Grajki Majki: Carotina Preschool. Gry dla przedszkolaków „Język angielski”

W naszym życiu nastąpił czas wielkich zmian i tak naprawdę wszystko wokół jest nowe – nowe mieszkanie, nowe przedszkole, nowa praca… nawet o Vincencie mówimy jeszcze czasami „nowy kotek”. Myślę więc, że to idealny moment na nowy cykl – wobec tego oficjalnie inauguruję Grajki Majki! Od mniej więcej pół roku Bobasa dorosła do pierwszych gier i puzzli, zasmakowała w tej rozrywce i…. tak się już potoczyło. Obecnie moje dziecię ma już całą komodę wypełnioną grami niemalże po brzegi (z gościnnym udziałem kloców, ale one tam tylko wynajmują przestrzeń tymczasowo) i najwyższy czas zacząć je Wam pokazywać. A jest co, bo gry dla maluszków bywają naprawdę genialne. A przy tym piękne, proste i pomysłowe.

Zaczniemy jednak nieco od tyłu, bo dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć zabawkę na wskroś edukacyjną i przy tym wciągającą jak ruchome piaski. Jako nadambitni rodzice posłaliśmy naszą Maj do przedszkola z bardzo dużą dawką języka angielskiego i odkryliśmy, że chłonie drugi język jak gąbka Szukając czegoś, co – poza bajkami, książeczkami i piosenkami – pomoże utrwalić poznane na zajęciach słówka trafiłam na Carotinę.

Co prawda w naszym domu to Majotata jest największym na świecie fanem marchewek, ale kiedy tylko zobaczyłam ten marchewkowy długopis, wiedział już, że nie zdołam mu się oprzeć. I miałam przy tym pewność, że moja rodzina go pokocha. Tak też się stało.

Gry dla przedszkolaków „Język angielski” to zestaw składający się z 4 dwustronnych plansz, 48 kartoników w dwóch rodzajach i Carotiny, która świeci i wydaje dźwięki.

No właśnie. Tym, co łączy cały zestaw, są tajemnicze, czarne kropki umieszczone przy słownych i obrazkowych odpowiedziach. Przykładamy do nich czubek marchewy, która świeci się na zielono i nam gratuluje, jeśli odpowiedź jest poprawna albo świeci na czerwono i wydaje demotywujący dźwięk, kiedy wybrana przez nas odpowiedź jest błędna.

Zestaw poświęcony jest słownictwu związanemu z domem i wypełniającymi go sprzętami. Każda z czterech dużych plansz poświęcona jest innemu pomieszczeniu, dodatkowo oznaczonemu kolorem – mamy zatem fioletową sypialnię, czerwoną łazienkę, żółty salon i zielona kuchnię. Podobnie małe kartoniki ze sprzętami podzielone zostały pod względem koloru – adekwatnie do pomieszczenia, w którym powinny się znajdować.

Mamy aż 6 wariantów gry dopasowanych do odbiorców w różnym wieku – od prostych memorów, do których nie potrzebujemy ani umiejętności czytania, ani znajomości języka angielskiego (i niestety również Carotiny), przez quiz logiczny, w którym to musimy dopasować cienie przedmiotów do pomieszczenia, w którym powinny się one znaleźć (tutaj wciąż nie musimy umieć czytać, ale za to Carotina już idzie w ruch!), wyszukiwanie wylosowanych obiektów z kartoników na obrazkach, aż do typowego powtarzania słownictwa, gdzie trzeba dopasować odpowiednią nazwę do ilustracji i kształtu do nazwy – w tym przypadku niezbędna będzie znajomość literek i umiejętność układania ich w proste angielskie słowa (bo wszystkie słówka pojawiające się w grze są w języku angielskim), jest to więc opcja zdecydowanie dla starszaków.

Pomijając już sam fakt istnienia świecącej, gadającej marchewki (jest szał!), która wygrywa wszystko, bardzo spodobała mi się koncepcja tego zestawu gier edukacyjnych właśnie dlatego, że jest bardzo przemyślana – propozycje zabaw charakteryzuje rosnący poziom trudności, a jednocześnie każda z nich jest atrakcyjna. Zadania ćwiczą pamięć, spostrzegawczość, koncentrację, abstrakcyjne myślenie i motorykę małą – bo jednak trzeba trafić cienkim końcem „długopisu” w małe kółeczko. Rozwija słownictwo zarówno w języku angielskim, jak i polskim. I przede wszystkim bawi.

Ponadto wszystkie elementy zostały wykonane z grubej, porządnej tektury, mają więc realną szansę przeżyć te trzy lata dorastania do wszystkich wariantów gry. Troszkę boję się o samą Carotinę, ma jednak możliwość zmiany baterii i przeżyła już pierwszy upadek, jestem więc dobrej myśli.

Ilustracje nie są może dziełami sztuki, ale są proste i intuicyjnie rozpoznawalne, co jest szczególnie ważne podczas dopasowywania cieni do obiektów.

Super sprawa, bardzo polecamy ciekawskim przedszkolakom!

Carotina preschool. Gry dla przedszkolaków „Język angielski”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Czas na czytanie: „Gus” Kim Holden

Wydawało mi się, że bez Promyczka dalsze opowiadanie tej historii nie ma sensu, bo… no właśnie, była jej promyczkiem. Okazuje się jednak, że Gus też całkiem nieźle sobie radzi.

Nie jest łatwo towarzyszyć głównemu bohaterowi przez pierwszy rok po śmierci najlepszej przyjaciółki i jedynej miłości. Bardzo długo jest to opowieść o bólu, frustracji i nieutulonej tęsknocie, a sam Gus zdaje się staczać po równi pochyłej prosto ku samozagładzie.

To również historia radzenia sobie z żałobą, godzenia się z losem, walki o własne życie i nadawanie mu sensu na nowo. O pokonywaniu traumy. O odwadze doświadczania życia. Każdego dnia, w każdej minucie.

„(…)Masz tylko jedną szansę w tym cyrku zwanym życiem. Nie siedź na widowni, przyglądając się przedstawieniu. Wskakuj na arenę i bądź wielki.”

I przede wszystkim to fantastyczna książka o niekonwencjonalnych rodzinach i miłości, która czasami przychodzi niespodziewanie. O miłości rodzicielskiej i miłości przyjaciół. Nie wiem, jak to możliwe, ale to druga książka autorki, która podejmuje strasznie smutny temat w niesamowicie pozytywny sposób. Od samego czytania na nowo chce się żyć, a jej bohaterów nie można nie lubić. I to wszystkich – od narkomanki, przez gwiazdy rocka aż po poturbowanego kota.

„W końcu coś sobie uświadomiłam. Może brak normalności jest w porządku. Może rodzina nie musi być idealna, żeby w ogóle istniała.”

Jest też muzyka, twórczy szał i chęć zmieniania świata. Cokolwiek robimy, stwarzajmy legendę!

Przy okazji Kim Holden napisała chyba pierwsze książki z narracją pierwszoosobową, która naprawdę mi odpowiada! Jestem pod wrażeniem.

Kipiąca emocjami, podnosi na duchu i zaraża chęcią do działania.

„Jeśli postarasz się wystarczająco mocno, każdy dzień może być legendarny.”

Kim Holden, Gus, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 500 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Diabelski młyn” Aneta Jadowska

Z każdym kolejnym tomem coraz bardziej doceniam tą serię i wreszcie mogę szczerze przyznać, że moje „sięganie z ciekawości” zmieniło się w „sięganie po fajną rozrywkę”. Trochę zajęło mi przyzwyczajenie się „Nikity”, bo jest to jednak specyficzny twór, ale można przywyknąć do uszczypliwej sympatii między bohaterami, licznych nawiązań do popkultury (swoją drogą zastanawiam się trochę w jaki sposób te teksty będą się starzeć, czy za kilkanaście lat aluzje będą wciąż tak czytelne?), nieco gimnazjalnej fascynacji subkulturą gotycką (była już gotycka księżniczka-hakerka, teraz czas na gotyckiego księcia magów) i głównej bohaterki z problemem egzystencjalnymi.

Co więcej, nawet ilustracje przestają mnie już drażnić! Może dlatego, że Nikita w końcu przestała być przedstawiana z wyrazem twarzy typowym dla ludzi odwiedzających toi-toie na kilkudniowych festiwalach.

Głównym powodem mojej sympatii, nie tylko dla „Diabelskiego Młyna”, ale dla całej serii jest traktowanie kolejnych tomów jako odrębnych przygód, napisanych niemalże jako samodzielne historie – za każdym razem w innym, bardzo charakterystycznym miejscu, z innymi bohaterami drugoplanowymi i odmiennym celem podróży. I chociaż ze względów fabularnych trzeba czytać je po kolei, to myślę, że kiedy za rok sięgnę po następny tom, nie będę miała problemu ze zorientowaniem się w akcji.

Trzeci tom zabiera czytelnika w zupełnie inny zakątek magicznego świata Jadowskiej – na dzikie, nieprzewidywane Bezdroża i Rubieże (które w pierwszym momencie skojarzyły mi się trochę ze Sferami Poza Czasem u Kossakowskiej) pełne halucynogennych lasów, magicznych zagajników i z zatrważającym niedoborem stacji benzynowych. Wraz z głównymi bohaterami dołączamy do cygańskiego taboru ludzi uzależnionych od bycia w drodze i pomagamy tchnąć nieco życia w nawiedzone i piekielnie mściwe wesołe miasteczko.

I chociaż akcja wciąż bardziej przypomina mi grę RPG z kolejno wypełnianymi misjami i questami do odhaczenia, nauczyłam się już czerpać przyjemność z tego rodzaju pomysłu na fabułę. Większy problem wciąż mam z nieśmiertelną główną bohaterką, Która Zawsze Wygrywa i Wszyscy Muszą Się o Nią Troszczyć. Chociaż przyznaję, że tym razem całkiem zapunktowała u mnie docenieniem ludzi, których ma wokół siebie. Może jeśli w kolejnym tomie przystopuje nieco z samobiczowaniem, to nawet się polubimy. Na całe szczęście wokół jest tylu fajnych bohaterów, że marudna Nikita nie psuje całokształtu.

To też może trochę moja wina, bo spodziewałam się raczej strzelanki, niż dramatu psychologicznego o zaprzyjaźnianiu się ze swoim drugim, krwiożerczym ja, skutkach skopanego dzieciństwa i amnezji.

A jeśli komuś wciąż mało wrażeń, to w trzecim tomie czekają wróżby z fusów, karuzele pokazujące przyszłość i przeszłość (nie wiadomo co gorsze), demony i leśne wróżki, harem Cygańskiego Księcia, przeklęte diamenty, sąd wojskowy prosto z Asgardu, bardzo brzydkie eksperymenty na ludziach i pewien szalenie sympatyczny smok (a jak powszechnie wiadomo KOCHAM SMOKI!). No i oczywiście wciąż duża dawka girl power.

Jest fajnie. Specyficznie, ale fajnie. Chętnie tu wrócę.

Aneta Jadowska, Diabelski młyn, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2018, 400 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Czas na czytanie: PREMIERA „Runa” Vera Buck

„Ludzie umierają cały czas, również bez pomocy lekarza, pomyślał i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czyje sumienie miałoby to uspokoić”.

To zdecydowanie jedna z najbardziej klimatycznych książek, jakie czytałam.

Olbrzymi zakład dla umysłowo chorych w samym centrum XIX wiecznego Paryża.

Wątpliwe logicznie i moralnie sposoby leczenia histeryczek i rozwianie nauki metodą prób i błędów.

Charyzmatyczny lekarz przemieniający swoje pacjentki w bohaterki ocierających się o spektakle wykładów, gdzie gwoździem programu jest wywoływanie ataku.

Młody student poszukujący sposobu na wyleczenie ukochanej. Za wszelką cenę.

Doświadczony policjant, pod wpływem fatalistycznej teorii determinującej los człowieka jego wyglądem, postanawiający zostać przestępcą. Nie jest jednak łatwo pozbyć się starych nawyków. I czy Lecoq… istnieje naprawdę?

Zafascynowany tajemnymi sztukami sprzątacz uważający się za spadkobiercę wizjonera o kontrowersyjnych poglądach.

Naukowy wyścig szczurów goniący za sławą, nie za dobrem pacjentów.

Bezwzględne szpitalne strażniczki, seria tajemniczych śmierci, ciemne i wilgotne katakumby, hipnoza, nielegalne sale operacyjne ukryte w podziemiach kościoła, dźwięki katarynki odbijające się po paryskich ulicach, prasa do ugniatania jajników, symulacja jako diagnoza uniwersalna, sabaty mrocznych kultystów, karty tarota, usuwanie części mózgu jako sposób na uspokojenie pacjentki, niezrozumiałe znaki wypisane w różnych częściach miasta, wściekły tłum z pochodniami w noc Bożego Narodzenia i niepodważalna siła plotki – cały ten bałagan dzieje się wokół dziwnie niepokojącej, dzikiej dziewczynki i jej upartej odporności wobec wszelkich sposobów leczenia.

A wszystko to, choć fikcja literacka, wśród bohaterów przodują nazwiska faktycznych postaci historii medycyny i ich jak najbardziej realne teorie. Bo choć opisane sytuacje nie wydarzyły się naprawdę, to przecież mogły, prawda?

„- A ty? Nigdy nie bywasz smutny? – spytała w końcu Pauline.
– Bywam. Oczywiście.
– To dlaczego ciebie nie wsadzą do kliniki?”

DSC_0800

Jednym z najciekawszych zabiegów okazało się wprowadzenie nieoczywistego narratora pozostającego przez większość czasu poza ciągiem wydarzeń i występującego tak naprawdę jako postać drugoplanowa, żeby nie powiedzieć wręcz „marginalna”. Niespełniony poeta, którego wrażliwość i młodzieńczy entuzjazm walczy z ograniczeniami czasów, w których przyszło mu żyć. Nie sposób nie lubić tej postaci i nie sposób nie polubić sposobu, w jaki prowadzona jest narracja.

Bo nie ukrywajmy – jest to jednak ponad 600 stron tekstu o średnio przyjemnej tematyce, który, choć bardzo nastrojowy, wymaga wielu długich wprowadzeń. A mimo to autorka nie daje się czytelnikowi nudzić – za każdym razem, kiedy zaczynałam odczuwać znużenie lekturą, akcja niespodziewanie zostawała przerzucona w inne miejsce i ukazana z perspektywy nowego bohatera. Co niejednokrotnie zostawia czytelnika z jednym wielkim znakiem zapytania, bo te dawkowane pomału puzzle, otrzymywane gdzieś obok głównej osi fabuły zaczynają układać się w logiczną całość dopiero pod koniec lektury.

Jeśli coś mnie irytowało, to fakt, że zagadkowe ciągi liter, nad którymi tak długo głowili się kolejni bohaterowie dla współczesnego człowieka nie stanowią wielkiego wyzwania. I jak brałam pod uwagę różnicę w poziomie wiedzy bohaterów (niektórzy z nich w ogóle nie potrafili czytać) i czytelnika prosto z XXI wieku, tak spodziewałam się, że emerytowany śledczy odczyta je szybciej. Ale i ta postać zdążyła mnie na końcu nieźle zadziwić.

Obok tej książki nie można przejść obojętnie. Niesamowicie pobudza wyobraźnię i zaskakuje na każdym kroku. A na głodnych dalszych wrażeń, na ostatnich stronach czeka rozbudowana i bardzo realna bibliografia. Spodziewam się, że tam czai się jeszcze więcej medycznej grozy.

„Strach zaczyna się tam, gdzie jesteśmy nieświadomi i bezradni – i dopiero w tym punkcie jesteśmy gotowi w całości oddać się w ręce innej osoby, która zdaje nam się mądrzejsza, potężniejsza.”

Vera Buck, Runa, Kraków: Wydawnictwo INITIUM, 2018, 608 s.

 

Czas na czytanie: „Akuszer bogów” Aneta Jadowska

„Nie bawmy się w bogów. Oni bawią się nami wystarczająco.”

W pierwszym momencie było mi strasznie żal, że wraz z rozpoczęciem drugiego tomu opuszczamy Wars – miasto, które w swej przedziwnej potworności tak bardzo zafascynowało mnie w tym magicznym uniwersum. Teraz z czystym sumieniem mogę Wam odrobinę zaspoilerować – Skandynawia Nikity jest równie zdumiewająca, co Polska. Posunę się nawet do stwierdzenia, że to podróż przez norweskie bezludzia podobała mi się jeszcze bardziej, bo tam magia i codzienność zmieszane były jakoś bardziej naturalnie – być może ze względu na ograniczenie technologii i wielkomiejskiego szumu na rzecz więzi z przyrodą (najbardziej magicznymi stworzeniami okazały się być pszczoły!) i czerpania z ludowych podań.

Zdecydowanie nie jestem specjalistką od skandynawskiej mitologii, ale z mojego laickiego punktu widzenia bogowie i mistyczne kreatury zostały bardzo zręcznie przedstawione i wpisane w XXI wiek. A sposób, w jaki atrakcji turystycznych zrobiono miejsca tętniące prastarą magią to po prostu nieodparta zachęta do podróży.

A jak z samą akcją? Miało się rozkręcić.

Mam jednak wrażenie, że czytanie tej książki jest trochę podobne do oglądania jak ktoś gra w grę komputerową. Niby cały czas coś się dzieje, niby bywa groźnie ale tak naprawdę nie jest się uczestnikiem wydarzeń, a raczej biernym obserwatorem – podziwia widoczki, śledzi akcję, czasami krzyknie „uważaj!”. Ale brakowało mi jakiegoś większego zaangażowania, emocji, zaskoczeń, wysiłku, jakiego wymaga od czytelnika rozwiązywanie zagadki. Bo tu zagadka rozwiązuje się sama.

Zwróciłam już na to uwagę przy okazji pierwszej części przygód Nikity i w tym względzie nic się nie zmieniło – wciąż strasznie irytowało mnie, że głównej bohaterce wszystko przychodzi bez wysiłku. A skoro z góry wiemy, że choćby nie wiem co się działo, nasza niezniszczalna bohaterka sobie z tym poradzi (albo wyjdzie z niej potwór, który sobie z tym poradzi), to i emocje jak na grzybach. Więc pod względem akcji nie za wiele się zmieniło.

Mam też nadzieję, że w kolejnym tomie Nikicie przejdzie trochę etap marudzenia – bo ona stale narzeka! – głównie na skopane dzieciństwo, patologiczną relację z rodzicami i samotność, bo wychodzi z założenia, że nikt jej nie kocha i ona sama nikogo do siebie nie dopuszcza. Co jest w sumie mało uprzejme wobec wszystkich tych krewnych i przyjaciół, którzy się o nią troszczą i stale nadstawiają za nią karku. Oby szybko zauważyła te tłumy, bo w końcu ją zadepczą.

Mimo tych kilku zastrzeżeń, książkę czyta się naprawdę dobrze, zdecydowanie lepiej niż pierwszą część. Są strzelaniny, trolle pożerające zwłoki, podróże motorem w nieznane, duża dawka girl power, seksowne boginie, podejrzane rogate osobniki, wewnętrzna przemiana i okiełznanie potwora, wyprawa do korzeni, wojenki i przepychanki bogów, boscy championi i nieustraszeni porywacze. Znajdzie się kilka mądrych słów o poszukiwaniu prawdy i cenie, jaką przychodzi zapłacić za marzenia. Kawał dobrej przygody, całe szczęście, że czeka na mnie jeszcze jedna część.

Aneta Jadowska, Akuszer bogów, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2017, 396 s.

Recenz powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Książka na weekend: „Piotruś Pan i Wendy” James Matthew Barrie

Lato, urlop, długi weekend czy wakacje to idealny czas nadrabiania książkowych zaległości. Tym razem zabrałam się za naprawdę konkretny wyrzut sumienia, bo sięgający aż dzieciństwa. Dlatego też wakacyjny cykl „Książka na weekend” zakończę w magicznie bajkowym stylu.

Swego czasu uwielbiałam disneyowską wersję przygód Piotrusia Pana (a już szczególnymi uczuciami darzyłam tykającego krokodyla), nigdy jednak nie sięgnęłam po oryginalną wersję i prawdę mówiąc nawet nie czułam takiej potrzeby. Aż do momentu, w której usłyszałam straszną plotkę o tym, co Piotruś robił swoim zaginionym chłopcom, kiedy Ci, wbrew zakazom, zaczynali dorastać. I od tego czasu ogarnęła mnie obsesja dowiedzenia się, czy to najprawdziwsza prawda. A mimo to po samą baśń sięgnęłam dopiero teraz, skuszona nowym wydaniem klasyki (UWAGA SPOILER: To była prawda).

Trudno mi powiedzieć, czy gdybym czytała Piotrusia mając lat naście bawiłabym się lepiej, ale mając już ponad ćwierć wieku i własne dziecię w pokoju obok byłam wręcz porażona brutalnością całej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to opowieść chłopca dla chłopców, która została spisana ponad sto lat temu, ale trup sieje się szokująco gęsto, a zabijanie i tortury (momentami całkiem obrazowo opisane) traktowane są jako forma zabawy i powód do przechwałek. Kojarzycie scenę Bitwy o Helmowy Jar z filmowej wersji „Władcy Pierścieni”, gdzie Legolas i Gimli rywalizują ze sobą licząc na głos zabitych przez siebie orków? Piotruś robi podobnie z piratami Haka.

„Walcząc jeden na jedenego [piraci] byliby silniejsi, ale teraz walczyli tylko we własnej obronie, co pozwoliło chłopcom polowac na nich parami i po kolei wybierać sobie ofiary (…). Słychać było właściwie tylko szczęk broni, od czasu do czasu jakiś wrzask lub plusk i monotonne liczenie Kruszyny: – pięć… sześć… siedem… osiem… dziewięć… dziesięć… jedenaście…”

I powiem szczerze, że jestem w rozterce. Bo to piękna, świetnie napisana, pełna uczuć książka o tęsknocie za mamą i głębokiej potrzebie posiadania kogoś, kto otoczy czułą opieką. Szczególnie, że Barrie napisał ją dla synów przyjaciółki, którymi opiekował się po jej śmierci, więc już sama motywacja chwyta za serce. Ale z drugiej strony poziom przemocy i sposób jej przedstawienia (nikt tam nikogo nie opłakuje!) mocno mnie zniechęca. Podobnie jak sposób traktowania kobiet (który jednak wybaczam ze względu na to sto lat różnicy kulturowej i elementy krytycznej satyry). Trudno też żywić jakiekolwiek cieplejsze uczucia dla bufonowatego, zarozumiałego do granic możliwości i kompletnie pozbawionego empatii głównego bohatera, czy wrednego Dzwoneczka (ale jej nie trawiłam nawet w filmowej wersji). Za to Wendy polubiłam bardziej, niż w kreskówce, a Nana jest cudowna zawsze. No i sama koncepcja wiary z magię i wróżki, przekazywana z matki na córkę, to coś cudowanego.

„Knot nadawał sympatyczne imiona przedmiotom i jego szable nosiła imię Jasia Korkociąga, ponieważ obracał nią, zadając ciosy. Można by wymienić wiele uroczych cech Knota. Na przykład po zabójczej walce wycierał nie broń, a okulary.”

Pod względem samych przygód, filmowa wersja jest całkiem dobrym odwzorowaniem oryginału, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Zazwyczaj traktuję łagodną cukierkowość Disneya z lekkim pobłażaniem, ale w tym przypadku mocno za nią tęskniłam i mimo wszystko wolę jednak wtórną, bajkową wersję. W swoim czasie będę miała spory dylemat, czy podsunąć tą książkę swojej córce.

Najnowsze wydanie książki „Piotruś Pan i Wendy” przyciągnęło mnie cudowną, minimalistyczną okładką, ale mocno rozczarowały mnie ilustracje, które są zupełnie nie w moim guście i nijak mają się do samej okładki. Podobnie jak wklejka, która nie pasuje mi ani do treści, ani do ilustracji. Tekst jest za to na całkiem wysokim poziomie – tłumaczenie czyta się bardzo dobrze i dopatrzyłam się tylko trzech błędów redakcyjnych. Więc i tutaj na dwoje babka wróżyła.

Nie da się ukryć, że ta niepozorna lektura wzbudziła we mnie mnóstwo sprzecznych emocji pod chyba każdym względem – od treści, po samo wydanie.

James Matthew Barrie, Piotruś Pan i Wendy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 224 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Mitologia. Przygody słowiańskich bogów” Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło

Tak, to jedna z tych książek, które z pełną premedytacją kupiłam dla siebie zasłaniając się faktem posiadania dziecka (niecałe 3 lata, oj tam oj tam!) i budowania biblioteczki na przyszłość. Ale prawda jest taka, że w swoim czasie z prawdziwą przyjemnością podsunę ją mojej córce. A na razie sama skorzystam.

Strasznie się cieszę, że nareszcie powstają pozycje takie jak ta – dotychczas nasza rodzima, słowiańska mitologia traktowana była po macoszemu przygnieciona popularnością monumentalnego dziedzictwa grecko-rzymskiego i coraz częściej pojawiających się motywów zaczerpniętych z kultury skandynawskiej. O ile dobrze pamiętam, w szkole poznaje się wyłącznie jeden słowiański mit, chyba o Światowidzie, bogu o czterech obliczach.

Sama dowiedziałam się nieco więcej na temat słowiańskich bogów całkiem niedawno z fantastycznych książek „Bestiariusz słowiański” i „Mitologia słowiańska”. I chociaż tą pierwszą widziałam ostatnio na dziale dziecięcym w markecie, to jednak nieszczególnie rekomenduję tą encyklopedię jako źródło wiedzy dla najmłodszych, a raczej dla ciekawskich kończących już pomału podstawówkę. Natomiast książka Melanii Kapelusz skierowana jest właśnie do tych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją szkolną przygodę. Według mnie można ją spokojnie sprezentować już ośmiolatkowi. I będzie to piękny i wartościowy prezent.

No właśnie – ta książka jest piękna i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Jak większość pozycji z egmontowej serii ART, została starannie wydana i jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. Duży format, twarda oprawa i magiczne ilustracje zakomponowane na całych stronach to już uczta dla wyobraźni sama w sobie. A do tego tekst faktycznie traktujący wierzenia naszych przodków jako cudowne i zaskakujące przygody.

Pięć mitów przybliżających czytelnikowi w jaki sposób Słowianie tłumaczyli sobie istnienie świata i zjawiska pogodowe zakończonych zostało krótkim słowniczkiem z krótkimi opisami bogów, jakbyśmy podczas lektury zapomnieli kto jest kim. I jedynym, czego trochę zabrakło, jest spis treści.

Mi osobiście czytało się świetnie. Znalazłam tu nie tylko znane mi już mity subtelnie przystosowane do sugerowanego wieku odbiorców, ale również zupełnie nowe opowieści. Bez wahania polecam i małym i dużym, bo to przygoda dla czytelnika w każdym wieku.

Piękna i wartościowa. I nareszcie mamy się czym pochwalić, bo przygody naszych bogów, szczególnie tak atrakcyjnie przedstawione, nie odstają w niczym heroicznym opowieściom o bogach greckich, czy nordyckich.

Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło, Mitologia. Przygody słowiańskich bogów, Warszawa: Wydawnictwo EGMONT ART, 2018, 82 s.

Czas na czytanie: „Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę” Raphaëlle Giordano

Lato to najlepszy moment, by spróbować czegoś nowego. Nigdy nie byłam entuzjastką mody na coaching, rozwój osobisty i całe to „szukanie rozwiązań wewnątrz siebie”. Zupełnie inaczej, niż mój mąż, który zrobił sobie nawet podyplomówkę z tego tematu. Dlatego kiedy zobaczyłam znacznie łagodniejszą i z pozoru nieco dziwaczną (uwielbiam dziwaczne rzeczy!) krzyżówkę poradnika z romansem opakowanego w przyjemną formę narracyjną, uznałam to za doskonałą okazję na przełamanie własnych uprzedzeń.

DSC_0795

Na dzień dobry zostałam dopieszczona genialnymi, obrazowymi opisami, które uwielbiam. Tą książkę naprawdę świetnie się czyta i momentami można zupełnie przegapić pełną pozytywów, sloganową mowę autorki-psycholożki.

Cała historia opisana jest, naprzemiennie, z perspektywy dwojga bohaterów – pełnej powołania Romane Gardener, właścicielki nowatorskiej firmy prowadzącej szkolenia z zakresu samodoskonalenia oraz autokratycznego i bezkompromisowego Maximiliena Vogue’a, szefa wielkiej korporacji, który przez naciski najbliższych stanie się klientem Romane. Wraz z nim przechodzimy przez rozbudowany kurs mający na celu rozbudzić empatię, nauczyć szanowania i słuchania drugiego człowieka przy jednoczesnym ograniczeniu egoistycznej postawy godząc się na, momentami naprawdę kuriozalne, metody prowadzącej.

„Romane opowiedziała słuchaczom o tym, co nazywała na swój użytek „dziesięcioma plagami bucowatości”; były to: pycha, pochopny osąd, egocentryzm, nieumiejętność słuchania, poczucie wyższości, potrzeba dominacji, skłonność do agresji, niecierpliwość, brak tolerancji, brak empatii i altruizmu.
– Nikt oczywiście nie kumuluje wszystkich tych wad, i całe szczęście! Praca, którą wspólnie podejmiemy, skłoni was do refleksji nad własnymi zachowaniami…”

Nie da się ukryć, że mam w sobie sporo cech buca, i ten kurs wydaje się być wręcz idealnie dla mnie. Mimo, że nazwa firmy głównej bohaterki momentalnie chwyciła mnie za serce (AntyBuc! Czy to nie brzmi dumnie?), podobnie jak główny Maximilien podchodziłam do terapii odbucowywania ze sporą dawką sceptycyzmu. Ale pan Vogue w końcu daje się w końcu przekonać, a ja jednak nie do końca.

To prawda, że książka niejednokrotnie zmusiła mnie do głębszej refleksji na temat własnego charakteru, zachowania, odruchów, czy sytuacji rodzinnej. Problemu bohaterów, również tych drugoplanowych bywają zarówno motywacją, jak i przestrogą, a ponadto są bardzo życiowe, dzięki czemu z samymi bohaterami wyjątkowo łatwo było mi się identyfikować. Z drugiej strony dość mocno demotywowały mnie niektóre ze sposobów terapii i część teorii. Z natury jestem raczej pragmatykiem, dlatego kryształki wody reagujące „pięknem” i „brzydotą” na ludzkie emocje, cudowna moc jadeitu, czy wyzwalanie swojego wewnętrznego klauna nieszczególnie mnie przekonują i niepokojąco brzmią mi jak kadzidełka i nauka alternatywna. Z drugiej strony takim pomysłom, jak zamiana stron i postawienie siebie, w roli swojej „ofiary” z chęcią przyklasnę. Dlatego jeśli chodzi o samą terapię, to przekonała mnie do siebie mniej więcej pół na pół.

Dobrze się bawiłam przy tej lekturze, dzięki niej przemyślałam sobie to i owo, ale coaching i koncepcje samodoskonalenia raczej na pewno pozostaną poza sferą moich zainteresowań. Wygląda na to, że jeszcze na jakiś czas zostanę bucem (rodzino, wybacz mi!). Myślę jednak, że jeśli ktoś chciałby zacząć swoją przygodę z rozwojem osobistym, albo jeszcze nie ma zdania na ten temat, taka fabularyzowana forma poradnika będzie jak znalazł. Na pewno warto spróbować, bo tego rodzaju kombinacje nie zdarzają się często.

Jest romans, zazdrość, introspekcja, traumatyczne doświadczenia i podła intrygantka. Są zabytkowe dworki i klauni, są emocje i ich powściąganie, są specyficzne (i wyjątkowo kosztowne, przez co nieszczególnie realne) metody terapii i problemy, które dotykają chyba każdego człowieka. Bywa tendencyjnie, ale przede wszystkim jest pomysłowo.

No i na koniec okładka! Jest tak zła, że aż genialna, nie mogę się na nią napatrzeć. W końcu lwy zobowiązują!

„Tymczasem ku swojemu zaskoczeniu stwierdził, że zmieniając się, może także zmieniać życie innych ludzi. To odkrycie wiodło go dalej, niż to sobie wyobraził.”

Raphaëlle Giordano, Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę, Warszawa: Wydawnictwo MUZA S.A, 2018, 416 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA.

Książka na weekend: „Psiakość!” Alejandro Palomas

Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, co do wyboru tej książki jako idealnej na wakacyjny weekend, powiem tylko, że jej autor ma na imię Alejandro. Normalnie jak w piosence Lady Gagi. Czy istnieje coś w bardziej letnim klimacie niż Alejandro? (nigdy nie twierdziłam, że moje kryteria w podejmowaniu czytelniczych decyzji nie są dziwne). A przy okazji to całkiem mądra komedia. Z przesłaniem i ku pokrzepieniu serc.

„Uświadomiłem sobie, że kiedy pies staje się nasz, przestaje być jedynie psem. Zmienia się wtedy w imię, w oczy, w reakcje, w ciągłą obecność i wspólną biografię…”

Rodzina Fera jest naprawdę zakręcona – głównie za sprawą jego matki, którą tak samo mocno pragnie się przytulić, co podduszać, chociaż i jego siostry mają w tym swój udział. Rodzina generująca całą masę komicznych sytuacji, w której psy są pełnoprawnymi (a nawet uprzywilejowanymi) członkami rodziny. Jednak mimo tego całego komizmu, absurdalnych dialogów i obciachowych pomyłek jest to wzruszająca historia o radzeniu sobie z utratą ukochanych. Bo zbyt wielu członków tej rodziny odeszło zbyt wcześnie – czy to z wyboru, czy na skutek nieszczęścia. A każde porzucenie pozostawia wyrwę w sercu najbliższych – nie ważne, czy odchodzi babcia, partner, czy czworonożny przyjaciel. A kiedy miłość i przywiązanie zaczynają kojarzyć się przede wszystkim z bólem, nie ma nic trudniejszego niż pokochanie na nowo.

„(…) bo opłakiwać psa, to opłakiwać to, co mu dajemy z siebie, z nim odchodzi życie, o którym nikomu nie mówiliśmy, chwile, których nikt nie widział. Odchodzi strażnik sekretów i wraz z nim odchodzą także same sekrety, kufer, łamigłówka, którą w nim skrywamy, a także klucz, tracimy kawałek życia”.

Cała historia toczy się jednej nocy – od przerażającego, pełnego beznadziejności oczekiwania na wieści, przez bezsenną noc aż po wyjątkowo stresujący poranek. A wszystko to przetykane wspomnieniami – tragicznymi i komicznymi, smutnymi i pełnymi rodzinnego ciepła.

„(…) bo czasem widzimy jedynie to, czego nam brakuje, a nie to, co nam towarzyszy”.

Są pełne oddania psie spojrzenia, fantastyczna relacja wnuka z babcią, zakręcone starsze panie, seksowny australijski weterynarz, przydługie zdania, obite kolana, perfekcyjna Lady Ścierka, kryzysy małżeńskie i poszukiwanie idealnego chłopaka dla syna. A także masa pięknych cytatów.

No i churros, już dla samych churrosów maczanych w czekoladzie warto skusić się na tą lekturę. #odkrycielata

Podnosząca na duchu opowieść o miłości, starości i samotności, o odwadze, wsparciu najbliższych i długiej, wyboistej drodze ku wzajemnemu zaufaniu. Taki plasterek na serducho.  I prawdę mówiąc kompletnie nie zauważyłam, że to drugi tom.

Jako zdeklarowana kociara serdecznie polecam.

Alejandro Palomas, Psiakość!, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.