Grajki Majki: „PuzzloGra. Dżungla” Günter Bukhart, Marcin Minor

Cóż za niezwykłe połączenie, ta gra jest jak sałatka owocowa. Memory, puzzle, pionki i bajeczne ilustracje Marcina Minora to prawdziwie różnorodna, ale jakże udana mieszanka!

„Amazońska dżungla pogrążona w ciemnościach budzi się do życia. Promienie słoneczne sięgają coraz wyżej, ujawniając kolejnych mieszkańców dżungli”.

Zasady gry są bardzo proste i moim zdaniem spokojnie można się za nią brać i z czterolatkiem. Na podzieloną na krateczki planszę wypełnioną cieniami zwierząt należy rzucić trochę światła, by odkryć czające się wśród ciemnych chaszczy i mroków nocy dzikie pyszczki. Aby to zrobić gracze naprzemiennie losują odwrócone rewersem do góry kafelki ułożone pod planszą. Jeśli trafią na fragment obrazka, który można położyć na planszy (a wolno dokładać tylko te dolne elementy, pod którymi jest rant lub inny kafelek), mogą go dołożyć. Jeśli nie, należy go zakryć i odłożyć u góry planszy. Po ułożeniu całego zwierzaka dostajemy tyle punktów, z ilu kafelków się on składa. Punkty zaznaczamy przesuwając drewniane, stożkowate pionki po polach otaczających planszę. Co ciekawe, jeśli trafimy na pole, na którym stoi pionek innego gracza, możemy na niego wskoczyć i skorzystać z podwózki przy jego kolejnym ruchu. Chyba, że strąci nas napotkana na drodze liana.

Dla urozmaicenia, wśród kafelków z obrazkami ukryto cztery płytki specjalne z różnymi akcjami do wykonania. W skład zestawu wchodzą również trzy puste płytki, na których możemy wymyślić swoje własne akcje i dołączyć je do gry.

Kiedy wspólnymi siłami uda się ułożyć cały obrazek, wygrywa osoba, która zdobyła najwięcej punktów, a jej pionek „zaszedł” najdalej. Na deser czekają ciekawostki poświęcone występującym w grze zwierzakom umieszczone na odwrocie planszy.

Moja Majka uwielbia gry pamięciowe w typie „memorów” (i w nie wymiata), nic więc dziwnego, że nastąpiła miłość od pierwszego wejrzenia. Szczególnie, że tematem gry są super ciekawe zwierzęta fantastycznie zilustrowane przez Marcina Minora, którego pokochaliśmy już za „Sen”, „Kruki” i „Smoki” dla starszaków.

Pomysł jest świetny, wizualnie prezentuje się cudownie, ma możliwość personalizacji za pomocą dodatkowych kafelków i jest bardzo porządnie wykonana.

Łączy w sobie trening spostrzegawczości, cierpliwości, zapamiętywania i umiejętności strategicznych. No i jest po prostu piękna. Gramy całą rodziną i polecamy bardzo mocno.

A dla dopełnienia dżunglowego klimatu, spragnionym dzikich zwierząt i nienasyconym owocową sałatką proponuję dopełnić równie zwariowaną i pięknie zilustrowaną książką „Być jak tygrys” Przemysława Wechterowicza i Emilii Dziubak.

„PuzzloGra. Dżungla”
Autor: Günter Bukhart
Ilustracje: Marcin Minor
Sugerowany wiek: 5+
Ilość graczy: 2-4
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Witaj, przedszkole!” Patrycja Wojtkowiak-Skóra, „Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole” Susanne Gernhäuser

Jeśli chodzi o przedszkole, Maja jest już „starą wyjadaczką” i w tej tematyce najczęściej sięgamy o serię z Dusią w roli głównej i, bardziej pośrednio, po serię o Basi. Książeczki wspomagające adaptację wciąż jednak wzbudzają moje zainteresowanie, a i Maja lubi o przedszkolu posłuchać, choć raczej jednorazowo, zanim stwierdzi że „to dla maluchów”.

O książeczkach, które towarzyszyły nam kilka lat temu podczas majkowej adaptacji przeczytacie TUTAJ, a tymczasem zapraszam na recenzje dwóch świetnych nowości w tematyce przedszkolnej:

„Witaj, przedszkole!” to chyba najlepsza książeczka przygotowująca kilkulatka do roli przedszkolaka, z jaką mieliśmy do czynienia. Jest całkiem grubaśna – ma aż 70 stron! – ale została podzielona na krótsze, tematyczne rozdziały, więc spokojnie można czytać np. po jednym każdego wieczoru, jeśli mamy mniej zaawansowanego słuchacza, albo wiercidupkę, która tak długo nie wysiedzi. Każdy rozdział, krok po kroku dokładnie opisuje co czeka maluszka w przedszkolu. A z doświadczenia mogę powiedzieć, że takie właśnie podejście, czyli wcześniejsze wytłumaczenie i nastawianie dziecka na to, co będzie oraz przygotowanie do wszystkich prawdopodobnych sytuacji okazało się u nas niezastąpione zarówno podczas pierwszej adaptacji, jak i podczas zmiany przedszkola. Super, że akcja książki zaczyna się jeszcze w wakacje, kiedy to rodzice nastawiają głównego bohatera – Krzysia – na czekające go w życiu zmiany. Jeszcze przed swoim pierwszym dniem chłopiec ma szansę odwiedzić przedszkole, dowiedzieć się w jakiej sali będzie spędzał dnie, jakim zwierzątkiem oznaczona będzie jego szafeczka i krzesełko, jak nazywa się jego pani i z kim będzie w grupie MOTYLKÓW. Dostanie nowy plecak i wraz z mamą zrobi przedszkolne zakupy. W pierwszych dniach pozna zarówno plan dnia, dającą poczucie bezpieczeństwa rutynę, jak i możliwe stresujące sytuacje – toaletową wpadkę, kłótnię o zabawki, czy spóźniającą się z powodu korków mamę. Ale przedszkole to również wyjątkowe okazje do świętowania – urodziny, jesienny bal, wycieczka poza przedszkole z pluszowym wężem w łapce, przedstawienie i świąteczne spotkanie również zostały dokładnie opisane.

Chociaż książka ma stosunkowo dużo tekstu, nie brak w niej również uroczych, bardzo kolorowych ilustracji Patrycji Fabickiej – najczęściej wypełniających całe strony.

Moim zdaniem jest rewelacyjna, aż żal, że „za naszych czasów” jeszcze nie było tego tytułu, chociaż dość intuicyjnie wypracowaliśmy sobie bardzo podobną metodę adaptacji. Polecam wszystkim początkującym przedszkolakom z całego serca. Jednak ze względu na dłuższe partie tekstu, wymaga od słuchacza pewnego oczytania i doświadczenia z bardziej zaawansowanymi pozycjami, niż krótkie książeczki w stylu np. Kici Koci. Moim zdaniem to takie 3+. Zwłaszcza, że została wydana z papierowymi stronami w twardej oprawie z ostrymi brzegami. Do czytania i przeglądania pod opieką rodzica.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Patrycja Fabicka, Witaj, przedszkole!, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 70 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Drugą z książeczek – wyszukiwankę – rekomenduję dla nieco młodszych przedszkolaków – moja Majka zaczynała swoją przygodę z przedszkolem w wieku 2,5 lat i moim zdaniem dla takiego malucha byłaby idealna. Szczególnie, że same korzystałyśmy z podobnego tytułu o lakonicznym tytule „W przedszkolu” i wówczas jeszcze Bobasa bardzo lubiła szukanie szczegółów porozrzucanych w przedszkolnym chaosie.

Dwa poprzednie tomy z serii „Moja wielka wyszukiwanka” – „Zwierzęta świata” oraz „Dzień i noc” pokazywałam Wam już kiedyś TUTAJ. Tym razem tematyką 11 planszy są sceny pozwalające małemu czytelnikowi przywyknąć do codzienności w przedszkolu. Od powitania, zmiany butów na kapcie i zdjęcia kurteczek w szatni, przez rozmaite zajęcia, korzystanie z łazienki, posiłki, plac zabaw i drzemkę aż po wycieczki, przedstawienia i zimowe zabawy. Jest gwarno, tłoczno i wesoło, choć i bez nadmiernej idealizacji – nie zabrakło toaletowej wpadki, łez podczas pożegnania z rodzicem, zgubionej czapki, kłótni, czy plam farby. Bardzo spodobało mi się też, że wśród przedszkolnych opiekunów pojawiają się również mężczyźni, co nie jest chyba szczególnie popularne.

Ilustracje mają różny poziom szczegółowości, dzięki czemu będą odpowiednie dla tych mniej i bardziej cierpliwych obserwatorów. Każdej z nich towarzyszy krótki, kilkuzdaniowy tekst zarysowujący daną sytuację i jej kontekst oraz kilka elementów (7-9) do znalezienia na głównym obrazku.

Chociaż, jak sama nazwa wskazuje, tematyką książeczki jest przedszkole, niewielka ilość tekstu, stosunkowo proste, choć szczegółowe obrazki oraz sposób wydania – z grubszymi tekturowymi stronami (ząbko- i ślinoodporne) oraz bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprawiają, że spokojnie można sięgnąć po nią już z zupełnym maluszkiem. A po drobnych modyfikacjach można wykorzystać ją jako pomoc podczas oswajania codzienności w żłobku.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2021, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman

Jak „Kroniki Bane’a” mnie rozczarowały, tak „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” okazały się wyjątkowo pozytywnym zaskoczeniem. Dawno już nie bawiłam się tak dobrze czytając opowiadania, w sumie nie jestem pewna, czy kiedykolwiek.

Czy Simon ma wspomnienia ze swoich nadnaturalnych przygód, czy akurat doskwiera mu demoniczna amnezja, wciąż jest tym samym bezbłędnym Simonem. A Bezbłędnego Simona nie sposób nie kochać. I nie można odmówić mu niewątpliwego talentu w roli narratora.

Życie Simona Lewisa nigdy nie było łatwe i wygląda na to, że wcale nie zanosi się na poprawę w tej kwestii. Teraz jest bohaterem wojny, której nie pamięta, w świecie, o którego istnieniu nie ma pojęcia, a najlepsi przyjaciele są dla niego obcymi ludźmi. Szansą na odzyskanie wspomnień jest Wstąpienie – rytuał przyjmujący Przyziemnego do elitarnego grona Nocnych Łowców. Jednak by móc do niego przystąpić, śmiałek musi spędzić dwa lata pełnych znoju przygotowań w Akademii szkolącej kwiat młodzieży Nefilim. I nie zginąć. A nawet jeśli uda się przetrwać te lata morderczych treningów, samobójczych misji i przebywania z latoroślami szanowanych rodów Nocnych Łowców, to przy samym Wstąpieniu też można zginąć. Bardzo w styli filozofii YOLO.

Dużym plusem jest duża różnorodność opowiadań. Chociaż przede wszystkim dotyczą one Simona, niektóre z historii poświęcone zostały innym, mniej lub bardziej znanym nam bohaterom, a sam ex Chodzący za Dnia jest ich odbiorcą, albo pomniejszym uczestnikiem – w ten sposób poznamy opowieść o Zaginionym Herondale’u, posłuchamy o jednej z ciekawszych i bardziej medialnych misji Tessy i Williama w XIX-wiecznym Londynie, poznamy syna Tessy – Jamesa, który zdecydowanie lepiej radził sobie z książkami, niż z ludźmi (i sam nie do końca był człowiekiem), posłuchamy też o początkach Kręgu Valentina. Wraz z Simonem zagłębimy się w zrujnowane korytarze Akademii mającej czasy świetności już dawno za sobą, stawimy czoła całym zastępom szczurów i, co gorsza, zadufanych w sobie dzieci Nocnych Łowców, nawiążemy przyjaźnie i przeżyjemy nowe przygody –  spotkamy Marka Blackhorne’a podczas przypadkowej wyprawy do Faerie, będziemy świętować ślub Helen i świadkować podczas ceremonii parbatai Juliana i Emmy.

I jeszcze moje ulubione, superdługie i przekochane, opowiadanie poświęcone Alecowi, Magnusowi i pewnemu niebieskiemu znalezisku, które przyjdzie im przygarnąć pod swoje skrzydła.

Dla fanów uniwersum Cassandry Clare pozycja obowiązkowa. Szczególnie, że wiele opowiadań znajdzie swoje rozwinięcie w kolejnych Kronikach.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman, Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 656 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Wakajki Majki: Toruń cz. 1 – interaktywnie, legendarnie i pachnąco piernikami

Do Torunia mamy przysłowiowy „rzut beretem” (nieco ponad dwie godzinki drogi), a że to miasto urocze, było więc w czasach studenckich naszym sprawdzonym miejscem na dłuższe randki. Przynajmniej raz w roku wybieraliśmy się po zapasy pierników, na obowiązkowe piernikowe lody i spacer urokliwymi uliczkami niewielkiego Starego Miasta. Dlatego też w czasach pandemicznej odwilży wpadliśmy na pomysł jednodniowej wycieczki „na pierniki” – po raz pierwszy z Mają. I bardzo szybko okazało się, że Toruń tak bardzo obfituje w fantastyczne atrakcje dla dzieci, że jeden dzień to stanowczo za mało, by się nim nasycić – szacuję, że idealnie byłoby zatrzymać się w Toruniu na 3 dni, to mogłoby być super miejsce na długi weekend z przedszkolakiem. Dlatego też do Torunia z pewnością wrócimy jeszcze nie raz i to najchętniej w najbliższym czasie a nasze wycieczki będą tematyczne.

Tematem pierwszym uczyniłam więc toruńskie legendy, bo to świetny początek poznawania miasta. I został bardzo fajnie wykorzystany w toruńskich atrakcjach. Zapraszam więc na polecanko fajnych miejsc do odwiedzenia z dzieckiem przeplatane rekomendacjami dobrych książek na uzupełnienie tematu. Nie tylko dla najmłodszych!

Wstępem do wycieczki był towarzyszący nam podczas podróży audiobook „Legendy Toruńskie wierszem” Doroty Kazimierczak, czytany przez Katarzynę Piechocką-Empel. Kupiłam tą płytę przy jakiejś okazji w taniej książce i okazała się świetnym przygotowaniem „merytorycznym” do zwiedzania miasta. Na płycie znajduje się 12 legend – króciutkich, bo trwających od nieco ponad minuty do maksymalnie niecałych trzech. Co zaskakujące, to w zupełności wystarczy, bo opowiedzieć historię, szczególnie wpadającym w ucho, płynnym wierszem. Poznamy między innymi opowieść o krzywej wieży i powstaniu nazwy, kilka historii okołopiernikowych, o kocie – obrońcy miasta i sprytnym kucharzu Jordanie, o ratuszowym kalendarzu i aniele w herbie Torunia. Nie są to może wyjątkowo rozbudowane utwory, ale na sam początek przygody idealne.

Dorota Kazimierczak, Legendy Toruńskie wierszem – płyta CD audio, Toruń: Wydawnictwo Literat.

Legendy legendami, ale wycieczki do Torunia nie można nie zacząć spektaklem w Planetarium – oglądanie jasnych punkcików gwiazd na sferycznej powierzchni kopuły tego kolistego, ciemnego pomieszczenia to chyba jedno z moich najsilniejszych toruńskich wspomnień z dzieciństwa. Chyba udało mi się zapewnić takie i Majce, bo to jedna z pierwszych atrakcji, które wspomina pytana co widziała na wycieczce.

Na pierwszy raz wybrałam spektakl „Cudowna podróż”,  który na oko nie różni się wiele od moich wspomnień z wycieczek z tatą i okazał się idealny dla przedszkolaka. Warto pamiętać o wcześniejszej rezerwacji biletu, bo te znikają jak ciepłe pierniczki.

Tym razem nie zgłębiliśmy wszystkich kosmicznych tajemnic Planetarium, bo i nie byłam pewna czy ta tematyka Maję zainteresuje, ale koniecznie musimy wrócić tam kolejnym razem – na następny spektakl i multimedialne wystawy.

Drugim przystankiem była wizyta w Żywym Muzeum Piernika, gdzie przebrani w stroje z epoki edukatorzy (była nawet Korzenna Wiedźma!) podzielili się z nami historyczną wiedzą na temat przypraw i ich właściwości oraz metody wyrabiania ciasta i wypiekania ozdobnych pierników. Również pod względem praktycznym, bo każdy mógł wypiec swoje własne pachnące miodem ciasteczko. Dowiedzieliśmy się też co nieco na temat wypiekania pierników w XIX wieku, już z użyciem wielkich, ale jakże zmyślnych maszyn oraz zdobienia ciasteczek lukrem. Maja skusiła się również na samodzielne ozdobienie jednego z pierniczków (ta atrakcja jest dodatkowo płatna – 5 zł, o ile dobrze pamiętam). Ja tymczasem kupiłam na spróbowanie wypiekanych w muzeum pierniczków i okazały się najpyszniejsze na świecie, kolejnym razem koniecznie muszę zrobić większy zapas!

Łącząc temat pierniczków, legend i audiobooków, młodszym czytelnikom gorąco polecamy nasze małe biblioteczne odkrycie – „Toruńskie pierniki” z serii „Baśnie polskie”, czyli pierniczkową baśń pełną gębą – z krasnoludkami, wizytą króla i wielką miłością wyrażaną w katarzynkowych pierniczkach z serduszek. Opowieść ta została oparta o legendę o królowej pszczół, którą znaliśmy już w krótszej wersji z audiobooka pełnego toruńskich wierszyków.

Chociaż ta pozycja również jest całokartonowa – z grubej tektury i z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, ma zdecydowanie więcej tekstu. Dodatkowym atutem jest dołączona do książeczki płyta z całkiem przyjemnym audiobookiem – można więc słuchać bajki zarówno w aucie, jak i podczas przeglądania książeczki. A później poprosić o przeczytanie mamę, żeby upewnić się, czy aby na pewno drukowany tekst jest taki sam, jak na płycie.

Liliana Bardijewska, Ola Makowska, Baśnie polskie. Toruńskie pierniki, Kielce: Wydawnictwo Jedność, 2013, 20 s.

~Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Po przerwie obiadowej (wciąż nie umiem robić zdjęć jedzeniu, ja jedzenie zjadam. Pożeram. Pochłaniam) czekała nas ostatnia interaktywna atrakcja – Dom Legend Toruńskich. W jego piwnicach czekają opowiadacze dawnych historii, którzy przy pomocy rekwizytów i krótkich scenek odgrywanych przy czynnym udziale publiczności wprowadzili nas w nieco baśniowy, momentami zabawny, momentami trochę straszny świat toruńskich legend. Chyba każdy z uczestników miał szansę by wcielić się w jakąś postać – mieszczki, krzyżackiego rycerza, dzwonnik czy nawet… końskich kopytek. Maja byłą flisaczką, Łukasz trafił do lochu za bliżej nie sprecyzowane przewinienia, a mi przypadła rola Bachusa. Wiadomo, ma się ten pociąg do wina! Super wciągająca przygoda, polecamy bardzo.

A toruńskie opowieści zaintrygowały nas tak bardzo, że w „sklepiku muzealnym” nabyliśmy drogą kupna pięknie wydany „Legendarny Toruń” Nikodema Pręgowskiego. To gratka tym razem dla nieco starszych czytelników – zbiór 9 legend opowiedzianych na nowo – od tej najwcześniejszej, o założeniu Torunia w XIII wieku, przez krzyżackie, pierniczkowe, kopernikowe, kocie i żabie aż po opowieść o słoniach i zeppelinach z czasów międzywojnia. Jak na Agnieszkę Łakomczuszkę przystało, najbardziej lubię legendę o katarzynkach, Maja szczególnie upodobała sobie „O pladze żab” i dzielnym flisaku, który wywiódł płazy z miasta grą na praprzodku skrzypeczek. Ta książka to fantastyczny pomysł na wartościową pamiątkę z Torunia – każda z legend zakończona jest ciekawostką historyczną, wprowadzającą czytelnika w realia epoki, na marginesach wytłumaczono trudniejsze słówka (np. dawny instrument smyczkowy, prapradziadek skrzypiec to Fidel), a całość zakończona jest słowniczkiem występujących w książce postaci historycznych. A wszystko to w przepięknej, bardzo klimatycznej oprawie graficznej, pełnej działających na wyobraźnię ilustracji, na grubych, kremowych kartkach i w twardej oprawie. Aż muszę się rozejrzeć za podobnym wydaniem legend Gdańskich, bo jest mega.

Nikodem Pręgowski, Legendarny Toruń, Toruń: Wydawnictwo Na przykład, 2021, 80 s.

Jeśli jednak głód toruńskich opowieści wciąż Wam doskwiera, starszym czytelnikom polecam twór przedziwny i bardzo oryginalny – „Piernikajki czyli toruńskie piernikowe bajki” Katarzyny Kluczwajd. To całkiem obfita garść krótkich bajek, zupełnie współczesnych, ale opartych na legendach, prawdziwych historiach opowiedzianych ze swadą i wielką dawką słowotwórstwa, które tak lubię – pod tym względem chyba odnalazłam w autorce bratnią duszę! Wraz z sympatycznie magicznym TORasiem i innymi bohaterami poznamy co nieco faktów z dziejów Torunia, zwrócimy uwagę na detale, również te niemal całkiem na przestrzeni dziejów zapomniane, jak zegar słoneczny z toruńskiego ratusza, dowiemy się kim są piernikony czy pogrążymy się w domysłach na tematy wszelakie – od różnych wersji atrybutów herbowego anioła aż po kosmiczne dodatki potencjalnie stosowane przez piekarczyków podczas pierniczenia. A większość z historii poparta została dowodami ikonograficznymi w formie zdjęć – szkoda tylko, że głównie czarno-białych miniaturek, tylko kilka z nich znalazło się w pełnej krasie na kolorowej wklejce. A szkoda, chętnie bym się archiwaliom poprzyglądała bliżej. Na spragnionych większej dawki naukowego pierniczenia, czeka na końcu całkiem obfity wykaz tematycznej literatury fachowej i naukowej. Dla zagubionych znajdzie się również słowniczek pierniczkowej nowomowy w książce stosowanej oraz cały zbiór faktycznych faktów, osób i cytatów, które zostały wykorzystane i pojawiają się w piernikajkach mniej lub bardziej gościnnie.

Katarzyna Kluczwajd, Piernikajki, czyli toruńskie piernikowe bajki (niekoniecznie dla najmłodszych), Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 240 s.

~Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Podczas spaceru na piernikowe lody będące ukoronowaniem dnia majkową uwagę przykuły szczególnie trzy miejsca – najwięcej czasu, bo dobre 20 minut i to z przystankiem w obie strony – spędziliśmy przy fontannie z żabami i Flisakiem, czyli bohaterem ulubionej toruńskiej legendy Mai. Wolno moczyć łapki, wrzucić grosik na szczęście, zatykać żabkom pyszczki i chlapać rodziców, czy może być coś lepszego?

Również pomnik Mikołaja Kopernika przed toruńskim ratuszem wzbudził zainteresowanie mojej przedszkolaczki, ale bardzo szybko został przyćmiony przez stojącego w pobliżu złotego osiołka, wymarzonego kompana do zdjęć i głaskania na szczęście, choć siadania na nim raczej nie polecamy. A to dlatego, że sympatyczny osioł stoi przy rynku na pamiątkę pręgierza o podobnym kształcie, o czym przypomina ostra krawędź ciągnąca się przez cały osi grzbiet, wykorzystywana do jednej z okrutnie pomysłowych średniowiecznych tortur.

A skoro już przy torturach jesteśmy, pamiętajcie, by mieć w zanadrzu jakiś czaoumilacz, by oczekiwania na posiłek albo upragniony pucharek z lodami (piernikowymi – gwóźdź programu!) ze zmęczonym przedszkolakiem nie zmienił się w czas jęczących tortur właśnie. Warto połączyć przyjemne z pożytecznym i plastycznymi łamigłówkami utrwalić zdobytą wiedzę – bardzo polecamy książeczkę z zadaniami „Poznaj Toruń”. Wśród zadań znajdziemy między innymi mapę centrum miasta, gdzie można pokolorować odwiedzone miejsca, herb i aniołki do pokolorowania, łączenie Kopernika po kropkach, poszukiwanie różnic, wykreślankę, labirynty z osiołkiem i pieskiem Filusiem, pierniczki do zdobienia, smoka, krzyżackiego rycerza i oczywiście flisaka z jego żabami do pokolorowania i szukania cieni.

Niestety książeczka jest całkiem spora – formatu A4 – wymaga więc przechowywania w maminej torebce, przyzwyczaiłam się już jednak do roli wielbłąda.

Krzysztof Tonder, Poznaj Toruń, Toruń: Wydawnictwo Literat, 32 s.

Planując wycieczkę „do miasta” pod kątem atrakcji dla dzieci, warto sprawdzić, czy miejscowość, do której się wybieracie figuruje w pełnym inspiracji i fenomenalnie ilustrowanym „Atlasie miast Polski”. Słupska, czyli miejsca naszej poprzedniej wyprawy akurat, nie było, za to Toruń już jak najbardziej.

Tym, co przyciąga wzrok do „Atlasu Miast Polski” jest jego genialne wydanie – duży format, świetne kolory i rewelacyjna szata graficzna (ten pomysł ze znaczkami pocztowymi z każdego miasta na okładce i w spisie treści jest przefantastyczny!). Książka składa się z 30 rozkładówek – każda z nich poświęcona innemu miastu. Poza króciutkim opisem, dana miejscowość została przedstawiona za pomocą miniaturek atrakcji z podpisami. A wybór owych wspaniałości skomponowany został w taki sposób, aby zainteresować dzieci. Kiedy między muzeami narodowymi, sławnymi postaciami i pomnikami znajdują się lokalne przysmaki (to coś dla mnie!), najlepsze lodziarnie, pijalnie czekolady, aquaparki, parki trampolin, teatry lalek, instytucje organizujące warsztaty dla dzieci, ogrody zoologiczne, parki, dinozaury w różnych formach i muzea zabawek i zabawy, dziecko nie ma możliwości nudzić się podczas rodzinnej wyprawy. 

Anna Rudak, Anna Garbal Atlas miast Polski, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 64 s.

Podczas kolejnej wizyty koniecznie musimy poświęcić więcej czasu na dokładniejsze zwiedzenie Planetarium i poświęcić więcej uwagi Kopernikowi.

Planujecie wyjazd do Torunia? A może byliście niedawno w okolicy?

Bajki Majki: „Pozytywka. Witamy w Pandorii” Gijé, Carbone

Odkąd jakiś czas temu kompletnie zakochałam się w Pamiętnikach Wisienki, zaczęłam z większym zaciekawieniem przyglądać się komiksom dla dzieci, chociaż moja Maja zdecydowanie musi do nich jeszcze dorosnąć.

„Witamy w Pandorii” to pierwszy tom bardzo obiecującej serii dla dzieci. Nola dostaje na urodziny pozytywkę – pamiątkę po zmarłej mamie. Gdy przekręca kluczyk, by posłuchać melodii, zauważa w kuli machającą do niej postać… W ten sposób, niczym Alicja, trafia do fantastycznej krainy ukrytej we wnętrzu pozytywki i wpada w sam środek intrygi. Mama nowo poznanej przyjaciółki, która ściągnęła ją do Pandorii, cierpi na nieokreśloną chorobę. Czy to możliwe, że ktoś ją otruł? Który z sąsiadów mógł to zrobić i dlaczego? Czy troje dzieci, z czego jedno z nich aż do tej chwili nie miało pojęcia o istnieniu tego świata, będzie w stanie pomóc chorej i odkryć truciciela?

W porównaniu z przygodami Wisienki mamy tu zdecydowanie mniej tekstu i krótszą oraz mniej skomplikowaną fabułę – jest to propozycja dla nieco młodszych dzieci. Nie brak tu jednak poważnych tematów, choć na razie dopiero wstępnie zarysowanych i umieszczonych w fantastycznym świecie pełnym niezwykłych stworzeń. Dominującym problemem jest tu ogrom tęsknoty po śmierci ukochanej mamy, pojawiają się również motywy choroby i zakazanej miłości („W Pandorii nie można kochać kogo się chce”) oraz bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo czyhające na dziewczynkę.

Nie ukrywam, że do tego tytułu przyciągnęły mnie cudowne ilustracje – zarówno kolory, jak i kreska są bardzo w moim guście, każda strona to uczta dla oczu. Szczególnie, że nie brak tu różnych cudacznych bohaterów, wielogłowych, wielorękich i wyposażonych w mackowe brody. A towarzyszy im klimat tajemnicy i niesamowitości.

Pierwszy z komiksów to tak naprawdę dopiero wstęp do całej historii – czytelnik będzie miał szansę ledwie posmakować klimatu tego świata i rządzących nim praw oraz samej historii. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że sprawa truciciela znajdzie swoje rozwinięcie, a przygody Noli i jej nowo poznanych przyjaciół dopiero się rozkręcają. Jaką rolę w świecie wewnątrz pozytywki pełniła mama naszej bohaterki? Odpowiedzi na wszystkie te pytania mama nadzieję znaleźć w drugim tomie.

Gijé, Carbone, Pozytywka. T.1: Witamy w Pandorii, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Czas na czytanie: „Felix ever after” Kacen Callender

Bardzo cenię i po prostu strasznie lubię sięgać po młodzieżówki „społecznie zaangażowane”, czyli takie, które poza opowiedzeniem danej historii pełnią rolę dydaktyczną podejmując temat ważny i trudny dla młodego czytelnika – tym razem są to transpłciowość i niebinarność – po czym przedstawiają go w sposób daleki od wykładu, czy moralizacji.

I „Felix ever after” robi to świetnie. Sama, choć zawsze wydawało mi się, ze jestem raczej świadoma, niż nie, podczas lektury co chwila chwytałam za telefon by sprawdzić jakieś pojęcie lub o czymś doczytać. A jednocześnie całkowicie wciągnęłam się w historię o sztuce, tożsamości, odrzuceniu, podejmowaniu niesamowicie trudnych życiowych decyzji, o porównywaniu się z innymi, o odkrywaniu samego siebie, o przemocy, która nie zawsze musi być fizyczną, o życiu w świecie dalekim od tolerancji, o byciu ważnym, wartościowym i wystarczającym, o tęsknocie za miłością i jednoczesnym strachu przed nią, aż wreszcie – o odwadze próbowania mimo wizji niepowodzenia. Oraz w szkolne love story oczywiście!

„(…) za bardzo się boję na serio zacząć – boję się spróbować i zaliczyć porażkę.”

To książka która na pewno w pewien sposób otwiera oczy – nie tylko na różnorodność ludzi i opcji, której nie jesteśmy świadomi, dopóki nie zaczyna dotykać nas bezpośrednio, ale również na dylematy i poszukiwania tak charakterystyczne dla wieku nastoletniego. I chociaż bohaterowie, jak na licealistów, wydawali mi się momentami nieco zbyt dojrzali, zbyt świadomi, zbyt mądrze i zrozumiale wyrażający swoje myśli, z ich wątpliwości i emocji przebija się prawda, a pytania, jakie sobie zadają chyba nikomu nie będą obce. A na pewno nie są obce mi – osobie białej, raczej hetero i cispłciowej. Nie bez znaczenia jest tu z pewnością fakt, iż jest to książka napisana przez osobę niebinarną, znającą wszystkie te rozważania i dylematy z autopsji.

Poza niewątpliwie imponującą dyskusją o tożsamości płciowej, potrzebie korzystania z etykietek, przynależenia do wspólnoty, dopasowania, akceptacji drugiego człowieka i nie zawsze zdrowej miłości, zaimponowała mi również całkiem fajnym wykładem na temat granic sztuki i tego, co wolno artyście.  

Nie sposób też nie wspomnieć, że jest to książka absolutnie przeurocza. Bohaterowie i ich relacje są cudowni i do serca przytul, nie można ich nie polubić i im nie kibicować. Znajdziemy tu fantastyczną przyjaźń, nie zawsze łatwe relacje z rodzicami, słodkie pierwsze kroki w zakochaniu i kilka niezaprzeczalnych prawd o pierwszej miłości. I tych kolejnych też.

Przyjemna. Sympatyczna. Ważna. Prawdziwa. I nie wiem, jak to możliwe, ale ciężka i cudownie lekka jednocześnie.

Polecam nie tylko zagubionym i nie tylko nastolatkom.

Kacen Callender, Felix ever after. Na zawsze Felix, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2021, 360 s.

Grajki Majki: Escape Quest „Arsene Lupin rzuca wyzwanie” David Cicurel, Frédéric Dorne, Tiffanie Uldry

Sięgając po ta książkę spodziewałam się czegoś podobnego do komiksów paragrafowych w stylu „Rycerzy” czy „Sherlock Holmes. Dookoła świata”. I faktycznie, sam mechanizm poruszania się po historii jest całkiem podobny, jednak w tym przypadku gra zdecydowanie bardziej przypomina faktyczną książkę. A każda jej strona to nowa zagadka przybliżająca nas do upragnionego celu.

W tej grze wcielamy się w postać włamywacza-pasjonata uprawiającego to hobby nie z potrzeby i zmagań z niesympatyczną sytuacją życiową, a z umiłowania do sztuki kradzieży – dlatego też naszym marzeniem jest nauka fachu pod okiem najwybitniejszych mistrzów zbrodni. Świetnie się więc składa, że sławny Arsène Lupin, dżentelmen-włamywacz, ogłosił wszem i wobec, że poszukuje ucznia. Jednak dostać się pod skrzydła mistrza to prawdziwe wyzwanie – nie tylko musimy dokonać niemożliwego i skraść najlepiej strzeżone klejnoty w całym Paryżu, ale również pokonać liczną konkurencję. Czy wystarczy nam sprytu, umiejętności i determinacji, by dopiąć swego? Nawet, gdy ktoś usilnie będzie próbował pokrzyżować nam szyki?

Czekają nas szyfry, mapy, łamigłówki, a nawet pewien test sprawności w posługiwaniu się narzędziami do cięcia szkła. Wszystko to by odkryć na jaką stronę powinniśmy udać się w następnej kolejności. W porównaniu do komiksów paragrafowych, jest tu zdecydowanie więcej tekstu – na każdą zagadkę przypada strona treści i całostronicowa ilustracja utrzymana w pięknym retro-secesyjnym klimacie XIX-wiecznego Paryża. W ogóle pod względem wizualnym ten tytuł jest fenomenalny, nie można się napatrzeć. Na szczęście są takie zagadki, że uważne przypatrywanie się jest bardziej niż wskazane.

Za każdym razem jestem zaskoczona faktem, że takie gry potrafią być naprawdę trudne! Nie jestem może jakimś szczególnym omnibusem – łamaczem łamigłówek, ale gra dla nieco starszych dzieci 12+ potrafi mnie nieźle zagiąć i to czasem już od pierwszych stron! A jednocześnie do rozwiązania takiego escape questa wystarczy tylko długopis i kilka godzin wolnego czasu, może więc towarzyszyć nam na przykład w podróży. Na końcu książkogry zostawiono miejsce na zapiski, można jednak bez skrępowania pisać i zaznaczać i robić notatki bezpośrednio przy zadaniach i na ilustracjach. A jeśli zdarzy nam się gdzieś utknąć, w zabezpieczonym dokumencie przygotowano podpowiedzi.

Kto jest gotowy na takie wyzwanie?

David Cicurel, Frédéric Dorne, Tiffanie Uldry, Escape Quest. Arsene Lupin rzuca wyzwanie, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest lato” Sam McBratney, Anita Jeram

Jaka jest Wasza ulubiona pora roku? Ja zdecydowanie najbardziej na świecie lubię lato! Urodziłam się chyba w złym klimacie, bo uwielbiam upały. A może łatwo mi tak mówić, bo u nas, nad morzem, zawsze jest trochę chłodniej, niż na południu i w centralnej Polsce. Chyba, ze zimą, zimą jest dla odmiany najcieplej.

Pytania o ulubione rzeczy zadają sobie też Brązowe Zające. Bohaterowie serii „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” na każdą z pór roku mają nową zabawę. Latem uważnie przypatrują się kolorom, których ta pora roku ma całą paletę – żywą i soczystą.  Duży Brązowy Zając i Mały Brązowy Zajączek zastanawiają się więc którą z czerwieni lubią najbardziej (biedronki, maków, owoców?), który z licznych błękitów (nieba, ptaszków, niezapominajek?), czy odcieni zieleni (trawy, liści, a może paproci?). Pewnie domyślacie się, jaki odcień brązowego jest najmilszy ich serduszkom?

Dodatki poświęcone porom roku  zostały wydane w znacznie mniejszym formacie niż pierwsza historia oraz w twardej oprawie (w przeciwieństwie do miękkiej oprawy wersji angielskiej), co w połączeniu z przecudownymi ilustracjami Anity Jeram i prostymi, ale rozczulającymi historyjkami sprawia, że są po prostu cudne.

Część poświęconą wiosennemu kicanku pokazywałam wam w wiosennym zestawieniu, a o zimowym tomie, który na początku czytaliśmy jeszcze w oryginale pisałam więcej TUTAJ.

Sam McBratney, Anita Jeram, Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest lato, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Czas na czytanie: „Pod skórą” Liz Nugent

Po raz kolejny Liz Nugent stworzyła bohaterkę, której się nie znosi właściwie od pierwszej chwili i przy tym nie można powstrzymać się od współczucia. Przede wszystkim kata, ale pośrednio również ofiarę. Postać tragiczną na każdej płaszczyźnie, przynoszącą nieszczęście sobie i innym. Zagubioną, skrzywdzoną i krzywdzącą każdego, kogo potka na swej drodze.

Z jednej strony, mimo widma morderstwa (opisanego na pierwszych stronach, więc to żaden spam) przez sporą część książki miałam wrażenie, że czytam nie thriller, a obyczajówkę – relację z życia nieszczęśliwej kobiety od wczesnego dzieciństwa aż do śmierci. Ale wystarczy sama postać głównej bohaterki, jej sposób postrzegania świata, nieświadomość i ważkie podejście wobec zła, jakie wyrządza innym i tragiczne w skutkach decyzje, jakie podejmuje potrafią przyprawić o zimny dreszcz na plecach. Szczególnie, gdy do czytelnika dociera jak wielki i zarazem druzgocący wpływ na nasze życie może mieć zupełnie przypadkowo poznana osoba…

Niestabilny, zagmatwany umysł wahający się stale między olbrzymimi kompleksami a patologicznym poczuciem wyższości i narcyzmem. Socjopatka nie rozumiejąca emocji innych, nie mająca w sobie kropli empatii i nie znajdująca w sobie żadnych wyższych uczuć poza przywiązaniem do morza. I może do wystawnego życia też. Archetypiczna femme fatale nie dbająca o nic i nikogo poza samą sobą.

Z drugiej strony jednak to przygnębiający obraz zaniedbań związanych ze zdrowiem psychicznym, przemocy i potwornym dzieciństwem, destrukcyjny wpływ postrzegania kobiety jedynie w roli matki, nawet jeśli ta otwarcie mówi o swojej niechęci do dziecka i dzieci w ogóle oraz karkołomna walka z koniecznością sprostania wymaganiom, dopasowania do społecznych konwenansów. Jakże inaczej mogłaby się potoczyć ta historia, gdyby Delia mogła zostać rybaczką, żeglarką albo właścicielką nadmorskiego pensjonatu?

To też surowa, ale liryczna opowieść o wymierającej społeczności, przywiązaniu do natury i małej ojczyzny oraz całkiem moralizatorski przykład niebezpieczeństwa nacjonalizmu w skali mikro.

A pojawiające się co jakiś czas we wspomnieniach bohaterki upiorne bajki z dzieciństwa dodają książce poczucia niepokojącej niesamowitości. Nie zabraknie też wstrząsającego plot twistu na zakończenie.

Bardzo dobra książka, nie mogłam się oderwać. Chyba podobała mi się nawet jeszcze bardziej niż „Obsesja Lydii”.

Liz Nugent, Pod skórą, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.