Bajki Majki: Książeczki o mamach na Dzień Mamy i nie tylko

Dzień mamy tuż tuż, zebrałam więc kilka książek z majkowej biblioteczki, poświęconych mamom właśnie. Chociaż jakby nie patrzeć, postać mamy pojawia się w większości książeczek dla dzieci, a już na pewno w prawie wszystkich seriach – Mama Świnka, Mama Tupcia Chrupcia, mama Pucia, czy mama Babo, Lalo i Binty – czytamy więc o nich na co dzień i bardzo je doceniam (szczególnie, kiedy przekazują małym urwisom ważne życiowe mądrości, typu „Jeśli chcesz skakać po kałużach, musisz najpierw założyć kalosze”.) ale tym razem pominę je w moim wyborze.

Moją osobistą idolką jest Tosia – mama Basi – pojawiająca się chyba w każdej z części serii „Basia” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Trójka naprawdę zakręconych urwisów, mąż biorący nocne dyżury i żółw Kajetan na dokładkę, a ta święta kobieta jeszcze nigdy nie straciła cierpliwości. A przynajmniej do takiej części jeszcze nie dotarłyśmy. I takich właśnie niewyczerpanych pokładów wewnętrznego spokoju życzę Wam i sobie z okazji naszego święta.

Gdzie jeszcze poczytamy o macierzyństwie i maminej magii czynienia świata lepszym miejscem?

„Moja mama” Anthony Browne – ta niewielka, pancerna kartonówka o specyficznym stylu ilustracji jest idealną wykładnią wielozadaniowości – unikalnej umiejętności, którą zyskuje każda kobieta, kiedy upgrade’uje na mamę. Ponadto jest jednocześnie pełnym miłości, ciepła i humoru spojrzeniem dziecka na najważniejszą osobę w jego życiu. Jesteśmy kanapami, żonglerkami, malarkami i siłaczkami. Jesteśmy supermamami.

DSC_0079
Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Kochana mamusia” Agnieszka Frączek, Elen Lescoat – urocza, pełna fantazji historyjka pisana wierszem. Mama ma kosmiczne prawo jazdy, pachnie jak wiosenna mżawka, raz hasa w adidasach, a raz na obcasach. Ma moc odganiania złego humoru, ogarniania rachunków i przeganiania smoków. Jest niezastąpiona. Wpadająca w ucho rymowanka w połączeniu z wielkookimi, miękko malowanymi postaciami to przemiły prezent dla każdej mamy. Na końcu jest nawet miejsce na dedykację.

Agnieszka Frączek, Elen Lescoat, Kochana mamusia, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 30 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Miłość” Astrid Desbordes, Pauline Martin – mama kocha zawsze – nie tylko kiedy Archibald jest grzeczny, czyściutki i akurat się przytulają, ale nawet wtedy, gdy czasem skrzyczy swojego małego psotnika albo pozwoli sobie o nim na chwileczkę zapomnieć. Ta mądra i niezwykle prawdziwa opowieść pięknie obrazuje stałość rodzicielskich uczuć i poczucie bezpieczeństwa, jakie potrafi dać tylko mama.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Miłość, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016, 44 s.

„Moja mama” Mayana Itoïz – rewelacyjna pozycja do czytania przed snem. Mało słów i dużo treści a do tego piękne ilustracje i powtórka z nazw kolorów w gratisie. W co potrafi przemienić mamę dziecięca wyobraźnia? W lamparta, Indiankę, żabę, czy gwiazdę rocka? Wspaniały pomysł na wspólne spędzanie czasu, na pewno spróbuję wprowadzić wspólne fantazjowanie do wieczornego rytuału, gdy tylko Majka jeszcze trochę podrośnie.

Mayana Itoïz, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Babaryba, 2018, 36 s.

„Uśmiech dla żabki” Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak – kiedy Mała Żabka została sama poczuła się najsmutniejszą żabką na świecie i nikt nie był w stanie jej rozweselić. Jej Mama poczuła to przygnębienie aż w pracy i postanowiła przesłać córeczce… szczery i bardzo szeroki uśmiech. Najpierw poprosiła o przysługę Bobra, który do dostarczenia uśmiechu zobowiązał się z ochotą i niósł go aż do chwili, gdy napotkał bardzo obiecujący stosik drewna. Wtedy przekazał uśmiech Wydrze, która przekazała do Dzięciołowi, który… i tak dalej. Uśmiech Mamy Żabki przewędrował przez cały las by poprawić córeczce humor. I udało się! To urocza, ciepła i wzruszająca opowieść pomagająca zmierzyć się z problemem rozstania z rodzicem (bardzo polecam przyszłym przedszkolakom!) z rewelacyjnymi ilustracjami Emilii Dziubak, co jest rekomendacją samą w sobie. Nie można się przy niej nie uśmiechać.

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Uśmiech dla żabki, Warszawa: Wydawnictwo Ezop, 2017, 36 s.

„Jakiego koloru są buziaki?” Roco Bonilla – oto i najulubieńsza książka o kolorach mojej dwulatki. Minimoni uwielbia malować i w swojej karierze namalowała już prawie wszystko. Poza buziakiem. Ma jednak spory problem – jakiego koloru są buziaki? Próbuje wszystkich barw po kolei, jednak w każdej z nich tkwi jakiś minus. Buziaki nie mogą być czerwone, bo przecież czerwony to kolor gniewu, nie mogą być żółte, bo choć nasza bohaterka uwielbia miód, to jednak czuje duży respekt przed pszczołami. I kiedy metoda eliminacji kompletnie zawodzi, Minimoni zwraca się o pomoc do mamy, która obsypuje ją całą masą wielokolorowych całusów. Kto nie lubi buziaków? Te od mamy są najukochańsze! A ostatnia strona zostawia pole do popisu małemu czytelnikowi, który może samodzielnie pokolorować buziaki.

Roco Bonilla, Jakiego koloru są buziaki?, Warszawa: Wydawnictwo Tadam, 2017, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Martynka i Dzień Mamy” Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier – poszukiwanie prezentu dla mamy to nie jest prosta sprawa – biżuteria, choć piękna, nie jest na dziecięcą kieszeń, podobnie jak zegarek, czy parasolka. Wiadomo jednak, że najlepsze prezenty to te wykonane własnoręcznie, a z pomocą dziadka stworzyć można prawdziwe cuda. W końcu kto jeszcze potrafi farbować batiki? To jednak nie koniec trudności – przygotowany prezent trzeba jeszcze przed mamą schować, a to już na pewno nie jest łatwe! Martynka jest jak zwykle pomysłowa i przesympatyczna. Cieszy oko ilustracjami i wprowadza ciepły, rodzinny klimat.

Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier, Martynka i Dzień Mamy, Poznań: Wydawnictwo Casterman, 2003, 20 s.

„Mama” Hélène Delforge, Quentin Gréban – na koniec koniecznie musiałam wspomnieć o książce, która nie jest dla dzieci. Za to będzie pięknym prezentem dla mamy i z takim właśnie nastawieniem kupiłam ją sobie na Dzień Mamy, a w przyszłości planuję podarować ją Majce, gdy sama zacznie mierzyć się z trudami i zachwytami posiadania dziecka. To zbiór myśli i uczuć dotyczących macierzyństwa w nienachalnej, delikatnie poetyckiej formie w towarzystwie przepięknych ilustracji. Wzruszające, momentami zabawne i bardzo prawdziwe wycinki maminej codzienności. Wszystkie mamy na świecie przechodzą przez to samo i wszystkimi targają podobne emocje, niezależnie od koloru skóry, miejsca zamieszkania, czy wyboru życiowej drogi. Wszystkie są mamami.

Hélène Delforge, Quentin Gréban, Mama, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2018, 64 s.

 

Znacie jakieś literackie mamy, którymi warto inspirować się w codziennym życiu?

Bajki Majki: „Kuba niedźwiedź. Opowieści z gawry” Renata Kijowska

Nie będę oszukiwać – do tej książki przyciągnęła mnie okładka i obietnica pięknych ilustracji. I moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone, bo jest pięknie wydana (i w zaskakująco dobrej cenie, jak na tak dopieszczoną pozycję). Ilustracji jest sporo, zarówno tych zajmujących całe strony, jak i mniejszych obrazkowych „wtrąceń”. Co prawda nie jestem do końca przekonana do stron zadrukowanych delikatnym deseniem stanowiącym tło tekstu, ale po kilku rozdziałach moje oczy się do tego przyzwyczaiły, a przyznaję, że dzięki temu zabiegowi książka wygląda bardzo „bogato”. Jest w tym również pewien minus – ze względu na wysoką jakość papieru i twardą oprawę, stosunkowo krótka książka jest dość ciężka. Nie polecam jej zatem do plecaka jako towarzyszki górskich wycieczek, za to stacjonarnie do czytania przed snem sprawdzi się świetnie.

 

Bo za piękną prezencją idzie również świetna treść. Nie ukrywam, że do książki autorstwa dziennikarki TVN podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu bojąc się opartej na sensacji wydmuszki. I, dla odmiany, w tym względzie nie mogłam się bardziej pomylić. Książka składa się z 20 rozdziałów, które, ułożone w fabularną historię charakternego niedźwiadka Kuby i jego przyjaciół, prezentują zachowania i zwyczaje niedźwiedzi jako gatunku. A po każdym z rozdziałów kilka słów poświęcono oddzieleniu świata fantazji od prawdziwych informacji wraz z historiami realnych pierwowzorów bohaterów tej powieści. I jest to prawdziwa skarbnica wiedzy o królach lasu. To prawda – jest skierowana do dzieci, ale byłam zaskoczona jak mało wiem o tych pięknych drapieżnikach, teraz jestem choć trochę bardziej świadoma. Już na samym początku zszokowała mnie informacja, że w Polsce na wolności żyje zaledwie około stu osobników. W swojej naiwności głęboko wierzyłam, że po sto niedźwiadków zamieszkuje każdy las! A kolejne rewelacje tylko dodatkowo powiększały mój wstyd jako przedstawiciela gatunku ludzkiego. Bo wpływ działalności człowieka na świat zwierząt jest tak wielki, jak i straszny. I żeby to sobie uświadomić, trzeba czasami wczuć się w sytuację grubiutkiego niedźwiadka Kuby i na własnej skórze poczuć konsekwencje współżycia ludzi i dzikiej przyrody.

Chociaż w książce Renty Kijowskiej milusińska fikcja literacka miesza się z rzeczywistością, to jednak właśnie okrutna rzeczywistość wiedzie tu prym. Urzekająca przyjaźń między przedstawicielami różnych gatunków bardzo ociepla całą historię, która jednak daleka jest od disneyowsko cukierkowych zwrotów akcji i cudownych akcji ratunkowych. Kuba i jego rodzina ponoszą konsekwencje nierozważnych decyzji, a na swej drodze spotykają i dobrych i złych ludzi. I chociaż tak naprawdę wszystko kończy się dobrze, nie sposób nie wyciągnąć ponurych wniosków z lektury. I chyba jednak wolę zostawić niedźwiadki w spokoju, niż cieszyć się urokami górskich krajobrazów, które są domem wielu wspaniałych gatunków. Ale też nigdy nie byłam wielkim zapaleńcem pieszych wędrówek.

Książka, która uświadamia, edukuje, fascynuje i zaraża miłością do tych wielkich, futerkowych zwierząt, które ani trochę nie są słodkimi misiami. Imponuje prawdziwością, urzeka ciepłem, prowokuje dyskusję i otwiera oczy. Poproszę więcej takich książek!

Renata Kijowska, Kuba Niedźwiedź. Opowieści z gawry, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 160 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: „Jukato” Magdalena Kiermaszek, ilustracje Kamila Kozłowska

„Krainy marzeń przeważnie otwierają się tylko przed dziećmi…”

Do tej książki podeszłam z wielkim entuzjazmem licząc na coś pomiędzy „Mostem do Terabithii”, a „Jumanji” dla młodziutkich czytelników. I „Jukato” jak najbardziej spełniło moje oczekiwania, chociaż przyznaję, że miałam chwilę zwątpienia.

_20180503_155700

Jedna nieprzemyślana, choć bez wątpienia bohaterska decyzja zmienia życie Kacpra na zawsze – kiedy budzi się w szpitalu, nie może uwierzyć, że jego noga już nigdy nie będzie w pełni sprawna. Na swoje kalectwo reaguje agresją – zarówno wobec rodziców, który nie byli z nim do końca szczerzy, jak i wobec kolegów, którzy próbują poprawić mu nastrój odwiedzinami – oraz buntem w formie odmowy podjęcia rehabilitacji. Jego upór udaje się przełamać dopiero równie upartemu koledze, który stara się wczuć w jego sytuację. Co jest łatwiejsze, gdyż sam zmaga się z ADHD i wynikającym z tego poczuciem wyobcowania i „bycia innym”. To właśnie za sprawą pełnego humoru i tryskającego energią Tomka chłopcy zaczynają zmieniać pobyt w szpitalu w zabawę i poznają Julię – dziewczynkę o wyglądzie elfa, która otwiera przed nimi bramy do krainy swojej wyobraźni. Wspólnymi siłami tworzą Jukato – baśniową krainę pełną fantastycznych zwierząt, zdumiewających roślin i zapierających dech w piersiach krajobrazów, która staje się ich azylem w szarej szpitalnej rzeczywistości. Kraina, gdzie każdy z nich może być kim tylko sobie wymarzy.

„Naprzód – zarządził Kacper. Starał się, żeby zabrzmiało to bojowo, ale głos trochę mu zadrżał. Chłopiec ruszył do przodu. Tak zaczęła się niebezpieczna podróż tej trójki. Ku przygodzie zmierzali: niewysoki, nadruchliwy chłopiec, jego kulejący przyjaciel i wiotka dziewczyna z ciągle niesprawną ręką. Ich pierwsza walka toczyła się o każdy następny krok.”

Kiedy nareszcie nadchodzi wyczekiwany czas wyjścia ze szpitala, okazuje się, że Jukato nie było wcale takie do końca zmyślne, a kluczem do tego tajemnego świata może okazać się coś tak banalnego, jak… kula rehabilitacyjna. I wtedy właśnie zaczyna się prawdziwa przygoda, bo stworzona wspólnie kraina okazuje się być nieco inna w wyobraźni każdego ze swoich pomysłodawców, przez co można wpaść w niezłe tarapaty. Jednak od czego są przyjaciele? Bo przyjaciel to nie tylko osoba, która uratuje Cię przed krwiożerczym niedźwiedziem, ale również ta, która będzie potrafiła powiedzieć Ci parę słów prawdy i wybaczyć popełnione błędy.

Klimat dopełniają świetne ilustracje w formie kolorowych i czarno-białych wkładek, które same są trochę nie z tego świata. Z przyjemnością obejrzałabym ich przynajmniej dwa razy tyle.

Początkowo niesamowicie irytował mnie wszechwiedzący narrator, który moralizatorskim tonem tłumaczy czytelnikowi uczucia głównego bohatera i ocenia jego zachowanie. Szybko jednak zauważyłam jak bardzo te wtrącenia są pożyteczne – wprowadzają dziecko w trudny świat emocji, tłumaczą ich przyczyny i pomagają odbiorcy wczuć się w sytuację Kacpra. Dodatkowo częste pytania, które narrator kieruje bezpośrednio do czytelnika skłaniają go do namysłu. A mnie złoszczą bo, spójrzmy prawdzie w oczy, już od mniej więcej piętnastu lat nie mieszczę się w grupie docelowej.

To doskonały przykład na to, że książka może być edukacyjna i ciekawa jednocześnie. Że niosąc ze sobą moralizatorski wykład może być również świetną przygodą. Bardzo polecam „Jukato” nie tylko dzieciom, które uległy jakiemuś wypadkowi, muszą spędzić czas w szpitalu lub zmagają się z jakimś schorzeniem, ale również tym, którzy nie rozumieją agresywnego postępowania swoich chorych kolegów.

Mądra, ciepła, magiczna i podnosząca na duchu. Dobrze się kończy i niesie ze sobą ważne przesłanie. Pociesza, bawi i wychowuje. Super sprawa!

Magdalena Kiermaszek, Kamila Kozłowska, Jukato, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada 2018, 112 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: „Girl Power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat” Caroline Paul

Powstaje coraz więcej książek o dziewczynach dla dziewczyn. I to nie tylko o grzecznych, ułożonych dziewczynkach marzących o księciu z bajki, ale o prawdziwych poszukiwaczkach przygód, awanturnicach zmieniających bieg historii. Oto jedna z nich – chyba najbardziej wyjątkowa.

To połączenie wspomnień pewnej kobiety, która od małego nie umiała usiedzieć na miejscu przez pięć minut, ze zbiorem inspiracji, poradnikiem i dziennikiem odkrywcy w jednym. Składa się z dziesięciu rozdziałów, a każdy z nich to jeden z szalonych wyczynów autorki.

Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo zżyć się z autorką będącą jednocześnie główną bohaterką ksiązki. Szczególnie, że Caroline Paul (stażaczkę, paralotniarkę, nurka głębinowego, kajakarkę, i łowczynię przygód) trudno nie polubić – epatuje pozytywną energią, jest pełna entuzjazmu i zawsze skora do wcielania w życie szalonych pomysłów (jestem pewna, że napsuła swoim rodzicom nerwów co niemiara…). I co najważniejsze – jest autentyczna – nie robi z siebie bohaterki, nie zadziera nosa, nie ogranicza się do przechwałek, nie wręcz przeciwnie. Opowiada zarówno o swoich sukcesach, jak i porażkach, dzięki czemu pozwala czytelniczkom wyciągnąć lekcje ze swoich własnych błędów. Potrafi śmiać się z siebie i ma przesympatyczne poczucie humoru. Uczy przełamywać swój strach, ale i słuchać głosu rozsądku. Podkreśla wagę zachowywania zimnej krwi, wytrwałości i posiadania odpowiednich umiejętności. Ale przede wszystkim radzi cieszyć się życiem, przygodą i wyzwaniami. I nie bać się spełniać swoich marzeń.

Wspomnienia osobistych przygód autorki dopełniają inspirujące cytaty odważnych kobiet i bardzo skrótowe biografie bohaterek. I to właśnie przy tym elemencie chciałabym zatrzymać się na dłużej, bo w moim odczuciu jest genialny. Dotychczas, kiedy ktoś wspominał o wielkich kobietach, miał na myśli przede wszystkim oklepane ikony – Emilię Earhart, Marię Skłodowską-Curie, Fridę Kahlo, czy Artemisię Gentileschi. Osobowości wybitne, ale… od wielu lat martwe i przez to bardzo, bardzo odległe. A w tym przypadku, nie dość, że Caroline Paul wspomina naprawdę mnóstwo nietuzinkowych kobiecych postaci, to jeszcze wybrała przede wszystkim osoby nam współczesne, których losy można śledzić, do których można napisać choćby na facebooku! To bohaterki żyjące, dostępne, zmagające się z tą samą rzeczywistością, co my. I dzięki temu jeszcze bardziej prawdziwe.

Ponadto każdy z rozdziałów zakończony jest małymi wyzwaniami i przydatnymi wskazówkami – dzięki nim przećwiczymy radzenie sobie ze strachem, dowiemy się między innymi jak wiązać węzły, rozpoznawać rodzaje chmur, nakłonić drzewo do wyprodukowania wody, zmierzyć temeraturę za pomocą cykania świereszczy czy zapobiec wychłodzeniu w lesie. Pojawiają się również zabawne grafiki i psychotesty (na przykład odnośnie skakania z klifu) oraz fragmenty „dziennika” do samodzielnego wypełnienia, gdzie sporządzimy listę autorytetów, albo listę rzeczy, które bardzo chcemy w życiu zrobić.

W pierwszym odruchu nieszczególnie podobały mi się ilustracje – jestem wielką fanką starannych, rozmalowanych dzieł sztuki, a tutaj dostałam skreślone na szybko, schematyczne obrazki. Ale wraz z wsiąkaniem w lekturę coraz bardziej wczuwałam się w ich klimat – pośpieszne, nerwowe, sprawiające wrażenie powstałych „na kolanie” ilustracje są bardzo dynamiczne, pełne ruchu, niemalże wibrujące od energii. I przez to doskonale pasują do tej książki i samej Caroline.

Jako dziewczyna pochłonęłam tą książkę w kilka godzin i jestem nią zachwycona. Jako mama cieszę się, że moja córka jest jeszcze na nią za mała. Ale jestem pewna, że za kilka lat „Go girls” trafi w jej ręce, bo jest utrzymana w idealnej równowadze pomiędzy zachętą do działania, a rozwagą i pomyślunkiem. Nawet, jeśli nie każda wyprawa idzie zgodnie z planem. W końcu dlatego właśnie nazywamy je PRZYGODAMI.

Caroline Paul, Wendy Macnaughton, Girl power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 153 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni”, Stacja Deutsh + KONKURS

Zauważyłam, że od dłuższego już czasu robię znacznie szerszy research w książkach dziecięcych, niż wymagałoby się tego od mamy dwulatki. Wychodzę jednak z założenia, że dobrze wiedzieć co w trawie piszczy, a do wszystkich moich zbiorów Bobasa w końcu i tak dorośnie. No i biję się w pierś – pojawia się tyle fantastycznych pozycji dla starszych dzieciaków, że czasami po prostu nie potrafię się powstrzymać, mimo, że na Majkę poczekają jeszcze z 8-10 lat. Za to Wam z przyjemnością pokażę je już teraz.

DSC_1319

To, co jest dla nas kompletnie nieznane przyciąga najbardziej i z pewnością z tego względu zareagowałam na nią z takim entuzjazmem. Jak by nie patrzeć, programiści to zawód przyszłości. Zawód zdominowany przez facetów. Dla tego typu zachęty jestem jak najbardziej na tak! Go girls!

Nastoletnia Lucy nie może już doczekać się pierwszego spotkania pozalekcyjnego kółka kodowania. Jednak szybko okazuje się, że zajęcia nie będą przebiegać dokładnie tak, jak oczekiwała. Bo czy nauka programowania może mieć cokolwiek wspólnego z… robieniem kanapki?

Głód wiedzy głównej bohaterki zostaje zauważony przez tajemniczego pomocnika, który oferuje jej i jej koleżankom przyspieszony kurs kodowania w formie listów z zadaniami. A kodowane podchody szybko stają się nie tylko podwalinami poważnej wiedzy, ale również początkiem prawdziwej przyjaźni.

To sympatyczna historia nie tylko o pisaniu aplikacji, ale chyba przede wszystkim o jeszcze trudniejszej sztuce – o cierpliwości (jak by nie patrzeć w obu tych dziedzinach jestem totalnym beztalenciem…) . Która przy okazji prezentuje zupełnie niestandardowy sposób nauczania i bardzo rzadki okaz nauczycielki o niekonwencjonalnym podejściu – momentami aż dziewczynom zazdrościłam chodzenia do szkoły!

Bardzo fajna propozycja dla młodszej młodzieży – jest babska banda złożona z posiadaczek całkowicie odmiennych upodobań i charakterów połączonych wspólną pasją. Jest tajemnica wymagająca wykorzystania pewnej unikalnej umiejętności każdej z nich. I w końcu jest wartościowa wiedza będąca skutkiem ubocznym świetnej zabawy. Pamiętam jak jeszcze niedawno sama zaczytywałam się w tego typu pozycjach i bardzo się cieszę, że powstają coraz to nowe pomysły na nieskomplikowane i jednocześnie inspirujące historie dla młodych czytelniczek, nadążające za pędzącym światem.

Sympatyczna i zarażająca entuzjazmem, z pewnością w swoim czasie podsunę ją Majce.

Stacja Deutsh, Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 160 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Chcielibyście wypróbować tą pozycję na własnych dzieciach? Na instagramie czeka konkurs, gdzie można wygrać nie tylko samą książkę, ale również podkładkę pod myszkę do kompletu, zapraszam do udziału! -> KONKURS

Bajki Majki: „Biblia opowiedziana i objaśniona” Jean–Michel Billioud, Hélène Georges

Chyba każdy zna, lepiej, lub gorzej, część biblijnych opowieści, postaci i wydarzeń. Najczęściej jednak nasza wiedza jest bardzo powierzchowna i dotyczy zaledwie kilkunastu najpopularniejszych wątków powielanych w kulturze popularnej lub związanych z obchodzonymi świętami. A kiedy przychodzi moment, w którym powinniśmy przekazać naszą wiedzę potomnym okazuje się, że jesteśmy kompletnie nieprzygotowani na grad dziecięcych pytań.

Bo czy zastanawialiście się kiedyś kim właściwie byli ci faryzeusze? W którym miejscu na mapie szukać miasta Nazaret, co znaczy słowo „apokalipsa”, ile wzrostu mierzył Goliat i kiedy właściwie to wszystko się wydarzyło?

Tak naprawdę nie ma co próbować szukać odpowiedzi bezpośrednio w tekście Pisma Świętego, które, bez stałego dostępu do internetu, wciąż pozostanie w dużej mierze niezrozumiałe przez najbardziej nawet zawziętego czytelnika. Przerażona koniecznością zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest „wychowanie dziecka w wierze katolickiej” długo szukałam rozwiązania tego problemu. I nareszcie pojawiła się książka, która idealnie odpowiada na moje potrzeby. A że jest dedykowana czytelnikom w wieku 8+, to akurat się załapuję.

To książka, która wciągnie nie tylko dziecko. Odkąd tylko odebrałam ją na poczcie, jest dosłownie rozchwytywana przez całą rodzinę. Przystępna, intrygująca i po prostu ciekawa.

Przede wszystkim dlatego, że poszerza tekst Biblii o kontekst społeczno-polityczny. Poza treścią przypowieści znajdziemy tu również mapy, drzewa genealogiczne i mnóstwo fantastycznych ciekawostek.
Na przykład przy okazji przypowieści o Wieży Babel autor tłumaczy przy okazji czym jest zikkurat.  Wychodząc od głównego tematu nawiązuje do innych religii, wspomina o sposobach przedstawienia danych motywów i wydarzeń w sztuce i doszukuje się błędów (znalazł się nawet mój ulubiony rogaty Mojżesz!). Ponadto zapewnia czytelnikowi zestawienia cudów, symboli, proroków i apostołów, dzięki czemu książka jest swoistą „ściągą z wiary”.

Tłumaczy zawiłe aspekty wiary, wyjaśnia przenośnie i symbolikę, przybliża codzienność opisywanych epok. I robi to całkowicie przystępnym językiem unikając jednocześnie pauperyzacji i zbytniego uproszczania.

Co ciekawe, proste i stonowane (choć bardzo estetyczne) ilustracje w kolorach ziemi są jedynie niewiele znaczącym dopełnieniem tekstu podnoszącym jego atrakcyjność. Nie przejmują funkcji narracyjnej, nie zawłaszczają uwagi odbiorcy i nie oszałamiają przepychem jak to zwykle w sztuce (szczególnie religijnej!) bywało. Tym razem to nie obraz opowiada historie, on tylko pomaga je sobie zwizualizować i podkreśla ich znaczenie. Bardzo subtelny zabieg, którego nie można nie docenić. Bo oto mamy do czynienia ze świetnie zilustrowaną książką, w której obrazki nie wysuwają się na pierwszy plan. I wcale nie miały takiego zamiaru.

Biblia-encyklopedia. Rzetelna, ciekawa, przejrzysta i pięknie wydana. Pozycja obowiązkowa w każdym domu. Z pewnością będę do niej wracać nie raz. Jak tylko uda mi się do niej dopchać gdzieś między Majką, mężem, a babcią.

Jean–Michel Billioud, Hélène Georges, Biblia opowiedziana i objaśniona, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 172 s.

Bajki Majki: Książeczki na dobranoc

Czytanie jest ekstra, a czytanie przed snem to już w ogóle super sprawa. Pomaga odpocząć po ekscytującym dniu, spędzić kilka chwil razem z dzieckiem na bliskości, zacieśnieniu więzi, tuleniu się w cieple i wspólnym przeżywaniu fantastycznych historii. I oczywiście zarówno w dzień, jak i tuż przed spaniem (no, może poza tymi z dźwiękiem) można sięgnąć po każdą książkę – i tak to zwykle u nas wygląda. Są jednak książeczki dedykowane właśnie czytaniu przed snem – wyciszające, uspokajające, pomagające uporządkować wieczorne rytuały, rozbudzające wyobraźnię, a nawet skłaniające do ziewania. Poniżej prezentujemy zestawienie książeczek na dobry sen, które wspólnie z Majką poddałyśmy praktycznym testom. Były zachwyty i rozczarowania. I naprawdę wielka dawka ziewania.

Kartonowe:

„Spanie” Liesbet Slegers – historia najprostsza z najprostszych, dla zupełnych maluszków (Majka przestała się nią interesować w okolicach 18-20 miesiąca). Mały czytelnik towarzyszy w przygotowaniach do snu pewnego smyka. Razem z nim zakłada piżamkę w groszki i kapciuszki, grzecznie wypija wieczorną porcję mleka, ogląda książeczkę na dobranoc, przytula misia i bez grymaszenia kładzie się do łóżeczka. Chociaż nasz wieczorny rytuał dość mocno różni się od przedstawionego na obrazkach (moje dziecię na przykład nigdy nie korzystało z butelki i nie bardzo wie co to w ogóle jest) ich sens jest taki sam – wykonanie znajomych, powtarzanych codziennie czynności mających na celu wyciszenie przed snem. Proste zdania i równie proste, „dziecięce” ilustracje okazują się być bardzo pomocne. Tym, czego mi w niej trochę zabrakło jest poświęcenie uwagi zabiegom higienicznym – kąpiel, ząbki, nocnikowanie to nasze podstawowe punkty programu. Mimo to Bobasa bardzo lubiła tą pozycję i naprawdę długo towarzyszyła nam podczas wieczornych czytanek.

Liesbet Slegers, Spanie, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 14 s.

„Śpij króliczku” Jörg Mühle – nieskomplikowana opowieść o króliczku, który szykuje się do spania, (mocno ekscytowałam się TU tą książeczką już jakiś czas temu). A mały czytelnik musi mu w tym pomóc i to właśnie na tym polega cała magia tej pozycji. Interaktywna książeczka wymaga od dziecka wykonywania prostych czynności, bo na każdej stronie czeka zadanie – klaśnięcie, żeby przebrać króliczka w piżamkę, poprawienie poduszeczki, nakrycie kołderką, zgaszenie światła, czy danie małemu bohaterowi całuska na dobranoc. Wspaniały trening dla wyobraźni, który utrwala wieczorne rytuały i uczy dziecko czułości i troskliwości. Niewielka, prosta, skromna i urocza. Czytamy ją już prawie rok i ani mi, ani Majce jakoś się nie nudzi, chociaż Bobasa wciąż nie dała rady powtórzyć zaklęcia „Karaluchy pod poduchy”. Polecam pamiętać o wycieraniu króliczkowi buzi po dziecięcych całuskach, bo u nas widnieją już mocne ślady zużycia na króliczym policzku ;)

Jörg Mühle, Śpij króliczku, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2017, 20 s.

„Zaśnij ze mną” Ramadier & Bourgeau – ta książeczka oparta jest na tej samej zasadzie, co „Śpij króliczku”, tylko tym razem to sama książka jest bohaterką. Maluszek zachęcany jest do zaangażowania się w proces lulania najpierw przez zadawanie książeczce kontrolnych pytań (czy umyła ząbki i zrobiła siusiu), a następnie musi wykonać szereg prostych czynności należących do wieczornego rytuału – przykryć książeczkę kocykiem, opowiedzieć jej bajkę, zaśpiewać kołysankę, czy dać całuska. Bardzo prosta w formie, świetnie się sprawdza jako gotowa ściąga na idealny, wyciszający rytuał. Bardzo mi się podoba, że uwzględniono w niej wieczorne korzystanie z toalety, to chyba jedyna pozycja, która przykłada wagę do tego szczegółu ;)

Cédric Ramaider, Vincent Bourgeau, Zaśnij ze mną, Warszawa: Wydawnictwo Babaryba, 2016, 18 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Kicia Kocia i Nunuś. Czas spać” Anita Głowińska – kartonowe książeczki z Nunusiem w roli głównej przypadły mojej córce do gustu. I choć ja sama nie należę do fanek Kici Koci, to w tym przypadku nie mogę się do niczego przyczepić . Poza ilustracjami, ale to już akurat rzecz gustu. Ta niewielka kartonówka przedstawia bowiem całkiem rozsądny przykład przedsennego rytuału, który w dużej mierze pokrywa się z naszymi zwyczajami. Nunuś sprząta zabawki, robi papa zabawkom i gwiazdkom za oknem, zapala lampkę i idzie do łóżeczka. Co bardzo ważne, autorka pamiętała o umieszczeniu wszystkich zabiegów higienicznych – mały kotek robi siusiu, kąpie się, myje ząbki i zakłada piżamkę. A wszystko to w towarzystwie starszej siostry. Bardzo przydatna przy ustalaniu własnych rytuałów i świetnie się sprawdza jako lista rzeczy do zrobienia przed snem. Super też, że autorka zrezygnowała z irytujących powtórzeń. Chyba pierwszy raz naprawdę polecam „Kicię Kocię”.

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Pora spać, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zasypianki” – zbiór polskich kołysanek i wierszyków do czytania przed snem, których część większość z nas – rodziców – pamięta jeszcze z własnego dzieciństwa. Znajdziemy tu między innymi ponadczasowe „A, a – kotki dwa”, „Ach, śpij, kochanie”, czy „Idzie niebo”, a także wyjątkowo dużo wierszyków o misiach i z misiami w roli głównej. Doskonale znane, wpadające w ucho rymy, bajkowe ilustracje i od lat lubiani bohaterowie postarają się wspólnie o kolorowe sny dla każdego maluszka. Utuli do snu i dziś i za 20 lat – z równą skutecznością.
Więcej o „Zasypiankach” przeczytać można TUTAJ.

Zasypianki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2017, 40 s.

„Wszyscy ziewają” Anita Bijsterbosch – ta książka jest magiczna i nie ma w tym twierdzeniu ani krzty przesady. Ma zadziwiającą moc wywoływania… ziewania. I to dosłownie w każdym. Już od pierwszej strony ziewa i czytający rodzic, i zasłuchany maluszek i mama ścieląca w tym czasie łóżko dwa pokoje dalej. Jest przede wszystkim bardzo prosta w formie – na każdej stronie mieszka jedno zwierzątko. I każde ze zwierzątek, dzięki otwieranej mordce bardzo szeroko zieeeeeeewa, o czym przy okazji dopowiada nam jedno/dwa zdania uzupełniające sympatyczny obrazek. I ich siła sugestii jest po prostu powalająca. Do tego stopnia, że zaczęłam ziewać już przy ściąganiu książki z półki!
Całe szczęście książka ma nieco usztywniane, śliskie strony, dzięki czemu bez stresu możemy pozwolić dziecku samodzielnie otwierać okienka-pyszczki bez strachu o ich urwanie albo ślady lepkich jeszcze od piany z kąpieli paluszków.

Anita Bijsterbosch, Wszyscy ziewają, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 30 s.

„Przesuń paluszkiem. Kiedy nadchodzi wieczór” Gabriele Clima – Książeczki aktywizujące małe dziecięce paluszki zawsze cieszą się dużym powodzeniem. Szczególnie kiedy mają małe nakłady, tak jak to było w przypadku serii „Przesuń paluszkiem” ;)
Sama zdecydowałam się na zakup części „Gdy przychodzi wieczór”, ponieważ wydawała mi się najbardziej klimatyczna. Cały myk polega na tym, że delikatne, pastelowe ilustracje wypełniające strony niemalże po same brzegi można wprawiać w ruch przesuwając palcem odpowiedni element. W ten sposób zamykamy kielichy kwiatów, budzimy leśne zwierzęta, kołyszemy małą małpkę w maminych ramionach, czy zapalamy światła w oknach. Tekstu praktycznie nie ma, gdyż ogranicza się do jednego rymowanego zdania na stronę, opisującego wykonywaną akcję.
Sympatyczna i zaskakująca, w niebanalny sposób pomaga poznać maluszkowi otaczający go świat. Bardziej do zabawy niż faktycznie do czytania, ale na pewno przyciąga uwagę. Polecam dla najmłodszych czytelników, bo moja dwulatka dość szybko się nią znudziła, choć przez pierwsze dni faktycznie nie mogła się oderwać.

Gabriele Clima, Przesuń paluszkiem. Gdy przychodzi wieczór, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2017, 12 s.

„Moje zasypianki” Joanna Kulmowa, Anna Gensler – to książeczka, którą dostałyśmy z Majką w prezencie jeszcze przed jej urodzeniem i w ostatnim trymestrze, każdego wieczora czytałam ją „do brzuszka”. Składa się na nią siedem wierszyków – każde z siedmiu wybranych zwierzątek zasypia zupełnie inaczej, dlatego też poświęcono im osobne utwory. A każdy z nich jest genialny. To jedna z moich ulubionych książeczek „na dobranoc” – zabawne, ciepłe i nieoklepane utwory w komplecie z genialnymi ilustracjami. A jaki lew! Chociaż to wydanie jest bardzo dziecioodporne – grube kartonowe, śliskie strony w stosunkowo miękkiej oprawie z bezpiecznie zaokrąglonymi brzegami – na jakiś czas poszła u nas w odstawkę ze względu na nieoczywiste rymy. Najwyższy czas do niej wrócić!

Joanna Kulmowa, Anna Gensler,  Moje zasypianki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga: 2015, 16 s.

Papierowe:

 „Kicia Kocia nie może zasnąć” Anita Głowińska – choć ta część przygód Kici Koci dedykowana jest maluszkom od drugiego roku życia, polecam ją zdecydowanie starszym dzieciom. Takim, które zdążyły już wymyślić nocne strachy i potwory pod łóżkiem. Tym razem zrezygnowano zupełnie z wymieniania czynności koniecznych do wykonania przed pójściem spać, a skupiono się na samym problemie z zaśnięciem. Kicia Kocia boi się ciemności i wraz z mamą szuka potworów w każdym zakamarku pokoju. Ja osobiście nie widzę jeszcze potrzeby pokazywania jej mojej córce, bo nie chcę podsuwać jej takich pomysłów, ale jeśli ktoś mierzy się z podobnym problemem, co główna bohaterka, to wszystko zostało całkiem zgrabnie rozwiązane.

„Anita Głowińska, Kicia Kocia nie może zasnąć, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2013, 25 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Tupcio Chrupcio. Nie mogę zasnąć” Eliza Piotrowska, Marco Campanella  – kolejna pozycja dla maluszków, które nie mogą zasnąć. Tym razem nie ma żadnych strachów, a po prostu jedna mała myszka-wiercipiętka. I tym razem mama staje na wysokości zadania i skutecznie tłumaczy synkowi dlaczego sen jest ważny. Fajnie, że Tupcio Chrupcio pamięta o wieczornym myciu ząbków, ale nie bardzo spodobało mi się, że pięcioletni myszek pije w nocy mleko z butelki ze smoczkiem. Moja córa nie za bardzo wie co to tak właściwie jest, ale dla dzieci i rodziców mierzących się z rezygnacją z butelki to chyba średnia pomoc.

Eliza Piotrowska, Marco Campanella, Tupcio Chrupcio. Nie mogę zasnąć, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 24 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„To, co najbardziej lubię… Gdy idę spać” Trace Moroney
„To, co najbardziej lubię…” jest kolejną serią podejmującą ważne tematy z codzienności kilkulatka. Bohaterem jest całkiem uroczy króliczek, który, w tej części, szykuje się do snu. Mamy zatem przedstawione kolejne etapy wieczornego rytuału: kąpiel, mycie ząbków, ubieranie piżamki, przytulasy z mamą i wieczorne czytanki. Jest jednak kilka rzeczy, które bezsprzecznie zachwyciły mnie w tej pozycji – przede wszystkim króliczka do snu układa tata (zupełnie jak u nas!) i to on czyta mu bajeczki. Ponadto fantastycznym elementem ich wspólnej rutyny jest wspominanie najlepszych chwil minionego dnia – koniecznie muszę wprowadzić ten pomysł również u nas. Autorka porusza również tematykę snów, z czym dotychczas się nie spotkałam w książeczkach dla takich maluszków – abstrakcyjne wizje zapowiadają całkiem przyjemne przygody.
Całość dopełniają wskazówki dla rodziców, gdzie podpowiedziano jak umacniać więzi z dzieckiem i jak formułować komunikaty, by przedstawić pozytywny wydźwięk danej sytuacji.
Niewiele tekstu, mnóstwo miłości, całkiem ładne ilustracje i bardzo mądre przesłanie. Zdecydowanie warta polecenia!

Trace Moroney, To, co najbardziej lubię… Gdy idę spać, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 20 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zasypianki na każdy dzień miesiąca” Anna Onichimowska – oto zbiór trzydziestu jeden króciutkich historyjek przeznaczonych do czytania przed snem. I przyznam szczerze, że troszeczkę się nimi rozczarowałam, być może dlatego, że sama nie przepadam za opowiadaniami i zawsze chciałabym wiedzieć co było dalej. A tutaj mamy do czynienia z jedno-dwustonicowymi scenkami, które nie są ze sobą w żaden sposób połączone i zdają się być zupełnie wyrwane z kontekstu i brakuje w nich morału. I chociaż spotkamy w nich smoki, potwory, serniki i boże krówki, a ilustracje pełne są rozkosznych owieczek, to zostawiają czytelnika z poczuciem niedosytu, a jedna to zdecydowanie za mało na wieczorne czytanie. Niestety zupełnie się u nas nie przyjęła (szczególnie, że niektóre z opowiadań mi osobiście nie przypadły do gustu – na przykład „Zasypianka z lewą nogą”, gdzie karą za dziecięcą niegrzeczność jest odrzucenie i „ciche dni”.). Ale jeśli Wasza pociecha nie przepada za długim słuchaniem bajek przed snem, a mimo to chcielibyście wprowadzić ten element do rytuału, to książeczka Onichimowskiej może okazać się dobrym rozwiązaniem.

Anna Onichimowska, Zasypianki na każdy dzień miesiąca, Łódź: Wydawnictwo Literatura, 2008, 72 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Martynka. Małe historie do czytania przed snem” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier – Martynkę znamy i uwielbiamy już od pokoleń. Trudno zresztą nie wymięknąć w starciu z tą niezwykle sympatyczną i zawsze skorą do pomocy dziewczynką. Szczególnie w towarzystwie cudownie ckliwych ilustracji. Tym razem Wydawnictwo Papilon przygotowało zbiór historyjek dedykowanych właśnie czytaniu przed snem. Znajdziemy tu przede wszystkim opowiadania, w których wielką rolę gra fantazja doprawiona nutką tajemnicy – „Spotkanie z duchami”, „Tajemniczy książę”, „W krainie baśni”, czy „Księżniczka i rycerz” wspaniale pobudzą dziecięcą wyobraźnię. Za dawkę słodyczy odpowiada „Kocia mama”, a o dążeniu do realizacji marzeń opowiada „Martynka tańczy”.  U nas sprawdzają się bardzo dobrze, przede wszystkim dlatego, że opowiadania są zdecydowanie dłuższe niż w zbiorze Onichimowskiej, a każda z nich stanowi zamkniętą całość. Trudno tylko skończyć czytanie i w końcu włożyć zakładkę.
Więcej o nowym wydaniu przygód Martynki możecie przeczytać TU.

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie do czytania przed snem, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.

„O króliku, który nie chce zasnąć” i „Wielkie problemy ze snem małej słonicy Eli” Carl-Johan Forssén Ehrlin, Sydney Hanson – w tym zestawieniu nie mogłam ominąć dwóch książek, które reklamowane są jako niezawodny sposób na dzieci, które nie chcą zasnąć. Niestety nie mogę ich polecić  – zupełnie się u nas nie przyjęły i prawdę powiedziawszy ani Majka nie chciała ich słuchać, ani mnie do siebie nie przekonały. Ale od początku. Poza napisaniem samych historii, autor opracował również całą technikę ich czytania, opierającą się na „procesie programowania neurolingwistycznego”. Już z pierwszej strony, która jest swoistym przewodnikiem dla czytającego, dowiadujemy się które fragmenty powinniśmy zaakcentować, a które przeczytać bardzo powoli, w którym miejscu przekonująco ziewnąć, a w którym wstawić imię dziecka. I to z początku wydaje się całkiem fajne. Gdyby nie fakt, że same książki są po prostu przeraźliwie nudne! Majka zniechęcała się po pierwszej stronie, ja przemęczyłam się do końca, ale nie było warto. Może ze względu na mieszanie form – narracja prowadzona jest raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie, raz opowiada historię, raz zwraca się bezpośrednio do czytelnika – czyta się niesamowicie topornie, a w pewnych momentach miałam wrażenie, że te książki mają działać na zasadzie hipnozy.
Jest nudno, czyta się ciężko i nawet ilustracje nie są ładne. No i nieszczególnie pomagają w zaśnięciu.

Carl-Johan Forssén Ehrlin, O króliku, który nie chce zasnąć, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2015, 28 s.

Carl-Johan Forssén Ehrlin, Wielkie problemy ze snem małej słonicy Eli, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2016, 40 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Mały Książę na dobranoc” – to trzecia pozycja sugerująca czytającemu w jaki sposób akcentować pewne fragmenty i w jaki sposób je przeczytać, co ma na celu wyciszenie maluszka. I w tym przypadku ta koncepcja może zdać egzamin, bo towarzyszy dobrej, sprawdzonej historii i pięknym ilustracjom. Maja jest jeszcze za mała na tą klasykę, nawet w takim wydaniu, ale na pewno spróbuję do niej powrócić za kilka lat.

Mały Książę na dobranoc, na podstawie dzieła Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2016, 50 s.

Macie jakieś niezawodne patenty na lulanie maluszków? Ukochane lektury do snu? Podzielcie się tytułami!

Bajki Majki: „Królik Franek” Marta Krzemińska

Nie macie jeszcze dość wszelkiej maści króliczków i zajączków po minionych świętach? Mam nadzieję, że nie, w końcu kitajce są zawsze na topie!

Przez święta testowaliśmy rodzinnie najnowszą serię Marty Krzemińskiej o Króliku Franku z ilustracjami Eweliny Jaślan-Klisik. Książeczki mają na celu przybliżenie i przygotowanie maluszka na trudne i niezrozumiałe sytuacje, które mogą spotkać go między innymi w przedszkolu, a ich treść powstała w konsultacji z psycholog dziecięcą. W końcu bycie maluchem wcale nie jest łatwe!

DSC_1286

„Królik Franek i problem krótkiego ogonka” jest opowieścią o pierwszym kontakcie z odmiennością. Do przedszkolnej grupy Franka dołącza nowa koleżanka – kotka Pusia o dziwacznie krótkim ogonku. Niestety zachowanie króliczka okazuje się być dalekie od ideału i koteczka spotyka się z odrzuceniem. W tym przypadku bardzo spodobała mi się reakcja mamy, która na wiadomość o wyczynach synka reaguje dezaprobatą i dopiero po dłuższej rozmowie z synkiem wspólnie dochodzą do porozumienia i odkrywają przyczyny takiego zachowania. Super, że rodzic nie został przedstawiony jako wszystkowiedzący i mający od razy gotową odpowiedź na wszystko. Mama Franka jest dobrym słuchaczem również posiadającym emocje. I chociaż mama pomaga zrozumieć Frankowi, że jego agresywna postawa jest spowodowana irracjonalnym strachem, dopiero bliższe poznanie Pusi staje się remedium na uprzedzenia.

Natomiast „Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy” to historia o trudnej umiejętności przegrywania. Tym razem problem pojawia się podczas rodzinnego popołudnia nad ulubioną grą Franka – zirytowany złą passą króliczek wpada w złość i przerywa rozgrywkę. Jednak podobne zachowanie jego kolegi w przedszkolu uświadamia mu, że wcale nie jest fajnie bawić się z osobą o takim nastawieniu. Bardzo fajny przykład zmiany postrzegania wynikającej ze zmiany punktu widzenia.
Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to nie do końca podoba mi się, że nasz bohater dostał od rodziców grę, jako nagrodę za grzeczne zachowanie, chociaż i u nas system kar i nagród powoli zaczyna się pojawiać. Jednak wydaje mi się, że dobre zachowanie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, co należy szczególnie nagradzać.

Książeczki są już całkiem poważne – choć obrazki wciąż pełnią istotną rolę, mamy już tyle samo tekstu o głębokiej treści. Papierowe strony i okładki, podobnie jak tematyka, sugerują nieco bardziej wprawionego odbiorcę, choć konstrukcja zdań i przywoływane przykłady zostały dostosowane do możliwości poznawczych przedszkolaków.

Niestety nieszczególnie podobają mi się ilustracje. Chyba dlatego, że kojarzę króliki jako mięciutkie i puchate stworzenia, a te są strasznie gładkie, takie… wylizane (ach ta profesjonalna terminologia!) – mam wrażenie, że więcej futerka ma od Franka jego przyjaciel prosiaczek. Ponadto postacie wyjątkowo nieforemne. Ale Majka nie narzeka i podobają jej się delikatne, pastelowe kolory.

Dużym atutem książeczek są pytania pomocnicze zajmujące dwie ostatnie strony. Mogą one stanowić przyczynek do dyskusji i pomóc dojść dzieciom do odpowiednich wniosków. Warto rozmawiać – i w domu i w przedszkolu.

Obie książeczki polecam starszym przedszkolakom, którzy mają już szansę spotkać się z określonymi sytuacjami i budzą one ich sprzeciw. Moja Majka jeszcze nie zwraca uwagi na inność i nie wie, że w grach można przegrywać, dlatego Franek jeszcze trochę poczeka na półce. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że te problemy prędzej czy później staną nam na drodze. A z kłopotami najlepiej się mierzyć mając przy sobie przyjaciela. Franek świetnie sprawdzi się w tej roli.

Marta Krzemińska, Królik Franek i problem krótkiego ogonka; Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Feluś i Gucio idą do przedszkola” Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett

Adaptacja w przedszkolu to kolejny wielki krok i w życiu maluszka. Całkowita zmiana otoczenia z bezpiecznych domowych kątów na wypełnione przygodami i rówieśnikami miejsce. Miejsce, gdzie rodzic, który dotychczas był na zawołanie, nie będzie już towarzyszył małemu odkrywcy na każdym kroku, a panią przedszkolanką trzeba się dzielić z innymi dziećmi.

Już po wakacjach Majkę czeka upgrade na przedszkolaka i powoli zaczynamy się nastawiać na to wielkie wydarzenie. Wspólnie odwiedzałyśmy przedszkola zanim wybrałyśmy to jedno jedyne, dużo o tym rozmawiamy i powoli zaczynamy zbierać „literaturę przedmiotu”. Książeczka o Felusiu, która całkiem niedawno wyszła nakładem Naszej Księgarni, jest jedną z fajniejszych pozycji odsłaniającej przed maluszkiem tajemnice przedszkolnego życia.

Takie zmiany są stresujące nie tylko dla dziecka, ale i dla rodzica. I to właśnie do zatroskanych mam skierowane są dwie pierwsze strony, gdzie na spokojnie wytłumaczono jak wielkim przeżyciem mogą okazać się pierwsze dni w przedszkolu. Znalazło się również miejsce na proste porady jak wspierać swojego świeżo upieczonego przedszkolaka. Całą resztę natomiast można już czytać wspólnie.

Ta duża, całokartonowa książka z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprzyja także samodzielnemu oglądaniu. Szczególnie, że zdecydowaną większość stron zajmują delikatne, pastelowe ilustracje i to właśnie obraz jest głównym sposobem przekazu informacji. Krótkie partie tekstu do przeczytania wspólnie z rodzicem dodatkowo tłumaczą całą sytuację i przybliżają uczucia bohatera.

Każda podwójna strona, opatrzona stosownym nagłówkiem, przedstawia jeden element przedszkolnej rutyny. Układają się one – krok po kroku – w standardowy dzień świeżo upieczonego przedszkolaka. Od porannych przygotowań do wyjścia z domu, przez zmianę butów w szatni, pożegnanie z rodzicem, zabawę z kolegami, posiłki, higienę, spacery, drzemkę i przeróżne wyjątkowe wydarzenia aż po powrót do domu. Największy strach wzbudza to, co nieznane, warto zatem na spokojnie omówić wszystko, co może się wydarzyć. Ta lektura może okazać się świetnym wstępem do rozmowy o własnych przeżyciach z emocjonujących dni w przedszkolu.

Wszystko przedstawione zostało z perspektywy Felusia – sympatycznego smyka, dla którego przedszkole również jest jeszcze nowością. Wraz z nim poznajemy reguły panujące w nowym miejscu, a także ogromne możliwości poznawania świata, zarówno na co dzień, jak i w wyjątkowe dni, takie jak Mikołajki, wycieczka czy Dzień Babci. Razem z Felusiem przezywamy często przytłaczające emocje – smutek towarzyszący rozstaniu z mamą, kłopot z rozpięciem spodenek w toalecie, pierwsze kroki w nauce cierpliwości i codzienne małe dramaty – upadki, strach, pierwsze kłótnie z kolegami, czy tęsknotę za rodzicem. Wiadomo, że razem jest raźniej, a Feluś jest uroczym przewodnikiem i dobrym przykładem do naśladowania. Bardzo mi się podoba, że małemu bohaterowi na każdym kroku towarzyszy przyjaciel – pluszowy miś Gucio, z którego autorki uczyniły pełnoprawnego współbohatera swojej opowieści. Mam nadzieję, że i Maja będzie mogła, chociaż na początku, zabierać ze sobą któregoś z pluszaków. Oby tylko nie zechciała zabrać kota, którego traktuje jak jedną ze swoich najukochańszych maskotek…

Bardzo ładnie zilustrowana, czytelna i sumiennie omawiająca niemalże wszystkie aspekty nowego, przedszkolnego świata. Na razie podczas czytania dostosowuję tekst do naszych potrzeb (na przykład nie czytam, że Feluś podczas pożegnania bardzo płakał, by nie nastawiać córki negatywnie. Nie czytam też o zakończeniu picia z butelki, bo jedyna butelka, jaką zna moje dziecko, to ta ze słomką.). Wspaniale, że udało się uzyskać zachęcający i atrakcyjny wydźwięk i jednocześnie nie przedstawiać przedszkola w samych superlatywach. Problemy i smutki nie są ignorowane, a przedstawiono je jako sytuacje, z których można znaleźć wyjście i uzyskać pocieszenie. To wielka zaleta tej pozycji.

Piękna, mądra i wytrzymała. Mam nadzieję, że okaże się skuteczną pomocą w rozpoczęciu naszej przedszkolnej przygody.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett, Feluś i Gucio idą do przedszkola, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.