Bajki Majki: „Witaj, przedszkole!” Patrycja Wojtkowiak-Skóra, „Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole” Susanne Gernhäuser

Jeśli chodzi o przedszkole, Maja jest już „starą wyjadaczką” i w tej tematyce najczęściej sięgamy o serię z Dusią w roli głównej i, bardziej pośrednio, po serię o Basi. Książeczki wspomagające adaptację wciąż jednak wzbudzają moje zainteresowanie, a i Maja lubi o przedszkolu posłuchać, choć raczej jednorazowo, zanim stwierdzi że „to dla maluchów”.

O książeczkach, które towarzyszyły nam kilka lat temu podczas majkowej adaptacji przeczytacie TUTAJ, a tymczasem zapraszam na recenzje dwóch świetnych nowości w tematyce przedszkolnej:

„Witaj, przedszkole!” to chyba najlepsza książeczka przygotowująca kilkulatka do roli przedszkolaka, z jaką mieliśmy do czynienia. Jest całkiem grubaśna – ma aż 70 stron! – ale została podzielona na krótsze, tematyczne rozdziały, więc spokojnie można czytać np. po jednym każdego wieczoru, jeśli mamy mniej zaawansowanego słuchacza, albo wiercidupkę, która tak długo nie wysiedzi. Każdy rozdział, krok po kroku dokładnie opisuje co czeka maluszka w przedszkolu. A z doświadczenia mogę powiedzieć, że takie właśnie podejście, czyli wcześniejsze wytłumaczenie i nastawianie dziecka na to, co będzie oraz przygotowanie do wszystkich prawdopodobnych sytuacji okazało się u nas niezastąpione zarówno podczas pierwszej adaptacji, jak i podczas zmiany przedszkola. Super, że akcja książki zaczyna się jeszcze w wakacje, kiedy to rodzice nastawiają głównego bohatera – Krzysia – na czekające go w życiu zmiany. Jeszcze przed swoim pierwszym dniem chłopiec ma szansę odwiedzić przedszkole, dowiedzieć się w jakiej sali będzie spędzał dnie, jakim zwierzątkiem oznaczona będzie jego szafeczka i krzesełko, jak nazywa się jego pani i z kim będzie w grupie MOTYLKÓW. Dostanie nowy plecak i wraz z mamą zrobi przedszkolne zakupy. W pierwszych dniach pozna zarówno plan dnia, dającą poczucie bezpieczeństwa rutynę, jak i możliwe stresujące sytuacje – toaletową wpadkę, kłótnię o zabawki, czy spóźniającą się z powodu korków mamę. Ale przedszkole to również wyjątkowe okazje do świętowania – urodziny, jesienny bal, wycieczka poza przedszkole z pluszowym wężem w łapce, przedstawienie i świąteczne spotkanie również zostały dokładnie opisane.

Chociaż książka ma stosunkowo dużo tekstu, nie brak w niej również uroczych, bardzo kolorowych ilustracji Patrycji Fabickiej – najczęściej wypełniających całe strony.

Moim zdaniem jest rewelacyjna, aż żal, że „za naszych czasów” jeszcze nie było tego tytułu, chociaż dość intuicyjnie wypracowaliśmy sobie bardzo podobną metodę adaptacji. Polecam wszystkim początkującym przedszkolakom z całego serca. Jednak ze względu na dłuższe partie tekstu, wymaga od słuchacza pewnego oczytania i doświadczenia z bardziej zaawansowanymi pozycjami, niż krótkie książeczki w stylu np. Kici Koci. Moim zdaniem to takie 3+. Zwłaszcza, że została wydana z papierowymi stronami w twardej oprawie z ostrymi brzegami. Do czytania i przeglądania pod opieką rodzica.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Patrycja Fabicka, Witaj, przedszkole!, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 70 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Drugą z książeczek – wyszukiwankę – rekomenduję dla nieco młodszych przedszkolaków – moja Majka zaczynała swoją przygodę z przedszkolem w wieku 2,5 lat i moim zdaniem dla takiego malucha byłaby idealna. Szczególnie, że same korzystałyśmy z podobnego tytułu o lakonicznym tytule „W przedszkolu” i wówczas jeszcze Bobasa bardzo lubiła szukanie szczegółów porozrzucanych w przedszkolnym chaosie.

Dwa poprzednie tomy z serii „Moja wielka wyszukiwanka” – „Zwierzęta świata” oraz „Dzień i noc” pokazywałam Wam już kiedyś TUTAJ. Tym razem tematyką 11 planszy są sceny pozwalające małemu czytelnikowi przywyknąć do codzienności w przedszkolu. Od powitania, zmiany butów na kapcie i zdjęcia kurteczek w szatni, przez rozmaite zajęcia, korzystanie z łazienki, posiłki, plac zabaw i drzemkę aż po wycieczki, przedstawienia i zimowe zabawy. Jest gwarno, tłoczno i wesoło, choć i bez nadmiernej idealizacji – nie zabrakło toaletowej wpadki, łez podczas pożegnania z rodzicem, zgubionej czapki, kłótni, czy plam farby. Bardzo spodobało mi się też, że wśród przedszkolnych opiekunów pojawiają się również mężczyźni, co nie jest chyba szczególnie popularne.

Ilustracje mają różny poziom szczegółowości, dzięki czemu będą odpowiednie dla tych mniej i bardziej cierpliwych obserwatorów. Każdej z nich towarzyszy krótki, kilkuzdaniowy tekst zarysowujący daną sytuację i jej kontekst oraz kilka elementów (7-9) do znalezienia na głównym obrazku.

Chociaż, jak sama nazwa wskazuje, tematyką książeczki jest przedszkole, niewielka ilość tekstu, stosunkowo proste, choć szczegółowe obrazki oraz sposób wydania – z grubszymi tekturowymi stronami (ząbko- i ślinoodporne) oraz bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprawiają, że spokojnie można sięgnąć po nią już z zupełnym maluszkiem. A po drobnych modyfikacjach można wykorzystać ją jako pomoc podczas oswajania codzienności w żłobku.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2021, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Pozytywka. Witamy w Pandorii” Gijé, Carbone

Odkąd jakiś czas temu kompletnie zakochałam się w Pamiętnikach Wisienki, zaczęłam z większym zaciekawieniem przyglądać się komiksom dla dzieci, chociaż moja Maja zdecydowanie musi do nich jeszcze dorosnąć.

„Witamy w Pandorii” to pierwszy tom bardzo obiecującej serii dla dzieci. Nola dostaje na urodziny pozytywkę – pamiątkę po zmarłej mamie. Gdy przekręca kluczyk, by posłuchać melodii, zauważa w kuli machającą do niej postać… W ten sposób, niczym Alicja, trafia do fantastycznej krainy ukrytej we wnętrzu pozytywki i wpada w sam środek intrygi. Mama nowo poznanej przyjaciółki, która ściągnęła ją do Pandorii, cierpi na nieokreśloną chorobę. Czy to możliwe, że ktoś ją otruł? Który z sąsiadów mógł to zrobić i dlaczego? Czy troje dzieci, z czego jedno z nich aż do tej chwili nie miało pojęcia o istnieniu tego świata, będzie w stanie pomóc chorej i odkryć truciciela?

W porównaniu z przygodami Wisienki mamy tu zdecydowanie mniej tekstu i krótszą oraz mniej skomplikowaną fabułę – jest to propozycja dla nieco młodszych dzieci. Nie brak tu jednak poważnych tematów, choć na razie dopiero wstępnie zarysowanych i umieszczonych w fantastycznym świecie pełnym niezwykłych stworzeń. Dominującym problemem jest tu ogrom tęsknoty po śmierci ukochanej mamy, pojawiają się również motywy choroby i zakazanej miłości („W Pandorii nie można kochać kogo się chce”) oraz bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo czyhające na dziewczynkę.

Nie ukrywam, że do tego tytułu przyciągnęły mnie cudowne ilustracje – zarówno kolory, jak i kreska są bardzo w moim guście, każda strona to uczta dla oczu. Szczególnie, że nie brak tu różnych cudacznych bohaterów, wielogłowych, wielorękich i wyposażonych w mackowe brody. A towarzyszy im klimat tajemnicy i niesamowitości.

Pierwszy z komiksów to tak naprawdę dopiero wstęp do całej historii – czytelnik będzie miał szansę ledwie posmakować klimatu tego świata i rządzących nim praw oraz samej historii. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że sprawa truciciela znajdzie swoje rozwinięcie, a przygody Noli i jej nowo poznanych przyjaciół dopiero się rozkręcają. Jaką rolę w świecie wewnątrz pozytywki pełniła mama naszej bohaterki? Odpowiedzi na wszystkie te pytania mama nadzieję znaleźć w drugim tomie.

Gijé, Carbone, Pozytywka. T.1: Witamy w Pandorii, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest lato” Sam McBratney, Anita Jeram

Jaka jest Wasza ulubiona pora roku? Ja zdecydowanie najbardziej na świecie lubię lato! Urodziłam się chyba w złym klimacie, bo uwielbiam upały. A może łatwo mi tak mówić, bo u nas, nad morzem, zawsze jest trochę chłodniej, niż na południu i w centralnej Polsce. Chyba, ze zimą, zimą jest dla odmiany najcieplej.

Pytania o ulubione rzeczy zadają sobie też Brązowe Zające. Bohaterowie serii „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” na każdą z pór roku mają nową zabawę. Latem uważnie przypatrują się kolorom, których ta pora roku ma całą paletę – żywą i soczystą.  Duży Brązowy Zając i Mały Brązowy Zajączek zastanawiają się więc którą z czerwieni lubią najbardziej (biedronki, maków, owoców?), który z licznych błękitów (nieba, ptaszków, niezapominajek?), czy odcieni zieleni (trawy, liści, a może paproci?). Pewnie domyślacie się, jaki odcień brązowego jest najmilszy ich serduszkom?

Dodatki poświęcone porom roku  zostały wydane w znacznie mniejszym formacie niż pierwsza historia oraz w twardej oprawie (w przeciwieństwie do miękkiej oprawy wersji angielskiej), co w połączeniu z przecudownymi ilustracjami Anity Jeram i prostymi, ale rozczulającymi historyjkami sprawia, że są po prostu cudne.

Część poświęconą wiosennemu kicanku pokazywałam wam w wiosennym zestawieniu, a o zimowym tomie, który na początku czytaliśmy jeszcze w oryginale pisałam więcej TUTAJ.

Sam McBratney, Anita Jeram, Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest lato, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Atlas oceanicznych przygód” Emily Hawkins, Lucy Letherland

To już drugi z serii Ogromnych Atlasów, Które Nie Mieszczą Się Na Żadnej Półce w naszej kolekcji. W przeciwieństwie do „Atlasu Cudów Świata”, ten zabierze nas w podróż po morskich głębinach i wybrzeżach wraz z zamieszkującymi je zwierzętami. A każda kolejna rozkładówka, poświęcona innemu stworzeniu, została przedstawiona jako przygoda. Będziemy więc m.in. szukać schronienia z błazenkami na Wielkiej Rafie Koralowej, drzemać z wydrami u wybrzeży USA, tańczyć z głuptakami na wyspach Galapagos, wabić zdobycz z żabnicami w czeluściach Rowu Mariańskiego, parzyć z żeglarzem portugalskim na Wyspach Kanaryjskich, nadymać się z najeżką na Malediwach, czy zaznawać lodowej kąpieli z morsami na Svalbard.

Atlas został podzielony na 5 rozdziałów odpowiadających 5 oceanom. Zaczyna się od mapy świata i zaproszenia na morską przygodę. Do tego nie trzeba nas namawiać!

Każda rozkładówka to szczegółowo rozrysowana scena ukazująca wycinek morskich głębin. A na każdej z nich prym wiedzie inne zwierzątko – pławikonika od aż po płetwala błękitnego. Jest się czemu przyglądać, szczególnie, że to książka którą najwygodniej na świecie czytać i oglądać rozłożoną na dywanie. Samemu również będąc na nim rozłożonym.

Na samym końcu znajdziemy natomiast dwie tablice – jedną przedstawiającą zagrożenia dla oceanów i drugą ze szczegółami do znalezienia w książce oraz indeks haseł.

W porównaniu do „Atlasu Cudów” jestem bardziej zadowolona z treści, choć tekstu jest stosunkowo niewiele, jak na gabaryty książki – to wciąż zdecydowanie bardziej encyklopedia obrazkowa, z naciskiem na drugi człon. Moja wiedza z biologii nie jest szczególnie imponująca nie mogę kompetentnie ocenić przekazywanych informacji pod względem merytorycznym (byłyśmy natomiast nieco rozczarowane wyjątkowo skąpymi informacjami na temat fok – naszych najulubieńszych mieszkańców wód), podoba mi się jednak sposób ich przekazywania – po niedługim, bardziej encyklopedycznym wstępie u góry strony, reszta wiadomości przekazywana jest w formie ciekawostek rozsianych pośród ilustracji i małych tablic prezentujących np. części ciała danego zwierzęcia, czy różne gatunki. Na każdej rozkładówce znajdziemy również kulę ziemską z zaznaczonym wyraźnie obszarem występowania.

Po raz kolejny wielkim atutem tej wielkiej książki są ilustracje – kolorowe, pełne szczegółów

Nas najbardziej kręcą wodne klimaty, to też wręcz wymarzony temat na upalne letnie dni – więcej książek o wodzie znajdziecie w tym zestawieniu – ale z tej serii wydano jeszcze „Atlas Przygód Zwierząt” i „Atlas Przygód Dinozaurów”.

Emily Hawkins, Lucy Letherland, Atlas oceanicznych przygód, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

A jeśli chcielibyście poczytać o mieszkańcach najbliższego dużego akwenu – naszego Bałtyku, koniecznie sięgnijcie po „Bałtyckie zwierzaki” i zajrzyjcie do Kącika Małego Miłośnika Fok.

Bajki Majki: „Ja i moje mikroby” Philip Bunting

Temat wirusów nigdy chyba nie był tak bardzo na topie, jak podczas dwóch ostatnich lat. Po wybuchu pandemii powstało całkiem sporo książek dla najmłodszych, będących nieocenioną pomocą w przybliżeniu im tego trudnego zagadnienia. Mam jednak wrażenie, że jego popularność nie zaniknie po ustąpieniu pandemii, bo to jednak temat tak ważny, jak fascynujący. Zarówno koronny argument podczas nauki malucha dbania o higienę, upominania przy braniu do buzi brudnych rąk i zabawek, jak i niewątpliwie intrygujący świat tego, czego nie widać gołym okiem, a co ma tak duży wpływ na nasze życie.

O drobnoustrojach przeczytacie również w książkach:
„Dlaczego nosimy maseczki”
„Wirus w koronie, bakteria w kapsule”
Wirus i inne drobne ustrojstwa”.

„Ja i moje mikroby” to propozycja dla przedszkolaków i dzieci wczesnoszkolnych – zawierająca naprawdę sporą dawkę wiedzy (nie bojąc się na przykład łacińskich nazw, czy nieco trudniejszych pojęć) podaną w skumulowanej i bardzo przystępnej formie. Czegoś takiego właśnie mi brakowało!

Dowiemy się z niej między innymi czym tak właściwie są mikroby, gdzie możemy je znaleźć, poznamy kilka najważniejszych gatunków (nie tylko wirusy, bakterie i grzyby, ale również pierwotniaki, archeony, czy priony) wraz z ich przedstawicielami i chorobami, za jakie odpowiadają. Dowiemy się również o pozytywnym wpływie grzybów i bakterii na nasze zdrowie i życie codzienne. Przejdziemy przez zakichany szlak przeziębienia, dowiemy się z czego składa się nasz system odpornościowy i w jaki sposób go wspierać oraz poznamy zasady zdrowego stylu życia. A wszystko to ze sporą dawką poczucia humoru i w obrazkach, bo to one w dużej mierze odpowiadają za łatwą przyswajalność tekstu.

Kto jest odpowiedzialny za puszczanie bąków, kto za smrodliwe stópki, a kto za nauczanie online? O czym pamięta nasza odporność i z czego składają się puchate „dywany” na zapomnianych kanapkach? Komu powinniśmy dziękować, a kogo się wystrzegać? Zdumiewające tajemnice mikrobów czekają na odkrycie!

Philip Bunting, Ja i moje mikroby, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Kocia Szajka i ucho różowego jelenia” Agata Romaniuk

Może zacznę od opinii mojej Majki, lat 5:

„Mamo, pierwsza część też mi się podobała, ale ta jest jeszcze bardziej super!”

I chyba wyczuła to od pierwszej chwili, bo kiedy tylko weszłam do jej pokoju z informacją, że przyszła nowa część „Kociej Szajki”, zaczęła skakać po łóżku z radości.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części czeka nas (i koty!) kryminalna zagadka do rozwiązania.

Tym razem w śledztwie od samego początku prym wiodą dziewczyny. Lola i Poziomka, podczas sesji kociej jogi w kawiarnianym ogródku zostają świadkami zbrodni – nieznany sprawca dopuścił się zamachu na uroczy i cieszący się powszechną sympatią symbol Cieszyna – różowego jelonka. Misternie zaplanowana zbrodnia, czy zwykłe chuligaństwo? Kto byłby zdolny do popełnienia takiego przestępstwa i jakie powody mogły nim kierować? I przede wszystkim – czy zagadka tego kalibru będzie wystarczająca, by przykuć uwagę osławionej Kociej Szajki, która przecież ostrzyła już sobie pazurki na zdecydowanie bardziej poważnych zagadkach?

„Powinnością kotów jest bronić rzeczy dobrych i pięknych!”

Kiedy do kocich detektywek dołącza aspirantka Walerka, powodzenie śledztwa wydaje się być przesądzone. Nie zabraknie jednak podążania tropem przestępcy, analizowania śladów i przesłuchiwania świadków. W końcu nawet najmniejszy, pozornie nic nie znaczący detal może się okazać kluczem do rozwiązania sprawy! Czeka nas również spływ kajakowy, frytowane szproty, czepek w krokodylki, różowe kocie pazurki, jednorożce, obalanie stereotypów płci, połączenia przez koci internet, salto mortale i spora dawka girl power. No i fantastyczne ilustracje oczywiście, to wciąż jedna z najbardziej efektownych pod względem wizualnym książek na majkowej półce! A kiedy doprawimy to wszystko sporą dawką poczucia humoru, wyjdzie książka, od której nie sposób się oderwać. Gdyby tylko moje gardło temu podołało, moja przedszkolaczka przymusiłaby mnie do przeczytania jej całej jednego wieczora, co samo w sobie może stanowić najlepszą rekomendację.

Tylko w następnej części zamawiamy trochę większą rolę dla naszej najulubieńszej bohaterki – Bronki od Cieślarów. Zaczynamy już nawet troszkę rozumieć cieszyńską gwarę!

Po raz kolejny polecamy kociarzom, fanom detektywistycznych zagadek i wielbicielom genialnych ilustracji. A poza tym to po prostu świetna przygoda!

Agata Romaniuk, Malwina Hajduk, Kocia Szajka i ucho różowego jelenia, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2021, 128 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Bajki Majki: „Kod Oracle” Marieke Nijkamp, Manuel Preitano

Pierwsza książka z serii „DC Powieść graficzna 13+”, jaką czytałam – „Catwoman” – była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem i podstawiła poprzeczkę bardzo wysoko. Teraz już spodziewałam się treści wychowawczych i wzięcia na ruszt „trudnych tematów” do przepracowania z młodymi odbiorcami. Za to dla odmiany sama postać i historia Barbary Gordon były mi wcześniej nieznane.

Przybliżę więc dla tych, którzy charakteryzują się w tym temacie ignorancją podobną mojej: Barbara Gordon jest genialną hakerką o analitycznym umyśle i córką komisarza Gordona. Tego komisarza od Batmana. Pewnego dnia jej ciekawość sprawiła, że znalazła się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu i została postrzelona podczas napadu, co skończyło się dla niej niepełnosprawnością. By nauczyła się żyć na wózku inwalidzkim, rodzina umieszcza ją w elitarnym ośrodku – Centrum Rehabilitacji Arhkam. A tam dzieją się naprawdę niepokojące rzeczy. A może to tylko efekt nadmiernie wybujałej wyobraźni pacjentów i ich problemów psychicznych, nieprzepracowanych traum i okropnych wspomnień?  Czy dociekliwość Barbary doprowadzi do kolejnej tragedii, czy może uda jej się rozwiązać zagadkę zaginionych podopiecznych?

„(…) gdybym się nie bała, toby znaczyło, że mi nie zależy. To strach sprawia, że dajemy z siebie wszystko, że przemy do przodu, że próbujemy zrozumieć to, czego nie rozumiemy”.

Tym razem temat przewodni wydaje się być oczywisty – niepełnosprawność i stawiane przez nią ograniczenia, mozolny proces godzenia się z nową sytuację i dalekie od oczekiwanych reakcje najbliższych. Znajdziemy tu jednak również sporo na temat nawiązywania przyjaźni, wyrzutów sumienia, zaufania drugiej osobie, zawierzenia intuicji, nie poddawania się i wątpliwych kwestii moralnych. W połączeniu z niepokojącą zagadką do rozwiązania i świetnymi, oddającymi nieco upiorny klimat ilustracjami wychodzi historia tak wciągająca, jak i edukacyjna. Powiedziałabym nawet, że w przeciwieństwie do historii Catwoman, tutaj mamy nawet mniej moralizowania, albo jest ono po prostu bardziej subtelne, bo ani trochę nie wybija się na pierwszy plan.

Za to jak najbardziej odczuwalna jest duża dawka girl power, nawet jeśli nie tak oczywista, jak to zwykle bywa w historiach o superbohaterach.

Marieke Nijkamp, Manuel Preitano, Kod Oracle, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 184 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Wakajki Majki: Słupsk i okolice

Tak strasznie byłam już spragniona jakiegoś wyjazdu a nasz mały długoweekendowy wypad cieszył mnie tak bardzo, że aż nabrałam ochoty, by zabawić się w blogerkę podróżniczą. Witajcie więc w nowym cyklu pt. „Wakajki Majki”. Będzie dzieciowo (jak już sama nazwa wskazuje), nieregularnie i raczej sezonowo (bo i nie podróżujemy jakoś szczególnie często) oraz ze sporym udziałem książek, bo ja książki wetknę wszędzie. Zapraszam na wpis pierwszy:

Wyprawa pierwsza: Słupsk i okolice

ZAMEK RYCERSKI W KRĄGU

Docelową destynacją naszego pierwszego od prawi dwóch lat wyjazdu był przemianowany na hotel zamek rycerski w Krągu. Albo w Kręgu, bo i z taką odmianą się po drodze spotkałam. W każdym razie miejscowość nazywa się Krąg i jest w niej malowniczy zamek nad niewielkim jeziorkiem.

Historia samego pomysłu na wyjazd jest dość banalna, „wyskoczyła mi” reklama oferty z portalu pośredniczącego w rezerwacji hoteli i pomyślałam, że w sumie nie mamy daleko to fajny pomysł na atrakcję z okazji dnia dziecka dla mojej małej księżniczki. Skusiliśmy się więc na 3 noce w renesansowym zamku. I prezent się udał, przedszkolaczka była zachwycona tym miejscem.

Warto wspomnieć, że poza samym spaniem w zamku i atrakcjami takimi jak gra w bilard, wędkowanie, czy rowery wodne, które oczywiście również przyciągają dziecięcą uwagę, hotel jest wyposażony również w komnatę zabaw z basenem z kulkami, zabawkami i grami planszowymi oraz niewielki zewnętrzny plac zabaw. Na obiady był kurczak i spaghetti, na desery lody, truskawki i naleśniki, czego chcieć więcej.

Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nawet na krótki wyjazd nie spakowała książek. Oczywiście tematycznie! Do majkowej torby trafił więc nasz nowiutki nabytek – „Rok na zamku” Nikoli Kucharskiej.

W przeciwieństwie do na przykład „Roku w lesie”, wyszukiwanka o zamku nie przekazuje wiedzy, a skupia się na baśniowości. Nie znajdziecie w niej realiów życia w średniowiecznej warowni ani prawdziwych historii, zamek został tu przedstawiony bardziej jako teatralna scenografia pozwalająca zaszaleć dziecięcej wyobraźni. Nie brak tu smoków, złotożernych skrzatów, czarownic, magicznych napojów, duchów i żab do całowania.

Tak, jak wszystkie części serii „Rok w…” książka składa się z 12 rozkładówek przedstawiających tą samą scenerię – przekrój zamku – każdego miesiąca roku. Zabiegiem, który bardzo mi się podoba, jest pokazywanie różnych pomieszczeń, dzięki czemu w kwietniu możemy zajrzeć do kuchni, a w marcu ten widok jest zasłonięty przez przejeżdżający wóz kupca. W styczniu widzimy dobrze co się dzieje w Sali tronowej i jadalni, a w lutym te pomieszczenia zakryte są fasada budowli z dekoracyjnymi witrażami, bo jedno z głównych wydarzeń sceny z tego miesiąca – podjęcie delegacji innego królestwa – dzieje się na dziedzińcu. Poza rozkładówkami poświęconymi miesiącom, książkę otwierają strony z krótkim przedstawieniem wszystkich bohaterów, a zakończona jest bonusem w postaci zadania na spostrzegawczość – poszukiwań przekąsek w zamkowej kuchni.

Mały czytelnik może śledzić losy bardzo równoważnych bohaterów – zarówno romantyczne, polegające na spełnianiu marzeń, uskrzydlające i zabawne, jak i bardziej ponure, złośliwe, prowadzące do sporów i waśni, a nawet wojny i zniszczenia.

Wspaniała pomoc do snucia historii dziecku i nauki samodzielnego wymyślania, przypuszczania i opowiadania. A przy okazji niezła gimnastyka dla cierpliwości i spostrzegawczości i spora dawka świetnych ilustracji.

Nikola Kucharska, Rok na zamku, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Niemniej jednak nie jesteśmy typem podróżnika spędzającego wyjazd na relaksie na słonku, a raczej takim, którego „nosi”. Objechaliśmy więc okoliczne atrakcje.

SŁUPSK

Pierwszym i zarazem ostatnim naszym przystankiem był Słupsk, który odwiedziliśmy zarówno jadąc do Krągu, jak wracając do domu do Gdańska. Pierwszego dnia odwiedziliśmy to niewielkie miasto w poniedziałek, czyli w dzień zamknięcia muzeów. Skupiliśmy się zatem na zwiedzaniu atrakcyjnym dla Majki. Słupsk ma fantastyczną trasę zwiedzania dla dzieci Szlakiem Słupskiego Niedźwiadka. Wyprawę zaczynamy w centrum informacji turystycznej, tuż obok ratusza miejskiego, gdzie odbieramy książeczkę – przewodnik, który poprowadzi nas przez całe miasto od jednego misia do drugiego. A niedźwiadkowe rzeźby umiejscowione zostały przed najważniejszymi punktami miasta (także najważniejszymi z punktu widzenia dziecka, jak rozległy park pełen placów zabaw) i udekorowane w sposób podkreślający cechy, z których Słupsk jest dumny i z których słynie  – m.in. znajdziemy misia witkacowskiego, misia podkreślającego ideę wielowyznaniowości, czy nawiązującego do… najstarszej pizzerii w Polsce! Mój ulubiony znajduje się pod miejską biblioteką, znajdującą się w odbudowanym i zaadaptowanym do tej funkcji gotyckim kościele. Po znalezieniu każdego z misiów naklejamy w książeczce odpowiednie przedstawienie niedźwiadka na mapę. A po znalezieniu wszystkich należy wrócić do informacji turystycznej by odebrać Dyplom Zdobywcy Słupskiego Niedźwiedzia. W samej książeczce są również kolorowanki, labirynty, szukanie różnic i inne czasoumilacze dla malucha w podróży, czy podczas oczekiwania na jedzonko przy restauracyjnym stoliku. Warto mieć w torebce małe kredki.

Misiowy przewodnik pozwolił nam poznać miasto na tyle dobrze, że kiedy wróciliśmy do niego w drodze powrotnej, nie mieliśmy najmniejszego problemu z poruszaniem się. A wrócić musieliśmy koniecznie, żeby obejrzeć kolekcję dzieł Witkacego.

Czwartek, tuż przed wieczornym powrotem do domu, był więc mamowym dniem muzealnym. I chociaż martwiłam się, czy Maja wytrzyma małe tournée po oddziałach Muzeum Pomorza  Środkowego w Słupsku, ale dała radę i zgodnie z planem odwiedziliśmy wszystkie trzy. Nie bez znaczenia były w tym przypadku atrakcje dla dzieci. Na każdym z pięciu pięter Białego Spichlerza, gdzie eksponowane są obrazy Witkacego i dzieła inspirowane jego twórczością, znajdowało się „coś dla dzieci”. Puzzle (standardowe i olbrzymie), szukanie na wystawie dzieła sztuki przedstawionego przed wejściem w sposób dotykowy (nie do końca była to tyflografika, ale podobne), czy kącik rysunkowy w którym można przygotować swój własny portret w witkacowskim stylu i umieścić go na specjalnie przygotowanej wystawie. Majce bardzo podobały się również krótkie, teatralne filmiki przed każdą z galerii, w których aktorzy wcielali się w przewodników zachęcających do obejrzenia wystawy. M.in. jedną z takich „odegranych” postaci był duch Neny Stachurskiej.

Do pięknej czasowej wystawy XIX-wiecznej mody damskiej „Na balu i z wizytą” w budynku Zamku Książąt Pomorskich przygotowano magnetyczną układankę pozwalającą maluchowi „ubrać” modelkę w dowolną kreację, podczas gdy rodzice czytali o historii oraz wydawnictwo edukacyjne w formie ubieranki-wycinanki do zabawy w domu. Natomiast kolekcja zabytkowych sztućców, która była dla mnie ogromnym zaskoczeniem – jest świetna, polecam bardzo mocno! – była atrakcyjna dla dziecka ze względu na samą formę ekspozycji. Część eksponatów umieszczono w szufladach kredensów, dzięki czemu Majka mogła samodzielnie je otwierać i dokonywać małych „odkryć”, co bardzo ją wciągnęło i zaciekawiło. Co chwila pytała do czego służą poukrywane w szufladach (i tym samym na idealnej dla dziecka wysokości) łyżeczki, widelczyki, nożyczki, siteczka… był tam nawet sierp do cytryny!

Wystawa „Na balu i z wizytą. Moda damska w XIX wieku” będzie otwarta do 31 sierpnia 2021.
Wystawa sztućców jest nową wystawą stałą w Zamku Książąt Pomorskich.

Jeśli chodzi o jedzenie, to trafiliśmy do dwóch bardzo klimatycznych i strasznie pysznych miejsc, które mogę Wam polecić – wege bistro „Czajka” i restauracji libańskiej Byblos Mezzo House. Niestety nie jestem najlepszym blogerem jedzenowym, bo jak widzę pyszności, to je pożeram, a dopiero potem mi się przypomina, że może mogłam wcześniej zrobić zdjęcie. Kto wie, może w końcu się tego nauczę. Niemniej jednak oba miejsca gorąco polecamy –  również z dzieckiem, bo i z obu nasza przedszkolaczka wyszła najedzona i zadowolona, choć nie miały typowo dziecięcych propozycji w menu.

I jeszcze ciekawostka – w Słupskim Teatrze Lalki „Tęcza” wystawiają spektakl „Niesamowite przygody niesamowitych skarpetek” na podstawie książek Justyny Bednarek, które uwielbiamy. Niestety zorientowałam się za późno i nie było już biletów, nad czym strasznie ubolewaliśmy. Wygląda na to, ze będziemy musieli jeszcze kiedyś do Słupska wrócić.

ZOO CHARLOTTA

Sam dzień dziecka, który akurat wypadał we wtorek, postanowiliśmy spędzić w ZOO w Dolinie Charlotty. Samo ZOO nie należy do szczególnie dużych, ale na uwagę zasługuje sposób jego zwiedzania. Spora część zwierząt, zamiast w klatkach, rozlokowana została na wysepkach na sztucznym jeziorze, gdzie każda wyspa została poświęcona zwierzętom z innej strefy klimatycznej, a oglądać je można z niewielkich stateczków wycieczkowych wraz z komentarzem przewodnika w ramach „Wodnego Safari”. Dodatkową atrakcją rejsu jest przystanek na wyspie lemurów, które można pogłaskać, jeśli akurat zechcą podejść do zwiedzających i okazać im nieco atencji. W naszym przypadku nie zechciały, ale i tak można było obejrzeć je z odległości kilku kroków. Alternatywą dla podróży statkiem między wyspami jest obejście jeziorka naokoło. Nam jednak nie starczyło na drugie kółka czasu, gdyż uwagę Majki przyciągnął bardzo fajny plac zabaw (na terenie ZOO są dwa, naprawdę spore i fajnie wyposażone). Ponadto ogród oferuje możliwość wejścia do woliery z egzotycznymi ptakami, które dla odmiany bardzo chętnie wchodziły z nami w interakcje. Maja nieźle wsiąknęła też w „Krainę Bajek”, czyli część ogrodu zoologicznego, gdzie w chatkach z rzeźbionymi przedstawieniami bohaterów klasycznych opowieści można było posłuchać audiobooków (a te Majka uwielbia) obserwując małe zwierzątka. Przy cokole poświęconym Calineczce odkryłam i pokochałam nutrie.

W innej części doliny znajduje się fokarium, czyli główną atrakcję dnia dla mojej małej miłośniczki foczek. Załapaliśmy się na bardzo fajny trening medyczny i karmienie mieszkających tam fok szarych zupełnie bez tłumów, a Maja uzupełniła swoją kolekcję fok o nowy pluszowy egzemplarz.

LABIRYNTY W PAPROTACH, LEONARDIA

W środę postanowiliśmy objechać okoliczne dziecięce atrakcje. Zaczęliśmy od znalezionego nieco przypadkiem gospodarstwa edukacyjnego „W labiryntach” w miejscowości Paproty. Pojechaliśmy tam dość spontanicznie i „na dziko”, jak się bowiem okazało jest to atrakcja dla grup zorganizowanych (mogą być również grupy rodzinne!) i konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Mimo to powitano nas z otwartymi ramionami, zaopiekowano się nami i podczas zwiedzania największego z labiryntów mogliśmy podłączyć się na trochę do grupki przedszkolaków i wraz z nimi szukać ukrytych w labiryncie flag. Najpierw trzeba było jednak ten labirynt znaleźć! Otrzymaliśmy pierwszą wskazówkę i kierując się niebieskimi strzałkami na kamieniach ruszyliśmy ścieżką przez lasy i bagna zapisując po drodze tajemnicze symbole, z których na koniec odszyfrowaliśmy hasło. W Paprotach labiryntów jest mnóstwo  niektóre mają tylko jedno wyjście, w innych pełno ślepych zaułków, jeszcze inne trzeba zbudować samemu. A ponadto znajdzie się i miejsce na ognisko z kiełbaskami i katapulty do bitwy na balony z wodą. Bardzo fajne miejsce do odwiedzenia większą grupą i wymarzone na jednodniową wycieczkę szkolną czy przedszkolną, jeśli akurat jesteście w okolicy.

Drugim wartym uwagi parkiem edukacyjnym, jaki odwiedziliśmy, była Leonardia – przestrzeń na świeżym powietrzu wypełniona wykonanymi z drewna grami, łamigłówkami i atrakcjami o różnym stopniu trudności, zarówno jedno, jak i kilkuosobowych. Są tam gry zręcznościowe, wymagające logicznego myślenia, oparte na rywalizacji i kooperacyjne. Jedyne, co jest potrzebne, to dobra pogoda, a ta trafiła nam się idealnie. Kręciliśmy się w kółku jak chomiczki, ostrzeliwaliśmy przeciwnika z różnej wielkości katapult i kusz, budowaliśmy most bez użycia narzędzi, po raz kolejny przechodziliśmy labirynty – tym razem niewielkie, ale wymagające wielkiej zręczności. Można też spróbować swoich sił w odtwarzaniu wynalazków Leonarda da Vinci.

Leonardia jest czynna od 1.05 do 30.09 i nie wymaga wcześniejszej rezerwacji. Za to zarezerwujcie sobie na nią przynajmniej 3 godzinki, bo gier jest prawie 100.

Przy okazji tematyki gier i łamigłówek chciałabym jeszcze polecić Wam jeden gadżet, który bardzo ułatwił nam wyjazd. A przynajmniej znacznie zmniejszył poziom dzieciowego jęczenia. Nieco mniejszy niż układanki z Leonardii, ale wymagający takiej samej ilości główkowania.

Torebkowa wersja łamigłówki SmartGames. Tytułów tych podróżnych układanek magnetycznych jest całkiem sporo i długo nie mogłam się zdecydować, który chcę najbardziej. W końcu wybór padł na „Arkę Noego”, bo akurat była dostępna stacjonarnie (a kupowałam właściwie tuż przed wyjazdem. I przed dniem dziecka…) i dla dzieci od 5 roku życia  – tym razem bardzo zależało mi na grze, która poza zadaniami stanowiącymi wyzwanie będzie też miała opcje łatwe dla zmęczonego podróżowaniem móżdżku. I nieskromnie przyznam, że to był świetny zakup, bo dobrze bawiła się cała rodzina.

Docelowo myślałam o niej jako o rozrywce do auta w czasie podróży. Szybko okazało się jednak, że mimo braku liter Maja źle się czuje skupiając na niej uwagę w jadącym aucie. Została więc rozrywką na wieczory i poranki w hotelu oraz nieocenionym ratunkiem podczas oczekiwania na posiłek w restauracji.

Gra składa się z plastikowych 10 elementów o różnych kształtach i koloru z przedstawieniami zwierząt. Każde zwierzę ma swoją parę tego samego gatunku (i na płytce w tym samym kolorze), a naszym zadaniem jest upchnąć wszystkie te (czasem wielkogabarytowe) zwierzaczki na ograniczonej powierzchni Arki Noego. Każde zadanie rozpoczynamy od ułożenia w Arce zwierzęta lub zwierząt (ich liczba zależy od poziomu trudności zadania), które zostały podane, a następnie musimy dopasować resztę kierując się trzema zasadami:
1. pary zwierząt na płytkach tego samego koloru muszą się stykać;
2. wszystkie zwierzęta muszą być ustawione w prawidłowej pozycji – łapami na dół;
3. żadne zwierzę nie może wystawać z arki, a każde z zadań ma tylko jedno prawidłowe rozwiązanie.

I chociaż jest to układanka dla dzieci od 5 roku życia i Maja bez większej frustracji i pomocy z naszej strony (choć czasem trzeba było nieco się nagłówkować) ułożyła pierwsze 13 zadań, to były i takie, które i mnie sprawiły trudność.

Zasania podzielone są na 4 poziomy zaawansowania, po 11-12 łamigłówek w każdym: Starter (1-12), Junior (13-24), Expert (25-36), Master (37-48). I te końcowe są naprawdę ciekawe, jedno zajęło nam dobre pół godziny! To była rozrywka dla całej naszej rodziny (chociaż przecież z założenia jednoosobowa) a z pewnością nie rozwiązaliśmy dotychczas więcej, niż połowy zadań.

Z pewnością za jakiś czas skuszę się  na kolejny tytuł z tej serii. Szczególnie korcą mnie „Rafa koralowa” i „Dziura w serze”.

Noah’s Ark. Magnetic puzzle game
Autor: Raf Peeters
Ilustracje: Hans Bloemmen

Ilość elementów: 10 (5 par zwierząt)
Sugerowany wiek: 5+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Dokąd wybieracie się na wakacje? Macie na liście swoich ulubionych miejsc takie mniej popularne, troszkę ukryte skarby?

Bajki Majki: „Kocie opowiastki” Magdalena Szczepańska

„Kocie opowiastki” to super sympatyczna historia pewnego miotu kociaków urodzonych w szafie, opowiedziana z perspektywy jednego z nich – czarnego jak węgielek Batmana z białym krawacikiem.

Batman pokazuje małym czytelnikom świat z puntu widzenia kociątka (czyli usytuowanego dość nisko) – opowiada o swojej rodzinie, pierwszych krokach i ulubionych zabawach. Dla takiego maleństwa wielką przygodą jest utknięcie na schodach, pierwsze wyjście do ogródka albo do łazienki (kto by pomyślał jak niebezpiecznie może być w łazience!). Groźne przygody potrafią skończyć się nie tylko strachem, ale również chorobami i nieść moralizujące przesłanie nie tylko dla kotków, ale i dla dzieci. Towarzyszymy Batmanowi od chwili narodzin aż do momentu adopcji.

To przeurocza opowieść o dorastaniu i poznawaniu świata, a także o tym, że najmniejsze i najbardziej błahe rzeczy mogą być dla kogoś najważniejsze na świecie. Wszystko to w otoczeniu słodziutkich ilustracji Kasi Nowowiejskiej, które znajdziemy niemalże na każdej stronie, jest więc na czym zawiesić oko. A takim kocim pyszczkom trudno się oprzeć!

Historia Batmana i jego rodzeństwa została podzielona na super króciutkie rozdziały – po jednej, czasem dwie strony tworzące właśnie wspomniane w tytule opowiastki. Dzięki temu książka fantastycznie nadaje się do czytania z zupełnym maluchem mającym jeszcze problemy z cierpliwością i wysiedzeniem dłuższej chwili przy książeczce, będzie też świetną pomocą osładzającą czekanie – na przykład w kolejce do lekarza albo na posiłek w restauracji. Moja nieco już podrośnięta czytelniczka nie akceptuje mniejszej liczby opowiastek niż 7 za jednym razem, nim pozwoli zakończyć rytuał wieczornego czytania.

Magdalena Szczepańska, Kasia Nowowiejska, Kocie opowiastki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2020, 40 s.

Jeśli nie chcecie jeszcze opuszczać świata kociaków, albo zdążyliście się stęsknić, bo minęło już sporo czasu odkąd o nich czytaliście, koniecznie sięgnijcie po drugi tom opowiastek! Tym razem narratorem jest Gucio, który tydzień po adopcji wrócił do domu – nie mogli się dogadać z nową właścicielką w sprawie siusiania na dywan. Ponownie mieszka więc wraz mamą i Pelą w domu Pan Magdy i Pana Tomka. I oczywiście nie stroni od przygód! Będą harce z siostrą, babcine perypetie na wsi, skakanie po juce i rododendronie, wieści od rodzeństwa z nowych domów, przygotowania do Bożego Narodzenia – ubieranie choinki to w końcu dla kociaka atrakcja nie z tej ziemi! Prawie tak wielka, jak znajdowanie prezentów pod tą choinką! Będą też rodzinne wycieczki do ogródka i zostawanie w domu bez opiekunów.

Tym razem opowiastki są odrobinę dłuższe, ale nie za bardzo – po dwie, czasem trzy strony. Są też równie pocieszne i urocze, jak w pierwszym tomie.

To taka słodycz, którą dzieci mogą przyjmować w dowolnych dawkach – nie grozi próchnicą! Polecamy nie tylko kociarzom.

Magdalena Szczepańska, Kasia Nowowiejska, Kocie opowiastki. Gucio o cała reszta, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2020, 42 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.