Bajki Majki: „Psierociniec. Tom 3: Niepiesek” Aneta Widzowska

Nie da się ukryć, że chociaż lubimy wszystkie futerkowe i nie futerkowe zwierzęta, to największą słabość odczuwamy do kotów –  jesteśmy rodziną kociarzy pełną gębą. Dlatego też nie od razu zwróciłam uwagę na „Psierociniec” – nową serię książek dla początkujących czytelników.

Dopiero trzeci tom psich przygód wyjątkowo skutecznie przykuł moją uwagę. Tom o Niepiesku, czyli psiaku, który przez całe życie myślał, że jest… kotem. Wychowany przez kocią rodzinę naprał wielu mruczkowatych zwyczajów, co spotkało się z drwiącą reakcją miejscowej bandy psich chuliganów.

Dlatego też za wszelką cenę stara się udowodnić sobie i innym, że potrafi być również świetnym psem. Buduje rakietę kosmiczną, chcąc zapisać się w historii psich podbojów wszechświata, próbuje łapać przestępców i kariery psa przewodnika. Niestety wszystkie jego wysiłki kończą się fiaskiem.  Czy wizyta w Psierocińcu pomoże mu uwierzyć w siebie i odnaleźć własną tożsamość?

I chociaż nie znamy wcześniejszych losów wielu bohaterów – między innymi psiego poety Remika, który stanie się mentorem Niepieska – trzeci tom serii okazał się być bardzo dobrym pretekstem dla pierwszej wizyty w Psierocińcu. Wybierając więc tytuł, nie trzeba sugerować się kolejnością tomów (choć oczywiście to zawsze najwygodniejszy sposób poznawania tematu) i spokojnie można wybierać zgodnie z dostępnością, czy tematyką.

A „Niepiesek” to zaskakująco pozytywna, zabawna i rozśpiewana (ten aspekt zaskoczył mnie chyba najbardziej – co kilka stron mamy wpadającą w ucho, rymowaną piosenkę – superowy pomysł!) opowieść o inności i akceptacji. Przyjaźń, rodzina i chęć niesienia pomocy, to kolejne wartości, jakie niesie ze sobą lektura. Fajnie sprawdzi się również jako wyjście do promowy o zjawisku adopcji. A wszystko to opakowano w dowcipną, nieprawdopodobną fabułę pełną bardzo sympatycznych bohaterów. Bo tutaj nawet czarne charaktery przyprawiają o uśmiech na twarzy. A i różnorodność gatunkowa jest imponująca.

Chociaż pod względem objętości tekstu, moja Maja jest jeszcze trochę za mała na tą pozycję, myślę, ze skusimy się na czytanie „na raty”. Mądry, przystępnie przedstawiony morał i strasznie ładne ilustracje dopełniające tekst są zbyt wielką pokusą, by móc w stanie się jej oprzeć i cierpliwie czekać te kilka lat. Za to bardziej wprawionym  (5/6 latkom) polecam lekturę jednym tchem.

Aneta Widzowska, Psierociniec. Tom 3: Niepiesek, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Wszystkie psy Eli” Catarina Kruusval

Losy Eli śledzimy od samych czytelniczych początków Majeczki – zaczynaliśmy od serii malutkich kartonówek o Eli i Olku, przez dwie z czterech książeczek z pośredniej serii („Piłka Eli” i „Ela na plaży”) aż po zaczytaną do kompletnego znudzenia „Jabłonkę Eli” dla nieco bardziej zaawansowanych czytelników.

Dlatego też nie mogliśmy nie skusić się na nowość od wydawnictwa Zakamarki – „Wszystkie psy Eli” całkiem niedawno trafiły do naszej kolekcji i stały się obowiązkową wieczornych czytanek (ostatnimi czasy na równi z „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” i nowym Puciem).

W tej książce, choć jest dedykowana czytelnikom 3+ i została wydana w większym formacie, niż dwie serie dla zupełnych maluszków (bo przygody Eli rosną wraz z dzieckiem – również w dosłownym sensie), jest zauważalnie mniej tekstu niż w przypadku „Jabłonki”, a prym wciąż wiodą całostronicowe, już bardziej szczegółowe ilustracje w charakterystycznym stylu autorki.

Ela codziennie wierci tacie dziurę w brzuchu o własnego czworonoga, bo, jak powtarza, kocha wszystkie psy. Kiedy jednak wyprowadza na spacery kolejne i kolejne psiaki krewnych i znajomych, okazuje się, że każdy z nich ma jakąś wadę – Herkules za mocno ciągnie smycz, Figa za wolno chodzi, a Frodo potwornie się ślini. Co jednak ani trochę nie zmniejsza miłości Eli do psów i nie ogranicza jej wyobraźni w wymyślaniu imion dla potencjalnego kudłatego przyjaciela. Kiedy Ela już traci nadzieję na spełnienie swojego wielkiego marzenia, tata ma dla swojej córeczki pewną bardzo ruchliwą niespodziankę…

Tak, jak jesteśmy z córką zadeklarowanymi kociarami, tak te psiaki urzekły nas nie tylko swoimi mordkami, ale przede wszystkim uroczymi (choć z pewnością kłopotliwymi) wadami i różnicami. W końcu nikt nie jest idealny, a już na pewno nie jesteśmy tacy sami! I to właśnie te niewielkie szczegóły w wyglądzie i usposobieniu czynią i nas i nasze czworonogi wyjątkowymi.

Zdecydowanie polecamy wszystkim fanom Eli, a jeśli ktoś jeszcze nie zna tej szwedzkiej bohaterki, to polecam umieścić tą lekturę pomiędzy serią „dla średniaków”, a „Jabłonką Eli”.

Catarina Kruusval, Wszystkie psy Eli, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 28 s.

Książka na weekend: „Psiakość!” Alejandro Palomas

Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, co do wyboru tej książki jako idealnej na wakacyjny weekend, powiem tylko, że jej autor ma na imię Alejandro. Normalnie jak w piosence Lady Gagi. Czy istnieje coś w bardziej letnim klimacie niż Alejandro? (nigdy nie twierdziłam, że moje kryteria w podejmowaniu czytelniczych decyzji nie są dziwne). A przy okazji to całkiem mądra komedia. Z przesłaniem i ku pokrzepieniu serc.

„Uświadomiłem sobie, że kiedy pies staje się nasz, przestaje być jedynie psem. Zmienia się wtedy w imię, w oczy, w reakcje, w ciągłą obecność i wspólną biografię…”

Rodzina Fera jest naprawdę zakręcona – głównie za sprawą jego matki, którą tak samo mocno pragnie się przytulić, co podduszać, chociaż i jego siostry mają w tym swój udział. Rodzina generująca całą masę komicznych sytuacji, w której psy są pełnoprawnymi (a nawet uprzywilejowanymi) członkami rodziny. Jednak mimo tego całego komizmu, absurdalnych dialogów i obciachowych pomyłek jest to wzruszająca historia o radzeniu sobie z utratą ukochanych. Bo zbyt wielu członków tej rodziny odeszło zbyt wcześnie – czy to z wyboru, czy na skutek nieszczęścia. A każde porzucenie pozostawia wyrwę w sercu najbliższych – nie ważne, czy odchodzi babcia, partner, czy czworonożny przyjaciel. A kiedy miłość i przywiązanie zaczynają kojarzyć się przede wszystkim z bólem, nie ma nic trudniejszego niż pokochanie na nowo.

„(…) bo opłakiwać psa, to opłakiwać to, co mu dajemy z siebie, z nim odchodzi życie, o którym nikomu nie mówiliśmy, chwile, których nikt nie widział. Odchodzi strażnik sekretów i wraz z nim odchodzą także same sekrety, kufer, łamigłówka, którą w nim skrywamy, a także klucz, tracimy kawałek życia”.

Cała historia toczy się jednej nocy – od przerażającego, pełnego beznadziejności oczekiwania na wieści, przez bezsenną noc aż po wyjątkowo stresujący poranek. A wszystko to przetykane wspomnieniami – tragicznymi i komicznymi, smutnymi i pełnymi rodzinnego ciepła.

„(…) bo czasem widzimy jedynie to, czego nam brakuje, a nie to, co nam towarzyszy”.

Są pełne oddania psie spojrzenia, fantastyczna relacja wnuka z babcią, zakręcone starsze panie, seksowny australijski weterynarz, przydługie zdania, obite kolana, perfekcyjna Lady Ścierka, kryzysy małżeńskie i poszukiwanie idealnego chłopaka dla syna. A także masa pięknych cytatów.

No i churros, już dla samych churrosów maczanych w czekoladzie warto skusić się na tą lekturę. #odkrycielata

Podnosząca na duchu opowieść o miłości, starości i samotności, o odwadze, wsparciu najbliższych i długiej, wyboistej drodze ku wzajemnemu zaufaniu. Taki plasterek na serducho.  I prawdę mówiąc kompletnie nie zauważyłam, że to drugi tom.

Jako zdeklarowana kociara serdecznie polecam.

Alejandro Palomas, Psiakość!, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Psiego najlepszego” W. Bruce Cameron

Zacznijmy od tego, że w moim odczuciu, jest to książka dla dziecięca/młodzieżowa. Przyznaję, że swój egzemplarz zakupiłam impulsywnie, jako artykuł na promocji leżący przy kasie i szczerze nie mam pojęcia na jakim dziale normalnie powinno się go szukać, chociaż jedyne informacje dotyczące gatunku do jakiego przypisuje się tą powieść to literatura obyczajowa albo romans.

Patrząc na „Psiego najlepszego” jak na książkę skierowaną do dorosłego odbiorcy, ocena nie może być pozytywna – historia jest naiwna i wybielona, postacie pozbawione pogłębienia psychologicznego, tło nieznacznie tylko zarysowane, a główni bohaterowie męczący w swej nieporadności. Wszystko to doprawiono frazesami rodem z broszurki informacyjnej.

Josh jest współczesnym pustelnikiem – pracującym zdalnie programistą mieszkającym samotnie w rodzinnym domu w niegościnnej okolicy. Na jego nieprzystosowanie społeczne w dużej mierze wpływ ma niezaleczona trauma rozwodu i rozpadu rodziny oraz rozstanie z dziewczyną. Z marazmu pełnego odgrzewanych w mikrofalówce dań i pisania interfejsów wyrywa go sąsiad podrzucając mu psa. A dokładniej suczkę w stanie wskazującym na zaawansowaną ciążę. Mimo wrodzonej chyba ciapowatości i braku podstawowej wiedzy o zwierzętach nasz bohater radzi sobie nadzwyczaj dobrze i momentami bywa nawet rozczulający – szczególnie kiedy próbuje zrobić masaż swojej psiej przyjaciółce chcąc poprawić jej humor przez zbliżającym się porodem albo śpiewa kołysanki szczeniakom. Które oczywiście pięknie od tego zasypiają. Nie mogło się obyć bez romansu między Joshem, a śliczną pracownicą schroniska, którą prosi o pomoc. Romansu równie nieporadnego, co opieka psami, szczególnie, ze obydwoje nie wiedzą czego chcą i reagują impulsywnie i niedojrzale.  Wydaje mi się jednak, że ocenianie tej książki w takich kategoriach byłoby krzywdzące.

To historia o odpowiedzialności i opiekuńczości, o miłości i przywiązaniu. O radzeniu sobie ze stratą i pozwalaniu odejść temu, kogo kochamy. O umiejętności wypośrodkowania między emocjonalnością i racjonalnością. Są to cechy, które dorosły odbiorca w dużej mierze ma już ukształtowane, przynajmniej na tym poziomie, jaki został przedstawiony w książce. Jednak nie do końca jeszcze dojrzały psychicznie czytelnik – pozwolę sobie użyć fantastycznego sformułowania „młodsza młodzież”, czyli osobnik w wieku, mniej więcej, 12-17 lat – z pewnością na takiej lekturze skorzysta. Dobrze pamiętam jakim przeżyciem było dla mnie przed laty poszukiwanie domów dla kociąt, które jeszcze nie tak dawno dokarmiałam mlekiem z zakraplacza do oczu i przykładałam do ciepłego boku kociej mamy. Dla młodej osoby takie rozstanie to prawdziwy uczuciowy sztorm i w takim przypadku oklepane frazesy w pewnym stopniu się sprawdzą. A opakowane w nieskomplikowaną, pełną świątecznego ciepła fabułę sprawdzą się jeszcze lepiej. Bo wobec miłości każdy bywa czasem tak nieogarnięty jak Josh.

Szkoda, że nie pociągnięto dalej kwestii radzenia sobie ze wspomnieniami o rozwodzie i porzuceniu przez rodziców. Bohater idzie w dobrym kierunku i zaczyna konfrontować swoje odczucia z siostrą, ale ten wątek się urywa. Trochę brakowało mi też prawdziwego uroku świąt, które tutaj zostały jedynie zarysowane, głównie na poziomie dekoracji i wspomnień. Dla mnie to jednak za mało, żeby wczuć się w klimat.

Podsumowując, jest to kiepska książka dla dorosłego, ale bardzo sympatyczna dla młodszego odbiorcy. Urzekła mnie oczekiwaniem na święta już w październiku (mam tak samo!), choć dekoracje Josha są zbyt tandetne nawet jak dla mnie – wielkiej miłośniczki bożonarodzeniowej komerchy. No i jest pełna uroczych szczeniaczków, co przekreśla wszystkie wymienione powyżej minusy.

Bruce Cameron, Psiego najlepszego, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2017, 296 s.