Bajki Majki: „Śmieciogród” Ola Woldańska-Płocińska

Czy można mówić na poważne tematy w zabawny, przystępny i jednocześnie mądry sposób, bez zbędnego moralizowania i ciągnięcia nudnych wykładów pełnych przestróg, nakazów i zakazów? I przy okazji zrobić z książki dzieło sztuki? Ola Plocińska udowodniła już te wszystkie tezy tworząc „Zwierzokrację”, poświęćcie więc chwilę, by przyjrzeć się jej kolejnemu dziełu z serii książek-monumentów mających moc zamieniania świata. Na jakże aktualny, problematyczny i kontrowersyjny temat, jakim są… zasypujące nas z każdej strony odpady. W końcu troska o Ziemię jest obowiązkiem każdego z nas: dorosłych – bo przykład idzie z góry, i dzieci – bo to, w jakim świecie przyjdzie im żyć zależy od decyzji i działań podejmowanych przez nas wszystkich każdego dnia.

Dzięki tej książce mały czytelnik prześledzić historię opakowań – od tych wymyślonych przez naturę, poprzez te wykonane z części roślin oraz wytworzone dłońmi człowieka z naturalnych materiałów, aż po produkowane masowo tworzywa sztuczne. Dowie się też gdzie lądują wszystkie te wszystkie opakowania po wypakowaniu z nich potrzebnych nam produktów. Świetnie wydana, bogato ilustrowana w charakterystycznym stylu autorki encyklopedia śmieci będzie świetnym punktem wyjścia do uświadomienia dziecku jak bardzo szkodliwe dla naszej planety są odpady, jak minimalizować ich wytwarzanie i w jaki sposób przetwarzać te już powstałe. Dowiemy się z niej jakie śmieci wrzucać do jakich śmietników, które z nich nadają się do ponownego wykorzystania, a które nie. Pomoże również w wypracowaniu dobrych nawyków nazwanych „złota piątką” są to: picie wody z kranu, wymienianie się niechcianymi przedmiotami, noszenie ze sobą bawełnianej torby i własnego prowiantu w wielorazowych pojemnikach, wielokrotnego używania tych samych rzeczy w pomysłowy sposób.

Czy w średniowieczu byli już śmieciarze? Do czego używano tektury nim wymyślono papierowe pudełka? Jaki surowiec wtórny był zbierany i przetwarzany ponownie już w X wieku? Ile czasu zajmuje przeciętnemu Amerykaninowi wytworzenie 60 kg śmieci? Czy czteroosobowa rodzina jest w stanie produkować jedynie słoik odpadów rocznie? Kim są freeganie i czy kompost i kompot to to samo? Na te i mnóstwo innych pytań znajdziecie odpowiedź w „Śmieciogrodzie”.

Nie wahajcie się, bo to nie tylko mądra i pożyteczna, ale też wspaniale wydana i świetnie zilustrowana pozycja!

Ola Woldańska-Płocińska­­, Śmieciogród, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Lanny” Max Porter

Niby nic, niby tylko podkolorowana wyobraźnią codzienność, a jaki klimat. Jeśli ktoś przez przypadek nie ma jeszcze jesieni za oknem, to ta lektura z pewnością zrobi mu jesień w głowie i sercu.

DSC_0331

Książka dziwna, powieść wielu bohaterów, smutnoprozaiczna symfonia ludzkich żyć. Miłostki, śmiesznostki, błahostki i tony śmieci. Uparta pamięć dziejów i pieśń współczesności. Błysk światła pozwalający rzucić okiem na życie sąsiada. Banalna historia, która mogła przydarzyć się każdemu. I jednocześnie nastrojowo-magiczna baśń pozostawiająca na języku gorzki posmak refleksji. Nad światem, człowiekiem, czasami, macierzyństwem, mentalnością, ekologią, przemijaniem, okrucieństwem, pędem codzienności, tęsknotą, niespełnieniem, oczekiwaniami, wartościami… A to tylko 200 stron wyjątkowo porozrzucanego tekstu, pięknego języka i przedziwnej narracji. Narracji, która nie pozwala się do siebie przyzwyczaić i ani na chwilę nie daje poczuć się pewnie.

Cicha angielska wieś, nieco odmienny chłopiec o pięknym spojrzeniu na świat, niedopasowani rodzice, nauczyciel rysunku i prastary demon rodem z ludowych podań. Aż do dnia, w którym spokój życia z dala od londyńskiej wrzawy imploduje wskutek tajemniczego zaginięcia jeszcze bardziej tajemniczego dziecka. Zdarzenie, o jakim każdego niemalże dnia słuchamy w wiadomościach, zmienia małą społeczność w epicentrum medialnego zgiełku, a myśli mieszkańców w kłębowisko ciekawskich podejrzeń i zbyt łatwo rzucanych oskarżeń. W końcu ludzie mają wiele wspólnego z sępami – i jednych i drugich ciągnie do tragedii.

„Mrowi go myślenie o tym, jak jedna myśl prowadzi do drugiej, nieprzerwanie, na okrągło, nie znając końca”.

Książka pisana strumieniem świadomości kilkunastu przedstawicieli jednej społeczności. Ciekawe, czy zanurzenie się w nim oddaje w jakiejś niewielkiej części muśnięcie opuszkiem palca odmętów Styksu. To by w pewnym sensie tłumaczyło vanitatywny urok utworu. Bardzo pozytywnego utworu, czego nie sposób nie zaznaczyć. Hipnotyzująca. Trochę straszna i strasznie smutna. Dająca nadzieję. Dziwna książka.

Max Porter, Lanny, Warszawa: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 220s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Grajki Majki: „Rami Code”, Quercetti

Nie da się ukryć, że programowanie to język przeszłości. A właściwie języki. Wiem coś o tym, bo nie rozumiem żadnego z nich…

I jak zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, chciałabym, żeby moja córka nie podzielała mojej dezorientacji w tym temacie. A jeśli można nauczyć się czegoś tak pożytecznego poprzez zabawę, to grzechem byłoby nie spróbować!

Rami Code to zabawka edukacyjna rozwijająca kreatywność, myślenie przyczynowo skutkowe i ucząca rozwiązywania problemów krok po kroku. W końcu „kodowanie” to nic innego, jak pisanie instrukcji, według której maszyna wykonuje oczekiwane czynności.

„Ta umiejętność jest coraz ważniejsza w środowisku edukacyjnym, ponieważ stymuluje myślenie obliczeniowe u dzieci, umiejętność podzielenia skomplikowanych kwestii na mniejsze części, które są łatwiejsze do rozwiązania”.

A dla mojego na wskroś humanistycznego umysłu – trzeba tak wykombinować, żeby wiedzieć co zrobić, by osiągnąć określony cel. Najlepiej metodą prób i błędów.

Na pierwszy rzut oka Rami Code przypomina nieco automat typu flipper – nieznacznie pochylony, z kolorowymi kuleczkami, które musimy umieścić w odpowiednich miejscach. Tylko zamiast mechanicznych łapek do odbijania kuleczek mamy zestaw dźwigni (odpowiadających dwóm cyfrom systemu dwójkowego: 0 i 1) poruszających zwrotnicami, dzięki którym planujemy tor toczenia się kulki. Kiedy ta rusza z pola startowego, wszystko jest już przesądzone.

Ustawiając cztery dźwignie po lewej stronie odpowiednio na zerze lub jedynce tworzymy zapis w systemie dwójkowym. Po zwolnieniu dźwigni „enter” i wypuszczeniu kuleczki, ta trafi do przegródki podpisanej odpowiednikiem w zapisie dziesiętnym. Jeśli więc, na przykład, ustawimy dźwignie zwrotnic w pozycjach 1 1 0 1, kuleczka trafi do rynienki nr 13.

Przesuwanie dźwigni zwrotnic sprawia, że zmieniają się kolory torów. Dzięki temu możemy dokładnie śledzić którędy poleci kulka i w ten sposób planować trasę do punktu docelowego – przestawiając dźwignie otwieramy lub zamykamy ścieżki labiryntu próbując odnaleźć właściwą drogę.  Tak wygląda najprostszy sposób gry, którego można próbować już z czterolatkiem. Wraz z wiekiem rośnie również poziom trudności i pomysły wykorzystania zabawki są coraz bardziej skomplikowane. Do zestawu dołączono także zaślepkę pozwalającą zasłonić wszystkie trasy i sprawdzić swoje umiejętności kodowania „z pamięci”. Teoretycznie dla użytkowników 8+, a ja jeszcze nie za bardzo sobie radzę z tym etapem.

Bardzo dużym plusem jest przejrzysta instrukcja. Chociaż książeczka zdaje się być całkiem grubaśna, to mamy cztery zwięźle i zrozumiale napisane strony, na których znajdziemy opis poszczególnych elementów zabawki, wprowadzenie dla rodzica, propozycje zabaw dla czterech grup wiekowych (4+, 5+, 7+ i 8+), a także opis przechodzenia z systemu dziesiętnego na dwójkowy i odwrotnie bez użycia zabawki, a matematyki. Wygląda strasznie strasznie ale chyba nawet udało mi się to zrozumieć. A skoro nawet ja (największy matematyczny antytalnet roku) dałam radę, to dzieciaki na pewno z łatwością ogarną ten temat.

Mała zabawka o wielkiej funkcji. A do tego starannie wykonana i estetyczna wizualnie, co – jako wzrokowiec – zawsze doceniam podczas nauki.

 „Rami Code”
Firma: Quercetti
Sugerowany wiek: 5-10 lat

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Rami Code znajdziecie TUTAJ.

 

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Czas na czytanie: „Jezioro Ciszy” Anne Bishop

Nigdy szczególnie nie ciągnęło mnie do najsłynniejszej chyba serii Anne Bishop o Innych, ale jakiś czas temu skusiłam się na pierwszy tom innej serii tej samej autorki – „Filary Świata” i to była całkiem przyjemna, magiczna przygoda. Kiedy więc pojawiła się okazja rozejrzenia się po innym uniwersum autorki bez konieczności rozpoczynana wielotomowego cyklu, chętnie z niej skorzystałam.

DSC_0352

Jak tylko udało mi się już w miarę zrozumieć zasady funkcjonowania tego świata i poczułam się w nim całkiem pewnie – na tyle, na ile pewnie może poczuć się człowiek, który w dość brutalny sposób dowiaduje się, że jego miejsce jest niemalże na samym na końcu łańcucha pokarmowego – okazało się, że Anne Bishop idealnie wpasowała się w moje poczucie humoru. Bo humoru jest tu mnóstwo – makabrycznego, z dużą dawką autoironii i przejawiającego się gdzie tylko się da. Od kreacji postaci (i w opisie wizualnym i w cechach charakteru), przez przedziwne stworzenia, specyficzne nazwy, ciętą ironię aż po humor sytuacyjny. A przy tym porusza sporo całkiem poważnych tematów, jak brak pewności siebie, przemoc psychiczna, czy napady lękowe. I robi to z klasą! To wyjątkowe połączenie komedii z horrorem można porównać do „Najgłupszego Anioła”, ale to raczej dalecy krewni. Bo w świecie innych jest zdecydowanie bardziej… niezwykle.

Trzydziestoletnia Vicki, w ramach ugody rozwodowej, otrzymuje zrujnowany ośrodek wypoczynkowy nad malowniczym jeziorem, który planuje przekształcić w dobrze prosperujący biznes. Szybko okazuje się jednak, że to nie ludzie będą jej pierwszymi interesantami, otaczają ją bardzo specyficzni sąsiedzi, a rozwód wcale nie oznacza końca kłopotów z byłym mężem. Jak żyć, gdy wszystko wokół (z powietrzem włącznie!) obserwuje każdy twój krok, ciemność roi się od zmiennokształtnych (od wron, przez kucyki aż po niedźwiedzie i dzikie koty), twoim prawnikiem jest wyjątkowo wyględny krwiopijca, można nawet nie zauważyć, kiedy zostanie się czyimś obiadem, a śmiesznie podskakujące cosie codziennie przychodzą po haracz w postaci marchewki?

Życie w małej społeczności nie jest łatwe. Szczególnie, kiedy przychodzi się do niej z zewnątrz, a większość jej członków nie ma pojęcia o ludzkich zwyczajach.

„Nie wiedziałabym o martwym człowieku, gdybym nie weszła do kuchni w chwili, gdy moja jedyna lokatorka właśnie zamierzała podgrzać gałkę oczną w kuchence mikrofalowej”.

– kiedy książka zaczyna się od takiego zdania, to znak, że będzie dobrze. A potem jest tylko lepiej!

No i klops, bo teraz czeka mnie 8 tomów serii do wyczytania. Z jednej strony ekstra, witaj przygodo! Z drugiej mój regał wstydu zanosi się żałosnym łkaniem. Życie jest zdecydowanie za krótkie, jak na liczbę książek, które chcę przeczytać!

Jeśli ktoś ma ochotę niezobowiązująco sprawdzić, czy specyficzna kreacja świata Innych jest dla niego, „Jezioro Ciszy” jest bardzo dobrym wyborem. To niezależna historia, która nie wymaga znajomości pozostałych tomów serii, a daje spore pojęcie o jej klimacie.

Anne Bishop, Jezioro Ciszy, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 480 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Okołoksiążkowy miszmasz: Wielka Wymiana Książkowa #przeczytajipodajdalej8

Zima zbliża się wielkimi krokami, jesienne wieczory są już coraz dłuższe i dłuższe – to idealny moment na odświeżenie biblioteczki! A idealnym na to sposobem jest kolejna (już 8!) edycja internetowej akcji bookcrossingowej Wielkiej Wymiany Książkowej #przeczytajipodajdalej organizowanej przez Save the Magic Moments i Socjopatkę.

plakat - WWK 8

Wszystko odbywa się bezkosztowo – wymieniający pokrywają jedynie koszty wysyłki, chyba, że uda się umówić na odbiór osobisty – i w duchu idei zerowaste. W skrócie: przeglądamy oferty innych uczestników wymiany, które możemy znaleźć w linkparty na blogach organizatorek, na facebookowej grupie i na Instagramie (#przeczytajipodajdalej8) -> proponujemy nasze zbiory na wymianę -> dogadujemy się -> wysyłamy. Po szczegółowy regulamin koniecznie zajrzyjcie do organizatorek!

Akcja trwa od dziś do 12.10.19.

Co dobrego mam na wymianę tym razem?

Dla dorosłych:

1. Anne Bishop „Jezioro ciszy”
2. Marta Guzowska „Wszyscy ludzie przez cały czas”
3. Anne-France Dautheville „Sekrety roślin”
4. Robert M. Edsel „Na ratunek Italii” (nieznacznie porysowana okładka)
5. Tracey Mathias „Czas wyborów”
6. Leonie Swann„Triumf owiec”
7. Sara Pennypacker „Pax”
8. Peter Gallert, Jörg Reiter „Wiara, miłość, śmierć”
9. Malwina Ferenz „ Życie pełne barw”
10. Lidia Liszewska, Robert Kornacki „Zostań ze mną”
11. Vicky Myron „Dziewięć wcieleń kota Deweya”

Dla dzieci i młodzieży:

1. Jan Staudynger „Zwrotki dla Dorotki”
2. Zofia Stanecka, Marianna Oklejak „Basia i urodziny w muzeum”
3. Zofia Stanecka, Marianna Oklejak „Basia i przyjaciele. Lula”
4. Ulf Stark, Anna Höglund „Chłopeic, dziewczynka i mur”
5. Elżbieta i Witold Szwajkowscy „Rymowane zagadki matematyczne”
6. Herve Tullet „Naciśnij mnie”
7. Jarosław Mikołajewski „ZOO”
8. Ewa K. Czaczkowska „Bajki Mariackie”
9. Marta Kucharz „Sekret pustej książki”
10. Agnieszka Stelmarczyk „Mazurscy w podróży”
11. Agnieszka Tyszka „Róże w garażu”
12. Emilia Kiereś „Serbrny dzwoneczek”
13. Julian Tuwim „Lokomotywa i inne wesołe wierszyki dla dzieci”
14. Ewa Szelburg-Zarembina „Baśń o kocie w butach”

Wszystkie moje książki są w stanie bardzo dobrym lub idealnym, jeśli jednak masz ochotę przyjrzeć się bliżej jakiejś pozycji, daj znać, chętnie zrobię więcej zdjęć ;)

Owocnej wymiany!

Grajki Majki: „Wyprawa do El Dorado” Reiner Knizia, Vincent Dutrait

Czy może być lepszy pomysł na spędzenie długich, zimnych, jesiennych wieczorów, niż wyprawa do egzotycznej ameryki południowej w poszukiwaniu mitycznego El Dorado? Nie sądzę!

Nie da się ukryć, że to naprawdę rozrywka na cały wieczór – partia trwa bowiem mniej więcej 45 minut. Ponadto przygotowanie planszy i ułożenie wszystkich kart również jest dość czasochłonne (i wymaga naprawdę dużego stołu, albo po prostu przytulnej podłogi), a i lektura rozbudowanej instrukcji sporo zajmie. Ale gdy po kilku ruchach uda się zrozumieć mechanizm, gwarantuję, że na jednej rozgrywce się nie skończy!

Każdy z graczy wciela się w kierownika ekspedycji wyruszającej na karkołomną wyprawę, której celem jest złote miasto. Musi kompletować swoją załogę w taki sposób, by umiejętności jej członków umożliwiały przedostanie się przez różne pułapki terenu – marynarze i kapitanowie pomogą przedostać się przez rzeki, globtroterzy, zwiadowcy, czy odkrywcy poprowadzą ekspedycję przez dżunglę, a turystki, dziennikarki, czy milionerki najlepiej poradzą sobie w wioskach. Czasem jednak warto odwiedzić rynek, by wykupić usługi przewodnika, kartografa, czy doktora botaniki, którzy ułatwią nam wyprawę. A może uda się wynająć hydroplan? Albo po prostu zaopatrzyć się w wielką maczetę? Choć po planszy poruszamy się za pomocą pionków, to właśnie karty postaci – mające przeróżne wartości, właściwości i funkcje – pozwalają nam je przesuwać. I tylko od naszego sprytu i zaradności zależy powodzenie wyprawy. Kto pierwszy, ten lepszy, w końcu zwycięzca może być tylko jeden!

Fantastyczne jest to, że ta grą nie sposób się znudzić – każdy ruch to osobna decyzja, która czyni tury niepowtarzalnymi, a różne sposoby ułożenia plansz (o kilku poziomach trudności) daje możliwość stworzenia za każdym razem innej trasy. I to dosłownie, bo jest podobno 100.000 różnych kombinacji. A jeśli komuś by się przypadkiem udało wypróbować wszystkie z nich, to zawsze może zrobić to jeszcze raz w rozszerzonym wariancie gry z eksplorowaniem jaskiń.

21 rodzajów kart postaci, 10 różnych płytek terenu i jeszcze dodatkowych 36 żetonów jaskiń do rozszerzonej wersji gry. Naprawdę jest tu spory potencjał do kombinowania.

Warto wziąć pod uwagę, że solidne wykonanie poszczególnych elementów gry – drewniane pionki, dobrze wycięte żetony i plansze z twardej tektury – naprawdę mają szanse wytrzymać te tysiące tur. Pod tym względem najmniej odpornym elementem jest instrukcja, do której jednak, szczególnie na początku, całkiem często się zagląda. Gdyby jednak papierowa wersja poległa w boju, na stronie wydawnictwa można znaleźć wersję wideo.

Całkowicie nieprzewidywalna przygoda, wymagająca od uczestników umiejętności planowania, wytrwałości, sprytu i odrobiny szczęścia. A przy okazji ma w sobie coś z wakacji – ilustracje, choć pod względem krajobrazu proste i schematyczne, wprowadzają w klimat. A ten zyskuje rozwinięcie w kreacjach kolejnych członków wyprawy. Nic dziwnego, że mój mózg podczas większości rozgrywek śpiewa „Trail We Blaze” z bajki „Droga do El Dorado”.

Wyprawa do El Dorado
Autor: Reiner Knizia
Ilustracje: Vincent Durait
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Rymowane zagadki matematyczne” Elżbieta i Witold Szwajkowscy

„Samochody w korku stały.
Trzy na światłach przejechały.
Ile jeszcze nie zdążyło,
jeśli w korku dziesięć było?”

Nie ukrywam, że nigdy jakoś szczególnie nie przepadałam za matematyką i uczucie to było całkowicie odwzajemnione. Moje 38% z matury zostało osiągnięte wysiłkiem wręcz heroicznym i jestem z nich bardzo dumna! Mam nadzieję, że moja Majka nie będzie podchodzić do królowej nauk z podobną niechęcią, bo jednak nie oszukujmy się – liczenie to całkiem przydatna umiejętność. Chociaż wciąż czekam na ten moment, kiedy będę mogła wykorzystać w praktyce wzór na deltę.

Myślę jednak, że gdybym w odpowiednim momencie trafiła na taką książkę, jak „Rymowane zagadki matematyczne”, moje podejście mogłoby być całkiem odmienne. Może i tylko na samym początku edukacji, ale czy to nie solidne podstawy budują pewność siebie i u dziecka i u dorosłego?

Trudno mi określić czym tak naprawdę jest ta książka. Nie jest to bowiem podręcznik, choć znajdziemy w niej zarówno wprowadzenie w temat, jak i zadania do rozwiązania. Nie jest to również encyklopedia, choć odnajdziemy w niej definicje. Zarówno wstęp do świata liczb, wytłumaczenie takich zjawisk jak dodawanie, czy odejmowanie (zarówno dwóch, jak i większej ilości liczb), jak i same zadania są… rymowane. A jak już sam tytuł wskazuje, zadania do obliczenia przez malucha zostały przedstawione w formie zagadek. Trudno o lepszy sposób „wciskania wiedzy do głowy”, jak melodyjne rymy i wzbudzanie zainteresowania. (Jedyny moment, w którym autorzy nie zwracają się do nas rymem, to wskazówki dla rodzica ułatwiające pracę z książką). Szczególnie, że poza dążeniem do poznania wyniku, dziecko na każdym kroku zachęcane jest do poznawania świata. Zagadkom liczbowym towarzyszą bowiem pytania pomocnicze. Przy zadaniu z gitarą warto zapytać czym są struny, podczas liczenia jajek różnych gatunków ptactwa można zastanowić się które z nich są jadalne, a licząc rękawy ubrań koniecznie musimy wziąć pod uwagę czym jest kamizelka! Poza umiejętnościami dodawania i odejmowania książka rozwija również budowanie własnej wypowiedzi i ćwiczy abstrakcyjne myślenie. Nie liczy się tu bowiem sam wynik, ale również sposób, w jaki dziecko do niego doszło, a także prawidłowe zrozumienie wszystkich elementów składowych zadania – nawet tych kompletnie nie związanych z matematyką. Ufff… cóż to za cudowny odpoczynek od bezdusznego, zero-jedynkowego sposobu oceniania tak lubianych w szkołach (bo i najłatwiejszych do sprawdzania) testów.

Interdyscyplinarna, pełna rymu i rytmu, dopełniona wesołymi ilustracjami książka ni trochę nie sugeruje, jakoby matematyka miała być czymś trudnym. I może wcale nie jest jeśli tylko ma się do niej odpowiednie podejście?

Elżbieta i Witold Szwajkowscy, Rymowane zagadki matematyczne, Warszawa: Wydawnictwo Kapitan Nauka, 2019, 41 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Kandydatka” Rachel E. Carter

„I tak to właśnie jest z wrogami. Nigdy nie wiadomo kim tak naprawdę są”.

Stopniowanie poziomu emocji między kolejnymi częściami „Czarnego Maga” jest niesamowite. „Pierwszy rok” był zupełnie spokojny, bez większych wzruszeń, z lekkim dreszczykiem przedegzaminacyjnego stresu na końcu. „Adeptka” do frustracji i nerwów związanymi z przechodzeniem przez kolejne etapy edukacji dorzuciła uczuciowy rollercoaster zakazanego romansu, niepokój związany z nadciągającą wojną i żałobę pierwszych strat. A „Kandydatka”? „Kandydatka” trzyma w napięciu niemalże przez cały czas. Jak się czytelnik nie wkurza na główną bohaterkę przechodzącą trudny okres i próbującą swoich sił w czasie prawdziwej służby, to kibicuje jej podczas królewskich negocjacji z ambasadorem potencjalnego sojusznika. Jak nie śledzi z zapartym tchem wyjątkowo brutalnego magicznego turnieju (Te opisy walk! Ciągnęły się przez wiele stron, a nie były ani trochę monotonne!), to próbuje połapać się w międzynarodowym spisku. I wewnętrznym spisku również.

Są bale i bajkowe śluby, teściowie z piekła rodem i urocze księżniczki, gorące momenty w bibliotece i mordercze treningi. I przede wszystkim to, co tak bardzo lubię – pałacowe intrygi. Bardzo, bardzo dużo pałacowych intryg, walki o tron i pragnienia władzy. Prowokacje, ataki, kruche sojusze i głód zemsty. Wyścig chorobliwie ambitnych, zakompleksionych i niedocenianych osób osiąga punkt krytyczny. A większe i mniejsze potyczki toczą się o coś znacznie więcej, niż satysfakcja i połyskująca klejnotami szata Czarnego Maga.

Leje się krew i wszyscy tracą bliskich. Rozpadają się rodziny i przyjaźnie, jedne marzenia rozwiewają się w pył, a inne – cudem osiągnięte – mają gorzki smak rozczarowania. Buntownicy mogą czaić się wcześnie i nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Ryiah jak zwykle stoi w samym oku cyklonu. Ryzykuje wszystkim i w którą stronę się nie obróci, konsekwencje będą tragiczne.

Nie wiem, jak ja doczekam do premiery kolejnego tomu…

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Kandydatka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 415 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.