Bajki Majki: „Kacper nie dba o zabawki”, „Cukierkowa Wróżka i niezdrowa dieta”, Agata Giełczyńska

Kiedy zdarza mi się jakiś „problem wychowawczy”, a zwykłe tłumaczenie nie pomaga, szukam pomocy w książeczkach dla dzieci. Przyjrzenie się danym zachowaniom z innej perspektywy (również perspektywy ofiary), przeżycie danej historii i konsekwencjom określonych działań to sposób, w jaki maluszek może uczyć się na błędach swoich literackich rówieśników. Rodzic nie zawsze potrafi ubrać w słowa dany kłopot i odpowiednio uargumentować dlaczego czegoś nie można albo wręcz powinno się robić. A zakazy i nakazy bez argumentacji sprowadzają się przecież do pustych frazesów.

Dwie opowieści – Kacprze, który nie szanuje swoich zabawek, psuje je i bałagani oraz o miasteczku, w którym jedynym znanym jedzeniem są słodycze – mogą być właśnie pierwszymi takimi pouczającymi doświadczeniami.

Super, że to faktycznie są baśnie pełną gębą – pełne magii i tajemniczych zdarzeń. Znajdziemy tu mówiące i chodzące zabawki, wrednawe wróżki i drzewa rodzące słodycze i krowy dające kakao. A ponadto wciąż ładnie i bogato ilustrowane, co dodatkowo pomaga dziecku utożsamić się z bohaterami i wysnuć wnioski z ich zachowania.

Bo chociaż w realnym świecie zabawki sobie od ciebie nie pójdą, jeśli nie będziesz o nie dbał (a wręcz je niszczył!), a rośliny owocujące pełnymi cukrów prostych i tłuszczów utwardzanych słodyczami nie istnieją, to jednak konsekwencje braku szacunku i niezdrowej diety są zupełnie realne. Bo czym są dla dziecka zabawki, jak nie pierwszymi przyjaciółmi? W końcu utrata przyjaciela zawsze boli tak samo, nie wiadomo nawet, czy nie bardziej, niż brzuch po słodyczowej uczcie. Zdecydowanie lepiej o tym czytać, niż doświadczać na własnej skórze.

Wiadomo, że żadna książka nie powstrzyma dziecka od rzucenia zabawką, zlekceważenia potrzeb innego człowieka, czy ukradkowego podjadania cukierków przed obiadem. Ale dzięki takim właśnie lekturom, te przykre sytuacje będą dla malucha bardziej zrozumiałe.

Serię „Edukacyjne baśnie dla przedszkolaków” polecam  już trochę wprawionym czytelnikom przywykłym do dłuższych i bardziej skomplikowanych tekstów. Historie Giełczyńsiej należą bowiem już do tych rozbudowanych, choć zbudowanych na znanym i bezpiecznym temacie przyczyny, konsekwencji i poszukiwania rozwiązania. Moja świeżo upieczona trzylatka nieco się jeszcze w tym gubi, przez co traci zainteresowanie mniej więcej w 1/3. Obawiam się jednak, że zarówno upodobanie do słodyczy, jak i wieczne deptanie po zabawkach nie znikną tak prędko i książki będą jak znalazł również w przyszłym roku.

Agata Giełczyńska, Kacper nie dba o zabawki, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.
Agata Giełczyńska, Cukierkowa Wróżka i niezdrowa dieta, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

 

Grajki Majki: Chicco „Under the sea”

To jedna z dwóch gier o najniższym progu wiekowym w naszej kolekcji – producent poleca ją dla maluszków już od drugiego roku życia. Chociaż uprzedzam, że takie maluszki głównie jednak będą używać jej jako zabawki sensorycznej.

To jedna z gier-macanek, jak to (nieszczególnie poprawnie politycznie) lubię je określać. Ale co tu owijać w bawełnę – trzeba po prostu odszukać drogą macania odpowiedni przedmiot w czarnym woreczku. W pudełku znajdziemy osiem plastikowych zwierzątek morskich (żółwia, kraba, rozgwiazdę, ośmiornicę, konika morskiego, meduzę, rybkę i sercówkę), które wrzucamy do czarnego woreczka, oraz kartoniki z obrazkami będącymi przedstawieniami owych zwierzątek. W wersji podstawowej losujemy jeden odwróconych rewersem w górę kartoników i naszym zadaniem jest wyszukać w woreczku jego plastikowy odpowiednik. Oczywiście bez patrzenia. W trakcie gry można pomylić się trzykrotnie – za każdą pomyłkę dostaje się kartonik z wystawiającym język omułkiem.

Wersja zaawansowana wprowadza dodatkowe karty z cieniami zwierzątek i „mutkizwierzątkowe”, które utrudniają rozgrywkę o tyle, że wprowadzają element ćwiczący pamięć. Tym razem trzeba jak najszybciej zgromadzić wszystkie kartoniki odpowiadające wylosowanemu morskiemu stworzeniu. A kartoniki leżą rewersami do góry, jest to więc połączenie popularnej gry „memory” z macanką.

Mamy więc trening pamięci, spostrzegawczości, cierpliwości i koncentracji, a do tego świetne ćwiczenie wrażliwości małych paluszków i motoryki małej.

A jeśli chcemy pobawić się z zupełnym maluszkiem, wystarczy nie włączać do rozgrywki woreczka i pozwolić dziecku dopasowywać modele do przedstawień na kartonikach mając wszystkie elementy gry w zasięgu wzroku.

Bardzo lubię gry, książki i pomysły, które rosną wraz z dziećmi. W których wraz z wiekiem znajdujemy dodatkowe rzeczy i zauważamy szczegóły, które nam wcześniej umykały. Dlatego też polecam bardzo. Szczególnie, że wodne zwierzątka to u nas zawsze pewniak – na równi z kotami i pszczołami. Dziwne są te dziecięce upodobania.

Under the sea
Firma: Chicco
Sugerowany wiek: 2+ (wersja uproszczona), 4-99 (wersja zaawansowana)

Bajki Majki: „Liczymy razem” Matsumasa Anno

Książka „Liczymy razem” składa się z 13 plansz odpowiadających dwunastu miesiącom. Pierwsza z nich, przedstawiająca bliżej niezidentyfikowany zimowy krajobraz, jest zupełnie pusta – odpowiada cyfrze 0. Na kolejnej pojawiają się pierwsze obiekty – dom, narciarz, dziecko lepiące bałwana, słońce, chmura, samotne drzewo, czy ptak, a w miarce obok ilustracji umieszczony został pierwszy klocek. Na kolejnej stronie widzimy tą samą przestrzeń uzupełnioną o kolejne elementy – obok domu pojawia się kościół, którego zegar pokazuje drugą godzinę, przy choince rośnie druga, wcześniej wydeptana ścieżka zostaje utwardzona i rozchodzi się w dwie strony, dwaj kierowcy ciężarówek dyskutują na poboczu, dwoje dzieci goni dwa zajączki. A śnieg powoli topnieje. Na następną stronę zawędrowała już wiosna – troje dzieci niesie trzy kwiatki, trzy łodzie płyną rzeką, pojawia się również kolejny budynek i drzewa. W miarce po lewej stronie obrazka piętrzą się już trzy klocki.

W ten sposób maluchy mają możliwość nie tylko nauczyć się liczyć, ale przede wszystkim śledzić roczny cykl życia przyrody raz przyjrzeć się stopniowemu rozwojowi niewielkiego miasteczka. Zupełnie przypadkiem dziecko oswaja się również z zegarem i powoli (wraz z przyswajaniem cyfr) uczy się odczytywać z niego godziny. A wszystko to bez wykorzystania tekstu, bo jedynym środkiem przekazu są tutaj barwne plansze z delikatnymi akwarelowymi obrazkami.

Sam tekst pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest przeznaczony dla rodziców. Wytłumaczono w nim zastosowaną w książce regułę „jeden do jednego” i same początki liczenia, o czym rodzic może następnie opowiedzieć dziecku. Całość dopełnia krótka biografia autora.

Wbrew pozorom ta książka wcale nie jest tak prosta w odbiorze, jak mogłoby się wydawać! Szczegółów jest dużo, a malarskie ilustracje to czasami naprawdę miniaturki i trzeba się porządnie skupić, żeby je wypatrzyć i policzyć. Również ze względu na sposób wydania polecam ją raczej przedszkolakom, niż zupełnym maluszkom – jest to książka papierowa w twardej oprawie z rogami bez zaokrąglenia, dlatego „czytanie” wymaga już pewnej wprawy w używaniu rączek i paluszków.

Wyjątkowo śliczna, logiczna i wciągająca historia. Uczy liczenia, miesięcy, pór roku i zegara, pomaga ćwiczyć koncentrację, cierpliwość, umiejętność porównywania i spostrzegawczość. A ponadto wyrabia dobry gust estetyczny. Polecam bardzo mocno.

Swoją drogą kto by się spodziewał, że książeczka o liczeniu może być taka ładna!

Matsumasa Anno, Liczymy razem, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Jestem artystą” Marta Altés

Zakochałam się w tej książeczce od pierwszego wejrzenia. Jest genialna – zarówno z perspektywy historyka sztuki, jak i z perspektywy mamy małej artystki. Nie mogę się doczekać, aż pokażę ją córce i jednocześnie trochę się tego boję.

To książka trzech bohaterów:
synka – domorosłego artysty zakochanego w kolorach, kształtach i fakturach, nie stroniącego od śmiałych eksperymentów, czerpiącego inspiracje z otaczającego go świata, stanowiącego awangardę nowej dziedziny sztuki zwanej roboczo home art;
kota – wspólnika artystycznej zbrodni, niestrudzonego modela, obiektu eksperymentów, wiernego towarzysza, dzieło sztuki;
mamy – bezkompromisowej krytyczki home artu, sceptycznej wobec dekonstrukcji domowego ładu na rzecz szeroko rozumianej wolności artystycznej.

Pełen entuzjazmu synek o salvadorowych wąsach domalowanych czarną farbą i głową pełną pomysłów w każdym przedmiocie i miejscu widzi sztukę. Nie jest więc w stanie powstrzymać się od tworzenia kolejnych imponujących realizacji, czerpiąc inspiracje zarówno z dorobku wielkich artystów, jak i z własnej wyobraźni. Osobiście uwielbiam jego interpretację „Wielkiej szyby”. A „Autoportretu wielokrotnego” z pewnością pozazdrościłby mu sam Picasso. A mimo to mama nie jest zachwycona. By przekonać ją o tym, że sztuka jest cenniejsza, niż złoto, synek szykuje coś specjalnego…

Głównym środkiem przekazu są tu barwne ilustracje pełne asamblaży ze sprzętów domowych wzbogaconych o zawartość lodówki, autoportretów, pastiszy i  dzieł przekraczających ramy obrazów, wypełniające całe powierzchnie stron. Wzbogacone zostały o krótkie, jednozdaniowe, ale jakże trafne komentarze budujące nie tylko sens, ale również rewelacyjny humor opowieści.

„Tam, gdzie ja widzę „Samotność marchewki”, mama widzi „Niedojedzony obiad”.

A kiedy rewelacyjny pomysł spotyka się z przesympatycznymi bohaterami, lekkim (ale jakże życiowym!) humorem, świetnymi ilustracjami i imponującą erudycyjnością w wyjątkowo krótkim tekście opcja jest tylko jedna – musi z tego powstać dzieło sztuki. I basta.

Marta Altés, Jestem artystą, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Bajki Majki: „Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych” Bogusław Michalec

Moja Majka już na dobre weszła w fazę przedszkolaka – rozpoczął się u nas etap „występowania” na forum rodziny, dlatego ostatnimi czasy wszelkie wierszyki, poste piosenki, tańce i pokazywanki są bardzo w cenie. Jednak będę w Wami szczera, Tuwim i Brzechwa wielkimi poetami byli, ale trochę już nie mogę na nich patrzeć. Kocham bardzo, ale czuję, że chwila oddechu od czasu do czasu będzie miała zbawienny wpływ na nasz związek. Dlatego też „Co trapi okapi” okazało się prawdziwym powiewem świeżości wśród majkowych zbiorów.

Ta urocza książeczka to aż 70 wierszyków o każdym chyba zwierzęciu, jakie tylko można sobie wymarzyć – są tu zarówno mieszkańcy dżungli, jak i gospodarstwa, małe robaczki, bywalcy lasów i domowe pieszczochy. Wszyscy zamknięci bezpiecznie w eleganckiej, twardej oprawie książki.

Wierszyki są przeróżnej długości – od dwóch wersów, po dwie strony. Dlatego też bez wątpienia każdy maluch znajdzie coś dla siebie. I do posłuchania przed snem i do wykucia na blachę na przedszkolny konkurs recytatorski.

A do tego prześlicznie ilustrowane – każdy wierszyk opatrzony został przynajmniej jedną ilustracją przedstawiającą jego bohatera, a zdarzają się i rozkładówki w całości pokryte obrazkiem. Urocze zwierzęce pyszczki uprzyjemnią niejeden wspólny wieczór.

A bywają szalone, bo i tematyka jest baaaardzo przekrojowa – znajdziemy tu rymowanki o krowie w operze i koali na plaży, żubrze na diecie, chomiku  łakomczuszku, papudze grającej w piłkę, czy nosorożcu… odlatującym samolotem. I to zupełnie naturalne, że na jednej stronie występują jeż, małpka i świnka morska.

Nietrudne do zrozumienia, wpadające w ucho, sympatyczne i zabawne rymowanki. Czasem pouczające, czasem zupełnie absurdalne. Ten zbiór wierszyków już zadomowił się na dobre w naszej biblioteczce i mocno mi się wydaje, że będziemy po niego sięgać jeszcze przez kilka długich lat.

Bogusław Michalec, Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Bajki Majki: „W drogę!” Karolina Ponzo

Nigdy nie ukrywałam, że jestem raczej tchórzowatą matką i zdarza się, że przeraża mnie kontakt mojej córki z nożem do masła i oblodzonymi schodkami, a co dopiero z całym olbrzymim światem.

Dlatego też ta książeczka jest bardzo dla mnie (a Bobasa korzysta zupełnie przy okazji i wcale, ale to wcale nie jest pretekstem!). To opowieść o małej dziewczynce – mieszkającej praktycznie po sąsiedzku i tylko miesiąc starszej od Majki – podróżującej z mamą po wielkim świecie. Bo Karolina Ponzo świata się nie boi, a do Meksyku z dzieckiem wybiera się tak, jak ja na osiedlowy plac zabaw. Tylko ona zabiera mniej bagaży :D

Mila – córeczka Karoliny i główna bohaterka książki – od maleńkości zwiedza fantastyczne miejsca. I jest przy tym świetnym przewodnikiem, zarówno po stronach książki, jak i po odwiedzanych za ich pośrednictwem miejscach! Dzięki niej możemy się dowiedzieć gdzie można kąpać się ze słoniami, jakie owoce najlepiej smakują w Meksyku, jakiego koloru kraby przemykają po kenijskich plażach,  gdzie ulice rozbrzmiewają porywającą do tańca muzyką i czy trudno wypatrzeć morskiego żółwia. Najlepiej od razu zaopatrzcie się w globus, bo maluchy bywają wyjątkowo dociekliwe, jeśli chodzi o opowieści o egzotycznych krajach.

Bo „W drogę!” cudownie rozszerza słownictwo, czego zdążyłam już zaobserwować pierwsze efekty podczas wyboru rogalika w Lidlu („Mamo, to jest krłasąt!”). Uważajcie rodzice! Będziecie musieli tłumaczyć znaczenia takich słów, jak bungalow, cywilizacja, salsa czy fasada (to akurat miałyśmy już za sobą – dziecko spaczone historią architektury od maleńkości…). Wytłumaczycie też gdzie leży Bali (i w Indonezji nie będzie wystarczającą odpowiedzią), kim są guźce i Masajowie! Na pewno będzie pouczająco, więc zawczasu lepiej sami dobrze się przyuczcie!

Dopełnieniem tekstu są ilustracje zajmujące całe strony od góry do dołu. Ilustracje tak bajkowe, że przedstawione na nich miejsca i stworzenia wydają się być wręcz nie z tego świata. Wydaje mi się, że Ewelinie Wajgert idealnie udało się uchwycić magię, jaką są cuda natury przepuszczone przez nieskrępowaną wyobraźnię dziecka. Jestem wielką fanką pstrokatego pancernika, a moja Majka szczególnie upodobała sobie… zwierzątka z chmur i kształty ułożone z gwiazd.

Ale wiecie co podobało mi się najbardziej? Przesłanie. Bo cały ten ogromny, różnorodny świat pełen barw, języków, stworzeń i dźwięków, ani trochę nie przeraża małej dziewczynki, dopóki trzyma ona za rękę swoją mamę. Wszędzie jest dobrze, byle z mamusią. I nie ważne, czy polecimy na drugą stronę globu, czy rozłożymy koc na łące za domem – mama zawsze będzie tą osobą, która pokaże swojemu małemu odkrywcy cuda tego świata.

Karolina Ponzo, W drogę!, Gdańsk: Karolina Ponzo, 2018, 32 s.

Bajki Majki: Seria „Pucio” Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos

Nareszcie dojrzałam do tego, by wziąć na warsztat chyba najbardziej lubianą i rozpoznawalną serię wspomagającą rozwój mowy. A dojrzewałam do tego naprawdę długo, bo książki pani Galewskiej-Kustro pojawiają się w naszym domu niemalże na bieżąco, zaraz po wydaniu.

Pierwszą część przygód Pucia dostaliśmy w prezencie tuż przed pierwszymi urodzinami Majki. Początkowo mieliśmy trochę problemów logicznych z imieniem głównego bohatera, bo najczęściej używanym przez nas pieszczotliwym określeniem Bobasy było właśnie Pucia (no wiecie, za niemowlaczka miała takie puciaste policzki, że nic, tylko robić „puci, puci puci” :D), ale w końcu udało nam się to rozgraniczyć i szybko stała się jedną z najczęściej czytanych książek na majkowej półce. Do tego stopnia, że zarówno mi, jak i mężowi zbrzydła kompletnie. A potem pojawiły się kolejne części i z każdą następna było bardzo podobnie.

Wbrew pozorom książki z tej serii mają całkiem sporo tekstu, dobrze sprawdzą się jako jedna z pierwszych książek do dłuższego czytania. Już jeden „Pucio” wystarczy, by spełnić minimum dwudziestominutowego czytania dziecku.

Wszystkie części zostały wykonane z grubej tektury, a ich format zbliżony jest do A4, przez co są stosunkowo ciężkie i osobiście nieszczególnie lubię trzymać je w jednej ręce, kiedy czytam z córką na kolanach, bo to po prostu mało wygodne. Pucia czytamy więc najczęściej na dywanie.

Pomijając jeszcze przez chwilę walory edukacyjne, jestem wielką fanką ilustracji Joanny Kłos. Wypełniają one całe strony książek, spychając tekst do roli dopełnienia (z powodzeniem można też w ogóle nie czytać tekstu, skupiając się na wspólnym opisywaniu przedstawionych sytuacji wraz z dzieckiem – to świetne ćwiczenie na kreatywność i skupienie uwagi), ale odkąd mój mąż zauważył „Jakie oni mają dziwne nosy!” widzę głównie nosy bohaterów. Niemniej jednak wizualnie wciąż bardzo mi się podoba, to świetnie zaprojektowane książeczki!

A jednym z ich największych atutów, jest zwiększający się poziom, dzięki czemu seria rośnie wraz z dzieckiem:

„Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” – jak już wskazuje nam sam tytuł, pierwsza część serii skierowana jest do najmłodszych odbiorców (my czytaliśmy od mniej więcej 10go miesiąca życia) i jest po brzegi wypełniona onomatopejami. Fabuła ujęta jest w króciutkie zdania uzupełnione wyrazami dźwiękonaśladowczymi. A te, poza pojawianiem się w tekście, zapisane zostały również na ilustracjach, w dymkach i wyszczególnione na dolnym marginesie. Pod względem tematyki książka porusza sceny najczęściej znane maluszkowi z codzienności – wspólne posiłki, spacery po mieście i parku, spędzanie wolnego czasu, czy wycieczka do dziadków na wieś. Jest hałaśliwie, rodzinnie i wesoło. A ostatnie strony poświęcono na powtórkę – piktogramy z podpisami zachęcają do wspólnego powtarzania poznanych dźwięków.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016, 40 s.

„Pucio mówi pierwsze słowa” – ta część skierowana została już do nieco starszych czytelników i z pewnością ucieszy każdego przedszkolaka. Jako, że pojawia się w niej temat uczęszczania do przedszkola, fajnie sprawdzi się jako książeczka ułatwiająca adaptację. Ponadto znajdziemy tu też urodziny głównego bohatera, rodzinne wyjście na basen, zakupy z mamą i codzienne rytuały, bo spędzamy z Puciem calutki dzień – od pobudki, aż po zaśnięcie. Ta część nastawiona jest na poznawanie słów – nazw obiektów i czynności i tym razem to one, wraz z obrazkami, zostały wyszczególnione na marginesach i w „powtórce” z tyłu książki. Poza samymi nazwami przedmiotów i czynności maluch pozna również przymiotniki pomagające w ich opisywaniu, na zasadzie przeciwieństw (jak na przykład mały i duży, brudny i czysty, wesoły i smutny) oraz przedimki pomagające określić ich położenie (np. w, na, pod).

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio mówi pierwsze słowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 40 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania”. Na początku miałam wrażenie, że ta część się u nas nie przyjmie i szał na Pucia już przeminął. Kiedy do nas trafiła, Majka mówiła już całkiem ładnie i miała spore słownictwo, dlatego już podczas pierwszego czytania sama z marszu opisała mi wszystko to, co działo się na ilustracjach jeszcze zanim zdążyłam przeczytać jej tekst. I chociaż dłuższe już nieco zdania są bardziej zaawansowane pod względem używanych określeń (na przykład jest aż sześć różnych określeń miejsca), dość szybko się Bobasie znudziła. A potem przyszła zima i zaczął się jej renesans stając się najulubieńszą lekturą świata. Bo fabuła dotyczy właśnie zimowego wyjazdu w góry. Jest budowanie karmnika dla ptaków, dokarmianie leśnych zwierząt, oczekiwanie na śnieg, zimowe szaleństwo, narty, sanki, łyżwy, bałwany i co tylko można sobie wymarzyć. Z korkiem na Zakopiance i wizytą na urazówce włącznie.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków” to ostatnia i chyba moja ulubiona część przygód tej zakręconej rodzinki. Nie tylko dlatego, że dzieje się latem (i to częściowo nad morzem!), ale przede wszystkim dlatego, że od samego początku jest dla mojej Mai największym wyzwaniem. Tym razem puciorodzina wsiada do wypożyczonego przez ciocię kampera i rusza podbijać Kaszuby. Przeczytamy tu o rozbijaniu namiotu, kąpielach w jeziorze, wycieczkach rowerowych, leśnych piknikach, skakaniu przez morskie fale, wizycie w skansenie, jedzeniu ryby z frytkami, czy wspinaczce na latarnię morską. A wszystko to opisane zostało już naprawdę złożonymi zdaniami w dłuższych partiach tekstu. Tym razem rysunki sytuacyjne na marginesach podpisane zostały z oznaczeniem głosek, których wymowę należy ćwiczyć. Marginesy zostały podzielone na trzy części – adekwatnie do wieku czytelnika – mamy więc osobne wyrazy dla trzy-, cztero- i pięciolatków. Ponadto poza standardową powtórką pojawiły się również pomysły na gimnastykę buzi, czyli robienie minek trenujących aparat mowy. Super sprawa.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Mimo tego, że każda z kolejnych części bez najmniejszego problemu zdobywa serce mojego dziecka, chętnie wracamy również do poprzednich książeczek z przygodami Pucia. Nikt w końcu nie powiedział, że przedszkolak nie może mieć frajdy z muuuczenia jak krówka i tykania jak zegarek, prawda?

Polecamy z całego serducha, ale uwaga! Ta seria wciąga. I niedługo całkiem wam zbrzydnie. Na szczęście kolejne części pojawiają się całkiem często – akurat, kiedy rodzic nie może już patrzeć na poprzednią ;)

Mieliście już przyjemność poznać Pucia, Misię i Bobo?

Bajki Majki: „Ptakowisko” Anna Edyk

Zima jest zawsze okresem wzmożonej sympatii w kierunku naszych ptasich „braci mniejszych”. Tej zimy wyjątkowo nie dokarmiamy ptaków ze strachu przed stadkiem wolnobytujących kotów mieszkających na naszej posesji, ale mnóstwo żółtodziobych kosów i tak przylatuje dzień w dzień na śniadanie z owoców porastającego nasz dom winobluszczu.

W zeszłym roku furorę robiły podskakujące na śniegu wróbelki i sikorki zawsze łase na kawałek słoniki, który i tak suma summarum porywała mewa. Przy pomocy towarzyszącego nam w obserwacjach „Małego atlasu ptaków” udało nam się rozpoznać również odwiedzającą nas co jakiś czas sójkę.

Ale w czasie wakacji Bobasa poznała również inne ptaki – flamingi i pelikany w zoo, bociany w uwitych na słupach gniazdach oraz papugi i tukany w rozkrzyczanej papugarni. I przepiękny atlas Pawlaków powoli przestał nam wystarczać.

Ale niezawodny Mikołaj znalazł na to sposób – „Ptakowisko” Anny Edyk, czyli książka pełna przedstawicieli aż 60-ciu gatunków ptaków zilustrowanych przez Piotra Brydlaka. Znajdziemy tu i najbardziej pospolitych z ptasich przyjaciół, jak kanarek, łabędź, kaczka krzyżówka, a nawet gołąb, te zdecydowanie bardziej egzotyczne, jak różowe flamingi, pingwiny, pelikany, kondory, czy strusie oraz takie, o których mama nigdy nawet nie słyszała – amadyny, piłodzioby, sylfiki. A każdy z nich został pięknie przedstawiony we wszystkich wariantach upierzenia i w kilku słowach opisany… wierszykiem. A każda z prostych rymowanek przybliża nieskomplikowane ciekawostki z ptasiego świata i przy okazji wpada w ucho pomagając je zapamiętać.

Świetna sprawa dla każdego ciekawskiego przedszkolaka i poszerzenie horyzontów dla rodzica, który dotychczas nie miał ornitologicznych ciągot.

Prawdziwa feeria barwnych ptasich piór zamknięta bezpiecznie między twardymi okładkami. Książka zawiera dużo papierowych stron, wymaga więc już nieco wprawy od małego czytelnika. Ale warto się wprawiać!

Anna Edyk, Ptakowisko, Warszawa: Wydawnictwo SBM, 2018, 96 s.

Grajki Majki: Carotina Preschool . Tablica Fluorescencyjna LED

Tym razem chciałabym pokazać Wam zabawkę, której twórca miał świetny pomysł, ale chyba zabrakło cierpliwości na jego dopracowanie.

Sama forma zabawki jest super – to całkiem spora przezroczysta tablica z plexi otoczona wygodną do trzymania, grubszą ramką. W zestawie są również trzy sucho ścieralne pisaki w bardzo ładnych, nasyconych kolorach (żółty, czerwony i niebieski) i zestaw kartek z trzydziestoma zadaniami o różnym stopniu trudności – od prostych szlaczków w stylu „zaprowadź zwierzątko do domku/mamusi”, przez rysunki po przerywanej linii aż po trening pisania literek. Ponadto, po skończonym rysowaniu tablicę można oprzeć na nóżkach i, po naciśnięciu przycisku, podświetlić na jeden z ośmiu sposobów, dzięki czemu linie również zdają się świecić.

Flamastry bez najmniejszego problemu zmywają się z małych rączek odrobiną wody. Na całe szczęście jeszcze nie musiałam się dowiadywać, czy równie dobrze spierają się z kanapy. A sam rysunek łatwo wytrzeć mokrą ściereczką (my używamy ręcznika papierowego). Potem wymaga trochę polerowania na sucho, żeby nie było smug (a te są wyjątkowo widoczne na tym złośliwym podświetleniu!), ale samo czyszczenie nie sprawia trudności. Szkoda tylko, że w zestawie nie ma specjalnej gąbeczki/ściereczki, bo wycieranie rysunku to dla mojej córki dodatkowa frajda.

I do tego momentu wszystko jest super – bo zabawka jest zajmująca, ciekawa i edukacyjna. Ćwiczy sprawność małych rączek i do tego móżdżek przedszkolaka. Ale ma też kilka sporych minusów, przez które nie jestem do niej do końca przekonana.

Największym problemem jest sposób montowania karty z zadaniami. A właściwie jego brak – kartkę umieszcza się na tekturowej podkładce (będącej jednocześnie pudełeczkiem/teczką na pozostałe karty) i na to po prostu kładzie się tablicę. Wolałabym, żeby „plecy” tablicy były do niej w jakiś sposób doczepiane (na przykład na takie przesuwane chwytaki, jak w ramkach na zdjęcia) i najchętniej również plastikowe, bo w obecna wersja wymusza nie tylko pracę przy stoliku, ale również na stojąco, gdyż ze względu na grubość zabawki nie można wygodnie oprzeć nadgarstka o blat. A bardzo fajnie byłoby usiąść na kanapie i umieścić stabilną tablicę na kolankach.

Drugim dużym minusem jest podświetlenie – mamy do wyboru aż osiem opcji – trzy kolory i różne wersje migania – od jednostajnego, aż po padaczkogenne. W moim odczuciu to za dużo radości – wolałabym jednolite, ciepłe białe światło niż taką dyskotekę. Chociaż jako jedną z opcji do wyboru.

I na koniec same karty z zadaniami mogłyby być grubsze, chociaż na papierze technicznym, bo te ze zwykłego, miękkiego papieru bardzo szybko się zużywają w kontakcie z przedszkolakiem. Nawet, jeśli to kontakt przez szybkę.

Mimo tych zastrzeżeń zabawka jest interesującą alternatywą dla książeczek z zadaniami. Wielkim atutem jest jej możliwość jej wielokrotnego użycia oraz łatwego poprawiania błędów. Ciekawa forma przyciąga uwagę dziecka i zachęca do ćwiczeń.

Carotina preschool. Tablica fluorescencyjna LED
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.