Bajki Majki: „Książkożercy” Barbara Wicher

Jesteśmy z Majką dopiero na etapie poznawania poszczególnych literek, ale „Książkożercy” – nowa seria do nauki samodzielnego czytania – urzekli mnie już samym tytułem i musiałam zrobić małe rozeznanie na przyszłość. Mam nadzieję, że cale nie tak odległą, jak mogłoby się wydawać!

Jak to zwykle bywa przy okazji tego rodzaju projektów, seria została podzielona na trzy poziomy zaawansowania: Poziom A dla Książkogryzaków, Poziom B dla Książkołasuchów i Poziom C dla Książkożerców. Nie da się ukryć, że analogie związane z jedzeniem to świetny sposób na przyciągnięcie mojej uwagi!

„Super Marian nad jeziorem”, czyli książeczka z najprostszego poziomu to jeszcze przede wszystkim obrazkowa historia chłopca zapatrzonego w przenośną elektroniczną grę. Wypełniające całe strony ilustracje opatrzone zostały nieskomplikowanymi zdaniami (od jednego do trzech) będącymi zarysem prostej fabuły i uzupełnieniem ilustracji. Całkiem pouczająca lektura o zabawkach, których lepiej nie zabierać ze sobą nad wodę zakończona została zestawem pytań pomocniczych sprawdzających uważność małego książkowego mola. A za każdą poprawną odpowiedź czeka naklejka z bohaterami historii.

Barbara Wicher, Książkożercy. Super Marian nad jeziorem, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 24 s.

Książka z poziomu B, „Akcja Jogi” opatrzona została nieco większą ilością tekstu, choć wciąż prym wiodą tu ilustracje. Zdania wciąż są proste, pojawiają się jednak nieco trudniejsze słowa i pojęcia. To w końcu opowieść o dwojgu małych detektywów ruszających na pomoc zagubionemu kociakowi. I chociaż nie do końca podoba mi się pomysł, w którym dwoje dzieci samodzielnie wybiera się do domu obcej osoby, to historia wciąż jest całkiem sympatyczna. No i o kocie, a koty zawsze są u nas mile widziane. Poza pytaniami kontrolnymi i naklejkami, na końcu książeczki czeka również słowniczek z przystępnymi definicjami trudniejszych słówek.

Barbara Wicher, Książkożercy. Akcja Jogi, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Najtrudniejsza z książek – „Bomberka” – jest zauważalnie grubsza od poprzedniczek i podzielona na rozdziały. Mamy tu już do czynienia z dłuższymi zdaniami złożonymi, a słownictwo staje się całkiem zaawansowane. Treści jest już naprawdę sporo, bo stronie z ilustracją odpowiada zazwyczaj strona tekstu, więc i historia sześcioletniej Zuzy oczarowanej kurtką starszego brata jest już bardziej skomplikowana od poprzednich opowieści. Poza pytaniami sprawdzającymi znajomość tekstu (a tych jest więcej niż w poprzednich częściach!) i całkiem rozbudowanym już słowniczkiem na czytelnika czeka łamigłówka- wykreślanka z elementami ubioru do wyszukania.

Barbara Wicher, Książkożercy. Bomberka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 48 s.

Każdy kolejny „stopień zaawansowania” to nowe wyzwania i umiejętności. Pełne ilustracji, dopasowane do dziecięcych możliwości, niewielkie książeczki motywują do rozwoju i uczą w najlepszy z możliwych sposobów – poprzez przyjemność czytania. Życiowe historyjki, atrakcyjna oprawa graficzna różnych ilustratorów, duże litery, zadania i naklejki to niezwykle ważne do dzieci szczegóły, których połączenie gwarantuje wysoki poziom serii. W przygotowaniu kolejne tytuły, mam nadzieję, że będą równie udane.

Fajny sposób na rozpoczęcie przygody z czytaniem i smakowity kąsek dla małych książkowych łasuchów!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Twarzą w twarz” Agata Suchocka

Na drugą część cyklu „Daję Ci wieczność” czekałam potwornie długo (tak naprawdę tylko rok, ale i tak zdecydowanie zbyt długo!). I pierwszą moją reakcją było „dlaczego ta książka jest taka cienka?!”. Okazje się jednak, że rozmiar faktycznie nie zawsze ma znaczenie, a i cienka książka potrafi usatysfakcjonować. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Po tragicznym zakończeniu „Woła mnie wieczność” nie ma innej opcji – potrzebna była zmiana narratora. Lothar Mintze – dziki, nieokiełznany hedonista, tak różny od swojego refleksyjnego ukochanego, zmuszony będzie przewartościować swoje dotychczasowe zachowanie. Niedojrzały kilkusetletni młokos zakochany w postępie i technicznych nowinkach zaniedbania i zainteresowanie wyłącznie czubkiem własnego nosa wyrzuca sobie dopiero po tragedii.

Porzucony, samotny, targany wyrzutami sumienia i pogrążony w żałobie Lothar nie jest już tak imponującym widokiem. Aż chce się powiedzieć, że dostał dokładnie to, na co zasłużył, a jednak nie sposób mu nie współczuć. W końcu wszyscy wiemy, że dorastanie to nic przyjemnego.

Co oczywiście nie znaczy, że się zmieni, będzie po prostu gotowy po raz kolejny popełniać te same błędy. I chyba właśnie za to go kochamy.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, „Twarzą w twarz” nie emanuje już tym hipnotyzującym magnetyzmem, co pierwszy tom. Jest mniej brutalności, fascynacji nowym i seksu. Więcej natomiast autorefleksji i ludzkich emocji, jak strach, czy tęsknota. Jak pierwszy tom był uleganiem namiętnościom, tak drugi jest radzeniem sobie z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.

Pojawiają się nowe miejsca i nowi bohaterowie, a każdy z nich ma swoją historię.

Miłosne intrygi, sojusze, bezwzględne morderstwa, zauroczenia, pożądanie, muzyka, miłostki i sprowadzanie śmiertelników na manowce – tego oczywiście nie mogło zabraknąć.

Warto było czekać. Ale niestety „Twarzą w twarz” tylko zaostrza apetyt na kolejne części cyklu.

Anna Suchocka, Twarzą w twarz, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 255 s.

Grajki Majki: Playtive Junior, układanka „ludzkie ciało”

Jakiś czas temu, w trakcie mycia rąk, Majka zapytała mnie co to jest ta fioletowa kreska, którą mam na nadgarstku. Słysząc moje kulawe tłumaczenia przedstawiające żyły jako sieć małych rurek pod skórą, w których płynie krew każdy by się uśmiał. Szczególnie, że jestem jedną z tych wrażliwych ciepłych kluch, którym robi się słabo na sam dźwięk słowa „żyła”.

Kilka miesięcy później, przy okazji choroby i prześwietlenia, Maj zapytała mnie co to są płuca i co to właściwie znaczy, że są „w środku”.

Nic więc dziwnego, że Mikołaj rychło przyniósł mojemu ciekawemu flaczków dziecku układankę, w której można rozebrać dziewczynkę… no cóż – aż do kości. I przy okazji podejrzeć mniej więcej, co też człowiek ma w środku.

Pięć warstw drewnianych puzzli daje możliwość ułożenia tej samej dziewczynki w następujących odsłonach – ubranej, rozebranej, mięśni, żył i narządów wewnętrznych aż do podstawki z układem kostnym. Wraz z coraz niższą warstwą elementy układanki stopniowo się zmniejszają, więc pomyłki i hybrydy rodem z laboratorium doktora Frankensteina raczej nie wchodzą w grę.

Niepokojąco fascynująca, porządnie wykonana i rozwijająca układanka okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Maja chciała „układać dziewczynkę” niemalże non stop przez przynajmniej dwa miesiące, zanim obsesja związana z pierwszą miłością nieco osłabła. Od dawna wiem, że moja mała fanka Doktor Dosi, dawania kotu zastrzyków, lekarstw i owijania go bandażem (Figiel potrafi już dać sobie zajrzeć do pyszczka przy pomocy zabawkowej latarki i drewnianej szpatułki, serio! Aczkolwiek szpatułka nosi ślady lekkiego mściwego pogryzienia) ma zadatki na lekarza, ale nie spodziewałam się aż tak entuzjastycznego przyjęcia.

Dobra jakościowo, edukacyjna zabawka, która pomoże choć w niewielkim stopniu zaspokoić niezaspokojoną ciekawość dziecka i oswoi się bardziej ze swoim ciałem. A przy okazji, jak to układanka, wspomoże rozwój manualny małych paluszków, zręczność i umiejętność logicznego myślenia.

Jakieś minusy? Główki dwóch pierwszych poziomów układanki nie różnią się niczym, poza wielkością, co nieco Majkę frustrowało. Głowa ubranej dziewczynki mogłaby się różnić od rozebranej jakimś szczegółem – ot, choćby czapką. I wtedy byłoby już idealnie!

Nie ma co się łudzić – rodzic wciąż ma mnóstwo do tłumaczenia. Nie wiem nawet, czy nie więcej, niż na początku. Ale teraz przynajmniej może się wspomóc układanką!

Jeśli traficie kiedyś na nią w Lidlu, nie ma co się wahać. Aha, są dwie wersje – dziewczynka i chłopiec.

Układanka ludzkie ciało
Firma: Playtive Junior (Lidl)
Sugerowany wiek: 2+

Bajki Majki: „Kiedyś” Alison McGhee, Peter H. Reynolds

„…zdziwisz się, że coś tak małego, może tak bardzo poruszyć”.

Nie da się ukryć, że „Kiedyś” to jednak książka bardziej dla mam, niż dla maluszków. Wzruszająca, chwytająca za serce i przywołująca nostalgiczne wspomnienia. Powodująca nagły atak wilgotnych oczu i pojawienia się bliżej niezidentyfikowanej, ale jakże dławiącej guli w gardle – ewidentnie uczula.

Wyjątkowa relacja matki i córki uchwycona bezbłędnie w kilku zaledwie zdaniach. Trochę wspomnień, odrobina rozważań na temat przyszłości i cichy, spokojny oddech śpiącego dziecka. A wszystko to uzupełnione perfekcyjnymi ilustracjami Reynoldsa, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać.

To ten typ książki, który mama kupuje dziecku na któreś z pierwszych urodzin i wypisuje piękną dedykację na przyszłość. Kilkukrotnie czytają ją razem przed snem wśród słodkich przytulanek, a po jakimś czasie trafia do pudła z pamiątkami. I kiedy po kilkunastu latach dziecko odkrywa ją ponownie, łezka zakręci się w oku i mamy i córki. Ja kupiłam ją właśnie w takim celu.

A jednak mimo to lubię ją czasem wygrzebać z pamiątkowego kartonu – wieczorem, kiedy odłożę już Bobasę do łóżeczka, ale jeszcze z nosem pełnym dziecięcego zapachu jej włosów – i przez chwilę powzruszać się w fotelu. A potem wrócić na kilka chwil do dziecięcego pokoju posłuchać jak Majka cichutko posapuje przez sen.

Alison McGhee, Peter H. Reynolds, Kiedyś, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2018, 48 s. (choć wcale tego nie widać)

Czas na czytanie: „Przeklęci Święci” Maggie Stiefvater

Swego czasu Maggie Stiefvater zapewniła sobie moje dozgonne uwielbienie swoim Kruczym Cyklem, który był chyba jedyną serią, podczas czytania której towarzyszyły mi podobne emocje, co lata temu podczas pierwszego spotkania z Harrym Potterem. Magia.

Dlatego też mam do niej wielki kredyt zaufania, i kiedy sięgnęłam po „Przeklętych Świętych” spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze. I pod pewnymi względami się nie zawiodłam, aczkolwiek to, co tak porwało mnie w opowieści o Kruczych Chłopcach tutaj pojawiło się dopiero pod koniec, bo tak naprawdę wciągnęłam się bez pamięci dopiero na ostatnie sto stron. I teraz żałuję, że jednak nie przyłożyłam się wcześniej!

dsc_1665

To książka kipiąca symbolizmem na granicy nonsensu, z postaciami obdarzonymi Charakterami przed duże Ch.

Pustynia, stada sów i meksykańscy imigranci.

Soriowie to bardzo specyficzna rodzina – każdy z jej członków rodzi się Świętym obdarzonym zdolnością czynienia cudów. Brzmi cudownie, prawda? Przynajmniej dopóki nie dowiemy się na czym dokładnie te cuda polegają. A chociaż pomagają zwalczyć wewnętrzny mrok, nie jest to wcale spacer po łące.

Głęboko wierzący, zakochany święty, młody gniewny, genialna dziewczynka bez uczuć, pracowity chłopiec z dziurą w sercu, ich poturbowana zdarzeniami z przeszłości rodzina, tłum pątników stanowiących śmiertelne zagrożenie i piracka radiostacja na dokładkę. Przez tych ledwie trzysta stron będziemy mieli szanse poznać ich na wskroś – dowiemy się przez co przeszli, o czym skrycie marzą i czego najbardziej się boją. Dowiemy się też w jak wielkie wpakowali się tarapaty. Bo mrok nieubłaganie wyciąga swoje macki po każdego z nich. I wcale nie zapowiada się, że będzie „cudownie”.

Ze względu na konstrukcję trudno do niej przywyknąć, przez większość czasu ją „męczyłam” jednocześnie doceniając. Przerysowana, momentami absurdalna i jednocześnie bardzo, bardzo prawdziwa.

Książka o miłości, szwankującej komunikacji międzyludzkiej, paraliżującym strachu o dobro bliskich, samotności w tłumie, olbrzymiej potrzebie niesienia pomocy i pokonywaniu własnych demonów. I przede wszystkim o tym, że nie wszystkie demony trzeba przegonić samemu.

Robi wrażenie. Ale żeby poczuć ten klimat, trzeba spróbować poczuć go na własnej skórze.

Maggie Stiefvater, Przeklęci Święci, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 303 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych” Bogusław Michalec

Moja Majka już na dobre weszła w fazę przedszkolaka – rozpoczął się u nas etap „występowania” na forum rodziny, dlatego ostatnimi czasy wszelkie wierszyki, poste piosenki, tańce i pokazywanki są bardzo w cenie. Jednak będę w Wami szczera, Tuwim i Brzechwa wielkimi poetami byli, ale trochę już nie mogę na nich patrzeć. Kocham bardzo, ale czuję, że chwila oddechu od czasu do czasu będzie miała zbawienny wpływ na nasz związek. Dlatego też „Co trapi okapi” okazało się prawdziwym powiewem świeżości wśród majkowych zbiorów.

Ta urocza książeczka to aż 70 wierszyków o każdym chyba zwierzęciu, jakie tylko można sobie wymarzyć – są tu zarówno mieszkańcy dżungli, jak i gospodarstwa, małe robaczki, bywalcy lasów i domowe pieszczochy. Wszyscy zamknięci bezpiecznie w eleganckiej, twardej oprawie książki.

Wierszyki są przeróżnej długości – od dwóch wersów, po dwie strony. Dlatego też bez wątpienia każdy maluch znajdzie coś dla siebie. I do posłuchania przed snem i do wykucia na blachę na przedszkolny konkurs recytatorski.

A do tego prześlicznie ilustrowane – każdy wierszyk opatrzony został przynajmniej jedną ilustracją przedstawiającą jego bohatera, a zdarzają się i rozkładówki w całości pokryte obrazkiem. Urocze zwierzęce pyszczki uprzyjemnią niejeden wspólny wieczór.

A bywają szalone, bo i tematyka jest baaaardzo przekrojowa – znajdziemy tu rymowanki o krowie w operze i koali na plaży, żubrze na diecie, chomiku  łakomczuszku, papudze grającej w piłkę, czy nosorożcu… odlatującym samolotem. I to zupełnie naturalne, że na jednej stronie występują jeż, małpka i świnka morska.

Nietrudne do zrozumienia, wpadające w ucho, sympatyczne i zabawne rymowanki. Czasem pouczające, czasem zupełnie absurdalne. Ten zbiór wierszyków już zadomowił się na dobre w naszej biblioteczce i mocno mi się wydaje, że będziemy po niego sięgać jeszcze przez kilka długich lat.

Bogusław Michalec, Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Czas na czytanie: „Weź się ogarnij. Ćwiczenia dla ogarniętych inaczej” Pani Bukowa

Już strasznie dawno temu zdążyłam polubić się z Panią Bukową. Najpierw dzięki śmiesznym obrazkom w internetach, a następnie za pośrednictwem jej pierwszej książki – pierwszego na świecie poradnika, którego nie negowałam od pierwszej do ostatniej strony. Pani Bukowa jest tak cudownie NORMALNA, wyluzowana i hedonistycznie leniwa, że zazdrość od czasu do czasu kąsa mnie w boczki. Jestem przekonana, że każdy chciałby być Panią Bukową, choć by od czasu do czasu. A że jej pierwsza książka sprawiła, że uśmiałam się jak norka, z przyjemnością wyciągnęłam rękę (chociaż to strasznie męczące zajęcie) również po tą. Nawet mimo podtytułu zawierającego groźne słowo „ćwiczenia”.

Spodziewałam się czegoś w rodzaju zeszytu z umysłowymi łamigłówkami, jak krzyżówki, wykreślanki i inne motywujące cytaty, tylko w znacznie zabawnej formie, niż zwykle, bo w końcu Bukowa zobowiązuje. Jako, że od zakończenia studiów nie wypełniłam nawet jednego hasła w krzyżówce, niemalże mnie to odstraszyło. Na szczęście niemalże.

Bo w pewnym stopniu miałam rację – znajdziemy tu całkiem sporo „zabijaczy czasu”, jak krzyżówki, psychotesty bardzo nie na poważnie, czy inne bazgrolniki (można na przykład wymyślać i rysować nowe pozycje leżenia na kanapie, czy szukać w wykreślance nazw zdrowych produktów żywnościowych pośród czekolady, pizzy i wina). Ale przede wszystkim mamy tu wielką dawkę inspirujących małych przyjemności. Takich, o których często zapominamy, a na jakie naprawdę od czasu do czasu po prostu zasługujemy. I jeśli tego rodzaju lektura natchnie nas do poleżenia raz na jakiś czas na podłodze i kontemplacji sufitu albo porządnego wyspania się, to uważam ją za lekturę obowiązkową!

Nie każde zadanie skradło moje serce, ale wiele z nich przyprawiło mnie o szeroki wyszczerz. Jest zabawnie, jest bezkompromisowo i bez spiny. Na temat spania, jedzenia, sportu, sprzątania, książek i odpoczynku (wiedzieliście, że koszykarstwo, to wrzucanie lodów do koszyka na zakupy?). Jest bardzo w stylu Pani Bukowej.

A jeśli lubicie podczas zalegania na kanapie skupić wzrok i ręce na czymś sympatycznie niezobowiązującym, nie generującym żadnej presji i nie wymagającym szczególnego wysiłku umysłowego, to „Weź się ogarnij” z pewnością będzie trafionym wyborem.

Pani Bukowa, Weź się ogarnij, Kraków: Wydawnictwo Flow Books, 2019, 208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Grajki Majki: Playtive Junior, układanka „Piramida zwierząt”

Pierwsza gra dla maluszków, którą przyniosłam do domu, w założeniu wcale nie miała spełniać swojej roli. Przyniosłam ją z Lidla jak Majka miała jakiś rok, może 18 miesięcy i chciałam dla niej po prostu w miarę duże, drewniane zwierzątka do zabawy, niekoniecznie 30 zł za sztukę. Dlatego też skonfiskowałam kostkę i kaczuszki (wtedy jeszcze zbyt małe) i dałam Bobasie resztę zwierzątek z zestawu do ślinienia, stukania, ustawiania oraz wyciągania i ponownego wkładania do kartonowej tuby.

Zestaw „Stacking” Toy Drum składa się z 18 sztuk zwierzątek sześciu rodzajów (po trzy sztuki) – kaczki, lwy, krokodyle, słonie, owce i świnki oraz kostki z kolorowymi oczkami. Wszystkie elementy wykonane są z malowanego drewna, każdy rodzaj zwierzątka jest innego koloru, odpowiadającego oczkom na kostce. Cała ta menażeria opakowana została w tubę z grubej tektury ze sznurkowym uchwytem.

Zasady są bardzo proste i intuicyjne – gracze rzucają kostką i w zależności od wyrzuconego koloru muszą ustawić zwierzątko. Stawiane jedno na drugim zwierzątka tworzą piramidę aż do jej upadku. W okolicach drugich urodzin zaczęliśmy grać z Majką w uproszczoną wersję – zamiast budować w górę ustawialiśmy figurki jedną za drugą tworząc karawanę. Nie wymagało to jeszcze aż takich zdolności motorycznych, a i tak sprawdziło się świetnie jako trening małych rączek (zarówno w ustawianiu zwierząt, jak i w rzucaniu kostką), nieoceniona pomoc w nauce kolorów i nazw zwierzątek. I oczywiście świetna zabawa, bo to jednak pierwsza gra, w którą mogliśmy zaangażować się całą rodziną, bo tak naprawdę nie ma tu limitu graczy.

Obecnie gramy już w klasyczną wersję (chyba, bo instrukcja gdzieś się zapodziała) i po praktycznie dwóch latach wciąż jeszcze nam się nie znudziło. Nie sposób nie wspomnieć tu o jakości wykonania, bo wszystkie elementy przetrwały zarówno ząbkowanie roczniaka, jak i kolejne upadki wież praktycznie bez szwanku. Gdzieniegdzie widać przetarcia na rogach, ale na pierwszy rzut oka wciąż prezentuje się bardzo dobrze. I wciąż gwarantuje dobrą zabawę.

Jeśli kiedyś przypadkowo traficie na nią w Lidlu, nie zastanawiajcie się zbyt długo. Za taką cenę naprawdę warto!

Układanka „Piramida zwierząt” („Stacking” Toy Drum)
Firma:
Playtive Junior (Lidl)
Sugerowany wiek: 3-6 lat

Bajki Majki: „TO MY dzieci świata” Eliza Piotrowska

Po nieco złowrogich, ale jakże ciekawych sylwetkach Masajów z książki „W drogę!” posypała się cała seria pytań o ludzi żyjących w innych krajach.

Książka „TO MY dzieci świata” tylko czekała na taką okazję! Wraz z dwójką małych bohaterów – Igą i Gutkiem oraz ich psem Globusem przemierzamy kraje świata poznając elementy charakterystyczne dla odmiennych kultur i codzienności tamtejszych dzieci. Sudan, Nepal, Peru, Arktyka, Polinezja, Meksyk, Turcja, Czechy, Chorwacja, Madagaskar to tylko kilka z wielu przystanków na trasie ich wielkiej przygody.

Każda rozkładówka wypełniona jest ilustracją poświęconą innemu krajowi lub regionowi – nasi bohaterowie poznają na nich dzieci z różnych zakątków świata. Tekstu jest stosunkowo niewiele, ale dzięki komiksowej narracji „w dymkach” przekazuje on same istotne informacje. Dzięki nim możemy dowiedzieć się co nieco o przyrodzie, kulturze, strojach, językach i zwyczajach charakterystycznych dla różnych narodów. Dlaczego w Indiach należy łapać się za ucho? Jakiej witaminy dostarcza mleko wielbłąda? W jakim kraju koty nie maja ogonów? Czym różnią się Flamenco i Capoeira? W jakich butach powinno się wchodzić do dżungli, a w jakich na chorwackie plaże? I jak psy szczekają we Włoszech?

W ramach ciekawostki, mały czytelnik ma również szansę dowiedzieć się, którzy z bohaterów literackich pochodzą z danych krajów. Na kartach tej książki spotkamy bowiem między innymi Harry’ego i Hermionę, Pinokia, Pippi, Czerwonego Kapturka, a nawet samego Andersena i Braci Grimm!

Niezwykle barwna, sympatyczna książka o dzieciach dla dzieci. W niezwykle pozytywny sposób pokazuje różnorodność przy jednoczesnym podkreśleniu podobieństw między mieszkańcami różnych krajów. Choć dzieci różnią się wyglądem i zwyczajami, ich marzenia, sympatie i chęci do zabawy są bardzo podobne. A jako, że składa się z samych ciekawostek, nie sposób nudzić się nią przez chwilę!

Jednocześnie zaspokaja i pobudza ciekawość. Uczy otwartości na świat i drugiego człowieka oraz zmniejsza lęk przed odmiennością i nieznanym. A mnogość bohaterów, których należy odszukać w książeczce to dodatkowe ćwiczenie na pamięć, spostrzegawczość i koncentrację.

Pozycja obowiązkowa, tuż obok pierwszego atlasu.

Eliza Piotrowska, TO MY dzieci świata, Poznań: Wydawnictwo CED Edukacja, 2018, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED Edukacja.