Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Odbiorę Ci wszystko” Ruth Lillegraven

Jeśli lubicie czytać w biegu, wykorzystując każdą wolną chwilkę wyrwaną z wypełnionej milionem obowiązków codzienności na chociaż kilka stron lektury, to ta książka została napisana właśnie dla Was. Autorka podzieliła ją na mnóstwo krótkich, czasami zaledwie kilkustronicowych rozdziałów. Dzięki temu mamy możliwość poznania historii niemalże symultanicznie z punktu widzenia dwójki bohaterów – ambitnej Clary wspinającej się po szczeblach politycznej kariery i jej męża Haavarda, absolutnie zakochanego w swoich synach lekarza. A także rzucania okiem na sytuację z poziomu kilku postaci pobocznych.

DSC_0086.jpg

Ten sposób narracji ma jednak również swoje minusy – stosunkowo trudno jest „wkręcić się” w akcję, czy utożsamić z którymkolwiek z narratorów.

A tego dodatkowo nie ułatwia fakt, że… bohaterów po prostu nie da się polubić. Chociaż nie sposób nie podziwiać ich za przynajmniej jedną cechę charakteru, ich wady sprawiają, że dla mnie, jako czytelnika, obydwoje byli po prostu odstręczający. I w sumie nie wiem, komu kibicowałam, a komu życzyłam śmierci. Ani czy zakończenie bardziej mnie smuci, czy satysfakcjonuje.

Niemniej jednak nie obyło się bez sporych emocji, a to w książkach zawsze mile widziane.

Ojciec zakatowanego na śmierć małego chłopca przyniesionego na dyżur Haavarda zostaje zamordowany jeszcze zanim zdąży wyjść ze szpitala. A to dopiero początek serii zbrodni będących swego rodzaju egzekucjami na oprawcach swych dzieci.

„Jeśli odbierasz życie komuś, kto zabija i krzywdzi innych – czy można to usprawiedliwić?”

Zagadnienie przemocy w rodzinie i bezradność (norweskiego!) systemu wobec tego problemu zderza się tutaj z koniecznością przepracowania traumy z dzieciństwa. Potrzeba ochrony bezbronnych z osobistą zemstą. Siła żelaznego charakteru z problemami psychicznymi. Potrzeba działania z ułomnością biurokracji. Rozgoryczenie z potrzebą zachowania politycznej poprawności. A jeśli to wciąż za mało wrażeń, to znajdziemy tu również małżeńską niewierność, wyzwania rodzicielstwa i mnóstwo zimnej bezwzględności.

To jedna z tych historii, gdzie bez względu na rozwój wydarzeń, zło zawsze zatriumfuje. I w pewnych aspektach nie sposób nie przyznać mu racji. Taki już chyba urok sytuacji względnych moralnie.

Świetnie sprawdzi się jako książka „na wynos” – do torebki i poczytywania w autobusie, sklepowej kolejce, czy pod lekarskim gabinetem. Bardzo dobra alternatywa dla ludzi nieprzepadającymi za lekkimi romansidłami, a jednak nie mającymi czasu, by zatopić się w książce w stu procentach. Trudna tematyka, nieidealni, bardzo ludzcy bohaterowie i dylematy moralne idą tu w parze z nieskomplikowanym językiem i specyficzną budową powieści, dzięki której ta jest „łatwo odkładalna”.

„Zazwyczaj podejmujemy jakieś działanie, bo chcemy czynić dobro, sprawić, by świat stał się odrobinę lepszy”.

Ruth Lillegraven, Odbiorę Ci wszystko, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2019, 448 s. (premiera 24.04.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Grajki Majki: „Ślimaki to mięczaki”, Eugeni Castano

Jeśli chcecie zerwać ze schematami i całkowicie postawić na głowie swoje postrzeganie gier planszowych opartych na koncepcji kostki i pionków, Ślimaki będą dla Was idealne.

Bo w tej grze wszystko jest na opak! Każdy gracz może poruszać się wszystkimi pionkami. Nie wiemy, który pionek należy do którego gracza – to tajemnica! I co najważniejsze – wygrywa ten ślimak, który idzie najwolniej i w momencie zakończenia gry jest… najdalej od mety!

Im dalej od mety jesteśmy, tym pole, na którym stoimy jest wyżej punktowane. Zdobyte punkty symbolizowane są przez żetony-śmieci – guziki, kapsle i puszki. Spacerując przez las zbieramy śmieci. A im nasz ślimak wolniej się porusza, tym ma więcej czasu na sprzątanie lasu. Czyż to nie fantastyczne przesłanie?

Jak niemalże każda gra, ta również nie tylko bawi, ale również uczy – koncentracji, cierpliwości, abstrakcyjnego myślenia, kreatywności i strategii. A przy okazji wychowuje i kształtuje dobre nawyki. Pomysł zwrócenia uwagi dziecka na problem zanieczyszczenia lasów jest mega, wielkie brawa!

A skoro już przy kształtowaniu jesteśmy, to koniecznie trzeba wspomnieć również o kształtowaniu gustu i wrażliwości estetycznej. Bo oprawa graficzna – potraktowana całościowo (wraz z instrukcją i kartonową wkładką w pudełku!) – jest naprawdę bardzo dobra.

To w sumie całkiem zabawna sprawa – oglądałam całkiem sporo książek z ilustracjami Macieja Szymanowicza i żadna z nich nie przypadła mi do gustu. Z jakiegoś powodu jego rysunki wydają mi się groteskowe i przerysowane, szczególnie, jeśli chodzi o mimikę twarzy. Choć to przecież jeden z najbardziej docenianych polskich ilustratorów, nie mamy z Majką w swoich zborach ani jednej jego książki. Za to wydaje się, że w przypadku gier tendencja jest wręcz przeciwna. To już druga planszówka opracowana graficznie przez tego autora i druga, którą uwielbiamy – również pod względem wizualnym. I kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć.

Ale prawda jest taka, że ślimaki chyba nie mogą się nie podobać. Szczególnie, że sprawiają wyjątkowo sympatyczne wrażenie i mocno mi się wydaje, że niezłe z nich psotniki. Może dlatego tak łatwo ulec ich urokowi.

Gra jest rekomendowana dla dzieci powyżej 5go roku życia i wydaje mi się, że w tym przypadku nie ma co zaczynać wcześniej. Majka ma 3,5 roku i, chociaż zakochała się w ślimaczkach od pierwszego wejrzenia – sama wypatrzyła je u mnie na półce i zaprosiła mnie do gry – to jednak jest jeszcze zbyt przywiązana do klasycznych zasad rządzących tego typu grami i nie potrafi się przestawić. W końcu dopiero, co je porządnie przyswoiła. Zależy jej na posiadaniu własnego pionka (zielonego!) i jak najszybszym dojściu do mety. Pewnie, że można grać i w ten sposób, jestem wielką entuzjastką traktowania reguł gry jako jednej z opcji i wymyślania własnych zasad. Ale w tym przypadku koncepcja jest tak oryginalna, pomysłowa i przemyślana, że po prostu mi jej szkoda. Dlatego też pobawimy się trochę ślimakami i schowam je na przyszłość. Ani się obejrzę, a dzieć mi dorośnie i odkryjemy ją wspólnie na nowo.

Ślimaki to mięczaki
Autor: Eugeni Castano
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: Piosenki przedszkolaka

Muszę się pochwalić małym rodzicielskim sukcesem – mamy kwiecień, a już udało mi się schować płytę z kolędami dla maluchów! Nie było łatwo, Majka przywiązała się do niej tak bardzo, że zgodziła się ją oddać dopiero po zastąpieniu zimowo-świątecznych klimatów innymi dziecięcymi piosenkami. I to takimi, które również mają w sobie co nieco ze śnieżnej aury.

Chociaż książeczki z płytami „Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku” oraz „Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta” różnią się repertuarem, są skomponowane w podobny sposób. Każda płyta zawiera 12 utworów ułożonych porami roku – po trzy na każdą z nich. Śpiewamy więc o żegnaniu zimy i powitaniu wiosny, o kwietniowych psotach, prima aprilisowych figlach, majowych wędrówkach, dniu mamy i taty, skwarnym lecie i przynoszącym ulgę leśnym chłodzie. O bieganiu na bosaka, skakaniu po kałużach, jesiennych skarbach i znowu o zimie, mrozie i Świętym Mikołaju. I to chyba ze względu na tego Mikołaja Maja zgodziła się pożegnać kolędy. Dzięki niemu rozstanie z zimowym klimatem nie jest aż tak ostateczne.

Do płyt dołączone są uroczo ilustrowane śpiewniki z tekstami piosenek (a może to płyty są dołączone do nich?) i zapisem nutowym dla bardziej muzykalnych, niż nasza rodzina. Kto wie, może kiedyś Bobasa będzie wygrywać mi owe piosenki. Bo śpiewanie idzie jej już całkiem nieźle – nawet do samych wersji instrumentalnych, które również znajdziemy na płycie.

W dziecięcej aranżacji, ale jednocześnie nie dalekie od infantylności. Bardzo fajna odskoczna od oklepanych kotków, płotków i jadąmisiów. Do śpiewania, grania i tańczenia jak znalazł. Przez cały rok!

Jeśli szukacie inspiracji na drobny upominek zastępujący wszechobecne czekoladowe króliczki, to śpiewnik z płytą będzie idealny – szczególnie ten „Na cztery pory roku” dobrze wpaduje się w klimat. A cena jak za dobrą czekoladę albo duże kinder jajko, więc nie ma sie chyba nad czym specjalnie zastanawiać.

Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Czas na czytanie: „THUG. Nienawiść, którą dajesz” Angie Thomas

Jak dobrze, że powstają takie książki. I to dla młodzieży!

Zazwyczaj kiedy w blurbie ktoś zdecydował się napisać o książce „nigdy jej nie zapomnisz”, to jest to spora przesada. Ale chyba jednak nie tym razem, bo odkąd tylko skończyłam „THUG”, jakoś nie mogę znaleźć dla siebie miejsca.

Poruszająca historia o poszukiwaniu własnej tożsamości, rasizmie – i tym skrajnym, i tym codziennym, pozornie nieszkodliwym i dorastaniu w warunkach, o których dzieci nie powinny mieć pojęcia. Pełna niesprawiedliwości opowieść o młodziutkiej dziewczynie szukającej swojego miejsca na świecie. I o tragedii, która zmienia postrzeganie świata i swojej w nim roli.

Historia Starr zaszczepia w umyśle czytelnika wiele istotnych prawd – o tym, że choćbyś nie wiadomo jak się starał, to czasami i tak wyjdzie źle i to wcale nie jest twoja wina. O wartości rodziny, wadze prawdy, odwadze zabierania głosu w spornych sprawach i o wyzwaniu, jakim jest bycie sobą. Ale to, co w tej książce uwielbiam szczególnie, to kompletny brak stereotypów. Autorka uczy patrzeć na jednostkę, nie na ogół. Każdy typ bohatera – czarnego, czy białego, policjantka, czy gangstera – przedstawiony jest w kilku wariantach. Mamy więc i sprawiedliwych policjantów i dzieciobójcę, narkotykowych bossów i dilerów zmuszonych do pogrążania się w bagnie ze względu życiową sytuację. I w żadnym momencie nie próbuje się zrzucać winy na grupę społeczną – winne zawsze są jednostki, idee i stereotypy.

Naprawdę rzadko lubię w książkach kobiece postacie, szczególnie pierwszoplanowe – taką mam już wadę fabryczną. Dlatego też kiedy przez przypadek uda mi się zapałać sympatią do bohaterki, zawsze jest to dla mnie spore wydarzenie. I teraz uważajcie – nie tylko autentycznie polubiłam Starr, nie tylko jej kibicowałam i bardzo mocno trzymałam za nią kciuki, ale nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam ją podziwiać!

W moim odczuciu to jedna z lepiej skonstruowanych dziewuch w literaturze młodzieżowej. Nie jest i nie próbuje być idealna, choć niczym kameleon stara się dostosować do otoczenia. Co nie jest wcale łatwe, kiedy na co dzień żyje się w dwóch całkowicie odmiennych światach. Jak każda nastolatka podejmuje głupie decyzje, ale potrafi mierzyć się z ich konsekwencjami, a nawet wyciąga z nich wnioski! Uczy się, dojrzewa, walczy ze swoimi słabościami i ewoluuje. I jest przy tym tak cudownie normalna, że aż chciałoby się ją poznać.

A jej chłopak, to w ogóle jakiś ideał, aż nierealny!

To nie jest łatwa książka, choć czyta się ją niesamowicie dobrze. Nie podnosi na duchu i brak jej bajkowo szczęśliwego zakończenia. Przez większość czasu nie mogłam uwierzyć, że opisany świat jest jak najbardziej współczesny. Jakoś naiwnie zakładałam, że tego rodzaju problemy z dyskryminacją w latach dwutysięcznych należą już do zamierzchłej przeszłości. W Ameryce szczególnie. Przy takich założeniach wyjściowych czytanie o sympatycznej czarnej dziewczynie, fance sportowych butów i Harry’ego Pottera, która ogląda śmierć dwojga najlepszych przyjaciół, a sprawcy odchodzą bezkarni, bo ofiary były czarne, jest jak kubeł zimnej wody zamiast słodkiego całusa na „dzień dobry”.

Lekko napisana, pełna nawiązań do popkultury, nastoletnich problemów i sytuacji, które wywołują uśmiech od ucha do ucha. I jednocześnie szokująca, przerażająca i otwierająca oczy. Pełna energii wybuchowa mieszanka – aktywizująca i wzbudzająca bunt w młodych sercach. Faktycznie niełatwo będzie o niej zapomnieć.

Angie Thomas, The hate you give. Nienawiść, którą dajesz, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Grajki Majki: Nasza Księgarnia (Gamewright) „Sen”

No dobra, tym dla tej gry powinnam stworzyć kategorię Grajki Matki, bo jednak Majka jeszcze przez ładnych klika lat będzie na tą grę za mała. Ale posiadanie dziecka to przecież rewelacyjna wymówka – w końcu kiedyś na pewno do niej dorośnie! A do tego czasu nie mogę pozwolić, by się marnowała na półce w samotności…

Co koniecznie trzeba powiedzieć o tej grze?

  1. Jest pięknaporywające wyobraźnię, oniryczne ilustracje Marcina Minora są tym, co mnie do niej przyciągnęło. I prawdę mówiąc, po prawie tygodniu intensywnego użytkowania, wciąż nie mogę się na nie napatrzeć i za każdym kolejnym razem udaje mi się dostrzec coś nowego.
  2. Jest klimatyczna – po rozpoczęciu rozgrywki zanurzymy się w krainy snów. A te, jak to zwykle ze snami bywa – są całkowicie nieprawdopodobne. I jednak zazwyczaj bardziej niepokojące, niż puchate i przyjemne.

Celem graczy jest stworzenie jak najmilszego snu, zamieszkałego przez jak najmniejszą liczbę złowrogich kruków. Można to zrobić poprzez wybieranie do odwiedzenia we śnie krain pełnych słodkich kotków, złotych rybek i morskich żółwi, nie zaś smoków, wilków, czy uschniętych lasów. Żeby nasze wybory nie były jednak zbyt proste, nigdy do końca nie wiemy, co nas czeka w naszych choćby najpiękniej zaplanowanych snach.

  1. Jest łatwiejsza, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka w rozbudowaną instrukcję. A instrukcja jest właśnie jednym z jej atutów – szczegółowa, stosunkowo prosta, pełna przedstawionych wizualnie przykładów i różnych wariantów gry. Dwie rundy i wymiatamy.
  2. Jest starannie wykonanadbałość o szczegóły to coś, co zawsze doceniam. Nie mówię tu o pozornych oczywistościach, jak wysoka jakość druku i wykorzystanych materiałów, raczej o drobnostkach. Ot, choćby dorzucenie do pudełka notesiku i ołówka do zapisywania punktów – podstawowych artykułów, które powinny się znaleźć w każdym domu, ale zwykle wsiąkają nie wiadomo gdzie, kiedy ich akurat potrzebujemy. Albo staranne opracowanie graficzne nie tylko samych kart do gry, ale również pudełka wraz z wkładką. Takie drobne starania dają zawsze świetne efekty.

Chociaż uwielbiam podchodzić do gier w sposób twórczy i, olewając nieco zasady, dopasowywać je do potrzeb i umiejętności mojej trzylatki, tak w tym przypadku faktycznie wolę jeszcze cierpliwie poczekać. Do tej gry niezbędna jest bowiem umiejętność całkiem sprawnego liczenia, zapamiętywania i rozwiniętej już trochę wyobraźni przestrzennej. Pozbawienie gry tych aspektów byłoby jednoznaczne z odarciem jej z całego uroku związanego ze snuciem niecnych planów na przechytrzenie przeciwników i próbami ogarnięcia tajemnicy snów. Dlatego też na razie karty z ilustracjami (a jest ich aż 13 rodzajów!) służą nam wyłącznie do wymyślania opowieści, a gra cierpliwie czeka, aż córka będzie gotowa rozwikłać wszystkie jej sekrety. Ale bynajmniej się nie kurzy, już się o to z mężem staramy!

To jedna z tych gier, które łączą pokolenia. Równie dobrze będzie się przy niej bawić dziecko, jak i dorosły. Czego jestem świetnym przykładem.

Sen
Wydawnictwo Nasza Księgarnia (Gamewright)
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

*Uwaga! Kot ze zdjęć nie wchodzi w skład zestawu i nie znajdziecie go w pudełku z grą!

Bajki Majki: „Tańcz, Córko Księżyca!” Kouam Tawa, Fred Sochard

Jestem jednym z tych dziwaków, którzy nie lubią tańczyć. Nie czuję rytmu, nie czuję potrzeby (pewnie dlatego, że moja naturalna pozycja to ta ze wszystkimi kończynami wygodnie wyciągniętymi na kanapie) i generalnie taniec to dla mnie męczarnia. Dlatego też to nie tematyka była argumentem, który tak bardzo przyciągnął mnie do tej książki. Były nim niesamowite ilustracje.

Szybko okazało się jednak, że choć taniec nie sprawia mi najmniejszej przyjemności, tak czytanie o tańcu jak najbardziej.

Chociaż taniec kojarzy się z czymś lekkim, radosnym i szalonym, tematyka tej książki daleka jest od beztroskiej trywialności. Wręcz przeciwnie – skłania do refleksji. To opowieść o przemijaniu i nieprzemijającej młodości duszy, o sztuce, pasji i ekspresji, o przywiązaniu do natury i ludowych wierzeniach, o budowaniu legendy. O tym, że nawet niepozorna, zgarbiona staruszka, może mieć do opowiedzenia niesamowitą historię.  I o tym, że bycie świetnym w jakiejś dziedzinie nie jest wcale gwarancją spełnienia marzeń i nie chroni przed samotnością, a podziw i powszechny szacunek bywają częstym powodem wyobcowania. Jednocześnie gorzka i pełna radości życia.

Specyficzny, poetycki sposób narracji w pierwszym momencie sprawiał mi nieco trudności, a Majkę wpędził w niemałą konfuzję, ale opowieść porwała nas bardzo szybko. Równie szybko okazało się, że ta forma prowadzenia czytelnika wzmaga malowniczość i tą specyficzną niesamowitość utworu.

Równie wielkie wrażenie robią wypełniające całe strony, papuzio kolorowe ilustracje, przywodzące na myśl etniczne wycinanki pełne przykuwających wzrok wzorów i faktur. Widzę, że czasami, gdy ja czytam, moja Maja nie wie, w którym miejscu skupić wzrok, wędrując po rozbudowanych, pełnych szczegółów obrazkach niczym po wyszukiwane. I prawdę mówiąc całkowicie podzielam to uczucie, bo z każdą kolejna lekturą zauważam coś, co wcześniej mi umknęło.

Chłonięciu wzrokiem każdego szczegółu i syceniu się ilustracjami sprzyja stosunkowo duży format książki zbliżonej kształtem do kwadratu. Twarda oprawa i gruby, kredowy papier dodają wydaniu szlachetności.

To jedna z tych książek, o których lubię myśleć jako o małych gesamtkunstwerk – dziełach sztuki, gdzie słowo idealnie współgra z obrazem, zarówno z ilustracjami, jak i z samym projektem książki. Wartościowe, doskonale zilustrowane i pięknie wydane. Te książki nie mają szansy opuścić mojej biblioteczki. Znaczy biblioteczki Majki.

Kouam Tawa, Fred Sochard, Tańcz, Córko Księżyca!, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Czas na czytanie: „Pierwsze słowo” Marta Kisiel

Całkiem niedawno odkryłam przepis na szczęście. Okazuje się, że wystarczy odnaleźć fantastyczną pisarkę ze sporym dorobkiem i cieszyć się nadrabianiem czytelniczych zaległości. I w ten właśnie sposób radośnie, choć nie do końca po kolei, nadrabiam twórczość Pani Marty Kisiel.

Mam już za sobą serię „Dożywocie” i całkiem od niej odmienną książkę „Toń” i wydawało mi się, że poznałam już obie twarze autorki. Okazuje się jednak, że to dopiero czubek góry lodowej.

„Pierwsze słowo” to zbiór jedenastu opowiadań powstałych na przestrzeni lat. Poza tak dobrze mi już znanym humorem, sporym zaskoczeniem okazały się dla mnie historie mroczne, krwawe i ani trochę nie śmieszne. Szczególnie trzy z nich – dotyczące choroby i śmierci dzieci wstrząsnęły mną szczególnie. Może dlatego, że akurat jestem na takim etapie „początkującej matki”, że najmniejsze, nawet potencjalne cierpienie dziecka nie pozwala mi zasnąć w nocy. A może to właśnie specyfika krótkiej formy jaką jest opowiadanie – uciętej i niedopowiedzianej – wzmaga we mnie poczucie grozy i kolokwialnie mówiąc „robi robotę”. Albo to po prostu Marta Kisiel, która o czym by nie pisała, zawsze zrobi na czytelniku piorunujące wrażenie.

Niemniej jednak zawsze wiedziałam, że nieszczególnie umiem czytać opowiadania – kiedy zdążę wczuć się w klimat i dobrze związać z bohaterami, cała zabawa zazwyczaj się kończy. No, chyba, że to opowiadanie w styli „Dożywocia” właśnie – kiedy następuje po nim kilkutomowe rozwinięcie tematu.

Swoją drogą dwa opowiadania ze zbioru miałam przyjemność czytać całkiem niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku i myślałam, że po prostu przerzucę te kilkadziesiąt stron skupiając się na innych utworach. Byłam bardzo naiwna, jak mogłam sądzić, że przejdę obojętnie obok okołolichotkowych historii. Nie da się, musiałam je sobie odświeżyć (w końcu mogłam pozapominać już jakieś szczegóły!) i bawiłam się równie dobrze, co za pierwszym razem. Jednak ten lekki, pełen humoru styl pasuje mi bardziej, niż urywki z rodzicielskiego horroru ujętego zupełnie na serio, choć w realiach dalekich od rzeczywistości.

Chyba jednak muszę się przyzwyczaić do myśli, że Marta Kisiel zawsze mnie zaskoczy. A czeka na mnie jeszcze kilka wytworów jej szalonej wyobraźni, więc niejedno zaskoczenie przede mną. Już nie mogę się doczekać!

Marta Kisiel, Pierwsze słowo, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Okołoksiążkowy miszmasz: Wielka Wymiana Książkowa #przeczytajipodajdalej7

Oto i czwarta edycja Wielkiej Wymiany Książkowej, w której biorę udział! Po przeprowadzce uzbierał mi się cały karton książków na wymianę, więc jest w czym wybierać!

Wydarzenie organizowane jest przez Magdę z bloga SAVE THE MAGIC MOMENTS i Dagę SOCJOPATKĘ, za co jak zwykle jestem niesamowicie wdzięczna i bardzo podziwiam, bo sama jestem organizacyjną gułą i totalnym beztalenciem w ogarnianiu czegokolwiek poza własnym życiem (i samego życia też…). Akcja toczy się przede wszystkim na powyższych blogach, gdzie znajdziecie linki do ofert wszystkich biorących udział blogerów i spisy książek od osób nieblogujących (szukajcie ich w komentarzach) oraz na facebookowym wydarzeniu i instagramie (fotki z hasztagiem #przeczytajipodajdalej7).

53344669_2375739132661803_7007907320076173312_n.jpg

To świetny sposób na zdobycie fantastycznych pozycji praktycznie za bezcen, bo jedynym kosztem jest wysyłka (chyba, że któryś z amatorów pozycji z mojej biblioteczki ma przy okazji ochotę na kawę i ploty na terenie Gdańska, wtedy już zupełna darmoszka. Bez kawy też można, bo podczas ostatnich edycji jakoś nikt się nie odważył…). No i jak wiadomo, ofiarowanie książkom drugiego (a później zapewne i kolejnych) życia to super sprawa – nie ma co ukrywać, nie do wszystkich książek będziemy jeszcze wracać a na nowe pozycje trzeba zrobić miejsce.

Cała akcja trwa od dziś do kończa tygodnia, ale kto pierwszy, ten lepszy ;)

Jak zwykle wymieniam w dwóch kategoriach:

Dla dorosłych:

 

1. Leigh Bardugo „Ruina i rewolta” – stan idealny, nigdy nie czytana, a bardzo dobra.
2. Marcin Kołodziejczyk „Prymityw. Epopeja narodowa” – stan idealny.
3. Anna Sakowicz „Już nie uciekam” – stan idealny.
4. Katie Agnew „Doskonała pomyłka” – stan bardzo dobry.
5. Marta Guzowska „Głowa Niobe” – stan idealny.
6. Sarah J. Maas „Zabójczyni i władca piratów” – stan bardzo dobry.
7. Brudno Kadyna „Wpływ” – stan idealny, na pierwszej stronie autograf „bezimienny”.
8. Bruno Kadyna „Metalowa dolina” – stan idealny, na pierwszej stronie autograf „bezimienny”.
9. Jacky Fleming „Kłopoty z kobietami” – stan idealny.
10. Robert M. Edsel „Na ratunek Italii” – stan bardzo dobry, porysowana okładka.
11. Mary E. Pearson „Zdradzieckie serce” – stan idealny, egzemplarz przedpremierowy, okładka nie posiada uszlachetnienienia. – wymieniona na „Odkrywcę” z Julabooks
12. Richard Schwartz „Drugi Legion” – stan idealny, egzemplarz przedpremierowy, okładka nie posiada uszlachetnienienia.
13. Angel Payne „Piorun” – stan dobry, niewielkie wgniecenie okładki.
14. Gallert, Reiter „Wiara, miłość, śmierć” – stan idealny, egzemplarz przedpremierowy, okładka nie posiada uszlachetnienienia.
15. Brian Conaghan „Kiedy Pan Piecho gryzie” – stan bardzo dobry, kilka stron w środku jest nieznacznie naddarta.
16. Pani Bukowa „Weź się ogarnij” – stan idealny.
17. Katarzyna Tusk „Make photography easier” – stan dobry, przeszłą już jedną wymianę i trochę to po niej widać.
18. Audiobook „Tango z książkami” – nowy, jeszcze zafoliowany.
19. Agnieszka Ziętarek „Samobójca” – stan idealny. – wymianiona na „Hasztag” z elfnaczi
20. Vanessa Diffenbaugh „Sekretny język kwiatów” – stan bardzo dobry.
21. Albert Cossery „Szyderstwo i przemoc” – stan bardzo dobry.
22. Słonimski, Tuwim „W oparach absurdu” – stan idealny.
23. Małgorzata Mroczkowska „Od jutra dieta” – stan idealny.

Dla dzieci:

 

1. „Mały Książę na dobranoc” – stan idealny.
2. „Mały Książę uczy cyferek” i „Mały Książę uczy literek” – stan idealny.
3. Ronald Dahl „Billy i Miniputki” – stan idealny.
4. kartonówka „Agnieszka Łakomczuszka” – stan idealny.
5. Agata Giełczyńska „Cukrowa wróżka i niezdrowa dieta” oraz „Kacper nie dba o zabawki” – stan idealny.
6. Megan McDonald „Hania Humorek i lista marzeń”– stan idealny.
7. Zbigniew Dmitroca „Ciekawski kotek” – stan idealny.
8. Joanna Kmieć „Dzieciaki z ulicy księżycowej. Przygoda w ZOO” – stan idealny, egzemplarz recenzencki, w środku pieczątka!
9. Jan Sztaudynger „Zwrotki dla Dotorki” – stan idealny.
10. Barbro Lindgren, Charlotte Ramel „Teraz będziesz kurą” – stan idealny.
11. Maria Stanecka „Basia i przyjaciele. Lula” – stan idealny.
12. Ulf Stark, Anna Höglund „Chłopiec, dziewczynka i mur” – stan idealny.
13. „Książkożercy” – 3 poziomy – stan idealny.
14. Benjamin Chaud „Feralne urodziny ze Skarpetką” – stan idealny, egzemplarz recenzencki, w środku pieczątka!

Chętnie wymienię również kilka sztuk za jedną, dzieciowe nawet chętniej w ten sposób. Jeśli coś wpadło Ci w oko, zostaw swój wymianowy stosik w komentarzu. Bez problemu mogę też zrobić więcej zdjęć, daj znać ;)

Pomyślnych łowów!’

Bajki Majki: „Wszędzie i we wszystkim” Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn

Jestem beksą i wrażliwcem, dlatego książki, takie jak ta łamią mi serce i potrafią doprowadzić mnie do łez już na etapie czytania opisu.

„Ludzie nie lubią rozmawiać o śmierci.
Woleliby o niej w ogóle nie mówić”.

Szczególnie, kiedy śmierć przestaje być nieco abstrakcyjnym zagadnieniem teoretycznym i zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio. I kiedy ten bezlitosny fakt zderza się z bezbronnością niezrozumienia dziecka. Ale wtedy nie ma już możliwości ucieczki.

„Lecz Yolanda nie chce milczeć.
Chce się dowiedzieć, gdzie jest jej mama”.

Nie mogę powiedzieć, żeby książki o śmierci były tą dziedziną literatury dziecięcej, w której jestem wyjątkowo oczytana i mogę rzucać tytułami na lewo i prawo. Ale z tych tytułów, które dotychczas czytałam, ten jest zdecydowanie najlepszy. Tak, to straszny wyciskacz łez – czy w ogóle może być inaczej, kiedy opowiada o małej dziewczynce poszukującej zmarłej mamy? Ale przy tym to wyjątkowo mądra historia, która w prosty i zrozumiały sposób niesie pocieszenie. I niesie je nie tylko dziecku. Nie sądziłam, że można zrobić to tak pięknie i właściwie nie zahaczając jednocześnie o sporne kwestie religijne.

Mama Yolandy zmarła i dziewczynka pyta krewnych, gdzie w takim razie mama teraz jest. A każdy na dla niej inną odpowiedź.

To opowieść o niewyobrażalnej tęsknocie, pielęgnowaniu pamięci, czerpaniu radości z małych rzeczy i drobnych codziennych zachwytach.

A zwiewne, eteryczne (i przepiękne!) ilustracje wypełniające strony po brzegi wzmagają tylko wrażenie ulotności – zarówno ludzkiego życia, jak i poszukiwań naszej małej bohaterki.

 

Moim zdaniem to nie jest jedna z tych książek, które powinny być w każdym domu. Sama zapewne cichaczem pozbędę się mojego egzemplarza (albo upchnę w najciemniejszy kąt najwyższej szafy), zanim jeszcze Majka zdąży go zobaczyć. Nie ukrywam, że tabu śmierci i poczucie bezsilności wobec potęgi własnych uczuć robią ze mnie tchórzowatego rodzica, który woli ignorować temat tak długo, dopóki nie usłyszy bezpośredniego pytania. Zdecydowanie wolę rozmawiać o seksie i procesie produkcji dzieci, niż o śmierci i tęsknocie.

Ale jednocześnie to cudownie, że takie książki powstają. Że potrafią w delikatny i mądry sposób ująć zagadnienia, które rodzicowi ściskają gardło i które pozostawiają człowieka bez słów. Trzeba mieć świadomość ich istnienia, by móc sięgnąć po nie w chwili, gdy staną się potrzebne. Oby ta chwila nadeszła jak najpóźniej.

Wzruszająca, poetycka, smutna. Piękna, niosąca otuchę, potrzebna.

Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn, Wszędzie i we wszystkim, Warszawa: Wydawnictwo CoJaNaTo?, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CoJaNaTo.