Bajki Majki: Książeczki o mamach na Dzień Mamy i nie tylko

Dzień mamy tuż tuż, zebrałam więc kilka książek z majkowej biblioteczki, poświęconych mamom właśnie. Chociaż jakby nie patrzeć, postać mamy pojawia się w większości książeczek dla dzieci, a już na pewno w prawie wszystkich seriach – Mama Świnka, Mama Tupcia Chrupcia, mama Pucia, czy mama Babo, Lalo i Binty – czytamy więc o nich na co dzień i bardzo je doceniam (szczególnie, kiedy przekazują małym urwisom ważne życiowe mądrości, typu „Jeśli chcesz skakać po kałużach, musisz najpierw założyć kalosze”.) ale tym razem pominę je w moim wyborze.

Moją osobistą idolką jest Tosia – mama Basi – pojawiająca się chyba w każdej z części serii „Basia” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Trójka naprawdę zakręconych urwisów, mąż biorący nocne dyżury i żółw Kajetan na dokładkę, a ta święta kobieta jeszcze nigdy nie straciła cierpliwości. A przynajmniej do takiej części jeszcze nie dotarłyśmy. I takich właśnie niewyczerpanych pokładów wewnętrznego spokoju życzę Wam i sobie z okazji naszego święta.

Gdzie jeszcze poczytamy o macierzyństwie i maminej magii czynienia świata lepszym miejscem?

„Moja mama” Anthony Browne – ta niewielka, pancerna kartonówka o specyficznym stylu ilustracji jest idealną wykładnią wielozadaniowości – unikalnej umiejętności, którą zyskuje każda kobieta, kiedy upgrade’uje na mamę. Ponadto jest jednocześnie pełnym miłości, ciepła i humoru spojrzeniem dziecka na najważniejszą osobę w jego życiu. Jesteśmy kanapami, żonglerkami, malarkami i siłaczkami. Jesteśmy supermamami.

DSC_0079
Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Kochana mamusia” Agnieszka Frączek, Elen Lescoat – urocza, pełna fantazji historyjka pisana wierszem. Mama ma kosmiczne prawo jazdy, pachnie jak wiosenna mżawka, raz hasa w adidasach, a raz na obcasach. Ma moc odganiania złego humoru, ogarniania rachunków i przeganiania smoków. Jest niezastąpiona. Wpadająca w ucho rymowanka w połączeniu z wielkookimi, miękko malowanymi postaciami to przemiły prezent dla każdej mamy. Na końcu jest nawet miejsce na dedykację.

Agnieszka Frączek, Elen Lescoat, Kochana mamusia, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 30 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Miłość” Astrid Desbordes, Pauline Martin – mama kocha zawsze – nie tylko kiedy Archibald jest grzeczny, czyściutki i akurat się przytulają, ale nawet wtedy, gdy czasem skrzyczy swojego małego psotnika albo pozwoli sobie o nim na chwileczkę zapomnieć. Ta mądra i niezwykle prawdziwa opowieść pięknie obrazuje stałość rodzicielskich uczuć i poczucie bezpieczeństwa, jakie potrafi dać tylko mama.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Miłość, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016, 44 s.

„Moja mama” Mayana Itoïz – rewelacyjna pozycja do czytania przed snem. Mało słów i dużo treści a do tego piękne ilustracje i powtórka z nazw kolorów w gratisie. W co potrafi przemienić mamę dziecięca wyobraźnia? W lamparta, Indiankę, żabę, czy gwiazdę rocka? Wspaniały pomysł na wspólne spędzanie czasu, na pewno spróbuję wprowadzić wspólne fantazjowanie do wieczornego rytuału, gdy tylko Majka jeszcze trochę podrośnie.

Mayana Itoïz, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Babaryba, 2018, 36 s.

„Uśmiech dla żabki” Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak – kiedy Mała Żabka została sama poczuła się najsmutniejszą żabką na świecie i nikt nie był w stanie jej rozweselić. Jej Mama poczuła to przygnębienie aż w pracy i postanowiła przesłać córeczce… szczery i bardzo szeroki uśmiech. Najpierw poprosiła o przysługę Bobra, który do dostarczenia uśmiechu zobowiązał się z ochotą i niósł go aż do chwili, gdy napotkał bardzo obiecujący stosik drewna. Wtedy przekazał uśmiech Wydrze, która przekazała do Dzięciołowi, który… i tak dalej. Uśmiech Mamy Żabki przewędrował przez cały las by poprawić córeczce humor. I udało się! To urocza, ciepła i wzruszająca opowieść pomagająca zmierzyć się z problemem rozstania z rodzicem (bardzo polecam przyszłym przedszkolakom!) z rewelacyjnymi ilustracjami Emilii Dziubak, co jest rekomendacją samą w sobie. Nie można się przy niej nie uśmiechać.

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Uśmiech dla żabki, Warszawa: Wydawnictwo Ezop, 2017, 36 s.

„Jakiego koloru są buziaki?” Roco Bonilla – oto i najulubieńsza książka o kolorach mojej dwulatki. Minimoni uwielbia malować i w swojej karierze namalowała już prawie wszystko. Poza buziakiem. Ma jednak spory problem – jakiego koloru są buziaki? Próbuje wszystkich barw po kolei, jednak w każdej z nich tkwi jakiś minus. Buziaki nie mogą być czerwone, bo przecież czerwony to kolor gniewu, nie mogą być żółte, bo choć nasza bohaterka uwielbia miód, to jednak czuje duży respekt przed pszczołami. I kiedy metoda eliminacji kompletnie zawodzi, Minimoni zwraca się o pomoc do mamy, która obsypuje ją całą masą wielokolorowych całusów. Kto nie lubi buziaków? Te od mamy są najukochańsze! A ostatnia strona zostawia pole do popisu małemu czytelnikowi, który może samodzielnie pokolorować buziaki.

Roco Bonilla, Jakiego koloru są buziaki?, Warszawa: Wydawnictwo Tadam, 2017, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Martynka i Dzień Mamy” Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier – poszukiwanie prezentu dla mamy to nie jest prosta sprawa – biżuteria, choć piękna, nie jest na dziecięcą kieszeń, podobnie jak zegarek, czy parasolka. Wiadomo jednak, że najlepsze prezenty to te wykonane własnoręcznie, a z pomocą dziadka stworzyć można prawdziwe cuda. W końcu kto jeszcze potrafi farbować batiki? To jednak nie koniec trudności – przygotowany prezent trzeba jeszcze przed mamą schować, a to już na pewno nie jest łatwe! Martynka jest jak zwykle pomysłowa i przesympatyczna. Cieszy oko ilustracjami i wprowadza ciepły, rodzinny klimat.

Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier, Martynka i Dzień Mamy, Poznań: Wydawnictwo Casterman, 2003, 20 s.

„Mama” Hélène Delforge, Quentin Gréban – na koniec koniecznie musiałam wspomnieć o książce, która nie jest dla dzieci. Za to będzie pięknym prezentem dla mamy i z takim właśnie nastawieniem kupiłam ją sobie na Dzień Mamy, a w przyszłości planuję podarować ją Majce, gdy sama zacznie mierzyć się z trudami i zachwytami posiadania dziecka. To zbiór myśli i uczuć dotyczących macierzyństwa w nienachalnej, delikatnie poetyckiej formie w towarzystwie przepięknych ilustracji. Wzruszające, momentami zabawne i bardzo prawdziwe wycinki maminej codzienności. Wszystkie mamy na świecie przechodzą przez to samo i wszystkimi targają podobne emocje, niezależnie od koloru skóry, miejsca zamieszkania, czy wyboru życiowej drogi. Wszystkie są mamami.

Hélène Delforge, Quentin Gréban, Mama, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2018, 64 s.

 

Znacie jakieś literackie mamy, którymi warto inspirować się w codziennym życiu?

Czas na czytanie: „Bieg do gwiazd” Dominika Smoleń

O tym, jak podziwiam Dominikę – pełną zapału młodziutką autorkę dążącą do wydania swoich książek pisałam już przy okazji recenzji „Ceny naszych pragnień”. Nic więc dziwnego, że nie mogłam doczekać się jej drugiej książki i kiedy tylko trafiła w moje ręce, od razu zabrałam się za czytanie. Po trzech stronach upchnęłam ją gdzieś na pokryte pajęczynami dno „stosu wstydu” odrzucona nadmiarem werterycznego emo patosu, który uderzył mnie prosto w twarz.

„Wegetowałam –  nie znajdowałam na to innego określenia. To, co ciągnęło mnie do tego, by przekroczyć granicę, by udać się w bezkresną i nieopisaną otchłań – w ramiona samej śmierci – nigdy nie zniknie (…). Istniałam już tylko w mroku i nic mnie nie trzymało na tym świecie. Wierzyłam z całego serca, że to, co czeka mnie dalej i tak będzie lepsze od cierpienia i agonii, które spotkały mnie na ziemi”.

Jasne, zdawałam sobie sprawę, że to książka podejmująca trudne tematynieuleczalna choroba mocno utrudniająca życie zmieszana z ciężką depresją doprawioną szpitalem psychiatrycznym to gorzka mieszanka. Szczególne, że gówna bohaterka jest bardzo daleka od traktowania swojej sytuacji ze spokojem i dojrzałością. To samotna, wystraszona nastolatka, której życie spłatało brzydkiego psikusa już na samym starcie.

DSC_0996

Do lektury powróciłam dopiero po kilku miesiącach, co zaskakuje tym bardziej, że nie znoszę zostawiać niedokończonych książek i unikam tego jak ognia. Jednak kiedy już przebrnęłam przez te kilka pierwszych, pełnych weltschmerzu rozdziałów, połknęłam resztę jednym tchem. I długo nie mogłam otrząsnąć się z zaskoczenia.

Dziewiętnastoletnią Adę poznajemy w momencie, w którym szykuje się do wyjścia ze szpitala psychiatrycznego, do którego trafiła z powodu ponawianych prób samobójczych. Bohaterka nie radzi sobie z koniecznością życia z cukrzycą, na którą zachorowała w wieku siedmiu lat i z którą została całkiem sama, gdy kiedy najbliżsi odmówili jej pomocy. Kiedy dowiaduje się o śmierci ukochanej babci, jest w kompletnej rozsypce. Przy życiu utrzymuje ją jedynie ostatnia wola staruszki –  przez 30 dni ma żyć jak zwykła nastolatka i spróbować odnaleźć szczęście.

Z pewnością trudno mi wczuć się w sytuację Ady, bo sama nie zmagałam się z tą chorobą nawet w ciąży, a moi bliscy i znajomi chorujący na cukrzycę to prawdziwi tytani codzienności – wspaniała mama trójki dzieci obdarzona anielską niemal codziennością i artystka osiągająca sportowe sukcesy.

Pewnie dlatego tak rozczarowywała mnie niewdzięczność bohaterki za to, co ma. Zdawało mi się, że nadmiernie demonizuje chorobę, z którą można żyć i po prostu wybiera łatwiejszą drogę nurzając się w egzaltacji. Długo zajęło mi odkrycie, że dziewczyna reaguje w tak beznadziejny sposób, bo nikt nigdy nie pomógł jej dorosnąć. Kluczowym jest tu ostracyzm i odrzucenie, które spotkało ją ze strony rodziców. I to właśnie ten aspekt całej powieści wydał mi się najbardziej tragiczny.

Skojarzenie „Biegu do gwiazd” z „Zanim się pojawiłeś” nasuwa się samo, choć porównywanie obu tych książek chyba mijałoby się z celem, bo mimo wielu podobieństw, zarówno ich autorki, jak i bohaterowie są na zupełnie innych etapach życiowego rozwoju. Uzmysłowiają jednak, że tragedie i myśli o samobójstwie mogą dopaść każdego – niezależnie od wieku, kraju zamieszkania, sytuacji rodzinnej i majątkowej.

To książka o rozpaczliwym poszukiwaniu szczęścia i akceptacji. O samotności braku wsparcia ze strony najbliższych, którego nie mogłam zrozumieć przez całą lekturę. O tęsknocie za normalnością. O zawiązujących się powoli przyjaźniach i kiełkujących uczuciach. O poważnej chorobie i o zupełnie błahych licealnych dramatach. O tym, że nikomu nie jest w życiu lekko i każdy ma swoje demony. O braniu życia w swoje ręce.

I do samego końca nie sposób chyba odgadnąć jaką Ada podejmie decyzję, a samo zakończenie to prawdziwy chichot losu.

Jednak tym, co ciekawiło mnie najbardziej podczas oczekiwania na wydanie drugiej powieści Dominiki był rozwój jej warsztatu. I porównując obie jej książki bez najmniejszego wahania mogę stwierdzić, że zrobiła olbrzymie postępy. To prawda, wciąż trafiają się błędy gramatyczne i językowe, a częste powtórzenia wyjątkowo działały mi na nerwy, myślę jednak, że naprawdę dobra (a może po prostu bardziej ingerująca w tekst) korekta zrobiłaby z tej książki prawdziwą żyletę. Tak, wciąż bywa naiwnie i trochę nieprawdopodobnie – zdarzają się sceny rodem z głupawych amerykańskich filmów, ale chyba pod każdym względem – tematyki, rozwoju fabuły, kreacji bohaterów i łączących ich relacji – jest nieporównywalnie lepiej. Tą książkę po prostu bardzo dobrze się czyta i wzbudza w odbiorcy sporo emocji.

Gratulacje! Nie jest to jeszcze arcydzieło, ale książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić mimo stylistycznych niedociągnięć. Szczególnie, że Dominika nie spoczywa na laurach i kolejna powieść już się pisze – liczę, że będzie jeszcze lepsza.

Dominika Smoleń, Bieg do gwiazd, Katowice: Wydawnictwo Szara Godzina, 2018, 318 s.

Bajki Majki: „Kuba niedźwiedź. Opowieści z gawry” Renata Kijowska

Nie będę oszukiwać – do tej książki przyciągnęła mnie okładka i obietnica pięknych ilustracji. I moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone, bo jest pięknie wydana (i w zaskakująco dobrej cenie, jak na tak dopieszczoną pozycję). Ilustracji jest sporo, zarówno tych zajmujących całe strony, jak i mniejszych obrazkowych „wtrąceń”. Co prawda nie jestem do końca przekonana do stron zadrukowanych delikatnym deseniem stanowiącym tło tekstu, ale po kilku rozdziałach moje oczy się do tego przyzwyczaiły, a przyznaję, że dzięki temu zabiegowi książka wygląda bardzo „bogato”. Jest w tym również pewien minus – ze względu na wysoką jakość papieru i twardą oprawę, stosunkowo krótka książka jest dość ciężka. Nie polecam jej zatem do plecaka jako towarzyszki górskich wycieczek, za to stacjonarnie do czytania przed snem sprawdzi się świetnie.

 

Bo za piękną prezencją idzie również świetna treść. Nie ukrywam, że do książki autorstwa dziennikarki TVN podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu bojąc się opartej na sensacji wydmuszki. I, dla odmiany, w tym względzie nie mogłam się bardziej pomylić. Książka składa się z 20 rozdziałów, które, ułożone w fabularną historię charakternego niedźwiadka Kuby i jego przyjaciół, prezentują zachowania i zwyczaje niedźwiedzi jako gatunku. A po każdym z rozdziałów kilka słów poświęcono oddzieleniu świata fantazji od prawdziwych informacji wraz z historiami realnych pierwowzorów bohaterów tej powieści. I jest to prawdziwa skarbnica wiedzy o królach lasu. To prawda – jest skierowana do dzieci, ale byłam zaskoczona jak mało wiem o tych pięknych drapieżnikach, teraz jestem choć trochę bardziej świadoma. Już na samym początku zszokowała mnie informacja, że w Polsce na wolności żyje zaledwie około stu osobników. W swojej naiwności głęboko wierzyłam, że po sto niedźwiadków zamieszkuje każdy las! A kolejne rewelacje tylko dodatkowo powiększały mój wstyd jako przedstawiciela gatunku ludzkiego. Bo wpływ działalności człowieka na świat zwierząt jest tak wielki, jak i straszny. I żeby to sobie uświadomić, trzeba czasami wczuć się w sytuację grubiutkiego niedźwiadka Kuby i na własnej skórze poczuć konsekwencje współżycia ludzi i dzikiej przyrody.

Chociaż w książce Renty Kijowskiej milusińska fikcja literacka miesza się z rzeczywistością, to jednak właśnie okrutna rzeczywistość wiedzie tu prym. Urzekająca przyjaźń między przedstawicielami różnych gatunków bardzo ociepla całą historię, która jednak daleka jest od disneyowsko cukierkowych zwrotów akcji i cudownych akcji ratunkowych. Kuba i jego rodzina ponoszą konsekwencje nierozważnych decyzji, a na swej drodze spotykają i dobrych i złych ludzi. I chociaż tak naprawdę wszystko kończy się dobrze, nie sposób nie wyciągnąć ponurych wniosków z lektury. I chyba jednak wolę zostawić niedźwiadki w spokoju, niż cieszyć się urokami górskich krajobrazów, które są domem wielu wspaniałych gatunków. Ale też nigdy nie byłam wielkim zapaleńcem pieszych wędrówek.

Książka, która uświadamia, edukuje, fascynuje i zaraża miłością do tych wielkich, futerkowych zwierząt, które ani trochę nie są słodkimi misiami. Imponuje prawdziwością, urzeka ciepłem, prowokuje dyskusję i otwiera oczy. Poproszę więcej takich książek!

Renata Kijowska, Kuba Niedźwiedź. Opowieści z gawry, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 160 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Pan Wyposażony” Lauren Blakely

Powody, z jakich zazwyczaj sięgamy po taką, a nie inną lekturę bywają najróżniejsze: ciekawość, opinie znajomych, intrygująca okładka, ulubiony autor albo wydawnictwo. Jakiś czas temu przeczytałam moją pierwszą „arabską” książkę – „Sułtana”, tylko dlatego, że główny bohater nazywał się Dżem, co z jakiegoś powodu niesamowicie mnie bawiło. Z książką Lauren Blakely było na swój sposób podobnie, bo przyciągnęła mnie tytułem – już od pierwszego spojrzenia byłam absolutnie pewna, że „Pan Wyposażony” to lektura obok której nie będę w stanie przejść obojętnie.

DSC_1276

Gorący playboy, jakim jest główny bohater, nieszczególnie pasuje do wizerunku idealnej rodziny, jaki kultywuje konserwatywny inwestor planujący zakup firmy jego ojca. Dlatego dla dobra transakcji, nasz Casanova musi szybko znaleźć sobie narzeczoną na niby i przez tydzień skutecznie udawać przykładnego obywatela. A jednak nie wszystko układa się tak sprawnie, jak to sobie zaplanował…
I zapewniam Was, że wcale nie przeczytaliście właśnie żadnego spojlera! Wszystkie te informacje czytelnik dostaje na tacy już na dwóch pierwszych stronach powieści. A potem stopniowo dowiadujemy się w jaki sposób bohater wplątał się w tą całą sytuację i jak zamierza z niej wybrnąć.

I powiem szczerze, że ta książka była dla mnie WIELKIM zaskoczeniem. Bo spodziewałam się napuszonego erotyku, a „Pan Wyposażony” jest tak naprawdę… całkiem sympatyczny.

Przede wszystkim dlatego, że bohaterowie dadzą się lubić. Tak, to prawda, że Spencer Holiday jest trochę bubkiem z ogromnym przerostem ego – oszałamiająco przystojny, świetnie wykształcony, młody, bajecznie bogaty i niesamowicie dumny ze swojego przyrodzenia lowelas skaczący z kwiatka na kwiatek. I mimo, że przez pierwszych kilka stron wydaje się przede wszystkim zakochanym w sobie palantem, już po kilku kolejnych rozdziałach okazuje się być pełen autoironicznego poczucia humoru i dystansu do siebie i świata. Dobrze wychowany i traktujący innych z szacunkiem, a w sposób, w jaki zdobył swoją fortunę w tak młodym wieku jestem skłonna uwierzyć. W gruncie rzeczy to całkiem fajny facet.

„Gdyby artyści epoki renesansu zajmowali się rzeźbieniem penisów, mój byłby dla nich modelem.”

Prawdę mówiąc właśnie tym się zajmowali. Widziałeś kiedyś Davida, chłopcze? Obawiam się, że nie byłbyś zadowolony…

Podobnie jego ukochana-przyjaciółka. Piękna, zgrabna i powabna, a mimo to miła, bystra i nie zadzierająca nosa.

I nie mówię, że ta książka nie jest monotematyczna. Monotematyczność jest przecież jedną z cech tego gatunku. Ale fabuła rodem z komedii romantycznej doprawiona sporą dawką pikantnych szczegółów sprawia, że naprawdę da się to czytać. Przede wszystkim dlatego, że autorka zna umiar (książka liczy niewiele ponad 200 stron) i udało jej się znaleźć złoty środek między akcją, scenami erotycznymi, romansem i poczuciem humoru.

„- Wspaniale – odpowiedział biorąc od kelnera talerz z jajkami Benedykta (…)”

Bo jajka po benedyktyńsku brzmią za mało sprośnie w tego typu powieści? :D Tak, zdarzają się niedociągnięcia ale nie mają wielkiego wpływu odbiór tekstu.

A poza samą intrygą i stopniowym odkrywaniem uczuć jest tu również mowa o fajnej przyjaźni, pełniej uszczypliwej lojalności relacji między rodzeństwem, rodzinnej miłości, odpowiedzialności, szowinizmie i traktowaniu kobiet. Dlatego też przyznaję z ręką na sercu, że to jeden z lepszych erotyków, jakie zdarzyło mi się czytać.

Wbrew pozorom największą wartością w tej książce jest rodzina, a gwarancją dobrego życia jest szczęśliwa żona.

Lekka rozrywka na miły wieczór. Rozśmieszy, przyrumieni uszy i rozczuli ciepłym zakończeniem.

PS. Ten inwestor, czarny charakter całej powieści nazywa się Pan Offerman. Serio. Płakałam ze śmiechu za każdym razem, kiedy to nazwisko pojawiało się w treści. Ja chyba już nigdy nie dorosnę.

Lauren Blakely, Pan Wyposażony, Gliwice: Wydawnictwo HELION, 2018, 255 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: „Jukato” Magdalena Kiermaszek, ilustracje Kamila Kozłowska

„Krainy marzeń przeważnie otwierają się tylko przed dziećmi…”

Do tej książki podeszłam z wielkim entuzjazmem licząc na coś pomiędzy „Mostem do Terabithii”, a „Jumanji” dla młodziutkich czytelników. I „Jukato” jak najbardziej spełniło moje oczekiwania, chociaż przyznaję, że miałam chwilę zwątpienia.

_20180503_155700

Jedna nieprzemyślana, choć bez wątpienia bohaterska decyzja zmienia życie Kacpra na zawsze – kiedy budzi się w szpitalu, nie może uwierzyć, że jego noga już nigdy nie będzie w pełni sprawna. Na swoje kalectwo reaguje agresją – zarówno wobec rodziców, który nie byli z nim do końca szczerzy, jak i wobec kolegów, którzy próbują poprawić mu nastrój odwiedzinami – oraz buntem w formie odmowy podjęcia rehabilitacji. Jego upór udaje się przełamać dopiero równie upartemu koledze, który stara się wczuć w jego sytuację. Co jest łatwiejsze, gdyż sam zmaga się z ADHD i wynikającym z tego poczuciem wyobcowania i „bycia innym”. To właśnie za sprawą pełnego humoru i tryskającego energią Tomka chłopcy zaczynają zmieniać pobyt w szpitalu w zabawę i poznają Julię – dziewczynkę o wyglądzie elfa, która otwiera przed nimi bramy do krainy swojej wyobraźni. Wspólnymi siłami tworzą Jukato – baśniową krainę pełną fantastycznych zwierząt, zdumiewających roślin i zapierających dech w piersiach krajobrazów, która staje się ich azylem w szarej szpitalnej rzeczywistości. Kraina, gdzie każdy z nich może być kim tylko sobie wymarzy.

„Naprzód – zarządził Kacper. Starał się, żeby zabrzmiało to bojowo, ale głos trochę mu zadrżał. Chłopiec ruszył do przodu. Tak zaczęła się niebezpieczna podróż tej trójki. Ku przygodzie zmierzali: niewysoki, nadruchliwy chłopiec, jego kulejący przyjaciel i wiotka dziewczyna z ciągle niesprawną ręką. Ich pierwsza walka toczyła się o każdy następny krok.”

Kiedy nareszcie nadchodzi wyczekiwany czas wyjścia ze szpitala, okazuje się, że Jukato nie było wcale takie do końca zmyślne, a kluczem do tego tajemnego świata może okazać się coś tak banalnego, jak… kula rehabilitacyjna. I wtedy właśnie zaczyna się prawdziwa przygoda, bo stworzona wspólnie kraina okazuje się być nieco inna w wyobraźni każdego ze swoich pomysłodawców, przez co można wpaść w niezłe tarapaty. Jednak od czego są przyjaciele? Bo przyjaciel to nie tylko osoba, która uratuje Cię przed krwiożerczym niedźwiedziem, ale również ta, która będzie potrafiła powiedzieć Ci parę słów prawdy i wybaczyć popełnione błędy.

Klimat dopełniają świetne ilustracje w formie kolorowych i czarno-białych wkładek, które same są trochę nie z tego świata. Z przyjemnością obejrzałabym ich przynajmniej dwa razy tyle.

Początkowo niesamowicie irytował mnie wszechwiedzący narrator, który moralizatorskim tonem tłumaczy czytelnikowi uczucia głównego bohatera i ocenia jego zachowanie. Szybko jednak zauważyłam jak bardzo te wtrącenia są pożyteczne – wprowadzają dziecko w trudny świat emocji, tłumaczą ich przyczyny i pomagają odbiorcy wczuć się w sytuację Kacpra. Dodatkowo częste pytania, które narrator kieruje bezpośrednio do czytelnika skłaniają go do namysłu. A mnie złoszczą bo, spójrzmy prawdzie w oczy, już od mniej więcej piętnastu lat nie mieszczę się w grupie docelowej.

To doskonały przykład na to, że książka może być edukacyjna i ciekawa jednocześnie. Że niosąc ze sobą moralizatorski wykład może być również świetną przygodą. Bardzo polecam „Jukato” nie tylko dzieciom, które uległy jakiemuś wypadkowi, muszą spędzić czas w szpitalu lub zmagają się z jakimś schorzeniem, ale również tym, którzy nie rozumieją agresywnego postępowania swoich chorych kolegów.

Mądra, ciepła, magiczna i podnosząca na duchu. Dobrze się kończy i niesie ze sobą ważne przesłanie. Pociesza, bawi i wychowuje. Super sprawa!

Magdalena Kiermaszek, Kamila Kozłowska, Jukato, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada 2018, 112 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Prymityw. Epopeja narodowa” Marcin Kołodziejczyk.

„(…) potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciw polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą”.

Kiedy zobaczyłam na okładce słowa „Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści”, uznałam to za przewrotną zachętę i oczywiście nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie właśnie tej książki. A jednak trzeba było posłuchać ostrzeżenia.

DSC_1387

„Prymityw” to bardzo dziwny i ciężkostrawny twór – trochę antyutopia, trochę przerysowany (mam nadzieję!) obraz polskiego społeczeństwa, trochę kryminał, trochę historia nieszczęśliwej miłości, trochę załamywanie rąk nad polityczną niedojrzałością, trochę parodia, trochę kafkowska komedia absurdów i trochę „Z kamerą wśród zwierząt”. A właściwie „Z kamerą na warszawskiej Pradze”. I dużo czarnego humoru. W sumie, to nie wiadomo – śmiać się, czy płakać.

„Jest nieswojo i przedziwnie (…). Dzieją się jednocześnie rzeczy poważne i niepoważne”.

Główne pytanie, niepozwalające czytelnikowi na porzucenie tej lektury w połowie, to „Co uczynił Jan Kwas?”. Główny bohater, emigrant ekonomiczny z rodzinnej wsi do wsi Warszawa miota się w życiu jak ślimak posypany solą. Współczesny romantyk, konformista przytłoczony ciężarem egzystencji, własnych uczuć i szarej rzeczywistości. Pracownik fizyczny próbujący swych sił w branży chemicznej i funeralnej, przewlekle chorujący na polskość, wieczny wędrowiec, zakochany jeleń, prawie mesjasz.

„Przypominał yorka, który otarł się o schronisko, został adoptowany, a następnie znowu porzucony w lesie bródnowskim, żeby ktoś mógł go znaleźć, ale nie przychodził”.

Poznając Janka, małymi kroczkami poznajemy również jego nowe środowisko północnopraskiej żulerii, gdzie każdy ma swoją własną historię, proste marzenia i własny sposób na miotanie się w osnowie rzeczywistości. Wiktoria Wiedeńska szukająca szczęścia w wielkim mieście, Robert Poczęty – ograniczony, ale pełen narodowo katolickich ideałów – idealny do polityki, Andrzej Drella – pół pisarz, pół pijak i cały korowód równie barwnych postaci ubarwiających swoją rzeczywistość denaturatem na parkowych ławkach. W końcu w Polsce nikomu nie jest lekko.

„Bo nie ma się co oczarowywać – cała ta Warszawa (…) to była istna spółka ZOO. Ludzie się głównie mijali, ale czasami na siebie wpadali i wówczas tworzyli nowe dzikie roje, które obrastały nowymi fatumami; niebieskie karty, policja i nuda siedzenia – tyle o tym”.

Ale tym, co sprawia czytelnikowi najwięcej cierpienia, jest język powieści. Stylizacja, której miałam serdecznie dość już po trzech stronach i do którą mój mózg nauczył się ignorować dopiero w ostatnich rozdziałach (w których okazało się, że może być jeszcze gorzej!). Bełkotliwa mieszanka, która jest przeintelektualizowana i rynsztokowa jednocześnie. Kosmiczne słowotwórstwo, zbrodnie gramatyczne, maksimum słów, minimum treści i całe rozdziały o niczym. To prawda, już na samym początku zostałam ostrzeżona, że „Prymityw rządzi się własnymi zasadami interpunkcji i ortografii” ale czegoś takiego się jednak nie spodziewałam. Wróciły moje licealne koszmary – kiedyś po nocach śnił mi się Gombrowicz, od dzisiaj będzie mnie prześladował Kołodziejczyk wraz ze swoimi gębami i szaleństwami.

„ Lecz nie ulegało wątpliwości, że dopóty dzban wodę nosi, dopóki człowiek z nim nie poleci na mordę ze schodów. Pozbawiona rozwoju dzisiejszość wcześniej czy później musiała znaleźć sobie jakieś najprostsze zapasowe ujście, dlatego że taka jest kolej rzeczy, że woda płynie w najprostszy dostępny sposób i każdy się powinien rozwijać, a nie stagnować się, tak, czy nie?”

Podobnie jest ze skaczącą narracją która, jak czkawka, urywa i dorzuca wątki by wrócić do nich, lub zupełnie je porzucić już kilka stron później.

W niesamowitych bólach zmęczyłam te niecałe 500 stron, a czuję się, jakbym przeczytała przynajmniej trzy razy tyle. I chociaż doceniam zawartą w nich przestrogę i ponurą diagnozę, to jednak nie da się ukryć, że to była droga przez mękę. Ale z epopejami narodowymi to tak już chyba jest, tak czy nie? Mam przynajmniej nadzieję, że cierpiałam za miliony.

„(…) patos chamstwa zdobywa świat, bo jest głośny, drze mordę i ma tak mało dumy, że odczuwa dumę z byle czego, a zwłaszcza z bycia dumnym”.

Marcin Kołodziejczyk, Prymityw. Epopeja narodowa, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Bajki Majki: „Girl Power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat” Caroline Paul

Powstaje coraz więcej książek o dziewczynach dla dziewczyn. I to nie tylko o grzecznych, ułożonych dziewczynkach marzących o księciu z bajki, ale o prawdziwych poszukiwaczkach przygód, awanturnicach zmieniających bieg historii. Oto jedna z nich – chyba najbardziej wyjątkowa.

To połączenie wspomnień pewnej kobiety, która od małego nie umiała usiedzieć na miejscu przez pięć minut, ze zbiorem inspiracji, poradnikiem i dziennikiem odkrywcy w jednym. Składa się z dziesięciu rozdziałów, a każdy z nich to jeden z szalonych wyczynów autorki.

Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo zżyć się z autorką będącą jednocześnie główną bohaterką ksiązki. Szczególnie, że Caroline Paul (stażaczkę, paralotniarkę, nurka głębinowego, kajakarkę, i łowczynię przygód) trudno nie polubić – epatuje pozytywną energią, jest pełna entuzjazmu i zawsze skora do wcielania w życie szalonych pomysłów (jestem pewna, że napsuła swoim rodzicom nerwów co niemiara…). I co najważniejsze – jest autentyczna – nie robi z siebie bohaterki, nie zadziera nosa, nie ogranicza się do przechwałek, nie wręcz przeciwnie. Opowiada zarówno o swoich sukcesach, jak i porażkach, dzięki czemu pozwala czytelniczkom wyciągnąć lekcje ze swoich własnych błędów. Potrafi śmiać się z siebie i ma przesympatyczne poczucie humoru. Uczy przełamywać swój strach, ale i słuchać głosu rozsądku. Podkreśla wagę zachowywania zimnej krwi, wytrwałości i posiadania odpowiednich umiejętności. Ale przede wszystkim radzi cieszyć się życiem, przygodą i wyzwaniami. I nie bać się spełniać swoich marzeń.

Wspomnienia osobistych przygód autorki dopełniają inspirujące cytaty odważnych kobiet i bardzo skrótowe biografie bohaterek. I to właśnie przy tym elemencie chciałabym zatrzymać się na dłużej, bo w moim odczuciu jest genialny. Dotychczas, kiedy ktoś wspominał o wielkich kobietach, miał na myśli przede wszystkim oklepane ikony – Emilię Earhart, Marię Skłodowską-Curie, Fridę Kahlo, czy Artemisię Gentileschi. Osobowości wybitne, ale… od wielu lat martwe i przez to bardzo, bardzo odległe. A w tym przypadku, nie dość, że Caroline Paul wspomina naprawdę mnóstwo nietuzinkowych kobiecych postaci, to jeszcze wybrała przede wszystkim osoby nam współczesne, których losy można śledzić, do których można napisać choćby na facebooku! To bohaterki żyjące, dostępne, zmagające się z tą samą rzeczywistością, co my. I dzięki temu jeszcze bardziej prawdziwe.

Ponadto każdy z rozdziałów zakończony jest małymi wyzwaniami i przydatnymi wskazówkami – dzięki nim przećwiczymy radzenie sobie ze strachem, dowiemy się między innymi jak wiązać węzły, rozpoznawać rodzaje chmur, nakłonić drzewo do wyprodukowania wody, zmierzyć temeraturę za pomocą cykania świereszczy czy zapobiec wychłodzeniu w lesie. Pojawiają się również zabawne grafiki i psychotesty (na przykład odnośnie skakania z klifu) oraz fragmenty „dziennika” do samodzielnego wypełnienia, gdzie sporządzimy listę autorytetów, albo listę rzeczy, które bardzo chcemy w życiu zrobić.

W pierwszym odruchu nieszczególnie podobały mi się ilustracje – jestem wielką fanką starannych, rozmalowanych dzieł sztuki, a tutaj dostałam skreślone na szybko, schematyczne obrazki. Ale wraz z wsiąkaniem w lekturę coraz bardziej wczuwałam się w ich klimat – pośpieszne, nerwowe, sprawiające wrażenie powstałych „na kolanie” ilustracje są bardzo dynamiczne, pełne ruchu, niemalże wibrujące od energii. I przez to doskonale pasują do tej książki i samej Caroline.

Jako dziewczyna pochłonęłam tą książkę w kilka godzin i jestem nią zachwycona. Jako mama cieszę się, że moja córka jest jeszcze na nią za mała. Ale jestem pewna, że za kilka lat „Go girls” trafi w jej ręce, bo jest utrzymana w idealnej równowadze pomiędzy zachętą do działania, a rozwagą i pomyślunkiem. Nawet, jeśli nie każda wyprawa idzie zgodnie z planem. W końcu dlatego właśnie nazywamy je PRZYGODAMI.

Caroline Paul, Wendy Macnaughton, Girl power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 153 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Pamiątka z Paryża” Ewa Formella + BOOK TOUR

Czy może być coś bardziej oklepanego, niż miłość od pierwszego wejrzenia, która zdarza się w samym sercu Paryża? Są jednak książki irytująco tendencyjne i sympatycznie tendencyjne. A ta zdecydowanie należy do drugiej kategorii.

DSC_1079

Na samym początku czuję moralną potrzebę potępienia głównej bohaterki, bo stanowi ona bardzo zły przykład dla młodzieży. Kochane młode czytelniczki – jeśli kiedyś zgubicie się w Paryżu, albo jakimkolwiek innym miejscu na świecie, bez pieniędzy i telefonu, przyjmowanie pomocy i oferty noclegu od przystojnego nieznajomego to naprawdę zły pomysł. Ktoś w biurze obsługi podróżnych/informacji turystycznej/na posterunku policji na pewno wam pomoże. Może i jestem #staraduchem, ale uznałam, że muszę to zaznaczyć, bo podczas czytania pierwszych rozdziałów przed oczami stawały mi sceny z filmu „Uprowadzona” z Liamem Neesonem. Serio, ufanie nieznajomym może się skończyć czymś znacznie gorszym, niż nieplanowana ciąża!

Niemniej jednak mamy tu do czynienia z fikcją literacką (zresztą to były zupełnie inne czasy!) i spotkanie pomocnego nieznajomego staje się początkiem niesamowitej przygody – pełnej żywych emocji, zaskakujących zdarzeń, miłości do tańca i pogoni za marzeniami. A wszystko to w magicznym otoczeniu paryskich uliczek, miejskich legend i opowieści ulicznych grajków, gdzie wspomnienia z beztroskiej młodości splatają się z rzeczywistością.

Tym, co wyróżnia książkę Ewy Formelli na tle setek podobnych pomysłów, jest zgrabne wplatanie historycznych ciekawostek i paryskich mitów wprost w fabułę. Dzięki temu powstało unikalne połączenie romansu dla nastolatek z niepowtarzalnym (bo opartym na własnych wspomnieniach) przewodnikiem turystycznym. Z takim sposobem kreacji miejsca akcji jeszcze się nie spotkałam, ale to naprawdę działa. Czego najlepszym dowodem jest moja narastająca chęć na kolejną wycieczkę do Paryża.

„- Oj Michèl! Nie obrażaj się, tylko spróbuj mnie zrozumieć. Jestem na wakacjach. Chciałabym odpocząć, a ty przez cały dzień karzesz mi biegać, schodami w górę, schodami w dół, i jeszcze zasypujesz mnie informacjami jak nauczyciel historii.”

Takie zwiedzanie jest najfajniejsze! Zresztą kurczę, każda nastolatka (i nie tylko!) marzy o takim przewodniku jak Michèl! Szczególnie, jeśli można z nim, zupełnie przy okazji, tańczyć na mostach i spać pod gwiazdami.

Tak, ta książka jest naiwna. Ale jest też lekka jak piórko i wydaje mi się, że takie właśnie miało być jej założenie – to niewymagająca, przyjemna lektura pomyślana jako prosta rozrywka na wakacje – do samolotu, czy pociągu albo na leniwy wieczór nad mazurskim jeziorem. Świetnie sprawdziłaby się jako dodatek do wakacyjnego numeru młodzieżowej gazety.

Podczas lektury niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że czyta się ją bardziej jak internetowe opowiadanie niż książkę per se i długo zastanawiałam się dlaczego. Teraz już wiem – czuć, że ta historia, od początku do końca, została napisana z przyjemnością i dla przyjemności. Nie dla zysku, sławy, czy spełnienia ambicji. Dla przyjemności samej autorki. A skoro można się nią podzielić z innymi, to dlaczego nie?

Zresztą przekazuje też kilka bardzo ważnych życiowych prawd!

„Życie jest zbyt krótkie,  żeby przestrzegać takich bzdur jak godziny picia wina.”

Przyjemna historia nastoletniej wakacyjnej miłostki i radzenia sobie z jej konsekwencjami. Nie bierzmy jej do końca na poważnie (a już na pewno nie jako wzorzec postępowania!), a wszystko będzie super.

Podobno ta książka lubi wędrować, postanowiłam zatem wysłać ją na małe zwiedzanie, czyli Book Tour. Jeśli zatem macie ochotę zawitać na kilka chwil do Paryża autorki, serdecznie zapraszam do udziału w akcji – zgłoszenia w komentarzu (2 tyg. na przeczytanie i podanie dalej, max. 7 osób).

Ewa Formella, Pamiątka z Paryża, książka wydana nakładem własnym autora, 2017, 350 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji. I samej autorce, za bycie absolitnie wystrzałową babką!

Jest to również mój wybór na kwiecień w Book Challenge „Czytelnicze podróże w nieznane” z Uwaga Czytam – self publishing.

Bajki Majki: „Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni”, Stacja Deutsh + KONKURS

Zauważyłam, że od dłuższego już czasu robię znacznie szerszy research w książkach dziecięcych, niż wymagałoby się tego od mamy dwulatki. Wychodzę jednak z założenia, że dobrze wiedzieć co w trawie piszczy, a do wszystkich moich zbiorów Bobasa w końcu i tak dorośnie. No i biję się w pierś – pojawia się tyle fantastycznych pozycji dla starszych dzieciaków, że czasami po prostu nie potrafię się powstrzymać, mimo, że na Majkę poczekają jeszcze z 8-10 lat. Za to Wam z przyjemnością pokażę je już teraz.

DSC_1319

To, co jest dla nas kompletnie nieznane przyciąga najbardziej i z pewnością z tego względu zareagowałam na nią z takim entuzjazmem. Jak by nie patrzeć, programiści to zawód przyszłości. Zawód zdominowany przez facetów. Dla tego typu zachęty jestem jak najbardziej na tak! Go girls!

Nastoletnia Lucy nie może już doczekać się pierwszego spotkania pozalekcyjnego kółka kodowania. Jednak szybko okazuje się, że zajęcia nie będą przebiegać dokładnie tak, jak oczekiwała. Bo czy nauka programowania może mieć cokolwiek wspólnego z… robieniem kanapki?

Głód wiedzy głównej bohaterki zostaje zauważony przez tajemniczego pomocnika, który oferuje jej i jej koleżankom przyspieszony kurs kodowania w formie listów z zadaniami. A kodowane podchody szybko stają się nie tylko podwalinami poważnej wiedzy, ale również początkiem prawdziwej przyjaźni.

To sympatyczna historia nie tylko o pisaniu aplikacji, ale chyba przede wszystkim o jeszcze trudniejszej sztuce – o cierpliwości (jak by nie patrzeć w obu tych dziedzinach jestem totalnym beztalenciem…) . Która przy okazji prezentuje zupełnie niestandardowy sposób nauczania i bardzo rzadki okaz nauczycielki o niekonwencjonalnym podejściu – momentami aż dziewczynom zazdrościłam chodzenia do szkoły!

Bardzo fajna propozycja dla młodszej młodzieży – jest babska banda złożona z posiadaczek całkowicie odmiennych upodobań i charakterów połączonych wspólną pasją. Jest tajemnica wymagająca wykorzystania pewnej unikalnej umiejętności każdej z nich. I w końcu jest wartościowa wiedza będąca skutkiem ubocznym świetnej zabawy. Pamiętam jak jeszcze niedawno sama zaczytywałam się w tego typu pozycjach i bardzo się cieszę, że powstają coraz to nowe pomysły na nieskomplikowane i jednocześnie inspirujące historie dla młodych czytelniczek, nadążające za pędzącym światem.

Sympatyczna i zarażająca entuzjazmem, z pewnością w swoim czasie podsunę ją Majce.

Stacja Deutsh, Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 160 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Chcielibyście wypróbować tą pozycję na własnych dzieciach? Na instagramie czeka konkurs, gdzie można wygrać nie tylko samą książkę, ale również podkładkę pod myszkę do kompletu, zapraszam do udziału! -> KONKURS