Bajki Majki: „Wszystkie psy Eli” Catarina Kruusval

Losy Eli śledzimy od samych czytelniczych początków Majeczki – zaczynaliśmy od serii malutkich kartonówek o Eli i Olku, przez dwie z czterech książeczek z pośredniej serii („Piłka Eli” i „Ela na plaży”) aż po zaczytaną do kompletnego znudzenia „Jabłonkę Eli” dla nieco bardziej zaawansowanych czytelników.

Dlatego też nie mogliśmy nie skusić się na nowość od wydawnictwa Zakamarki – „Wszystkie psy Eli” całkiem niedawno trafiły do naszej kolekcji i stały się obowiązkową wieczornych czytanek (ostatnimi czasy na równi z „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” i nowym Puciem).

W tej książce, choć jest dedykowana czytelnikom 3+ i została wydana w większym formacie, niż dwie serie dla zupełnych maluszków (bo przygody Eli rosną wraz z dzieckiem – również w dosłownym sensie), jest zauważalnie mniej tekstu niż w przypadku „Jabłonki”, a prym wciąż wiodą całostronicowe, już bardziej szczegółowe ilustracje w charakterystycznym stylu autorki.

Ela codziennie wierci tacie dziurę w brzuchu o własnego czworonoga, bo, jak powtarza, kocha wszystkie psy. Kiedy jednak wyprowadza na spacery kolejne i kolejne psiaki krewnych i znajomych, okazuje się, że każdy z nich ma jakąś wadę – Herkules za mocno ciągnie smycz, Figa za wolno chodzi, a Frodo potwornie się ślini. Co jednak ani trochę nie zmniejsza miłości Eli do psów i nie ogranicza jej wyobraźni w wymyślaniu imion dla potencjalnego kudłatego przyjaciela. Kiedy Ela już traci nadzieję na spełnienie swojego wielkiego marzenia, tata ma dla swojej córeczki pewną bardzo ruchliwą niespodziankę…

Tak, jak jesteśmy z córką zadeklarowanymi kociarami, tak te psiaki urzekły nas nie tylko swoimi mordkami, ale przede wszystkim uroczymi (choć z pewnością kłopotliwymi) wadami i różnicami. W końcu nikt nie jest idealny, a już na pewno nie jesteśmy tacy sami! I to właśnie te niewielkie szczegóły w wyglądzie i usposobieniu czynią i nas i nasze czworonogi wyjątkowymi.

Zdecydowanie polecamy wszystkim fanom Eli, a jeśli ktoś jeszcze nie zna tej szwedzkiej bohaterki, to polecam umieścić tą lekturę pomiędzy serią „dla średniaków”, a „Jabłonką Eli”.

Catarina Kruusval, Wszystkie psy Eli, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 28 s.

Bajki Majki: „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” Eric Carle

Po fenomenalnej „Bardzo głodnej gąsienicy” z dziurkami i całkiem uroczym „Pajączku” z wypukłymi elementami, trafiłyśmy z Maj na kolejną książkę Erica Carle, która skradła nasze serducha – do tego stopnia, że Maja sama przyszła do mnie po pieniążki, bo chciałaby kupić sobie jedną książeczkę na pikniku literackim.

Ta nowość (a przynajmniej w polskim tłumaczeniu, bo zdaje się, że oryginał został napisany jakoś w latach osiemdziesiątych) to dla odmiany książeczka – rozkładanka.

Główna bohaterka, Monika, ma pewne marzenie – bardzo chciałaby pobawić się z księżycem. A któż nadaje się lepiej do spełniania dziecięcych marzeń, niż tata? Zaopatrzony w naprawdę długaśną drabinę wyrusza zdobyć księżyc dla swojej córeczki. Ten co prawda okazuje się być nieco zbyt duży, ale na całe szczęście, jak możemy zaobserwować na przeciągu miesiąca, księżyc przecież maleje.

Strasznie sympatyczny pomysł na wytłumaczenie ciekawskiemu maluszkowi zjawiska faz księżyca i przy okazji (a może przede wszystkim!) pełna ciepła opowieść o cudach, do jakich jest zdolny tata zakochany w swojej małej córeczce. A my kochamy książeczki o tatusiowej miłości.

Książeczka jest niewielka i całokartonowa, dzięki czemu sprawia wrażenie naprawdę wytrzymałej, mimo ruchomych, otwieranych elementów. Bo część stron rozkłada się tak, by pokazać wyjątkową długość drabiny, wysokość, na jaką wspina się tata, czy ogrom księżyca.

W całej historii niewiele jest słów (dla porównania, mniej więcej o 1/3 mniej niż w książeczce o gąsienicy) – zdecydowanie dominują charakterystyczne dla autora, malarskie ilustracje, głównie w pięknych odcieniach ultramaryny. Tekst jest jedynie dopełnieniem i objaśnieniem sytuacji – po jednym, dwóch zdaniach (a czasem nawet słowach) na stronę. Co ciekawe, ani trochę nie umniejsza to całej historii.

Od niedawna to nasza ulubiona książeczka na dobranoc. Bardzo polecamy.

Eric Carle, Tato, zdobądź dla mnie księżyc, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2018, 34 s.

Bajki Majki: „Ernest” Catherine Rayner

A oto i kolejna książka, która już od dłuższego czasu mieszka na majkowym regale, a dopiero przed kilkoma dniami nadszedł jej czas. To w naszym domu coraz częstsze zjawisko – pozycje, które jeszcze kilka miesięcy temu spotkały się z zerowym entuzjazmem, dziś są czytane do upadłego.

„Ernest” przyjechał ze mną z listopadowego spotkania blogerek „Spotkajmy się w Gdyni” IV, gdzie upolowałam go na licytacji charytatywnej. Ja zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, a Majka nie zaszczyciła go nawet jednym spojrzeniem. Odnalazł się w przeprowadzkowym rozgardiaszu i na nowo skradł moje serducho, tym razem z pełną aprobatą Bobasy.

Bo widzicie, Ernest ma pewien problem – jest sporym łosiem. Ale takim naprawdę, naprawdę dużym i ze względu na swoje gabaryty ma duży (o ironio!) kłopot, by zmieścić się do tej książeczki. Co nie znaczy, że się poddaje – zawzięcie próbuje wejść i przodem i tyłem, i wczołgać się i wgramolić, ale nie daje rady. Jednak z pomocą swojej pomysłowej przyjaciółki wiewiórki (to chyba jest wiewiórka, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę), udaje im się rozwiązać tą zagadkę. Bo czasami to nie łoś jest za duży, a książka za mała.

Fantastyczna pozycja o przełamywaniu schematów i kreatywnym podchodzeniu do problemów. Bardzo fajnie sprawdza się w nauce części ciała (o ile zależy nam na znajomości części ciała łosia, oczywiście) – Majka uwielbia wymieniać to, co na danym obrazku się zmieściło i to, czego nie widać. Wylicza na paluszkach: „ogonek jest, pupka jest, kolanka są, kopytek nie ma, głowy nie ma…”. Swoją drogą nigdy nie wpadłabym na to, żeby nie zaliczyć stojącemu z profilu Ernestowi jednego oka. Ale moja dwulatka ma rację – w końcu w tej pozycji widać tylko jedno oczko, a drugie się nie zmieściło.

Mało treści i mnóstwo zabawy formą, a do tego rozkładana ostatnia strona i ilustracje bardzo w moim guście. A te niewielkie partie tekstu, które się pojawiają, to cudowne, wpadające w ucho słowotwórstwo (i moja córka teraz wszędzie się wtarabania zamiast wchodzić). Wyjątkowo uroczy sposób na ćwiczenie koncentracji, spostrzegawczości i pomysłowości. Super sprawa. Bierzemy Ernesta razem z porożem i kopytami. Jakoś go u nas upchniemy!

Catherine Rayner, Ernest, Gdańsk: Wydawnictwo Ene Due Rabe, 2014, 26 s.

 

Książka na weekend: „Piotruś Pan i Wendy” James Matthew Barrie

Lato, urlop, długi weekend czy wakacje to idealny czas nadrabiania książkowych zaległości. Tym razem zabrałam się za naprawdę konkretny wyrzut sumienia, bo sięgający aż dzieciństwa. Dlatego też wakacyjny cykl „Książka na weekend” zakończę w magicznie bajkowym stylu.

Swego czasu uwielbiałam disneyowską wersję przygód Piotrusia Pana (a już szczególnymi uczuciami darzyłam tykającego krokodyla), nigdy jednak nie sięgnęłam po oryginalną wersję i prawdę mówiąc nawet nie czułam takiej potrzeby. Aż do momentu, w której usłyszałam straszną plotkę o tym, co Piotruś robił swoim zaginionym chłopcom, kiedy Ci, wbrew zakazom, zaczynali dorastać. I od tego czasu ogarnęła mnie obsesja dowiedzenia się, czy to najprawdziwsza prawda. A mimo to po samą baśń sięgnęłam dopiero teraz, skuszona nowym wydaniem klasyki (UWAGA SPOILER: To była prawda).

Trudno mi powiedzieć, czy gdybym czytała Piotrusia mając lat naście bawiłabym się lepiej, ale mając już ponad ćwierć wieku i własne dziecię w pokoju obok byłam wręcz porażona brutalnością całej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to opowieść chłopca dla chłopców, która została spisana ponad sto lat temu, ale trup sieje się szokująco gęsto, a zabijanie i tortury (momentami całkiem obrazowo opisane) traktowane są jako forma zabawy i powód do przechwałek. Kojarzycie scenę Bitwy o Helmowy Jar z filmowej wersji „Władcy Pierścieni”, gdzie Legolas i Gimli rywalizują ze sobą licząc na głos zabitych przez siebie orków? Piotruś robi podobnie z piratami Haka.

„Walcząc jeden na jedenego [piraci] byliby silniejsi, ale teraz walczyli tylko we własnej obronie, co pozwoliło chłopcom polowac na nich parami i po kolei wybierać sobie ofiary (…). Słychać było właściwie tylko szczęk broni, od czasu do czasu jakiś wrzask lub plusk i monotonne liczenie Kruszyny: – pięć… sześć… siedem… osiem… dziewięć… dziesięć… jedenaście…”

I powiem szczerze, że jestem w rozterce. Bo to piękna, świetnie napisana, pełna uczuć książka o tęsknocie za mamą i głębokiej potrzebie posiadania kogoś, kto otoczy czułą opieką. Szczególnie, że Barrie napisał ją dla synów przyjaciółki, którymi opiekował się po jej śmierci, więc już sama motywacja chwyta za serce. Ale z drugiej strony poziom przemocy i sposób jej przedstawienia (nikt tam nikogo nie opłakuje!) mocno mnie zniechęca. Podobnie jak sposób traktowania kobiet (który jednak wybaczam ze względu na to sto lat różnicy kulturowej i elementy krytycznej satyry). Trudno też żywić jakiekolwiek cieplejsze uczucia dla bufonowatego, zarozumiałego do granic możliwości i kompletnie pozbawionego empatii głównego bohatera, czy wrednego Dzwoneczka (ale jej nie trawiłam nawet w filmowej wersji). Za to Wendy polubiłam bardziej, niż w kreskówce, a Nana jest cudowna zawsze. No i sama koncepcja wiary z magię i wróżki, przekazywana z matki na córkę, to coś cudowanego.

„Knot nadawał sympatyczne imiona przedmiotom i jego szable nosiła imię Jasia Korkociąga, ponieważ obracał nią, zadając ciosy. Można by wymienić wiele uroczych cech Knota. Na przykład po zabójczej walce wycierał nie broń, a okulary.”

Pod względem samych przygód, filmowa wersja jest całkiem dobrym odwzorowaniem oryginału, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Zazwyczaj traktuję łagodną cukierkowość Disneya z lekkim pobłażaniem, ale w tym przypadku mocno za nią tęskniłam i mimo wszystko wolę jednak wtórną, bajkową wersję. W swoim czasie będę miała spory dylemat, czy podsunąć tą książkę swojej córce.

Najnowsze wydanie książki „Piotruś Pan i Wendy” przyciągnęło mnie cudowną, minimalistyczną okładką, ale mocno rozczarowały mnie ilustracje, które są zupełnie nie w moim guście i nijak mają się do samej okładki. Podobnie jak wklejka, która nie pasuje mi ani do treści, ani do ilustracji. Tekst jest za to na całkiem wysokim poziomie – tłumaczenie czyta się bardzo dobrze i dopatrzyłam się tylko trzech błędów redakcyjnych. Więc i tutaj na dwoje babka wróżyła.

Nie da się ukryć, że ta niepozorna lektura wzbudziła we mnie mnóstwo sprzecznych emocji pod chyba każdym względem – od treści, po samo wydanie.

James Matthew Barrie, Piotruś Pan i Wendy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 224 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Mitologia. Przygody słowiańskich bogów” Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło

Tak, to jedna z tych książek, które z pełną premedytacją kupiłam dla siebie zasłaniając się faktem posiadania dziecka (niecałe 3 lata, oj tam oj tam!) i budowania biblioteczki na przyszłość. Ale prawda jest taka, że w swoim czasie z prawdziwą przyjemnością podsunę ją mojej córce. A na razie sama skorzystam.

Strasznie się cieszę, że nareszcie powstają pozycje takie jak ta – dotychczas nasza rodzima, słowiańska mitologia traktowana była po macoszemu przygnieciona popularnością monumentalnego dziedzictwa grecko-rzymskiego i coraz częściej pojawiających się motywów zaczerpniętych z kultury skandynawskiej. O ile dobrze pamiętam, w szkole poznaje się wyłącznie jeden słowiański mit, chyba o Światowidzie, bogu o czterech obliczach.

Sama dowiedziałam się nieco więcej na temat słowiańskich bogów całkiem niedawno z fantastycznych książek „Bestiariusz słowiański” i „Mitologia słowiańska”. I chociaż tą pierwszą widziałam ostatnio na dziale dziecięcym w markecie, to jednak nieszczególnie rekomenduję tą encyklopedię jako źródło wiedzy dla najmłodszych, a raczej dla ciekawskich kończących już pomału podstawówkę. Natomiast książka Melanii Kapelusz skierowana jest właśnie do tych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją szkolną przygodę. Według mnie można ją spokojnie sprezentować już ośmiolatkowi. I będzie to piękny i wartościowy prezent.

No właśnie – ta książka jest piękna i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Jak większość pozycji z egmontowej serii ART, została starannie wydana i jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. Duży format, twarda oprawa i magiczne ilustracje zakomponowane na całych stronach to już uczta dla wyobraźni sama w sobie. A do tego tekst faktycznie traktujący wierzenia naszych przodków jako cudowne i zaskakujące przygody.

Pięć mitów przybliżających czytelnikowi w jaki sposób Słowianie tłumaczyli sobie istnienie świata i zjawiska pogodowe zakończonych zostało krótkim słowniczkiem z krótkimi opisami bogów, jakbyśmy podczas lektury zapomnieli kto jest kim. I jedynym, czego trochę zabrakło, jest spis treści.

Mi osobiście czytało się świetnie. Znalazłam tu nie tylko znane mi już mity subtelnie przystosowane do sugerowanego wieku odbiorców, ale również zupełnie nowe opowieści. Bez wahania polecam i małym i dużym, bo to przygoda dla czytelnika w każdym wieku.

Piękna i wartościowa. I nareszcie mamy się czym pochwalić, bo przygody naszych bogów, szczególnie tak atrakcyjnie przedstawione, nie odstają w niczym heroicznym opowieściom o bogach greckich, czy nordyckich.

Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło, Mitologia. Przygody słowiańskich bogów, Warszawa: Wydawnictwo EGMONT ART, 2018, 82 s.

Bajki Majki: „Być jak tygrys” Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak

Na tą książkę skusiłam się stosunkowo dawno temu, bo dżungla wykreowana ręką Emilii Dziubak to zjawisko, które po prostu trzeba mieć w swojej biblioteczce, jednak przy pierwszym kontakcie Majka nie podzielała mojego entuzjazmu ani troszkę. Może była jeszcze za mała, a może to dlatego, że w naszym domu od zawsze królują lwy, chcąc nie chcąc musiałam odłożyć Tygrysa na półkę „na lepsze czasy”. I całkiem niedawno te czasy nadeszły, na co mógł mieć wpływ bobasowy przydział do przedszkolnej grupy „Tigers”, z którego jest bardzo dumna. I tak oto książeczka wzgardzona od jakiegoś czasu jest u nas absolutnym hitem czytanym przynajmniej raz dziennie. To też doskonały przykład tego, że warto co jakiś czas ponownie podsuwać swoim maluszkom książki, które początkowo im nie podeszły, być może to jeszcze nie ich czas.

Jeśli chcecie przekazać swojej latorośli odrobinę fachowej wiedzy na temat życia i zwyczajów tygrysów, to bardzo mi przykro, ale to nie jest książka dla was. Bo też i wykreowany przez Wechterowicza bohater na pewno nie należy do typowych przedstawicieli swojego gatunku i zawzięcie walczy z pomówieniami na swój temat.

Bo kiedy słońce gaśnie i zapada zmrok, Tygrys odsłania przed małymi czytelnikami swoją prawdziwą (przeuroczą!) naturę. Jeśli sieka pazurami, to tylko owoce na sałatkę, jeśli się do kogoś cichuteńko skrada, to tylko po to, by zrobić mu niespodziankę, a kiedy znajdzie w lesie porzucone jajka… zaczyna je wysiadywać!

Jest ciepły, miły, troskliwy i pomocny. To po prostu kipiąca dobrym humorem i pozytywną energią dusza towarzystwa. I zupełnie przy okazji wspaniały wzór do naśladowania.
No i oczywiście z pewnością nie gryzie. Ot, czasami połyka w całości.

Wyjątkowo sympatyczna i trochę przewrotna historia o nie przykładania wielkiej wagi do stereotypów. Szczególnie, kiedy mamy w sobie dziecięcą wiarę w magię, która bywa czasami znacznie bliższa prawdy, niż „mędrca szkiełko i oko”. A skoro już o oczach mówimy, to ta książka gwarantuje im nieziemską ucztę, bo być może da się nie wymiękać na widok ilustracji Emilii Dziubak (chociaż sama nie spotkałam się jeszcze z takim zjawiskiem), ale nad bujną roślinnością jej tropikalnego lasu nie sposób nie pochylić się na dłużej, a do mięciutkiego tygrysa o obłej mordce lubi się od pierwszego wejrzenia. Szczególnie, że to przede wszystkim ilustracje wiodą tu prym, opowiadając całą historię czasem nawet lepiej niż sam tekst.

Naszym zdaniem to absolutny must have. Kochamy i podziwiamy.

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Być jak Tygrys, Warszawa: Wydawnictwo Ezop, 2017, 32 s.

Bajki Majki: Książeczki z zadaniami i naklejkami dla dzieci 2+

Wakacje w pełni, czekają dłużące się podróże pociągiem lub samolotem, wypady do restauracji i kawiarni, albo po prostu deszczowy dzień w hotelu, a malucha trzeba czymś zająć, żeby nie robił rozróby. U nas w tym celu świetnie sprawdzają się różnorodne książeczki aktywizujące, które zawsze staram się mieć poupychane po torebkach, czy w samochodowym schowku tak „na wszelki wypadek”.

Najwygodniejsze, ale też najkrócej przykuwające uwagę są te z naklejkami. Ale jeśli w torebce znajdzie się też miejsce na kredki, to już wybór jest naprawdę ogromny. Zerknijcie na nasze wybory:

Malowanki wodne, czyli genialny pomysł na upał i nie tylko. Wymagają minimalnego przygotowania, bo wystarczy pędzelek i jakikolwiek pojemniczek z odrobiną wody i generują stosunkowo mały bałagan (a odkąd odkryłam specjalne „kubki-niekapki” do malowania to już w ogóle potencjalne straty zostały ograniczone do zera). Można znaleźć takie z ulubionymi bajkowymi bohaterami, albo tematyczne – piłkarskie, czy wielkanocne. Mają ładne kolory, nie brudzą i nie przebujają, bo zazwyczaj są jednostronne. A dzieci uwielbiają malowanie, nie mówiąc już o taplaniu się w wodzie.

Uwolnij kolory. Wielkanoc, Wydawnictwo Zielona Sowa.

Maluszkowy Świat od Wydawnictwa Zielona Sowa to bardzo proste kolorowanki z dwudziestoma naklejkami dla najmłodszych – idealne na początek przygody ze skupianiem się na zadaniach. Są bardzo ładnie wydane – jedna strona jest kolorowo zadrukowana i zawiera podstawowe informacje o danym zwierzątku/warzywku/pojeździe it., czasami z zagadką albo drobnym zadaniem manualnym, na drugiej natomiast czeka zadanie plastyczne – kolorowanie i naklejanie. Super, że przewidziano klika naklejek więcej, niż należy umieścić w książeczce i dziecko może je sobie wykorzystać w dowolny sposób. W serii jest sześć książeczek, każda podejmująca inny temat, jest więc w czym wybierać.

Maluszkowy Świat. Jedzenie. Kolorowanka z naklejkami, Wydawnictwo Zielona Sowa.
Maluszkowy Świat. Zwierzęta. Kolorowanka z naklejkami, Wydawnictwo Zielona Sowa.

Rymowanki naklejanki to tylko odrobinę wyższy stopień zaawansowania – książeczki są zbudowane bardzo podobnie do Maluszkowego Świata, z tą różnicą, że poza naklejkami i kolorowankami zajedziemy tu również rymowane wierszyko-zagadki, na które odpowiedzi trzeba poszukać właśnie wśród naklejek.

Rymowanki naklejanki. Zagadkowe pojazdy, Wydawnictwo Zielona Sowa.
Rymowanki naklejanki. Zagadkowe warzywa i owoce, Wydawnictwo Zielona Sowa.
Rymowanki naklejanki. Zagadkowe zwierzęta, Wydawnictwo Zielona Sowa.

Ćwiczenia z myszką Tini. Książeczka z naklejkami dla 2-latków – z ręką na sercu przyznaję, że sama w życiu bym tej książeczki nie kupiła, głównie ze względu na postać klauna, która jakoś mnie odrzuca w publikacjach dla dzieci. Książeczkę przyniosła Majce babcia i mieliśmy do czynienia z przypadkiem miłości od pierwszego wejrzenia. Moje dziecko nie chciało wstać od stoliczka, dopóki w ćwiczeniach nie skończyły się naklejki – to był pierwszy przypadek tak długiego skupienia się na zadaniach w całej naszej historii. W książeczce są tylko naklejki – większe i mniejsze – nie wymaga więc posiadania żadnych dodatkowych przyborów. Jest prosta, a mimo to bardzo kreatywna, poza zdolnościami manualnymi i motoryką małą uczy przede wszystkim kojarzenia faktów, utrwala kształty i kolory. Wymaga niewielkiej pomocy rodzica w zrozumieniu poleceń.

Ćwiczenia z myszką Tini. Książeczka z naklejkami dla 2-latków, Wydawnictwo Grafag.

Lilla Lou Edu! to seria ślicznych książeczek z zadaniami dla dwu i trzylatków. Dużym atutem i głównym środkiem przekazu są tutaj ilustracje zajmujące większą część książeczki, towarzyszą im proste zadania do rozwiązania przy pomocy naklejek – głównie doklejanie elementów uzupełnione co jakiś czas o wierszyk, czy proste informacje związane kształtami i kolorami. Książeczki dla trzylatków są odrobinę trudniejsze, wymagają nieco bardziej rozwiniętej umiejętności kojarzenia informacji oraz użycia kredek, mimo to moja 2,5 latka bardzo dobrze sobie z nimi radzi.

Lilla Lou 2+ Edu! Zwierzęta.
Lilla Lou 3+ Edu! Owoce.

Akademia mądrego dziecka. Kiedy słonko świeci to przede wszystkim kolorowanka, a naklejki pełnią w niej marginalną rolę i tak naprawdę można je wykorzystać w dowolny sposób.

Ilustracje ułożone zostały w przemyślanym, logicznym ciągu – mały odkrywca najpierw widzi jajka, potem ma do pokolorowania gniazdko, na kolejnym obrazku przedstawiono same skorupki jajek, z których wykluły się pisklęta do pokolorowania. Drugim pomysłem jest rozłożenie obrazka na czynniki pierwsze – najpierw dziecko przygląda się ilustracji, na której umieszczono wyrastającego z doniczki krokusa podlewanego wodą z konewki, a na kolejnych stronach pojawiają się po kolei kolorowanki z różnymi jej częściami – osobno doniczką i kwiatkiem. A jeszcze później kolejne elementy kojarzące się z tym obrazkiem – siedzące na kwiatku motylki, słonko i ślimak. Na sam koniec takiej sekwencji pojawia się ilustracja, na której coś nie pasuje – w gnieździe zamiast jajek siedzi ślimak, a z podlewanej obficie doniczki wyrasta siatka na motyle. Dzięki temu maluszek ma szansę na sprawdzenie i utrwalenie wiedzy, którą przed chwilką zdobył.

DSC_0781

Z jednej strony jest bardzo wygodna w podróży ze względu na utwardzaną tylną stronę, która pozwoli z powodzeniem rysować „na kolanie” z drugiej obrazki na górnej stronie czasami wymykają się małym rączką, mimo zagięcia książeczki.

Więcej o tej pozycji pisałam jakiś czas temu na Bajkowirze.

Marzena Dobrowolska, Akademia mądrego dziecka. Kiedy słonko świeci, Wydawnictwo Egmont.

Rozum mam, myślę sam! Zabawy edukacyjne 2-latka – podobnie jak powyższa, ta książka również ma usztywniany tekturką tył, jednak ze względu na umieszczanie zadań wyłącznie na jednej stronie i znacznie większy format jest zdecydowanie wygodniejsza (do wypełniania, ale nie do noszenia w torebce).

Zeszyt ćwiczeń od początku do końca został zaprojektowany z myślą o dziecku. Szczególnie widać to poleceniach, gdzie treść pisana uzupełniona została prostymi symbolami powalającymi maluszkowi czytać razem z rodzicem i lepiej rozumieć czekające go zadania.

32 karty edukacyjne zawierają proste zadania ćwiczące sprawność małych paluszków w operowaniu kredkami, znajomość kolorów, spostrzegawczość, pamięć i kojarzenie faktów oraz podstawy liczenia. Bardzo podoba mi się, że każda karta skłania do różnych aktywności – na każdym z obrazków trzeba coś narysować, coś wskazać, coś znaleźć i przykleić albo policzyć.

Proste ilustracje w żywych kolorach zachęcają do zabawy, duże kształty nie zniechęcają i pozwalają spokojnie trenować paluszki, a mnogość i różnorodność zadań nie pozwala się nudzić. Bobasa najchętniej zrobiłaby wszystkie zadania na raz.

Jest tu wszystko, czego tylko maluch może zapragnąć – plaża i piaskownica, maszyny budowlane, robaki, opadnięte liście i błotniste kałuże, owoce i warzywa, wiejskie i domowe zwierzątka oraz to, co dzieci lubią najbardziej – naklejki. Poza wymienionymi wyżej umiejętnościami, książeczka zapewnia dziecku również porządny trening samodyscypliny – moje dziecię najchętniej od razu powyklejałoby wszystkie w jedno miejsce. Tym miejscem jest jej koszulka, ewentualnie kaloryfer :D A tu można użyć jednej naklejki na kilka stron…

Więcej o tej pozycji pisałam jakiś czas temu na Bajkowirze.

Elżbieta Pietruczuk-Bogucka, 2-latek – Rozum mam – myślę sam!, Wydawnictwo Zielona Sowa.

Naklejanki z serii Obrazki dla najmłodszych były naszymi pierwszymi książeczkami z naklejkami (a przerobiliśmy już prawie całą serię!) i towarzyszą nam praktycznie odkąd Majka skończyła 1,5 roku. W zależności od tematu, a wybór jest ogromny!, mają różny stopień trudności. Niektóre z nich mają również „cień” przedmiotu pomagający w dopasowaniu naklejki, inne charakteryzuje dowolność ograniczona jedynie treścią polecenia. Do pokazania zostały mi akurat najtrudniejsze, bo za te się jeszcze nie zabraliśmy. Na początek polecam te o kolorach, zakupach i zwierzątkach wszelakich. A na Święta oczywiście świąteczne! To bardzo fajne zadanie do kalendarza adwentowego.

Nathalie Bélineau, Sylvie Michelet, Obrazki dla najmłodszych. Naklejanki. Dinozaury, Wydawnictwo Olesiejuk.
Nathalie Bélineau, Sylvie Michelet, Obrazki dla najmłodszych. Naklejanki. Cyfry, Wydawnictwo Olesiejuk.

Kolorowe naklejanie – książeczki z naklejkami z tej serii są trochę bardziej zaawansowane. Co prawda tutaj również są „cienie” naklejek pomagających w ich dopasowaniu, ale poza samym naklejaniem jest w niej sporo tekstu przekazującego maluszkowi sporo informacji, w przypadku naszych egzemplarzy są to wiadomości dotyczące opieki nad kotami i życia w gospodarstwie. Trochę do naklejania i trochę do czytania – świetne na wspólne deszczowe popołudnie.

Kolorowe naklejanie. Baw się i poznawaj. W gospodarstwie, Wydawnictwo Olesiejuk.
Kolorowe naklejanie. Baw się i poznawaj. Koty, Wydawnictwo Olesiejuk.

Bardzo podobne do powyższych są Naklejkowe historyjki – różnią się formatem (są nieco mniejsze) i stylem ilustracji, a zawarte w nich informacje są raczej szczątkowe i ograniczają się zazwyczaj do jednego zdania na stronę. Super, że poza naklejkami dedykowanymi na określone miejsca jest naprawdę dużo dodatkowych, którymi można ozdobić strony książeczki, siebie i wszystko wokół.

Agnes Besson, Naklejkowe historyjki, Morze, Wydawnictwo Olesiejuk.
Agnes Besson, Naklejkowe historyjki, Zwierzęta domowe, Wydawnictwo Olesiejuk.

Seria Gdzie pracuje… charakteryzuje się śliskimi stronami i, co za tym idzie, możliwością wielokrotnego naklejania i odklejania naklejek. Super sprawa dla fanów pojazdów wszelakich. A i zwierzątek jest w nich bez liku.

Gdzie pracuje… traktorek, Wydawnictwo Aksjomat.
Gdzie pracuje… wóz strażacki, Wydawnictwo Aksjomat.

Jupi! Uczę się i bawię to już nieco wyższa szkoła jazdy. Naklejek jest aż 300 i nie zawsze łatwo się połapać co gdzie nakleić. Za to poza naklejkami znajdziemy tu również zadania na spostrzegawczość i proste liczenie, a także, co chyba podoba mi się najbardziej, naklejkowe puzzle. A ilustracje są naprawdę cudowne.

Jupi! Uczę się i bawię. Ja i małe zwierzaki, Wydawnictwo Jupi!

Kolorowanki z ulubionymi postaciami z bajek. Tego jest na rynku od wyboru do koloru i jeszcze więcej – z naklejkami, kolorowymi konturami, z dołączonymi farbkami, czy wyrywanymi stronami. U nas ostatnio prym wiedzie Klinika dla pluszaków i Kubuś Puchatek, a frajda jest szczególnie wielka, kiedy zamiast kolorować kredkami wyciągamy farbki wodne – bałagan stosunkowo niewielki, a dają +100 do zaangażowania.

Kubuś i przyjaciele. Kolorowanka z naklejkami, Wydawnictwo Ameet.
Klinika dla pluszaków. Dosia i szpital. Kolorowanka z naklejkami, Wydawnictwo Ameet.
Kubuś i przyjaciele. Moja pierwsza kolorowanka, Wydawnictwo Ameet.

Dla wielkich fanów kolorowania, którzy potrafią skupić się na tym przez dłuższą chwilę (albo lubią malować na przykład stopami) i przy okazji nie mają psotnego kota, który zawzięcie psuje całą zabawę, polecam kolorowanki podłogowe. Bardzo fajną propozycję ma Fisher Price – kolorowanie i zgadywanie z naklejkami. Jak sama nazwa wskazuje kolorowanka jest rozszerzona o zadania i naklejanie. Jest ich kilka wersji, każda z innym bohaterem.

Fisher Price. Króliczek. Kolorowanie i zgadywanie z naklejkami, Wydawnictwo Olesiejuk.

Nie mija u nas również szał na Świnkę Peppę, dlatego też w tym zestawieniu nie mogło zabraknąć książeczek z tą bohaterką. Jest ich kilka serii i naprawdę dużo części, ale wszystkie charakteryzuje obecność naklejek i spore zróżnicowanie pod względem trudności zadań – znajdziemy w nich stosunkowo proste dopasowywanie szczegółów, szukanie różnic, czy przeciwieństw, ale również proste zadania z liczenia, wprowadzenie nauki zegara, a nawet przepisy kulinarne. Są bardzo rozwijające, poruszają mnóstwo tematów, bywają czasami trochę na wyrost i wymagają sporego zaangażowania rodzica, ale na pewno są warte uwagi. Ponadto jest to prasa, możemy więc polegać na regularności wydawania. Nietrudno też zdobyć starsze numery.

Peppa Pig. Chrum chrum. Ciasta i ciasteczka, czasopismo.
Peppa Pig. Zabawy z naklejkami. Wesołe przygody, czasopismo.

Podobną cykliczność dają nam dwa stosunkowo nowe czasopisma dla maluszków – Uszek i Moje Maluchy (to drugie oferuje nawet opcję prenumeraty z dostawą do domu). Obie są genialne nie tylko ze względu na fantastyczną grafikę i rozwijające zadania, ale przede wszystkim na obrazkowe polecenia, które po odrobinie ćwiczeń dziecko jest w stanie zrozumieć samo. I mam to przetestowane, bo po kilku dniach wspólnego rozwiązywania gazetki Majka ściągnęła ją sobie sama z szafki i rozwiązała samodzielnie kilka łatwiejszych zadań nie robiąc żadnych błędów jeszcze zanim ja zdążyłam podnieść się z łóżka. Magia!

Oczywiście część zadań wymaga nadzoru rodzica – dzięki Uszkowi moje dziecko po raz drugi w życiu używało nożyczek!

Moje Maluchy występują w dwóch formatach – my preferujemy ten naprawdę wielki, ale na wakacyjny wyjazd lepiej sprawdzi się mniejsze wydanie.

Moje Maluchy. Zwierzęta domowe, 2/2018.
Uszek, 3/2018.

Przedszkole Żyrafki to prawdziwa gratka dla rodziców, którzy nie chcą lub nie mogą posyłać dziecka do przedszkola lub chcą zająć czymś swojego przedszkolaka w czasie choroby lub wakacji. Konkretna teczka z trzema książeczkami ogólnorozwojowych zadań zapewni wspólne zajęcie na wiele godzin. Znajdziemy tu zabawy plastyczne, zabawy językowe i zgadywanki. I oczywiście całkiem sporo naklejek. Pomoc rodzica jest niezbędna, ale same zadania często wykraczają poza sztywne siedzenie przy stoliczku i wypełnianie książeczek. Teczka występuje w pięciu wersjach odpowiednich dla wieku dziecka.

Przedszkole Żyrafki. 2-latek, Wydawnictwo Olesiejuk.

Bajki Majki: „Mała Lama zbuntowana” Anna Dewdney

Tą książeczkę dostałyśmy w prezencie na dzień dziecka i nie ma co ukrywać – to był strzał w dziesiątkę dla mojej małej kumulacji buntu dwulatka. A teraz w dodatku przedszkolnego buntu dwulatka. A mimo to mam względem tej książki mieszane uczucia.

O tym, że lamy są super chyba nie trzeba nikomu mówić, szczególnie, że ostatnio (wraz z jednorożcami i leniwcami) przeżywają swój renesans i widujemy je na każdym kroku na każdym chyba możliwym gadżecie (na przykład na majkowym worku na przedszkolne buciki). Nie trzeba iść do ZOO i dać się opluć, by obcować z lamą.

Sama tematyka też zawsze będzie na topie – histerie dwulatków w centrum handlowym to widok, który obrósł już legendą. Mi na szczęście nigdy taka akcja się jeszcze nie zdarzyła w sklepie wielkopowierzchniowym (i z wielką publicznością), ale Bobasa dawała już popisy z rzucaniem się na podłogę w osiedlowym warzywniaku i na podjeździe, więc powoli zaczynam czuć ten klimat. Tym bardziej świetnie, że powstają książeczki na ten temat – będące pretekstem do rozmowy o problemie, kiedy już stres i nerwy opadną, w bezpiecznym i komfortowym otoczeniu wieczornych czytanek.

Mała Lama wybiera się z mamą na zakupy do prawdziwej świątyni handlu, czyli do olbrzymiego sklepu z mydłem i powidłem, gdzie musi grzecznie ścierpieć tłok, ścisk, hałas, przymierzanie gryzących sweterków i mozolne napełnianie wózka artykułami pierwszej potrzeby. A kiedy nuda i frustracja wypełnia Lamę po czubki uszu, mamy piękny przykład rozładowania nadmiaru dziecięcych emocji w sklepowym koszyku – z wyrzucaniem rzeczy, rozrywaniem zakupów, wrzaskiem i wiciem się.

Bardzo podoba mi się reakcja Mamy Lamy – nie jest nierealnie spokojna i pozbawiona emocji – mama ucisza synka, ale przede wszystkim udziela mu wielkiego wsparcia – przytula, tłumaczy i pomaga posprzątać bałagan. Samo przesłanie jest cudowne – kiedy jesteśmy razem, nie straszne nam nawet dłużące się zakupy.

I wszystko wydaje się być fajne – ważny temat, sympatyczni bohaterowie, ciepło i wsparcie psychiczne wobec nieokiełznanych emocji i happy end. Ale z drugiej strony ta książka jest strasznie dziwnie napisana. Rymy się nie rymują, zdania są podzielone w bardzo nienaturalnych miejscach, a niektóre z nich praktycznie nie mają sensu. Nie bardzo wiem, czy taki już jest styl autorki, czy to artystyczna wola tłumacza, ale książkę czyta się wyjątkowo nieprzyjemnie – tekst nie jest płynny, zdaje się być wydukany i kulawy, wobec czego ciężko go zapamiętać dorosłemu, a co dopiero maluszkowi. Może to sposób na pokazanie dziecięcego spojrzenia na świat i sposobu myślenia – zagmatwanego i nastawionego na odczucia i emocje, a nie na jasność komunikatu, ale nieszczególnie to do mnie przemawia.

Niemniej jednak Majka książkę kochała przez dobry miesiąc i czytałyśmy ją codziennie. A mimo to wciąż nie potrafię złapać rytmu ;)

Cieszę się, że ta trafiła na naszą półkę, ale raczej nie sięgniemy po dwie pozostałe części cyku.

Anna Dewdney, Mała Lama zbuntowana, Kraków, Wydawnictwo WAM, 2018, 34 s.

Bajki Majki: „Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska” Alice Pantermüller, Daniela Kohl

Odkąd zostałam mamą sięgam nie tylko po książki dla maluszków adekwatne do majkowego poziomu, ale coraz częściej również  po te dla „młodszej młodzieży”. W końcu na rozpoczęcie wizji środowiskowej nigdy nie jest za wcześnie! Od dłuższego czasu ostrzyłam sobie zęby na serię o Zuzie-Łobuzie szukając ciekawej alternatywy dla fanek Hani Humorek (doskonale pamiętam jak moja młodsza siostra szalała za Hanią ucząc się czytać!) – dziewczynek, które wyrosły już z etapu marzeń o karierze księżniczki i teraz planują zostać psotnicami.

W serii o Zuzie bardzo fajne jest to, że bez problemu możemy sięgnąć po dowolną cześć cyklu nie znając poprzednich. Dzięki temu można wybierać kierując się tematyką, a nie numerkiem na okładce (którego swoją drogą nie ma), i na przykład na wakacje zabrać ze sobą tą o wycieczce nad Bałtyk. To właśnie tematyka „Pełnej profeski” poniekąd przyciągnęła mnie do tej lektury, traktuje bowiem o opiece nad bobasem.

Najlepsza przyjaciółka Zuzy, Zośka, mieszka tylko z mamą i młodszą siostrą. Jednak pewnego dnia do jej życia ponownie wkracza tata wraz z nową partnerką i małym braciszkiem. Kusząc obietnicami drogich prezentów wrabia on swoją najstarszą córkę w opiekę nad uroczym Eryczkiem.

I chociaż chłopiec jest słodki jak małe kociątko, a spacery z wózkiem po parku bywają całkiem przyjemne, szybko okazuje się, że zajmowanie się maluchem to nie przelewki. Natomiast mocno zaskoczyły mnie przedstawione w książce reakcje mam innych dzieci spotykanych po drodze. Nie dość, że nie pomagają dziewczynkom w opiece nad bratem, to jeszcze narzekają na psoty malucha i krytykują same młodziutkie opiekunki.

Całe szczęście dziewczynki zupełnie się tym nie przejmują i prześcigają się w mniej lub bardziej bezpiecznych i odpowiedzialnych pomysłach na okiełznanie eryczkowego wulkanu energii.

Super, że podjęta została tematyka rozbitej rodziny i przyrodniego rodzeństwa, ale już nie do końca pasuje mi sposób, w jaki tata Zośki pełni rolę czarnego charakteru. Bo chociaż ostatecznie przemęczona dziewczynka opiera się manipulacji i znajduje w sobie siłę, by postawić się tacie i jego nowej dziewczynie (nawet kosztem obiecanego smartfona!), to nie do końca pasuje mi takie zakończenie. Ojciec nie widzi swojej winy, nie opamiętuje się i nie przeprasza córki, po prostu traci darmową siłę roboczą. Co więcej, próbuje tej samej sztuczki z Sandrą, młodszą siostrą Zuzy. A to już mocno niefajne. Szczególnie, że mama dziewczynek w żaden sposób nie reaguje.

Poza główną osią fabuły, która skupia się wokół małego Eryka, jest jeszcze jeden problem – zaginiony flet do zaklinania zwierząt Zuzy. Przez całą książkę nasza Łobuza oskarża o jego zabranie swoich braci i chyba ma rację, bo flet ostatecznie znajduje się w bardzo dziwnych okolicznościach. Ale scena z faktycznym zaklinaniem gadów podczas wystawy i magicznie znikających szyb (jakbym już kiedyś czytała podobną scenę….) mocno mi się nie spodobała. I w sumie tak naprawdę nie wiem, czy Zuza wszystko to sobie wyobraziła, czy autorka pomyślała, że takie drastyczne odejście od realizmu raz na jakiś czas będzie fajne, ale moim zdaniem ten wątek bardziej książce szkodzi, niż pomaga.

Bardzo podoba mi się forma książki, która naprawdę przypomina pamiętnik małej dziewczynki – tekst przepleciony jest licznymi rysunkami, podkreśleniami, listami i wyróżnikami, co daje fajny efekt wizualny i bardzo dobrze komponuje się z używanym przez Zuzę językiem.

Natomiast mocno raził mnie konflikt Zuzy z braćmi i ich sposób odnoszenia się do siebie. Zuza grozi braciom torturami ich pluszaków i wielokrotnie pisze, że chciałaby, żeby „się zamknęli” (podobnie pisze również o samym rozwrzeszczanym Eryczku). I nie twierdzę, że wzajemne relacje rodzeństwa zawsze są w porządku, ale tutaj tego rodzaju zachowanie i odzywki traktowane jest tu jako coś normalnego i nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji. Przez to właśnie Zuza sporo straciła w moich oczach. Suma summarum bliżej jej do „Kapitana Majtasa”, niż do „Hani Humorek”.

Niestety minusy przeważają nad plusami. Ze względu na sposób kreacji dorosłych (bierność, bezrefleksyjność, małostkowość) oraz relację między Zuzą i jej braćmi nie mogę wystawić tej książce pozytywnej oceny i na pewno nie podsunę jej w przyszłości mojej córce. Spodziewałam się jednak trochę bardziej sympatycznej bohaterki i historii, która niesie jakąś wartość. A szkoda, bo forma i tematyka są tu dużymi atutami.

Alice Pantermüller, Daniela Kohl, Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 170 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.