Bajki Majki: „Sekret pustej książki” Marta Kucharz

Jak zachęcić dziecko do czytania? Interaktywnie! Zagadkami, tajemnicami i literackimi podchodami.

Kiedy Hania, z powodu przeprowadzki, otrzymuje w spadku po poprzednich właścicielach olbrzymi regał od góry do dołu wypełniony książkami, jest daleka od zachwytów. To w końcu raczej średnia atrakcja dla kogoś, kto nie lubi czytać. Z tego samego powodu jedyna sąsiadka w wieku zbliżonym do Hani wydaje się strasznie nudnym materiałem na przyjaciółkę – całymi dniami nic, tylko siedzi z nosem w książce. Takie nastawienie może zmienić tylko jakieś niezwykłe zdarzenie. Albo przygoda! A taką właśnie zapowiada zagadka odnaleziona w jednym z wiekowych tomów. Zagadka, do której rozwiązania przyda się oczytana znajoma, jej aportujący kot i… zdziwaczała staruszka z sąsiedztwa? Tajemniczy liścik prowadzi do kolejnego i jeszcze następnego, a na końcu tej zakręconej drogi ma czekać skrzynia ze skarbem!

Niedługa, intrygująca i bardzo pomysłowa historia poruszająca uniwersalne tematy, jak obawy związane ze zmianą środowiska, lęk przed odrzuceniem i przyjaźń – nie tylko między rówieśnikami. To po prostu międzypokoleniowe czytelnicze podchody!

To świetna propozycja dla dzieci, które radzą już sobie z samodzielnym czytaniem, ale jeszcze nie tak płynnie, by porywać się na powieść standardowego formatu. „Sekret pustej książki” budową przypomina kultowe książeczki o Hani Humorek, czy Koszmarnym Karolku – szczególnie pod względem sporej, wygodnej czcionki o dużej interlinii i krótkich rozdziałów bogato przetykanych ilustracjami. Jest jednak od nich bardziej atrakcyjny wizualnie. Wydanie jest wyjątkowo ładne – w twardej oprawie, na błyszczącym papierze, z kolorowymi ilustracjami Elżbiety Moyski, które wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Ciekawa, pomysłowa, ładna i dostosowana do potrzeb czytelnika stojącego na progu swej wielkiej książkowej przygody. Naprawdę warta uwagi, świetnie sprawdzi się jako prezent dla dziecka, które chcemy zarazić czytelniczą pasją.

Marta Kucharz, Sekret pustej książki, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 105 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Czas na czytanie: „Achilles w pułapce przeznaczenia” Madeline Miller

Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy odkładając „Kirke” na regał znalazłam literacki debiut Medeline Miller dwie półki wyżej. Już sama nie wiem co mam na regale wstydu, trudno chyba o większy wstyd? W ramach zadośćuczynienia zabrałam się za nią od razu – w końcu idealnie wpasowała się w mój greckowakacyjny nastrój.

 „Achilles w pułapce przeznaczenia” to (co za niespodzianka!) historia greckiego herosa Achillesa opowiadana na gorąco przez widza z pierwszego rzędu – jego najdroższego przyjaciela Patroklosa.

To w sumie fascynujące, jak historia znana każdemu od podstawówki potrafi wciągnąć. Znałam przecież tych bohaterów, tą wojnę wraz z jej powodami, przebiegiem i zakończeniem, a ten retelling czytałam z zapartym tchem i oczywiście ryczałam jak bóbr, gdy nadszedł – spodziewany przecież i zupełnie niezaskakujący! – koniec.

Madeline Miller potrafi opowiadać – przekuwa chłodne wzmianki z „Iliady” i „Odysei” (czy tylko mi mitologia zawsze wydawała się strasznie zimna, choć o wzburzonej krwi i upalnych krajach?) w ponad 400-stu stronicową historię pełną przyjaźni, oddania i wrażliwości. I jak to już z mitami bywa, o ponadczasowym przesłaniu.

Legendę niezwyciężonego wojownika, Największego z Greków, autorka zmienia w opowieść o zagubionym chłopaku. Dziecku – sympatycznym, czułym, uważnym, dobrym – które dorasta w przekonaniu o własnej wyjątkowości i to w niej upatruje swoją jedyną wartość. Przygnębiająca przypowieść o konieczności podejmowania dramatycznych wyborów, chciwości, pokusie sławy, urażonej dumie, manii wielkości i demoralizującej sile władzy. A także o miłości silniejszej niż śmierć, litości, współczuciu i stawianiu na swoim.

Troska o dobro innych Patroklosa i naiwna prostolinijność Achillesa stanowią szokujący kontrast z brutalnością świata, w którym przyszło im żyć. Jednak bardzo dobrze się do tego świata adaptują i, z głowami pełnymi marzeń, ramię w ramię piszą swoją historię.

„ – Wymień jednego bohatera, który był szczęśliwy.
Myślałem. Herakles oszalał i zabił swoją rodzinę; dzieci Jazona i jego nowa żona zostały zamordowane przez jego byłą; Bellerofontowi udało się zabić Chimerę, ale przez upadek z grzbietu Pegaza został kaleką.
– Nikt nie przychodzi ci do głowy (…). Nikomu nie pozwalają być sławnym i szczęśliwym. (…) Powiem ci coś w sekrecie(…). Będę tym pierwszym.

Bardzo starożytna – nie uciekniemy tu od fatum, przepowiedni i nieprzeniknionej gry losu. A przy tym przerażająco współczesna, bo przenoszenie ambicji na dzieci, nieszczególnie czuli rodzice i dylematy moralne związane z dorastaniem bywają niezmienne, niezależnie od czasów, w których przyszło nam żyć.

Madeline Miller, Achilles w pułapce przeznaczenia, Warszawa: Burda Publishing Polska, 2014, 424 s.

Bajki Majki: „Srebrny dzwoneczek” Emilia Kiereś

Ilustracje Małgorzaty Musierowicz są na tyle charakterystyczne, że nie sposób podświadomie nie kojarzyć ich z „Jeżycjadą”. A tego rodzaju analogie wysoko stawiają autorowi poprzeczkę! Okazuje się jednak, że Emilia Kiereś bardzo dobrze daje sobie radę z tym porównaniem tworząc pełną ciepła, bardzo spokojną historię dla młodych czytelników.

Cichutka, siedmioletnia Marysia po raz pierwszy ma spędzić wakacje bez rodziców – już wkrótce na świecie pojawi się jej braciszek, więc przyszła starsza siostra wyjeżdża do wiejskiego domku ukochanej cioci, by dać rodzicom nieco wytchnienia przed nowymi wyzwaniami. Ale powiększenie rodziny to nie jedyna wielka zmiana, która czeka naszą bohaterkę. We wrześniu dziewczynka rozpoczyna naukę w szkole, co samo w sobie ma prawo być nieco niepokojące. A kiedy jest się raczej nieśmiałym, konieczność nawiązania nowych znajomości potrafi spędzić sen z powiek. Szybko jednak okaże się, że wakacje to idealny czas na naukę oswajania przyjaciół…

Ciepła i sympatyczna opowieść o nieśmiałości, trudnościach w nawiązywaniu kontaktów i przyjaźni, która – podobnie jak rośliny – często potrzebuje sporo czasu i jeszcze więcej starań, by rozkwitnąć. Nie ma tu żadnych wielkich traum i dramatów, są za to pozornie prozaiczne lęki i niepokoje, którym dzieci muszą stawać czoła co dnia – adaptowanie się do nowego otoczenia, ciągłe zmiany, strach przed odrzuceniem. To piękny przykład na to, że wakacyjna przygodna wcale nie musi zmrażać krwi w żyłach, by być wartą zapamiętania.

Pełna plastycznych opisów i magicznych bohaterów, delikatna jak dźwięczenie dzwoneczka na wietrze, pachnąca plackiem z rabarbarem, przywodząca na myśl dotyk trawy pod bosymi stopami i przesuwające się pod dłonią, nieco szorstkie kocie futerko.

Jedna z książek skrojonych idealnie na wakacje, lub przypominających ich smak zimną jesienią. Ze względu na objętość tekstu – już dla nieco większych, wczesnoszkolnych czytaczy. I chociaż 136 stron czynią ze „Srebrnego dzwoneczka” całkiem poważną lekturę, całkiem spora czcionka, krótkie rozdziały i przerywniki w postaci rozkładówek z rozmalowanymi, akwarelkowymi ilustracjami w bardzo wakacyjnym klimacie sprawiają, że to wyjątkowo przyjazna lektura. Szczególnie, że twarda oprawa ochroni wnętrze przed trudami niejednego letniego wojażu.

Emilia Kiereś, Srebrny dzwoneczek, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2015, 136 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Czas na czytanie: „Kirke” Madeline Miller

Nie da się ukryć, że jak na poważną srokę przystało, do tej książki przyciągnęła mnie okładka. Połyskująca arabeska odcinająca się miedzianym złotem od czarnego tła, połączona z tematyką mitologiczną musiała stopić moją silną wolę jak masełko na gorącej grzance. I jak to już bywa ze smokami siedzącymi kuprami na swoich stosach skarbów, przez dobry rok tylko cieszyłam nią oczy. Na szczęście przypomniałam sobie o niej wprowadzając się pomału w klimat wyczekiwanych z utęsknieniem wakacji na Krecie.

I chociaż hasło z okładki „Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek 2018 roku” jest mocno przesadzone, to jednak jako czytelniczy prequel do greckich wakacji sprawdziła się bardzo dobrze.

To wybrane mity przedstawione z nowej perspektywy. Narratorką jest córka Heliosa – Kirke, która ze względu na odmienną wrażliwość (jakąkolwiek wrażliwość?), traktowana jest jako boskie popychadło. Powszechnie wiadomo, że antyczni bogowie, dumni i obrażalscy, targani emocjami i namiętnościami, są niezwykle podobni śmiertelnikom. Nasza bohaterka dla odmiany, jest po prostu po ludzku ludzka. Nie ma co się dziwić, że w świecie tytanów to olbrzymia słabość i powód do społecznego ostracyzmu. Nie ma jednak takiej słabości, której nie można przekuć w siłę.

Mamy tu sporą dawkę girl power w starożytnym świecie męskiej dominacji, nastoletni bunt przedwiecznej istoty, parujące kotły czarownic, romanse, złamane serca, zdrady, zemstę i wyrzuty sumienia. I chociaż to bardziej mitologia w stylu Parandowskiego, niż Gravesa, to jednak w jakimś stopniu oddaje ten fascynująco krwawy klimat antycznej bezwzględności.

A to, co mi się podobało najbardziej, to odczucia Kirke względem macierzyństwa. W końcu jakieś realistyczne przedstawienie życia z bobasem!

Mimo, iż większość historii, będących udziałem boskiej narratorki jest czytelnikowi dobrze znana, nie powoduje to zniecierpliwienia, wręcz przeciwnie – akcja jest wciągająca, czyta się lekko i przyjemnie. Chociaż nie wszystkie opisywane wydarzenia do przyjemnych należą.

No i jest pięknie wydana – szyta, z piękną wyklejką i stroną tytułową. Co prawda w obwolucie (eleganckiej, błyszczącej i tłoczonej), za czym nie przepadam, ale i bez niej prezentuje się bardzo dobrze. Jak nie lepiej. Nie bardzo tylko rozumiem podtytuł/blurb(?) „Daj się jej oczarować”, który występuje wyłącznie na obwolucie i moim zdaniem zupełnie nie jest związany z tekstem.

Z taką książką to się można na plaży pokazać, i to w stylu glamour!

Madeline Miller, Kirke, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2018, 414 s.

Bajki Majki: „Bajki Pani Basi”, Barbara Delimat + KONKURS

Przychodzę do Was dzisiaj z piękną historią – pewna pani napisała kiedyś króciutką bajkę dla swoich córek. Lata później tą samą bajkę pokochały również jej wnuczki. Z jednej bajeczki zrobiły się dwie, później trzy i cztery. A kiedy i wnuczki dorosły, pojawił się pomysł, by twórczością mamy i babci – Pani Basi – podzielić się również z innymi dziećmi. Znalazły uzdolnioną ilustratorkę, której pracy dodały opowieściom magii i wspomogły wyobraźnię. Wspólnymi siłami udało im się wydać niewielki nakład czterech sympatycznych, bajkowych historii, mniej lub bardziej magicznych, pełnych ciepła i delikatnego uroku.

Wszystkie książeczki zostały wydane w wyjątkowy sposób – są wielkości A4, ale w orientacji poziomej, co bardzo korzystnie wpływa na odbiór ilustracji. Ze względu na miękki papier, rekomenduję je już nieco bardziej wprawionym czytaczom, albo pod czujnym okiem rodzica.

DSC_0472.jpg

„Przygody Krasnala Kichusia”, czyli ta, od której wszystko się zaczęło, to ślicznie zilustrowana, króciutka opowieść o leśnym krasnalu, znanym nie tylko z uprzejmości i przyjacielskiego stosunku do sąsiadów, ale również z pewnej specyficznej przypadłości – naprawdę solidnych kichnięć, od których las trzęsie się w posadach! Nigdy nie zgadniecie co się stało, kiedy pewna psotna mucha postanowiła spłatać naszemu bohaterowi figla i, wlatując mu do nosa, skłoniła biedaka do nieprzerwanego kichania. Czy przyjaciele zdołają uwolnić Kichusia od pasażerki na gapę?

Tekst tej bajeczki łatwo wpada w ucho – jest melodyjny, a rymy należą do tych prostych, dobieranych niemalże intuicyjnie i dzięki temu łatwych w odbiorze nawet dla malutkiego odbiorcy. Tekstu nie ma wiele – prym zdecydowanie wiodą tu barwne, rozmalowanie ilustracje, które wraz z zabawną, rytmiczną treścią przypadną do gustu już najmłodszym przedszkolakom. A jeśli jakiś maluszek nie ma niszczycielskich ciągot do stron z cienkiego papieru, to moim zdaniem spokojnie można czytać ją i młodszym molikom.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Przygody Krasnala Kichusia, wydanie prywatne 2016, 13 s.

Ulubiona książeczka Majki (głownie ze względu na spory udział kocich bohaterów) – „Babcia Mania” zabiera czytelników na wycieczkę na wieś, gdzie mogą poobserwować nieco sielskiego życia. A to nie jest nudne ani trochę! Babcia Mania ma wielkie serce i w jej zagrodzie zawsze można znaleźć pomoc w potrzebie, pełną miskę i suchy kąt. Dlatego też to gospodarstwo tętni życiem – gołębie, wróbelki i inne ptactwo zlatuje się na okruszki, słoninkę i ziarenka, ranne leśne zwierzęta przychodzą po leczenie, a samotna kotka znajduje tu swój dom. To pełna domowego ciepła, cierpliwości i wyrozumiałości opowieść o otwartym sercu i pomaganiu sobie wzajemnie.

Jest to już bardziej obszerna książeczka, nie tylko dłuższa, ale również o większej objętości tekstu. Choć delikatne ilustracje wciąż pełnią tu bardzo ważną rolę, zajmują jedynie jedną stronę, druga w całości poświęcona jest treści, tym razem opowieści pisanej prozą.

A na samym końcu na czytelników czeka mała niespodzianka – miejsce, gdzie mogą upiększyć swoją książeczkę ozdabiając ją własnym portretem Babci Mani i jej przyjaciół.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Babcia Mania, wydanie prywatne 2017, 27 s.

Niedługa książeczka „Bazyli w podróży”, czyli wakacyjna przygoda krasnala Bazylego, to tak naprawdę przewodnika po Wrocławiu dla małych odkrywców. A właściwie przewodnik po wrocławskich krasnalach – nie miałam pojęcia, że jest ich tak wiele! Bazyli dostaje zaproszony w odwiedziny do kuzyna Bazylego, który wraz z resztą rodziny zamieszkuje wrocławskie uliczki, zaułki i fontanny. Krewniacy prześcigają się w pomysłach dokąd najpierw zabrać gościa i jaki rodzaj aktywności zainteresuje go najbardziej – zwiedzanie zabytków, Ogród Botaniczny, dzielnica artystów, a może drzemka na parkowej ławce? Na każdą atrakcję znajdzie się chwila!

Choć to sympatyczni, brodaci przyjaciele oprowadzają nas po mieście, nie sposób nie docenić cudnych ilustracji, równie istotnych przy wyobrażaniu sobie odwiedzanych miejsc. Szczegółowe, klimatyczne akwarele dodają miastu nutkę bajkowości – tak pasującą do niezwykłych bohaterów tej opowieści. Podobnie jak nieoczywiste, znacznie trudniejsze, niż w przypadku pierwszej krasnoludkowej bajki, rymy i stylizowany szyk zdania.

Barbara Delima, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Bazyli w podróży, wydanie prywatne 2017, 13 s.

Najnowsza i najobszerniejsza jak dotąd bajka Pani Basi – „Jaś Nie” to zdecydowanie moja faworytka. Może dlatego, że zachowanie głównego bohatera czasem kogoś mi przypomina?

Jaś to gagatek jakich mało – jego najulubieńszym na świecie słowem jest „nie”, szczególnie gdy chodzi o pomoc mamie, słuchanie dobrych rad, czy dzielenie się zabawkami. Uwielbia też robić na przekór, a każdy z nakazów i zakazów opiekuńczych rodziców to nieoparta pokusa, by robić na przekór. Jaś nie wie jeszcze, że słowa rodziców powodowane są troską o jego bezpieczeństwo, a zakazy i zabezpieczenia broniące dostępu do studni, czy maszyn w garażu mają za zadanie go chronić. Jednak już wkrótce to zrozumie, gdy tylko wymknie się niepostrzeżenie przez niedomkniętą furtkę. A w lesie bardzo łatwo się zgubić…

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Jaś Nie, wydanie prywatne 2018, 29 s.

Więcej o Bajkach Pani Basi możecie przeczytać na jej stronie internetowej, a niedługo również na budowanym dopiero profilu na Instagramie. Również tam można dokonać zakupu – cena jest symboliczna, a ze względu na mały nakład bajeczki mają szansę stać się niedługo białymi krukami.

Możecie również spróbować swoich sił w KONKURSIE.

Dzięki uprzejmości autorek mam dla was cały zestaw Bajek Pani Basi do wygrania. Wystarczy napisać o jakim bohaterze chcielibyście przeczytać bajkę i dlaczego. Konkurs trwa od dziś do 15.08, wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu dwóch dni.

Wzięcie udziału w konkursie jest równoznaczne ze zgodą na udostępnienie (drogą mailową) danych niezbędnych do wysyłki nagrody oraz przekazanie ich sponsorowi konkursu.

Czas na czytanie: „Leah gubi rytm” Becky Albertalli

Strasznie nie mogłam się doczekać tej książki i jednocześnie bardzo bałam się po nią sięgnąć.

Bo wiecie, jeśli mamy do czynienia z tak idealną, zamkniętą opowiescią jak „Simon oraz inni homo sapiens”, poza naturalnym głodem kontynuacji, oczekiwaniu towarzyszy również strach przed koncertowym zepsuciem wszystkiego. A już ekranizacja była wielkim rozczarowaniem i zrobiła tej historii straszną krzywdę.

Nie było takiej możliwości, żebym polubiła Leah tak bardzo, jak Simona. Ale z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że mimo to udało jej się wzbudzić moją sympatię – nadmierny idealizm, styl ubierania się, cięty język i ogólna nienawiść do ludzi sprawiły, że chociaż częściowo musiałam odnaleźć w niej bratnią duszę.

„Nie da się po prostu lubić Harry’ego Pottera. Trzeba mieć na jego punkcie niezdrową obsesję”.

Chociaż przez większość czasu czytałam tą książkę z szerokim bananem na ustach, niejednokrotnie chichocząc pod nosem, fabuła wzbudziła we mnie zdecydowanie mniej emocji, bo i sama w sobie nie wnosi wiele nowości. Poza kobiecą narracją (z czym Simon też całkiem nieźle sobie radził), główne zmiany polegają na wprowadzeniu pojęcia biseksualności i rozszerzenie strachu przed ujawnieniem o strach przed zranieniem uczuć przyjaciół. I chłopaka, którego uczuć się nie odwzajemnia.

Najważniejszy jest jednak sam styl pisania autorki. Bo lektura „Leah gubi rytm” pozwala po raz kolejny poczuć ten, znany z „Simona” niepowtarzalny klimat puchatej uroczości wymieszanej z najfajniejszymi wspomnieniami z mojej (nie tak odległej przecież) nastoletniej młodości. Nie sposób się nie wzruszyć na wspomnienie dni, kiedy zjedzenie paczki m&m’sów nie powodowało mdłości, a pianki jadło się jako główne danie, a nie dodatek do kakałka.

Odniosłam również wrażenie, że ta część jest nieco bardziej… tendencyjnie amerykańska. Są wycieczki po uczelniach i bal absolwentów wraz z podjeżdżaniem limuzyną i dramatem wyboru sukienki. Ale wszystko to przedstawione przez pryzmat wewnętrznej cynicznej jędzy głównej bohaterki naprawdę da się lubić!

Becky Albertalli, Leah gubi rytm, Poznań: Wydawnictwo WE NEED YA, 2018, 432 s.

Bajki Majki: „My first Body book” Matthew Oldham, Tony Neal

Czytacie dzieciom w języku angielskim? Majka kiedyś nie lubiła słuchać książeczek po angielsku, ale odkąd chodzi do dwujęzycznego przedszkola nie widzi już różnicy ani w przypadku czytania, ani oglądania bajek – raz wybiera polski, innym razem angielski. Książeczki w oryginale wybieram rozsądniej, niż polskie, głównie ze względu na wyższą cenę, i zazwyczaj sięgam po tytuły, których nie można już zdobyć w tłumaczeniu (jak czteropak „Guess How Much I Love You” z porami roku) albo te, które są po prostu tak świetnie wydane, że nie można im się oprzeć. W tym drugim zdecydowanie przoduje brytyjskie wydawnictwo Usborne.

O Majkowej fascynacji ludzkim ciałem pisałam już jakiś czas temu przy okazji fantastycznej drewnianej układanki, i melduję, że to zainteresowanie nie mija. Nie mieliśmy jednak dotychczas żadnej książeczki, która podchodziłaby do tego tematu poważniej i doroślej, niż maluszkowe „Nasze ciało” Hectora Dexet. A przecież na stanie już poważny przedszkolak z poważnymi pytaniami. W które „My first body book” wpisuje się świetnie.

Nie ukrywam, że książeczka, która byłaby idealnie dopasowana do wieku i możliwości poznawczych mojej trzyipółlatki, w języku angielskim jest pewnym wyzwaniem. Również dla mnie, bo dotychczas jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad angielską nazwą rzepki, goleni, czy strun głosowych. Ale czy może być lepszy sposób nauki nowych pojęć i odkrywania świata, niż robienie tego od razu w obu językach? W końcu polskie określenia w większości też są dla niej nowe.

Początkowo byłam nieco rozczarowana mało realistycznym przedstawieniem człowieka, ale już w czasie pierwszej, jeszcze samodzielnej lektury odkryłam, że w ten sposób wszystkie przedstawione w książce postacie są bardziej ideami (a każde skojarzenie z Platonem przybliża mnie do szczęścia) niż bohaterami. Stanowią tło dla opisywanych organów i zjawisk, pozwalając im błyszczeć na pierwszym planie. Bardzo zręczny zabieg, lubię to.

Mimo prostej formy opartej w zdecydowanej większości na nieskomplikowanych ilustracjach i towarzyszących im króciutkich podpisach, w tej książce jest niemal wszystko – maluch nie tylko dowie się z jakich części i układów składa się ciało człowieka i za co one odpowiadają, ale przeczyta również o różnicach i podobieństwach miedzy ludźmi, dbaniu o zdrowie (och, jak bardzo jestem wdzięczna za przypomnienie o konieczności mycia się i rzeczowego objaśnienia mojej skumulowanej energii po co właściwie ludzie muszą spać!), czy procesach dorastania i starzenia się. Na końcu czeka również kilka zaskakujących ciekawostek. Wiedzieliście na przykład, że w ciele przeciętnego człowieka jest tyle wody, że wystarczyłoby do napełnienia mniej więcej 190 szklanek?

Jeśli czegoś mi zabrakło, to tylko układu rozrodczego – jego budowy i funkcji. Szczególnie, ze tematyka bobasa w brzuchu w majkowych pytaniach pojawia się dość często.

Za to to pierwsza książeczka dla maluchów, jaka trafiła w moje ręce, w której pojawia się aparat słuchowy, inhalator, czy rozmawianie z innymi o swoich problemach jako sposób dbania o siebie i o swoje samopoczucie.

A wszystko to w atrakcyjnym i wytrzymałym wydaniu – książka jest w dużym, ale wciąż poręcznym formacie. Śliskie, tekturowe strony łatwo poddają się dziecięcym paluszkom, a zaokrąglone rogi kartek i twardej oprawy zwiększają bezpieczeństwo użytkowania. Żywe kolory, łatwe do zrozumienia schematy, posługiwanie się językiem adekwatnym do możliwości poznawczych maluszka i logiczny, przejrzysty układ książki są jej kolejnymi zaletami. To jedna z tych pierwszych encyklopedii, które posłużą dłużej – zainteresują już trzylatka i jeszcze nie zanudzą sześciolatka. W końcu budowa mózgu to świetna sprawa dla młodego odkrywcy!

Matthew Oldham, Tony Neal, My first body book, London: Usborne, 2019, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Dreambooks.pl.

Czas na czytanie: „Tajemna historia” Donna Tartt

Dobra książka, to taka, która zostawia czytelnika bez słów. Kiedy ten po przeczytaniu ostatniego zdania zamyka powieść i siedzi w bezruchu, bo brutalnie wyrwany ze świata przedstawionego nie wie, co ma teraz zrobić ze swoim życiem. Siedzę tak już prawie od tygodnia. I wciąż nie mam pojęcia co powiedzieć. Nie czuję się też wystarczająco kompetentna, by popełnić jakąkolwiek merytoryczną formę recenzji. To po prostu dla mnie za wysokie progi.

Wiem za to, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Ostatnio tak piorunujące wrażenie zrobiło na mnie „Małe życie” nieco ponad dwa lata temu.

„Tajemna historia” jest napisana tak dobrze, że każde kolejne zdanie to czysta przyjemność. Nie mogłam się doczekać kontynuowania przerwanej lektury i nie mogłam wyrzucić jej z głowy, niezależnie od wykonywanej w ciągu dnia czynności. A na wieczorne czytanie w fotelu pędziłam w podskokach. Dosłownie! To nie jest przecież tak, że na co dzień czytam kiepskie książki, bo w większości przypadków jestem zadowolona z wyboru, lubię to, co czytam i samo czytanie sprawia mi mnóstwo frajdy. W końcu to w właśnie z tego powodu sięgam po książki. Ale Donna Tartt ustanowiła zupełnie inny poziom. Bo mam wrażenie, że dotychczas nie wiedziałam czym jest przyjemność płynąca z lektury.

Rewelacyjnie wyważona – pełna malarskich opisów, uczuć i emocji, trzymająca w napięciu i rozbrajająco zabawna w zupełnie niespodziewanych momentach. Hipnotyzująca do tego stopnia, że nie mam pojęcia kiedy minęło to 600 stron, a przecież czytałam je prawie tydzień. Właściwie reszty tego tygodnia też nie bardzo mogę sobie przypomnieć…

Uniwersalna historia o młodości wypełnionej poszukiwaniami wzniosłych ideałów i pogardzającej przyziemną codziennością. O bezkompromisowym dążeniu do wyidealizowanego celu. O kuszeniu losu i winie niezawinionej. O radzeniu sobie z konsekwencjami i przeżywaniu traumy. O bezrefleksyjnym podążaniu za charyzmatycznymi przywódcami i o upadaniu autorytetów. O wytrzymałości gumowych zasad moralnych, uporczywości sumienia i lęku przed karą.

Ctu też napisać „zakazany romans”, ale w sumie to nie wiem, o którą relację miałoby chodzić, bo każda z nich kolejno burzy wszystkie granice. Jest tu jednak co nieco i z mitu o Helenie Trojańskiej i szczypta „Romea i Julii”. A przy tym całkiem sporo „Zbrodni i Kary”. Pomnożonej przez 6.

Pełna młodzieńczego idealizmu, szukania drogowskazów w mrokach antyku, pierwszych prób dorosłego życia.

Jest tu mnóstwo studenckich imprez, geniusz-socjopata, bogate dzieciaki, morze alkoholu i nadmiar szkodliwych używek. Są porywy serca, duże braki we wsparciu rodziny i potrzeba akceptacji. Jest szóstka oddanych sobie przyjaciół i szalony plan, który kończy się tragicznie. A tragedia to dopiero początek.

Donna Tartt, Tajemna Historia, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanowa, 2017, 608 s.

Bajki Majki: „Róże w garażu” Agnieszka Tyszka

Czy kiedy obiecane wakacje w Grecji nie dochodzą do skutku, wyjazd za miasto może okazać się atrakcyjną alternatywą? Jak najbardziej, ale tylko jeśli na działce obok, w różowym garażu obrośniętym różami mieszka… no właśnie, kto? Czarownica? Bajkowa Baba Jaga? A może mało towarzyski mechanik samochodowy?

Czy to możliwe, że wszystkie czarne koty kręcące się po zaniedbanej działeczce za płotem same karmią się whiskasem? Cukierki same pojawiają się na płocie, a pod krzakami róż rosną lizaki w kolorowych papierkach?

Lato to czas zabawy i nieograniczonej fantazji. Niewiele trzeba, by stać się Indianinem, badaczką, treserką niewidzialnych tygrysów, piratem, architektem pałaców dla ślimaków, czy nowojorskim detektywem. W końcu nuda jest najlepszą przyjaciółką wyobraźni. A jeśli pozornie zwyczajnym sytuacjom tajemniczości dodadzą nie do końca wytłumaczalne szczegóły, Grecja szybko odejdzie w zapomnienie. W końcu nie każdym wakacjom towarzyszą przygody rodem z książek!

Przekonują się o tym dwie wielodzietne rodziny, w których mamy – najlepsze przyjaciółki jeszcze z czasów szkoły zakonnej – kupiły mały domek z działeczką. Sześcioro narratorów o najróżniejszych zainteresowaniach i w różnym wieku (od niemalże niemowlaka, przez rezolutne przedszkolaczki, aż po „dorosłą” i „nowoczesną” młodszą młodzież) wspólnymi siłami, choć każdy w swoim niepowtarzalnym stylu, opowie czytelnikowi o tym, co zdarzyło pewnego niesamowitego lata.

A pomogą im w tym przesympatyczne, tęczowo kolorowe ilustracje, które od czasu do czasu zajmują całe strony książeczki, a jeśli nie, to wciskają się między spory, wygodny na poczatkującego czytelnika tekst jak tylko mogą – choćby jednym ptaszkiem, kotkiem, czy ślimaczkiem.

Spakujcie do kieszeni trochę czosnku i latarkę, na szyi powieście niebieskie koraliki, a pod pachę chwyćcie pluszowego dziobaka. Tak wyposażeni otwórzcie książkę – jesteście gotowi na przygodę!

Pamiętajcie, że magia może kryć się w najzwyklejszej nawet historii. Trzeba tylko umieć ją dostrzec!

Agnieszka Tyszka, Róże w garażu, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2019, 125 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.