Czas na czytanie: „PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów” Sandra Regnier

Pod wieloma względami jest to powielanie oklepanego schematu: Felicity – niezdarna brzydula ze szkolnego gangu frajerów i mocno dysfunkcyjnej rodziny oraz Leander – wszechstronnie utalentowany przystojniak, na widok którego uginają się kolana wszystkim niewiastom w promieniu kilkunastu metrów. Łączy ich nie do końca jasna przepowiednia, a dzieli spora dawka niechęci i mnóstwo tajemnic.

Czy wspominałam już, że on jest księciem elfów? I w dodatku tajnym agentem? A ona jest jego narzeczoną, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia?

Tym, co ratuje całą koncepcję, jest spora dawka humoru i olbrzymi dystans, jaki ma do siebie główna bohaterka. Jeśli dodamy do tego jej ognisty charakterek i wyjątkowo cięty język, a także podróże w czasie, sporo magii i odrobinę gorących przystojniaków prosto z hollywoodzkich afiszy otrzymamy całkiem interesującą przygodówkę. Czyta się lekko i mimo przewidywalnych ram, bywa zaskakująco. To szalona mieszanka cyklu o Artemisie Fowlu z przygodami Jamesa Bonda i typowym high school romansem. I „Dziennikiem Bridget Jones” na dokładkę!

I mimo początkowego sceptycyzmu, muszę przyznać, że bohaterowie są naprawdę fajni (a nieczęsto doceniam pierwszoplanowe kobiece postacie!), fabuła ciekawa, a styl całkiem przyjemny. Pod koniec nie mogłam już doczekać się kolejnego tomu, a kiedy usłyszałam o smokach, oficjalnie zostałam wierną fanką tej serii. I na pewno w swoim czasie podsunę ją Majce.

Dobry wybór dla młodzieży i świetny dla nie do końca dorośniętego dorosłego, który ma ochotę na wieczór z wróżkami. Obłędnie przystojnymi, męskimi wróżkami i ich tajnymi misjami :D

Sara Regnier, PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 416 s.

Czas na czytanie: „Przedsmak zła” Alex Kava

Jeśli lubicie czasami poczytać o skrupulatnie zaplanowanych polowaniach na ludzi i zabieraniu sobie ich organów i innych części ciała na pamiątkę z tej przygody, to „Przedsmak zła” jest książką dla Was. Nie ma co ukrywać – odpowiednio krwawa zbrodnia jest jedną z podstaw dobrego thrillera. A akurat krwawych zbrodni Ci u nas dostatek.

Maggie O’Dell jest błyskotliwą profilerką stawiającą pierwsze kroki w pracy w terenie. Na swoje (nie)szczęście na pierwszy raz trafia jej się wyjątkowo malownicza kompozycja krwi i ciał i całkiem skomplikowany psychol do rozpracowania. A że gdzie by nie stanęła, trafia na zwłoki, to nie ma najmniejszych szans na nudę, szczególnie, że najwyraźniej wpadła w oko poszukiwanemu seryjnemu mordercy, który z przyjemnością wciąga ją w swoją makabryczna grę. I nie wiadomo już kto tu na kogo poluje. Smaczku jej, i tak już urozmaiconej, codzienności dodają odzywająca się w nienajlepszych momentach trauma z dzieciństwa i dysfunkcyjna matka o zapędach autodestrukcyjnych.

I chociaż momentami bywa przewidywalnie, niemalże do ostatniej strony nie wiadomo, czy morderca zostanie ujęty, czy wymknie się sprawiedliwości. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie nieco mnie rozczarowało – okazało się być trochę nieadekwatne do wcześniejszych zbrodni i takie trochę na łapu capu i pozamiatane. Jakby autorka nagle odkryła, że niebezpiecznie zbliża się do limitu słów i musi to wszystko szybciutko zakończyć.

Z podobnych powodów nie do końca pasowały mi pomysły na zwroty akcji, a świetnie zapowiadający się czarny charakter momentami mnie zawodził.

Mimo tego czepialstwa, książkę czyta się całkiem przyjemnie – „łatwo wchodzi” (chociaż mocno irytowały mnie liczne powtórzenia), malownicze opisy zbrodni działają na wyobraźnię, agenci FBI dają się lubić niemalże odkąd tylko mamy szansę ich poznać, a główna bohaterka co jakiś czas podrzuca nam jakąś ciekawostkę z biografii seryjnych morderców.

Zdecydowanym plusem są bohaterowie powieści – zgrany zespół, do którego dołącza agentka Maggie, to składająca się z silnych osobowości drużyna, o której bardzo chętnie dowiedziałabym się więcej. Są świetną zachętą do sięgnięcia po resztę cyklu i coś czuję, że prędzej, czy później jej ulegnę.

Z książkami Kavy tak to już jest, że chociaż pamięta się fakt ich czytania, to ze szczegółami bywa już różnie. Jestem pewna, że czytałam „Kolekcjonera” i wydaje mi się, że „Dotyk zła” też mam już za sobą, chociaż nieszczególnie kojarzę o co chodziło. Niemniej jednak po tym prequelu z przyjemnością sięgnę po niego jeszcze raz. Może więc „ulotność pamięci” w przypadku książek tej autorki jest jednak zaletą? Zawsze można do nich wrócić.

Lekka, krwawa, klimatyczna i niepokojąca. Nie polecam czytania przy jedzeniu na wynos, a szczególnie przy szarlotce z lodami. Za to świetnie sprawdzi się w samolocie, pociągu, czy do poczytywania podczas oczekiwania w kolejce na jakąś wakacyjną atrakcję bo nie wymaga całkowitego skupienia się na fabule, do czerpania przyjemności z lektury.

Alex Kava, Przedsmak zła, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2018, 336 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Język cierni” Leigh Bardugo

Leigh Bardugo stworzyła świat griszów, który wciągnął mnie jak mało która książkowa kraina – tak podobny i jednocześnie zupełnie różny od naszego. Świat pełen pragmatycznej magii i zręcznego rzemiosła, głębokiej wiary i kupieckiego sprytu. Teraz to wyjątkowe uniwersum zyskało kolejny element kultury – dydaktyczno-moralizatorskie historie przekazywane z pokolenia na pokolejnie, które doczekały się wreszcie spisania i zamknięcia w tomie „Język Cierni”.

Mieszając w tyglu znanych nam baśni, mitów i przypowieści autorka stworzyła zbiór sześciu opowieści, na których mogli wychowywać się jej bohaterowie. Aż trzy z nich pochodzą z kręgu kulturowego Ravki, i po jednej z Nowoziemia, Kerchu i Fjerdy.

To historie przepełnione magią, chciwością i okrucieństwem. Historie przekazujące spora dawkę babskiej energii – pełne silnych, rozważnych, mądrych i zdeterminowanych kobiet, choć nie jest to bynajmniej jedyny ich przekaz. Wraz z bohaterami znajdziemy się w labiryncie potwora, zaklętym lesie, pracowni zegarmistrza-władcy marionetek, chatce wiedźmy, a nawet zanurzymy się w morskie odmęty wraz z syrenami.

To historie wzbudzające cały wachlarz emocji, wśród których przeważa przejmujące poczucie niepokoju i bliżej niezidentyfikowanego zagrożenia. Historie, w których zło nie zawsze przybiera oczywistą postać potwora i nie zawsze ukrywa się za gładkim licem femme fatale.

Historie, które nigdy nie kończą się tak, jak moglibyśmy się tego po nich spodziewać. A każda z nich niesie ze sobą przestrogę stając się cenną lekcją dla młodych słuchaczy. Lekcją o prawdzie, wolności, przyjaźni i słuchaniu siebie nawzajem.

Poza poruszającą treścią, ta książka jest przepięknie wydana. To prawdziwe gesamtkunstwerk, gdzie bardzo klimatyczne, szczegółowe ilustracje narastają wraz z rozwojem fabuły dodatkowo wzmagając napięcie. Nawet kolor czcionki ma związek z fabułą! A złocona okładka przyciąga jak magnes sprawiając wrażenie zdobionej szkatułki, w której zamknięto opowieści.

Właśnie tak powinny wyglądać książki z baśniami!

Leigh Bardugo, Język cierni, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 294 s.

Książka na weekend: „Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes

Tej książki zdecydowanie nie polecam ze względu na „torebkowy” format, bo 528 stron jednak swoje waży. Ale Jojo Moyes ma w sobie coś takiego, że najlepiej czyta się ją w wakacje – w czasie majówki, wyjazdu, czy leniwego urlopu – potrafi wykreować taki klimat, że nawet pisząc o rzeczach poważnych wprowadza luźną atmosferę i wręcz zmusza do relaksu. Tą autorkę spokojnie można brać w ciemno, bo chociaż nie czytałam jeszcze jednej z jej książek, wszystkie pozostałe są bardzo dobre.

~~~

„Co ma Ellie? Wspaniały seks, mniej więcej raz na dziesięć dni, i garść niezobowiązujących mejli. Ma trzydzieści dwa lata, jej kariera stoi pod znakiem zapytania, przyjaciele wiedzą, że emocjonalnie jest na straconej pozycji i z każdym dniem trudniej jest jej przekonać samą siebie, że właśnie takie życie sobie wymarzyła.”

Powiem bez ogródek – mniej więcej do połowy (250 stron!) byłam tą książką strasznie rozczarowana. Kocham historie tej autorki za ociekanie bezpretensjonalnym humorem, nieprawdopodobne, często żenujące sytuacje i bohaterki, które są trochę jak kolorowe ptaki podążające za swoimi marzeniami i przekonaniami. A tutaj dostałam dziewczynę uwikłaną w romans z żonatym mężczyzną i historię małżeńskiej zdrady sprzed 60 lat.

DSC_0482

I mimo, że nie poskąpiono mi malowniczych opisów strojów, budynków i miejskiej weduty drugiej połowy XX wieku, bardzo długo nie mogłam wkręcić się w tą historię. Szczególnie, że bohaterka romansu z przed lat wydawała mi się straszną flądrą, a opowiadanie historii dwutorowo zaburzało moje poczucie czasu akcji.

„Jeśli pozwolę sobie cię kochać, ta miłość mnie pochłonie. Nie będzie niczego, oprócz ciebie. Żyłabym w ciągłym strachu, że zmienisz zdanie. A gdybyś je zmienił, umarłabym.”

Ale kiedy już wiedziałam co i jak i wreszcie chwyciłam bakcyla, to drugą połowę pochłonęłam na raz. I wzbudziła we mnie piękne emocje – od niedowierzania, przez zniecierpliwienie zachowaniem bohaterów i złośliwą przewrotnością losu, aż po wzruszenie i nadzieję. Bo to naprawdę niesamowita historia – zaskakuje, rozczula i zupełnym mimochodem skłania do refleksji nad moralnością i innymi ponadczasowymi wartościami.

„Jeśli jej małżeństwo nie było udane, to dlatego, że za słabo się starała. Ale przecież można to naprawić: pisano tak we wszystkich magazynach dla kobiet. Mogła być trochę milsza, trochę bardziej kochająca, ładniej się prezentować. Mogła, jak mawiała jej matka, przestać sądzić, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.”

Ta książka jest inna i właśnie ze względu na wymuszoną cofnięciem się w czasie powagę wyróżnia się na tle dorobku Moyes. Ale po przewróceniu ostatniej strony doszłam do wniosku, że jest w niej wszystko, za co kocham tą autorkę, chociaż w innych niż zwykle proporcjach. Ellie okazuje się jednak nie być pozbawiona (tak charakterystycznego dla bohaterek Moyes) zgryźliwego poczucia humoru i suma summarum znajduje w sobie pazur do naprawiania świata i, co zapewne znacznie trudniejsze, ogarnięcia swojego życia. Jest piękna historia miłosna i druga pozostawiona trochę w zawieszeniu. Są silne kobiece postacie gotowe wziąć swój los w swoje ręce. Są brutalne realia pogrążonego w wyścigu szczurów świata. Jest ciepło wsparcia przyjaciół i osób poznanych zupełnie przypadkiem.

„Jestem mężatką. Mężczyzna odchodzący od żony to jedno, ale kobieta odchodząca od męża? W tym momencie nie widzisz w moim postępowaniu nic złego. We wszystkim, co robię, dostrzegasz tylko to, co najlepsze. Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy to się zmieni. Nie chcę, żebyś widział we mnie coś, czym pogardzasz u całej reszty.”

A do tego miszmaszu dorzucono skandal obyczajowy, różnice w komunikacji, degradację słowa pisanego, problem emancypacji kobiet, a nawet kolonializm. Zdaje się, że taka mieszanka nie ma prawa się udać, a wszystko jest tak idealnie wyważone, że nie mogę się temu nadziwić.

„(…)Mężczyźni wolą pracować, niż zajmować się innymi sprawami (…). Bałaganem codziennego życia. Tym, że ludzie nie zachowują się tak, jakbyśmy chcieli, i czują coś, czego wolelibyśmy, żeby nie czuli. W pracy można osiągać wyniki, być mistrzem w swojej dziedzinie. Ludzie robią to, co im się każe.”

Chociaż po początku zupełnie się tego nie spodziewałam, i ta książka Moyes cudownie dodaje sił, chęci do życia i niesamowicie podnosi na duchu. Przepraszam za tą chwilę zwątpienia!

„W przypływie wisielczego humoru pomyślał, że robią wrażenie tak nieszczęśliwych, że wszyscy wokół biorą ich pewnie za małżeństwo.”

Jojo Moyes, Ostatni list od kochanka, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2018, 528 s.

Czas na czytanie: „Spętani przeznaczeniem” Veronica Roth

„Spróbuj przecierpieć swój los (…). Bo cała reszta jest złudzeniem.”

Pierwsza część dylogii o Cyrze i Akosie – kosmicznych Romeo i Julii (a może efektach syndromu sztokholmskiego?) – wciągnęła mnie przede wszystkim dzięki mnogości indywidualnych, genialnie przedstawionych światów i wyjątkowemu podejściu do kwestii magii i religii, które stale wzajemnie się przeplatają. Kontynuacja przyniosła mi jeszcze więcej tego, co ukochałam – agresywna, niezdobyta, żarząca się bajecznymi kolorami dżungla planety Ogra to niesamowite miejsce, szczególnie w kontraście do pragmatycznego, wielbiącego technologiczne zdobycze Othyru.

„- Daj mi tyk – mówię.
– Tyk – uśmiecha się. – To jedno z moich ulubionych hessańskich słów.”

Moich też!

DSC_0210

Jest coraz więcej zawiłości natury nurtu, a dary bohaterów ciągle ich zaskakują zmieniając się i kształtując wraz z charakterami swych nosicieli. Wkrada się coraz więcej polityki, a podział na wyznawców losu i przeciwników wyroczni jest coraz bardziej widoczny.

Jednak tym, co nie pozwala odłożyć tej książki ani na chwilę, jest krwawa, stale gnająca do przodu fabuła pełna pościgów, wybuchów, walki o życie i władzę. Rozpoczyna się wojna, tyran wraca na tron, a po kilkuset stronach zmienia się nasze spojrzenie na niemalże każdego z bohaterów. Zdecydowanie pani Roth wygrywa pierwszą nagrodę w konkurencji „najbardziej szokujący zwrot akcji”. I to nie jeden. „Spętani przeznaczeniem” to pozycja absolutnie nieprzewidywalna. Nie spełniło się ani jedno z moich założeń, co już samo w sobie sprawiło mi nielichą niespodziankę, bo zazwyczaj jestem w stanie przewidzieć dalszy ciąg chociaż fragmentarycznie.

Autorka nie oszczędza nikogo i perfekcyjnie pozbawia czytelnika nadziei. Nie boi się zabijać, torturować ani okaleczać swoich bohaterów, niszczyć związków i sojuszy. I tym samym czyni ich głębszymi, wielowymiarowymi osobowościami, pełnymi konfliktów związanych z tożsamością, przynależnością etniczną, etyką, miłością i ludzką naturą.

„Gorliwość to podnoszenie się raz za razem z kolejnych problemów. To wytrwałość, akceptacja ryzyka i niechęć do poddania się.”

Nieczęsto zdarza się, że drugi tom jest lepszy od pierwszego, ale w tym przypadku właśnie tak jest. „Naznaczeni śmiercią” zdają mi się teraz tylko wstępem do całej akcji pozwalającej odbiorcy poznać realia przedstawionych światów i same „postaci dramatu”, przez to też zapewne tamta część jest trudniejsza w odbiorze – jednak potrzeba trochę czasu, by poczuć się swobodnie w galaktyce tak odległej od naszej, zapamiętać imiona, określenia i zasady rządzące światami. Za to „Spętani przeznaczeniem” są jak powrót do domu. Pogrążonego w okrutnej wojnie, ale wciąż domu.

I tak, ta pozycja zdecydowanie przekonała mnie do nadrobienia wcześniejszej twórczości autorki. Jeśli takich zaskoczeń jest więcej, to ja się na nie piszę! Chociaż już tęsknię za nieźle pokomplikowanymi relacjami tych pokomplikowanych nacji. Kosmiczna lektura.

P.S. A nie, jednak udało mi się przewidzieć Vakreza, chociaż już prawie zwątpiłam w mój osąd.

P.S. 2. Okładka jest mega kosmiczna!

Veronica Roth, Spętani przeznaczeniem, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 472 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Książka na weekend: „Tu i teraz” Aneta Grabowska

Druga propozycja w cyklu „Książka na weekend” jest równie „torebkowa” i czyta się ją jeszcze szybciej i płynniej niż książkę proponowaną w zeszłym tygodniu – proponuję zabrać ją na krótszą podróż. Gwarantuję, że pochłoniecie ją „na raz”, nawet, jeśli tuż obok was będzie siedziała wyjątkowo gadatliwa staruszka.

No i ta piękna, wakacyjna okładka!

~~~

Kolejny raz w moje ręce trafił debiut młodej polskiej autorki. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jak na debiut, jestem zaskoczona poziomem jej dopracowania. Przede wszystkim jest bardzo poprawna językowo i stylistycznie, dopatrzyłam się dwóch, może trzech błędów. Całość jest przemyślana, zamknięta i wolna od pourywanych wątków, wszystko ma swoją przyczynę i skutek, a ciekawość czytelnika zostaje w pełni zaspokojona.

Poza tym jest bardzo estetycznie wydana – na białym papierze, dużą, wygodną do czytania czcionką i z licznymi ozdobnikami. A okładka powala na kolana, jest po prostu śliczna.

DSC_0221

Ale ale, liczy się wnętrze!

„Tu i teraz” to historia, w którą trudno uwierzyć, co tylko dodaje jej atrakcyjności – w końcu nie ma nic bardziej zaskakującego od rzeczywistości.

Ona – niepewna siebie i zagubiona w świecie, którego nie poznaje, stopniowo odkrywa w sobie siłę lwa. On – męski i milczący wielbiciel ciężkiej, uczciwej pracy i okazjonalnych one night standów. I czuwająca nad nimi babcia – gotowa zawsze służyć dobrą radą, pełna życiowej mądrości i mająca do opowiedzenia historie równie nieprawdopodobne, co ta majkowa (podczas lektury nie mogłam się powstrzymać od porównywania jej do Babci Wierzby z Pocahontas). A historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać…

Jest jednak coś, czego wyjątkowo mi w tej książce brakowało – opisy. Nie ma co ukrywać, jest to jedna z moich ulubionych składowych książki, uwielbiam wyobrażać sobie wszystkie te cudownie miejsca, budynki, ubrania, przypadkowe osoby. To mój sposób na wczuwanie się w klimat całej historii, często to właśnie dzięki nim trudno mi opuścić opisywany świat nawet po przeczytaniu ostatniej strony. W przypadku tej książki autorka skupiła się przede wszystkim na emocjach i reakcjach bohaterów oraz historiach, które Ci mają do opowiedzenia,  praktycznie w ogóle nie przykłądajac wagi do ich wyglądu, domów, czy miejsca pracy. Wyjątkiem jest ogród, który kilkukrotnie stanowił miejsce akcji, i w którym udało mi się całkiem zadomowić.

Wracając jednak do samych bohaterów – niejednokrotnie miałam ochotę zaserwować im kopniaka na rozpęd. Wiem, że to jest spory problem całego społeczeństwa, ale oni kompletnie nie potrafią rozmawiać. Ani ze sobą, ani z nikim innym. Ona, w odpowiedzi na całkiem uprzejme, choć niechciane zaloty, woli uciec i symulując chorobę nie przychodzić do pracy zamiast z uśmiechem podziękować i odmówić. Ponadto ma pretensje, że trzydziestoletni facet, który jej się podoba miał przed nią inne dziewczyny. Wobec tego zamiast ustalić z nim rodzaj łączących ich relacji… ucieka. On skarcony spuszcza głowę i przyjmuje cęgi nie podejmując wysiłku jakiejkolwiek dyskusji. Tylko do babci w tym przypadku nie mam zastrzeżeń – ona jedyna wie kiedy mówić, kiedy milczeć i dzielnie stawia czoło przeciwnościom losu. Może to kwestia doświadczenia.

Mimo tych uwag, naprawdę trudno nie polubić bohaterów. Chociaż dogadanie się zajmuje im dużo czasu i kosztuje czytelnika sporo nerwów, obydwoje są bardzo sympatyczni i zawsze gotowi do pomocy. Mimo strachu i niepewności postępują po prostu dobrze na każdym życiowym zakręcie. W pełni zasługują na happy end. W chwili kryzysu chciałabym mieć przy sobie ludzi takich, jak oni.

Chociaż spodziewałam się trochę większego dramatu (jestem typem czytelnika rządnego krwi!) pod względem przyczyn utraty pamięci i mam wrażenie, że cały spór zakończył się nieco zbyt łatwo, książka zafundowała mi kilka fajnych zaskoczeń.

To bardzo przyjemna, niedługa lektura idealna na popołudnie w ogrodzie. Najlepiej w hamaku, z miską truskawek i wielką szklanką lemoniady.

Aneta Grabowska, Tu i teraz, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2018, 216 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Naznaczeni śmiercią” Veronica Roth

Jak uwielbiam fantastykę z jej magami, elfami i innymi krasnoludami, tak do science fiction spod znaku statków kosmicznych i międzyplanetarnych podróży zawsze podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu (poza Gwiezdnymi Wojnami, Gwiezdne Wojny są super!), głównie za sprawą Pana Lema, który zniszczył mi dzieciństwo.

A jednak świat (wszechświat?) stworzony przez Veronicę Roth zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie wraz ze swymi różnorodnymi roślinami, różnicami między zamieszkanymi przez ludzkość planetami o ekstremalnych klimatach, zdobyczami techniki, językami, wierzeniami i… magią. I to chyba właśnie magia pasuje mi w tym wszystkim najbardziej łącząc całe to uniwersum w niepowtarzalną całość.

„Nurt przepływa przez wszystko, co ma w sobie życie (…). Tworzy przestrzeń, w której życie może rozkwitać. Nurt płynie przez każdego, kto oddycha powietrzem i u każdego objawia się w inny sposób, przesiany przez sito danego umysłu. Nurt przepływa przez każdy z kwiatów kwitnących w lodzie.”

Każdą z dziewięciu planet krążących wokół jednego słońca owija mieniąca się kolorami wstęga tajemniczego nurtu mająca wpływ na życie każdej istoty, obdarzająca ludzi wyjątkowymi, pomocnymi lub całkiem absurdalnymi, darami i determinująca unikalne losy wybrańców. Na każdej w planet żyją zupełnie odmienne etnicznie narody, a podróż przez nie to prawdziwa przygoda. Gorąco liczę na to, że w kolejnej części (lub częściach) cyklu będzie mi dane odwiedzić kolejne z nich.

Ta historia skupia się na dwojgu wybrańców losu – Akosie i Cyrze, urodzonych we wrogich sobie nacjach zamieszkujących planetę Thuvhe. Dzieli ich wszystko – charaktery, sytuacja rodzinna, dzieciństwo, życiowa filozofia i nastawienie do ludzi. Łączy ich fatum i przewidziany z góry los. Niczym starożytny Edyp mkną ku określonemu przeznaczeniu bez najmniejszych szans na ucieczkę.

 „(…) dla różnych ludzi nurt znaczył co innego. Rodzice Akosa wyrażali się o nim jak o przywódcy duchowym, którego nie do końca rozumieją, wiedział jednak, że wielu mieszkańców Shotet, w zależności od sekty, oddaje cześć nurtowi bądź czemuś jeszcze wyższemu, co nim kieruje. Niektórzy uważali, że to po prostu zjawisko naturalne i nie ma w nim nic nadprzyrodzonego.”

buntownicy, wszystkowiedzące wyrocznie, terror, kosmiczne podróże, kidnaping, brutalne zbrodnie, obalanie reżimu, klasowość i niesprawiedliwość społeczna, walki na arenie, ważenie śmiertelnych trucizn, skomplikowane więzi rodzinne i miłość ponad podziałami.

No i wszyscy bohaterowie stale żują liście o podejrzanych właściwościach albo piją uspokajające i dodające wigoru napary. Nie ma co ukrywać – wszyscy tam stale są na haju.

Jest akcja, sceny walk, wycieczki krajoznawcze i odrobina romansu. Heroiczność, starcia charakterów, walka o bliskich i zmagania z nieprzejednanym losem. A wszystko to w idealnie wyważonych proporcjach.

„Chcesz widzieć ludzi jako skrajności. Dobry albo zły, godny zaufania, albo niegodny (…). Rozumiem. Tak jest prościej. Ale to nie zgadza się z rzeczywistością.”

Intrygujący bohaterowie, których dobrze pozwala poznać narracja prowadzona z obu perspektyw,  i wyczerpujący, choć dawkowany z umiarem opis przedstawionego świata to dla mnie główne argumenty przemawiające za tą pozycją. Jeśli dodamy do tego podłą intrygę i małą rebelię wyjdzie dobrze skonstruowana powieść.

Fajna przygoda, nawet dla osoby stroniącej od tego gatunku. „Naznaczeni śmiercią” skutecznie zachęcili mnie do zapoznania się z pozostałym dorobkiem autorki. Mam nadzieję na jeszcze więcej wrażeń. I więcej magicznych światów.

Veronica Roth, Naznaczeni śmiercią, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2017, 538 s.

Książka na weekend: „Puch niemarny” Bożena Pajdosz

Co prawda zakończenie roku szkolnego jeszcze nie ma specjalnego wpływu na moją rodzinę, ale nie da się ukryć, że nareszcie zaczęły się wakacje. Jest to zatem idealny moment na nowy, wakacyjny cykl, czyli „Książka na weekend”.

W soboty będą pojawiać się recenzje książek, które uważam za idealne do zabrania ze sobą na wyjazd – takie, które ze względu na niewielką objętość nie będą ciążyły w torebce, lekkie i przyjemne, nadające się do czytania w różnym stadium zmęczenia podróżą – w sam raz do samolotu, czy pociągu, nie wymagające od czytelnika stałego dostępu do słownika (ani połączenia z internetem), ani nie wymagające dużego skupienia uwagi – dające się czytać podczas zerkania jednym okiem na taplającego się w baseniku bobasa albo szalejącego na rowerze starszaka. Te odrobinę mniej ambitne (poudawajmy przez chwilę, że wcale nie sięgam głównie po takie pozycje), co wcale nie znaczy, że mniej wciągające, za to genialnie pomagające w relaksie!

Dzisiejszy wybór nie jest wcale taki oczywisty, bo „Puch niemarny” niedokładnie okazał się tym, czego oczekiwałam. Jednak ze względu na niewielką grubość jest to idealna książka „do torebki” czy innego bagażu podręcznego, która całkiem dobrze wchodzi – podobnie jak wino będące pasją głównej bohaterki. Świetnie sprawdzi się jako towarzysz dłuższego lotu albo umili oczekiwanie na przesiadkę.

Drugim argumentem jest subtelna gloryfikacja wsi i pochwała małomiasteczkowego życia, które idealnie wpiszą się w wakacyjne plany wszystkich poszukujących ciszy i odpoczynku na łonie przyrody.

No i wino – trudno o coś bardziej wakacyjnego niż wino.

~~~

Czterdziestoletnia Małgosia ma spokojne, poukładane życie – stabilną pracę, całkiem dochodową pasję i samotność z wyboru. Jest wolna, niezależna, wykształcona i szczęśliwa. Potrafi czerpać radość z małych rzeczy, zachwycać się szczegółami codzienności i kochać swoją lokalną społeczność – jest osobą, która odnalazła swoje miejsce na ziemi.

DSC_0383

Pewnego dnia ulega wypadkowi w laboratorium, w którym pracuje, i tymczasowo traci sprawność obu dłoni. Dzięki temu trafia na doktora Olewczyka i okazuje się, że znalazła miłość swojego życia. Zakochała się i… coś ją opętało.

Z pewnej siebie kobiety zmienia się w nadwrażliwą histeryczkę ogarniętą obsesją na punkcie ukochanego. A książka zmienia się w studium marudności, depresji i dążenia do samozagłady.

To powieść o uczeniu się życia z drugim człowiekiem, o ustalaniu swoich priorytetów, radzeniu sobie ze zmianami i walce z przeciwnościami, które stawia nam na drodze własna psychika. O szukaniu kompromisu między ukochaną pracą, a czasem dla ukochanej osoby. O miłości i zaborczości, o wsparciu i jego braku.

Okazuje się, że dojrzałość nie zależy wcale od wieku, wykształcenia, czy inteligencji i czasami dojrzewa się dopiero po czterdziestce.

Są w tej książce elementy, które mnie ujęły – zachwyt przyrodą, wsią, czy lokalny patriotyzm. Uwielbiam też, kiedy lektura czegoś mnie uczy – dowiedziałam się czym jest dygestorium, szlachetna pleśń i łozy. Miałam jednak nadzieję, że dowiem się więcej o procesie powstawania wina i samym winie, pod tym względem czuję duży niedosyt. Brakowało mi też wrażeń organoleptycznych związanych z tym trunkiem – zapachów, smaków, kolorów, wrażeń na języku. A tak naprawdę wszystko ograniczyło się do jednego wykładu, poza tym bohaterka głównie się winem upija.

W książce pojawia się wiele emocji, które znam z doświadczenia, choć nie w tak zaawansowanym stopniu „popaprania”. Nie powiem, że nie robię mężowi scen, kiedy wybiera się w delegację na koniec świata, nie raz przecież żegnałam go ze łzami w oczach kiedy po prostu wychodził do pracy (szczególnie odkąd oznaczało to zostanie samej z krwiożerczą Bobasą) i często chciałbym, żeby po pracy od razu wracał do domu. Ale maniakalne nagromadzenie tych samych emocji połączonych z ciągłym marudzeniem i nie radzeniem sobie z konsekwencjami własnych decyzji uczyniło z zaborczej Gosi niesamowicie męczącą, niedojrzałą emocjonalnie bohaterkę szukającą zawsze najmniejszej linii oporu i ceniącą przede wszystkim własną wygodę.

W połączeniu ze stylem wymagającym jeszcze dużej praktyki, momentami czyni tą powieść trudną do przebrnięcia. Irytowały mnie nadużywane przez bohaterkę zdrobnienia (moim zdaniem dorosła kobieta powinna mówić o „pełnych brzuszkach” i „połamanych łapciach” wyłącznie w odniesieniu do dziecka, albo małego futerkowego zwierzątka), powtarzający się brak czasowników w zdaniach stosowany naprzemiennie z bezokolicznikami albo umieszczanie czasownika na końcu zdania.  Wiem, że to debiut i kibicuję dalszemu rozwijaniu warsztatu, ale w moim odczuciu nad ta powieścią można by jeszcze popracować, bo nie czyta się jej płynnie. Mam wrażenie, że to jeszcze nie był na nią czas.

Szczególnie, że wszelkim zjawiskom nadprzyrodzonym w powieściach obyczajowych mówię zdecydowane nie – nie ważne, czy są to anioły, kosmici, czy inne halucynacje. Nawet, kiedy są jedynymi istotami mówiącymi bohaterce kilka słów prawdy. Nie przekonało mnie również połączenie poezji z prozą i nadmiar pisanych kursywą przemyśleń bohaterów.

Książka jest życiowa, wzbudza emocje i serwuje sporo zaskoczeń. Mimo to z różnych powodów mniej więcej od połowy nie czytało mi się jej dobrze i raczej nie sięgnę po kolejne części cyklu. Ale przecież nie wszystko jest dla wszystkich.

Muszę podsunąć „Puch niemarny” mojemu mężowi – niech się przekona, że nie jestem wcale najgorszym przypadkiem!

Bożena Pajdosz, Puch niemarny. O tym, jak trudno być kobietą i jak jeszcze trudniej być z kobietą, Brzezia Łąka: Wydawnictwo Poligraf, 2018, 184 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Pucked” Helena Hunting

Chłopak spotyka dziewczynę. Chłopak zakochuje się w dziewczynie. Skutkiem złej decyzji chłopak traci dziewczynę. Chłopak tęskni i robi wszystko, żeby dziewczynę odzyskać – to kolejne powtórzenie schematu starego jak świat. A mimo to książka (a właściwie jej bohaterka) jest tak odjechana, że mimo przewidywalności fabuły, nie można się nudzić ani przez sekundę.

„Przez chwilę myślę, że mam atak serca, ale potem uświadamiam sobie, że po prostu jestem zakochana w tym facecie.”

Naprawdę nieczęsto udaje mi się polubić kobiecą postać (za sukces uznaję już samą możliwość tolerowania wszystkich tych zazwyczaj rozmemłanych i egzaltowanych bohaterek), a Violet pokochałam już od pierwszych stron. Za jej absurdalne poczucie humoru, kolekcję wibratorów, dystans do siebie i świata, unikalną zdolność przyciągania publicznych blamażów i upodobanie do chłopięcej bielizny. Kurcze, gdybym trafiła na majty z Hulkiem, to też bym je sobie kupiła, nie ważne, że nie są dostosowane do mojej anatomii!

A i jej wybranek jest niczego sobie – wysportowany przystojniak odnoszący sukcesy w sporcie, romantyk i po prostu fajny facet. Mimo głupawych męskich zachowań.

„Wzrusza ramionami i posyła mi uśmiech, który mógłby zniszczyć mi majtki, gdybym była wystarczająco głupia, aby pozwolić, by ktokolwiek miał na mnie taki wpływ. Ale nie jestem. Przeważnie.”

Każda postać w tej książce jest świetnie dopracowana. Gdyby wcześniej nie urzekła mnie Violet, autorka zdobyłaby moje serce samą trzecioplanową osobą pani Bullock – walecznej sąsiadki.

Tak naprawdę każdy element tej pozycji jest bardzo dobry – sylwetki głównych bohaterów i ich zwariowane rodziny, gorące momenty, romantyczne zaloty, kryzysy w związku i małe dramaty złamanych serc, problemy związane z brakiem prywatności celebrytów i humor, humor i humor. Nie da się ukryć, że to właśnie ten ostatni składnik czyni tą książkę wyjątkową. Jest komiczny do granic absurdu, słodki, momentami odrobinę żenujący, choć wciąż w granicach dobrego smaku.

To wspaniały przykład przełamania schematu literatury erotycznej jako pełnej westchnień, egzaltacji i delikatnych mimoz niecnie wykorzystywanych przez przystojnych zbójców. Chyba nawet częściej wywołuje na twarzy uśmiech, niż rumieńce. A i zdarza się, że jest to uśmiech przebujający się przez wypieki. Helena Hunting napisała chyba najfajniejszy erotyk, na jaki do tej pory trafiłam.

Gorąca, zmysłowa, seksowna książka. I przy tym prezentuje sobą zupełnie inny poziom literacki, niż na przykład słynna trylogia o Greyu.

Na początku drażniły mnie pewne błędy wynikające najprawdopodobniej z tłumaczenia, ale nie trwało to krótko, więc albo było ich dosłownie kilka, albo wciągnęłam się tak bardzo, ze przestałam je zauważać. Czyli w sumie dobrze.

Zakręcona, przezabawna, lekka i wciągająca jednocześnie. Dużo umięśnionych, spoconych facetów, kurierów z kwiatami i seksów na stołach. Fantastyczna lektura na chłodniejszy wakacyjny dzień – rozbawi, rozgrzeje i poprawi humor. Niecierpliwie czekam na kolejne tomy.

„- Zrobiłaś dla mojego kutasa pelerynę? – Spodziewałem się w zachowaniu Violet dziwaczności, bo szczerze mówiąc, czasami jest trochę dziwna. Albo często.
– Myślałam, ze to będzie zabawne”.

Było.

Helena Hunting, Pucked, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2018, 456 s.

Recenzja powstała dzięki urzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.