Bajki Majki: „Pucio w mieście” Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos

W najnowszej książeczce z przygodami Pucia szykuje się wielkie wydarzenie – wernisaż Cioci Igi. Z tej okazji w domu puciorodzinki odbędzie się rodzinny zjazd i uroczysty obiad. A to przecież masa przygotowań! Na szczęście Pucio i Misia zawsze są chętni do pomocy.

Miasto tętni życiem – podczas spaceru witają się sąsiedzi, pobliska budowa skutecznie odciąga uwagę Bobo od wyprawy po zakupy, który to obowiązek spada na tatę – po przyjęciu ostatniego pacjenta w swojej klinice weterynaryjnej odbierze starszaki z przedszkola i wspólnie pojadą do supermarketu.

Czas nagli, ale stłuczka spowoduje korki i dziadkowie będą musieli chwilę zaczekać, nim zostaną odebrani z dworca, na pewno jednak wszyscy zdążą do galerii na wernisaż. A potem koniecznie na lody do parku!

Mam wrażenie, że w tej części wyjątkowo dużo miejsca poświęcono zasadom bezpieczeństwa w przeróżnych sytuacjach i sposobom zachowania się w miejskiej dżungli – mali czytelnicy dowiedzą się na przykład, że przed przejazdem transportem publicznym należy kupić bilet, które miejsca w autobusie są zarezerwowane dla kogo, że nie wolno za bardzo zbliżać się do placu budowy (nawet jeśli jest się największym fanem koparek na świecie) i że kawa dla mamy to priorytet.

Bardzo lubię pomysł, dzięki któremu Pucio rośnie wraz ze swoimi czytelnikami. Chociaż moja Majka zdążyła już trochę Pucia przerosnąć i przywykła już do nieco bardziej skomplikowanych konstrukcji zdań, to tekstu jest na tyle dużo, że wciąż chętnie słucha najnowszych części, a w opowiadaniu co się wydarzyło po prostu wymiata. Aż nie do wiary, że najpierwsiejszą część przygód Pucia dostałyśmy tuż przed roczkiem i pomagał Bobasie w nauce pierwszych słów. Kiedy to zleciało, ja się pytam?

Jak zawsze jest edukacyjnie i rozwijająco – w tej części duży nacisk położono na opowiadanie, ale znajdziemy tu również przeróżne nazwy zawodów, tajemniczych przedmiotów i pojazdów oraz przyimki miejsca. Książeczka pomoże również oswoić różne, często stresujące sytuacje, jak wizyta z pupilem u weterynarza, spóźnienie wynikające z wypadku drogowego, czy osobistą kraksę na hulajnodze. Jest też rodzinnie (a rodzina Pucia stale się rozrasta), zabawnie i sympatycznie. I zaostrza apetyt na więcej, bo zapowiada kolejną część z sielską wsią w roli głównej.

Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos, Pucio w mieście. Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Muminki zebrane” Tove Jansson

„Muminki” kojarzę przede wszystkim z animacji, która za moich czasów w niedzielę leciała w telewizji w ramach dobranocnki. Na pewno czytałam też w dzieciństwie klika muminkowych książek – na pewno kojarzę „Lato Muminków” i „Pamiętniki Tatusia Muminka”, ale tak naprawdę niewiele z nich pamiętam i to od dawna mój wielki wyrzut sumienia, bo niby człowiek by chciał i ma ochotę (a w końcu wstyd nie znać!), ale jakoś nigdy nie ma kiedy. Obiecałam sobie, że to będzie jedna z tych książek, które będę poznawać razem z córką.

Od jakiegoś czasu rozglądałam się za fajnym wydaniem, bo i jest w czym wybierać. Prawie skusiłam się na wydawane w zeszłym roku pojedyncze tomy w wesołych kolorowych okładkach (też śliczne i pewnie mojej przedszkolaczce bardziej wpadłyby w oko), ale jakoś nie mogłam się zebrać. I w sumie cieszę się, że tak długo się nie mogłam się zdecydować, bo najnowsze, dwutomowe „Muminki zebrane” wydane z okazji setnych urodzin wydawnictwa Nasza Księgarnia całkowicie skradły moje serce. Są przepiękne!

Bardzo lubię serię „klasyki zebranej” nazywaną przez mnie roboczo „klasyką dla dzieci w cegłach”, bo i są to pozycje raczej konkretne. Mamy już w tym wydaniu „Kubusia Puchatka” wraz „Chatką Puchatka” i wszystkie przygody Pippi w jednym tomie. Nie są to co prawda książki, które wrzuca się do plecaka na wyjazd, ale do rodzinnego czytania w wygodnym fotelu pod kocem albo na tarasie w słoneczny letni dzień nadają się idealnie – jest w nich mnóstwo stron do przeczytania i jeszcze więcej przygód do przeżycia. A w takiej oprawie czytanie to sama przyjemność!

Pokaźne tomiszcza o dużym formacie, w twardych okładkach kryją w sobie kolejno pięć i cztery części znanych i kochanych, ponadczasowych przygód Muminków wzbogaconych niesamowicie klimatycznymi czarno-białymi ilustracjami autorki – zarówno zajmującymi całe strony książki, jak i w formie dopełniających tekst przerywników.

W pierwszym tomie znajdziemy „Małe trolle i dużą powódź”, „Kometę nad Doliną Muminków”, „W Dolinie Muminków”, „Pamiętniki Tatusia Muminka” oraz „Lato Muminków”. Na drugi składają się „Zima Muminków”, „Opowiadania z Doliny Muminków”, „Tatuś Muminka i morze” oraz „Dolina Muminków w listopadzie”. Chociaż tekst nie jest szczególnie duży, krój liter i ich rozstawienie sprawia, że czyta się bardzo wygodnie.

Zarówno pastelowe kolory okładek, jak i delikatny kwiatowy ornament obecny na okładkach i wklejce bardzo trafił w moje gusta. Dodatkowym elementem dekoracyjnym jest wypukły biały deseń na przedniej stronie okładki. Wraz z grubszym kremowym papierem całość wygląda bardzo elegancko. Jeśli szukacie idealnego prezentu, albo książki-pamiątki, to nie musicie rozglądać się dalej. „Muminki” aż proszą się o piękną dedykację. I całe godziny czytania.

Tove Jansson, Muminki zebrane. T 1 i T 2, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 464 i 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Jeszcze pięć minut” Marta Altés

Jaka ta książka jest urocza! A jaka prawdziwa!

Cudny picturebook o względności czasu i kwintesencji rodzicielstwa na przykładzie lisiej rodzinki 2+1, czyli 2 pełnych energii synków i 1 nie zawsze nadążający za nimi tata.

Narratorem jest jeden z młodziutkich lisków urwisków, który przez całą książeczkę zastanawia się nad czasem – w końcu jest specjalistą w tym temacie. Już on dobrze wie jak wiele można zmajstrować w pięć minut, zawsze ma czas na skakanie po kałużach i obserwację fascynującej przyrody (szczególnie w drodze do przedszkola), za to zupełnie nie zgadza się z tatą, kiedy ten podczas najlepszej zabawy oznajmia, ze „czas już iść”. Wie czym powinien charakteryzować się „czas dla taty” (rozgardiaszem oczywiście!), i jak wolno potrafi płynąć czas, kiedy nie można się czegoś doczekać. I, oczywiście, jak cenne jest każde pięć minut z tatą.

Strasznie mi się podoba, że dwoma lisimi urwipołciami przez calutki dzień – od pobudki aż po bajkę na dobranoc – zajmuje się tata. Przy każdym czytaniu wyobrażam sobie, że mama lisków jest w tym czasie w spa, gdzie ją masują i piłują pazurki.

To też dobry punkt wyjścia do rozmowy o niekonwencjonalnych rodzinach – w końcu wbrew obiegowej opinii, to nie zawsze mama pełni opiekę nad dziećmi. Chociaż książki o tatusiach (i to bardzo dobre!) pojawiają się na rynku coraz częściej, ojcowie wciąż są pod tym względem trochę dyskryminowani. A tu proszę – mamy pozycję, w której tata fantastycznie ogarnia życie!

Jednocześnie szalenie zabawna i ściskająca serducho wzruszeniem historia o szalonym tacierzyństwie (i w ogóle o „byciu dzieciatym”) w pigułce. A do tego przepięknie ilustrowana, bo po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że totalnie uwielbiam Martę Altés. Te pyszczki, te kolory!

Do dnia taty jeszcze daleko, ale już polecam „Jeszcze pięć minut” na prezent z tej okazji. Będzie też idealny na walentynki, bo mnóstwo tu miłości. I to jednej z najpiękniejszych miłości na świecie – urwisowo-tatusiowej.

Marta Altés, Jeszcze pięć minut, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Bajki Majki: „Nowy w mieście” Marta Altés

Bardzo lubię ilustracje Marty Altés, a jedna z jej poprzednich książek „Jestem artystą” po prostu skradła moje serce. Wiedziałam więc, że to będzie dobra książka, ale jednocześnie poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko.

„Nowy w mieście” to opowieść o białym, puchatym psie sporych rozmiarów, który po długiej wędrówce trafia do ogromnego miasta, które z miejsca go zauroczyło. Postanawia więc odnaleźć w nim swój własny dom.

Miasto jest głośne, pełne kolorów (i to jakich! róże, granaty, zielenie, pomarańcze, prawdziwie wakacyjna uczta dla oczu!), dźwięków, zapachów i interesujących, różnorodnych ludzi. Gnany entuzjazmem i ciekawością nowy przybysz chłonie klimat miasta wszystkimi zmysłami. Im jednak dłużej przebywa wśród mieszkańców, tym bardziej dociera do niego, że wszyscy są bardzo zajęci swoimi sprawami, ciągle gdzieś się spieszą i nie zawsze cieszy ich obecność ogromnego, momentami niezgrabnego psa w ich sklepach i restauracjach. A nasz bohater z każdym kolejnym krokiem czuje się bardziej samotny i wyobcowany w otaczającym go tłumie. Coraz szybciej też traci nadzieję, że znajdzie w tym miejscu swój prawdziwy dom.

Wszystko zmienia się w momencie, kiedy dostrzega małą dziewczynkę, równie zgubioną jak on i pomaga jej w odnalezieniu drogi do domu. Czy wyciągając do kogoś pomocną łapę można odnaleźć swoje miejsce w wielkim świecie?

Piękna opowieść do oglądania, gdzie ilustracje są głównym środkiem przekazu, a niewielkie partie nieco poetyckiego tekstu uzupełniają historię i pomagają małemu czytelnikowi rozeznać się w uczuciach bohatera.

Przekolorowy, cudownie ciepły i pozytywny picturebook o emocjach, życzliwości, pomocy innym i otwartości na drugiego człowieka. O tolerancji i akceptowaniu dzielących nas różnic.

C u d o. Kolejny skarb w naszej biblioteczce.

Marta Altés, Nowy w mieście, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Bajki Majki: „Horror! Czyli skąd się biorą dzieci” Grzegorz Kasdepke

To najdziwniejsza książka dla dzieci o rozmnażaniu, jaka dotąd wpadła mi w ręce – utrzymana w konwencji horroru ze zjadaniem dzieci w roli głównej, gościnną wizytą komandosów (i ich regularną bitwą z przedszkolakami) wśród budzących grozę odgłosów burzy i sporą dawką dobrych rad i całkiem rzetelnej wiedzy bez zbędnego owijania w bawełnę w roli bonusu. Niezły misz-masz!

Pani Miłka – ukochana wychowawczyni przedszkolaków ma w brzuchu dziecko! Na grupę starszaków pada strach, kto następny wyląduje na talerzu przedszkolanki? I jak się obronić przed jej głodem? Ukryć się w szafce, zbudować fort, a może chwycić za broń? Pomysłowe dzieciaki wypróbują każdy z tych pomysłów, a zupełnie przy okazji, w ciągu naprawdę zdumiewających zdarzeń, dowiedzą się skąd naprawdę biorą się dzieci, co jest do tego potrzebne i dlaczego nie grządka z kapustą i majeranek do smaku.

To niestety nie jest książka dla nas, nie pokarzę jej Majce, przynajmniej na razie. A to dlatego, że, podobnie jak jeden z rodziców przedszkolaków z „Horroru”, pozwoliłam sobie kiedyś na średnio mądry żart – wąchając zapamiętale swoje czyste dziecko prosto wyjęte z kąpieli pełnej owocowej pianki powiedziałam, że „pachnie tak apetycznie, że chyba zaraz ją zjem”. Nawet zrobiłam „mniam mniam mniam!”. A Maja… wzięła to jak najbardziej na serio, wpadła w panikę i rozpacz i przez cały kolejny dzień nie chciała się do mnie zbliżać na krok, a potem jeszcze przez długi czas, mimo zapewnień i tłumaczeń patrzyła ma mnie podejrzliwie. W związku z tym „głupie żarciki” o zjadaniu dzieci nie wchodzą u nas w grę, jeszcze odmówiłaby mi chodzenia do przedszkola…

Ale jeśli Wasze starszaki mają mocniejsze nerwy, lubią takie klimaty są już na tym etapie, że nie biorą wszystkiego do siebie i doceniają historie z dreszczykiem, to jak najbardziej, bo w książce znalazło się wiele wartościowych informacji. Poza faktem, że przedszkolaki jednak dowiadują się o tym co u dorosłych idzie gdzie, dlaczego tak i że na golasa, a także o jajeczkach i plemnikach, znajdzie się też sposobność obalenia sporej liczby mitów o bocianach, kapustach i kurierach przynoszących bobasy kupione na allegro. I oczywista oczywistość, że nie tylko dzieci czują strach i że da się go oswoić.

Książkę kończą dobre rady i wskazówki dla dzieci i dorosłych. I nawet jeśli nie przeczytam tej pozycji razem z córką, to te ostatnie strony z pewnością wykorzystam, bo dobrze tam autor prawi.

A całą resztę polecam przedszkolakom nieustraszonym, a rodzicom w szczególności.
Wartościowa, ale nie dla każdego czytelnika.

Grzegorz Kasdepke, Horror! Czyli skąd się biorą dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO: „Opowiem Ci mamo, co robią konie” Ewa Poklewska-Koziełło, Izabela Mikrut

Najnowsza część serii „Opowiem Ci mamo” jest skierowana do najmłodszych czytelników (moim zdaniem jakoś 0-4 lata), bo też różnica poziomu np. między tą pozycją, a „Skąd się bierze miód” jest naprawdę spora.

Na każdej stronie zadania i łamigłówki mieszają się płynnie z informacjami i ciekawostkami z życia koni. I jedne i drugie dotyczą przeróżnych końskich zagadnień – od prehistorycznych koni Przewalskiego i wizerunków naskalnych prosto z Lascaux, przez prace, jakie wykonywały udomowione konie na przestrzeni wieków, aż po różne końskie krzyżówki – wyniki mezaliansów i stworzenia prosto z kart baśni. Mały czytelnik pozna budowę konia, nazwy różnych końskich maści  i chodów oraz wyposażenie stajni, zobaczy jak wygląda dzień z życia stadniny nauczy się nazywać elementy ubioru jeździeckiego zarówno dżokeja, jak i jego konia, a także dowie się co te zwierzęta jedzą i jak je pielęgnować oraz kim były tarpany.

Zdecydowaną przewagę nad słowem pisanym mają tu wypełniające całe strony, bajecznie kolorowe i bardzo szczegółowe ilustracje, a dopełniający je tekst (zarówno przekazujący informacje, jak i treść poleceń) podany jest wpadającym w ucho wierszem lub w formie krótkich podpisów do rozmaitych elementów ilustracji.

Podobnie jak w przypadku poprzednich tytułów z tej serii, jest to jedna z tych książek, które zdobytą wiedzę utrwalają nakłaniając maluchy do wykonywania zadań. Trzeba będzie odnaleźć różnice między pozornie identycznymi stronami książki, nazwać wyrwane z kontekstu fragmenty obrazków, połączyć w pary źrebaki i ich mamy, przejść przez labirynt, a nawet zagrać w wyścigową grę planszową. Na czytelnika czeka też mnóstwo wyszukiwanek, bo i na tych ilustracjach jest czego szukać i za czym sobie oczy wypatrywać – od dzieci, przez zwierzątka, aż po kwiaty czy owady. I bynajmniej nie jest to łatwe zadanie!

Przesympatyczna i bardzo atrakcyjna wizualnie kartonówka dla najmłodszych (z wytrzymałego kartonu, o bezpiecznie zaokrąglonych rogach) nie tylko przekazująca wiedzę o świecie (czasem bardzo szczegółową, bo czy wiecie czym różni się zebryna od zebruli? Ja nie miałam pojęcia!), ale również zachęcająca do aktywnego czytania. Ćwiczy cierpliwość, umiejętność skupienia się przez dłuższą chwilę, spostrzegawczość, kojarzenie faktów i pamięć.

Gorąco polecamy wszystkim małym miłośnikom koników (kucyków, jednorożców i zebryn również!).

Ewa Poklewska-Koziełło, Izabela Mikrut, Opowiem Ci mamo, co robią konie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.
(premiera 27.01.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Radość. Opowiastki dla dzieci” Leo Bormans, Sebastiaan Van Doninck

To już druga część ptasich opowiastek dla dzieci o wartościach, którą Wam pokazuję. Pierwsza z serii była „Szczęście” oparta na koncepcji dziesięciu kluczy do szczęścia, druga to „Przyjaźń”, której nie miałyśmy jeszcze z Majką przyjemności czytać, a „Radość” zamyka ten cykl. Książki można czytać niezależnie od siebie.

„Bierzesz życie w swoje ręce i działasz. W przypadku niepowodzeń, które mogą cię spotkać, nie poddajesz się. Każdy z nas popełnia błędy, ważne, by się z nich uczyć i rozwiązywać problemy”.

Na książkę składa się 10 krótkich opowiadań, których bohaterowie szukają drogi do życia pełnego radości – każdy z nich wybiera inną ścieżkę, kierując się inną wartością. Każdy z nich ma zatem dla odbiorcy dobrą radę, która z pewnością nie raz przyda się w życiu.

Koliber Oli pomoże małemu czytelnikowi odkryć swoje mocne strony, kos Kostek pokonać strach, sowa Uhu wyznaczyć sobie cel, kowalik Zyta przyjąć odpowiednią perspektywę, sójka Garu zaplanować przyszłość, pelikan Pella współpracować z innymi, słowik Lusia mobilizować innych do działania, trzmielojad Perni nie poddawać się, strzyżyk Troglo spełniać swoje marzenia, a bocian Kiko uszczęśliwiać innych.

Podobnie jak w poprzednich częściach, każde opowiadanie kończy część aktywizująca dziecko – są tam pytania do tekstu, pomagające dokładniej zrozumieć i „poukładać sobie” jego treść, tematy do dyskusji skłaniającej malucha do rozważania problemów i szukania rozwiązań, informacje i ciekawostki na temat gatunku ptaków, którego przedstawicielem jest główny bohater i inspirowane nim zadania do wykonania (plastyczne, intelektualne i ruchowe), na przykład liczenie pierścieni przewróconych drzew podczas spaceru po lesie, nasłuchiwanie w ciemności, jak sowy, czy… oglądanie świata głową w dół, zupełnie jak koliber!

Pisałam to już w przypadku poprzedniej części, ale koniecznie trzeba to zaznaczyć po raz kolejny – książki z tej serii są przepięknie wydane. W dużym formacie, z atrakcyjnymi ilustracjami ptaków zarówno w tekście, jak i wypełniających całe strony, na grubym, eleganckim papierze. Opowiadania zostały poprzedzone wstępem i wskazówkami dla rodziców.

Poza wartościami uniwersalnymi i wzorcami postępowania, znajdziemy tu również mnóstwo wiedzy na temat zwyczajów rozmaitych gatunków ptaków. Poza inspiracją do zmian w postepowaniu i zachętą do poszukiwania nowych dróg książka budzi ciekawość i mobilizuje do obserwowania przyrody i ciągłego dziwienia się otaczającą nas naturą.

Leo Bormans, Sebastiaan Van Doninck, Radość. Opowiastki dla dzieci, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Emomisie” Agata Matraś

To już trzecia, po „Liczyświnkach” i „Kolorysiach”, kartonowa wyszukiwanka Agaty Matraś dla najmłodszych.

Tym razem autorka wzięła na tapetę niezwykle ważny dla maluchów (i ich rodziców!) temat – emocje. Bo i będące głównymi bohaterami książeczki misie, wbrew moim pierwszym skojarzeniom, wcale nie eksponują przechodzonego właśnie buntu pasiastą odzieżą, ciężkimi butami i farbowaną grzywką na pół twarzy (ach, pamiętam te czasy!), a po prostu uczą się przeżywać, rozpoznawać i radzić sobie z emocjami. A mali czytelnicy mogą im w tym aktywnie towarzyszyć.

Podobnie jak w poprzednich częściach, książka jest podzielona na strony „wstępu” będące sytuacją przedstawiającą dane zagadnienie (w tym przypadku emocję targającą danym misiem nawiązując tekstem do popularnej dziecięcej wyliczanki) oraz stronę z dotyczącymi go zadaniami – naprzemiennie.

Wszystkie zadania rozpoczynają się od rozpoznawania i wyszukania danej emocji na pyszczkach misiów, a następnie – jak zwykle – czekają malucha labirynty, wypatrywanie różnic i szczegółów, łączenie w pary, zadania na kojarzenie faktów i układanie ciągów przyczynowo skutkowych. Poza samym poznawaniem emocji, ich przyczyn i skutków maluch dowie się również między innymi z czego nie powinno się śmiać, w jakich sytuacjach należy zachować ostrożność, czy jak najlepiej skończyć kłótnię.

W ten sposób w książeczce zostały omówione radość, smutek, strach, zdziwienie, duma, złość, zazdrość, wstyd i niechęć.

Zarówno pod względem wydania – niewielka kartonówka z grubej tektury o bezpiecznie zaokrąglonych rogach – jak i treści jest to książeczka dla młodszych przedszkolaków i dzieci przedprzedszkolnych, ale moja Lada Dzień Już Pięciolatka wciąż bardzo lubi tą serię i równie często wybiera ją do wspólnego czytania, jak i przegląda sama. Okazuje się też, że rozpoznawanie emocji po mimice wcale nie przychodzi jej tak łatwo, jak się spodziewałam – szczególnie jeśli chodzi o wstyd, zazdrość i niechęć.

Jak zwykle jest edukacyjnie, kolorowo, zabawnie i wierszem.

Agata Matraś, Emomisie, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Jeśli szukacie książeczek o emocjach dla nieco starszych dzieci, koniecznie zajrzyjcie do recenzji  „12 ważnych emocji”. Za to maluchom na pewno spodoba się również „Feluś i Gucio poznają emocje”.

Bajki Majki: „Basia i chorowanie” Zofia Stanecka i Marianna Oklejak

Jak każda nowa część przygód Basi, ta również trafiła na majkową półeczkę niedługo po premierze, ale prawdę mówiąc starałam się nie sięgać po nią za często. Żeby nie zapeszyć, bo (odpukać!) od września nie przypałętało nam się nic poważniejszego niż katar i bardzo chciałabym, żeby ten stan utrzymał się chociaż do stycznia. A książeczka o chorowaniu to niemalże kuszenia losu.

Ale przed moją córką nic się nie ukryje, a już na pewno nie nowa Basia. Szybko więc stała się naszą nową ulubioną, przynajmniej na jakiś czas. Bo i temat jest super ciekawy – rodzinę Basi łapie jakiś paskudny wirus żołądkowy (a czy może być coś bardziej fascynującego dla przedszkolaka, jak wymiotowanie?) . I choć w porównaniu z innymi domownikami Basia długo trzyma się dzielnie, to kiedy przychodzi pora na nią, jest tak źle, że konieczna jest hospitalizacja.

Osobiście wolę nazywać rzeczy po imieniu i u nas w domu wymiotowanie nazywamy wymiotowaniem, a biegunkę biegunką. Ale propozycja wymyślona przez Zofię Stanecką, choć musiałam się trochę Mai natłumaczyć o co chodzi, jest całkiem zabawna – otóż osoba, która wymiotuje jest nazywana skazańcem, a osoba z biegunką wybrańcem. Poza tym dowiemy się czym są elektrolity i dlaczego należy je uzupełniać, w tej części pojawia się również dobry zwyczaj zakładania maseczki, jeśli nie jest się pewnym, czy wciąż się nie zaraża.

Książka oswaja również przebywanie w szpitalukroplówkę, kiepskie samopoczucie i poczucie osamotnienia, które można odczuwać, kiedy akurat nie mogą zostać z nami bliscy.

Jak zawsze Basia została genialnie zilustrowana, mam wielką słabość do kreski Marianny Oklejak. Jest poważny temat przedstawiony w przystępny i całkiem zabawny sposób oraz siła, która tkwi w rodzinie. A niepokorna, psotna Basia, nawet w chorobie, jest jedną z naszych naulubieńszych bohaterek.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i chorowanie, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2020, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.