Czas na czytanie: „Król z bliznami”, Leigh Bardugo

Po trzech latach wróciłam do świata Griszów! Martwiłam się, że po tak długiej przerwie trudno będzie mi na nowo złapać wątek, ale to były zbędne obawy. Do wykreowanego przez Bardugo wróciłam jak do domu po przedłużającej się podróży. Domu tętniącego nowymi przygodami.

„Król z bliznami” to historia łącząca oba wcześniejsze cykle autorki – dzieje się zarówno po Trylogii Grisza, jak i dwutomowej Szóstce Wron, a część bohaterów brało udział w wydarzeniach z obu cykli. Bardzo więc nie polecam zaczynania przygody z Griszami od tej powieści. Jeśli nie czytaliście poprzednich książek Leigh Bardugo, dalsza część recenzji może zawierać spoilery!

Ravka po upadku uzurpatora i zniszczeniu Fałdy Cienia powoli się odradza. Nie oznacza to jednak zakończenia kłopotów, wręcz przeciwnie. W końcu w tym wyniszczonym kraju żyjącym na kredyt, między dwoma mocarstwami o ekspansywnych zapędach nigdy nie brakuje złych wieści. Czy wyobraźnia i charyzma zuchwałego młodego króla- wynalazcy i pirata wystarczy, by zapewnić krajanom upragniony pokój? Nie brak mu przecież potężnych sprzymierzeńców. Co jednak, jeśli we wnętrzu króla drzemie ciemność, której nie sposób okiełznać?

Nikołaj walczy z całych sił, by jego kraj nie został najechany przez sąsiadów, by miał szansę na rozwój i dobrobyt. Czeka go jednak znacznie większe wyzwanie, niż salonowe spiski i szykujące się rewolty, choć i tych nie zabraknie. Zoya Nazalensky – generał i zwierzchnik przetrzebionej nie tak dawno armii Griszów oraz najbardziej zaufana doradczyni króla zrobi wszystko, by go ocalić. Natomiast Nina Zenik – szpieg o nadnaturalnych zdolnościach i problemem w stosowaniu się do rozkazów, przygnieciona żałobą po ukochanym, zrobi wszystko, by ocalić tych Griszów, którzy mieli nieszczęście urodzić się we Fjerdzie. A tam obdarzone mocą kobiety znikają bez śladu w tajemniczych ośrodkach badawczych.

Przygoda, poczucie humoru i magia spotykają się tu w idealnych proporcjach, a narracja z punktu widzenia różnych bohaterów pozwala świetnie poznać zarówno ich samych, jak i całą sytuację. I będą smoki, a to samo w sobie daje + 100 do świetnej książki!

„ – Zawsze myślałam, że smok był tylko metaforą.
– Metaforą czego? – zapytał Juris nieco urażonym tonem.
– Pogańskiej wiary, obcych najeźdźców, niebezpieczeństw nowoczesnego świata.
– Czasami smok jest po prostu smokiem, Zoyu Nazalensky. A mogę cię zapewnić, ze żadna metafora nie ma na sumieniu tylu ludzkich istnień”.

Czytałam Trylogię Griszów jeszcze w pierwszym wydaniu Papierowego Księżyca, i chociaż korciło mnie nowe wydanie ze względu na bajeczne okładki (jestem taką okładkową sroką!), to jednak sporo krytycznych uwag względem nowego tłumaczenia sprawiło, że wstrzymałam się z zakupem. Dlatego też miałam pewne obawy względem „Króla z bliznami”, nie lubię, kiedy w trakcie czytania zmienia mi się tłumacz. Początkowo byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, bo do pewnego momentu praktycznie nie zauważyłam różnicy. A potem pojawił się jeden „drobny” szczegół, który zepsuł wszystko. Przetłumaczono „Darklinga” na „Zmrocza”. Już sam fakt, że zmieniono imię/przydomek jednego z głównych bohaterów w środkowej książce uniwersum, czyli trochę tak, jakby w czwartym tomie przemianować Harry’ego Pottera na Henia Garncarza, to przecież są słowa, których tłumaczyć po prostu się nie powinno. Należą do nich nazwy własne. I już nawet nie wspominam, jak strasznie lamersko to brzmi. Poza tym nie mam zastrzeżeń, ale to jedno wkurzało mnie przez większość lektury, bo nie zdołałam się przyzwyczaić.

Jak zawsze świetna historia, tylko oddajcie mi Darklinga!

Leigh Bardugo, Król z bliznami, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2019, 528 s.

Czas na czytanie: „Fangirl” Rainbow Rowell

Nie wiem, jak to jest możliwe, że przegapiłam tą książkę. Nastąpił chyba jakiś błąd w matrixie, całe szczęście, że jednak się odnalazłyśmy!

Wraz z pójściem do college’u życie Cath całkowicie się zmienia – opuszcza rodzinny dom i wymagającego opieki ojca, a jej siostra bliźniaczka, z którą dotychczas były nierozłączne, nie chce dzielić z nią akademika i znajomych i z każdym dniem oddala się coraz bardziej. Nowe otoczenie, nowe zajęcia i mnóstwo nieznajomych wokół to niezłe wyzwanie. A Cather nie przepada za zmianami i jest tak aspołeczna, że od razu ją polubiłam.

A jak się chwile później okazało, że jedyną stabilną rzeczą w jej życiu jest pisanie homo fanfików do jej ukochanej sagi o czarodziejach, to już musiała być przyjaźń na całe życie i pokrewieństwo dusz. Bo co, jak co, ale fanfikcję szanuję. I sagi o czarodziejach, i psychofanki też.

Super sympatyczna, zabawna powieść o dorastaniu, pasji, przyjaźni, pierwszej miłości i strachu przed rzeczywistością. O stawianiu czoła własnym słabościom, zaufaniu, szukaniu swojego miejsca, poczuciu braku dopasowania i problemach z opuszczeniem fikcyjnego świata. O młodych dorosłych, którzy nie za bardzo potrafią w życie i o starych dorosłych z takim samym problemem.  Okazuje się jednak, że i ta szara, zwyczajna rzeczywistość może być magiczna.

Jestem fangirl bardzo mocno, więc wszystko rozumiem.  Aż muszę sobie teraz poszukać jakiegoś dobrego fanfika . I w ten właśnie sposób góra książek do przeczytania jakoś się nie zmniejsza…

Rainbow Rowell, Fangirl, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2015, 456 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Psychoterapeutka” Helene Flood

Sara i jej mąż wzięli na siebie sporo wyzwań jednocześnie, nie tylko obydwoje postanowili otworzyć własne biznesy – Sara gabinet psychoterapeutyczny dla młodzieży, a jej mąż Sigurd biuro architektoniczne – ale również przeprowadzili się do starej willi po dziadku i rozpoczęli jej generalny remont własnymi siłami. Nic więc dziwnego, że szybko stali się przemęczeni i sfrustrowani, przez co niełatwo o nieporozumienia w całkiem jeszcze świeżym małżeństwie. Kiedy jednak wydaje się, że wszystko nareszcie zaczyna się układać, Sigurd, zamiast wyjechać na weekend z przyjaciółmi, znika bez śladu, a ostatnia wiadomość, którą zostawia żonie okazuje się być kłamstwem. Początkowe niedowierzanie szybko przemienia się w niepokój, a kiedy bohaterka zaczyna czuć się obserwowana i prześladowana w swoim własnym domu, a nie ma do kogo zwrócić się o pomoc, powoli zaczyna wątpić w swoje zdrowie psychiczne.

Chociaż w tej książce brak zaskakującego zwrotu akcji, jak w „Pacjentce” i traumatycznej przyczyny problemu, jak w „Kobiecie z okna”, jest równie przejmująca, przede wszystkim ze względu na smutny portret kobiety nie potrafiącej odnaleźć się wśród ludzi. To rozwijająca się spokojniejszym tempem opowieść o samotności i pielęgnowaniu relacji. O potrzebie przyjaźni i kontaktu z innymi ludźmi, radzeniu sobie z traumą, psychologii kłamstwa, wpływie życia rodzinnego na rozwój jednostki, zazdrości i dylematach moralnych.

Nie wybitna, ale warta uwagi. Niedługa pozycja idealna na jesienny wieczór – trochę kryminał, trochę thriller, gdzie dzięki wspomnieniom bohaterki akcja toczy się w dwóch czasach, które w pewnym momencie składają się w pełny obraz małżeństwa.

Minusy? Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy styl autorki, ale przez bardzo długie zdania podrzędnie złożone czyta się ją dość specyficznie. Nieco drażniło mnie też, że wszyscy, niezależnie od stopnia zażyłości, zwracają się do siebie na „ty”, gdzie w języku polskim (kulturze?), stosujemy raczej formy grzecznościowe pan, pani, kiedy zwracamy się na przykład do komisarza policji. I jeszcze ten nieszczęsny „tiszert” zapisany fonetycznie – być może poprawnie, ale jakoś boli w oczy.

Helene Flood, Psychoterapeutka, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 340 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Czas na czytanie: „Wszystkiego, co naprawdę muszę wiedzieć, dowiedziałem się w przedszkolu”, Robert Fulghum

„Dziel się wszystkim.
Graj uczciwie.
Nie wolno bić innych.
Jeśli coś znajdziesz, odłóż to na miejsce.
Sprzątaj po sobie…”

Zazwyczaj nie odnajduję się w tego rodzaju książkach objawiających filozofię prostoty i doceniania codziennych przyjemności życia – mój wewnętrzny cynik odzywa się podczas lektury zdecydowanie zbyt często. Ta książka skusiła mnie nieco z wewnętrznej przekory – osobiście nigdy nie chodziłam do przedszkola, czy wobec tego jestem w stanie nadrobić te braki w przygotowaniu do życia w społeczeństwie? Może zostałam skreślona już na samym starcie?

Książka Roberta Fulghuma to zbiór króciuteńkich esejów – żeby nie powiedzieć „przemyśleń” – na temat podejścia ludzi do życia. Przytaczając wiele postaci, z którymi zetknął się w swoim życiu – od żydowskiego szewca, przez mężczyznę, który postanowił wznieść się w przestworza na krześle, aż po spotkanych przypadkowo emerytowanych rowerzystów – i ich życiowe postawy rozważa nad tym, co jest w życiu ważne i jakimi wartościami warto się kierować.

„Każdy z nas – gdzieś tam w środku – wie wszystko, co ważne. Zna zasadę wzajemności, miłość, podstawy higieny. Rozumie ekologię i politykę, co znaczy równość i zdrowe życie”.

Już na pierwszy rzut oka widać, że podejście autora jest bardzo utopijne. I jak każda utopia – wprowadzone w życie mogłoby wyrządzić sporo złego. Nie znaczy to jednak, że kierowanie się w życiu „przedszkolnymi” zasadami nie uczyni naszego świata lepszym miejscem. Nawet, jeśli jest on zdecydowanie bardziej skomplikowany, niż mogłoby się to przedszkolakom wydawać. Wiadomo przecież jak ważne są solidne podstawy. Dlatego też chociaż nie mogę całkowicie zgodzić się z tezą postawioną w tytule, nie odbieram jej również wagi – przedszkole to bardzo ważny etap rozwoju inteligencji emocjonalnej i funkcjonowania w społeczności.

„Wyobraźcie sobie, jakim pięknym miejscem byłaby Ziemia, gdyby każdy z nas punktualnie o trzeciej po południu zjadał ciastko, popijał mlekiem i ucinał sobie drzemkę”.

– brzmi pięknie, prawda? Jako łakomczuszka i śpioch z natury i entuzjastka celebracji lenistwa jestem bardzo na tak. Ale jako osoba znająca odrobinę zasady funkcjonowania układu trawiennego i obarczona doświadczeniem refluksu wiem, jak katastrofalne w skutkach mogłoby okazać się takie folgowanie tym małym przyjemnościom. Nie skreślajmy więc może wiedzy i doświadczeń zdobytych już po beztroskich latach przedszkola ;)

Nie znajdziecie tutaj żadnej prawdy objawionej, a ta lektura nie odmieni Waszego życia. Nie znajdziecie tu również niczego nowego. Ale czyta się przyjemnie i szybciutko – dobrze sprawdzi się zarówno jako pozycja „na raz” podczas podróży, jak i książka noszona w torebce i „poczytywana” po eseju w kolejce czy na przystanku autobusowym, a nawet jako „chociaż dwie strony przed snem” – bo tutaj dwie strony to już cały esej i skończona myśl. Momentami bawi, momentami wzrusza, czasem wzbudzi odrobinę nostalgii. Całkiem przyjemna – to taki trochę gawędziarsko napisany „zabijasz czasu”. Czy świat nie byłby piękny, gdybyśmy jako czekadełko sięgali właśnie po tego typu krótkie i lekkie teksty, zamiast po plotkarskie gazetki?

Robert Fulghum, Wszystkiego, co naprawdę muszę wiedzieć, dowiedziałem się w przedszkolu, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2020, 272 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mamania.

Czas na czytanie: „Smocza Straż. Pan Widmowej Wyspy” Brandon Mull

Jakoś nie mogę się zdecydować, czy serię „Smoczej Straży” klasyfikować jako Bajki Majki, czy Czas na czytanie. Nie da się ukryć, że to seria dla młodszej młodzieży, osobiście polecałabym ją nawet jeszcze przed lekturą „Harry’ego Pottera”. Ale z drugiej strony, póki Maja do niej nie dorośnie, sama świetnie się bawię podczas lektury. W końcu muszę dokładnie wiedzieć co w przyszłości podsunę dziecku, prawda?

„- (…) Jesteś pewna, że to warte podpadnięcia twojemu ojcu?
– Co, rozmowa ze smokiem? Nie pozwolę, by ojciec pozbawił mnie tego doświadczenia. Chcę mieć swój udział w ratowaniu Gadziej Opoki. Fascynują mnie smoki. No i studiuję historię”.

W trzeciej już części „Smoczej Straży” samych smoków jest zdecydowanie mniej, niż w poprzednich tomach – tym razem prym wiodą wszelkiego rodzaju umarlaki, bo śledząc losy porwanego Setha ograbionego wspomnień trafimy do podziemnej dziedziny pełnej zombie, liczów i upiorów.

Jest też nieco mniej brutalnie, niż w poprzednim tomie, choć i tym razem nie obejdzie się bez ofiar. Nie ma jednak obaw – nie zabraknie wrednego Celebranta, a już sama okładka zdradza pojawienie się na arenie morskiego smoka Jibarro. W smoczym świecie pojawi się również ktoś zupełnie nowy…

„Nie mówimy o złu. Mówimy o ciemności jako źródle mocy. Czy dzień jest dobry, a noc zł? Nie. To niedorzeczne rozróżnienie. Nocą lepiej widać gwiazdy. Czy nocny chłód nie jest korzystniejszy podczas podróży przez pustynię? Zapewne tak. Czy spanie w ciemnym pokoju to zło, a w jasnym to dobro? Nie, i byłbym zdania, że mrok lepiej nadaje się do snu. Istnieje pewien rodzaj ciemności, z której można czerpać jak ze źródła. Możesz ja wykorzystać do dobrych lub do złych celów”.

Dla kontrastu Kendra zabierze nas w iście rajskie klimaty – wraz z przyjaciółmi będzie ratować smoczy azyl na jednej z tropikalnych wulkanicznych wysp. Będą ludożerne rośliny, poszukiwania legendarnego skarbu, domy w koronach drzew, moai, wulkaniczni cyklopi, syreny, selkie, ogniołazy, eksplorowanie morskiego dna, walki z demonami i odzyskiwanie ogromnej perły. I żadna z tych atrakcji nie będzie miała nic wspólnego z wakacyjnym wylegiwaniem się na plaży, bo każda misja to bardziej niebezpieczna przygoda.

Czy Seth odzyska swoje wspomnienia? A może pod wpływem swoich oprawców stanie się łotrem? Czy rozdzielone rodzeństwo zdoła utrzymać pokój w Gadziej Opoce?

Jak zwykle doskonałe proporcje grozy, humoru i przygody!

Ta książka była w tym roku moim plażowym wyborem, ale chyba jednak jeszcze lepiej sprawdzi się jako rozgrzewające pocieszenie po minionych wakacjach – kiedy w okna stuka już jesienny deszcz, a stopy skrywamy pod kocem, zamiast wyciągać je w kierunku słonecznych promieni. Oj tak, w takie wieczory przyda się nieco wulkanicznego żaru!

Brandon Mull, Smocza straż. Pan Widmowej Wyspy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Złote okulary”, Giorgio Bassani

Nie wiem, jak to możliwe, ale ta nowelka składa się z pięknych, sensualnych opisów – zarówno krajobrazu miejskiego i przyrody, jak i całej palety uczuć – jest pełna treści, a objętościowo zajmuje ledwie 90 stron.

DSC_0317

Beztroskie życie młodego pokolenia bogatego mieszczaństwa Ferrary lat 30. XX wieku wypełnione jest nauką, życiem towarzyskim i prostymi rozrywkami. Nic dziwnego, że w hermetycznym towarzystwie niewielkiego miasta każda nowość traktowana jest z dużą dozą uwagi. Tak też dzieje się w przypadku pojawienia się w okolicy sympatycznego i dobrze obytego weneckiego lekarza w średnim wieku, który szybko staje się obiektem plotek. I choć jego homoseksualizm szybko staje się tajemnicą poliszynela, nie wzbudza on otwartej wrogości dopóki nie wda się w karkołomny romans ze studentem.

Tymczasem nad faszystowskimi Włochami pojawia się widmo kolejnej wojny, a żydowscy mieszczanie na zaczynają odczuwać społeczny ostracyzm.

Poruszająca historia wykluczenia, samotności i wyobcowania. I choć fascynacją młodością przywodzi nieco na myśl „Śmierć w Wenecji”, jej fatalizm jest zgoła odmienny. Nad beztroską skąpanego w letnim słońcu kurortu wypoczynkowego nad brzegiem Adriatyku i wypoczywających w nim mieszkańców Ferrary wisi widmo katastrofy, z której czytelnik doskonale zdaje sobie sprawę. Skłania do zadumy nad naturą miłości i naturą człowieka. Przeraża swoją aktualnością, bo całą fabułę można by z powodzeniem przenieść z międzywojennej Ferrary do współczesnej mieściny na wschodzie Polski wolnej od Żydów i LGTB. I zakończenie zapewne byłoby dokładnie takie samo.

Bo choć zdawać by się mogło, że kataklizm II wojny światowej zmieni świat, ten pozostał taki sam.

Giorgio Bassani, Złote okulary, Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2014, 92 s.

Czas na czytanie: „Królestwo dusz”, Rena Barron

Zazwyczaj trudno mi się wciągnąć w książkę prezentującą zupełnie nowy świat, gdzie od zera trzeba poznać nie tylko rządzące nim zasady, ustrój polityczny, czy grupy społeczne, ale również magię, siły nadprzyrodzone, bogów, wierzenia i rytuały. Tym razem jednak wsiąknęłam (wsiąkłam?) niemalże od pierwszych stron. Być może ze względu na hipnotyzujący klimat – pełen krwawych rytuałów, wróżenia z kości i plemiennych wierzeń, nieco zbliżonych do religii voodoo.

Arrah jest córką dwojga wyjątkowo potężnych szamanów i, ku ogromnemu rozczarowaniu ambitnej matki, sama jest prawie zupełnie pozbawiona mocy. Za każdym kolejnym rokiem coraz bardziej pozbywa się złudzeń i przyzwyczaja się do myśli o byciu przeciętną córką wybitnych rodziców. Kiedy jednak w jej mieście zaczynają ginąć dzieci, okazuje się, że przeciętność nie uchroni jej od pozostania w centrum potwornych wydarzeń, a dobre serce, determinacja i nadmiar zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości nie pozwoli pozostać obojętną. Czy osoba pozbawiona talentów, płacąca olbrzymią cenę za każdą kroplę magii ma jakąkolwiek szansę w grze bogów i demonów?

To całkowicie nieprzewidywalna historia o miłości (z pięknie przedstawioną relacją ojca i córki), zdradzie, rozczarowaniu, pogodni za marzeniami i stawianiu czoła skutkom ich osiągnięcia, względności dobra i zła i karkołomnym pragnieniu zemsty.

Będzie fatum, którego nie powstydziłaby się antyczna tragedia i rzeki krwi, którym przyklasnąłby J. R. R. Martin. Będą nierówne walki, polityczne rozgrywki, zabijanie bogów, burzenie świątyń oraz pytania o sens istnienia. Znajdzie się jednak też sporo niewinności pierwszych zauroczeń, tęsknoty za rodzicielską miłością i uznaniem, siła prawdziwej przyjaźni i poszukiwanie swojego własnego celu w życiu.

Jak rzadko, jestem wyjątkowo usatysfakcjonowana zakończeniem. I chociaż wiem, że powstała już druga część i piszą się kolejne, to jednak dla mnie chyba ten rodzaj otwartego zakończenia byłby idealny.

Klimatyczna, zaskakująca, magiczna, krwawa i okrutnie wciągająca.

Rena Barron, Królestwo dusz, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: PATRONAT „Krąg. Nieproszeni goście”, Silencio

Lata 60. ubiegłego wieku, chłopięcy sierociniec w środku lasu i sześciu bohaterów o różnych charakterach, przeżyciach i traumach.

Czeka ich nawiązywanie przyjaźni, budowanie relacji i gruntowanie swojej pozycji w grupie, radzenie sobie z sympatiami i antypatiami. Zmierzą się z niejednym problemem wieku nastoletniego – od niezadowolenia ze swojego wyglądu, przez pakowanie się w kłopoty i bójki ze „starszymi chłopakami”, próby ucieczki od nauki i obowiązków, brak empatii ze strony dorosłych, aż po dylematy związane z odkrywaniem własnej seksualności i tożsamości płciowej. I choć wszystko to byłoby wyzwaniem dla każdej osoby na progu dorosłości, w tamtych czasach i bez wsparcia najbliższych wydaje się być szczególnie dotkliwe.

Jakby tego całego dorastania w nieszczególnie przyjaznych warunkach było mało, wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy – czy to możliwe, że korytarzami sierocińca przechadzają się potwory, czy po prostu chorowity i nieszczególnie lubiany nastolatek ma urojenia albo próbuje zwrócić na siebie uwagę otoczenia?

Ciemny las, niepokojące zdarzenia, owiana legendami okolica, ludowe przesądy i przekazy o magicznych paktach i rytuałach oraz brak dostępu do jakichkolwiek rzetelnych informacji potrafią rozbudzić wyobraźnię. Może się jednak okazać, że rzeczywistość jest znacznie bardziej przerażająca, niż wszystkie straszne historie opowiadane wieczorami.

Jaka tragedia wydarzyła się wcześniej w budynku sierocińca i czy aby na pewno był to wypadek? Co się stało z Whitewood – niegdyś tętniącym życiem miasteczkiem, dziś zarośniętym ośrodkiem dla niechcianej młodzieży? I co tak naprawdę czai się w lesie?

Choć po pierwszych rozdziałach miałam wrażenie, że ta książka Silencio będzie skierowana do nieco młodszych czytelników, końcówka wyprowadziła mnie z błędu. Bo i kiedy potworności – czy to ze strony dorosłych, czy sił nadprzyrodzonych – dotyczą dzieci, mające często jeszcze niewielkie pojęcie o świecie, są jeszcze bardziej poruszające. A jak już zapewne wiecie, ta autorka nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani czytelników.

Podobno cała ta książka, jest tylko rozbudowanym wstępem do całej historii chłopców z ośrodka Whitewood. I oczywiście kończy się w taki sposób, że nie sposób powstrzymać się od wyrzutów, bo „jak można przerywać w TAKIM momencie?!”. Aż strach pomyśleć co będzie dalej, nie mogę się już doczekać!

Silencio, Krąg. Nieproszeni goście, 2020, 558 s.
(premiera: 20.08.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl

Czas na czytanie: „W samym sercu morza” Jojo Moyes

„Zostawiłyśmy wszystko, wszystkich, których kochamy, nasze domy, nasze bezpieczeństwo. W imię czego? Żeby nas napadnięto i nazwano ladacznicą (…)? Żeby przeklęta marynarka wojenna odpytywała nas z przeszłości jak jakieś przestępczynie? Żeby płynąc tak daleko, a na końcu usłyszeć, że cię tu nie chcą? Bo przecież nie ma żadnej gwarancji, prawda?”

Jeśli chodzi o książki idealne na wakacje, bez najmniejszych wątpliwości polecam pozycje Jojo Moyes – przyjemne, babskie, wciągające, zawsze z piękną historią miłosną, sporą dawką girl power i choć odrobiną humoru. Tak jest i tym razem.

Po zakończeniu II wojny światowej Królewska Marynarka Wojenna organizowała transport tak zwanych „wojennych żon” – kobiet, które w czasie wojny wyszły za brytyjskich żołnierzy poza granicami kraju. Najczęściej wykorzystywano do tej misji luksusowe liniowce i wojskowe transportowce, odbył się jednak jeden wyjątkowy kurs – 2 lipca 1946 roku jeden z ostatnich rejsów żon z Australii do Wielkiej Brytanii odbył się na pokładzie lotniskowca HMS Victorious, brała w nim udział babcia autorki. To właśnie w owym czasie, na tym statku Jojo Moyes umieszcza fabułę powieści inspirowanej tymi niezwykłymi wydarzeniami.

Cztery dziewczyny, które dzieli wszystko – od statusu społecznego i majątkowego, przez wiek, doświadczenie życiowe, plany na przyszłość czy wykonywany zawód aż po charakter i wyznawane wartości – w normalnych warunkach nigdy nie miałyby szansy się spotkać. Zadzierającą nosa, rozpieszczoną Avice, niedojrzałą, pełną entuzjazmu Jean, ciepłą i swojską Margaret oraz wycofaną i szorstką w obyciu Frances łączy jednak wspólna kabina podczas rejsu mającego odmienić ich życia.

Rywalizacja, zawiść, strach o przyszłość, nadzieja na lepsze jutro, całkowity brak wpływu na własny los, zależność od nieobecnych mężów, mężczyzn przebywających z nimi na statku i bezmiaru oceanów oraz nawiązywane niepewnie przyjaźnie – ponad 600 młodych kobiet stłoczonych na nieprzystosowanej do tego niewielkiej przestrzeni wojskowego okrętu przez prawie dwa miesiące, traktowanych jak towar, który trzeba dostarczyć do adresata to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Na pewno nie będzie więc nudno! Podczas lektury będziecie świadkami niejednego ludzkiego dramatu, mnóstwa emocji i zaskakujących, jak na takie warunki wydarzeń (jak na przykład wybory miss pięknych nóg, wyrzucanie samolotów za burtę czy wiązanie szalup ratunkowych nylonowymi rajstopami). I gwarantuję, że będziecie kibicować dziewczynom z całych sił podczas tej podróży w nieznane, choć nie koniecznie podczas konkursów piękności.

Zastrzeżenia? Dawno nie widziałam okładki tak nieadekwatnej do treści książki. To historia o trudach i niebezpieczeństwach podróży na okręcie wojennym o bardzo zaawansowanym stopniu zużycia, gdzie widmo i trauma wojny wciąż jest żywe. O samotności i niepewnej przyszłości. Pełna nierozbrojonych bomb, plam paliwa lotniczego i smaru, moralnych dylematów, spoconych mechaników, tropikalnych upałów i piekielnych maszynowni. A na okładce umieszczono uśmiechniętą i w pełni zrelaksowaną babeczkę w niewielkiej łódeczce do pływania po stawie. Jeśli chodzi o okładkę, jestem na nie.

Ale sama książka jest bardzo dobra i świetnie zbilansowana – jest przygoda, jest trudna przeszłość i lepsza przyszłość na horyzoncie, są emocje i nuta romansu. A inspiracja prawdziwymi wydarzeniami tylko dodaje powieści niesamowitości. W końcu najbardziej niezwykłe historie pisze życie.

Jojo Moyes, W samym sercu morza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 544 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.