudełko oceniam na 5 z maleńkim minusikiem – do ideału nie brakuje wiele, klimatyczne opakowanie będzie już wisienką na torcie. Jestem też strasznie ciekawa, co otrzymali subskrybenci boxa magicznego i fantastycznego, które również niesamowicie mnie kusiły. I wciąż kuszą… Może ktoś z Was zamówił takie pudełko i chciałby się podzielić wrażeniami?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Sowiej Poczty.

Okołoksiążkowy miszmasz: 2018 – rok wyzwań

Dotychczas nigdy nie poświęcałam zbyt wiele uwagi akcjom mającym na celu liczenie albo porządkowanie przeczytanych książek – zawsze wydawało mi się, że jestem na to za mało obowiązkowa. Bardzo ładnie widać po moich stosach wstydu i miesięcznych planach czytelniczych, których nigdy nie potrafię dotrzymać, że wybór lektury to u mnie bardzo spontaniczna kwestia. A dwa czynniki – czytanie przede wszystkim dla przyjemności i fatalne wyniki z matematyki – demotywują mnie do liczenia, chociaż pod koniec roku zerkam zwykle na statystyki.

Nie wiem, czy tak było zawsze i ja po prostu przegapiłam tą część internetu, czy to jakaś nowa moda, ale zauważyłam ostatnio prawdziwy wysyp czytelniczych wyzwań – jedno ciekawsze od drugiego – i powiem szczerze, że obok niektórych z nich nie potrafię przejść obojętnie.

Wybrałam kilka najciekawszych, na które po prostu muszę się skusić, i na ich przykładzie przetestuję ten rodzaj motywacji.

Przeczytam 52 książki w 2018 – dotychczas to wyzwanie wychodziło mi samo z siebie i okazywało się miłą niespodzianką pod koniec roku – w 2017 również się udało, bo naliczyłam 58 książek. Ale liczyć na bieżąco naprawdę nie potrafię, więc pewnie jak zwykle wszystko okaże się dopiero po fakcie.

WyPożyczone 2018, czyli wyzwanie czytelnicze Marty z Rudym Spojrzeniem – wszystko co trzeba zrobić, to pożyczać książki! Z bibliotek (zarówno stacjonarnych, jak i internetowych) albo od znajomych. Z biblioteki korzystamy często, szczególnie jeśli chodzi o lektury Majki. Ja bardzo chętnie wypożyczam literaturę młodzieżową, po prostu nie mam już miejsca na te wszystkie serie, z którymi chciałabym się zapoznać. Nie miałam pojęcia jaką liczbę książek zadeklarować, więc podejmując z Bobasą to wyzwanie idziemy na żywioł!

WyPożyczone

22 minuty dziennie wraz z Tak Czytam – to trochę wyzwanie dla komfortu psychicznego, bo czytam dużo więcej niż te 22 minuty każdego dnia, chociażby samej Majce. Ale nie zawsze trzeba przecież dążyć do nie wiadomo jak wygórowanych celów. A taka chwila z książką powinna być zawsze w zasięgu.

Czytelnicze Podróże w Nieznane – bookchallenge Uwaga Czytam – to chyba najfajniejsza lista literackich tematów na jaką trafiłam, aż od razu chce się zabrać za czytanie. Co ważne, nie jest za bardzo rozbudowana, a jednego wyzwania miesięcznie spokojnie mogę się podjąć. Szczególnie, że hasła pozostawiają dużą swobodę interpretacji.

Book challange 2018 v2

Olimpiada Czytelnicza u Pośredniczki Książek – co do tego wyzwania mam najwięcej wątpliwości, bo jednak dużo większą wagę przykładam do przyjemności czytania, niż do ilości. W tym wyzwaniu liczą się przeczytane strony, a ja mam w planie nadrobić parę konkretnych cegłówek, które zbyt długo już kurzą się na regale, więc każda dodatkowa motywacja jest mile widziana.

OP2018

I jeszcze dwa moje prywatne wymysły:

Przede wszystkim postaram się wytrwać w postanowieniu nie zabierania się za nową książkę dopóki nie napiszę chociaż krótkiej notatki o poprzedniej – w przeciwnym razie byłabym stale w czytelniczym ciągu i nigdy nie napisałabym żadnej recenzji (w zeszłym roku prawie się udało – odpuściłam jedną recenzję w święta i po dziś dzień przeczytana książka czeka na recenzję zerkając na mnie z wyrzutem).
A zauważyłam, ze spisywanie wrażeń z lektury sprawia, że zwracam uwagę na więcej szczegółów i lepiej zapamiętuję samą treść. Gimnastyka dla mózgu + fun to idealne połączenie. Warto w tym celu zmusić się do odrobiny samodyscypliny.

Ponadto mam silne postanowienie przeczytać przynajmniej 20 pozycji z moich licznych stosów i półek wstydu. Podobno jak się o czymś napisze (i to publicznie!) to łatwiej potem dotrzymać obietnicy. Liczę na to!

Okołoksiążkowy miszmasz: Rok Lwa 2017 – małe podsumowanie

Nigdy nie poświęcałam czasu na rozpamiętywanie przeszłości i magiczne podsumowania, ale w końcu musi przyjść ten pierwszy raz! A przyznam, że aż sama jestem ciekawa jak wyglądała moja aktywność w zeszłym roku.

Bardzo czytelnie widać rozwój na instagramowym profilu – wszystkie najpopularniejsze zdjęcia, które załapały się do #bestnine2017 pochodzą z ostatnich trzech miesięcy. Podobnie liczba polubień, która w porównaniu z zeszłym rokiem poszybowała w kosmos. Trudno o lepszą motywację do samorozwoju, coś czuję, że doszkolenie w fotografii znajdzie się na mojej liście noworocznych postanowień.

lew_kanapowy (1)

Wzrost aktywności na blogu nie jest tak łatwy do uchwycenia. Bardzo się cieszę, że udało mi się wypracować pewną regularność – utrzymanie rutyny minimum dwóch postów tygodniowo dla tak niezorganizowanej osoby jak ja to niezły sukces. Rzyćmy więc okiem na statystyki:

W 2017 roku:

  • przeczytałam 58 książek (wyzwanie zaliczone, jej!);
    • z których zrecenzowałam 56, a 2 wciąż na recenzje czekają i budzą wyrzuty sumienia;
    • w ramach akcji „Nadrabiam młodzieżówki” odkurzyłam swoją duszę nastolatki i znowu wiem co w trawie piszczy
  • wraz z Majką przeczytałyśmy niezliczoną ilość książeczek dla dzieci (a niektóre z nich czytałyśmy niezliczoną ilość razy…), o których powstały 64 recenzje (pojedyncze i zbiorcze);
    • część z nich powstała we współpracy z Bajkowirem
  • popełniłam również 5 recenzji książkowych pudełek-niespodzianek

 

  • opuściłam strefę komfortu mojej wysiedzianej kanapy
    • brałam udział w trzech kompletnie różnych spotkaniach blogerów (A może nad morze? Z książką, See Bloggers 2017 i Spotkajmy się w Gdyni) gdzie poznałam fantastycznych ludzi
    • założyłam Bobasowy Klub Książki w Bibliotece Domu Sąsiedzkiego „Nasze Ujeścisko”, gdzie wraz z córą dzielimy się naszymi czytelniczymi inspiracjami z innymi mamami i maluszkami

Oto trzy książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie w zeszłym roku:

_20170118_182842

_20170220_095321

_20171022_115429

I trzy niekwestionowane hity Majki:

_20170518_120139

_20170328_115830

_20170428_092625

I jeszcze trzy moje ulubione książki dla dzieci:

_20170213_084525

22046018_1472985066119757_4304938739534656678_n

_20171017_124453

Żeby nie było tak różowo, to dorzucę jeszcze dwa największe rozczarowania – dorosłe i dziecięce:

IMG_20170705_212142_854

_20170925_143901

A pomyśleć, że jeszcze rok temu miałam wstręt straszliwy do słowa pisanego po wszystkich tych artystycznie ambitnych (choć czasami naprawdę fascynujących) lekturach czytanych przez pięć lat studiów. I dziczałam w domu z Bobasą, powoli, acz sukcesywnie tracąc umiejętność budowania w miarę logicznych zdań i zapominając słowa niezwiązane ze snem i jedzeniem.

Patrząc na te wszystkie cyferki (a matematyka nigdy nie była moją mocną stroną – 38% z matury zobowiązuje!) nie mogę się nadziwić, że całe to „blogowanie”, zamiast się wypalić, sprawia mi tylko coraz większą radochę. Co to będzie w przyszłym roku?

2018, hear me roar!

Okołoksiążkowy miszmasz: Święta Blogerki

Czy fakt pisania bloga jakkolwiek zmienia moje świąteczne rytuały? Czy Lew Kanapowy spędzi Wigilię i Boże Narodzenie inaczej niż zwykła, szara Agnieszka? Zainspirowana przez cudowną Lenę Murawską spróbuję sama sobie odpowiedzieć na te, niełatwe skądinąd, pytania. Najpierw jednak trzeba by się zastanowić jak właściwie uwielbiam „świętuchować” (naprawdę tak mówiłam jak byłam mała – babcia co roku mi o tym przypomina!)?

W mojej rodzinie w Święta się je. A także degustuje, zajada, objada, a nawet obżera wigilijnymi i świątecznymi przysmakami. Całe szczęście, że nie jestem wysportowaną fit blogerką postującą o ćwiczeniach i zdrowym odżywianiu, bo to tradycja, z której na pewno nie byłabym w stanie zrezygnować. Nawet pociążowe dolegliwości, które ciągną się za mną już prawie dwa lata nie zepsują mi frajdy z łasuchowania – z niezwykłą jak na mnie przezornością zawczasu zaopatrzyłam się w wielką butlę Gastrotussu i hulaj dusza, piekła nie ma!

W mojej rodzinie świętuje się rodzinnie. Dlatego sorry komputerku, ale zostajesz w domu. Relacji z wigilijnej kolacji na insta stories też raczej nie będzie, bo mogę być za bardzo zajęta… cóż – jedzeniem, powstrzymywaniem Bobasy przez zrobieniem rozróby i zakleszczeniem w rodzinnej ciżbie, żeby pamiętać o takich szczegółach jak aktualna pozycja telefonu komórkowego. Chyba jednak nie jestem blogerką z prawdziwego zdarzenia.

W mojej rodzinie w święta się leniuchuje. Serio, piżama to obowiązkowy outfit na przynajmniej jeden świąteczny dzień. W tym miejscu cieszę się niemożebnie, że nie jestem blogerką modową ani urodową, bo też wyszłoby słabo. Relaks z książką, przed telewizorem (w tym roku zamiast tradycyjnych komedii będzie chyba Świnka Peppa) i z grami planszowymi. Postaram się przygotować coś na zapas, ale obawiam się, że okres okołoświąteczny będzie okresem ciszy na blogu.

Czy gdybym nie pisała bloga, moje niespełna dwuletnie dziecię dostałoby 10 nowych książeczek o zimie i Świętach? Z pewnością tak, bo jednak jestem trochę nienormalna pod tym względem i powinnam mieć założoną kontrolę rodzicielską na księgarnie internetowe. Ale przyznaję, że napisanie posta o najfajniejszych książkach dla dzieci w klimacie Bożego Narodzenia łagodzi wyrzuty sumienia zakupoholiczki. Bo to przecież nie jest uzależnienie, tylko inwestycja w bloga :D
Za to z drugiej strony, jako blogerka książkowa powinnam chyba potrafić polecić chociaż kilka książek wprowadzających w świąteczny klimat. A ja kompletnie nie mogę się do nich przekonać – po którą bym nie sięgnęła, okazuje się totalnym gniotem. Wygląda na to, że w tym roku spędzę Boże Narodzenie z aniołkami Kossakowskiej i moim ulubionym „Najgłupszym aniołem”, który wraca do mnie jak bumerang (Boże Narodzenie i zombie apokalipsa to końcu połączenie idealne!). Chyba, że możecie mi coś polecić? Ale takiego naprawdę klimatycznego i nie bardzo smutnego? Żeby od lektury robiło się ciepło na serduchu i w duszy pachniało piernikami.

Jedną z fajniejszych rzeczy, w jakie wkręciłam się blogując jest Świąteczna Wymiana u Królowej Moli. Już drugi raz biorę udział w tej akcji i nie mogę się zdecydować, czy fajniejsze jest dostawanie wyczekiwanej paczki-niespodzianki, czy jednak wyręczanie Mikołaja i kompletowanie prezentu dla swojej „świątecznej ofiary”. Fantastyczna sprawa, polecam bardzo mocno!

Czy gdybym nie miała konta na instagramie, biegałabym za moim kotem i robiła mu upokarzające zdjęcia w zawstydzających pseudomikołajowych nakryciach głowy? Z pewnością – zawsze to robię! Ale zwykle takie kompromitujące fotki wysyłałam do 4 osób wraz ze świątecznymi życzeniami, a tym razem trafią do, mniej więcej, 400 odbiorców (na całe szczęście wzrok moich futrzaków nie jest w stanie zabijać boleśniej niż robił to dotychczas). Tak naprawdę to jest chyba główna różnica – robię zdecydowanie więcej zdjęć. Kiedy tylko wpadnie mi w ręce jeden z moich ukochanych świątecznych gadżetów, zaraz widzę oczyma wyobraźni kompozycję z jedną z książek i muszę ją natychmiast zrealizować.

Ale mam nadzieję, że kiedy już nadejdzie ten świąteczny czas, uda mi się odłożyć telefon na bok, zamknąć klapę laptopa i całkowicie oddać się rodzinnej celebracji offline. I tego również Wam z całego serca życzę!