Bajki Majki: 4 pomysły na drobne świąteczne upominki dla przedszkolaka

Czas oczekiwania na Boże Narodzenie jest wyjątkowy, szczególnie dla dzieci. Warto zatem dopilnować, by miały w grudniu w co rączki włożyć i mogły zarówno pomóc w świątecznych przygotowaniach, jak i miały się czym zająć dając rodzicom chwilę wytchnienia.

Wszystkie poniższe pozycje wybrałam z myślą o kalendarzu adwentowym dla Majki, za który powoli zaczynam się zabierać, jednak świetnie sprawdzą się również jako mikołajkowy upominek w przedszkolu, dodatek do większego prezentu albo po prostu miły drobiazg. Na przykład wtedy, gdy w okresie przedświątecznym wybieramy się na kawę do dzieciatych znajomych i nie chcemy przychodzić z pustymi rękami, ale z drugiej strony nie jesteśmy pewni, czy czekoladowy Mikołaj to aby na pewno bezpieczna opcja (szczególnie, że ostatnio trzeba szukać takichsłodyczy organicznych, bez cukru, bez laktozy, bez glutenu i bez sensu).

A koszty będą podobne, bo i ceny wybornych książeczek zbliżone są do ceny lepszej czekolady – od 5 do 15 zł.

„Świąteczne zabawy i malowanki” – czyli ciesząca oko alternatywa dla zeszytów z kolorowankami. Tym, co szczególnie mnie zachęciło, jest barwny wydruk – moja Bobasa nie jest jeszcze mistrzynią cierpliwości oddającą się kolorowaniu całym swoim przedszkolaczkowym serduchem i zauważyłam, że widok całkiem sporego konturu obrazka na białym tle po prostu ją zniechęca. Dużo większym powodzeniem cieszą się propozycje zadań, gdzie kolorowanie jest tylko jedną z aktywności. A tutaj zdecydowanie się dzieje – wnętrze książeczki jest kolorowe i pełne różnych aktywności – maluszek, poza kolorowaniem, spróbuje swoich sił w rysowaniu szlaczków (na przykład dekorując choinki ozdobnymi łańcuchami, ozdabiając pierniczki, czy świąteczne kartki), szukaniu brakujących szczegółów, rysowaniu po numerach (to jeszcze z maminą pomocą), a także sportretuje swój wymarzony prezent. Zadań nie ma dużo, bo 16 – po jednym na stronę, więc nie zdążą się znudzić, a na pewno skończą się przed Wigilią. Fajny pomysł zarówno na wspólne spędzenie czasu z dzieckiem, jak i na chwilę spokoju na wypicie kawy.

Świąteczne zabawy i malowanki, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2017, 16 s.

„Czupurek i zimowa przygoda” – książeczka z płytą CD, czyli zimowo-świąteczna czytanka trochę inaczej niż zwykle. Na sam początek cienka, uroczo ilustrowana książeczka z nieskomplikowanym opowiadaniem (dopasowanym do najmłodszego odbiorcy) o wróbelku Czupurku i jego pierwszych zimowych doświadczeniach – od zapierających dech widoków, przez marznące piórka, lepienie bałwana, śnieżną bitwę, aż po strojenie choinki i oczekiwanie na Mikołaja. Tekstu jest całkiem sporo, jednak zdecydowanie kolorowe, przesympatyczne ilustracje wiodą tu prym. Po pierwszym czytaniu z rodzicem spokojnie można sięgnąć po płytę z audiobookiem w muzycznej oprawie, którego maluszek może słuchać przeglądając strony książeczki, podczas zabawy albo podczas podróży samochodem.

Poza opowiadaniem, na płycie znajdują się również cztery piosenki – dwie zimowe i dwie świąteczno-mikołajowe oraz kołysanka.

Moja Maja zamówiła u Mikołaja cały zestaw muzycznych bajek na płytach, Czupurek będzie świetnym wprowadzeniem w temat.

Czupurek i zimowa przygoda, Kraków, Wydawnictwo Aksjomat 2015, 16 stron + płyta CD.

„Polskie kolędy dla dzieci” to druga książeczka z płytą, którą Majka znajdzie w kalendarzu adwentowym. Przyznaję, że słoń nadepnął mi na ucho i śpiewaczka ze mnie żadna, a przecież kolędy to coś, co każdy musi poznać – i duży i mały. Jako, że pod tym względem byłabym raczej kiepską nauczycielką, z przyjemnością sięgnę po pomoc wykonawców z płyty. Dołączona książeczka zawiera słowa wszystkich jedenastu nagranych kolęd (już nigdy nie będzie problemu z trzecią zwrotką!) wraz z zapisem nutowym, który za kilka lat z pewnością przyda się nam podczas pierwszych prób gry na instrumentach (i tym bardziej muzykalnym rodzinom też). A do tego wyjątkowo ujęły mnie ilustracje zdobiące zimę całą feerią barw. Do nauki, wspólnego śpiewania i wprowadzania świątecznej atmosfery. Moim zdaniem must have w każdym świątecznym domu.

Polskie kolędy dla dzieci, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2017, 24 s + płyta CD.

„Proste składanki dla dzieci. Szopka bożonarodzeniowa” – i na koniec zadanie manualne – zestaw pozwalający samodzielnie wykonać świąteczną dekorację bez konieczności posiadania żadnych dodatkowych materiałów plastycznych (czyli też praktycznie bez bałaganu). Nie wymaga ani użycia kleju, ani nożyczek – wszystkie elementy ze sztywnej, kolorowej tekturki należy delikatnie wypchnąć, pozaginać w odpowiednich miejscach i złożyć razem. Figurki mają zróżnicowany poziom trudności – wiadomo, że zwierzątka będą troszkę łatwiejsze niż postacie, czy sam budynek szopki ( a już najmniej pracy wymaga maleńki Jezusek), dlatego moim zdaniem z pomocą rodzica (jestem pewna, że Majotata będzie zachwycony tą zabawą) poradzi sobie nawet początkujący przedszkolak, choć sugerowany wiek odbiorcy to 7-12 lat. Każdy element jest w całości zadrukowany i dwustronny, z wyraźnie oznaczonymi miejscami na zagięcia, a instrukcja na okładkach rozwieje wszystkie wątpliwości. Budowanie bożonarodzeniowej szopki będzie idealnym pretekstem do opowieści o historii bożego narodzenia i poznania jej głównych postaci oraz sposobem na rodzinnie spędzony wieczór. A przy okazji sporym wkładem w dekorowanie domu przed Świętami.

Mój wybór padł akurat na szopkę, ale oferta tego rodzaju prostych, papierowych modeli do składania jest całkiem spora, można w ten sposób stworzyć naprawdę różnorodne dekoracje, na przykład na choinkę.

Proste składanki dla dzieci. Szopka bożonarodzeniowa, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2015, 8 s.

Jakie drobiazgi Wasze maluchy znajdą w kalendarzu adwentowym i w bucie/skarpecie na Mikołajki? Wciąż szukam inspiracji na 10 dni Majkowego kalendarza!

Wpis powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Bajki Majki: „Klasyka dla smyka” Julian Tuwim, Jan Brzechwa

To już druga propozycja zbioru najsłynniejszych wierszyków dla maluszków od Wydawnictwa Papilon – „Klasyka dla smyka” pasuje formą do „Zasypianek” zawierających równie znane rymowanki i kołysanki dla maluszków. Coś mi się wydaje, że szykuje się ponadczasowa seria egzemplarzy obowiązkowych w dziecięcej bliblioteczce.

To również nasza druga książka z poezją Brzechwy i pierwsza (poza „Lokomotywą”) ze zbiorem wierszyków Tuwima. Zauważyłam jakiś czas temu, że gruby tom bajek Brzechwy, który świetnie sprawdzał mi się kiedy Majka była jeszcze leżącym bobasem, obecnie zupełnie wypadł z obiegu i smętnie zalega na półce – jest po prostu zbyt gruby i nieporęczny, szczególnie, że wciąż czytamy tylko kilka ulubionych tytułów. Co ciekawe, we wczesnym dzieciństwie Bobasa leżakująca na przewijaku czy macie gimnastycznej uwielbiała słuchać Brzechwy właśnie. Ale wyłącznie wierszy o morskiej tematyce – o sumie matematyku, rybach, żabach i rakach, czy śledziach. Więc w gruncie rzeczy, mimo wielkiego zbioru i tak czytałam może 10 na okrągło.

Oczywiście w małej książeczce wybór wierszy jest bardzo ograniczony – to tylko 6 wierszy Tuwima i 10 Brzechwy. I żadna nie jest o rybach (w sumie to na całe szczęście, bo nie mogę już na nie patrzeć). Za to w jednym miejscu zabrano najlepsze z najlepszych, wierszykowe szlagiery dzieciństwa, dzięki czemu mamy łatwy dostęp do najsłynniejszych rymowanek bez konieczności szperania w opasłych tomiszczach.

To wierszyki, które sprawdzą się w każdym wieku – od urodzenia aż do podstawówki, kiedy to nadejdzie czas uczenia się rymów na pamięć i recytowania na szkolnych apelach. Chociaż jako ściąga sprawdzi się raczej kiepsko – trudno upchnąć w kieszeni.

Za to twarda tekturka stron z pewnością oprze się terrorowi ząbkowania i kapiącej śliny młodych koneserów literatury. Fantastycznie, że rogi stron zostały bezpiecznie zaokrąglone – da się żyć, nawet, kiedy spadnie na stopę (sprawdzone…). Warto również wspomnieć, że jak na kartonówkę, „Klasyka dla smyka” jest stosunkowo lekka, sprzyja więc samodzielnej lekturze. A niewielki, kwadratowy format pozwala na wygodne trzymanie przez rodzica – nawet w jednej dłoni, podczas gdy drugą ręką trzeba podtrzymywać na kolanach wiercącą się latorośl.

Bardzo dobrze się sprawdza u mojej Prawie Trzylatki – ilustracje Anny Kaszuby-Dębskiej i Ewy Poklewskiej-Koziełło są interesujące i dużo się na nich dzieje (to chyba pierwszy raz, kiedy nie potrafię jasno zadecydować, które opracowanie podoba mi się bardziej), wybór wierszy broni się sam już od pokoleń, a czytająca mama często nie musi nawet patrzeć do tekstu, więc jest jeszcze wygodniej.

Atrakcyjna wizualnie, wygodna, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ponadczasowa lektura.

Super pomysł na jeden z pierwszych prezentów dla maluszka. Trochę trudno napisać dedykację, ale pisak do płyt w dłoń i dla chcącego nic trudnego. A pamiątka na lata, bo ładna, niewielka i wytrzymała.

To prawda, że klasyka zawsze się obroni. A w takim wydaniu, to nic trudnego.

Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Klasyka dla smyka, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. T 1. „Tajemnica diamentów” oraz T 25. „Tajemnica zamku”

Maja jest jeszcze zdecydowanie za mała na kryminały, dlatego ta seria dotychczas nie wzbudziła mojego zainteresowania, chociaż nie mogę powiedzieć, że o niej nie słyszałam. Nie dość, że jednym z autorów jest Martin Widmark, to jeszcze co drugi rodzic starszaka poleca ten cykl innym.

Dlatego też z okazji niedawnej premiery kolejnego, już 25 (!) tomu przygód pomysłowych przyjaciół postanowiłam pochylić się nad tym fenomenem.

I chociaż przyznaję, że typowy dla Heleny Willis sposób ilustrowania kompletnie nie wpasował się w moje gusta (i chyba jednak do klimatu bardziej pasują mi czarno-białe ilustracje pierwszego tomu, niż kolorowe ostatniego), to już kilka stron pierwszego tomu zrobiło ze mnie zagorzałą fankę Lassego i Mai. Bo ta dwójka maluchów swoje ferie (i każdą inną wolną chwilę) spędzają w swojej bazie urządzonej na biuro detektywistyczne zaczytując się w kryminałach. I ani trochę nie tęsknią do bawiących się na podwórku kolegów. Moja krew!

Wiecie, że w dzieciństwie moi koledzy mieli szlabany na wychodzenie z domu, a moi rodzice za złe zachowanie i kiepskie oceny konfiskowali mi książki? Działało.

Wracając jednak do tematu, pomysł kryminału dla dzieciaków uczących się dopiero płynnie czytać jest w dechę. Z formalnego punktu widzenia są to typowe książki „na rozruch” – maja duże, czytelne litery, wciąż naprawdę sporo obrazków, zajmujących niekiedy całe strony i potrafią zaciekawić. Ponadto są wydane jak najzupełniej „dorosłe” pozycje, choć mają mniej więcej po 100 stron. A każda z tych książek, to nowa zagadka, którą uczeń z podstawówki jest w stanie sobie poradzić przy odrobinie dobrych chęci.

Zleceniodawca jasno wykłada przed młodymi detektywami swój problem i przedstawia sylwetki podejrzanych – każdy z nich ma motyw popełnienia przestępstwa. Każdy ma jakieś dziwactwa i każdy coś ukrywa. A uważna obserwacja Lassego i Mai kroczek po kroczku prowadzi ich do rozwiązania sprawy – często zaskakująco pomysłowego.

Jest akcja, bywają momenty grozy (odpowiednio krótkie, by mały czytelnik nie zdążył się na poważnie zestrachać), a wszystko kończy się logicznym wyjaśnieniem, wylewnymi podziękowaniami i uściskami dłoni.

W tej serii jest również to, co tak bardzo lubię w kryminałach – niezależnie, czy zaczniemy od tomu pierwszego, szóstego, czy dwudziestego trzeciego (albo jakiegokolwiek innego, który akurat jest dostępny w bibliotece u babci na wakacjach), możemy zaczynać lekturę nie gubiąc żadnych istotnych informacji. Choć wszystkie części łączą postacie samych detektywów, ich miasteczko i jego mieszkańcy, każda książka jest osobną, zamkniętą historią. Można również dokonywać wyboru lektury kierując się tematyką. Wśród tytułów znajdziemy bowiem nie tylko tak oczywiste jak „Tajemnica hotelu”, „Tajemnica pociągu”, czy „Tajmenica złota”, ale również tajemnicę pływalni, biblioteki, zwierząt, szafranu, czy mody. To w ogóle bardzo tajemnicza seria.

Czytelnik ma zatem szansę nie tylko dowiedzieć się kim jest detektyw, jaki sprzęt przydaje mu się w pracy i na co powinien zwracać uwagę, ale może również ruszyć głową i nieco wysilić szare komórki próbując odkryć kto popełnił przestępstwo. No i oczywiście przeżyć przygodę i zakochać się w kryminałach.

Sama nieźle się wkręciłam, to była świetna odskocznia od czytanych przeze mnie ostatnio coraz brutalniejszych i bardziej krwawych przedstawicielach tego gatunku. Mam trochę wrażenie, że dorosłego czytelnika coraz bardziej stara się zaszokować, a pragnąc czystej rozrywki intelektualnej, zagadki rozumianej jako puzzle, trzeba sięgnąć po książkę dla dzieci. W sumie czemu nie?

Ale czy faktycznie miłość do powieści detektywistycznych jest zaraźliwa i roznosi się u pierwszo- i drugoklasistów za pośrednictwem Lassego i Mai, dam Wam znać po Świętach, bo zamierzam sprezentować kilka tomów chrześniakowi ;)

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica diamentów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 76 s.

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica zamku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 102 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

 

Bajki Majki: „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” Marta Kisiel

Dziewięcioletni Bożydar ma niestandardowe imię, niestandardową rodzinę i mieszka w niestandardowym domu. Ma swojego prywatnego (przeuroczego!) anioła stróża i wujka, który stale struga wariata. Pradawny potwór szykuje mu wymyślne posiłki, zamiast komiksów czytuje poezję, a trzy niemieckie widma odgrywają z nim na strychu sztuki teatralne.

Aha, a jego tata jest glutem.

Oj tak, Bożek ma odjechane życie i jest z niego absolutnie zadowolony. Do czasu, aż nie pójdzie do szkoły, gdzie usłyszy, że jest „dziwakiem”. Wtedy stanie się wyjątkowo naburmuszonym Niebożątkiem.

To piękna historia o dorastaniu (a jak wszyscy doskonale wiemy, dorastanie to trauma życia) i uczeniu się funkcjonowania w społeczeństwie. O potędze wyobraźni, przyjaźni, odwadze bycia innym i tolerancji.

To fantastycznie upiorna przygoda, która wywołuje ciarki na plecach i gęsią skórkę na przedramionach. Bo wraz z bohaterami trafimy w zaświaty, gdzie tak samo łatwo o śmiertelne zagrożenie, jak o śluz na butach. Pamiętam z jaką pełną grozy fascynacją czytałam w dzieciństwie „Króla Olch”. Od tamtego czasu zdążyłam już trochę dorosnąć, a okazało się, że jakoś wcale nie jest mniej strasznie.

A jednocześnie ta książka bywa tak uroczo, puchato przekochana, że nie wiem co.

Jest fenomenalna pod względem literackim. Zabawna, prawdziwa i pełna mądrości. Zmusza do niekontrolowanych prychnięć śmiechem i poruszą ważną tematykę. Wyciąga za uszy własne wspomnienia z dzieciństwa i zmusza do mądrego (i nieco zrezygnowanego) kiwania głową nad trudami rodzicielstwa. Czyta się ją jednym tchem i pragnie się więcej.

„Nie możesz go zawsze prowadzić za rękę (…). Czasem niestety musisz się wycofać i patrzeć jako sobie radzi sam. Nawet wtedy, kiedy chciałbyś wkroczyć najbardziej.”

Polecam z całego serca i dzieciom i dzieciatym. Kocham tą książę za przypomnienie moich ulubionych lektur z dzieciństwa, za poczucie humoru, za gluty, pflompanie, za Licho i brokat wymieszany z piaskiem. „Małe Licho” pięknym telemarkiem ląduje na liście moich najukochańszych czytadeł ever. Tuż obok „Tam, gdzie spadają anioły” Terakowskiej.

Genialny klimat na nadchodzące Halloween.

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018,  208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Księżniczki i smoki” Christina Björk, Eva Eriksson

Nie jest łatwo być smokiem. Ani księżniczką, prawdę powiedziawszy. Ale jakby na to nie patrzeć, chyba najtrudniej jest być rodzicem. Nie ważne którego gatunku.

„Księżniczki i smoki” to zbiór siedmiu niedługich, bardzo bogato ilustrowanych opowiadań – po jednym na każdy dzień tygodnia. Dzięki nim poznajemy siedem wysoko urodzonych kuzynek i mamy przyjemność spędzić z każdą z nich jeden dzień. I z każdą z nich przeżyć przygodę, od której włosy się na głowie jeżą.

Bo te historie są kompletnie nieedukacyjne i absolutnie niepoprawne! W końcu czy wiedzieliście, drodzy rodzice, że sceptyczne podejście do higieny i unikanie mydła może kiedyś uratować Wasze córki przed porwaniem przez smoka?

Przede wszystkim jest komicznie i zaskakująco (serio, te opowiadania wymykają się wszelkim standardom, nie tylko tym ze smoczo-księżniczkowego kanonu, ale również tym po prostu zdroworozsądkowym!), ale znajdziemy tu również garść mądrości. Bo księżniczki potrafią się dzielić, nieźle negocjować, bronić młodszego rodzeństwa, obstawać przy swoim i generalnie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Mają też jednak pozłacane telewizory i komputery. Bywają humorzaste, nadąsane, leniwe i uparte. Nie słuchają rodziców (którym swoją drogą też daleko do ideału). To w końcu małe dziewczynki.

A i sprytne smoki nieźle kombinują! Mają zęby w kształcie korkociągu i podpijają poziomkowe wino z królewskiej piwnicy. I oczywiście stale próbują porwać nasze bohaterki.

Jest też księżniczka, która spotyka w internecie złego smoka, po czym pomaga mu szukać miłości na stronach z ogłoszeniami matrymonialnymi.

Nigdy nie widziałam czegoś takiego i wciąż nie mogę się otrząsnąć z szoku.

Ta książka jest zła. Genialnie, cudownie zła. Dzieci będą ją uwielbiać!

PS. Ilustracje są boskie, kiedy zwątpicie w wychowawcze walory tekstu, po prostu cieszcie oczy obrazkami, a wasze rodzicielskie serca wypełni otucha.

PS.2. Czy wspominałam już kiedyś, że UWIELBIAM SMOKI?

Christina Björk, Eva Eriksson, Księżniczki i smoki, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2011, 36 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Pomelo rośnie” Ramona Bădescu, Benjamin Chaud

Chociaż ilustracje Benjamina Chauda znamy dobrze z rewelacyjnej serii dźwiękonaśladowczej o Lalo, Babo i Bincie oraz kompletnie zakręconej książki „Feralne urodziny ze skarpetką”, z „Pomelo” jest to nasze najpierwsiejsze spotkanie. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że już niedługo będziemy nadrabiać wcześniejsze przygody różowego słonia z nadzwyczaj długą trąbą.

Jeśli dobrze kojarzę, to poprzednie książeczki o Pomelo (a raczej o Pomelku, bo Majka wnioskuje wieczorami: „Dzisiaj czytamy o Pomelku, dobrze mamusiu?”) były zdecydowanie mniejsze – a przynajmniej te, które przeglądałam w księgarni – dlatego już na pierwszy rzut oka widać, że dorasta nie tylko sam bohater, ale również format książki. I bardzo mi się taka zależność podoba.

Pewnego dnia Pomelo odkrywa, że jego dmuchawiec podejrzanie się skurczył. A wraz z nim inne elementy codzienności. Po bardzo fachowych pomiarach z użyciem trąby okazuje się, że to nie wszyscy wokół się zmniejszyli, a różowy słonik urósł.

Dorastanie to wielka radość, ale również mnóstwo obaw – czy rośnie w odpowiednim tempie? I czy aby równomiernie? Czy na pewno będzie wiedział, kiedy przestać rosnąć? I czy wraz z rośnięciem nastąpią inne zmieni? Może zrobi się mądry? Albo szary?

Sympatyczny bohater metodą prób i błędów dowiaduje się co można robić kiedy jest się trochę większym, niż było się wcześniej i z czym wiąże się to całe dorastanie. I powiem Wam w sekrecie, że dochodzi do bardzo mądrych wniosków.

Bo rosnąć, to zacząć lubić rzeczy, których się wcześniej nie lubiło, odkrywać nowe smaki – „inne niż (…) słodki, cukierkowy i czekoladowy (u mnie chyba jeszcze ten etap nie nadszedł, a mam już ponad ćwierć wieku!), zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Dorastanie to wielka przygoda. Dobrze zrobić pierwszy krok w jej kierunku razem z Pomelo. Wygląda na to, że wie, co robi.

Mądra, zabawna i świetnie zilustrowana książka dla ciekawych siebie i świata przedszkolaków. Bardzo rozważnie wydana – na grubszym papierze, który ma szanse oprzeć się nie do końca jeszcze wprawionym łapkom, w twardej oprawie gotowej naprostować ewentualne zagniecenia. I chociaż to książka przede wszystkim obrazkowa, to niewielka ilość tekstu niesie zaskakująco dużo treści. Bawi, uczy i elegancko się prezentuje – Pomelo ma sporą szansę na stałe zagościć w naszym repertuarze.

Ramona Bădescu, Benjamin Chaud, Pomelo rośnie, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

 

Bajki Majki: „Ubranka Eli” Catarina Kruusval

Odkąd zakupiłyśmy „Wszystkie psy Eli”, elomania na nowo zagościła w naszym domu. Nasz najnowszy skarb, to jedna z czterech książeczek dla średniozaawansowanych czytelników – średniej wielkości, już z papierowymi stronami, ale wciąż przede wszystkim obrazkowa – tekst odgrywa tu jedynie dopełniającą rolę.

Gdyby to była poprawna i bardzo wychowawcza opowieść, Ela skrzętnie, dokładnie i z cierpliwością by się ubierała. Najlepiej od razu po porannej toalecie, zanim jeszcze mama zdąży ją pogonić. Byłaby to również bardzo nudna opowieść. Na szczęście Ela to mała psotnica i wie jak zaciekawić swoich równie małych fanów – wystarczy postawić na swoim i odwrócić nieco kolej rzeczy. Dlatego też elegancko ubrana Ela (Czyżby na jakieś rodzinne wyjście z rodzicami? Mama pewnie poszła po kurteczkę…) rozbiera się szybciutko z każdego elementu odzieży po kolei. Ale żeby ubranka się nie zmarnowały, każde z nich znajduje nowego właściciela – Ela zakłada sweterek kotu, koszulkę psu, buciki pluszowemu słoniowi, sukienkę misiowi… sama za to świeci golizną, a do majteczek dopasowuje… wyjściowy kapelusz dziadka.

Przesympatyczna historyjka o stawianiu na swoim i dziecięcym postrzeganiu świata nieco na opak. Przede wszystkim jednak o nieskrępowanej radości dzielenia się tym, co mamy. I o przyjaźni – dziecięco-pluszakowej i dziecięco-zwierzecej.

Przy okazji mały czytelnik powtórzy kolory, nazwy ubranek, deseni i zwierzątek. To też fajne ćwiczenie dla wyobraźni i twórczego myślenia, bo czyż skarpetka w paski nie będzie dla lalki idealną… czapką?

Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to nieszczególnie podoba mi się pierwsze zdanie tej książki: „Ela jest zła”. Wydaje mi się, że trafniejsze byłoby sformułowanie „Ela się złości”, bo jednak mimo wszystko złości się akurat w tym momencie, a nie jest zła z natury. To tylko szczegół, ale dzieci łatwo podłapują takie „stygmatyzujące” określenia.

Poza tym książeczka jest super i na całe szczęście córka nie próbuje naśladować Eli rozbierając się i oddając swoje ubranka wszystkim wokół, bo jesień zrobiła się naprawdę chłodna i wietrzna – jak to nad morzem.

Catatina Kruusval, Ubranka Eli, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Wszystkie psy Eli” Catarina Kruusval

Losy Eli śledzimy od samych czytelniczych początków Majeczki – zaczynaliśmy od serii malutkich kartonówek o Eli i Olku, przez dwie z czterech książeczek z pośredniej serii („Piłka Eli” i „Ela na plaży”) aż po zaczytaną do kompletnego znudzenia „Jabłonkę Eli” dla nieco bardziej zaawansowanych czytelników.

Dlatego też nie mogliśmy nie skusić się na nowość od wydawnictwa Zakamarki – „Wszystkie psy Eli” całkiem niedawno trafiły do naszej kolekcji i stały się obowiązkową wieczornych czytanek (ostatnimi czasy na równi z „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” i nowym Puciem).

W tej książce, choć jest dedykowana czytelnikom 3+ i została wydana w większym formacie, niż dwie serie dla zupełnych maluszków (bo przygody Eli rosną wraz z dzieckiem – również w dosłownym sensie), jest zauważalnie mniej tekstu niż w przypadku „Jabłonki”, a prym wciąż wiodą całostronicowe, już bardziej szczegółowe ilustracje w charakterystycznym stylu autorki.

Ela codziennie wierci tacie dziurę w brzuchu o własnego czworonoga, bo, jak powtarza, kocha wszystkie psy. Kiedy jednak wyprowadza na spacery kolejne i kolejne psiaki krewnych i znajomych, okazuje się, że każdy z nich ma jakąś wadę – Herkules za mocno ciągnie smycz, Figa za wolno chodzi, a Frodo potwornie się ślini. Co jednak ani trochę nie zmniejsza miłości Eli do psów i nie ogranicza jej wyobraźni w wymyślaniu imion dla potencjalnego kudłatego przyjaciela. Kiedy Ela już traci nadzieję na spełnienie swojego wielkiego marzenia, tata ma dla swojej córeczki pewną bardzo ruchliwą niespodziankę…

Tak, jak jesteśmy z córką zadeklarowanymi kociarami, tak te psiaki urzekły nas nie tylko swoimi mordkami, ale przede wszystkim uroczymi (choć z pewnością kłopotliwymi) wadami i różnicami. W końcu nikt nie jest idealny, a już na pewno nie jesteśmy tacy sami! I to właśnie te niewielkie szczegóły w wyglądzie i usposobieniu czynią i nas i nasze czworonogi wyjątkowymi.

Zdecydowanie polecamy wszystkim fanom Eli, a jeśli ktoś jeszcze nie zna tej szwedzkiej bohaterki, to polecam umieścić tą lekturę pomiędzy serią „dla średniaków”, a „Jabłonką Eli”.

Catarina Kruusval, Wszystkie psy Eli, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 28 s.

Bajki Majki: „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” Eric Carle

Po fenomenalnej „Bardzo głodnej gąsienicy” z dziurkami i całkiem uroczym „Pajączku” z wypukłymi elementami, trafiłyśmy z Maj na kolejną książkę Erica Carle, która skradła nasze serducha – do tego stopnia, że Maja sama przyszła do mnie po pieniążki, bo chciałaby kupić sobie jedną książeczkę na pikniku literackim.

Ta nowość (a przynajmniej w polskim tłumaczeniu, bo zdaje się, że oryginał został napisany jakoś w latach osiemdziesiątych) to dla odmiany książeczka – rozkładanka.

Główna bohaterka, Monika, ma pewne marzenie – bardzo chciałaby pobawić się z księżycem. A któż nadaje się lepiej do spełniania dziecięcych marzeń, niż tata? Zaopatrzony w naprawdę długaśną drabinę wyrusza zdobyć księżyc dla swojej córeczki. Ten co prawda okazuje się być nieco zbyt duży, ale na całe szczęście, jak możemy zaobserwować na przeciągu miesiąca, księżyc przecież maleje.

Strasznie sympatyczny pomysł na wytłumaczenie ciekawskiemu maluszkowi zjawiska faz księżyca i przy okazji (a może przede wszystkim!) pełna ciepła opowieść o cudach, do jakich jest zdolny tata zakochany w swojej małej córeczce. A my kochamy książeczki o tatusiowej miłości.

Książeczka jest niewielka i całokartonowa, dzięki czemu sprawia wrażenie naprawdę wytrzymałej, mimo ruchomych, otwieranych elementów. Bo część stron rozkłada się tak, by pokazać wyjątkową długość drabiny, wysokość, na jaką wspina się tata, czy ogrom księżyca.

W całej historii niewiele jest słów (dla porównania, mniej więcej o 1/3 mniej niż w książeczce o gąsienicy) – zdecydowanie dominują charakterystyczne dla autora, malarskie ilustracje, głównie w pięknych odcieniach ultramaryny. Tekst jest jedynie dopełnieniem i objaśnieniem sytuacji – po jednym, dwóch zdaniach (a czasem nawet słowach) na stronę. Co ciekawe, ani trochę nie umniejsza to całej historii.

Od niedawna to nasza ulubiona książeczka na dobranoc. Bardzo polecamy.

Eric Carle, Tato, zdobądź dla mnie księżyc, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2018, 34 s.