Bajki Majki: „Urodziny Elmera” David McKee

Znacie Elmera? Najbardziej sympatycznego słonia na świecie? Trudno w to uwierzyć, ale słoń w kratkę bawi, ośmiela i oswaja z innością już od 30 lat! I to równiutko, bo właśnie dziś obchodzi swoje 30 urodziny. Jeśli tylko dobrze liczę, a z matematyki zawsze byłam raczej kiepska, jest to trzynasta część przygód Elmera w języku polskim. Poza tym doczekał się również czterech zbiorów opowiadań i czterech kartonowych książeczek dla najmłodszych czytelników. A mimo to wciąż potrafi zaskoczyć!

„Każdy dowcip, który kończy się tortem, jest świetnym dowcipem!”

Słonie wpadły na pomysł zrobienia Elmerowi najbardziej chyba popularnego urodzinowego dowcipu – namówiły wszystkich do udawania, że nie pamiętają o tej ważnej dacie, by pod koniec dnia urządzić przyjacielowi przycięcie-niespodziankę. Chociaż inne zwierzęta mają pewne obiekcje, przekonany o swojej racji główny pomysłodawca psikusa nie daje im dojść do słowa zbywając wszelkie wątpliwości słowami „Po prostu to zróbcie!”.

Komiczna historyjka o konsekwencjach nie słuchania innych, przyjaźni i zabawie. Zakończona tortem w kratkę o prawdziwie słoniowych rozmiarach.

Jest tu wszystko co najlepsze u Elmera – kipiące kolorami ilustracje wypełniające calutkie strony książki, sympatyczni bohaterowie, mnóstwo humoru i zakręcony pomysł gwarantujący zaskakujące zakończenie. Prawdziwa gratka nie tylko dla fanów słonia w kratkę, ale i dla każdego przedszkolaka!

DSC_0146.jpg

Z okazji elmerowych urodzin Wydawnictwo Papilon przygotowało urodzinowy pakiet z kolorowankami, grami i szablonami do aktywnego czytania. Można go ściągnąć TUTAJ.

David McKee, Urodziny Elmera, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Mama Mu na zjeżdżalni” Jujja Wieslander, Sven Nordqvist

Jak ten czas leci! Dopiero co radości dostarczał nam widok krowy zjeżdżającej na sankach, a już moja Majka chichra na widok Mamy Mu wpadającej z pluskiem do jeziora.

Nie ma co ukrywać – uwielbiamy tą krowę! I staramy się brać z niej przykład. Bo Mama Mu zupełnie nie przejmuje się faktem, że coś może być „nie dla krów”. Szczególnie, jeśli oznacza to dobrą zabawę, bo wtedy nawet cztery nogi, ogon i kopyta nie mogą być przecież ograniczeniem. Jak zwykle bezbłędnie radzi sobie ze zrzędliwym Panem Wroną i jego nastroszonym głosem rozsądku, który, delikatnie podpuszczony, jest świetnym kompanem psot.

Pełna energii i radości czerpanej z małych, przyziemnych przyjemności opowieść niesie nie tylko ochłodę, ale i sporą mądrego przesłania. Niezwykła bohaterka udowadnia czytelnikom, że to nic złego odczuwać niepokój stojąc na szczycie stromej zjeżdżalni (nawet, jeśli zjazd jest czymś, czego bardzo pragniemy!). I że nawet jeśli coś się nieumyślnie zepsuje, to nie ma co załamywać rąk i nadmiernie się obwiniać – lepiej spróbować naprawić szkodę. A czasami najprostsze rozwiązania bywają najskuteczniejsze.

Zawsze chętna do próbowania nowych rzeczy oaza cierpliwości z głową pełną pomysłów – Mama Mu jest super! Prawie tak super, jak wodne zjeżdżalnie w samym środku upalnego dnia na plaży.

Mam nadzieję, że w tym roku lato będzie dla nas bardziej łaskawe, niż zima i chociaż nad wodą trochę poszalejemy. Bo ta nowość otworzyła u nas sezon na książki o morzu i wodzie, a takie lektury potrafią narobić wielkiego apetytu przed wakacjami. Upały, przybywajcie!

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Szczęście. Opowiastki dla dzieci” Leo Bormans, Sebastian Van Doninick

Trzymam w rękach książkę, która spełnia wszystkie aspekty prezentu idealnego. Niejednokrotnie spotkałam się z pytaniem o najlepszą książkę-pamiątkę dla dziecka. Taką, którą nie tylko będzie się z przyjemnością czytało, ale która będzie również niosła jakąś naukę na przyszłość i sprawdzi się w roli uniwersalnego drogowskazu.

„Szczęście. Opowiastki dla dzieci” to zbiór 10 króciutkich historyjek (słowo „opowiastki” pasuje tu idealnie, bo to kondensacja treści w naprawdę niewielkiej ilości tekstu), każda z ptasim bohaterem w roli głównej. Proste, ale niezwykle rozćwierkane scenki przybliżają małemu czytelnikowi wartości, które, według badaczy z London School of Economics (co brzmi mądrze) i samego autora, będącego twórcą psychologii pozytywnej (jeszcze mądrzej) mogą być kluczami do szczęścia. Chociaż sformułowania takie jak „umiejętność określania własnych celów”, „wchodzenie w relacje”, czy „uważność i docenianie otaczającego nas świata” zdają się nie tylko sztywniackie, ale i zniechęcające na pierwszy rzut oka, to poszczególne opowiadania, będące przykładami zastosowania owych wartości w praktyce (i to ptasiej praktyce!) rozwiewają wszelkie wątpliwości. Pomysłowe, dopasowane do możliwości poznawczych dziecka, przepełnione świergocącymi onomatopejami i momentami całkiem zabawne historie wyjątkowo wdzięcznie przemieniają kanciaste słowa teorii i codzienną praktykę.

Każda opowiastka zakończona została rzetelnym opracowaniem – pytaniami, które można zadać dziecku (dotyczącymi zarówno treści, jak i tematu w ogóle), tematami do wspólnych rozważań, opisem „szczęśliwego zagadnienia”, pomocniczymi pytaniami do rodzica, zachęcającymi do dzielenia się z dzieckiem własnymi doświadczeniami i przykładowymi pomysłami zadań związanych z tekstem – zarówno plastycznych, jak i ruchowych.

Pięknie zilustrowane ptaki, mogą nie tylko stanowić dla dziecka wzorce postępowania, ale również zaszczepić w nim ciekawość i chęć obserwacji świata przyrody. Szczególnie, że każdy ze skrzydlatych bohaterów doczekał się krótkiego opisu.

Pomijając kwestie filozoficzne, sama dowiedziałam się ciekawostek na temat gatunków ptaków, o których istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia. Wraz z córką poznałyśmy sposób budowania gniazd przez Sporopipes frontalis, dowiedziałyśmy się w jaki sposób kakadu odstraszają drapieżniki, jakiego koloru są małe flamingi i jakie ptaki potrafią latać również pod wodą.

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 6-9 lat, uważam, że to książka dla każdego. Trzylatka słucha z chęcią i jest oczarowana ilustracjami, a i dorosły chętnie poświęci chwilę na refleksję.

„Szczęście” zostało fantastycznie wydane – ma duży format, twardą oprawę, strony ze sztywnego papieru i mnóstwo dużych, klimatycznych ilustracji. To jedna z tych niewielu książek, które aż proszą się o wzruszającą dedykację i podarowanie dzieciatym przyjaciołom. Dajemy w ten sposób nie tylko książkę, która być może okaże się pomocna w poszukiwaniach szczęścia i życiowej satysfakcji, ale przede wszystkim największą wartość – czas spędzony wspólnie.

Leo Bormans, Sebastian Van Doninick, Szczęście. Opowiastki dla dzieci, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Ratunku! Najmilszy smok na świecie” Jonny Lambert

Wszyscy już chyba doskonale wiedzą, że KOCHAM SMOKI! Majka jest aktualnie na etapie, kiedy to zdecydowanie bardziej ceni się wyfiokowane, obsypane brokatem księżniczki, niż wielgachne, latające gadziny, ale małymi kroczkami staram się to zmienić. A ta książeczka idealnie się nadaje do ocieplania smoczego wizerunku.

Smoczyca Safi ma już dość samotnego odciskania sobie pośladków na zimnych kamieniach wysokich gór, postanawia więc poszukać nowego domu i najprawdziwszych przyjaciół. Czy łatwo jest jednak zrobić odpowiednie pierwsze wrażenie, kiedy jest się kichającym językami ognia, olbrzymim smokiem poruszającym się na ziemi z wdziękiem słonia w składzie porcelany? Są takie chwile, kiedy najlepsze nawet chęci nie wystarczą, by zaskarbić sobie czyjąś sympatię. Jednak każdy smok dobrze wie, że nie należy się poddawać!

To książeczka, która nie tylko rozczula, tak już przecież oklepaną historią zdobywania przyjaźni i podbija serca przesympatyczną bohaterką. To też opowieść o niedopasowaniu i odmienności. O trudnych początkach, nieporozumieniach i nieporadnych staraniach. O nieustawaniu w pracy nad osiągnięciem celu, o dawaniu drugiej szansy i potrzebie ochrony słabszego. O niezrozumieniu intencji drugiej osoby, nieszczęśliwych przypadkach i wyzwaniu, jakim jest komunikacja. O słuchaniu i otwartości na drugiego człowieka (albo smoka). O zwyczajnej codziennej uprzejmości. Tak mało tekstu, tak wiele treści.

Koniecznie trzeba wspomnieć o ilustracjach, bo te są prawdziwie bajeczne! Obrazy zbudowane zostały za pomocą przenikających się, tęczowych barw, wycinanek, odcisków w farbie, różnorodnych kształtów i tekstur. A wszystko to, poukładane na białym tle, przywodzi mi na myśl wycinane niegdyś pieczołowicie szkolne teatrzyki. Efekt jest rewelacyjny. Bez krztyny przesady.

Jeśli, podobnie jak ja, macie słabość do smoków, nie wahajcie się ani chwili. A jeśli jeszcze na smoki nie wymiękacie, to po tej lekturze na pewno je pokochacie!

Jonny Lambert, Ratunku! Najmilszy smok na świecie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: 5 książek o Gdańsku dla małego podróżnika

Chociaż nie zaplanowaliśmy żadnego wyjazdu na tegoroczną majówkę, nie znaczy, że nie ruszymy na zwiedzanie. O ile tylko pogoda pozwoli, zamierzamy poznawać wspólnie naszą małą ojczyznę – miasto Gdańsk. I Was do tego serdecznie zapraszamy – czasami najpiękniejsze miejsca możemy znaleźć tuż za rogiem. A jeśli kiedyś będziecie wybierać się w nasze strony, skorzystajcie z tego niewielkiego zestawienia książek przybliżających to najpiękniejsze z miast najmłodszym podróżnikom.

DSC_0228

Chociaż przez przypadek urodziłam się w Gdyni, jestem mieszkanką Gdańska odkąd tylko pamiętam (rodzice utrzymują, że mniej więcej od drugiego roku życia) i moje korzenie wrosły tu wyjątkowo mocno, co zapewne można poznać już czytając wstęp. Mimo to moja znajomość miejskich legend jest praktycznie znikoma – w szkole liznęłam jedynie co nieco o kaszubskich stworach, jak olbrzymy Stolemy, psotne Kraśnięta, czy księżniczka Damroka. A i to wyłącznie za sprawą nazw ulic z osiedla, na którym kiedyś mieszkałam.

Na ratunek takiej ignorancji przychodzi najsłynniejszy chyba propagator historii naszego miasta, autor kilkunastu publikacji na temat zabytków i mieszkańców Gdańska, Andrzej Januszajtis i jego „Legendy dawnego Gdańska”. Zbiór zawiera ponad 70 opowieści uszeregowanych zgodnie z miejscami, których dotyczą. Znajdziemy tu zatem nie tylko historie dotyczące poszczególnych zabytków Kościoła Mariackiego, Dworu Artusa, czy głównomiejskich kamieniczek, ale również legendy morskie, opowieści reformacyjne, historie wywodzące się z poszczególnych dzielnic (nawet z Osowy!), a także przybyłe z terenu niedalekich Żuław i Kaszub. Dzięki nim mamy szansę choć na chwilę uczestniczyć w „bitwie na obrazy” między Hansem Vredemanem de Vries i Antonem Möllerem, poznac papugę Jana Hewelisza, czy dowiedzieć się w której gdańskiej wieży można spotkać duchy.

Chociaż poszczególne legendy są bardzo krótkie, a publikacja wzbogacona została nie tylko o przedruki historycznych rycin, ale również duże wklejki z barwnymi ilustracjami, rozmiar i układ tekstu wymagają od czytelnika pewnej wprawy i mogą zniechęcać. Świetnie sprawdzi się jako książka do wspólnego czytania, nawet z nieco już starszym dzieckiem. Osobiście traktuję ją jako materiały przygotowawcze – po lekturze będę wiedziała jakie niesamowite historie opowiadać córce podczas zwiedzania.

Andrzej Januszajtis, Legendy dawnego Gdańska, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 89 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Nie sposób nie sięgnąć po drugą książkę z „Gdańskiej Kolekcji 1000-lecia” dedykowanej dzieciom. Jerzy Samp rozpościera przed czytelnikami „Gdańsk w baśniowej szacie”. Ozdobą tej publikacji są kolorowe wklejki z ilustracjami oraz ozdobne inicjały rozpoczynające każdą z opowieści, w przeciwieństwie do książki Januszajtisa, nie obejrzymy tu rycin. Natomiast, co jest dużym plusem i ułatwieniem dla początkujących samodzielnych czytelników – zastosowaną większą czcionkę i ułożenie tekstu w jednej kolumnie, dzięki czemu czyta się znacznie wygodniej. Te opowieści są już nieco dłuższe. Znajdziemy tu między innymi opowieść o młodym Nikodemie, który wymienił rzeźbę Madonny na ślimaku na najprawdziwszego lwa, czy o bogu wojny broniącego dostępu do Wielkiej Zbrojowni. Dowiemy się też co wspólnego mają kotwice i kocie pazurki. A jak to już z baśniami bywa, również w tych odnaleźć można ziarnka prawdy.

Idealne na wieczorne czytanie w hotelowym łóżku, przed kolejnym dniem zwiedzania.

Jerzy Samp, Gdańsk w baśniowej szacie, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 148 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Zupełnie odmienny pod względem formy przekazu jest „7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców” gdańskiego wydawnictwa Adamada. Jak sam tytuł wskazuje – jest to siedem propozycji tras na rodzinne zwiedzanie Gdańska i okolic. Piesze wycieczki trasą trzech wież z Muzeum Bursztynu i Kościołem Mariackim w pakiecie, albo trasą Portu nad Motławą zawierającą fantastyczną interaktywną wystawę w Muzeum Morskim i mój kościół św. Jana, kajakowa wyprawa wokół centrum miasta po Motławie i Martwej Wiśle, tramwajem wodnym na Westerplatte, czy rowerem wzdłuż plaży – w Gdańsku nie można się nudzić. Znajdziemy tu propozycje na deszcz i na słońce, dla tych bardziej wytrwałych i tych szybciej się męczących podróżników.

Atrakcyjna, komiksowa forma, sympatyczni bohaterowie, zagadki do rozwiązania i mnóstwo ciekawostek i „torebkowy format”. Można również ściągnąć aplikację na smartfona „Adamada czyta dzieciom” i posłuchać jeszcze więcej o odwiedzanych miejscach.

Tomasz Małkowski, 7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 111 s.

Drugim tytułem o charakterze przewodnika, skierowanym do zupełnie młodziutkich, bo wczesnopodstawówkowych odbiorców jest „Gdańsk dla młodych podróżników”. Autorem jest Jacek Friedrich – historyk sztuki, jeden z moich wykładowców z czasów studenckich, obecnie również dyrektor Muzeum Miasta Gdyni.

Podobnie, jak w przypadku powyższego tytułu, w podróży po mieście towarzyszy nam dwoje dzieci – chłopiec i dziewczynka. W tym przypadku nie mamy jednak zaproponowanych kilku tras zwiedzania, a wędrujemy od zabytku, do zabytku. Każdemu z nich poświęcono dwie strony krótkiego wyjątkowo przystępnego opisu, będącego bardziej ciekawostką, niż notą z dziecięcej encyklopedii.

Na wyjątkowo atrakcyjną szatę graficzną przewodnika składają się nie tylko ilustracje Adama Pękalskiego, ale również naprawdę liczne zdjęcia zabytków. Ten pomysł jest świetny.

Niestety ta niewielka książeczka jest obecnie nie do kupienia. Można ją natomiast wypożyczyć aż w 25 filiach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki w Gdańsku (łącznie biblioteka ma aż 46 sztuk! Nic dziwnego, że wyczerpał się nakład…). Warto zatem zaplanować początek zwiedzania… w bibliotece!

Jacek Friedrich, Gdańsk dla młodych podróżników, Gdańsk: Agencja Reklamowa „O2”, 2005, 138 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Ostatnią książkę – „Z uśmiechem przez Gdańsk” – pokazuję bardziej w ramach ciekawostki dla rodziców – przede wszystkim dlatego, że przez lata zdążyła się już znacznie zdezaktualizować. Warto jednak zwrócić na nią uwagę choćby i z ciekawości, bo różnica w podejściu do młodego czytelnika teraz i przed ponad półwieczem jest kolosalna. Przewodnik sprzed lat, choć ewidentnie skierowany do dzieci w wieku mniej więcej podstawówkowym, jest prawdziwą skarbnicą informacji. Szczegółowo, encyklopedycznie skonstruowane opisy poszczególnych zabytków poprzedzone zostały rozbudowanym rysem historycznym przedstawiającym życie w dawnym Gdańsku na wielu płaszczyznach – od sztuki, przez szkolnictwo, aż po gospodarkę. Choć książka ta prezentuje stan wiedzy z lat 60. i współcześnieobecnie jest raczej bezużyteczny dla współczesnego turysty, tak kompleksowego opracowania historycznego trudno dziś szukać w przewodnikach dla dorosłych, o dziecięcych nawet nie wspominając. Ponurą rzeczywistość heroicznego podnoszenia miasta z gruzów pozostałych po Drugiej Wojnie Światowej osładzają humorystyczne (a humor ten bywa bardzo cięty) ilustracje satyryka Zbigniewa Jujki.

Andrzej Januszajtis, Zbigniew Jujka, Z uśmiechem przez Gdańsk, Gdynia: Wydawnictwo Morskie, 1968, 290 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

A jak już będziecie się wybierać do Gdańska, koniecznie dajcie znać! Najlepsze miejsca na kawę z dzieciakami chętnie pokarzę Wam osobiście!

 

Bajki Majki: „Nie bój się, misiu!” Steve Smallman, Caroline Pedler

„Nie bój się, misiu!” to książeczka, która przyciągnie do siebie każdego, kto ma słabość do książek dziecięcych samą swoją obecnością na półce. I większość tych, którzy takiej słabości na co dzień nie przejawiają.

Przepiękne, delikatne, bajkowe ilustracje sprawiają wrażenie, że niemalże możemy poczuć pod dłonią miękkość futerka zwierzątek, których historię poznajemy. W dodatku utrzymane są w niesamowitej kolorystyce – turkusowo-niebieskie odcienie nocnego lasu połączone zostały z ciepłym brązem niedźwiedziowego futerka. Cudo. Nie mogę się napatrzeć.

Warto też zwócić uwagę na fakt, że zazwyczaj lubię, kiedy jednak ilustracja jest podzielona na dwie strony – bardzo często prowadzi to do deformacji ilustracji. Na szczęscie nie w tym przypadku. To jedna z niewielu książek, w których ten zabieg został zrobiony prawidłowo – ksiażka łatwo się rozkłada i łączenie stron nie ma wpływu na odbiór wizualny.

A jednak po pierwszych stronach czułam się nieco zniechęcona – podczas wieczornych czytanek, królicza mama stara się nakłonić synka do pójścia spać strasząc go tajemniczym Włochaczem Olbrzymim mieszkającym w lesie i wychodzącym nocą. Odnosi jednak zupełnie odmienny skutek, bo gdy tylko sama zasypia… odważny króliczek Bobuś, uzbrojony w ostro zakończoną marchewkę, wymyka się z domu, by odszukać i przegonić strasznego stwora. Nie da się ukryć, że zarówno zachowanie mamy, jak i synka jest nieszczególnie edukacyjne. I prawdę mówiąc wolałabym nie podsuwać córce takich pomysłów…

Historia szybko jednak przeradza się w bardzo ładną opowieść o przyjaźni, akceptacji, otwarciu na drugą osobę, odnajdywaniu w sobie odwagi i bronieniu słabszych. O tym, że pozory czasem mylą, a wygląd zewnętrzny nie determinuje cech charakteru.

Nasz odważny króliczek, zamiast na potwora, trafia w lesie na nieśmiałego i strachliwego niedźwiadka. To początek dość niespotykanej, pełnej przygód znajomości. A kiedy wspólnie muszą zmierzyć się z groźnym zwierzęciem, odkrywają coś zupełnie niespodziewanego…

Mimo nieszczególnie udanego początku, przygoda króliczka Bobusia i niedźwiadka Bobo skradła moje serce i bardzo zainteresowała Małą Słuchaczkę. A nieszczęsne zachowanie głównego bohatera z pierwszych stron książki posłużyło nam jako pretekst do rozmowy o różnicach między odwagą, a nieostrożnością i możliwych konsekwencjach wymykania się z domu, kiedy rodzice śpią. Zainspirowały mnie również do dwukrotnego sprawdzania, czy zabarykadowałam drzwi wejściowe, nim pójdziemy z mężem spać…

Ciepła, puchata i sympatyczna. Ponadto pod względem wizualnym idealnie wpasowuje się w mój gust. I z tego, co widzę, również w kształtujący się gust mojej córeczki.

Steve Smallman, Caroline Pedler, Nie bój się, misiu!, Warszawa: wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawanictwa Wilga.

Bajki Majki: Piosenki przedszkolaka

Muszę się pochwalić małym rodzicielskim sukcesem – mamy kwiecień, a już udało mi się schować płytę z kolędami dla maluchów! Nie było łatwo, Majka przywiązała się do niej tak bardzo, że zgodziła się ją oddać dopiero po zastąpieniu zimowo-świątecznych klimatów innymi dziecięcymi piosenkami. I to takimi, które również mają w sobie co nieco ze śnieżnej aury.

Chociaż książeczki z płytami „Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku” oraz „Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta” różnią się repertuarem, są skomponowane w podobny sposób. Każda płyta zawiera 12 utworów ułożonych porami roku – po trzy na każdą z nich. Śpiewamy więc o żegnaniu zimy i powitaniu wiosny, o kwietniowych psotach, prima aprilisowych figlach, majowych wędrówkach, dniu mamy i taty, skwarnym lecie i przynoszącym ulgę leśnym chłodzie. O bieganiu na bosaka, skakaniu po kałużach, jesiennych skarbach i znowu o zimie, mrozie i Świętym Mikołaju. I to chyba ze względu na tego Mikołaja Maja zgodziła się pożegnać kolędy. Dzięki niemu rozstanie z zimowym klimatem nie jest aż tak ostateczne.

Do płyt dołączone są uroczo ilustrowane śpiewniki z tekstami piosenek (a może to płyty są dołączone do nich?) i zapisem nutowym dla bardziej muzykalnych, niż nasza rodzina. Kto wie, może kiedyś Bobasa będzie wygrywać mi owe piosenki. Bo śpiewanie idzie jej już całkiem nieźle – nawet do samych wersji instrumentalnych, które również znajdziemy na płycie.

W dziecięcej aranżacji, ale jednocześnie nie dalekie od infantylności. Bardzo fajna odskoczna od oklepanych kotków, płotków i jadąmisiów. Do śpiewania, grania i tańczenia jak znalazł. Przez cały rok!

Jeśli szukacie inspiracji na drobny upominek zastępujący wszechobecne czekoladowe króliczki, to śpiewnik z płytą będzie idealny – szczególnie ten „Na cztery pory roku” dobrze wpaduje się w klimat. A cena jak za dobrą czekoladę albo duże kinder jajko, więc nie ma sie chyba nad czym specjalnie zastanawiać.

Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Bajki Majki: „Tańcz, Córko Księżyca!” Kouam Tawa, Fred Sochard

Jestem jednym z tych dziwaków, którzy nie lubią tańczyć. Nie czuję rytmu, nie czuję potrzeby (pewnie dlatego, że moja naturalna pozycja to ta ze wszystkimi kończynami wygodnie wyciągniętymi na kanapie) i generalnie taniec to dla mnie męczarnia. Dlatego też to nie tematyka była argumentem, który tak bardzo przyciągnął mnie do tej książki. Były nim niesamowite ilustracje.

Szybko okazało się jednak, że choć taniec nie sprawia mi najmniejszej przyjemności, tak czytanie o tańcu jak najbardziej.

Chociaż taniec kojarzy się z czymś lekkim, radosnym i szalonym, tematyka tej książki daleka jest od beztroskiej trywialności. Wręcz przeciwnie – skłania do refleksji. To opowieść o przemijaniu i nieprzemijającej młodości duszy, o sztuce, pasji i ekspresji, o przywiązaniu do natury i ludowych wierzeniach, o budowaniu legendy. O tym, że nawet niepozorna, zgarbiona staruszka, może mieć do opowiedzenia niesamowitą historię.  I o tym, że bycie świetnym w jakiejś dziedzinie nie jest wcale gwarancją spełnienia marzeń i nie chroni przed samotnością, a podziw i powszechny szacunek bywają częstym powodem wyobcowania. Jednocześnie gorzka i pełna radości życia.

Specyficzny, poetycki sposób narracji w pierwszym momencie sprawiał mi nieco trudności, a Majkę wpędził w niemałą konfuzję, ale opowieść porwała nas bardzo szybko. Równie szybko okazało się, że ta forma prowadzenia czytelnika wzmaga malowniczość i tą specyficzną niesamowitość utworu.

Równie wielkie wrażenie robią wypełniające całe strony, papuzio kolorowe ilustracje, przywodzące na myśl etniczne wycinanki pełne przykuwających wzrok wzorów i faktur. Widzę, że czasami, gdy ja czytam, moja Maja nie wie, w którym miejscu skupić wzrok, wędrując po rozbudowanych, pełnych szczegółów obrazkach niczym po wyszukiwane. I prawdę mówiąc całkowicie podzielam to uczucie, bo z każdą kolejna lekturą zauważam coś, co wcześniej mi umknęło.

Chłonięciu wzrokiem każdego szczegółu i syceniu się ilustracjami sprzyja stosunkowo duży format książki zbliżonej kształtem do kwadratu. Twarda oprawa i gruby, kredowy papier dodają wydaniu szlachetności.

To jedna z tych książek, o których lubię myśleć jako o małych gesamtkunstwerk – dziełach sztuki, gdzie słowo idealnie współgra z obrazem, zarówno z ilustracjami, jak i z samym projektem książki. Wartościowe, doskonale zilustrowane i pięknie wydane. Te książki nie mają szansy opuścić mojej biblioteczki. Znaczy biblioteczki Majki.

Kouam Tawa, Fred Sochard, Tańcz, Córko Księżyca!, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Wszędzie i we wszystkim” Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn

Jestem beksą i wrażliwcem, dlatego książki, takie jak ta łamią mi serce i potrafią doprowadzić mnie do łez już na etapie czytania opisu.

„Ludzie nie lubią rozmawiać o śmierci.
Woleliby o niej w ogóle nie mówić”.

Szczególnie, kiedy śmierć przestaje być nieco abstrakcyjnym zagadnieniem teoretycznym i zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio. I kiedy ten bezlitosny fakt zderza się z bezbronnością niezrozumienia dziecka. Ale wtedy nie ma już możliwości ucieczki.

„Lecz Yolanda nie chce milczeć.
Chce się dowiedzieć, gdzie jest jej mama”.

Nie mogę powiedzieć, żeby książki o śmierci były tą dziedziną literatury dziecięcej, w której jestem wyjątkowo oczytana i mogę rzucać tytułami na lewo i prawo. Ale z tych tytułów, które dotychczas czytałam, ten jest zdecydowanie najlepszy. Tak, to straszny wyciskacz łez – czy w ogóle może być inaczej, kiedy opowiada o małej dziewczynce poszukującej zmarłej mamy? Ale przy tym to wyjątkowo mądra historia, która w prosty i zrozumiały sposób niesie pocieszenie. I niesie je nie tylko dziecku. Nie sądziłam, że można zrobić to tak pięknie i właściwie nie zahaczając jednocześnie o sporne kwestie religijne.

Mama Yolandy zmarła i dziewczynka pyta krewnych, gdzie w takim razie mama teraz jest. A każdy na dla niej inną odpowiedź.

To opowieść o niewyobrażalnej tęsknocie, pielęgnowaniu pamięci, czerpaniu radości z małych rzeczy i drobnych codziennych zachwytach.

A zwiewne, eteryczne (i przepiękne!) ilustracje wypełniające strony po brzegi wzmagają tylko wrażenie ulotności – zarówno ludzkiego życia, jak i poszukiwań naszej małej bohaterki.

 

Moim zdaniem to nie jest jedna z tych książek, które powinny być w każdym domu. Sama zapewne cichaczem pozbędę się mojego egzemplarza (albo upchnę w najciemniejszy kąt najwyższej szafy), zanim jeszcze Majka zdąży go zobaczyć. Nie ukrywam, że tabu śmierci i poczucie bezsilności wobec potęgi własnych uczuć robią ze mnie tchórzowatego rodzica, który woli ignorować temat tak długo, dopóki nie usłyszy bezpośredniego pytania. Zdecydowanie wolę rozmawiać o seksie i procesie produkcji dzieci, niż o śmierci i tęsknocie.

Ale jednocześnie to cudownie, że takie książki powstają. Że potrafią w delikatny i mądry sposób ująć zagadnienia, które rodzicowi ściskają gardło i które pozostawiają człowieka bez słów. Trzeba mieć świadomość ich istnienia, by móc sięgnąć po nie w chwili, gdy staną się potrzebne. Oby ta chwila nadeszła jak najpóźniej.

Wzruszająca, poetycka, smutna. Piękna, niosąca otuchę, potrzebna.

Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn, Wszędzie i we wszystkim, Warszawa: Wydawnictwo CoJaNaTo?, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CoJaNaTo.