Czas na czytanie: „Kiedy Pan Piecho gryzie” Brian Conaghan

Z wielką przyjemnością sięgam po kolejne książki dla młodzieży, które są w jakiś sposób „zaangażowane społecznie” – pokazujące świat z nieco innej perspektywy i jednocześnie dopasowane pod względem językowym i sposobem narracji do oczekiwań młodego czytelnika. Są to zatem zazwyczaj książki lekkie, zabawne i z ważnym przesłaniem.

Tego też spodziewałam się po historii Dylana – szesnastolatka z zespołem Tourette’a. I pod pewnymi względami dostałam to, czego oczekiwała, a pod innymi kompletnie mnie zaskoczyła.

DSC_1938.jpg

Przede wszystkim życie z tego rodzaju chorobą okazało się być znacznie bardziej skomplikowane, mogłam to sobie dotychczas wyobrażać. Tourette to nie tylko tiki i przekleństwa wykrzykiwane w niekontrolowany sposób, ale również mnóstwo innych uciążliwych dolegliwości – zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Trochę wstyd się przyznać, ale jestem zszokowana swoją własną ignorancją w tym temacie. Nie da się ukryć, że tak lektura okazała się być dla mnie swego rodzaju nauczką.

Z drugiej strony Dylan, choć postrzega świat w nieco inny sposób, wciąż jest nastolatkiem. Uwielbia piłkę nożną, gra na konsoli, ogląda z mamą powtórki Milionerów, podziwia swojego ojca (który ani trochę na ów podziw nie zasługuje), ogląda się za spódniczkami i wraz z przyjacielem używa skrótów, które rozumieją tylko oni dwaj. I w pewien kompletnie nieadekwatny do swojej życiowej sytuacji sposób nigdy nie traci pogody ducha. Dlatego kiedy przez przypadek udaje mu się podsłuchać wyjątkowo mało optymistyczną lekarską diagnozę, na szczycie jego listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią ląduje stosunek seksualny z najładniejszą dziewczyną w szkole. Co jak się domyślacie może być wyzwaniem. Szczególnie, kiedy nie sposób porozmawiać ze swoim obiektem westchnień nie obrażając go w co drugim zdaniu…

To nie jest historia, którą łatwo mi się czytało. Przede wszystkim ze względu na spoksik wkuperfranc wdechowy język, jakim posługuje się główny bohater snując swoją opowieść. I jak nie sposób nie podziwiać Dylana i jego podejścia do życia, tak szczególne pokłony należą się jednak jego mamie. Bo jak sympatyczny by nie był, nasz młody narrator jest przede wszystkim niesamowicie męczący. A jednocześnie nie sposób nie zapałać do niego sympatią.

Książka pełna sprzeczności, budząca skrajne emocje – od rozbawienia, przez zniecierpliwienie  i zażenowanie, aż po podziw i szacunek.

Brian Conaghan, Kiedy Pan Piecho gryzie, Warszawa: Wydawnictwo YA!, 2019, 383 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa YA!

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Zbrodnia i Karaś” Aleksandra Rumin

Spójrzcie na nagłówek mojego bloga. A potem trochę niżej, na wizerunek kota na okładce, a potem jeszcze raz na nagłówek. To musi być rodzina, chociaż mój Figiel do niczego się nie przyznaje! Tej pogardy wobec świata wymalowanej na kocim pyszczku nie da się podrobić.

Już dla samej okładki musiałam mieć tą książkę na moim uginającym się i łkającym cicho z bólu dźwigania tylu tomiszcz regale! A i czytało się całkiem dobrze.

To pełna absurdów i nawiązań do obecnej (i świeżo przekwitniętej) śmietanki celebryckiej satyra społeczno-uczelniana z trupem w tle.

Mamy tu uczelnię z piekła rodem, jej głodujących absolwentów wybierających ścieżkę kariery menela (albo inne gorzej płatne), patologiczną wręcz kadrę profesorską, kota gardzącego ludźmi, przynajmniej dwie wyjątkowe szuje, ducha w toalecie i tajemnicze morderstwo.

Całą intrygę poznajemy z aż 11 (!) odmiennych perspektyw, według których te same zdarzenia momentami różnią się tak bardzo, jak i sami bohaterowie. Zdecydowanie nie można się nudzić. To elegia dla elastyczności podstawowego instynktu przetrwania absolwentów kierunków humanistycznych i wredny chichot zawrotnej gry losu. A do tego sytuacje tak kosmiczne, że musiały się gdzieś kiedyś zdarzyć (gdzieś, czyli u nas), bo nikt nie byłby w stanie wymyślić czegoś takiego

Nie jest to porywająca książka, którą czyta się jednym tchem. Wręcz przeciwnie – dzięki dużej ilości krótkich, kilkustronicowych rozdziałów jest wyjątkowo dobrze „odkładalna”, co czyni z niej wymarzonego towarzysza komunikacji miejskiej i innych podróży małych i dużych.

Nie wiem, czy tej historii uda się przetrwać próbę czasu – jest tak naszpikowana zawoalowanymi prztykami ściśle powiązanymi ze współczesną sytuacją polityczno-brukowcową, że za kilka lat może być już nieczytelna. Skojarzenia przestaną być tak oczywiste i istniej ryzyko, że cały urok książki może się po prostu wypalić. W końcu gwiazdeczki od fitnessów i zdrowych produktów żywnościowych zwiększające swoją popularność dzięki urodzeniu dziecka, królowe kryminału oraz piramidy finansowe o dwukruszcowych nazwach nie zostaną w pamięci gawiedzi na wieki wieków (amen!). Dlatego też czytajcie szybko, nie ma czasu do stracenia! Bo jednak szkoda byłoby to przegapić.

Aleksandra Rumin, Zbrodnia i Karaś, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.
(premiera 15.03.2019)

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Oczy uroczne” Marta Kisiel

Moja ekscytacja na samą myśl o tej książce była przeogromna, a entuzjazm podczas odbierania przesyłki porządnie wystraszył kuriera. Rzuciłam wszystko i dosłownie pożarłam. A teraz mi żal, że już się skończyło.

Chociaż żeby być zupełnie szczerym, gdzieś w głębi duszy miałam względem tej książki pewne obawy. W porównaniu z historią z Lichotki, „Szaławiła” nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, nie tylko dlatego, że była opowiadaniem (a ja nie do końca umiem w opowiadania), ale jak zwykle nieszczególnie przekonuje mnie kobieta jako główny bohater. Szczególnie, jeśli mości się na zgliszczach opowieści, która skradła mi serce.

Nie da się ukryć, że jednak Konrad jest mi zdecydowanie bliższy i znacznie łatwiej było mi się z nim utożsamiać, niż z waleczną szaławiłą nie do zdarcia. Tak samo, jak wciąż przedkładam kichające anioły nad czorty z wadą wymowy, choć te drugie też są do serca przytul. Ale kiedy wiłę ogarnął słuszny gniew na ludzką głupotę, to aż mną miotało po pokoju. Oj, w tym temacie nie trudno jednak znaleźć między nami kilku podobieństw.

Mimo zmiany obsady, konwencja utworu nie pozwala zapomnieć, że to jednak kolejna część tego samego cyklu. I chociaż Odę lubię troszkę mniej, niż Konrada, a Bazyla troszkę mniej, niż Licho, to jednak wciągnęłam się momentalnie i nie byłam w stanie się oderwać. To równie dobra część, co dwie poprzednie. Wciąż ten sam humor, ten sam klimat i ten sam urok.

W odróżnieniu od wcześniejszych tekstów z tej serii, nie ma tu aż tylu nawiązań do rodzicielstwa i błędów wychowawczych, choć te wciąż się pojawiają. W końcu co ty to była za frajda, gdyby olbrzymi, rogaty demon nie troszczył się o główną bohaterkę niczym przykładna mama kwoka? Tym razem znajdziemy tu więcej na temat poszukiwania siebie i swojej drogi, życiowych wyborach, oraz zmaganiu się z dziedzictwem, wychowaniem i przeszłością. Jest trochę smalenia cholewek i mnóstwo awantur. I pączki. Ale przede wszystkim dość gorzka refleksja nad postępującym brakiem rozsądku i złudnym poczuciem bezpieczeństwa objawiającym się tak popularnym ostatnio ruchem antyszczepionkowym.

Bo jest to przede wszystkim książka o zarazie. Oby nie okazała się prorocza, bo nie wiem, czy znajdzie się jakaś dzielna wiła, która w parze z demonem ocali nas przed kłopotami, które możemy sami na siebie sprowadzić.

Tylko Rocha mi było mało. Ale jak już był, to wymiatał, skubaniec.

Marta Kisiel, Oczy uroczne, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 320 s.
(premiera 13.03.2019)

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Piorun. Czy można mu się oprzeć?” Angel Payne

To się nazywa mieć pecha – jeszcze w styczniu zaliczyć gniota roku. I to nie tak, że sięgając po tą książkę, nie wiedziałam na co się piszę, wręcz przeciwnie! Ja naprawdę lubię od czasu do czasu zgrzeszyć nieszczególnie ambitnym erotykiem – nieco naiwny romans nie wymagający szczególnego skupienia ani dobrej kondycji umysłowej, ale za to gwarantujący lekką rozrywkę i trochę czerwone uszy. Najlepiej, jeśli jest w dodatku potraktowany nieco niepoważnie i „z jajem”. Świetną książką z tego gatunku był na przykład „Pucked” i miałam nadzieję, że „Piorun” będzie do niej nieco podobny, bo (sądząc po opisie) taka fabuła musi być potraktowana ze sporym poczuciem humoru i dystansem.

Niestety.

Pomysł jest tragicznie absurdalny – łączy w sobie eksperymenty genetyczne i tworzenie superbohaterów o świecącej spermie (Edward, czy to ty?) oraz romansowanie z przystojnym szefem. I wszystkie te elementy potraktowane są zupełnie poważnie.

Do tego językowo jest gorzej, niż w Greyu. Serio, nie sądziłam, że to możliwe. A to już kompletny gwóźdź do trumny, po zamiast rumieńców na policzkach czułam głównie zażenowanie. Jeśli dodamy do tego płytkich, nie reprezentujących sobą niczego poza popędem bohaterów, akcję jak z sensacyjnego filmu klasy Z i puentę w stylu Paolo Coelho o tym, że każdy ma prawo do szczęścia wygłoszoną patetycznym tonem na środku imprezy (oczywiście wszyscy klaszczą), to zyskamy kompletne dno. I pięć metrów mułu.

Bardzo się starałam, ale niestety nie znalazłam tu nic, co zasługuje na komplement. Chyba jeszcze mi się to nie zdarzyło. A jedynym plusem tej książki jest objętość mniejsza niż 300 stron.

Dla potwierdzenia swojej smutnej tezy zabawię Was kilkoma cytatami, trzymajcie się mocno:

„Jego pięści wyglądają jak brutalne węzły na końcach umięśnionych lin”.

„Jego piękno – naprawdę nie da się tego inaczej nazwać – to zaledwie niewielki odprysk tego, co czuję. Doświadczam go. Czy powietrze buzuje? Czy każdy oddech próbuje rozerwać mi płuca? Czy moje zakończenia nerwowe nastawiły się na wyższą częstotliwość?
Obecność. Aura. Tajemnica”.

I tak przez prawie 300 stron…

„Musze walczyć z wizjami, jakby to było: skoczyć na niego, otoczyć udami jego umięśnione biodra i wpasować się każdym minimetrem złaknionej szczeliny na jego nabrzmiałe….”.

„Obserwując ją czuję się jakbym po raz pierwszy widział wieżę Eiffla albo Tadż Mahal. Nigdy już nie spotka mnie podobny moment, pełen zdumienia, pozbawiający tchu…
Ściskający mnie centralnie za jaja.
Ściskający. Chwytający. Łomoczący.”

„Doprowadzona do doskonałości sztuka walenia konia również nauczyła mnie paru rzeczy, na przykład tego, że moja sperma świeci teraz jak odpad nuklearny, kiedy wiruje w odpływie prysznica”.

Nie, to nie wirowanie tak na nią wpływa.

„Mój mózg protestuje przy każdej sylabie [MÓJ TEŻ!], ale każda komórka mojego ciała i ducha pędzi ku temu. By pochwycić klejnot pożądania stworzony w jaskiniach przeznaczenia w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzeliśmy sobie w oczy”.

„Jego warkot to moja tratwa w tej powodzi, moja ucieczka przed potępieniem. Jesteśmy parą upadłych aniołów, które torują sobie ścieżkę pomiędzy gwiazdami ogniem pieprzenia”.

Co tu się właściwie stało? Jak to możliwe, że nie tylko ktoś to wydał, ale w dodatku uznał za dobre na tyle, by przetłumaczyć i wydać za granicą?

Pannie Emmalinie i jej złaknionej szczelinie lepiej już podziękujmy.

Angel Payne, Piorun. Czy można mu się oprzeć?, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 296 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: „Twarzą w twarz” Agata Suchocka

Na drugą część cyklu „Daję Ci wieczność” czekałam potwornie długo (tak naprawdę tylko rok, ale i tak zdecydowanie zbyt długo!). I pierwszą moją reakcją było „dlaczego ta książka jest taka cienka?!”. Okazje się jednak, że rozmiar faktycznie nie zawsze ma znaczenie, a i cienka książka potrafi usatysfakcjonować. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Po tragicznym zakończeniu „Woła mnie wieczność” nie ma innej opcji – potrzebna była zmiana narratora. Lothar Mintze – dziki, nieokiełznany hedonista, tak różny od swojego refleksyjnego ukochanego, zmuszony będzie przewartościować swoje dotychczasowe zachowanie. Niedojrzały kilkusetletni młokos zakochany w postępie i technicznych nowinkach zaniedbania i zainteresowanie wyłącznie czubkiem własnego nosa wyrzuca sobie dopiero po tragedii.

Porzucony, samotny, targany wyrzutami sumienia i pogrążony w żałobie Lothar nie jest już tak imponującym widokiem. Aż chce się powiedzieć, że dostał dokładnie to, na co zasłużył, a jednak nie sposób mu nie współczuć. W końcu wszyscy wiemy, że dorastanie to nic przyjemnego.

Co oczywiście nie znaczy, że się zmieni, będzie po prostu gotowy po raz kolejny popełniać te same błędy. I chyba właśnie za to go kochamy.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, „Twarzą w twarz” nie emanuje już tym hipnotyzującym magnetyzmem, co pierwszy tom. Jest mniej brutalności, fascynacji nowym i seksu. Więcej natomiast autorefleksji i ludzkich emocji, jak strach, czy tęsknota. Jak pierwszy tom był uleganiem namiętnościom, tak drugi jest radzeniem sobie z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.

Pojawiają się nowe miejsca i nowi bohaterowie, a każdy z nich ma swoją historię.

Miłosne intrygi, sojusze, bezwzględne morderstwa, zauroczenia, pożądanie, muzyka, miłostki i sprowadzanie śmiertelników na manowce – tego oczywiście nie mogło zabraknąć.

Warto było czekać. Ale niestety „Twarzą w twarz” tylko zaostrza apetyt na kolejne części cyklu.

Anna Suchocka, Twarzą w twarz, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 255 s.

Czas na czytanie: „Przeklęci Święci” Maggie Stiefvater

Swego czasu Maggie Stiefvater zapewniła sobie moje dozgonne uwielbienie swoim Kruczym Cyklem, który był chyba jedyną serią, podczas czytania której towarzyszyły mi podobne emocje, co lata temu podczas pierwszego spotkania z Harrym Potterem. Magia.

Dlatego też mam do niej wielki kredyt zaufania, i kiedy sięgnęłam po „Przeklętych Świętych” spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze. I pod pewnymi względami się nie zawiodłam, aczkolwiek to, co tak porwało mnie w opowieści o Kruczych Chłopcach tutaj pojawiło się dopiero pod koniec, bo tak naprawdę wciągnęłam się bez pamięci dopiero na ostatnie sto stron. I teraz żałuję, że jednak nie przyłożyłam się wcześniej!

dsc_1665

To książka kipiąca symbolizmem na granicy nonsensu, z postaciami obdarzonymi Charakterami przed duże Ch.

Pustynia, stada sów i meksykańscy imigranci.

Soriowie to bardzo specyficzna rodzina – każdy z jej członków rodzi się Świętym obdarzonym zdolnością czynienia cudów. Brzmi cudownie, prawda? Przynajmniej dopóki nie dowiemy się na czym dokładnie te cuda polegają. A chociaż pomagają zwalczyć wewnętrzny mrok, nie jest to wcale spacer po łące.

Głęboko wierzący, zakochany święty, młody gniewny, genialna dziewczynka bez uczuć, pracowity chłopiec z dziurą w sercu, ich poturbowana zdarzeniami z przeszłości rodzina, tłum pątników stanowiących śmiertelne zagrożenie i piracka radiostacja na dokładkę. Przez tych ledwie trzysta stron będziemy mieli szanse poznać ich na wskroś – dowiemy się przez co przeszli, o czym skrycie marzą i czego najbardziej się boją. Dowiemy się też w jak wielkie wpakowali się tarapaty. Bo mrok nieubłaganie wyciąga swoje macki po każdego z nich. I wcale nie zapowiada się, że będzie „cudownie”.

Ze względu na konstrukcję trudno do niej przywyknąć, przez większość czasu ją „męczyłam” jednocześnie doceniając. Przerysowana, momentami absurdalna i jednocześnie bardzo, bardzo prawdziwa.

Książka o miłości, szwankującej komunikacji międzyludzkiej, paraliżującym strachu o dobro bliskich, samotności w tłumie, olbrzymiej potrzebie niesienia pomocy i pokonywaniu własnych demonów. I przede wszystkim o tym, że nie wszystkie demony trzeba przegonić samemu.

Robi wrażenie. Ale żeby poczuć ten klimat, trzeba spróbować poczuć go na własnej skórze.

Maggie Stiefvater, Przeklęci Święci, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 303 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Weź się ogarnij. Ćwiczenia dla ogarniętych inaczej” Pani Bukowa

Już strasznie dawno temu zdążyłam polubić się z Panią Bukową. Najpierw dzięki śmiesznym obrazkom w internetach, a następnie za pośrednictwem jej pierwszej książki – pierwszego na świecie poradnika, którego nie negowałam od pierwszej do ostatniej strony. Pani Bukowa jest tak cudownie NORMALNA, wyluzowana i hedonistycznie leniwa, że zazdrość od czasu do czasu kąsa mnie w boczki. Jestem przekonana, że każdy chciałby być Panią Bukową, choć by od czasu do czasu. A że jej pierwsza książka sprawiła, że uśmiałam się jak norka, z przyjemnością wyciągnęłam rękę (chociaż to strasznie męczące zajęcie) również po tą. Nawet mimo podtytułu zawierającego groźne słowo „ćwiczenia”.

Spodziewałam się czegoś w rodzaju zeszytu z umysłowymi łamigłówkami, jak krzyżówki, wykreślanki i inne motywujące cytaty, tylko w znacznie zabawnej formie, niż zwykle, bo w końcu Bukowa zobowiązuje. Jako, że od zakończenia studiów nie wypełniłam nawet jednego hasła w krzyżówce, niemalże mnie to odstraszyło. Na szczęście niemalże.

Bo w pewnym stopniu miałam rację – znajdziemy tu całkiem sporo „zabijaczy czasu”, jak krzyżówki, psychotesty bardzo nie na poważnie, czy inne bazgrolniki (można na przykład wymyślać i rysować nowe pozycje leżenia na kanapie, czy szukać w wykreślance nazw zdrowych produktów żywnościowych pośród czekolady, pizzy i wina). Ale przede wszystkim mamy tu wielką dawkę inspirujących małych przyjemności. Takich, o których często zapominamy, a na jakie naprawdę od czasu do czasu po prostu zasługujemy. I jeśli tego rodzaju lektura natchnie nas do poleżenia raz na jakiś czas na podłodze i kontemplacji sufitu albo porządnego wyspania się, to uważam ją za lekturę obowiązkową!

Nie każde zadanie skradło moje serce, ale wiele z nich przyprawiło mnie o szeroki wyszczerz. Jest zabawnie, jest bezkompromisowo i bez spiny. Na temat spania, jedzenia, sportu, sprzątania, książek i odpoczynku (wiedzieliście, że koszykarstwo, to wrzucanie lodów do koszyka na zakupy?). Jest bardzo w stylu Pani Bukowej.

A jeśli lubicie podczas zalegania na kanapie skupić wzrok i ręce na czymś sympatycznie niezobowiązującym, nie generującym żadnej presji i nie wymagającym szczególnego wysiłku umysłowego, to „Weź się ogarnij” z pewnością będzie trafionym wyborem.

Pani Bukowa, Weź się ogarnij, Kraków: Wydawnictwo Flow Books, 2019, 208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Zabójcza biel” Robert Galbraigh

Jeśli chodzi o kryminały, zdecydowanie jestem laikiem, zauważyłam jednak, że ostatnimi czasy coraz częściej po nie sięgam. Serię o Cormoranie Strike’u czytam w miarę na bieżąco i bardzo cenię fakt, że po niemalże dwóch latach od poprzedniej części nie muszę przypominać sobie dokładnie fabuły wcześniejszych książek. Mimo, że miniowe wydarzenia są wspominane i mają bezpośredni wpływ na sytuację bohaterów w czwartym tomie, jest to na tyle subtelne, by nie zmuszać czytelnika do usilnego przypominania sobie wyrywkowych faktów, o których czytał lata wcześniej.

Są śluby, rozwody, wielkie powroty byłych ukochanych i praca pod przykrywką. Są ciekawostki z życia koni, polityka, olimpiada i snobistyczne elity. Jest toksyczny związek, brak pewności siebie, trauma i ukrywanie problemów. Są zuchwałe, niezwykle pomysłowe morderstwa, porwania, nocne rozkopywanie grobów w głębi lasu i zbrodnie sprzed lat. A mimo to ta część wydaje mi się jakoś mniej makabryczna od ostatniej i to dla mnie spory plus, bo chyba jednak jestem większą fanką intelektualnej rozgrywki, w której to wszystkie zbierane po drodze poszlaki składają się w jedną całość, niż dokładnego opisu rozkładu zmasakrowanych zwłok. Chociaż zapewne jedno nie wyklucza drugiego.

Podsumowując, ciągle coś się dzieje, a urozmaicona tematyka nie pozwala się nudzić ani przez chwilę. Ponadto to jeden z tych kryminałów, które wciągają od pierwszych stron i nie potrzeba kilku rozdziałów na „wczucie się” – może dlatego, że to już kolejna część cyklu, a może wszystko zależy od stylu pisania. Wyraziści bohaterowie, odrobina poczucia humoru i świat, którego zupełnie nie znam – dla mnie tyle wystarczy, by dobrze się bawić. Zwłaszcza, że ponad 600 stron czyta się błyskawicznie.

Jakiś minus? W tej części było dla mnie trochę za dużo Robin, a za mało Cormorana – może dlatego bohaterka w pewnym momencie zaczęła nieco grać mi na nerwach. Na szczęście nie tak bardzo, żebym zdołała ją znielubić. Nieszczególnie podoba mi się też okładka, jakoś poprzednie trzy bardziej do mnie przemawiały.

Robert Galbraith, Zabójcza biel, Poznań: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2018, 647 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Czas na czytanie: „Filary Świata” Anne Bishop

To moje najpierwsiejsze spotkanie z tą całkiem płodną (rany, ile mnie czeka nadrabiania!) autorką i przyznaję uczciwie, że po „Filary Świata” sięgnęłam zupełnie w ciemno. No bo elfy. W końcu Piękny Lud już podobno tak ma, że zwykłemu szaremu śmiertelnikowi trudno mu się oprzeć.

dsc_1629

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tak wciągającej książki. Kiedy zaczynamy czytać fantastykę często niełatwo się połapać we wszystkich imionach, miejscach, stworzeniach i możliwościach. A w tym przypadku mam wrażenie, że od samego początku po prostu weszłam do świata autorki, rozejrzałam się i wsiąknęłam w jego realia. A te pełne są skrajności. Jest piękno magii, szczególnie tej wynikającej ze związków z naturą, średniowieczne tortury, skrajny seksizm, barbarzyństwo inkwizycji i zadufana w sobie rasa panów. Jest prześladowanie, śmierć, mnóstwo seksualnej magii i głębokie pragnienie miłości. Jest strach, samotność  i niezrozumienie. Jest ciemnota i rozprzestrzeniająca się plaga idei pożerającej świat. Dosłownie.
W końcu są i nadzwyczajnie mądre konie.

Pogardzany w dzieciństwie Adolfo (jak subtelnie), skrzywdzony przez bliską osobę postanawia dokonać eksterminacji całego gatunku. A nawet więcej – chce całkowicie wykorzenić magię ze świata ludzi. I zabiera się za to ze sporym rozmachem.

Tylko hekatomba tego rodzaju jest w stanie zwrócić uwagę zarozumiałych Fae z Tir Alainn nie dostrzegających zazwyczaj niczego poza końcami swoich zgrabnych nosów.

A w opuszczonej chacie w głębi lasu, osamotniona młoda wiedźma, zupełnie nieświadoma nadciągającego zargożenia wdaje się w romans nie z tej ziemi. Tylko czy cudowny kochanek z innego świata jest w stanie ofiarować jej to, czego pragnie?

Podsumowując: dostałam trzymającą w napięciu (a jest to napięcie bardzo różnego rodzaju – od elektryzująco erotycznego, aż po lodowatą grozę), magiczną, momentami brutalną, zamkniętą historię o pięknej miłości, przyjaźni i poświęceniu. A to dopiero pierwsza część trylogii. Nie sposób nie być ciekawym kolejnych tomów.

Jak zwykle nieszczególnie podoba mi się okładka (wiem, pod tym względem jestem straszną marudą), ale za to wielkie brawa za blurb. Nie ukrywam, że unikam czytania opisów na tylnej okładce, bo zazwyczaj nie mają za wiele wspólnego z faktyczną treścią, składają się z pisanych na zamówienie ochów i achów sygnowanych znanymi nazwiskami albo wręcz zawierają spoilery i zwykle zyskują skutek odwrotny do zamierzonego zniechęcając do lektury. A ten jeden naprawdę się wyróżnia i w zupełności wystarczy, by przyciągnąć czytelnika.

Anne Bishop, Filary Świata, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 525 s.