Czas na czytanie: „Siła złego na jednego” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Już na samym wstępie muszę zaznaczyć, że znając już ten świat – jego absurdy, groteski i pokręcone charaktery bohaterów, drugi tom czyta się zdecydowanie łatwiej. Po prostu nie trzeba już zastanawiać się o co w tym wszystkim chodzi, całą energię poświęcając na cieszenie się tą niebanalną lekturą.

Drużyna ulega rozpadowi – większość Jasnych musi jechać do Dąbrowy, zdać władcy relację z podstępnej zdrady Wlariela. Świta Dirana kurczy się znacznie, ale chyba jedna elfka, jeden zmienny i jedna mroczna wystarczą, by doprowadzić nowego Władcę do szkoły? Oczywiście nudno nie będzie, bo, choć zmniejszona, wyprawa nie traci ani odrobiny ze swojej pechowej aury. Sytuacje, które w pierwszym tomie skutkowały sprzedaniem w niewolę, tym razem kończą się nieplanowanymi małżeństwami (a może to bez różnicy?). Di odkrywa w sobie pierwiastek, jakiego odkryć nigdy się nie spodziewał, a do tego przyrzeka uwolnić duszę swojego miecza od wiecznej niedoli. Ponadto spotyka kuzyna, który ewidentnie jest jego jasną bratnią duszą i mają szansę zostać bff. Cesarzowa Ciemności kontratakuje, ojcowie czuwają, a podstępny imperator Dobroziemi knuje kolejną intrygę.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części, fabuła wypełniona jest nie mającymi większego znaczenia zdarzeniami – ot tak, żeby podróż się nie dłużyła warto porobić poboczne questy dla rozprostowania skrzydeł, wyczerpania mocy i efektownego omdlenia. Jestem strasznie ciekawa, czy wszystkie te niepozorne zdarzenia prowadzą do jakiejś wielkiej puenty w ostatnim tomie, czy to po prostu przygody wzbogacające doświadczenie młodego bohatera.

Pojawią się akcenty, których dotychczas mogło czytelnikom zabraknąć – blond książęta jeżdżący na jednorożcach, zaginione boskie korony, karawany przez przeklęte pustkowia, olbrzymie robale, wyklęci rycerze przedwiecznych zakonów i porzucone demoniczne dzieci.

Czy najmłodszemu synowi Ciemnego Władcy uda się wreszcie dotrzeć do szkoły? Czy zawiązane przyjaźnie przetrwają? Czy uda się zapobiec wojnie? Czy Jaśni i Ciemni mogą się przyjaźnić? Nie niszcząc przy tym świata?

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Siła złego na jednego, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2019, 346 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Czas na czytanie: „Okrutny książę” Holly Black

Spotkałam się z tak wieloma pełnymi zachwytów opiniami na temat tej książki, że kiedy dostałam ją na święta, nie mogła czekać długo na przeczytanie. Szczególnie, że to gatunek i tematyka, do których mam słabość.

Nie da się ukryć, że książka wchodzi tak dobrze, że praktycznie czyta się sama. Mimo sporej objętości i konstrukcji świata, w której trzeba się odnaleźć, po prostu znika w oczach i najchętniej odłożyłabym ją dopiero po przeczytaniu. Ale chociaż całkiem mi się podobała i za jakiś czas chętnie sięgnę po drugą część, to nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, że entuzjazm aż mnie roznosi. Raczej poczekam, aż kolejny tom trafi do biblioteki, niż pobiegnę do empiku w dniu premiery.

DSC_1533.jpg

Nastoletnia Jude zostaje we wczesnym dzieciństwie porwana do świata elfów i to właśnie w tym czarownym, śmiertelnie niebezpiecznym i niegościnnym miejscu przyszło jej dorastać. A że przy tym nie ma specjalnej ochoty, by głowę nosić dostatecznie nisko, aż prosi się o kłopoty. I, wedle życzenia, dostanie ich całkiem sporo.

Największe zalety? Dworskie intrygi, czyli coś, co uwielbiam, a tutaj znalazłam ich sporo i to nieźle zagmatwanych, choć kazały na siebie trochę czekać. I sam pomysł na elfy, które, choć oczywiście niebezpiecznie czarujące i bezdyskusyjnie zjawiskowo piękne, są również zielonkawe, rogate, kopytne, ogoniaste, czy porośnięte mchem. Nieoczywiste piękno i znacznie większy związek z naturą są właśnie tym, czego od tych stworzeń oczekuję, natomiast elfom będącym po prostu ładniejszymi ludźmi mówię zdecydowane nie. A im bardziej są przy okazji są cudownie wredne, brutalne i rządne krwi, tym bardziej jest baśniowo.

Minusy? Mocno przewidywalny wątek romantyczny i tendencyjny czarny charakter będący bardziej bohaterem romantycznym, niż materiałem na prawdziwego badassa z charakterem.

„Okrutny książę” to trochę baśń z gatunku tych bez cenzury, trochę perypetie licealistki, której dokuczają wredni koledzy, i trochę Gra o Tron.

Przez większość czasu jest ciekawie, czyta się świetnie, a plastyczny język opisu bardzo pomaga wczuć się w świat. Warta uwagi.

Holly Black, Okrutny książę, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 425 s.

Bajki Majki: „Lodowy smok” George R.R. Martin

Długo zastanawiałam się do jakiej kategorii zaliczyć tą baśń – nie mogłam zdecydować, czy to książka dziecięca, czy raczej już dla dojrzałego czytelnika. Już samo nazwisko autora zwiastuje sporą dozę brutalności – znajdziemy tu palenie żywcem, okrucieństwa wojny i mówienie dzieciom, że nie potrafią kochać. Tym bardziej są to aspekty przejmujące, bo dokładnie ukazane na ilustracjach. Zawsze jednak w takich mementach staram się sobie przypominać rzeczy, które ja czytałam będąc dzieckiem i zawsze na nowo odkrywam, jak bardzo granica wrażliwości przesunęła mi się, odkąd jestem mamą.

„Lodowy smok” wylądował więc jednak wśród książek dziecięcych, ale mocno na wyrost. No, może dla tzw. młodszej młodzieży.

I oczywiście dla dorosłych, którzy lubią czasem sięgnąć po ten rodzaj literatury. Na przykład dla mnie, bo nie dość, że mam wyjątkową słabość do literatury dziecięcej (nawet bez udziału dziecka), to przede wszystkim KOCHAM SMOKI! Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że dostałam takiego smoka, jakiego lubię – groźną, legendarną, niezależną jaszczurę nie dającą się udomowić, a samo jej wspomnienie budzi postrach. I dla odmiany – przynoszącą zimę.

Choć pod względem objętości, jest to niedługa opowieść – weźcie pod uwagę, że przynajmniej połowę ze 100 stron książki w większej, lub mniejszej części zajmują ilustracje – na godzinkę czytania przed snem, kreuje przed czytelnikiem wyjątkowo plastyczny świat. I wzbudza mnóstwo emocji.

Adara urodziła się w najmroźniejszy dzień, jaki tylko pamiętają mieszkańcy jej wioski. Zimno naznaczyło ją od pierwszych chwil życia, dlatego zawsze była nieco inna, niż jej rodzeństwo i rówieśnicy. Jako zimowe dziecko nigdy nie cieszyło jej upalne lato, odżywała za to z nadejściem zimy, kiedy to całymi dniami poświęcała się budowaniu śnieżnych zamków, a lodowe jaszczurki chętnie wchodziły na jej dłonie. Dłonie, które, w przeciwieństwie do innych ludzi, nie raniły drobnych ciał jaszczurek swym ciepłem. Chłodna w dotyku i oszczędna w uczuciach, rzadko uśmiechająca się dziwna dziewczynka. I to właśnie jej trafiła się najniezwyklejsza przyjaźń na świecie.

Poruszająca opowieść o niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca, miłości, okropnościach wojny i sile poświęcenia. Rozmalowana zarówno słowem, jak i zapierającymi dech w piersiach ilustracjami – tak pięknymi, jak przerażającymi. Ta pięknie wydana książka zmrozi Wasze serca, by roztopić je, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Jeśli tęsknie za bielą śnieżnego puchu za oknem – sięgnijcie po nią koniecznie!

George R.R. Martin, Lodowy smok, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 114 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Czas na czytanie: „Ciężko być najmłodszym” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Pierwsza książka w 2020 roku okazała się być wypasionym okazem Dziobaka*, czy można sobie wymarzyć lepszą wróżbę?

Nie wiem, czy da się być przygotowanym na tą serię – ja nie byłam, ale podejrzewam, że po prostu nie jestem „w temacie”, bo to moja pierwsza… no właśnie… parodia? Komedia fantastyczna? Chyba jednak to drugie.

Jasna drużyna zniewolona przez Ciemnego Władcę zostaje uwolniona z okowów przez jego najmłodszego syna, który pragnie poczuć zew wolności i wydostać się spod skrzydeł nadopiekuńczej rodziny. Tak też zaczyna się epicka wyprawa ze zrabowanym niecnie artefaktem w kierunku Zagubionej Świątyni, przez magiczne portale, statki przemytników, zapomniane kopalnie pełne kultystów i inne radosne przygodny. Mroczny książę szybko orientuje się jednak, że drużyna, którą tak niefrasobliwie ocalił należy raczej do tych pechowych. Bardzo pechowych. A on tylko chciał dostać się do szkoły!

Przez pierwsze 100 stron czytało mi się bardzo specyficznie – nie było mi łatwo przywyknąć do konwencji, która wydawała mi się bardziej infantylna, niż zabawna. Ale kiedy już nieco się z nią oswoiłam, rozejrzałam po świecie, zapamiętałam kto jest kim i jakie panują tu zasady, zaczęłam się coraz lepiej bawić. A emocji nie brakuje, bo ta specyficzna wyprawa to prawdziwy lep na kłopoty.

Jest dziwnie, nietypowo, ale fajnie. Sporo przyjaźni, dorastania, potrzeby sprawdzenia się w samodzielnym życiu i patrzenia ponad stereotypami. I są smoki!

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Ciężko być najmłodszym, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2017, 406 s.

Książka wyczytana z Regału Wstydu.

*Dziobaki Roku to niekończące się zestawienie najniezwyklejszych pozycji, na jakie trafiłam. Nietypowych, niestandardowych, wymykających się jakiejkolwiek klasyfikacji. Unikatowych. Dziwnych, ale mających mnóstwo uroku. Zaiste dumny to tytuł.

Czas na czytanie: „Wigilia pełna duchów”

Po bardzo pozytywnym odbiorze zbioru świątecznych opowiadań kryminalnych „Cicha noc”, „Wigilia pełna duchów” okazała się nieco rozczarowująca. Do koncepcji świątecznego horroru podeszłam ze sporym entuzjazmem, jednak z przykrością muszę stwierdzić, że najbardziej klimatyczny okazał się projekt okładki i blurb. Spokojnie więc można czytać przed snem bez obaw o koszmary.

Być może te kilka do kilkunastu stron to zbyt mało, by zbudować wciągające historie i sprawić, by czytelnik poczuł na plecach chłodny dreszcz, ale jednak w przypadku kryminałów nawet krótka forma opowiadania sprawdziła się bardzo dobrze. Tutaj natomiast duchy były zdecydowanie bardziej groteskowe, niż przerażające, a historie szyte grubymi nićmi, lub po prostu mało porywające. Ale mój największy zarzut dotyczy znikomego nawiązania do Świąt Bożego Narodzenia. W większości utworów budowanie „klimatu Świąt” ograniczyło się do zdawkowego wspomnienia, że historia ta wydarzyła się właśnie w okolicy Bożego Narodzenia. Niektóre z nich wykorzystywały raczej zabójczą siłę pory roku i nieubłagane okrucieństwo śniegu i mrozu zdecydowanie bardziej, niż świąteczne zwyczaje. A niektóre nie skorzystały ani z tego, ani z tego. Dlatego też taki pretekst zamknięcia opowiadań w zbiór uważam za trochę za bardzo naciągany i, co za tym idzie, budzący rozczarowanie, bo jednak oczekiwałam czegoś innego. Czegoś „bardziej”.

Nie można powiedzieć, że źle się czyta – wręcz przeciwnie, gdyby mi tego nie powiedziano, pewnie nawet bym się nie zorientowała, że te teksty pochodzą z XIX wieku. Większość jednak po prostu nie jest warta zapamiętania. Ot, prosta, chwilowa rozrywka po pracowitym dniu, kiedy już naprawdę nie ma sił na myślenie.

Tak naprawdę z 12 opowiadań wciągnęła mnie może połowa, a naprawdę podobały mi się trzy. Nie mogę więc zaprzeczyć, że czuję lekki niedosyt.

Wigilia pełna duchów, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 392 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Czas na czytanie: „Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne”

Z założenia nie przepadam za krótką formą, jaką są opowiadania – bardzo przywiązuję się do historii i bohaterów i zawsze mam złamane serce, kiedy w dobrej książce kończą się strony. A w opowiadaniach stron jest od kilku do maksymalnie kilkudziesięciu, więc najgorzej na świecie.

Kolejny raz okazało się jednak, że zbiór opowiadań jest rewelacyjnym wyborem na czas przedświątecznej bieganiny – kiedy między pieczeniem pierników i posypywaniem brokatem choinkowych dekoracji moje dziecię zajęło się sobą choć na krótką chwilę, mogłam usiąść pod udekorowanym drzewkiem i sięgnąć po książkę. Wiadomo, że te momenty sielskiego spokoju nie trwały dłużej niż pół kubka herbaty i dwadzieścia stron, ale zawsze udało mi się przeczytać choć jedno z opowiadań. A że w książce znajdziemy ich aż 15, na trochę mi starczyło. Dawno już nie czytałam tak długo jednej książki, jednocześnie czerpiąc z tego przyjemność.

Bo i takich autorów nie sposób nie docenić! Kiedy zbiór zaczął się świąteczną przygodą Sherlocka Holmesa, obawiałam się, że kolejne opowiadania mnie rozczarują – nie jest przecież łatwo dorównać kultowemu detektywowi. A jednak! „Cicha noc” to świetny sposób na mały rekonesans w świecie mistrzów klasycznego kryminału. Znajdą się tu próbki twórczości bardziej i mniej znanych autorów, ich „firmowi” bohaterowie i zupełnie poboczne historie osadzone poza słynnymi seriami. A że przed każdym opowiadaniem umieszczono krótką notę biograficzną, przybliżającą czytelnikowi postać pisarza i dającą wgląd w jego literacką karierę, jest to idealny punkt wyjęcia do dalszych poszukiwań, jeśli dane opowiadanie zaostrzy nam apetyt na dalsze zgłębianie twórczości autora. Kady znajdzie tu coś dla siebie – książka zaczyna się od łagodniejszych przestępstw – przede wszystkim zuchwałych kradzieży i zupełnie zaskakujących miejsc ukrycia łupu, stopniowo przechodząc do poważniejszych zbrodni – od zagadkowych śmierci aż po brutalne morderstwa. Będą spektakularne śledztwa i popisy błyskotliwej dedukcji, będą też przypadki nierozwiązane i sprytne ucieczki. Będą geniusze zbrodni, skrupulatnie planujący swoje przedsięwzięcia na wzór teatralnych spektakli, będą też średnio rozważni złodziejaszkowie popełniający przestępstwa pod wpływem chwili, lub przymusem okoliczności. Będzie strasznie i będzie zabawnie. A tym, co łączy całą ta mieszankę, jest zimowa, magiczna aura towarzysząca świętom Bożego Narodzenia – czas wybaczania i pojednania, czas wystawnych przyjęć i spotkań nie zawsze lubianej rodziny, czas, w którym świat schowany jest pod zaspami białego puchu, którego w tym roku za moim oknem trochę brakuje.

Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Czas na czytanie: „Dziedzictwo ognia” Sarah J. Maas

Dobra, w tym momencie naprawdę mogę zgodzić się z twierdzeniem, że ta seria się jednak rozkręci. W drugiej połowie trzeciego tomu naprawdę się wkręciłam i po czwarty sięgnę z prawdziwą przyjemnością!

DSC_1114.jpg

Celaena, niezupełnie zgodnie ze swoją wolą, zostaje wyrwana ze szklanego pałacu i wraz z nią zmieniamy nieco otoczenie. Czego, jak czego, ale ciepłego klimatu to jej zazdroszczę! Dzięki temu zmianie ulega również narracja, a czytelnik zyskuje nowe punkty widzenia, gdyż akcja powieści toczy się jednocześnie w Adarlanie, Górach Białego Kła i Mistward – przedsionku krainy Fae. A to same plusy – zyskujemy większe rozeznanie nie tylko w aktualnej sytuacji przedstawionego świata, ale także w jego historii i codzienności, poznajemy bliżej innych bohaterów i możemy trochę odpocząć od naszej zagubionej, wiecznie sfoszonej zabójczyni. A ta trafia wreszcie na godnych przeciwników – zarówno jeśli chodzi o wrogów, jak i o przyjaciół. Ją również mamy szansę poznać bliżej, a że los nie ma najmniejszego zamiaru jej oszczędzać, Aelin będzie musiała wreszcie dorosnąć i rozprawić się z demonami przeszłości. Czy podoła temu zadaniu? Okoliczności nie będą sprzyjające użalaniu się nad sobą, bo król Adarlanu, nie ustając w swoich zapędach zdobywcy, uwalnia zło, którego te krainy nie widziały od wieków. Ciotunia-Królowa Fae również nie należy do sympatycznych, a rządne krwi wiedźmy otrzymują możliwość ponownego wzbicia się w przestworza.

Nie wiem, czy to akurat ten tom był bardziej felerny pod względem redakcyjnym, czy czerpiąc więcej przyjemności z lektury automatycznie zaczęły mi bardziej przeszkadzać niedociągnięcia w warstwie językowej, ale nagle pojawiło się wokół całkiem sporo błędów. Zarówno literówek, czy nieodpowiednio odmienionych czasowników, jak i pomylonych słów (na przykład kiedy w pewnym krótkim momencie „skórozdziercy” zmieniają się w „skórożerców”, a nie jest to bynajmniej związane z upodobaniami kulinarnymi tych stworów. Za to ładnie obrazuje klimat przygód naszej bohaterki). Męczyły mnie też trochę stale powtarzające się zwroty. Kiedy trzecia z postaci (włącznie ze zwierzęciem) „wyrysowała linię na piasku”, moja dusza zaczęła łkać z tęsknoty za synonimami. Wiem jednak, że zaczęło wychodzić nowe wydanie „Szklanego Tronu”, mam nadzieję, że poza odświeżeniem okładki, wydawnictwo rozprawi się z tymi małymi wpadkami.

P.S. W końcu trafił się tom, którego tytuł jest adekwatny do treści!
P.S. 2. W końcu pojawił się bohater, którego naprawdę lubię! #teamrowan

Sarah J. Maas, Dziedzictwo ognia, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2015, 656 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Grajki Majki: Laleczki „Szepnij i rozświetl”, Kraina Lodu II

Spójrzcie tylko jakie urocze maleńkie laleczki Majka znajduje co poniedziałek w tegorocznym kalendarzu adwentowym. W końcu zawsze przyda się troszkę światła na początek nowego zimowego tygodnia.

Szał na Krainę Lodu nie zmniejsza się u mojej przedszkolaczki ani odrobinę, szczególnie, że niedawna premiera drugiej części na nowo nakręca nastroje, a Elsa wyskakuje mi ostatnio nawet z lodówki. Wśród morza zabawek i gadżetów jest niestety mnóstwo brzydkiej tandety, bo Disney ostatnio coraz taniej się sprzedaje. Nie jest więc łatwo wyszukać coś wartościowego. To strasznie smutne, ale wśród frozenowych lalek „typu Barbie”, które wypełniają ostatnio sklepowe półki, nie znalazłam ani jednej propozycji, która jakością wykonania choć odrobinę przypominałaby zabawkową Annę i Elsę, które prawie rok temu Małż przywiózł Majce ze Stanów.

Jestem więc bardzo pozytywnie zaskoczona zarówno jakością, jak i pomysłem na ten niewielki gadżet. Każda z trzech niewielkich plastikowych figurek z zestawu mieści mi się w dłoni (mają ok. 7 cm), a mojemu dziecku do elsowej torebeczki. Są lekkie i jak na razie całkiem odporne na upadki, a ich magia polega na… dmuchaniu. Kiedy delikatnie dmuchniemy w czujnik na główce laleczki (na przykład zdradzając jej szeptem jakiś mały sekret) jej sukienka (w przypadku dziewczyn) lub brzuszek (w przypadku Olafa) rozświetla niewielka lampka sprawiając, że sukienki księżniczek nabierają koloru. Przy ponownym dmuchnięciu kolor się zmienia: niebieski, czerwony, zielony, żółty, czy biały – jaką kreację wybierze Elsa na dzisiejszy bal? A Anna? Nawet bałwanek może się do nich dopasować.

Jako mama najbardziej cieszę się ze starannego wykonania. Laleczki są stosunkowo niedrogie, jak na sygnowane logiem Disneya i twarzą najpopularniejszej królowej ostatnich lat, a mimo to nic nie odstaje, nie haczy, nie drapie, nie ma żadnych szpar i wyszczerbień – o co w przypadku plastikowych zabawek przecież nie trudno (pisałam o tym między innymi w recenzji zestawu biżuterii). Bez stresu można dać je w delikatne dłonie dziecka. Choć kolory lampki są intensywne, samo światło jest przyjemnie przytłumione, nie będzie drażnić oczu malucha. I co przyjęłam z niewysłowioną ulgą – nie mruga dyskotekowo, co drażni prawie tak mocno, jak zbyt głośne zabawki grające.

Ja akurat rozdzieliłam radość z tej zabawki na trzy tygodnie – a ta jest wielka po każdej odnalezionej figurce  – ale są również mniejsze zestawy: pojedyncze postacie (aż 10 różnych rodzajów!), laleczki w świetlistych komnatach, które można połączyć w lodowy zamek gdy uzbiera się wszystkie cztery, czy w parach. Można je kolekcjonować, ale Maja jeszcze na szczęście nie ma na duszy chomiczka i do świetnej zabawy wystarczają jej Anna z Elsą – szczególnie, że mieszczą się do jej domku dla lalek i do kieszeni kurteczki. W poniedziałek znajdzie w torebeczce kalendarza Olafa, ciekawe jak sobie poradzi, skoro zazwyczaj ma tylko dwie kieszenie…

Jeśli szukacie drobnego podarunku dla małej elsomaniaczki (na przykład jako dodatek do książeczki, albo biletów do kina), to będzie to strzał w 10! Jeśli szukacie większego, to też nie ma problemu, zawsze można wybrać zestaw trzech figurek.

Frozen II laleczki „Szepnij & rozświetl”, 3 szt.
Firma: Giochi Preziosi
Sugerowany wiek: 3+

Dla spóźnialskich szukających prezentu stacjonarnie – podwójne zestawy widziałam niedawno w Biedronce. Trójpak, Lodowe Komnaty i pojedyncze sztuki możecie znaleźć jak zawsze TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Czas na czytanie: „Korona w mroku” Sarah J. Maas

Mniej więcej dwa lata temu czytałam pierwszą część i zupełnie nie przypadła mi do gustu, porzuciłam więc tą serię bez żalu. Spotkałam się jednak z wieloma opiniami, że z każdym kolejnym tomem jest lepiej, a seria jako całość jest świetna i przestając ją czytać przegrywam życie. Jako, że „Dwory” bardzo lubię, postanowiłam i Celaenie dać jeszcze jedną szansę.

Zaczęłam od powtórzenia sobie „Szklanego Tronu” i niestety za drugim razem był tak samo męczący i nieciekawy, co za pierwszym. Ale kiedy już przez niego przebrnęłam, faktycznie jestem skłonna podejrzewać, iż zadziałała tu tzw. „klątwa pierwszego tomu”.

Bo dalej faktycznie jest lepiej. I ta różnica jest zauważalna już od pierwszych stron „Korony w mroku”.

Przede wszystkim główna bohaterka, choć wciąż zarozumiała i irytująca, przestaje być taką gęsią. Oczywiście mają na to wpływ wydarzenia radosne i wydarzenia traumatyczne, ale nie jestem pewna dlaczego akurat teraz – w końcu i jednych i drugich dotychczas w jej życiu nie brakowało. Najprawdopodobniej ten jej paskudny charakter zaczął irytować również samą autorkę, więc Celaena musiała się zmienić. Dobrze, że stosunkowo szybko!

Poza tym nareszcie zaczęło się coś dziać. Nasza zabójczyni dostaje królewskie zlecenia, odcina głowy, rozpracowuje konspiratorów, znajduje swój sposób na bunt (oczywiście bardzo nieprzemyślany i niesamowicie lekkomyślny…), a nawet udaje jej się zdecydować na się na jednego z adoratorów!

W wolnych chwilach natomiast zgłębia katakumby, zapomniane korytarze i tajemne przejścia. A, jak wiadomo, wciskając nos w ciemne i podejrzane miejsca, możemy natrafić na coś, czego wcale nie mieliśmy w planie szukać…

Jest tu jeszcze więcej krwawych starć, demonów z innych wymiarów, brutalnych mordów i epickich pościgów. Chociaż turniej się skończył, czające się w okolicy zło wcale nie zamierza się oszczędzać – wręcz przeciwnie – dopiero się przeciąga.

Kim tak naprawdę jest Zabójczyni Adarlanu? Komu można zaufać? Przyjaciołom sprzed lat? A może niedawno odkrytym sojusznikom? Czy fakt posiadania wspólnego wroga automatycznie czyni sprzymierzeńcami? Kto tak naprawdę jest winien? I czy to tylko jedna osoba?

Świetnie, że Celaena przestała być wreszcie nadnaturalnie niezwyciężona (bo jak się okazuje, nadnaturalna nie przestanie być nigdy). W drugim tomie główna bohaterka nieznacznie odkrywa przed nami swoje karty – a mając niewielki nawet wgląd do jej przeszłości, łatwiej zrozumieć jej obawy i niezdecydowanie. Mamy też szansę poznać lepiej świat przedstawiony – jego konstrukcję, wierzenia i historię, czego bardzo brakowało mi w pierwszej części.

I mimo, że zakończenie nie wbiło mnie w fotel i nie zmusiło do natychmiastowego porzucenia wszystkich obowiązków na rzecz dalszej lektury, to tym razem po kolejny tom sięgnę z przyjemnością i lekkim zainteresowaniem. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej i lepiej, bo postępem, jaki uczyniła autorka między pierwszą, a drugą częścią jestem bardzo mile zaskoczona.

Sarah J. Maas, Korona w mroku, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2014, 494 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.