Czas na czytanie: „Pieśń słowika” Agata Suchocka

Odczuwam potrzebę umieszczenia ostrzeżenia, że recenzowana książka jest skierowana do dorosłego czytelnika, zawiera graficzne sceny seksu, przemocy oraz tematykę, która może być odbierana jako kontrowersyjna.

„Pieśń słowika” to trzecia część wampirycznej serii Agaty Suchockiej i jednocześnie zupełnie osobna historia, dzięki czemu łatwo było czytać ją nawet po kilkuletniej przerwie od lektury poprzedniego tomu – szczegóły z dwóch pierwszych części nie są nam tu zupełnie potrzebne.

Tym razem opowieść dotyczy bohaterów, którzy w „Woła mnie ciemność” i „Twarzą w twarz” pełnili rolę poboczną – Arapaggia i Aleksandra oraz Józefiny której nie lubię, nie polubię i przez którą miałam momenty, w których myślałam, że nie doczytam tej książki. To chyba jednak z założenia nie jest postać, która ma się lubić.

Historia toczy się dwutorowo. Akcja fabuły „współczesnej”, zatytułowana „Królowa nocy”, dzieje się we Wiedniu pod koniec drugiej wojny światowej (Lothar i Armagnac szukają wówczas swojego mentora i  ten wątek pojawia się fragmentarycznie również w tej powieści) i przeplata się ze wspomnieniami początków znajomości Arapaggia i Aleksandra z Neapolu, kiedy Uccelino był początkującym śpiewakiem operowym.

Cykl „Daję Ci wieczność” z pewnością nie należy do łagodnych ani poprawnych politycznie – to książki zdecydowanie o charakterze guilty pleasure – patetyczna i egzaltowana harlequinowa fantazja na temat wampirów pełna seksu, krwi i mordowania z pewnością byłaby wodą na młyn dla Freuda. Na szczęście w dzisiejszych czasach erotyki w klimacie horroru nikogo raczej nie dziwią.

I tym razem autorka sięga po kontrowersję – dla odmiany jest nią status oraz przede wszystkim życie seksualne XVII-wiecznych kastratów i może wstyd się przyznać, ale właściwie nie wiedziałam, że takowe było w ogóle możliwe. Zawsze myślałam, że tego rodzaju obniżenie poziomu testosteronu uniemożliwia odczuwanie podniecenia seksualnego i występowania fizycznych reakcji ciała. Niestety nie trafiłam dotychczas na żadne źródła, by doczytać więcej w temacie wpływu kastracji na seksualność poza aspektem reprodukcyjnym. Nie znam się na tym i nie do końca potrafię stwierdzić, czy te wszystkie orgazmy i entuzjastyczne stosunki to jedynie fantazja literacka. Osobiście traktuję ją jako taką.

Niemniej jednak tym razem pojawia się wątek, który i mnie odrzuca – romantyzowanie przemocy. Mamy tu do czynienia z toksyczną relacją pełną zazdrości, zaborczości, potrzeby kontroli i brutalnych zachowań, od bicia aż po gwałty. I to jeszcze było dla mnie do przyjęcia, póki wierzyłam, że fabuła dąży do wyciągnięcia odpowiednich wniosków z takiego zachowania i że bohatera, po latach tęsknoty za ukochanym, czeka pewna przemiana. I tutaj UWAGA SPOILER – nie dąży i nie czeka. Wręcz przeciwnie, to ofiara (nie tak oczywiście niewinna, jak mogłaby być) poddaje pod wątpliwość swoją decyzję o ucieczce od przemocowca. I to jest już dla mnie niestety za dużo, a książka zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do granicy bycia „szkodliwą”. Bardzo liczę, że ta historia znajdzie jednak swoje rozwinięcie w kolejnych tomach, bo mimo całej mojej sympatii do tej pary, takie wnioski po lekturze wzbudzają we mnie niesmak.

Lubię klimat tej serii i jej bohaterów oraz samą wizję wampira, ale ze wspomnianych wcześniej powodów tym razem brakowało mi magnetyzmu, tak charakterystycznego dla pierwszej części i refleksji. Patrząc całościowo ten tom podobał mi się najmniej, choć niemalże do końca czytałam go raczej z przyjemnością. Niedługo ukaże się czwarta część cyklu, jestem bardzo ciekawa w którą stronę potoczy się akcja.

Anna Suchocka, Pieśń słowika, Chorzów: Wydawnictwo Videograf, 2021, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Videograf.

Czas na czytanie: „Red, white & royal blue” Casey McQuiston

Witamy w równoległym wszechświecie, w którym prezydentką USA jest nie tylko kobieta z Teksasu, ale również była żona meksykańskiego imigranta. Czy w takim przypadku potrzeba jeszcze dodatkowych skandali? Tuż przed kolejnymi wyborami?

Z drugiej strony cóż to za polityka bez medialnej dramy? Kiedy Alex – nastoletni syn prezydentki marzący o zostaniu najmłodszym kongresmenem w historii – na weselu następcy tronu, w wyniku przepychanki ze znienawidzonym księciem Henrym, wpada z nim prosto w tort za miliony monet, międzynarodowy skandal jest już blisko. I trzeba będzie zrobić wszystko, by załagodzić sytuację. Czy z konieczności udawania zażyłej przyjaźni „pod publiczkę”, między najważniejszymi nastolatkami dwóch mocarstw może wyjść coś dobrego?  Na przykład nieheteronormatywny romans, który trzeba będzie ukrywać przed całym światem?  

W końcu dlaczego by nie zakochać się w swoim największym wrogu w najgorszym możliwym czasie?

Ten tytuł kojarzy mi się trochę z czytanym w dzieciństwie „Pamiętnikiem Księżniczki”, tyle że w tęczowej wersji i chyba jednak dla nieco starszego czytelnika, bo poruszającego trochę trudniejszą problematykę. Mamy tu jednak i spełnienie amerykańskiego snu „od dziecka imigrantów do Pierwszego Syna Ameryki” i bajkową miłość i cukierkowy happy end.

Żeby jednak nie było aż tak niefrasobliwie, znajdziemy tu również tematykę dyskryminacji na różnych polach, poznawania siebie i odkrywania swoich pragnień, ogromnej roli wsparcia ze strony rodziny, żałoby po śmierci najbliższych, potrzeby szczerości (zarówno z innymi, jak i z samym sobą) w świecie pełnym kłamstw i konwenansów, podejmowania własnych decyzji i mierzenia się z ich konsekwencjami, rozwodu rodziców, a nawet wykorzystywania seksualnego. A wszystko to wśród skomplikowanych meandrów amerykańskiej polityki i pod złym okiem konserwatywnej Królowej Babci.

Jak sama autorka pisze w posłowiu, ta książka miała być nieco ironiczną ucieczką łagodzącą szok związany z kierunkiem, w którym zaczął zmierzać świat. Skręcającą w kierunku utopii fantazją „ku pokrzepieniu serc”. I chociaż nie można odmówić jej naiwności i (przynajmniej na ten moment) braku realizmu, faktycznie spełnia swoją funkcję. Jeśli tylko nie będziemy traktować jej zbyt poważnie, a jedynie cieszyć się historią o bajkowej miłości zdolnej pokonać wszelkie przeciwności losu, łączącej narody, łagodzącej obyczaje i godzącej zwaśnionych członków rodziny, to pozostawi w nas z tym charakterystycznym ciepłem w klatce piersiowej i niewielkim uśmiechem – trochę pobłażliwym, ale bardziej jednak rozczulonym.

Sympatyczny, lekki i przyjemny romans ze sporą dawką autoironicznego poczucia humoru, które tak cenię.

Casey McQuiston, Red, white & royal blue, Warszawa: Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, 2020, 476 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Druga szansa” Katarzyna Berenika Miszczuk

Julia budzi się po wypadku w dość niestandardowym ośrodku psychiatrycznym. Nie pamięta niczego ze swojego życia ani pożaru, w którym podobno zginęła cała jej rodzina. Mimo obietnic personelu utracone wspomnienia nie powracają, pojawiają się natomiast upiorne wizje i nawołujące ją głosy rodem z horrorów. Czy oniryczna, coraz bardziej koszmarna rzeczywistość to efekt halucynogennych leków, urazu głowy, postępującej choroby psychicznej, a może podejrzana terapeutka nie mówi Julii całej prawdy? Jak to możliwe, że w ośrodku zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a poznany w nim chłopak wydaje się dzielić omamy bohaterki?

Nie potrafię określić w czym dokładnie leży problem tej książki – może brakowało mi bardziej plastycznych opisów, może kompletny brak sympatii do głównej bohaterki nie pozwalał mi uczestniczyć w jej rozchwianych emocjach i poczuciu zagubienia, a może sposób prowadzenia narracji był zbyt leniwy i mało emocjonujący – ale przez większą część lektury ta historia zupełnie mnie nie porwała. Brakowało mi tego dreszczyku nie pozwalającego odłożyć książki ani na moment i każącego siedzieć jak na szpilkach, bo „co będzie dalej, co będzie dalej”, wręcz przeciwnie – kolejne naiwne podejrzenia i posunięcia bohaterki budziły we mnie raczej zniechęcenie, niż chęć poznania dalszego ciągu. Z drugiej strony pogłębiające się wizje sprawiały raczej groteskowe, niż straszne wrażenie.

Drażniło mnie oderwanie książkowych realiów od rzeczywistości – niestety nie w formie prześladującego czytelnika przeczucia „dzieje się tutaj coś dziwnego, zaraz z szafy wyskoczy jakiś szkielet”, a raczej w formie ignorowania podstawowych zasad. Na przykład pozostawianie przyjmowania psychotropów w gestii pacjenta (wyobrażacie sobie zostawienie pacjentowi całej fiolki leków? Nie tylko niezrównoważonemu psychicznie, ale jakiemukolwiek? Przecież w szpitalach nawet paracetamol i czopki glicerynowe wydają pojedynczo i pod kontrolą lekarza!), psychiatrę zwracającego się do pacjentki słowami „Co ty bredzisz?” czy mocno zaburzonych pacjentów poruszających się po terenie ośrodka bez żadnej kontroli. Terenie zalesionym i z jeziorem pośrodku.

Niemniej jednak samo zakończenie, choć dla mnie bez „efektu wow”, okazało się całkiem ciekawa koncepcją – zarówno pod względem wytłumaczenia stanów psychicznych bohaterki, jak i niepozbawionej fantastycznej niesamowitości historii ośrodka – i to ono niewątpliwie ratuje całą książkę.

Największym plusem, poza rozwiązaniem zagadki, była postać Edytki – autystycznej córki właściciela ośrodka, której niepokojące zachowanie robiło zdecydowanie większe wrażenie niż wszystkie ośrodkowe koszmary. Moim zdaniem to jedyna dobrze wykreowana postać tej książki.

Największym minusem natomiast okazał się płaski, wymuszony wątek romantyczny, przypominający bardziej napastowanie (raz z jednej, raz z drugiej strony), niż relację opartą na emocjach i wspólnych doświadczeniach.

Podsumowując – pomysł dobry, wykonanie takie sobie. Trochę thriller psychologiczny, trochę horror, a jednak nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.

Niemniej jednak bardzo chętnie obejrzę serial inspirowany powieścią. Wydaje mi się, że dobrze przygotowana warstwa wizualna może poprawić niedociągnięcia książki i faktycznie zmienić groteskowe w straszne i nudnawe w intrygujące. Wiążę z nim spore nadzieje!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Młodzi Tytani. Beast Boy” Kami Garcia, Gabriel Picolo

To zdecydowanie moja ulubiona część cyklu powieści graficznych DC 13+, ale może dlatego, że wciąż jeszcze nie czytałam tomiku poświęconego Raven. Nie da się ukryć, że chociaż od zawsze byłam #teammarvel, to jednak serial „Teen Titans” z lat 2003-2007 to kawał mojego dzieciństwa i jedna z najlepszych rzeczy na Cartoon Network. Lubiłam go chyba na równi z „X-Men: Evolucja”.

Zawsze lubiłam uśmiechniętego Bestię – klauna i psotnika, tym bardziej cieszy mnie historia, w której gra pierwsze skrzypce. Szczególnie w tak fenomenalnej oprawie graficznej, bo ilustracje są bardzo w moim stylu – zarówno pod względem kreski, jak i kolorystyki.

Siedemnastoletni Gar ma dość bycia najniższym i najbardziej cherlawym chłopakiem w liceum. Nic dziwnego, że szkolna elita, wraz z największa pięknością, omijają go szerokim łukiem i zbywają żartami. Niezależne podejmowanych od starań – ćwiczeń i diet – uparcie nie rośnie i nie mężnieje. Aż do momentu, kiedy decyduje się, wbrew woli i wiedzy rodziców, odstawić przyjmowane od dziecka suplementy. Szybko odkrywa, że poza nadzwyczajnym skokiem wzrostu zaczynają dziać się z nim dziwne rzeczy…

Jak zwykle w tej serii, poza wciągającą przygodą i piękną kreską pojawiają się też ważne dla nastolatków tematy. W tym przypadku to – poza oczywistą pogonią za popularnością i pragnieniem bycia zauważonym przez „fajne dzieciaki” – problem z akceptacją swojego ciała (super, że pokazany z perspektywy chłopaka – to zdecydowanie rzadziej spotykane!), troska o los zwierząt (wegetarianizm, sprzeciw wobec prowadzenia eksperymentów na zwierzętach, pomoc w schronisku), zdradzone zaufanie względem rodziców czy problemy z nauką.

Kolejnym atutem jest bardzo fajnie i mądrze przedstawiony wątek prawdziwych przyjaciół – może nie należących do najpopularniejszych ludzi w szkole, ale zawsze wspierających i gotowych do pomocy – nawet kiedy zaczynają od zmycia głowy.

Świetnie się czyta zarówno pod względem fabuły, jak i uczty dla oczu. Bardzo liczę na resztę Tytanów!

Kami Garcia, Gabriel Picolo, Młodzi Tytani. Beast Boy, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 184 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Czas na czytanie: „Bezgwiezdne morze” Erin Morgenstern

Książka, która zachwyciła mnie od pierwszych stron, znużyła w połowie i udobruchała zakończeniem.

„Bądź dzielna (…). Bądź odważna. Nie bój się głośno mówić. Nigdy się nie zmieniaj, chyba że dla samej siebie (…). Nie trać czasu na nikogo, kto ci nie wierzy, kiedy mówisz, co czujesz”.

Cudownie napisana, od pierwszych zdań obiecuje wyjątkową przygodę i, co jeszcze ważniejsze, spełnia tą obietnicę.

Zachary Ezra Rawlins jest synem wróżbiarki, trochę odludkiem, fanem wymyślnych drinków, studentem „gier komputerowych” i zapalonym bywalcem biblioteki. Aż do dnia, w którym dowiaduje się, że jest także bohaterem niebanalnej opowieści. Tym bardziej niesamowitej, że dziejącej się naprawdę. O ile tylko zdecyduje się wziąć w niej udział.

„(…) jest wyznawcą słuchania z zapartym tchem opowieści, ekstazy z dzwonieniem w uszach na przeciągających się do późna koncertach i perfekcyjnych kombinacji przycisków w walkach z bossami. Że jego religia jest pod ciszą warstwy świeżego śniegu, w skrupulatnie sporządzonym koktajlu, między stronami książki gdzieś za początkiem, ale jeszcze przed końcem”.

Zdumiewająca kraina nad Bezgwiezdnym Morzem to prawdziwy raj dla bibliofilów, pełen nawiązań do najulubieńszych powieści, gdzie każdy szczegół to jest mrugnięciem oka w kierunku czytelnika. Gdzie baśnie mają własne życie, a życie jest baśnią i wszystko to przeplata się wzajemnie w ogromną fantasmagorię pochłaniającą bohaterów w całości i nieoddającą ani kosteczki. Gdzie tajemnica goni tajemnicę, inkluzywne mistyczne stowarzyszenia czekają na rozszyfrowanie, śmiertelnie groźni wrogowie depczą po piętach, a widmo zagłady wisi nad światem (jakże by inaczej?). Gdzie w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przewidzieć kolejnych zdarzeń, a co krok czeka nowe zaskoczenie.

Był jednak moment (mam silne podejrzenia, że autorsko zamierzony), kiedy tułaczka po tym niesamowitym świecie – choć coraz trudniejsza i potworniejsza, obfitująca w dramatyczne zwroty akcji – zaczęła mnie nużyć. Przyszedł moment, kiedy cały ten miód baśniowości zaczął mnie dławić i ulewać mi się uszami i chciałam już tylko jak najszybciej znaleźć wyjście z tej króliczej nory. W końcu jak to mówili w świecie Wiedźmina – każdy sen, nawet ten najpiękniejszy, zbyt długo śniony w końcu musi się zmienić w koszmar. Każda historia potrzebuje swojego finału, a każdy świat fantazji trzeba kiedyś opuścić, choćbyśmy nie wiem jak bardzo zżyli się z bohaterami. I Erin Morgenstern daje nam opowieść, która rozpaczliwie dąży do zakończenia.

„Finały nadają sens opowieściom”.

Zdecydowanie fantastyka, ale w kierunku baśniowej, romantycznej niesamowitości. Bardzo magiczna, niesamowicie erudycyjna, ze sporą rolą bibliotekarsko-detektywistycznego śledztwa i szczyptą romansu. Bo co to za opowieść bez romantycznego wątku? W końcu wszystkie historie tak naprawdę są o miłości.

„Dziwne, prawda? Kochać książkę. Kiedy wyrazy na stronie stają się tak ważne, jakby były częścią twojej własnej historii, którą zresztą są”.

I jeszcze ostatnie przemyślenie, które dotarło do mnie właściwie dopiero trochę po lekturze, a w sumie bardzo to doceniam – mianowicie główni bohaterowie są homoseksualni. I ten homoseksualizm został tu potraktowany jako fakt, a nie temat, czy problem. To chyba pierwszy raz, kiedy czytałam książkę, w której osoby nieheteronormatywne zostały potraktowane tak naturalnie – bez związanych z tym dramatów, zmagania się z nietolerancją i przeciwnościami losu, odkrywania tożsamości czy własnej wartości – po prostu jak każda inna książkowa para. Orientacja seksualna nie wybija się ponad ich charaktery, i nie dominuje nad opisanymi przygodami. Właściwie nie ma znaczenia, jest tylko jedną z wielu cech postaci. Śmiem rzec, że tą mniej znaczącą.

Mam nadzieję, że niedługo przyjedzie nam żyć w czasach, w których nie będzie to niczym odmiennym ani zaskakującym. Czego życzę Wam i sobie.

Erin Morgenstern, Bezgwiezdne morze, Warszawa: Wydawnictwo Świat Książki, 2020, 608 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Bajki Majki: „Pozytywka. T. 2: Sekret Cypriana” Gijé, Carbone

O pierwszym tomie serii przeczytacie TUTAJ.

Ośmioletnia Nola nie może przestać myśleć o fantastycznym świecie ukrytym we wnętrzu pozytywki. Dzięki niemu może dowiedzieć się więcej o zmarłej mamie, w końcu jest teraz powierniczką jej tajemnicy i przejęła po niej obowiązek ochrony Pandorii. Dlatego też kiedy tylko nadchodzi okazja, ponownie przenosi się do tej zagadkowej krainy.

Tym razem trafia w sam środek tłumnej, festiwalowej uroczystości z okazji rocznicy panowania pandoriańskiego króla Hektoriana I. Na szczęście jej nowi przyjaciele wychodzą jej naprzeciw i pomagają trafić do bezpiecznego domu oraz znaleźć sposób na ukrycie się wśród miejscowych. Nola ma szansę poznać kolejną osobę, która przyjaźniła się z jej mamą – zielarza Antona, który oprowadzi ją po swojej pełnej dziwów szklarni i zaprosi na zbiory liści mandragory. Przy okazji wspólnie odkryją zuchwałą kradzież – jak się okazuje, to już kolejna z kolei stracona roślina.

Kto okrada Antona i dlaczego wybiera takie, a nie inne rośliny? Czy to wydarzenie ma coś wspólnego z królewską paradą? Czy po raz kolejny uda się zapobiec tragedii? Przekonajcie się sami!

Drugi tom bajecznie kolorowego komiksu dla młodszych czytelników trzyma w napięciu i pozwala dowiedzieć się nieco więcej o tym świecie. Przy okazji podejmuje ważne dla dziecka tematy, jak zastraszanie i wykorzystywanie młodszego dziecka, przez większych i silniejszych „starszaków” oraz pokazuje prawidłowy sposób zachowania się w takiej sytuacji – zawsze najlepiej opowiedzieć o tym rodzicom, by wspólnie znaleźć rozwiązanie. Kto wie, może przy okazji uda się  zniweczyć podły spisek i uratować życie króla?

Gijé, Carbone, Pozytywka. T.2: Sekret Cypriana, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Czas na czytanie: „Diuna” Frank Herbert

Nie za bardzo umiem w science-fiction, ale kiedy nawet mój mąż mówił, że „Diunę” po prostu trzeba przeczytać, to już naprawdę nie ma żartów.

Wyobraźcie sobie planetę bez wody. Bez mórz, jezior, rzek, roślinności. Nawet bez chmur. Planetę, gdzie każdy łyk jest na wagę złota, gdzie wśród wszechobecnej pustyni wilgoć trzeba odzyskiwać z wydzielin własnego ciała i ciał zmarłych, gdzie uronienie łzy jest wyrazem wielkiego poświęcenia. Planetę będącą jednocześnie jedynym źródłem najcenniejszej substancji we wszechświecie – melanżu przedłużającego życie i umożliwiającego bezpieczne podróże kosmiczne. Uzależniającego oczywiście.

Diuna – Pustynna Planeta to wyjątkowo mało przyjazne miejsce będące jednocześnie źródłem bajecznego zysku. I co za tym idzie – wyzysku miejscowej ludności. Ale jak to zwykle bywa, trudne warunki kształtują silnych ludzi.

Idealne miejsce na eskalację konfliktu zwaśnionych rodów, brzydkiej zdrady na najwyższym szczeblu władzy i spełnienia mesjanistycznej przepowiedni. A przy tym przerażająco aktualnego namysłu nad wpływem ludzkości na przyrodę i żądzy bogactwa przeważającej nad dobrem całego ekosystemu. Oraz walkę o lepszy świat i marzenie, nad którego spełnieniem trzeba pracować całe pokolenia, bo raz wyjałowionego klimatu nie sposób odtworzyć w mgnieniu oka. Szczególnie, kiedy owo wyjałowienie jest rządzącym na rękę.

Nie da się ukryć, że „Diuna” nie była najlepszym wyborem do walizki na wakacje i poczytywanie z drinkiem nad basenem – to ciężki klimat (dosłownie i w przenośni) wymagający od czytelnika dużej dawki skupienia i zaangażowania w lekturę. Frank Herbert stworzył zupełnie nowe uniwersum posiadające swoje warunki ekologiczne, polityczne i religijne, wraz z całym słownikiem pojęć, zjawisk i nazw własnych do opanowania, na całe szczęście dołączonym do książki. Nie wspominając już o takich szczegółach jak specyficzne zasady wendetty i animozje miedzy szlacheckimi rodami, układ głównych sił w opisywanym wszechświecie, warunki podróży kosmicznych czy ewolucja systemu religijnego i miejsce wiary w rzeczywistości wieloświatu. O żywych komputerach, możliwościach mentalnych podróży poprzez czas i przestrzeń oraz ścisłym planowaniu doboru genetycznego w celu stworzenia nadczłowieka nie wspominając. A to dopiero pierwszy tom, właściwie wstęp do sześciotomowych „Kronik Diuny”. No po prostu kosmos.

Jako, że w tym gatunku jestem zdecydowanie niewprawionym czytelnikiem, „Diuna” była dla mnie wyzwaniem konkretnym, jakkolwiek pouczającym. Przez 200 pierwszych stron nie tylko nie miałam pojęcia o czym czytam, ale również w jakim języku czytam. Ale jak już udało mi się mniej więcej ogarnąć, to nawet nie wykluczam sięgnięcia po kolejne tomy! Tylko najpierw muszę troszkę odpocząć, bo ta książka tak jakby zrobiła mi sieczkę z mózgu.

Frank Herbert, Diuna, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 1997, 592 s.

Czas na czytanie: „Królowa mroku i powietrza” Cassanda Clare

Były momenty, kiedy ostatnia część „Mrocznych Intryg” budziła moje wątpliwości – pojawiły się rozwiązania, za którymi nieszczególnie przepadam, jak podróże między wymiarami i mieszanie się alternatywnych rzeczywistości. Pierwszy raz znużyła mnie też nieco „ostateczna bitwa”, która ciągnęła się praktycznie przez 100 stron. I tak jak zwykle dynamiczną końcówkę po prostu połykałam nie mogąc się oderwać, tak tym razem adrenalina towarzysząca wydarzeniom nie trzymała mnie aż tak bardzo. Z drugiej strony to cegła na ponad 1000 stron, nie sposób było pewne uniknąć przerywników stopujących emocje. Choć nie sposób nie czuć przerażenia, gdy makabryczna sytuacja polityczna w książce z gatunku fantastyki młodzieżowej, pełnej magii i stworów z bajek, tak bardzo odpowiada naszej rzeczywistości.

„- Już wcześniej zdarzało się nam miewać złych ludzi we władzach (…) ale ci obecne rządzący są inni. Niszczą system, który mógłby uratować sytuację. Manipulują (…) nami wszystkimi. Tworzą złudzenie zagrożenia, by rządzić nami poprzez strach”.

Niemniej jednak nie jest przewidywanie, bohaterowie fajnie się rozwijają (nawet nie zauważyłam kiedy tak bardzo się z nimi zżyłam!) i nic nie przychodzi im zbyt łatwo. Dowiemy się wreszcie czym są tytułowe „Mroczne Intrygi”, skąd wzięła się klątwa parabatai, czego Jace i Clary szukali w Faerie, co powodowało chorobę czarowników i jak ich uleczyć. Jedne spiski ulegną rozwiązaniu, inne dodatkowo się zapętlą. Będzie dużo krwi, miłości i poświęcenia. Nie zabraknie również rozważań na temat istoty wolności, rodziny i emocji, które okazują się niezbędnym elementem człowieczeństwa.

„Nie ma radości bez smutku”.

Mimo chwilowego zniechęcenia zakończenie okazało się bardzo satysfakcjonujące, choć rozwiązanie konfliktu między dwoma frakcjami Nocnych Łowców było dla mnie sporym zaskoczeniem. Bynajmniej nie jest to koniec kłopotów, a zaledwie otwarcie furtki dla fabuły kolejnych serii. Nie mam pojęcia jak Clare to robi – w połowie czytania wiem, że muszę zrobić sobie małą przerwę od tego świata, odetchnąć i przeczytać coś innego przed sięgnięciem po kolejne tomy, a kiedy tylko w książce kończą się kartki, jedyne o czym marzę to dorwanie w swoje ręce następnego tytułu z Łowcami w roli głównej. To musi być jakaś czarna magia, jak w przypadku wampirzej pizzy…

No i nie sposób nie wspomnieć o romansach, bo mamy ich tu przecież naprawdę sporo – bardziej lub mniej oczywistych, bardziej lub mniej tragicznych i o różnych stopniach rozwoju. Ta autorka od samego początku miała słabość do trójkątów, jednak do tej pory klarowały się z nich osobne związki. Ale czy historia Marka, Kierana i Cristiny ma szansę na szczęśliwe zakończenie? Mam nadzieję, że jeszcze znajdzie swoją kontynuację w kolejnych książkach, chociaż z punktu widzenia rodzica, jak najbardziej dosłowny trójkąt w książce młodzieżowej, jednak mimo wszystko wzbudza we mnie trochę niepokoju. Na szczęście mam czas się z tym uporać zanim moje dziecko do niej dorośnie :D

Tak dużo chciałabym Wam powiedzieć, a tak bardzo groziłoby to spoilerami. Jeśli macie ochotę pogadać i podzielić się wrażeniami, napiszcie do mnie maila, albo pw na Instagramie, chętnie wspólnie poprzeżywam te emocje jeszcze raz.

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.3: Królowa mroku i powietrza, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 2019, 1069 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Władca cieni” Cassanda Clare

Powiedzieć, że podczas niemalże 900 stron „dużo się dzieje”, to trochę zrobić z siebie głupka, ale cóż począć? W drugim tomie „Mrocznych intryg” naprawdę dużo się dzieje, szczególnie podczas ostatnich 200 stron i finałowej potyczki, która podobnie jak w przypadku „Harry’ego Pottera”, u Clare występuje chyba w każdej książce.

Będzie wyprawa ratunkowa do sennej krainy Faerie (szkoda tylko, że ten sen to koszmar…), będzie sporo bardziej lub mniej zaskakujących romansów, walka z nieodpowiednimi uczuciami, niebezpieczny układ z Królową Jasnego Dworu, intrygi, pościgi i potyczki i poszukiwanie pewnej wyjątkowo niebezpiecznej nieumarłej. Będzie sporo Magnusa i Aleca, których tak uwielbiam, poleje się też sporo krwi i to nie tylko Blackthornów.

Jedną z głównych problemów poruszanych przez Cassandrę Clare w jej cyklach jest brak tolerancji wobec Podziemnych, czyli mówiąc wprost – rasizm. W poprzednich częściach pojawiał się również brak akceptacji dla homoseksualizmu, choć raczej marginalnie i zostało to dość szybko i bezproblemowo zaakceptowane. Tym razem zyskujemy szerszy ogląd na konserwatywność Nocnych Łowców – już w pierwszej części poznaliśmy ich zatrważający sposób traktowania osób z problemami psychicznymi, teraz dowiemy się, że właściwie wszystkie jednostki odstające od normy traktowane są jako „uszkodzone” i zyskują status „odpadów”. Szczególnie, że Clave nie tylko nie zezwala na stosowanie ludzkiej medycyny, ale nawet nie jest świadome osiągnięć Przyziemnych w takich dziedzinach jak psychologia czy psychiatria, bo i jest to wiedza, której nie wolno zgłębiać. Poza dramatem Juliana zmuszonego do ukrywania złej kondycji psychicznej wuja i chroniącego autystycznego Ty’a przed ostracyzmem społecznym, poznamy równie poruszającą historię transseksualnego Nocnego Łowcy zmuszonego ukrywać swoją tożsamość przed właściwie każdym i przez całe życie.

„Dała mi słowa, których nigdy nie znałam. To był dar. Po raz pierwszy usłyszałam słowo transgenderyzm. Wybuchnęłam płaczem. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, ile można komuś odebrać, nie pozwalając mu używać słów, których potrzebuje, żeby siebie opisać. Skąd masz wiedzieć, że są inni tacy jak ty, kiedy nie wiesz, jak samego siebie nazwać?”

W czasach Zimnego Pokoju, w już i tak zaściankowym, choć pomału dążącym ku zmianom świecie Nocnych Łowców wykształca się Kohorta – grupa ekstremistów, których faszystowskie poglądy przewyższają chyba nawet Krąg Valentina. Domagają się zerwania Porozumień i podporządkowania sobie wszystkich Podziemnych – między innymi rejestracji, ograniczenia i oznakowania czarowników, których moc uważają za zbyt potężną czy zamknięcia wilkołaków w rezerwatach. Ich pierwszym krokiem do ustanowienia nowego porządku jest przejęcie władzy nad instytutem w Los Angeles…

„- Kochałeś je i utrzymałeś przy życiu (…) Czasem to wszystko, co człowiek może zrobić”.

Czy i tym razem Julianowi, mistrzowi kłamstw i planowania uda się ochronić rodzinę?

P.S. Skoro już pochwaliłam pierwszy tom za całkiem staranna korektę, to drugi oczywiście przywitał mnie błędami. Tym razem przede wszystkim mylono imiona – Magnusa z Malcolmem, czy Julesa z Jamiem… :(

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.2: Władca cieni, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 2017, 864 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~