Bajki Majki: „Dziewczyny kodują. Tom 2: Przyjaciółki rządzą” Stacia Deutsh + KONKURS

„(…) w pojedynkę nawet najlepszy zawodnik niczego nie dokona. Liczy się drużyna.”

Jest już drugi tom fantastycznie zapowiadającej się serii dla już-prawie-nastolatek! „Przyjaciółki rządzą” to druga część serii „Dziewczyny kodują”, czyli niedługich historii o babskiej bandzie połączonej wspólną pasją – kodowaniem. Pierwszy tom był zachwycił mnie już samym pomysłem, ale czy kiedy wiem już o co chodzi, kolejna część utrzymała moją ekscytację na tym samym poziomie?

DSC_0566

Tym razem narratorką opowieści jest jedna z koleżanek Lucy z klubu kodowania – Sophia. Wielka fanka sportu i managerka szkolnej drużyny, poukładana aż do granicy z pedantyzmem, starsza siostra na pełen etat i wielka pomoc dla rodziców. Ze wszystkich przyjaciółek chyba najbardziej przejmuje się przygotowaniami do nadchodzącego hakatonu, ale czy nagła sytuacja rodzinna nie zrujnuje jej skrzętnie przygotowanych planów jednocześnie pogrążając nadzieje i starania całej drużyny?

Fajnie jest obserwować tą samą historię z różnych perspektyw, dzięki temu poznajemy charakter i sytuację rodzinną zupełnie nowej, dotychczas drugoplanowej bohaterki. Fabuła drugiej części przygód kodujących dziewczyn kręci się wokół maratonu kodowania, którego tematem jest… budowanie robota! Wspominam o tym jakby ktoś myślał, że trudno o coś bardziej odlotowego od pisania aplikacji…

Poza przyszłościowym hobby bohaterki są wciąż dziewczynami – stroją się, jedzą ciastka, plotkują i pomagają w domu. Pojawiają się też pierwsze zauroczenia i plany wobec szkolnego balu. Jednak drugim, równie ważnym co kodowanie, tematem tej historii jest kwestia szczerości, pomocy, babskiej solidarności i zasad fair play. Jest więc babsko i jest power. I do tego jeszcze roboty. Jest super!

I jest jeszcze jedna rzecz, która jest dla mnie wielkim plusem – oswajanie inności. Gdzieś w tle pojawiają się całkiem poważne sprawy, jak autyzm, emigracja i inna kultura. Ale bez żadnego tłumaczenia, czy (co gorsza!) moralizatorskiej gadki. Po prostu są, jako coś najnormalniejszego na świecie. I to też jest bardzo super.

Bez wahania stwierdzam więc, że drugi tom trzyma poziom, a nawet podnosi poprzeczkę. Z niecierpliwością czekam na trzeci!

Stacja Deutsh, Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 160 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 Tak, jak w przypadku recenzji pierwszego tomu, na instagramie czeka konkurs, gdzie można wygrać nie tylko samą książkę, ale również podkładkę pod myszkę do kompletu, zapraszam do udziału! -> KONKURS

Bajki Majki: Pogromcy samochodowej nudy, czyli nasze pierwsze spotkanie z audiobookami

Nie da się ukryć, że w wakacje zdecydowanie więcej czasu spędzamy w samochodzie – nie tylko w długich podróżach, ale również na niewielkich trasach – znacznie częściej wybieramy się do babci (można nadmuchać basenik przed domem i iść na szaber do ogródka), nad wodę, czy na bardziej oddalone od domu wypasione place zabaw. Po kilku takich wyprawach rozpaczliwie zaczęłam szukać jakiejś rozrywki dla mojej małej marudy – coś, na czym będzie mogła się skupić na tyle, żeby nie hałasować za bardzo i co jednocześnie powstrzyma ją przed zaśnięciem. Postanowiłyśmy zatem spróbować audiobooków, a fachową radą posłużyło nam niezastąpione Wydawnictwo Papilon wraz z serią audiobooków dla dzieci POSŁUCHAJKI.

Na pierwszy ogień naszych testów poszło „365 bajek na każdy dzień. Słoneczko opowiada… historyjki na dzień dobry”. Na początku trudno było mi w to uwierzyć, ale na tej płycie naprawdę jest 365 bajeczek, a całość trwa prawie 16 godzin! Bez wątpienia wystarczy nawet na najdłuższą podróż. Przez ponad dwa tygodnie nie udało nam się wysłuchać całości i chyba szybko się nie uda, bo Majka stale prosi o przewijanie do kilku swoich ulubionych utworów.

Króciutkie historyjki zostały podzielone na utwory – dzięki temu jeden utwór trwa około 6-8 minut i zawiera trzy opowiadania czytane przez dziennikarkę Katarzynę Stoparczyk. Dziecku znacznie łatwiej skupić się na krótszych formach (szczególnie, kiedy nie ma obrazków do pomocy) a rodzicowi znacznie łatwiej przewijać w poszukiwaniu konkretnych bajeczek, w czym pomaga szczegółowy spis treści umieszczony na okładce płyty (tak, wyszczególnia tytuły i autorów wszystkich 365 historii wraz z czasem trwania nagrania. Ale warto mieć okulary w zanadrzu). Ale tym, co zdumiewa mnie najbardziej, jest fakt, że nie znam ani jednej z opowiadanych przez lektorkę historii! Przynajmniej z tych, których wysłuchałyśmy dotychczas. Dlatego z uwagą słuchamy obie, a płyta uprzyjemnia podróż również kierowcy. A jest czego słuchać. Mamy tu skrzaty, smoki, elfy, chrząszcze, kogutki, rakiety, naleśniki, żaby, syrenki… i co tylko maluch może sobie wymarzyć. A wszystko to spod piór polskich autorów.

Jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że lektorka czyta odrobinę za szybko.

Autor zbiorowy, Posłuchajki. 365 bajek na każdy dzień. Słoneczko opowiada… historyjki na dzień dobry, czyta Katarzyna Stoparczyk, Warszawa: Wydawnictwo Papilon, 2016, MP3, 15 godz. 38 min.

 

Drugim naszym towarzyszem podróży stał się Reksio. A dokładniej „Reksio. Wielka Księga przygód”. To tak naprawdę pierwsze spotkanie Majki z jednym z najważniejszych bohaterów mojego dzieciństwa, bo jakiś czas temu nie była zainteresowana kreskówką, a książki jeszcze przed nami. A audiobooka słucha w największym skupieniu. Zresztą nie oszukujmy się – przygody Reksia czytane przez Jerzego Stuhra nie potrzebują dodatkowej reklamy i obie jesteśmy zachwycone tym połączeniem. Na płycie znajduje się 26 krótkich opowiadań trwających mniej więcej po 5 minut, wobec czego całość można wysłuchać w nieco ponad dwie godziny – nam zajęło cztery dłuższe wyprawy i, podobnie jak w przypadku opisanej wyżej płyty wybieramy sobie najulubieńsze historie.

To mój maly sekret, ale Reksia słucham czasem nawet kiedy jadę sama.

Ewa Barska, Marek Głogowski, Anna Sójka, Posłuchajki. Reksio. Wielka księga przygód, czyta Jerzy Stuhr, Warszawa: Wydawnictwo Papilon, 2017, MP3, 2 godz. 20 min.

Recenzje powstały dzięki uprzejmości Wydawnictw Papilon.

 

Natomiast podczas codziennych dojazdów do przedszkola towarzyszy nam „Pora do przedszkola” – dwanaście bajek dla przedszkolaków oswajających to miejsce i udzielających odpowiedzi na najczęstsze dziecięce wątpliwości, jak niechęć do tej placówki oświatowej, przechwalanie się, brzydkie słowa, czy posiadanie młodszego rodzeństwa. Również i w tym przypadku opowiadania są króciutkie – najczęściej trwają mniej niż 3 minuty, dzięki czemu pół godziny płyty słuchamy zwykle każdego dnia w drodze do przedszkola i z powrotem. Szczególnie, że przerzucam dwie opowieści, które mi się nie podobają – o potworach pod łóżkiem (nie mamy takiego problemu, po co więc go wywoływać) i o wychodzeniu za mąż (seksistowska!). Powiem szczerze, że tej płyty mam już trochę dość, a od głosu Doroty Segdy z przyjemnością już bym trochę odpoczęła. No ale cóż, Majka prosi o przygody przedszkolaków jeszcze zanim zdążymy wsiąść do auta…

 

Anna Sójka, Posłuchajki. Pora do przedszkola, czyta Dorota Segda, Warszawa: Wydawnictwo CED, 2017,

 

Bajki Majki: „Jacek i Agatka” Wanda Chotomska, Adam Kilian

Jestem zdecydowanie za młoda, żeby pamiętać dobranockę o Jacku i Agatce. Nawet mój mąż się na nią nie załapał (a zaprawdę powiadam Wam, mój szanowny małżonek jadł jeszcze stek z dinozaura!), to raczej wspomnienie z dzieciństwa naszych rodziców. Co za szczęście, że sama mam córkę, która jest idealną wymówką do nadrabiania tego typu zaległości. Jacka i Agatkę poznałam więc razem z moim dzielnym przedszkolakiem.

Już po raz kolejny jestem zachwycona estetyką wydania książki od Wydawnictwa Wilga. Wszystko jest przemyślane, czytelne i idealnie wyważone –  fragmenty tekstu wyróżnione czcionką o różnych kolorach i kształtach pomaga czytelnikowi w przyjęciu odpowiedniej interpretacji i dodają tekstowi życia na równi z obrazkami.

Bo minimalistyczną, czarno-białą formę Jacka i Agatki ożywiają dodatkowe, pastelowe ilustracje. Nie za bardzo skromne, nie za bardzo dopracowane – takie w sam raz. Całą podstawówkę marzyłam, żeby umieć tak rysować.

Rysunkowi-pacynkowi Jacek i Agatka to strasznie sympatyczne rodzeństwo opowiadające czytelnikowi bajki i prezentujące mu przedstawienia. I stale się przy tym przekomarzające! To wyjątkowo mili przewodnicy po świecie i bardzo sprawni narratorzy. Dzięki nim każda z historyjek jest nie tylko opowiedziana, ale i już częściowo przeżyta – zabarwiona emocjami i pełna dziecięcych reakcji.

Majce całkowicie skradło serce opowiadanie łączące jej dwie najulubieńsze rzeczy na świecie – kota i kalosze, to nasz absolutny numer jeden. A w pozostałych historiach jest jeszcze więcej uwielbianych przez dzieci motywów – bociany (latające samolotami!), żaby, krowy, dudki i ich czubki, chrabąszcze, kasztany, mrówki i śnieg. Niedługie bajeczki idealnie sprawdzają się u małego czytelnika (moja dwu-i-pół-latka życzy sobie aż trzech podczas jednego czytania) i poruszają pozornie błahe tematy, bardzo ważne dla malucha – między innymi problemy z wymową, wizyta u fryzjera, czy odpowiednie zachowanie. Rozprawiają się również z jeszcze bardziej klasycznymi (i przy tym często strasznymi) bajkami.

Całość została uzupełniona o wstęp, z którego dowiadujemy się kim tak właściwie byli (SĄ!) Jacek i Agatka (dla mnie bardzo pomocny, a co dopiero dla dzieci, które jeszcze posługują się tak sprawnie Wikipedią!) oraz zakończenie zawierające wspomnienia córki autorki scenariuszy do animowanego serialu, twórcy strony wizualnej i pomysłodawcy pacynek oraz jego dzieci. Dzięki tym wypowiedziom książka staje się nie tylko nową przygodą do odkrycia, ale również odwołaniem do historii i szansą zerknięcia przez dziurkę od klucza prosto do dzieciństwa dziadków. Aż żałuję, że sama nie spędzałam wieczorów przed jednym z pierwszych teleodbiorników i Jackiem z Agatką na ekranie. Fantastycznie, że powstała książkowa wersja, w przeciwnym razie najprawdopodobniej nigdy bym na nich nie trafiła.

Zabawnie, z morałem i w pięknym stylu. To ponadczasowa klasyka, która chyba nigdy się nie zestarzeje. Koniecznie musimy o niej pamiętać!

Wanda Chotomska, Adam Kilian, Jacek i Agatka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: Książki ułatwiające adaptację w przedszkolu

Siedmiomilowymi krokami zbliża się wielki dzień – już od pierwszego lipca zaczynamy przygodę z przedszkolem. Chociaż w wybranej przez nas placówce przewidziano fantastyczną adaptację i możliwość poznania nowego miejsca „od podszewki” jeszcze przed samym stresującym momentem rozstania z rodzicem, pomocy w oswajaniu tematu jak zwykle poszukaliśmy w książkach. O tym, które książki stały się naszymi hitami, a których w ogóle nie podsunęłam Majce możecie przeczytać poniżej.

 

„Kurczak Karolek idzie do przedszkola” Nick Denchfield, Ant Parker

Tak naprawdę w tym efektownym pop-upie samo przedszkole w ogóle się nie pojawia, bo książeczka skupia się wyłącznie na porannych przygotowaniach do wyjścia z domu. Karolek lubi sobie rano pospać, ale tym razem nie ma czasu na długie wylegiwanie się pod kołdrą – pierwszy raz idzie do przedszkola i musi się naprawdę pospieszyć, żeby dotrzeć tam na czas. Wyskakuje z łóżka, w biegu połyka śniadanie, chwyta plecak i szalik i pędzi na spotkanie przygody.

Tekst pełni tutaj marginalną rolę, a co druga strona wypełniona jest dużym, trójwymiarowym obrazkiem. To dość delikatna, ale bardzo widowiskowa konstrukcja. Moja dwulatka jest nią zachwycona.

Nick Denchfield, Ant Parker, Kurczak Karolek idzie do przedszkola, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2016, 14 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Feluś i Gucio idą do przedszkola” Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett – to nasz prawdziwy hit, chyba przede wszystkim ze względu na podobieństwo do znanego i kochanego Pucia.

Ta duża, całokartonowa książka z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprzyja także samodzielnemu oglądaniu. Szczególnie, że zdecydowaną większość stron zajmują delikatne, pastelowe ilustracje i to właśnie obraz jest głównym sposobem przekazu informacji. Krótkie partie tekstu do przeczytania wspólnie z rodzicem dodatkowo tłumaczą całą sytuację i przybliżają uczucia bohatera.

Każda podwójna strona, opatrzona stosownym nagłówkiem, przedstawia jeden element przedszkolnej rutyny. Układają się one – krok po kroku – w standardowy dzień świeżo upieczonego przedszkolaka. Od porannych przygotowań do wyjścia z domu, przez zmianę butów w szatni, pożegnanie z rodzicem, zabawę z kolegami, posiłki, higienę, spacery, drzemkę i przeróżne wyjątkowe wydarzenia aż po powrót do domu. Największy strach wzbudza to, co nieznane, warto zatem na spokojnie omówić wszystko, co może się wydarzyć. Ta lektura może okazać się świetnym wstępem do rozmowy o własnych przeżyciach z emocjonujących dni w przedszkolu.

Feluś jest uroczym przewodnikiem po przedszkolnym świecie i, a może przede wszystkim, po emocjach, które towarzyszą maluszkowi podczas tak dużej zmiany, jaką jest pierwszy krok w samodzielność. Pozycja obowiązkowa.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett, Feluś i Gucio idą do przedszkola, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„W przedszkolu. Obrazki dla maluchów” to nasza druga podstawowa lektura przygotowująca do przedszkolnej rzeczywistości. Zgodnie z założeniem, że nieznane wzbudza w nas strach, ta mała encyklopedia dokładnie przybliża wszystkie związane z przedszkolem zagadnienia – na przykładach i w wyjątkowo wyczerpujący sposób, nie stroniąc od praktycznych dobrych rad – znalazło się tu miejsce na wybieranie wyprawki i podpisywanie ubranek, naukę samodzielnego ubierania (z podpowiedziami, że lepiej sprawdzą się spodenki, niż rajstopki, czy jednopalczaste rękawiczki i golf zamiast szalika), kilka słów na temat dobrych manier i zasad współżycia w małym społeczeństwie. Omówiono również przeróżne zajęcia, występy, zabawę na placu zabaw, samodzielność w toalecie, zachowanie podczas posiłku i leżakowania. Nie znalazłam zagadnienia, którego by mi zabrakło, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Bardzo polecam.

Émilie Beaumont, W przedszkolu. Obrazki dla maluchów, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 30 s.

„To, co najbardziej lubię… W przedszkolu” Trace Moroney – po spektakularnym sukcesie części dotyczącej spania, koniecznie musiałam zdobyć również książeczkę o przedszkolu.

Główny bohater jest nieco starszy od mojej Mai, bo chodzi do zerówki (oryginał dotyczy raczej edukacji wczesnoszkolnej), chociaż nie ma to dużego znaczenia w odbiorze. Wymienione zostały chyba wszystkie możliwe ciekawe przedszkolno-szkolne aktywności (chociaż mam pewne zastrzeżenia dotyczące „grania na komputerze”), jak zajęcia plastyczne, czytanie książeczek, nauka, zabawa z kolegami, czy próbowanie nowych rzeczy. Nie ma już natomiast ani słowa o korzystaniu z toalety, spaniu czy trudnościach w rozstaniu z mamą a dzieci jedzą wyłącznie przyniesione z domu drugie śniadanie.

Sympatyczna, skupiona na pozytywach, ale jednak mimo wszystko bardziej użyteczna będzie chyba dla tych dzieci, których przedszkole ominęło, a swoją przygodę z edukacją zaczynają od zerówki.

Trace Moroney, To, co najbardziej lubię… W przedszkolu, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2009, 20 s.

„W przedszkolu” Guido Wandrey – ta duża, całokartonowa książka (trochę w stylu „Ulicy Czaereśniowej”) aż roi się od szczegółów i przedstawia przedszkolne życie bez krztyny upiększania. Jest bałagan, kapiąca farba, bitwa na jedzenie, pojawiają się łzy, kłótnie i wywrotki. Ale przede wszystkim jest mnóstwo fantastycznej zabawy.

Pierwszym, co rzuca się w oczy na każdej stronie, jest mrowie dzieci zajętych najróżniejszymi przedszkolnymi aktywnościami. Podglądamy przedszkolne życie podczas pożegnania z rodzicami, przebierania się, korzystania z łazienki, wspólnych zabaw, w przedszkolu i na przedszkolnym podwórku, a nawet podczas wycieczki na wieś i balu. Możemy śledzić losy piątki głównych bohaterów – Emmy, Mii, Seliny, Łukasza i Juliana. Planszom z obrazkami towarzyszą krótkie partie tekstu wprowadzające w temat i zwracające uwagę na to, co robią dzieci.

Bardzo kolorowa i pełna energii. Świetne ćwiczenie pamięci, koncentracji i spostrzegawczości. Fajna sprawa.

Guido Wandrey, W przedszkolu, Warszawa: Wydawnictwo Czarna Owieczka, 2013, 14 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zuzia idzie do przedszkola” Liane Schneider, Eva Wenzel-Bürger – to nasze pierwsze spotkanie z książeczką z polecanej często serii „Mądra Mysz”. Na samym początku zgrzytnęło nam podkreślenie, że Zuzia ma trzy latka i nareszcie może iść do przedszkola – Majka ma dwa i pół i też może, dlatego tą stronę omijamy. Całość ma z założenia skupiać się na sposobie, w jaki Zuzia spędza swój pierwszy dzień w przedszkolu, wcześniej pojawiają się jednak również badania lekarskie i rozwiewanie obaw dziewczynki. Nieszczególnie podoba mi się, że tak naprawdę historia zaczyna się od negatywnego nastawienia. Majce chyba nie przyszło do głowy, żeby się przedszkola bać, czy że Pani Przedszkolanka mogłaby być niemiła. Mam też pewne zastrzeżenia dotyczące samych przygotowań – jedynymi elementami wyprawki jest zdjęcie do przedszkolnego kalendarza urodzin i drugie śniadanie pod postacią ulubionego ciastka z piekarni. Mimo tych zastrzeżeń, dalsza część jest jak najbardziej w porządku – atrakcyjne zabawy, korzystanie z toalety i szczoteczki do zębów w łazience przybliżają przedszkolną rutynę.

Odnoszę wrażenie, że jest to pozycja dla dzieci negatywnie nastawionych do pomysłu rozstania z mamą, albo takich, którym w przedszkolu się nie spodobało. Nie podsuwałabym jej dziecku, dopóki nie pojawią się te problemy.

Liane Schneider, Eva Wenzel-Bürger, Zuzia idzie do przedszkola, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2008, 24 s.

„Mruczuś idzie do przedszkola” Sara Agostini, Marta Tonin – to kolejna książeczka zaczynająca się od wątpliwości i negatywnego nastawienia. Mama opowiada synkowi o przedszkolu odpierając wszystkie jego wątpliwości – z kim będzie się bawił, co zrobić, jeśli zachce mu się siusiu, co będzie robił. I pod wpływem tych opowiadań nastawienie Mruczusia całkowicie się zmienia – z niepokoju, na pełne ekscytacji oczekiwanie.

W naszym przypadku etap niepokoju się nie pojawił (jeszcze?) i obie podchodzimy do tej przygody z dużym entuzjazmem, dlatego Mruczuś dotychczas zupełnie nam się nie przydał. Ale jeśli maluch od samego początku jest sceptyczny odnośnie odklejenia się od maminej spódnicy, to polecam, bo kociak jest uroczy.

Sara Agostini, Marta Tonin, Mruczuś idzie do przedszkola, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2016, 28 s.

„Basia i przedszkole” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak – wbrew moim oczekiwaniom ta przygoda Basi nie dotyczy wcale pierwszego dnia w przedszkolu, adaptacji, ani samego funkcjonowania tej instytucji. Nasza bohaterka uczęszcza do przedszkola już od dłuższego czasu, jest obeznana z przedszkolnym życiem i traktuje je jako coś oczywistego. A sama fabuła dotyczy innego, równie istotnego problemu – poszukiwania przyjaciela. To historia o przeciwstawianiu się opinii ogółu, posiadaniu i bronieniu własnego zdania, radzeniu sobie z „etykietkami” i odrzuceniem. Bardzo ważny temat dla dzieci, które dopiero uczą się funkcjonowania w większej grupie i związują pierwsze znajomości i przyjaźnie. Z pewnością wrócimy do niej, kiedy samo stawanie się przedszkolakiem nie będzie już tak bardzo zaprzątało naszej uwagi, a przedszkole stanie się codziennością.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przedszkole, Warszawa: Wydawnictwo Egmont Polska, 2011, 28 s.

Co nieco o przedszkolu znajdziemy też w drugiej części przygód Pucia – „Pucio mówi pierwsze słowa”. Przez kilka stron towarzyszymy Puciowi i Misi w drodze do przedszkola, zabawie w sali i na przedszkolnym placu zabaw oraz w sprzątaniu pod koniec dnia. Mimo marginalnego potraktowania problemu, który jest tu traktowany marginalnie, jestem zdecydowanie na tak. Taki zabieg sprawia, że dziecko zaczyna myśleć o przedszkolu jako o normalnym fragmencie codzienności – jak śniadanie, zakupy, czy wieczorna kąpiel. Dobra robota!

Czy coś jeszcze przychodzi Wam do głowy? Do adaptacji w przedszkolu podchodzicie z entuzjazmem, czy raczej niepokojem?

Bajki Majki: „Gruffalo” i „Mały Gruffalo” Julia Donaldson, Alex Scheffler

Długo zachodziłam w głowę co takiego jest w tej książce, że całe zastępy mam za wszelką cenę chcą ją zdobyć? To prawda, że wyczerpany nakład to zawsze +10 do atrakcyjności, ale przecież nie każda książka nie do zdobycia cieszy się aż taką popularnością.

Zupełnie przypadkiem trafiłyśmy z Majką na „Gruffalo” w bibliotece i właśnie tam po raz pierwszy poznałyśmy tą historię. Historię, której, wbrew pozorom, główną bohaterką jest… mała leśna mysz.

A kiedy jest się niepozorną myszką, las jest pełen niebezpieczeństw – każdy chce cię zjeść! Nasza bohaterka spotyka na swej drodze lisa, sowę i węża i z każdego spotkania cudem udaje jej się ujść z życiem. A wszystko to dzięki fantazji i umiejętności storytellingu – każdego z drapieżników straszy wizją leśnego potwora o ostrych kłach i pazurach, z którym podobno się przyjaźni, ubarwiając jego wyimaginowany wygląd przy każdej kolejnej opowieści. Co jednak zrobi, kiedy na jej drodze stanie… Gruffalo prosto z jej fantazji? W dodatku Gruffalo mający chrapkę na mysią przystawkę?

Tekst jest melodyjnie rymowany, a cała opowieść urzekająco przewrotna. Już rozumiem ten fenomen, chociaż nie odczuwam nieopartej potrzeby posiadania „Gruffalo” na majkowej półce. Ale na pewno za jakiś czas wypożyczymy go znowu.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Ale ale! Gruffalo doczekał się potomstwa! I jak każdy troskliwy rodzic lojalnie przestrzega go przed zagrożeniami czekającymi w leśnej głuszy – z Ogromną Złą Mychą na czele, ze spotkania z którą ledwo uszedł z życiem. Jakby nie patrzeć czas nieco wypacza wspomnienia, dlatego myszka z opowieści wydaje się być prawdziwie szkaradnym, budzącym grozę stworzeniem. Nic dziwnego, że Mały Gruffalo nieszczególnie wierzy tacie i, kiedy ten zasypia, postanawia opuścić bezpieczną grotę. Wędrując po lesie spotyka te same zwierzęta, które pamiętamy z pierwszej części – żadne z nich nie jest jednak ani trochę podobne do Złej Mychy, choć każde wyraża się o niej z respektem. Czy naszej sprytnej wąsatej bohaterce po raz kolejny uda się ujść z życiem ze spotkania z głodnym Gruffalo? Jakim fortelem posłuży się tym razem?

Podsumowując – obie książki faktycznie mają w sobie sporo uroku. Pomysł jest zaskakujący i całkiem sympatyczny, bohaterowie oryginalni, a rytmiczny wiersz długo nie chce opuścić pamięci i małego i dużego czytelnika. Nie sądzę jednak, żebym starała się zdobyć pierwszą część za każde pieniądze. Zadowolimy się tą z biblioteki ;)

Julia Donaldson, Alex Scheffler, Gruffalo, Gdańsk: Wydawnictwo EneDueRabe, 2013, 28 s.
Julia Donaldson, Alex Scheffler, Mały Gruffalo, Gdańsk: Wydawnictwo EneDueRabe, 2014, 32 s

Bajki Majki: Książeczki o tatusiach na Dzień Taty i nie tylko

Mamusie mają pod tym względem trochę łatwiej, bo maj jest cały ich (no i majówki). A początek czerwca zdominowany jest przez bardzo ważne święto jakim jest Dzień Dziecka i z tego powodu o Dniu Ojca czasami trochę się zapomina. Ale nie u nas! Tata trafił nam się niezastąpiony i już od dłuższego czasu malujemy laurki, szykujemy niespodzianki i czytamy tatusiowe książeczki.

Bo tatusiów w literaturze dziecięcej jest równie dużo, co mamuś, jeśli nawet nie więcej. I są superowi! Tata Basi przysypiający na kanapie kiedy tylko nie musi stawiać czoła swojej trójce urwisów czy pełen spokoju i dystansu do siebie Tata Świnka towarzyszą nam na co dzień podczas wspólnego czytania. Dzisiaj skupimy się jednak na książkach poświęconych tatom od początku do końca. W końcu już niedługo ich święto!

„Mój tata” Anthony Browne – mądry jak sowa, czy szurnięty jak szczotka? A może i jedno i drugie? Jaki jest Wasz tata, a jaki tata waszych dzieci? Ta urocza kartonówka pozwala spojrzeć na tatusiów oczami dziecka – to chwile zdumienia ich nadzwyczajnymi umiejętnościami i mnóstwo zabawnych zwierzęcych porównań z zakończeniem chwytającym za serducho. Tatusiowie są super!

Anthony Browne, Mój tata, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Lusia i przyjaciele. Pisklęta” Marianne Dubuc – teraz chwila na uroczość. Ta mała, całokartonowa książeczka nie ma szczególnie wiele tekstu, ale niesie za sobą piękne przesłanie. I jakby nie patrzeć, jest o adopcji. Lusia wraz z przyjaciółmi znajdują jajka. Razem ze ślimakiem Adrianem próbują je wysiedzieć, ale okazuje się, że nie ma potrzeby – maluszki już się wykluwają i… biorą Adriana za swoją mamę. Ślimak jednak nie jest w stanie ogrzać marznących kurczaczków, szukają więc jakiegoś ciepłego, przytulnego gniazdka. A kiedy okazuje się, że kępka mchu, w którym schowały się pisklęta to groźny niedźwiedź Adrian… maluszki biorą go za tatę. A ten wzruszony postanawia się nimi zaopiekować.

Marianne Dubuc, Lusia i przyjaciele. Pisklęta, Sopot: Wydawnictwo Łajka, 2017, 20 s.

„Kochany tatuś” Agnieszka Frączek, Elen Lescolat – pozycja analogiczna do „Kochanej mamusi” opisywanej we wpisie z okazji Dnia Matki. Wielkookie (i czasami trochę zezowate), miękko malowane postacie w dużymi buziami, miękka okładka, pastelowe kolory i nieskomplikowana, pisana rytmicznym wierszem treść to znaki rozpoznawcze tej pozycji. A jednak ta książeczka jakoś podobała mi się trochę bardziej, niż część o mamach – to prawda, taka jest bohaterem i zabawa z nim to wielka frajda. Ale jest też człowiekiem – czasem ma zły humor, czasem jest strasznie zapracowany, czasami nawet on potrzebuje pocieszenia i troski (a ta dziecięca działa najlepiej). I to jest wielka zaleta tej pozycji. Podobnie jak uniwersalność taty. Wbrew stereotypom tata żadnego wyzwania się nie boi – ani pieczenia ciasta, ani szycia, ani balu dla lalek. To jest dopiero Supertata. Prawie taki, jak nasz!

Agnieszka Frączek, Elen Lescoat, Kochany tatuś, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 30 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Gdzie jest konik morski” Anita Bijsterbosch – kiedy gubi się maluch winny jest najprawdopodobniej tata. Co prawda upilnowanie dziesięciorga rozpływanych maluchów to nie bułka z masłem, ale zgubę trzeba szybko odnaleźć. Tato konik morski szuka więc wszędzie – pod kamieniem, w jaskini, za i w muszlach, w rafie koralowej… znajduje jednak tylko inne dzieci morskich żyjątek pilnowane przez swoich tatusiów – jednego wielorybka, dwie małe rozdymki, trzy żółwiki…

Ta fascynująca książeczka z okienkami zabiera nas na wycieczkę w wodne odmęty pełne tak lubianych przez moją córkę morskich stworzeń. I jest to przy okazji podróż do krainy cyfr utrwalająca liczenie od 1 do 10. Okienka ćwiczą małą motorykę i nie pozwalają się nudzić, poszukiwania budują napięcie, a szczęśliwe zakończenie wywołuje uśmiech na twarzy. Absolutny must have!

Anita Bijsterbosch, Gdzie jest konik morski?, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 28 s.

„Konik morski” Eric Carle – podwodni tatusiowie cieszą się powodzeniem, w tej zaskakującej książeczce z szybkami mamy ich cały przegląd. Maluszki dowiedzą się jak rybi tatusiowie pilnują złożonych przez partnerki jajeczek – inaczej ciernik, tilapia, kurtus, iglicznia i sumik. I jeszcze inaczej konik morski. Każdy z nich ma na to swój sposób, ale robią to z jednakim zaangażowaniem. Przypominają trochę pełen tatusiów plac zabaw sobotnim przedpołudniem. Sympatyczna, bardzo kolorowa i pełna niespodzianek kartonówka dla najmłodszych ćwicząca spostrzegawczość i koncentrację małego czytelnika.

Eric Carle, Konik morski, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2016, 34 s.

„Mój tato jest niedźwiedziem” Nicola Conelly, Annie White – nie zapominajmy również o niedźwiedzich tatusiach! Ta krótka historia to analiza taty okiem dziecka. Karolek zauważa, ze jego tata jest niedźwiedziem, sprawdza więc wszystkie jego „parametry” (niedźwiedzi brzuszek, łapy, puchatość) oraz umiejętności, jak spanie na drzewie i zdobywanie miodu. Mimo to wciąż nie dowierza i pyta „Tato, czy ty naprawdę jesteś niedźwiedziem?”. A kiedy tata demonstruje mu prawdziwy niedźwiedzi uścisk, nie ma już miejsca na żadne wątpliwości.

Nicola Conelly, Annie White, Mój tato jest niedźwiedziem, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 36 s.

„Proszę mnie przytulić” Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak – Najwyraźniej uściski i miśki chodzą parami. Bo czy jest lepszy sposób na udany dzień niż, mocno się do kogoś przytulić? Na pewno nie! I przy okazji to wspaniały sposób na poprawę humoru. I jeszcze na wiele innych rzeczy! Niedźwiadek i jego tata chcą sprawić, alby każdy mieszkaniec lasu miał tego dnia taki miły akcent, podążają więc ścieżką i rozdają mocne przytulasy każdemu, kto stanie na ich drodze. Swoją misję wykonują bardzo rzetelnie aż nie orientują się, że… zapomnieli przytulić siebie wzajemnie.
Superkochana opowieść o dobroczynnym wpływie przytulania się, otwartości na innych i uczeniu dzieci tego, co w życiu ważne. Z humorem, morałem i genialnymi ilustracjami Emilii Dziubak.

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Proszę mnie przytulić, Warszawa: Wydawnictwo Ezop, 2017, 36 s.

„Co mi powiedział tata” Astrid Desbordes, Pauline Martin – trzecia książka z cyklu o Archibaldzie to zbiór rad i mądrości, jakimi tata dzieli się ze swoim małym synkiem. Znajduje wyjście z każdej sytuacji i rozwiewa wszystkie lęki związane z tą wielką podróżą, jaką jest życie. Tata ma radę na poczucie osamotnienia, na grzęźnięcie w błocie, a nawet na smutek i strach. Jak zawsze w kontrastowych, pastelowych kolorach. I jak zawsze pozostawia ciepło w sercu.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Co mi powiedział tata, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2018, 44 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” Sam McBratney, Anita Jeram – ta książka pojawia się na blogu przy wielu okazjach głównie dlatego, że uwielbiamy ją całą rodziną już od mojego dzieciństwa i każdy pretekst jest dobry, by przeczytać ją razem. Piękna, ciepła i przekochana historia o rodzicielskiej miłości i próba nazwania nienazwalanego. Kto kogo kocha bardziej? Czy miłość da się zmierzyć? Zawsze warto  próbować!

Sam McBratney, Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham, Warszawa: Egmont, 2004, 32 s.

„Basia i przyjaciela. Anielka” Zofia Stanecka, Małgorzata Oklejak – co prawda miałam dać spokój tatusiom w rozbudowanych seriach, ale w przypadku tej części Basi, wcale nie chodzi o tatę głównej bohaterki, a o tatę jej najlepszej przyjaciółki. Tata Anielki jest dość beztroskim artystą performerem, którego stale nosi po świecie. Tym razem dzwonił, że przyjedzie w sobotę, wobec czego Anielka wypatruje go przez okno od samego rana. A taty nie ma i nie ma…
To poruszająca historia o oczekiwaniu na tatę. O przywiązaniu do rodzica i o tym jak duży wpływ na dzieci mają nasze obietnice. „Anielka” zdecydowanie daje do myślenia.

Zofia Stanecka, Małgorzata Oklejak, Basia i przyjaciele. Anielka, Warszawa: Egmont Polska, 2016, 26 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Jak tata pokazał mi wszechświat” Ulf Stark, Eva Ericksson – książka o różnicach w postrzeganiu świata przez dziecko i przez dorosłego. O tym, że kiedy ma się dziecko, nic nigdy nie idzie zgodnie z planem i o tym, że czasami sama podróż jest równie atrakcyjna jak cel wędrówki. A podróż z tatą to już w ogóle.

Ulf Stark, Eva Ericksson, Jak tata pokazał mi wszechświat, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 28 s.

Wszystkiego dobrego Tatusiowie! Kochamy Was!

Bajki Majki: „Rebelia. Urządź po swojemu” Lilianna Fabisińska, Paweł Mildner

Nigdy nie popierałam entuzjazmu, z jakim świat przyjął pozycje w stylu „Zniszcz tą książkę”. Niespecjalnie rozumiem, dlaczego obiektem wyładowywania agresji i życiowej frustracji miałaby być akurat książka (chociaż z drugiej strony może jednak lepiej książka, niż rodzice? Albo chińska waza po babci?). Ale skoro już musi być to właśnie książka, to dlaczego nie ta, która akurat nas wkurza? „Krzyżacy” na przykład? Dlaczego potrzebujemy do tego specjalnej książki (oczywiście w cenie dobrej książki), która w dodatku zawiera wskazówki jak dokładnie powinna być zniszczona, jakby to właśnie samo wymyślanie sposobów destrukcji jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze?

Wydawało mi się, że „Rebelia” będzie kolejną pozycją tego typu, być może ze względu na buntowniczy tytuł. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że to nie jest książka do niszczenia, a do tworzenia!

 

Lilianna Fabisińska (autorka książek, które miały spory wkład w moje magiczne dzieciństwo [dziękuję!]) nakłania czytelnika, by stworzył swój własny świat tak, jak chciałby go widzieć – świat bez zakazów i nakazów, w którym ogranicza nas jedynie własna wyobraźnia. Świat całkowicie bezpieczny i wolny od konsekwencji, bo zamknięty między okładkami. Poruszając się po jedenastu rozdziałach odpowiadających różnym dziedzinom życia, młody buntownik może zrobić wszystko po swojemu: między innymi zaprojektować swój dom i pokój – od kolorów ścian i układu mebli aż po panujące w nim zasady i sposoby mordowania budzika; wymarzyć sobie domowego zwierzaka (nawet, jeśli ma to być Smok Wawelski); zapisać (i stworzyć) swój własny przepis kulinarny, zaprojektować popcorn wszystkich smaków oraz określić swoje najdziwniejsze upodobania kulinarne i sprawić, że od teraz najzdrowszym jedzeniem będą frytki i czekolada; wymyślić swoją własną szkołę – z planem lekcji (bitwa na poduszki jako jeden z najważniejszych przedmiotów? Czemu nie!), portretami nauczycieli, wyposażeniem i spisem lektur; opisać, podrasować lub wymyślić sobie najlepszych przyjaciół, a także stworzyć dla nich sekretny język i zaplanować odjechane urodziny; wyruszyć w podróż życia niezależnie od tego, czy woli się biegać po dżungli, czy po muzeach; pobawić się modą i projektowaniem ubioru (z wymarzonymi tatuażami włącznie), zaplanować idealny seans filmowy, a także postarać się o swój własny film (a nawet festiwal); wymyślić swój idealny smartfon, grę i wiele, wiele innych…

 

A ponadto w książce znajdziecie psychotesty, wykreślanki, mniej lub bardziej szalone inspiracje do spędzania wolnego czasu i inne poskramiacze nudy. Świetnie sprawdzi się podczas przydługiej wakacyjnej podróży. Albo w kolejce na Giewont.

I co najważniejsze – nie wyrzucajcie wypełnionej książki (jeśli jesteś dzieckiem/nastolatkiem/prawie dorosłym) i nie pozwólcie dzieciom wyrzucić wypełnionej książki (jeśli jesteś rodzicem). Schowaj ją gdzieś głęboko i najlepiej zapomnij o jej istnieniu. Kiedy znajdziesz ją przez przypadek przy przeprowadzce kilkanaście lat najprawdopodobniej padniesz ze śmiechu. A „Rebelia” stanie się świetną pamiątką po nie do końca utraconej dziecięcej wyobraźni.

Sympatyczna i pomysłowa książka, która rozrusza wyobraźnię i pozwoli puścić wodze fantazji. Kto wie, może stanie się początkiem niejednej fantastycznej książki albo scenariuszem oscarowej produkcji?

Świetny prezent dla szkolniaka chcącego robić wszystko „po swojemu”.

Lilianna Fabisińska, Paweł Mildner, Rebelia. Urządź po swojemu, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 224 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Ojej! Niespodzianka” i „Ojej! Skarb”, Anna Jankowska, Adam Święcki

Niespodzianka! Dwie zupełnie nowe książeczki o Czarusiu już tu są! I gorąco polecają się na Dzień Dziecka.

O pierwszej części przygód pomarańczowego kota i o samej koncepcji aktywnego czytania pisałam już TUTAJ. Poza wartościami edukacyjnymi „Zmalowane” urzekło mnie sprytnym i genialnym w sowiej prostocie sposobem, w jaki można tłumaczyć dzieciom sztukę nowoczesną i odmienne sposoby postrzegania świata. Natomiast „Niespodzianka” i „Skarb” chwyciły mnie za serce swoją… uroczością! Mają tak ciepłe i pozytywne przesłanie, że moją pierwszą reakcją było przeciągłe „Awwww!”. Drugą też.

Obie historie zostały oparte na tym samym schemacie, choć ich tematyka jest zupełnie inna.

W „Niespodziance” Czaruś zauważa, że zupełnie zapomniał przygotować się do urodzin Loli. Ale co to dla niego! Dla tak pomysłowego pluszaka sporządzenie prezentu last minute to żaden kłopot. Szczególnie, kiedy wokół tyle wspaniałości. Zbiera więc wszystko to, co akurat go zachwyci – maliny, czereśnie, kwiatki, kamyki, grzybka, skórkę od banana… Problem pojawia się dopiero w momencie, w którym podczas pakowania kotek pakuje również samego siebie! I tym oto sposobem urządza swojej właścicielce największe zaskoczenie – na urodziny dostała kota w worku!

To piękny przykład dziecięcego zachwytu odkrywaniem świata, kiedy to każdy kwiatek, listek, kamyk i ślimak są czymś wyjątkowym, zaskakującym i wartym zabrania ze sobą i sprezentowania bliskiej osobie. I jedna z najważniejszych życiowych prawd – to my, nasza pamięć i nasze starania jesteśmy najwspanialszym prezentem. A dzieci i ich pomysły to zawsze jedna wielka niespodzianka.

W drugiej książeczce, Czaruś postanawia zdobyć dla Loli najprawdziwszy skarb. W tym celu dokłada wszelkich starań, by przegonić z upatrzonej i bardzo ciekawej dziupli smoka, który mógłby urządzić sobie w niej leże i składować kosztowności. Smok jednak nie jest skory do wyjścia, za to kiedy nasz bohater odważa się w końcu zajrzeć do otworu… sam wpada do środka, gdzie, kocim zwyczajem, zwija się w kłębek i zasypia. Tam właśnie znajduje go kilka godzin później zaniepokojona Lola. A tęsknota i zmartwienie uświadamiają im, że największym skarbem nie są wcale złoto i szlachetne kamienie (a nawet zwykłe kamienie o ciekawych kształtach!), a ci, których kochamy.

Ale przecież przygody Czarusia to nie tylko samo czytanie! Kod QR zabiera nas do strony, skąd pobrać można wersję tekstową komiksu (aż sześciostronicowe opowiadania!), czarusiowe kolorowanki i pomysły na zabawy, logiczne i ruchowe, inspirowane historyjkami. I to nie takie zwyczajne zabawy, a rozwijające przygody, w które można zaangażować całą rodzinę – ćwiczące między innymi skupienie, cierpliwość, myślenie przestrzenne i kreatywność – a przede wszystkim niesamowicie angażujące. Bo czy może być coś fajniejszego od poszukiwania skarbów, sporządzania tajemniczej mapy, pakowania zaskakujących prezentów a nawet szykowania własnego dzieła sztuki?

Urocze historie, zdolne roztopić nawet najbardziej kamienne serce skuteczniej niż ostatnie upały, przesympatyczny pluszowy bohater pełen szalonych pomysłów, niezastąpione ilustracje Adama Święckiego, humor i inspirujące pomysły na przeżywanie przeczytanych książek jeszcze długo po odłożeniu ich na półkę to coś, co czyni z tych niewielkich, cienkich pozycji obowiązkowe lektury nie tylko dziecka, ale i rodziny. Świetnie sprawdzą się również w przedszkolu, czy książkowym klubie maluszka – na przykład jako pomysł na zainicjowanie dyskusji o wartościach.

Czarujący pomarańczowy kot jest zawsze dobrym wyborem. Fantastycznie, że dwie kolejne części są równie wartościowe, co pierwsza i w ten sam sposób zmieniają CZYTANIE w DOŚWIADCZANIE, a dodatkowo gwarantują sporą dawkę wzruszenia i jeszcze więcej niespodzianek.

Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Niespodzianka, Wrocław: Atomedia, 2018, 30 s.
Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Skarb, Wrocław: Atomedia, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Autorki.

Bajki Majki: Książeczki o mamach na Dzień Mamy i nie tylko

Dzień mamy tuż tuż, zebrałam więc kilka książek z majkowej biblioteczki, poświęconych mamom właśnie. Chociaż jakby nie patrzeć, postać mamy pojawia się w większości książeczek dla dzieci, a już na pewno w prawie wszystkich seriach – Mama Świnka, Mama Tupcia Chrupcia, mama Pucia, czy mama Babo, Lalo i Binty – czytamy więc o nich na co dzień i bardzo je doceniam (szczególnie, kiedy przekazują małym urwisom ważne życiowe mądrości, typu „Jeśli chcesz skakać po kałużach, musisz najpierw założyć kalosze”.) ale tym razem pominę je w moim wyborze.

Moją osobistą idolką jest Tosia – mama Basi – pojawiająca się chyba w każdej z części serii „Basia” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Trójka naprawdę zakręconych urwisów, mąż biorący nocne dyżury i żółw Kajetan na dokładkę, a ta święta kobieta jeszcze nigdy nie straciła cierpliwości. A przynajmniej do takiej części jeszcze nie dotarłyśmy. I takich właśnie niewyczerpanych pokładów wewnętrznego spokoju życzę Wam i sobie z okazji naszego święta.

Gdzie jeszcze poczytamy o macierzyństwie i maminej magii czynienia świata lepszym miejscem?

„Moja mama” Anthony Browne – ta niewielka, pancerna kartonówka o specyficznym stylu ilustracji jest idealną wykładnią wielozadaniowości – unikalnej umiejętności, którą zyskuje każda kobieta, kiedy upgrade’uje na mamę. Ponadto jest jednocześnie pełnym miłości, ciepła i humoru spojrzeniem dziecka na najważniejszą osobę w jego życiu. Jesteśmy kanapami, żonglerkami, malarkami i siłaczkami. Jesteśmy supermamami.

DSC_0079
Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Kochana mamusia” Agnieszka Frączek, Elen Lescoat – urocza, pełna fantazji historyjka pisana wierszem. Mama ma kosmiczne prawo jazdy, pachnie jak wiosenna mżawka, raz hasa w adidasach, a raz na obcasach. Ma moc odganiania złego humoru, ogarniania rachunków i przeganiania smoków. Jest niezastąpiona. Wpadająca w ucho rymowanka w połączeniu z wielkookimi, miękko malowanymi postaciami to przemiły prezent dla każdej mamy. Na końcu jest nawet miejsce na dedykację.

Agnieszka Frączek, Elen Lescoat, Kochana mamusia, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 30 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Miłość” Astrid Desbordes, Pauline Martin – mama kocha zawsze – nie tylko kiedy Archibald jest grzeczny, czyściutki i akurat się przytulają, ale nawet wtedy, gdy czasem skrzyczy swojego małego psotnika albo pozwoli sobie o nim na chwileczkę zapomnieć. Ta mądra i niezwykle prawdziwa opowieść pięknie obrazuje stałość rodzicielskich uczuć i poczucie bezpieczeństwa, jakie potrafi dać tylko mama.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Miłość, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016, 44 s.

„Moja mama” Mayana Itoïz – rewelacyjna pozycja do czytania przed snem. Mało słów i dużo treści a do tego piękne ilustracje i powtórka z nazw kolorów w gratisie. W co potrafi przemienić mamę dziecięca wyobraźnia? W lamparta, Indiankę, żabę, czy gwiazdę rocka? Wspaniały pomysł na wspólne spędzanie czasu, na pewno spróbuję wprowadzić wspólne fantazjowanie do wieczornego rytuału, gdy tylko Majka jeszcze trochę podrośnie.

Mayana Itoïz, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Babaryba, 2018, 36 s.

„Uśmiech dla żabki” Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak – kiedy Mała Żabka została sama poczuła się najsmutniejszą żabką na świecie i nikt nie był w stanie jej rozweselić. Jej Mama poczuła to przygnębienie aż w pracy i postanowiła przesłać córeczce… szczery i bardzo szeroki uśmiech. Najpierw poprosiła o przysługę Bobra, który do dostarczenia uśmiechu zobowiązał się z ochotą i niósł go aż do chwili, gdy napotkał bardzo obiecujący stosik drewna. Wtedy przekazał uśmiech Wydrze, która przekazała do Dzięciołowi, który… i tak dalej. Uśmiech Mamy Żabki przewędrował przez cały las by poprawić córeczce humor. I udało się! To urocza, ciepła i wzruszająca opowieść pomagająca zmierzyć się z problemem rozstania z rodzicem (bardzo polecam przyszłym przedszkolakom!) z rewelacyjnymi ilustracjami Emilii Dziubak, co jest rekomendacją samą w sobie. Nie można się przy niej nie uśmiechać.

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Uśmiech dla żabki, Warszawa: Wydawnictwo Ezop, 2017, 36 s.

„Jakiego koloru są buziaki?” Roco Bonilla – oto i najulubieńsza książka o kolorach mojej dwulatki. Minimoni uwielbia malować i w swojej karierze namalowała już prawie wszystko. Poza buziakiem. Ma jednak spory problem – jakiego koloru są buziaki? Próbuje wszystkich barw po kolei, jednak w każdej z nich tkwi jakiś minus. Buziaki nie mogą być czerwone, bo przecież czerwony to kolor gniewu, nie mogą być żółte, bo choć nasza bohaterka uwielbia miód, to jednak czuje duży respekt przed pszczołami. I kiedy metoda eliminacji kompletnie zawodzi, Minimoni zwraca się o pomoc do mamy, która obsypuje ją całą masą wielokolorowych całusów. Kto nie lubi buziaków? Te od mamy są najukochańsze! A ostatnia strona zostawia pole do popisu małemu czytelnikowi, który może samodzielnie pokolorować buziaki.

Roco Bonilla, Jakiego koloru są buziaki?, Warszawa: Wydawnictwo Tadam, 2017, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Martynka i Dzień Mamy” Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier – poszukiwanie prezentu dla mamy to nie jest prosta sprawa – biżuteria, choć piękna, nie jest na dziecięcą kieszeń, podobnie jak zegarek, czy parasolka. Wiadomo jednak, że najlepsze prezenty to te wykonane własnoręcznie, a z pomocą dziadka stworzyć można prawdziwe cuda. W końcu kto jeszcze potrafi farbować batiki? To jednak nie koniec trudności – przygotowany prezent trzeba jeszcze przed mamą schować, a to już na pewno nie jest łatwe! Martynka jest jak zwykle pomysłowa i przesympatyczna. Cieszy oko ilustracjami i wprowadza ciepły, rodzinny klimat.

Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier, Martynka i Dzień Mamy, Poznań: Wydawnictwo Casterman, 2003, 20 s.

„Mama” Hélène Delforge, Quentin Gréban – na koniec koniecznie musiałam wspomnieć o książce, która nie jest dla dzieci. Za to będzie pięknym prezentem dla mamy i z takim właśnie nastawieniem kupiłam ją sobie na Dzień Mamy, a w przyszłości planuję podarować ją Majce, gdy sama zacznie mierzyć się z trudami i zachwytami posiadania dziecka. To zbiór myśli i uczuć dotyczących macierzyństwa w nienachalnej, delikatnie poetyckiej formie w towarzystwie przepięknych ilustracji. Wzruszające, momentami zabawne i bardzo prawdziwe wycinki maminej codzienności. Wszystkie mamy na świecie przechodzą przez to samo i wszystkimi targają podobne emocje, niezależnie od koloru skóry, miejsca zamieszkania, czy wyboru życiowej drogi. Wszystkie są mamami.

Hélène Delforge, Quentin Gréban, Mama, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2018, 64 s.

 

Znacie jakieś literackie mamy, którymi warto inspirować się w codziennym życiu?