Czas na czytanie: „Lore” Alexandra Bracken

Jeśli chodzi o fantastykę, zdecydowanie częściej sięgam po serie, niż po jednotomówki bo nie lubię za szybko żegnać się zarówno ze światem, jak i z bohaterami. A jednak „Lore” została tak dobrze zbalansowana, że jestem całkowicie usatysfakcjonowana tą historią – od początku do końca zamkniętą w jednym tomie. Bo choć bawiłam się bardzo dobrze i wiadomo, że jak zawsze troszkę żal się rozstawać, to jednak nie czuję, by cokolwiek wymagało dopowiedzenia.

Co siedem lat, w ramach kary za przedwieczne przewinienia, na ziemię trafiają greccy bogowie pozbawieni nieśmiertelności na siedem dni. Natychmiast stają się obiektem polowania dla ścigających ich bez wytchnienia starożytnych rodów wywodzących się od antycznych herosów. Gra jest warta świeczki, bo ten, kto zgładzi boga, przejmuje zarówno jego moc, dzięki której może przysłużyć się swojej ziemskiej rodzinie, jak i nieśmiertelność. Jest to jednak miecz obosieczny, bo w kolejnych igrzyskach to on staje się łowną zwierzyną.

Nastoletnia Lore, choć pochodzi z jednego z „wtajemniczonych” rodów, od dziecka była szkolona w walce i tradycyjnych wartościach, a jej odległym przodkiem był sam Perseusz, po pogromie jaki spotkał jej najbliższą rodzinę decyduje się całkowicie wycofać z morderczej rozgrywki. Nie znaczy to jednak, że jej świat również zechce o niej zapomnieć. Przekona się o tym bardzo boleśnie, kiedy jej dawno opłakany przyjaciel cudownie wstanie z martwych, a pod swoimi drzwiami znajdzie ranną boginię, która prosząc ją o pomoc ściągnie na nią śmiertelne niebezpieczeństwo.

Bardzo wciągająco napisana bohaterska historia, której heroina jedną nogą stoi we współczesności, drugą zaś w znanym z mitów świecie greckiego antyku. Opowieść o walce z nieubłaganym fatum, winie niezawinionej, potrzebie chwały i pokusie potęgi. A przy tym historia o miłości, przyjaźni, równouprawnieniu, wykluczeniu, wyrzutach sumienia i zawiedzionym zaufaniu. O popełnianiu błędów i mierzeniu się z ich konsekwencjami. O podstępach, genialnych planach i ludzkiej przyzwoitości. O poświęceniu i walce nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o innych. Gdzie bogowie – jak to w mitologii – są tak ludzcy i pełni słabości, a ludzie tak bliscy boskiej potęgi, że czasem trudno określić kto zasługuje na które miano.

Dynamiczna, pełna zwrotów akcji fabuła, sprawnie wykreowany świat czerpiący hojnie z greckiej mitologii „zesłanej” na gwarne ulice Nowego Jorku, wyraziste, nie oczywiste, dające się lubić postacie, szczypta romansu i tak charakterystyczna dla greckich tragedii szarpanina z nieuchronnym losem, podsycana wyrzutami sumienia i umiejętnie wykorzystanymi retrospekcjami.

Kawał fajnej młodzieżowej przygodówki, naprawdę warta uwagi.

Alexandra Bracken, Lore, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 576 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Nie moja matka” Miranda Smith

Uwaga uwaga, dziś będzie o książce, która okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem!

Kiedy Marion świętuje z najbliższymi pierwsze urodziny córeczki, zupełnie niespodziewane wydarzenie wyjęte żywcem z jednego z tandetnych filmów sensacyjnych sprawia, że jej świat się wali, a ona sama zaczyna kwestionować wszystko, w co kiedykolwiek wierzyła.

Czy to możliwe, że jedyna osoba, jaką ma na świecie nigdy nie była z nią szczera? Czy jej mama – przyjaciółka i podpora – była w przeszłości zdolna do popełnienia straszliwych zbrodni? I okłamywała ją przez całe życie podając się za kogoś zupełnie innego?

„Nie moja matka” to jedna z tych fabuł, w których na samym początku otrzymujemy nie tylko zbrodnię, ale również jej sprawcę, a następnie przez całą książkę, wraz z bohaterami, staramy się dojść do tego, dlaczego do tego wszystkiego doszło, kto tak naprawdę jest ofiarą, a kto sprawcą.

Skonfrontowana z kłamstwami matki, pozostawiona ze strasznymi podejrzeniami Marion nie może uwierzyć w zapewnienia policji. Zarzuty wydają się jej absurdalne, ale jednocześnie wszystko to zaczyna w przerażający sposób pasować do wszystkich niedomówień i dziwnych sytuacji, które pamięta z dzieciństwa, składając się w pokręconą, ale logiczną całość.

Komu ma wierzyć, skoro najbliższa jej osoba może wcale nią nie być, a otaczający ją przyjaciele ukrywają przed nią prawdę? Jedyne, czego pragnie, to chronić własną córkę przed każdym zagrożeniem, jakie szykuje im los i dowiedzieć się co tak naprawdę się wydarzyło, kiedy sama była zaledwie niemowlęciem.

Bardzo podbiał mi się sposób budowania klimatu. To nie jest jeden z tych thrillerów, w których krew leje się litrami i psychopatyczni mordercy biegają po ulicach, mamy tu raczej do czynienia z przesyconymi emocjami wspomnieniami z trudnego dzieciństwa (zarówno głównej bohaterki, jak i jej matki, bo akcja toczy się dwutorowo), koniecznością kompletnej zmiany myślenia o całym swoim życiu i związaną z tym utratą poczucia bezpieczeństwa. Przyznam, że to dość mocno na mnie podziałało, bo mimo, że akcja jest raczej spokojna, to jednak cały czas coś się dzieje – mimochodem – niby niegroźnego i pozbawionego znaczenia, a mającego ogromny wpływ na losy bohaterów. Na jaw wychodzą nowe fakty a na pierwszy plan wysuwa się dojmujące poczucie niepewności i osamotnienia. Zarówno wobec skomplikowanej sytuacji rodzinnej, jak i nowej wiedzy, z którą bohaterka musi się zmierzyć. A wszystko to kontrastuje z sielskim klimatem niewielkiej nadmorskiej miejscowości, pełnym prezentów i baloników przyjęciem urodzinowym malucha, spacerami po plaży z wózkiem z niemowlakiem i morską bryzą we włosach.

Wielowarstwowa intryga, mnóstwo emocji, najtrudniejsze życiowe wybory, nieoczekiwane zwroty akcji i zaskakujące zakończenie, demony przeszłości i dojmujące poczucie niepokoju oraz dobrze przygotowany portret psychologiczny sprawcy jako wisienka na torcie.

Bardzo satysfakcjonujące lektura.

Miranda Smith, Nie moja matka, Poznań: Wydawnictwo FILIA, 2021, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Filia.

Czas na czytanie: „Wielki Gatsby. Powieść graficzna” F. Scott Fitzgerald, Fred Fordham, Aya Morton

To pierwsza z serii klasyki w komiksowej adaptacji, którą miałam przyjemność przeczytać nie znając tekstu oryginalnego.

[ koniecznie zobaczcie również „Zabić drozda”, „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984” ]

Wiem, że kilka lat temu widziałam film, ale prawdę mówiąc nic z niego nie pamiętam, poza tym, że był tam Leonardo, miał bogaty dom i przez połowę filmu się czołgał, a i tak nie dostał za to Oskara. Rok później był drugi taki film z czołgającym się Leo, tylko w tym drugim był też śnieg i niedźwiedź, więc tym razem Oskar się należał (jak widać po tej drobnej dygresji, film nie jest kategorią, na której się znam).

Czy po przeczytaniu powieści graficznej zapamiętam coś więcej? Przede wszystkim klimat, bo stylizowane na secesję, charakterystycznie „wyblakłe” akwarelowe ilustracje Ai Morton z dużym upodobaniem do roślinnego detalu naprawdę robią robotę.

Szczególnie w zestawieniu z przejmującym braku życiowego celu toksycznych bohaterów oraz ich obojętności wobec uczuć i losu drugiego człowieka.

Autorzy prezentują nam krótki wycinek z ociekającego bogactwem i zarazem niesamowite pustego życia amerykańskich elit po zakończeniu I wojny światowej – wciąż zmagających się z nieprzepracowaną traumą, znudzonych do granic możliwości, nie potrafiących na powrót odnaleźć się świecie. Zmieniających codzienność w nieustające, pozbawione sensu przyjęcie, spędzających całe dnie na sofach, wikłających się w romanse i uciekających przed konsekwencjami swoich czynów i decyzji.

A wszystko to opowiedziano za pomocą pięknego języka i dekoracyjnych ilustracji, co w kontraście z pełną wygód pustką egzystencji bohaterów daje całkiem niesamowity efekt.

F. Scott Fitzgerald, Fred Fordham, Aya Morton, Wielki Gatsby. Powieść graficzna, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 200 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: Bajki dźwiękowe

Dzieci lubią grające zabawki, co do tego nie ma wątpliwości. Wychodząc naprzeciw tej sympatii ukazała się niedawno seria bajek dźwiękowych, gdzie słowo i obraz klasycznych i dobrze wszystkim znanych historii uzupełnione zostało przez 16 różnych odgłosów i melodii oznaczonych w tekście adekwatnym przyciskiem.

W pierwszym momencie zaskoczyły mnie nieco ukryte za twardą oprawą miękkie strony tych niewielkich książeczek. Okazuje się jednak, że to niezbędny element konstrukcyjny – przyciski dźwiękowe znajdują się na ostatniej, odpowiednio grubszej stronie kryjącej w sobie cały mechanizm. Na poszczególnych stronach oznaczono natomiast miejsca, w które należy przycisnąć, w związku z czym nacisk palca musi przejść przez wszystkie ze stron. I chociaż nie brzmi to najlepiej, sprawdza się zaskakująco dobrze, a nacisk nie musi być duży – dziecko bez problemu daje sobie radę samodzielnie. Nie ma też problemu z trafieniem w odpowiedni przycisk.

Same dźwięki są dobrej jakości, urozmaicone, nie drażniące ani mechaniczne, nie są też zbyt głośne, szczególnie, kiedy trzymamy książeczkę na kolanach albo na stole. Poza prostymi odgłosami znajdziemy również dłuższe melodie – szczególnie na początku i końcu opowieści. Dużym plusem jest również obecność wyłącznika oraz możliwość wymiany baterii.

Choć historie nie są długie, dźwięki bardzo fajnie je uzupełniają i dopełniają opowieść. A na ostatniej stronie, po zakończonej lekturze, możemy posłuchać ich jeszcze raz – zgodnie z czytaną opowieścią lub w dowolnej kolejności.

Bardzo podobają mi się ilustracje – chociaż każda z książeczek jest autorstwa innego ilustratora, każdy z nich oddał unikalny klimat powieści. Ilustracje wypełniają całe strony i są głównym medium przekazującym czytelnikowi treść bajki.

Podoba mi się więc sama koncepcja książeczek uzupełnionych dźwiękami oraz jej realizacja – od ilustracji, przez budowę aż po jakość odgłosów i melodii. Mam jednak zastrzeżenia co do samego tekstu, który jest tu zdecydowanie najsłabszym elementem.

Partie tekstu nie są długie – po kilka zdań na stronę. I chociaż po tego rodzaju adaptacji można oczywiście spodziewać się dużej skrótowości, mam wrażenie że nie wyszło najlepiej. Choćby „Księga dżungli” całkiem zatraciła swój sens sprowadzając całą historię do w żaden sposób niewytłumaczonego konfliktu miedzy tygrysem a Mowglim. Wygnany przez Shere Khana chłopiec przysięga mu zemstę, po czym zabija go nasyłając na niego stado bawołów i wraca jako zwycięzca odziany w jego skórę. Mimo, że podczas czytania powstrzymałam się od dodatkowych komentarzy, moja przedszkolaczka to właśnie Mowgliego odebrała jako czarny charakter, więc coś tu poszło ewidentnie nie tak.

Benjamin Chaud, Księga dżungli, Bajka dźwiękowa, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Podobnie w „Aladynie” bohater ratując porwaną księżniczkę truje nie tylko czarnoksiężnika, ale również jego papugę. W moim odczuciu przygotowując skrót historii – oczywiście raczej brutalnej, to w końcu klasyka – można skupić się na innych aspektach darując sobie szczegóły morderstwa. Szczególnie, że seria (choćby przez długość i poziom tekstu) skierowana jest do najmłodszych odbiorców. Z trzeciej strony pamiętam, że sama jako dziecko bardzo lubiłam makabryczne baśnie Braci Grimm. Ale jako mama czuję wewnętrzny sprzeciw, jestem więc rozdarta. Majce się podobają (dźwięki to +100 do atrakcyjności), więc nie zabieram.

Aurelie Guillerey, Aladyn. Bajka dźwiękowa, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Najbardziej podoba mi się „Kot w butach”, wydaje się być najwierniejszym odwzorowaniem baśni i jest najbardziej spójny. Majka natomiast najbardziej lubi „Aladyna”, przede wszystkim ze względu na melodie utrzymane w orientalnym klimacie.

Roland Garrigue, Kot w butach. Bajka dźwiękowa, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Czas na czytanie: „Tajne przez magiczne” Katarzyna Wierzbicka

Jeśli potrzebujemy zwolnić nieco tempo i szukamy spokojnej, mało stresującej pracy dla podratowania zdrowia psychicznego, posada woźnej w przedszkolu nie jest najlepszym wyborem. Agata Filipiak przekona się o tym bardzo szybko. Jeszcze zanim zacznie widzieć krasnoludki, ale nie na długo przed tragiczną śmiercią.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że „Tajne przez magiczne” to książka szalenie trudna do sklasyfikowania, uparcie nie daje się wcisnąć na żadną półkę ani w żaden utarty schemat. Trudno też z czymkolwiek ją porównać. Takie książki pieszczotliwie nazywam tu Dziobakami.

Z pewnością jest to fantastyka – w końcu demony w przedszkolu nie są codziennym widokiem (choć z pewnością niejedna przedszkolanka by się ze mną nie zgodziła). Jest też bez wątpienia w tej książce dużo z horroru – opisy są dosadne i poza samymi zjawiskami paranormalnymi, jak krwiożercze duchy czy przypadkowe mordy z użyciem koguciego demona, znajdziemy tu też po prostu krwawe jatki i bezwzględne zabójstwa, tym straszniejsze, że najczęściej odbywające się na oczach małych dzieci i bezpośrednio ich dotyczące. Ale z drugiej strony jest tu też sporo wątków komediowych – ciapowata, nieogarnięta życiowo i wiecznie ładująca się w żenujące sytuacje Agata jest trochę naszym rodzimym odpowiednikiem Brigdet Jones, która zamiast trafić na sztywniacką imprezę przebrana za króliczka, nagle znajduje się w samym środku magiczno-demonicznej intrygi uzbrojona w mopa do podłogi i jarmarczny wisiorek. Wokół niej orbituje dwóch przystojniaków (każdy niewłaściwy), a jedyną osobą, która się o nią troszczy jest równie nieogarniający, ale poczciwy ojciec.

I w sumie wciąż nie wiem, czy ta książka była na poważnie, czy jednak śmieszkujemy i po prostu nie rozpoznałam satyry. Lubię niepoważne podejście do świata, ale tutaj odczuwam pewien dysonans, te kontrasty chyba trochę mnie przerosły no i nie wiem, co myśleć, chyba jednak jestem na nie. Ale nie wiem.

Czuję się więc pewnie trochę jak sama bohaterka, bo niewiedza jest jednym z podstawowych wątków powieści. Agata trafia do świata, którego nie zna i kompletnie nie rozumie jego zasad, a każdy, z kim rozmawia jest rozdrażniony i urażony jej niewiedzą, jednocześnie niczego nie tłumacząc. W sumie jest w tym coś z carrolowskiej króliczej nory. I zostanie właściwie przez całą książkę – nic nie wiemy, a jak już wydaje nam się, że zaczynamy co nieco ogarniać, to okazuje się, że jednak nie. No cóż, na pewno nie jest przewidywalnie, a to duży plus.

Bardzo podobała mi się sama koncepcja demonicznego przedszkola, pomysł na magię, podstępne, bardzo demoniczne demony idealnie maskujące się w świecie ludzi i nawiązania do ludowych wierzeń. Szalenie polubiłam ojca głównej bohaterki, który jest moją najulubieńszą postacią. Sama Agata też da się lubić i myślę, że mocno bym jej kibicowała w książce innego rodzaju. Tutaj jednak mimo wszystko zestawienie komediowej bohaterki z makabrycznym klimatem za bardzo mi zgrzytało, mam wrażenie, że jeden aspekt umniejszał i odbierał wyraz drugiemu. To, oraz nieco zbyt długie oczekiwanie na odpowiedzi sprawiło, że nie wkręciłam się w tą książkę tak bardzo, jak się spodziewałam i jak na razie nie mam ochoty na kontynuację. Ale jak już powstanie, to kto wie?

Katarzyna Wierzbicka, Tajne przez magiczne, Kraków: Wydawnictwo Spisek Pisarzy, 2021, 432 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Spisek Pisarzy.

Czas na czytanie: „Boginie” Alex Michaelides

W przeciwieństwie do debiutu autora, który był przede wszystkim thrillerem psychologicznym, jego druga książka mocno miesza ten gatunek z kryminałem, skłaniając się jednak bardziej ku temu drugiemu.

Mariana jest młodą psychoterapeutką grupową, która nie potrafi pogodzić się z pustką po utracie męża. Kiedy przyjaciółka jej ukochanej siostrzenicy zostaje brutalnie zamordowana, Mariana obsesyjnie angażuje się w śledztwo dążąc do ujęcia i ukarania wykładowcy, o którego winie jest absolutnie przekonana. Tymczasem giną kolejne studentki, członkinie tajemniczego, elitarnego bractwa.

Podobało mi się przedstawienie miejsca akcji, uczelniany klimat starych murów i ciężaru historii, chociaż sama koncepcja tajemnego studenckiego stowarzyszenia dla wybranych, która bardzo mnie zachęciła do lektury została moim zdaniem potraktowana bardzo powierzchownie i „po macoszemu”, a szkoda. Drugim ciekawym motywem było wykorzystanie mitologii i motywów z greckich tragedii jako teatralnej oprawy dla popełnianych zbrodni. Cała ta rytualizacja i fascynacja antykiem przywodziła mi nieco na myśl „Tajemną historię”, choć w tym przypadku została przedstawiona w znacznie mniej mroczny i hipnotyzujący sposób. I tego też trochę mi żal.  

Przez całą książkę Michelides podsuwa nam potencjalnych podejrzanych (poza samym charyzmatycznym, mrocznym wykładowcą) i poszlaki, mogące wskazywać na ich winę, przez co w pewnym momencie miałam aż przesyt mężczyzn kręcących się wokół właściwie nijakiej głównej bohaterki. Niemniej jednak jest się nad czym zastanawiać i kogo podejrzewać. Pojawi się również nawiązanie do „Pacjentki”, bo obie fabuły w niewielkim stopniu się ze sobą splatają.

Z jednej strony takie poszukiwanie sprawcy całkiem mi odpowiadało, chociaż sama bohaterka była raczej męcząca. Niestety wydaje mi się jednak, że przy całym tym skupieniu na generowaniu kolejnych podejrzanych, zabrakło dbałości o realizm, przez co niestety całość wypada dość naiwnie – m.in. obca osoba (nawet, jeśli była studentka) zamieszkuje na uczelni od tak, zaczepia studentów, kręci się po kampusie, kłamie, że działa na zlecenie dziekana i nikt jakoś nie ma z tym problemu. Dziekan też nie reaguje w żaden sposób.

W moim odczuciu wątki związane z domorosłym śledztwem bohaterki trochę za bardzo dominują nad sylwetką złoczyńcy, którego to portret psychologiczny mógłby być bardziej dopracowany. Podobnie brakowało mi nieco pogłębienia psychologicznego samej Mariany i jej siostrzenicy Zoe.

„Pacjentka” miała w sobie element zaskoczenia, który dodawał książce „efektu wow” i stał się jej wyróżnikiem w morzu książek o podobnej tematyce. I chociaż „Boginie” również ofiarują nam plot twist, w tym przypadku już się go jednak trochę spodziewamy i gorączkowo wyczekujemy tego obrotu fabuły o 180 stopni. Czego skutkiem jest zupełny brak zaskoczenia, kiedy ten już nastąpi. Dla mnie okazał się też trochę rozczarowujący, bo udało mi się zdemaskować sprawcę wcześniej, niż zaplanował to autor. Co z drugiej strony zawsze daje czytelnikowi pewną satysfakcję.

Jest pewien rodzaj książki, który lubię określać mianem „idealnej na podróż”, chociaż oczywiście świetnie sprawdzi się również w innych sytuacjach wymagających pewnej podzielności uwagi i częstego przerywania lektury, np. w kolejce do lekarza. I „Boginie” jest jego idealnym przykładem – składa się z króciutkich rozdziałów (czasem nawet dwustronicowych), jest przedstawiona właściwie całkowicie z punktu widzenia jednego bohatera, nie wymaga ciągłego nadążania za fabułą (która też nie jest szczególnie dynamiczna), została napisana prostym językiem i nie trzeba zapamiętywać dużej ilości szczegółów. Przeczytałam ją włócząc się po kawiarniach i wiercąc w poczekalni dla rodziców w oczekiwaniu aż córka skończy swoje rozmaite balety zajęcia plastyczne w Pałacu Młodzieży.

Nie czyta się jej z zapartym tchem, nie jest wolna od niedociągnięć i rozwiązanie zagadki nie jest tak zaskakujące jak w przypadku pierwszej książki autora, niemniej jednak okazała się przyjemną rozrywką na czas oczekiwania.

Polecam jako lekkie czytadło pochłaniane niejako „mimochodem” i radzę nie nastawiać się na poruszający thriller, od którego nie sposób się oderwać i który nie da o sobie zapomnieć. Takie nastawienie wydaje mi się być gwarantem satysfakcji z lektury.

Alex Michaelides, Boginie, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Siostra księżyca” Marah Woolf

Podczas lektury drugiej części trylogii „Trzy czarownice” naprzemiennie byłam tą książką strasznie podekscytowana, by chwilę później mieć ochotę rzucić ją w kąt.

Zaczyna się bardzo dobrze, bo i „epicka bitwa z demonami”, na której rozpoczęciu skończył się pierwszy tom, jest pierwszym wydarzeniem w tomie drugim. Bardzo się cieszę, że autorka nie zdecydowała się na zabieg typu „tydzień później”, bo nie da się ukryć, że na magiczną potyczkę mocno czekałam, a ta okazała się całkiem satysfakcjonująca, choć nieco krótka.

Tym razem akcja przenosi się do królestwa demonów, gdzie intryga koni intrygę, a korytarze dosłownie wypełnione są potworami, a każdy spośród nich snuje swoje własne knowania, więc pod tym względem byłam bardzo usatysfakcjonowana, pałacowe spiski lubię bardzo. Nie da się ukryć, że dworskie niesnaski – od rozgrywek na najwyższym szczeblu, aż po złośliwe uszczypliwości powodowane zazdrością i złośliwością – wchodzą mi dużo lepiej niż mozolne polityczne przeciąganie liny. Siostry trafią do świata, którego zasad nie rozumieją, gdzie nie mogą zaufać nikomu, poza sobą nawzajem i z perspektywą potwornej przyszłości nadciągającą wielkimi krokami. A co za tym idzie, fabuła jest dużo bardziej dynamiczna, w porównaniu do pierwszego tomu, co jest dużym plusem.

Z drugiej strony wątek romantyczny zrobił się tak potwornie męczący, że miałam ochotę osobiście wyrządzić Vianne krzywdę. Jej naiwne, uparte, dziecięce zapatrzenie, podsycane tylko przez niepotrafiącego zostawić jej spokoju Ezrę staje się irytujące do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam ochotę odłożyć tą historię jak najdalej. Na szczęście zakończenie wynagrodzi czytelnikowi wszelkie cierpienia podczas śledzenia tego żenującego love story.

Natomiast poza upośledzeniem w relacjach z mężczyznami, Vianne radzi sobie całkiem dobrze i gdyby nie jej romantyczne rozterki bez większego problemu mogłabym polubić ta bohaterkę, również ze względu na przygody, które ją czekają. Nie brakuje tu bowiem tak charakterystycznego dla powieści fantastycznych motywu karkołomnych wypraw w poszukiwaniu zaginionych magicznych przedmiotów zdolnych ocalić losy ludzkości, magicznych pułapek, pojedynków i hord morderczych wrogów czyhających na każdym zakręcie.

Będzie też więcej legend arturiańskich, które są dla mnie nieznanymi wodami i poznawanie ich, szczególnie z ust niezgodnych narratorów trwających uparcie przy swoich wersjach to sama przyjemność.

Będą rozpieszczone księżniczki, zielarskie eksperymenty, więcej niż jedna krwawa bitwa, zaginieni przyjaciele, paskudne i zabójczo przystojne demony, zdrady, sojusze i intrygi i dużo siostrzanej solidarności.

No i smoki, a ze smokami wszystko jest lepsze.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O pieczęciach i kościach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Pieśń słowika” Agata Suchocka

Odczuwam potrzebę umieszczenia ostrzeżenia, że recenzowana książka jest skierowana do dorosłego czytelnika, zawiera graficzne sceny seksu, przemocy oraz tematykę, która może być odbierana jako kontrowersyjna.

„Pieśń słowika” to trzecia część wampirycznej serii Agaty Suchockiej i jednocześnie zupełnie osobna historia, dzięki czemu łatwo było czytać ją nawet po kilkuletniej przerwie od lektury poprzedniego tomu – szczegóły z dwóch pierwszych części nie są nam tu zupełnie potrzebne.

Tym razem opowieść dotyczy bohaterów, którzy w „Woła mnie ciemność” i „Twarzą w twarz” pełnili rolę poboczną – Arapaggia i Aleksandra oraz Józefiny której nie lubię, nie polubię i przez którą miałam momenty, w których myślałam, że nie doczytam tej książki. To chyba jednak z założenia nie jest postać, która ma się lubić.

Historia toczy się dwutorowo. Akcja fabuły „współczesnej”, zatytułowana „Królowa nocy”, dzieje się we Wiedniu pod koniec drugiej wojny światowej (Lothar i Armagnac szukają wówczas swojego mentora i  ten wątek pojawia się fragmentarycznie również w tej powieści) i przeplata się ze wspomnieniami początków znajomości Arapaggia i Aleksandra z Neapolu, kiedy Uccelino był początkującym śpiewakiem operowym.

Cykl „Daję Ci wieczność” z pewnością nie należy do łagodnych ani poprawnych politycznie – to książki zdecydowanie o charakterze guilty pleasure – patetyczna i egzaltowana harlequinowa fantazja na temat wampirów pełna seksu, krwi i mordowania z pewnością byłaby wodą na młyn dla Freuda. Na szczęście w dzisiejszych czasach erotyki w klimacie horroru nikogo raczej nie dziwią.

I tym razem autorka sięga po kontrowersję – dla odmiany jest nią status oraz przede wszystkim życie seksualne XVII-wiecznych kastratów i może wstyd się przyznać, ale właściwie nie wiedziałam, że takowe było w ogóle możliwe. Zawsze myślałam, że tego rodzaju obniżenie poziomu testosteronu uniemożliwia odczuwanie podniecenia seksualnego i występowania fizycznych reakcji ciała. Niestety nie trafiłam dotychczas na żadne źródła, by doczytać więcej w temacie wpływu kastracji na seksualność poza aspektem reprodukcyjnym. Nie znam się na tym i nie do końca potrafię stwierdzić, czy te wszystkie orgazmy i entuzjastyczne stosunki to jedynie fantazja literacka. Osobiście traktuję ją jako taką.

Niemniej jednak tym razem pojawia się wątek, który i mnie odrzuca – romantyzowanie przemocy. Mamy tu do czynienia z toksyczną relacją pełną zazdrości, zaborczości, potrzeby kontroli i brutalnych zachowań, od bicia aż po gwałty. I to jeszcze było dla mnie do przyjęcia, póki wierzyłam, że fabuła dąży do wyciągnięcia odpowiednich wniosków z takiego zachowania i że bohatera, po latach tęsknoty za ukochanym, czeka pewna przemiana. I tutaj UWAGA SPOILER – nie dąży i nie czeka. Wręcz przeciwnie, to ofiara (nie tak oczywiście niewinna, jak mogłaby być) poddaje pod wątpliwość swoją decyzję o ucieczce od przemocowca. I to jest już dla mnie niestety za dużo, a książka zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do granicy bycia „szkodliwą”. Bardzo liczę, że ta historia znajdzie jednak swoje rozwinięcie w kolejnych tomach, bo mimo całej mojej sympatii do tej pary, takie wnioski po lekturze wzbudzają we mnie niesmak.

Lubię klimat tej serii i jej bohaterów oraz samą wizję wampira, ale ze wspomnianych wcześniej powodów tym razem brakowało mi magnetyzmu, tak charakterystycznego dla pierwszej części i refleksji. Patrząc całościowo ten tom podobał mi się najmniej, choć niemalże do końca czytałam go raczej z przyjemnością. Niedługo ukaże się czwarta część cyklu, jestem bardzo ciekawa w którą stronę potoczy się akcja.

Anna Suchocka, Pieśń słowika, Chorzów: Wydawnictwo Videograf, 2021, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Videograf.

Czas na czytanie: „Red, white & royal blue” Casey McQuiston

Witamy w równoległym wszechświecie, w którym prezydentką USA jest nie tylko kobieta z Teksasu, ale również była żona meksykańskiego imigranta. Czy w takim przypadku potrzeba jeszcze dodatkowych skandali? Tuż przed kolejnymi wyborami?

Z drugiej strony cóż to za polityka bez medialnej dramy? Kiedy Alex – nastoletni syn prezydentki marzący o zostaniu najmłodszym kongresmenem w historii – na weselu następcy tronu, w wyniku przepychanki ze znienawidzonym księciem Henrym, wpada z nim prosto w tort za miliony monet, międzynarodowy skandal jest już blisko. I trzeba będzie zrobić wszystko, by załagodzić sytuację. Czy z konieczności udawania zażyłej przyjaźni „pod publiczkę”, między najważniejszymi nastolatkami dwóch mocarstw może wyjść coś dobrego?  Na przykład nieheteronormatywny romans, który trzeba będzie ukrywać przed całym światem?  

W końcu dlaczego by nie zakochać się w swoim największym wrogu w najgorszym możliwym czasie?

Ten tytuł kojarzy mi się trochę z czytanym w dzieciństwie „Pamiętnikiem Księżniczki”, tyle że w tęczowej wersji i chyba jednak dla nieco starszego czytelnika, bo poruszającego trochę trudniejszą problematykę. Mamy tu jednak i spełnienie amerykańskiego snu „od dziecka imigrantów do Pierwszego Syna Ameryki” i bajkową miłość i cukierkowy happy end.

Żeby jednak nie było aż tak niefrasobliwie, znajdziemy tu również tematykę dyskryminacji na różnych polach, poznawania siebie i odkrywania swoich pragnień, ogromnej roli wsparcia ze strony rodziny, żałoby po śmierci najbliższych, potrzeby szczerości (zarówno z innymi, jak i z samym sobą) w świecie pełnym kłamstw i konwenansów, podejmowania własnych decyzji i mierzenia się z ich konsekwencjami, rozwodu rodziców, a nawet wykorzystywania seksualnego. A wszystko to wśród skomplikowanych meandrów amerykańskiej polityki i pod złym okiem konserwatywnej Królowej Babci.

Jak sama autorka pisze w posłowiu, ta książka miała być nieco ironiczną ucieczką łagodzącą szok związany z kierunkiem, w którym zaczął zmierzać świat. Skręcającą w kierunku utopii fantazją „ku pokrzepieniu serc”. I chociaż nie można odmówić jej naiwności i (przynajmniej na ten moment) braku realizmu, faktycznie spełnia swoją funkcję. Jeśli tylko nie będziemy traktować jej zbyt poważnie, a jedynie cieszyć się historią o bajkowej miłości zdolnej pokonać wszelkie przeciwności losu, łączącej narody, łagodzącej obyczaje i godzącej zwaśnionych członków rodziny, to pozostawi w nas z tym charakterystycznym ciepłem w klatce piersiowej i niewielkim uśmiechem – trochę pobłażliwym, ale bardziej jednak rozczulonym.

Sympatyczny, lekki i przyjemny romans ze sporą dawką autoironicznego poczucia humoru, które tak cenię.

Casey McQuiston, Red, white & royal blue, Warszawa: Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, 2020, 476 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~