Bajki Majki: „Szczęście. Opowiastki dla dzieci” Leo Bormans, Sebastian Van Doninick

Trzymam w rękach książkę, która spełnia wszystkie aspekty prezentu idealnego. Niejednokrotnie spotkałam się z pytaniem o najlepszą książkę-pamiątkę dla dziecka. Taką, którą nie tylko będzie się z przyjemnością czytało, ale która będzie również niosła jakąś naukę na przyszłość i sprawdzi się w roli uniwersalnego drogowskazu.

„Szczęście. Opowiastki dla dzieci” to zbiór 10 króciutkich historyjek (słowo „opowiastki” pasuje tu idealnie, bo to kondensacja treści w naprawdę niewielkiej ilości tekstu), każda z ptasim bohaterem w roli głównej. Proste, ale niezwykle rozćwierkane scenki przybliżają małemu czytelnikowi wartości, które, według badaczy z London School of Economics (co brzmi mądrze) i samego autora, będącego twórcą psychologii pozytywnej (jeszcze mądrzej) mogą być kluczami do szczęścia. Chociaż sformułowania takie jak „umiejętność określania własnych celów”, „wchodzenie w relacje”, czy „uważność i docenianie otaczającego nas świata” zdają się nie tylko sztywniackie, ale i zniechęcające na pierwszy rzut oka, to poszczególne opowiadania, będące przykładami zastosowania owych wartości w praktyce (i to ptasiej praktyce!) rozwiewają wszelkie wątpliwości. Pomysłowe, dopasowane do możliwości poznawczych dziecka, przepełnione świergocącymi onomatopejami i momentami całkiem zabawne historie wyjątkowo wdzięcznie przemieniają kanciaste słowa teorii i codzienną praktykę.

Każda opowiastka zakończona została rzetelnym opracowaniem – pytaniami, które można zadać dziecku (dotyczącymi zarówno treści, jak i tematu w ogóle), tematami do wspólnych rozważań, opisem „szczęśliwego zagadnienia”, pomocniczymi pytaniami do rodzica, zachęcającymi do dzielenia się z dzieckiem własnymi doświadczeniami i przykładowymi pomysłami zadań związanych z tekstem – zarówno plastycznych, jak i ruchowych.

Pięknie zilustrowane ptaki, mogą nie tylko stanowić dla dziecka wzorce postępowania, ale również zaszczepić w nim ciekawość i chęć obserwacji świata przyrody. Szczególnie, że każdy ze skrzydlatych bohaterów doczekał się krótkiego opisu.

Pomijając kwestie filozoficzne, sama dowiedziałam się ciekawostek na temat gatunków ptaków, o których istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia. Wraz z córką poznałyśmy sposób budowania gniazd przez Sporopipes frontalis, dowiedziałyśmy się w jaki sposób kakadu odstraszają drapieżniki, jakiego koloru są małe flamingi i jakie ptaki potrafią latać również pod wodą.

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 6-9 lat, uważam, że to książka dla każdego. Trzylatka słucha z chęcią i jest oczarowana ilustracjami, a i dorosły chętnie poświęci chwilę na refleksję.

„Szczęście” zostało fantastycznie wydane – ma duży format, twardą oprawę, strony ze sztywnego papieru i mnóstwo dużych, klimatycznych ilustracji. To jedna z tych niewielu książek, które aż proszą się o wzruszającą dedykację i podarowanie dzieciatym przyjaciołom. Dajemy w ten sposób nie tylko książkę, która być może okaże się pomocna w poszukiwaniach szczęścia i życiowej satysfakcji, ale przede wszystkim największą wartość – czas spędzony wspólnie.

Leo Bormans, Sebastian Van Doninick, Szczęście. Opowiastki dla dzieci, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: PATRONAT „Między palcami a ciszą kolory jej duszy się kołyszą” Anna Lisowiec, Aleksandra Anna Sikorska

Zdarzyło Wam się kiedyś stanąć przed dziełem sztuki współczesnej i, nie będąc w stanie uchwycić całościowej koncepcji, stwierdzić „nawet dziecko tak potrafi”? Mam przyjemność przedstawić właśnie TO dziecko.

Ola ma siedem lat i postrzega świat zupełnie inaczej niż wszyscy wokół. Ze względu na autyzm dziecięcy jeszcze nie mówi – wypracowała jednak odmienny sposób komunikacji. Robi to poprzez swoją sztukę.

Duży i wygodny format A4 książki pozwala dobrze przyjrzeć się feerii kształtów, faktur i przenikaniu się barw na reprodukcjach prac małej malarki, które na pierwszy rzut oka zawsze przywodzą mi na myśl zaglądanie w zabawkowy kalejdoskop – kiedy to za każdym razem możemy dostrzec coś nowego. Każdemu obrazowi towarzyszy wiersz będący komentarzem jednej z fanek artystki – poetki – która postanowiła przedstawić twórczość Oli szerszej publiczności.

Przyznam uczciwie, że warstwa poetycka Anny Lisowiec zupełnie do mnie nie przemówiła. Możliwe, że nie jestem wspomnianą w wierszach „bratnią duszą”, ale zabrakło mi w nich jakiejś delikatności, wydały mi się zbyt natarczywe i agresywne wobec odbiorcy. Może takie było zamierzenie, a postawa zaczepno-obronna miała być punktem wyjścia całej koncepcji, ale na mnie to niestety nie działa. Mam wrażenie, że w zestawieniu z warstwą malarską (tym bardziej imponującą, bo spod ręki dziecka), poetka po prostu nie daje rady – proste, momentami infantylne utwory zupełnie nie oddają wieloznacznej głębi obrazów. Nie można jej jednak odmówić budzenia w czytelniku emocji. A przecież nikt nie powiedział, że te muszą być pozytywne.

Jednak to nie o jakość poezji się tu rozchodzi, a o jej cel – 30 wierszy Anny Lisowiec składające się na ten tomik są bardzo intymną próbą wejścia w świat małej dziewczynki, postrzegającej rzeczywistość w zupełnie odmienny sposób. Więcej! Chce ten świat pokazać innym – właśnie dzięki temu tutaj trafiamy!

Każdy z wierszy jest bowiem zainspirowany jednym z obrazów tej nadzwyczajnej malarki – to nie pierwszy raz, kiedy jedna dziedzina sztuki inspiruje drugą, ale pierwszy, kiedy doświadczam tego z tak bliska. I w pewien sposób czuję się zaszczycona, że mogę uczestniczyć w tej osobistej relacji między dwoma artystkami.

Chęć zrozumienia tego, czego zrozumieć nie sposób od samego początku zdaje się być skazana na porażkę, co jednak nikogo nie zniechęca. I za to mam ogromny szacunek do każdej osoby zaangażowanej w powstanie tej pozycji. Ta sama ciekawość jest również siłą napędzającą widza – mnogość interpretacji, jakie daje sztuka abstrakcyjna zostaje tu dodatkowo zwielokrotniona przez tajemniczą osobę młodziutkiej artystki. Przyjrzyjcie się dokładnie jej pracom, a może uda Wam się dostrzec kawałek świata jej oczami.

Anna Lisowiec, Aleksandra Anna Sikorska, Między palcami a ciszą kolory jej duszy się kołyszą, Góra 2019, 67 s.

Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przeznaczony na leczenie i terapię Oli.

Wciąż można wziąć udział w procesie wydania tej wyjątkowej książki -> O TU.

Więcej na temat książki możecie przeczytać TUTAJ, a w poszukiwaniu informacji na temat małej artystki zajrzyjcie koniecznie na BLOGA JEJ MAMY i JEJ PROFIL NA FACEBOOKU.

Czas na czytanie: „Nomen omen” Marta Kisiel

„(…) nieszczęsna dusza! Udręczona! Niezaspokojona! Przemierzająca po nocach zaułki miasta, by zaspokoić żądzę krwi niewieściej! Mroczne tajemnice wreszcie wychodzą na jaw! Po jednej stronie barykady młodzi kochankowie, których pragnie rozdzielić zły los… (…) …po drugiej zaś złowrogi szermierz śmierci! Kto zwycięży?”

Macie czasem coś takiego, że jednocześnie bardzo chcecie przeczytać jakąś książkę (teraz, już, natychmiast!) i jednocześnie bardzo nie chcecie mieć jej przeczytanej, bo macie świadomość, że nie ma już więcej? To właśnie ja przed ostatnią nieprzeczytaną książką Marty Kisiel.

„Nomen omen” spędziła dobre dwa miesiące na moim stoliku nocnym – zawsze na samym szczycie, bo mimo sentymentu do „dożywotniej” szaty graficznej, uwielbiam okładkę nowego wydania. Oglądałam, głaskałam, robiłam zdjęcia… Ale kiedy wreszcie zabrałam się za czytanie, to pożarłam w dwóch kęsach.

Salomea Klementyna Przygoda została pokarana przez los zdrowo szurniętymi rodzicami (chociaż tego świadomy jest każdy, kto tylko zerknie na jej dowód), pociesznym, acz mocno uciążliwym młodszym bratem i urodą będącą skrzyżowaniem Brienne z Tarthu z Sansą Stark. Po jednym z wyjątkowo niedyskretnych wybryków matki – pasjonatki seksu tantrycznego – postanawia dać sobie nieco odetchnąć od rodzinki i rozwinąć skrzydła w wielkim mieście. Znajduje więc spokojną pracę i wynajmuje pokój u miłej starszej pani. I w tym momencie jej życie dopiero zaczyna się robić ciekawe. Właściwie to wchodzi na zupełnie nowy poziom bycia ciekawym. Od papugi w łóżku, przez staruszki, które dwoją się i troją w oczach, przez nieplanowane kąpiele w Odrze i nocne przebieżki po cmentarzach. Miłość, śmierć, mitologia i Warcraft.

Ta część podobała mi się bardziej od „Toń” (jakoś zupełnie nie idzie mi czytanie w odpowiedniej kolejności, oj tam oj tam) – tam nieszczególnie podchodził mi motyw podróży w czasie, czego w tym przypadku szczęśliwie mi oszczędzono. Wiadomo, że krwiożercze umarlaki terroryzujące blondynki Wrocławia to zdecydowanie lepsza opcja!

Znalazłam tu wszystko to, co u Ałtorki lubię najbardziej – elokwencję zmuszającą mnie do internetowo-słownikowych poszukiwań, poczucie humoru, które sprawia, że pochrumkuję  radośnie między stronami, duża dawkę girl power, romantycznego bohatera, kompletnie zakręcone indywidua – jedno dziwniejsze od drugiego, i nutę nostalgii za zaprzeszłą przeszłością. No i oczywiście zjawiska bardzo nadprzyrodzone.

„Spełnienie! Odkupienie! Zemsta! Namiętność! I Papuga!!!”

Marta Kisiel, Nomen omen, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 366 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Grajki Majki: „Kruki”, Thorsten Gimmler

Nie wiem, jak to się stało, ale aż do momentu zagłębienia się w instrukcję, byłam przekonana, że „Kruki” są dodatkiem do „Snu”. Okazuje się jednak, że to zupełnie odrębna gra – i to o całkowicie odwróconych wartościach. Podczas gry w „Sen” staraliśmy się, by nasze krainy miały jak najmniejszą liczbę kruków, tutaj natomiast wcielamy się ni mniej, ni więcej, jak właśnie w role kruków odwiedzających ludzkie sny. I prawdę powiedziawszy ta koncepcja wychodzi grze na dobre. Wygląda na to, że kruki były nie tylko moimi ulubionymi bohaterami…

Dwuosobowa rozgrywka ma formę wyścigu, w którym udział biorą biały i czarny kruk. Przed nimi rozpościera się trasa złożona z przeróżnych krain sąsiadujących ze sobą w zupełnie losowy sposób. Dzięki kartom lotu przedstawiającym dane krainy i kartom akcji specjalnych, gracz przemieszcza swojego kruka z jednej krainy, do drugiej. I musi zrobić to szybciej, niż jego przeciwnik.

W moim odczuciu to gra jest łatwiejsza niż „Sen”, bo nie wymaga liczenia i notowania wyników. Wszystko, co zostało nam dane, widzimy przed sobą i możemy w spokoju knuć intrygi. I udaremniać intrygi przeciwnika. A wybór, czy lepiej pomagać sobie, czy szkodzić współgraczowi nigdy nie jest łatwy! Bo w tej grze można poważnie zamieszać – do tego właśnie służą karty akcji. Poza grzecznymi i poprawnymi poleceniami przesuwania swojego pionka o pole do przodu, lub cofania pionka przeciwnika, można również zupełnie zmienić trasę wyścigu poprzez przesunięcie, obrócenie, lub zamianę kart, a nawet… stworzyć objazd, czy drogę na skróty! A że niestety jestem jedną z tych osób, którym duch rywalizacji nie pozwala przemyśleć strategii „na chłodno”, wychodzą mi czasami zupełnie zaskakujące rzeczy.

Fantastycznie, że udało się zachować ulotny, nieco niepokojący i absolutnie fantastyczny senny klimat. „Kruki” to pięć zupełnie nowych onirycznych krain do odwiedzenia, które jednocześnie cieszą oko i powodują dreszcze.

Idealna do grania wieczorem, chociaż nie gwarantuję, że adrenalina pozwoli szybko po niej zasnąć.

Swoją drogą marzy mi się wersja „Magazyniera”, w której będę mogła grać wszędobylską myszką szabrującą towary.

Kruki
Autor: Thorsten Gimmler
Ilustracje: Marcin Minor
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Bajki Majki: „Ratunku! Najmilszy smok na świecie” Jonny Lambert

Wszyscy już chyba doskonale wiedzą, że KOCHAM SMOKI! Majka jest aktualnie na etapie, kiedy to zdecydowanie bardziej ceni się wyfiokowane, obsypane brokatem księżniczki, niż wielgachne, latające gadziny, ale małymi kroczkami staram się to zmienić. A ta książeczka idealnie się nadaje do ocieplania smoczego wizerunku.

Smoczyca Safi ma już dość samotnego odciskania sobie pośladków na zimnych kamieniach wysokich gór, postanawia więc poszukać nowego domu i najprawdziwszych przyjaciół. Czy łatwo jest jednak zrobić odpowiednie pierwsze wrażenie, kiedy jest się kichającym językami ognia, olbrzymim smokiem poruszającym się na ziemi z wdziękiem słonia w składzie porcelany? Są takie chwile, kiedy najlepsze nawet chęci nie wystarczą, by zaskarbić sobie czyjąś sympatię. Jednak każdy smok dobrze wie, że nie należy się poddawać!

To książeczka, która nie tylko rozczula, tak już przecież oklepaną historią zdobywania przyjaźni i podbija serca przesympatyczną bohaterką. To też opowieść o niedopasowaniu i odmienności. O trudnych początkach, nieporozumieniach i nieporadnych staraniach. O nieustawaniu w pracy nad osiągnięciem celu, o dawaniu drugiej szansy i potrzebie ochrony słabszego. O niezrozumieniu intencji drugiej osoby, nieszczęśliwych przypadkach i wyzwaniu, jakim jest komunikacja. O słuchaniu i otwartości na drugiego człowieka (albo smoka). O zwyczajnej codziennej uprzejmości. Tak mało tekstu, tak wiele treści.

Koniecznie trzeba wspomnieć o ilustracjach, bo te są prawdziwie bajeczne! Obrazy zbudowane zostały za pomocą przenikających się, tęczowych barw, wycinanek, odcisków w farbie, różnorodnych kształtów i tekstur. A wszystko to, poukładane na białym tle, przywodzi mi na myśl wycinane niegdyś pieczołowicie szkolne teatrzyki. Efekt jest rewelacyjny. Bez krztyny przesady.

Jeśli, podobnie jak ja, macie słabość do smoków, nie wahajcie się ani chwili. A jeśli jeszcze na smoki nie wymiękacie, to po tej lekturze na pewno je pokochacie!

Jonny Lambert, Ratunku! Najmilszy smok na świecie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Czas na czytanie: „Pucked UP” Helena Hunting

Pamiętam, że po pierwszej części absurdalne poczucie humoru „Pucked” przysporzyło tej książce równie wielu zwolenników, co przeciwników. Ja osobiście bardzo lubię ten rodzaj żartów – trochę prostackie, ale w gruncie rzeczy sympatyczne i nieszkodliwe. A pomysł na erotyk nie do końca na serio, w przyjemnie komicznym klimacie to dla mnie strzał w dziesiątkę – jednocześnie bawi i przyprawia o rumieńce.

Dlatego na drugą część tej niezrównoważonej trylogii czekałam z wielką niecierpliwością. I oto jest!

Dobra wiadomość dla fanów: boberki pojawiają się już na 8 stronie! A niedługo później, dołącza do nich ciasteczko…

Muszę przyznać, że nie ubawiłam się aż tak bardzo, jak przy pierwszym tomie (choć i tutaj były epickie momenty). Może dlatego, że to jednak druga część i już znam te żarty, ale myślę, że duży wpływ miała na to postać głównej bohaterki. Nie ukrywajmy – drugiej tak zakręconej i charyzmatycznej jednostki, jak Violet stworzyć po prostu nie sposób. To mogłoby grozić końcem wszechświata. Z przykrością stwierdzam więc, że weganka-joginka Sunny kompletnie nie wpisała się w moje gusta i jest chyba najbardziej bezbarwną postacią tej serii. Stłamszoną przez brata i najlepszą przyjaciółkę, pozbawioną własnego zdania nudziarę.

Na całe szczęście wszystkie te braki w osobowości nadrabia Buck – nieokrzesany hokeista z kompletnym brakiem zdolności ortograficznych i niepokojącą skłonnością do nadawania ludziom dziwacznych przezwisk, prowadzący dotąd beztroskie życie sportowej gwiazdki. Kiedy poznaje Sunny postanawia się ustatkować i chyba pierwszy raz w życiu spróbować mieć jedną dziewczynę. To znaczy dłużej, niż przez dwa dni. Okazuje się jednak, że nie jest łatwo zerwać z reputacją niezmordowanego playboya, szczególnie kiedy w grę wchodzą hordy napalonych hokejowych króliczków uzbrojonych w aparaty w telefonach i media społecznościowe. A twojej delikatnej, zazdrosnej dziewczyny broni nadopiekuńczy starszy brat. Któremu kiedyś złamałeś nos w obronie własnej siostry.

Mimo podobnej siostrze zdolności do przyciągania kłopotów i żenujących sytuacji (najczęściej pełnych niemal zupełnie rozebranych przedstawicielek płci przeciwnej), Buck Butterson ma serducho we właściwym miejscu i bynajmniej nie zamierza się tym chwalić. Kto by pomyślał, że ten zatwardziały podrywacz jest w środku puchatą kuleczką? Kobiety kochają takich samców, jeszcze bardziej nie mógłby się od nich opędzić!

Momentami było mi trochę żal, że trafiła mu się taka nijaka dziewczyna, ale najwyraźniej tego właśnie potrzebował. Szczerze liczę na to, że jej najlepsza przyjaciółka Lily na nowo podniesie poprzeczkę wybitnych kobiecych charakterów w trzeciej części!

Jak zwykle jest mnóstwo mniej i bardziej poważnych dramatów, trochę dzikich imprez, przepychanki kogucików podczas awansów do nadobnej białogłowy, seksy na stole, szaleństwa letnich obozów i pająki gryzące zdecydowanie nie tam, gdzie trzeba.

To po prostu kolejny erotyk z jajem. Z dużą ilością jaj.

Helena Hunting, Pucked UP, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2019, 454 s.

Recenzja powstała dzięki urzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Grajki Majki: „Głębia”, Stephen Glenn

Mogłabym napisać, że „Głębia” to gra dla zafascynowanych morskimi odmętami, dla poszukiwaczy skarbów i dobrych strategów. Ale jednak najbardziej trafnym i prawdziwym będzie stwierdzenie, że to gra dla małych wredot i złośliwców. Nie muszę chyba precyzować, że uwielbiam ją od pierwszej rozgrywki? Mąż też świetnie się odnalazł. I nawet córka, choć jeszcze sporo za mała, by grać samodzielnie, cieszy się z psot sprawionych przeciwnikowi.

Gra polega na zbieraniu drobnych skarbów w różnych kolorach i wymienianiu ich na błyszczące i znacznie bardziej wartościowe karty celów. Skarby znajdują się na czterech płytkach głębokiej i płytkiej wody. By je zdobyć, musimy wysłać na poszukiwania nurka, który najlepiej radzi sobie w danych warunkach – jedni, uzbrojeni w ciężki sprzęt, są specjalistami od eksplorowania morskich głębin. Drudzy, ubrani w kąpielówki, znacznie lepiej radzą sobie w płytkiej wodzie. Wszystko sprowadza się do jak najlepszego dopasowania wysyłanej na poszukiwania załogi. Każdy z graczy ma jednak do wyboru dwie strategie – może oczywiście budować swoje załogi idealne. Ale może też, podrzucając nurków o mniej pasujących umiejętnościach do załogi przeciwnika, działać na jego szkodę i właśnie w ten sposób wysuwać się na prowadzenie.

Wbrew przerażeniu, które poczułam podczas pierwszego kontaktu z całkiem grubaśną instrukcją i dużą ilością elementów, zasady można przyswoić w kilka minut. Obszerna instrukcja wynika za to z tłumaczenia reguł bezpośrednio na przykładach.

Rozgrywka wciąga od pierwszej chwili i bardzo łatwo się w nią zaangażować – w końcu to pogoń za skarbami. A że przy okazji można kopać przysłowiowe dołki pod drugim z graczy i sprzątnąć mu kosztowności sprzed nosa, tym lepiej.

Nie trzeba wiele liczyć, bo wszystko opiera się na porównywaniu kart o większej i mniejszej wartości. Wymaga nieco sprytu i tupetu, za to skrupuły nie są tu wymagane :)

Bardzo fajna gra karciana dla dwóch osób. Ze względu na dużą ilość małych elementów i potrzebę stabilnego podłoża, jest z natury raczej stacjonarna, niż podróżna – w końcu nikt nie chciałby być tym, który zgubi którykolwiek z 45 malutkich skarbów. Proste zasady i mnóstwo frajdy. A do tego nie nudzi się szybko, bo jednak nigdy nie wiemy, co nam się trafi. I co zgotuje nam przeciwnik.

Trenuje między innymi cierpliwość, spryt, opracowywanie prostej taktyki i … umiejętność przegrywania.

Z młodszymi dziećmi spokojnie można grać drużynowo – u nas ta opcja świetnie się sprawdziła z trzylatką. Majka nie jest jeszcze w stanie do końca zrozumieć zasad, nie zna też cyfr (a to akurat w tym przypadku niezbędna umiejętność), ale dokładanie kart i losowanie skarbów jest na tyle absorbujące, że spokojnie wytrzymuje z  nami przez całą rozgrywkę.

Głębia
Autor: Stephen Glenn
Ilustracje: Roman Kucharski, Tomek Larek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: 5 książek o Gdańsku dla małego podróżnika

Chociaż nie zaplanowaliśmy żadnego wyjazdu na tegoroczną majówkę, nie znaczy, że nie ruszymy na zwiedzanie. O ile tylko pogoda pozwoli, zamierzamy poznawać wspólnie naszą małą ojczyznę – miasto Gdańsk. I Was do tego serdecznie zapraszamy – czasami najpiękniejsze miejsca możemy znaleźć tuż za rogiem. A jeśli kiedyś będziecie wybierać się w nasze strony, skorzystajcie z tego niewielkiego zestawienia książek przybliżających to najpiękniejsze z miast najmłodszym podróżnikom.

DSC_0228

Chociaż przez przypadek urodziłam się w Gdyni, jestem mieszkanką Gdańska odkąd tylko pamiętam (rodzice utrzymują, że mniej więcej od drugiego roku życia) i moje korzenie wrosły tu wyjątkowo mocno, co zapewne można poznać już czytając wstęp. Mimo to moja znajomość miejskich legend jest praktycznie znikoma – w szkole liznęłam jedynie co nieco o kaszubskich stworach, jak olbrzymy Stolemy, psotne Kraśnięta, czy księżniczka Damroka. A i to wyłącznie za sprawą nazw ulic z osiedla, na którym kiedyś mieszkałam.

Na ratunek takiej ignorancji przychodzi najsłynniejszy chyba propagator historii naszego miasta, autor kilkunastu publikacji na temat zabytków i mieszkańców Gdańska, Andrzej Januszajtis i jego „Legendy dawnego Gdańska”. Zbiór zawiera ponad 70 opowieści uszeregowanych zgodnie z miejscami, których dotyczą. Znajdziemy tu zatem nie tylko historie dotyczące poszczególnych zabytków Kościoła Mariackiego, Dworu Artusa, czy głównomiejskich kamieniczek, ale również legendy morskie, opowieści reformacyjne, historie wywodzące się z poszczególnych dzielnic (nawet z Osowy!), a także przybyłe z terenu niedalekich Żuław i Kaszub. Dzięki nim mamy szansę choć na chwilę uczestniczyć w „bitwie na obrazy” między Hansem Vredemanem de Vries i Antonem Möllerem, poznac papugę Jana Hewelisza, czy dowiedzieć się w której gdańskiej wieży można spotkać duchy.

Chociaż poszczególne legendy są bardzo krótkie, a publikacja wzbogacona została nie tylko o przedruki historycznych rycin, ale również duże wklejki z barwnymi ilustracjami, rozmiar i układ tekstu wymagają od czytelnika pewnej wprawy i mogą zniechęcać. Świetnie sprawdzi się jako książka do wspólnego czytania, nawet z nieco już starszym dzieckiem. Osobiście traktuję ją jako materiały przygotowawcze – po lekturze będę wiedziała jakie niesamowite historie opowiadać córce podczas zwiedzania.

Andrzej Januszajtis, Legendy dawnego Gdańska, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 89 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Nie sposób nie sięgnąć po drugą książkę z „Gdańskiej Kolekcji 1000-lecia” dedykowanej dzieciom. Jerzy Samp rozpościera przed czytelnikami „Gdańsk w baśniowej szacie”. Ozdobą tej publikacji są kolorowe wklejki z ilustracjami oraz ozdobne inicjały rozpoczynające każdą z opowieści, w przeciwieństwie do książki Januszajtisa, nie obejrzymy tu rycin. Natomiast, co jest dużym plusem i ułatwieniem dla początkujących samodzielnych czytelników – zastosowaną większą czcionkę i ułożenie tekstu w jednej kolumnie, dzięki czemu czyta się znacznie wygodniej. Te opowieści są już nieco dłuższe. Znajdziemy tu między innymi opowieść o młodym Nikodemie, który wymienił rzeźbę Madonny na ślimaku na najprawdziwszego lwa, czy o bogu wojny broniącego dostępu do Wielkiej Zbrojowni. Dowiemy się też co wspólnego mają kotwice i kocie pazurki. A jak to już z baśniami bywa, również w tych odnaleźć można ziarnka prawdy.

Idealne na wieczorne czytanie w hotelowym łóżku, przed kolejnym dniem zwiedzania.

Jerzy Samp, Gdańsk w baśniowej szacie, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 148 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Zupełnie odmienny pod względem formy przekazu jest „7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców” gdańskiego wydawnictwa Adamada. Jak sam tytuł wskazuje – jest to siedem propozycji tras na rodzinne zwiedzanie Gdańska i okolic. Piesze wycieczki trasą trzech wież z Muzeum Bursztynu i Kościołem Mariackim w pakiecie, albo trasą Portu nad Motławą zawierającą fantastyczną interaktywną wystawę w Muzeum Morskim i mój kościół św. Jana, kajakowa wyprawa wokół centrum miasta po Motławie i Martwej Wiśle, tramwajem wodnym na Westerplatte, czy rowerem wzdłuż plaży – w Gdańsku nie można się nudzić. Znajdziemy tu propozycje na deszcz i na słońce, dla tych bardziej wytrwałych i tych szybciej się męczących podróżników.

Atrakcyjna, komiksowa forma, sympatyczni bohaterowie, zagadki do rozwiązania i mnóstwo ciekawostek i „torebkowy format”. Można również ściągnąć aplikację na smartfona „Adamada czyta dzieciom” i posłuchać jeszcze więcej o odwiedzanych miejscach.

Tomasz Małkowski, 7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 111 s.

Drugim tytułem o charakterze przewodnika, skierowanym do zupełnie młodziutkich, bo wczesnopodstawówkowych odbiorców jest „Gdańsk dla młodych podróżników”. Autorem jest Jacek Friedrich – historyk sztuki, jeden z moich wykładowców z czasów studenckich, obecnie również dyrektor Muzeum Miasta Gdyni.

Podobnie, jak w przypadku powyższego tytułu, w podróży po mieście towarzyszy nam dwoje dzieci – chłopiec i dziewczynka. W tym przypadku nie mamy jednak zaproponowanych kilku tras zwiedzania, a wędrujemy od zabytku, do zabytku. Każdemu z nich poświęcono dwie strony krótkiego wyjątkowo przystępnego opisu, będącego bardziej ciekawostką, niż notą z dziecięcej encyklopedii.

Na wyjątkowo atrakcyjną szatę graficzną przewodnika składają się nie tylko ilustracje Adama Pękalskiego, ale również naprawdę liczne zdjęcia zabytków. Ten pomysł jest świetny.

Niestety ta niewielka książeczka jest obecnie nie do kupienia. Można ją natomiast wypożyczyć aż w 25 filiach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki w Gdańsku (łącznie biblioteka ma aż 46 sztuk! Nic dziwnego, że wyczerpał się nakład…). Warto zatem zaplanować początek zwiedzania… w bibliotece!

Jacek Friedrich, Gdańsk dla młodych podróżników, Gdańsk: Agencja Reklamowa „O2”, 2005, 138 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Ostatnią książkę – „Z uśmiechem przez Gdańsk” – pokazuję bardziej w ramach ciekawostki dla rodziców – przede wszystkim dlatego, że przez lata zdążyła się już znacznie zdezaktualizować. Warto jednak zwrócić na nią uwagę choćby i z ciekawości, bo różnica w podejściu do młodego czytelnika teraz i przed ponad półwieczem jest kolosalna. Przewodnik sprzed lat, choć ewidentnie skierowany do dzieci w wieku mniej więcej podstawówkowym, jest prawdziwą skarbnicą informacji. Szczegółowo, encyklopedycznie skonstruowane opisy poszczególnych zabytków poprzedzone zostały rozbudowanym rysem historycznym przedstawiającym życie w dawnym Gdańsku na wielu płaszczyznach – od sztuki, przez szkolnictwo, aż po gospodarkę. Choć książka ta prezentuje stan wiedzy z lat 60. i współcześnieobecnie jest raczej bezużyteczny dla współczesnego turysty, tak kompleksowego opracowania historycznego trudno dziś szukać w przewodnikach dla dorosłych, o dziecięcych nawet nie wspominając. Ponurą rzeczywistość heroicznego podnoszenia miasta z gruzów pozostałych po Drugiej Wojnie Światowej osładzają humorystyczne (a humor ten bywa bardzo cięty) ilustracje satyryka Zbigniewa Jujki.

Andrzej Januszajtis, Zbigniew Jujka, Z uśmiechem przez Gdańsk, Gdynia: Wydawnictwo Morskie, 1968, 290 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

A jak już będziecie się wybierać do Gdańska, koniecznie dajcie znać! Najlepsze miejsca na kawę z dzieciakami chętnie pokarzę Wam osobiście!

 

Czas na czytanie: PATRONAT: „Remedium” Radosław Rutkowski

Niejednokrotnie dałam już dowód faktu, że powody, z jakich sięgam po książki bywają czasami zupełnie zaskakujące (warto tu wspomnieć choćby „Sułtana”…). W przypadku „Remedium” nie jest to może aż tak kuriozalne, ale na pierwszy rzut oka to książka zupełnie nie dla mnie – bo nie pociąga mnie ani Łódź jako miejsce akcji, ani kryminał na wiosnę, ani nawet okładka.

 Za to psychol jest ekstra (w mojej głownie to wyznanie nie brzmiało tak niepokojąco…).

Zacznijmy jednak od początku. Ceniony detektyw śledczy zostaje ściągnięty do Łodzi w związku z tajemniczym, makabrycznym morderstwem. Niepokojący sposób torturowania ofiary i enigmatyczny komunikat wypisany krwią na ścianie spędzają policji sen z powiek, a sprawca nie zamierza spocząć na laurach. Jest wyjątkowo skrupulatny i zdaje się być nieuchwytny. A wkrótce pojawiają się kolejne ofiary…

„Boję się odezwać do kogokolwiek, bo… bo to może zabić. Czuję, jakbym to ja ich zabijała!”

To nie jest książka idealna. Przed autorem niewątpliwie długa droga literackiego rozwoju – warto popracować między innymi nad stylem i kreacją postaci. Bo jak samego detektywa Przemka gdzieś podczas 350 stron książki niepostrzeżenie nawet udało mi się polubić, tak reszta bohaterów jest raczej papierowa, czego skrajnym przypadkiem jest ofiara-Paulina. A ich wzajemna relacja to już w ogóle dramat. Wszystkie moje zastrzeżenia dotyczą jednak bohaterów pozytywnych/dobrych/pozostających po jasnej stronie mocy. Bo co, jak co, ale kryminaliści to Panu Rutkowskiemu wyszli świetnie. I zdecydowanie są największym atutem tej powieści.

To właśnie przestępcy i pomysł na zbrodnię sprawili, że polecam tą książkę z przekonaniem. Chociaż przyznaję, że może się to wydawać nieco dziwnie, ale pomysł na główny czarny charakter wyjątkowo do mnie przemówił. Morderca stawia sobie bowiem za cel… edukację społeczeństwa. Prześladując upatrzoną ofiarę chce wyplenić z ludzi obojętność na cudzą krzywdę i nauczyć ich niesienia pomocy oraz przejmowania się cudzym losem. Postępującą „znieczulicę” traktuje jak chorobę, swoją działalność zaś jak lekarstwo. I działa z chirurgiczną precyzją. A że po drodze musi dojść do kilku brutalnych mordów, to już nieistotny szczegół. W końcu wiadomości pisane krwią na ścianach robią na odbiorcach dużo większe wrażenie, niż standardowe środki przekazu…

„(…) kiedyś pracowałem nad jednostkami, teraz próbuję uzdrowić całe społeczeństwo. Nie twierdzę, że moja terapia jest łatwa, jest w fazie eksperymentów, liczę się z pewnymi… nieuniknionymi stratami. (…) Jestem jednak gotów na to poświęcenie, gdyż wierzę, że przysłuży się ono dla dobra ogółu, świat stanie się lepszym miejscem. Nie spocznę, dopóki nie wytępię w tobie pasożyta znieczulicy.”

Tak, w istnienie tego rodzaju socjopaty faktycznie jestem w stanie uwierzyć.

Co ciekawe, tak jak policjanci są osobami zupełnie bez wyrazu, tak praktycznie każdy przestępca jest tego zupełnym przeciwieństwem – mam wrażenie, że „złoczyńcy” zostali lepiej dopracowani. I przez to też bardziej ich lubię.

„Remedium” jest przegadane i momentami irytujące. Mogłoby być lepiej napisane, mieć lepszą okładkę i lepszą korektę. Ale autor nie mógł mieć lepszego pomysłu na zbrodnię. Właśnie dlatego z przyjemnością będę śledzić jego rozwój i kibicuję z całego serca. I właśnei dlatego uważam tą ksiażkę za całkiem udany debiut. Bo warsztat można wyćwiczyć, ale z wyobraźnią trzeba się urodzić. Nawet jeśli chodzi o tak… specyficzną wyobraźnię.

P.S. Żeby nie było, że tak autora krytykuję, że umie tylko w zbrodnie i zwyrodnialców, to dodam jeszcze, że opisy też są spoko. Szczególnie opisy miasta. Ale to jednak wciąż opisy Łodzi, więc sami rozumiecie…

Radosław Rutkowski, Remedium, Poznań: Wydawnictwo AlterNatywne, 2019, 349 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa AlterNatywne.