Bajki Majki: „365 wierszy i rymowanek na każdy dzień”

Kiedy ma się w domu przedszkolaka, dziecięce wierszyki to chleb powszedni. Lubię mieć pod ręką ze dwie/trzy książki z poezją dla maluchów, żeby mieć gdzie szukać inspiracji na kolejne konkursy recytatorskie i objawiający się od czasu do czasu majkowy „głód rymowanek”.

Mamy w swojej kolekcji zbiór wierszy Brzechwy i Doroty Wawiłow, brakowało mi jednak jednej większej pozycji z utworami mieszanych autorów. I tak właśnie trafiłam na świetny tytuł, który chcę Wam dziś polecić.

Książka „365 wierszy i rymowanek na każdy dzień”, poza faktem, że spełnia moją powyższą zachciankę – znajdziemy tu wiersze aż 24 autorów i autorek: Asnyka, Bełzy, Birkenmajera, Broniewskiego, Brzechwy, Chmurskiej, Chotomskiej, Dafner, Czechowicza, Ejsmonda, Frączek, Fredry, Goreckiego, Kozłowskiej, Jachowicza, Konopnickiej, Krasickiego, Liszewskiej, Mickiewicza, Morawskiego, Oppmana, Ostrowskiej, Porazińskiej i Rogoszówny zilustrowane przez Natalię Berlik – jest również bardzo pomysłowo wydana.

To zbiór wierszy w formie kalendarza. Jak sama nazwa wskazuje, mamy tu 365 utworów na każdy dzień roku, a te zostały dopasowane tematycznie do pory roku i różnych typowych i nietypowych świąt, które zostały w wierszykowym kalendarzu wyszczególnione. Mamy tu Więc oczywiście święta państwowe, jak Święto Konstytucji 3 Maja z wierszem „Czym będę” Władysława Bełzy, Walentynki z „Na górze róże” i wierszyki wigilijne.

Ale znajdziemy również Międzynarodowy Dzień Pizzy z wierszem „Włoskie danie”, Międzynarodowy Dzień Kota z „Kotostrofą” Agnieszki Frączek, Międzynarodowy Dzień Tańca z „Tańcowała igła z nitką” Jana Brzechwy, Dzień Matematyki z „Trójkątną Bajką” Danuty Wawiłow i Olega Usenko czy Dzień Kominiarza z „Idzie kominiarz”, a nawet Dzień Okularnika z kultowymi „Okularami” Juliana Tuwima. Czasami to długaśne utwory ciągnące się po kilka stron, a czasami kilkuwersowe rymowanki.

To nie jest pozycja kieszonkowa i podczas czytania tej cegły zdecydowanie potrzebna będzie pomoc rodzica. Jest natomiast bardzo atrakcyjnie wydana – w twardej oprawie, drobnemu tekstowi wierszyków towarzyszą niewielkie, symboliczne ilustracje, a strony otoczone są zmieniającym się, barwnym dekorem. To dobra kandydatka na ponadczasowy prezent z dedykacją, która będzie wzruszać po latach.

Fajny pomysł na wprowadzenie poezji dziecięcej do codziennych rytuałów, na przykład wieczorem, przed snem. Podejmujemy wyzwanie i spróbujemy przeczytać ją całą!

365 wierszy i rymowanek na każdy dzień, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 400 stron.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Grajki Majki: Mozaika pixel Photo „Disney Princess”, Quercetti

Mozaiki z gwoździków od Quercetti to jeden z naszych „pewniaków” i dobry patent na zajęcie mojej Majki na dłuższą chwilę. Układanka Pixel Photo to już nasz czwarty zestaw, przy czym muszę przyznać, że jest na naprawdę wysokim poziomie trudności (6+). I pomyśleć, że całkiem niedawno zaczynaliśmy od „Kotka” z elementami wielkości piąstki maluszka, potem był „Pixel Daisy” do układania prostych obrazków i pozwalający puścić wodze wyobraźni zestaw z Myszką Minnie z gwoździkami w różnych rozmiarach. A teraz proszę bardzo, nagle moja przedszkolaczka układa portrety księżniczek z 6600 elementów! Kiedy to zleciało?

Tym razem układanka wymaga od dziecka sporo czasu i cierpliwości. I precyzji, bo gwoździki są już naprawdę drobne (to chyba w ogóle najmniejszy rozmiar) i trzeba je gęsto poupychać w otwory. Bardzo fajnym zabiegiem jest podzielenie pracy na 4 części – w zestawie znajdziemy 4 ramki z dziurkami i wzór również przecinamy na 4 części, by układać je etapami, dzięki czemu dziecko nie zniechęci się za szybko. Po ułożeniu wszystkie ramki łączymy w jeden obraz wciskając je w stelaż wyposażony w dziurkę do zawieszenie na ścianie. To już naprawdę złożony, wieloetapowy projekt do zaplanowania na dłuższy czas, bo jednak założenie, że dziecko zdoła układać po jednej płytce dziennie okazało się mocno błędne – moja pięciolatka nie była w stanie skupić się na dostatecznie długi moment no i paluszki trochę bolały od wciskania. Za to ma wszystko przygotowane na stoliku i co jakiś czas wraca do układania – czasem na chwilkę, a czasem potrafi wsiąknąć nawet i na godzinę!

Do wyboru są dwa portrety księżniczek – w naszym zestawie to Kopciuszek i Arielka, ale jest też komplet z Anną i Elsą oraz nieco trudniejsze układanki z bohaterami Gwiezdnych Wojen. Korzystając ze wzoru układamy portret przy pomocy gwoździków jednakowego rozmiaru w 6 kolorach – czarnym, białym, czerwonym, niebieskim, zielonym i żółtym. Im więcej elementów ułożymy, tym wzór staje się bardziej czytelny, a z oddali „pixele” zupełnie znikają zlewając się w jednolity obraz. Dla malucha trochę magia, a jednak optyka. I dobry pretekst do rozmowy nie tylko o nauce, ale i na przykład o płótnach impresjonistów i pointylizmie – oglądanie płócien George’a Seurat’a było dla mnie obowiązkowym punktem programu podczas układania :D

Jest jednak jeden haczyk – możliwe jest ułożenie tylko jednego portretu na raz. A kiedy ten nam się znudzi i zechcemy rozpocząć nowy projekt, trzeba będzie… no cóż, pobawić się w Kopciuszka  – wyjąć i podzielić kolorystycznie wszystkie grzybki z płytek. A trochę tego jest…

Czy to uniwersalna zabawka, która gwarantuje mi czas na pół godzinki z książką przy gorącej kawie kiedy tylko tego zapragnę? Nie. Do tak skomplikowanej układanki moja córka musi mieć „nastrój” i być odpowiednio wypoczęta, by skupić się wystarczająco i mieć cierpliwość do wszystkich tych małych elementów. A w tym przypadku nie widać efektów tak szybko, jak na przykład w układance „Pixel Daisy”. Jednak moja przedszkolaczka od czasu do czasu i przy sprzyjających warunkach potrafi w nią „wsiąknąć” na dłużej, a wysiłki zostają nagrodzone spektakularnym efektem.

No i trudno o lepszy trening małej motoryki, skupienia, koncentracji, cierpliwości i precyzji. To na pewno nie będzie nasza ostatnia mozaika!

Mozaika Pixel Photo „Disney Princess”
Firma: QUERCETTI
Ilość elementów: 6600
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Bajki Majki: „Mała Kaszalotka i tajemnica nocy” Paulina Chmurska, Elka Grądziel

Morskie zwierzęta zawsze były tymi najulubieńszymi i zazwyczaj pierwszym wyborem Majki (zdecydowanie przed konikami, owieczkami, czy słoniami i żyrafami), więc nasza kolekcja książeczek o wodzie, morzu i morskich stworzeniach jest całkiem spora. Nie spodziewałam się więc, że można mnie jeszcze zaskoczyć w tym temacie.

A jednak. Historia kaszalotki Szarlotty jest wyjątkowa, zarówno ze względu na temat (o kaszalotach jeszcze nie czytaliśmy), jak i pomysł na książeczkę. To połączenie poruszającej historii narracyjnej z informacjami o charakterze encyklopedycznym i z wykorzystaniem niesamowitości nocnych ciemności.

Kaszalotka Szarlotta, jak to zwykle bywa u młodszej młodzieży, ma głowę pełną pytań, którymi zamęcza najstarszego, najmądrzejszego i najcierpliwszego przedstawiciela swojego stada i mnóstwo ciekawości w zanadrzu. Najbardziej nurtuje ją jak wygląda ocean w nocy, kiedy wszystkie kaszaloty grzecznie śpią tuż przy powierzchni wody. Niepomna na dobre rady dorosłych, postanawia to sprawdzić. Jej samotna wyprawa zaowocuje nową, niezwykłą przyjaźnią i bezcennymi doświadczeniami, ale mało brakuje, by zakończyła się tragicznie.

Między fabułę wpleciono całkiem sporo ciekawostek na temat życia kaszalotów (wiedzieliście na przykład, że te niezwykłe stworzenia śpią pionowo tuż przy powierzchni wody? I że zasypiają mniej więcej około godziny 18:00?), które zaspokoją głód wiedzy nawet najbardziej zainteresowanego czytelnika. Albo przynajmniej będą stanowiły dobrą podwalinę do dalszych studiów nad kaszalotami. Jak zwykle w tego rodzaju pozycjach nie zapomniano również uwrażliwić na temat śmieci i zanieczyszczania środowiska, jakiego dopuszcza się człowiek. Na tego rodzaju edukację nigdy nie jest zbyt wcześnie.

Ta. Książka. Jest. Przepiękna.

Ilustracje zdecydowanie wiodą tu prym wypełniając dokładnie całe strony. Paleta barw ogranicza się właściwie do nasyconych odcieni granatu, różu i fioletu – przedstawia w końcu niezgłębione ciemności morskiej toni. Za to przedstawione w odmętach sylwetki zwierząt jaśnieją tak bardzo, że minęło sporo czasu, zanim dotarło do mnie, że zapowiadane na okładce „świecące elementy w środku” nie odnoszą się do tej właśnie świetlistości.

W środku książki znajduje się dodatkowa wkładka przedstawiająca morskie stworzenia słynące tym, że świecą w ciemnościach – meduzę świecącą, kryl, żebropława, kałamarnicę, ukwiał i rekinka psiego. Ich sylwetki zostały powleczone fluorescencyjną farbą, dzięki czemu, po wcześniejszym naświetleniu, możemy podziwiać jak jaśnieją w ciemnym pomieszczeniu. Dla mnie to raczej bajer, zdecydowanie bardziej doceniam magiczne ilustracje, ale na przedszkolakach takie bonusy robią wrażenie.

Jest pięknie pod względem wizualnym, jest fluorescencyjna niespodzianka, jest wciągająca historia z morałem i sporo nowej przyrodniczej wiedzy do przyswojenia. Nie miałam w ręku pierwszej części serii „Książki otulone nocą”, ale jak tylko otworzą biblioteki, z pewnością się po nią wybierzemy, bo Kaszalotka zrobiła na nas duże wrażenie.

Paulina Chmurska, Elka Grądziel, Mała Kaszalotka i tajemnica nocy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 42 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: Seria o Basi – garść nowości

Maja miała jakieś półtora roku, kiedy trafiliśmy na pierwszą książkę o przygodach Basi – co ciekawe wcale nie z cyklu dla maluszków, a pełnowymiarową, długaśną historię – dobrze pamiętam, że to była „Basia i basen”. To była miłość od pierwszego wejrzenia i prawdziwy chrzest bojowy dla mnie jako mamy – nigdy wcześniej nie czytałam na głos tak obszernego tekstu! A mój maluszek wysłuchał całości w skupieniu i z zainteresowaniem, bo czym oznajmił z powagą „jeszcze raz!”. Tak zaczęła się nasza basioprzygoda, która obecnie zajmuje niemal całą półkę na majkowym regale. I nic dziwnego, bo wkręciliśmy się całą rodziną.

Seria przygód Basi liczy już ponad 35 tomów i wciąż pojawiają się nowe. Razem z tą nie najgrzeczniejszą, ale przy tym przekochaną bohaterką dzieci mogą oswoić trudne sytuacje i poznać mnóstwo ciekawych zagadnień – od alergii, wizyty u dentysty, w szpitalu czy w przedszkolu, przez pieniądze, ekologię, jedzenie słodyczy i alergię, aż po bałagan, pracującą mamę i rozmaite wakacyjne wyjazdy. Tym razem przyszedł czas na rowerową wyprawę pt. „Basia i rower”!

W przeciwieństwie do mojego dziecięcia, Basia potrafi już jeździć na dwóch kółkach (mam nadzieję, ze to podziała na Majkę motywująco! Szczególnie, że autorka uwzględniła małą retrospekcję z pełnej upadków basiowej nauki), może więc w pełni uczestniczyć w rodzinnym wyjeździe do domku w lesie pełnego rowerowych wycieczek. Ale czy Basia aby na pewno jest dość duża, by dojechać rowerem dookoła świata? Po drodze będą czekać wyścigi, spotkanie z rowerowymi piratami i zdziwionymi krowami (i ich plackami), a wszelkie wysiłki zostaną zwieńczone piknikiem nad rzeką. Z kijankami!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i rower, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Co jakiś czas pojawiają się „Wielkie księgi przygód Basi” będące zbiorczymi wydaniami basiowych przygód. My jednak preferujemy książeczki wydawane pojedynczo – w twardych oprawach i z większymi ilustracjami i te kolekcjonujemy. „Basia i rower” z pewnością zostaną z nami na dłużej!

Poza „Wielkimi księgami przygód” mamy też „Wielkie księgi” – osobną podserię, gdzie obszerne książki nie składają się z wydanych wcześniej opowiadań, a znajdziemy w nich krótsze teksty poświęcone określonej tematyce – np. przedszkolu czy trudnym słówkom. „Basia. Wielka księga o uczuciach” jest najnowszą z nich.

Życie Basi wypełnione jest uczuciami – jedne z nich uskrzydlają, inne wpędzają w kiepski humorek. Jest ich jednak taka mnogość i rozmaitość, że nie jest łatwo połapać się we własnych emocjach, a co dopiero odgadnąć co czują inni. „Wielka księga o uczuciach” spieszy z pomocą! To rozbudowane kompendium uczuć wszelakich pokazanych z różnych perspektyw. Każda z emocji otrzymała swoją rozkładówkę (przynajmniej jedną!), gdzie wśród licznych ilustracji znalazło się miejsce na wypowiedzi różnych członków rodziny Basi opowiadających o tym w jakich momentach i co czują oraz co ich wprawia w określony nastrój. Opowie nam co nieco i najbliższa rodzina Basi, jej przyjaciele, dziadkowie, a nawet Misiek Zdzisiek i Małpka!

Bardzo podoba mi się, że książka pasuje do aktualnej rzeczywistości – między innymi pojawia się w niej niejednokrotnie koronawirus (np. przy okazji omawiania strachu), a Antek ma oceny w „librusie”, nie w dzienniku, jak za naszych czasów, kiedy to rodzice poznawali oceny dwa razy w roku na wywiadówkach.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia. Wielka księga o uczuciach, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 144 s.

Do nieco starszych przedszkolaków (o czym, poza poruszaną tematyką, mogą świadczyć również niezaokrąglone rogi oprawy) jest skierowana podseria „Basia i przyjaciele”. Głównymi bohaterami opowiadań jest zawsze jedno z najbliższych przyjaciół Basi, a ona sama jest w nich wspomniana raczej marginalnie. Tym razem głos oddano, jak już wskazuje sam tytuł „Basia i przyjaciele. Marcel” – zwierzolubnemu koledze Basi z przedszkola.

Marcel kocha wszystkie zwierzęta – od ślimaczków i robaczków, które karmi roślinkami doniczkowymi z przedszkolnej sali, aż po stworzenia pierzaste, futrzarste i czworonożne, które całkiem często znosi do domu. Na szczęście za cichym przyzwoleniem rodziców i równie dobrych sercach i braku alergii wszelakich. To naprawdę wesoły dom – pełen kociego mruczenia, skrzeczenia papugi, psiego poszczekiwania i głosów dzieci. Pewnego dnia mama Marcela przynosi do domu pieska w bardzo złym stanie – kto mógłby chcieć otruć psa?

To nie tylko wzruszająca opowieść o szanowaniu życia każdego, nawet najmniejszego stworzonka, ale również o empatii i bezinteresownej pomocy. Pojawia się w niej również motyw śmierci zwierzątka, i choć pochowane przez Marcela i jego ciocię stworzenie to tylko znaleziona polna myszka, to może być bardzo pomocna podczas rozmów o odejściu ukochanego domowego pupila.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Marcel, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Na serię o Basi i Franku, skierowaną do najmłodszych dzieci, trafiłyśmy stosunkowo późno i w formie zbiorczej „Wielkich ksiąg Basi i Franka” – dlatego też zainteresowanie mojej córki nie trwało szczególnie długo, choć i do tych opowiadań mamy sporo sentymentu. To krótkie, bardzo proste historyjki skupione wokół tematów bliskich maluszkom – poznawaniu kolorów, zwierzakom, zasypianiu, jedzeniu czy korzystaniu z nocnika.

Strasznie się cieszę, że pojawił się dodruk tych książeczek w formie kartonowej – dotychczas widziałyśmy je jedynie w bibliotekach. To niewielkie, leciutkie kartonówki z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, śliskie i błyszczące, ząbko- i ślinoodporne. Najnowsze z nich to „Basia, Franek i zwierzaki” oraz „Basia, Franek i kolory”.

Basia towarzyszy młodszemu braciszkowi w poznawaniu świata – bo wiadomo, że świat starszej siostry jest najciekawszy na świecie! Basia wprowadza Frankowi naukę kolorów – i pomaga się przebrać, kiedy braciszek, chcąc wyglądać jak ona, farbuje pomidorem swoją białą bluzeczkę w czerwone paski – oraz nazw i zwyczajów zwierząt – bawiąc się z nim w kotki, wygłupiając z Kretem, czy opiekując Kajetanem. Pełne kolorów ilustracje wypełniają całe strony, a krótki, często bardzo zabawny tekst dopełnia historie.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i kolory, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.

Prawdziwą gratką dla fanów Basi może być niewielka gra „Basia w ZOO”. Zaskoczył mnie jej format – w porównaniu basiową z grą „Łap kolory” wydaną kilka lat temu, ten tytuł jest naprawdę kieszonkowy. Co ma również swoje plusy, bo idealnie pasuje do dziecięcego plecaczka pakowanego na nocowankę u babci.

W pudełeczku znajdziemy kafelki z wizerunkami zwierząt – po trzy kafelki z danym zwierzątkiem w różnych kolorach, żetony postaci oraz instrukcję z krótkim opowiadankiem wprowadzającym graczy w fabułę gry. Wraz z rodziną Basi wybieramy się do ZOO zrobić zdjęcia zwierzętom. W tym celu będziemy odkrywać kolejne kafelki, będące naszymi zdjęciami i zbierać je. Można za jednym razem odsłonić tak dużo kafelków, ile się tylko chce, trzeba jednak uważać, by nie odkryć jednocześnie dwóch kafelków z tym samym zwierzakiem albo trzech tego samego koloru, bo w ten sposób skusimy i nie będziemy mogli zebrać odkrytych zdjęć. Jest to zatem trochę odwrotność memorów (pary zakazane!) ćwicząca zarówno pamięć, jak i umiar. I co najlepsze, występują w niej foczki – ukochane zwierzątko mojej Majki!

Basia w ZOO. Gra planszowa
Autor: Tom Delmé, David Furnal
Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo HarperKids
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 4+

Znacie Basię? Która z jej przygód jest waszą ulubioną?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Cyferkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Nie da się ukryć, że „Literkowa książka” okazała się hitem. Okazała się wyjątkowa nie tylko ze względu na cudną formę „wydzierganych” ilustracji, ale również dzięki wspomaganiu zapamiętywania przez różne dodatkowe aktywności do wykonania przez na maluszka.

Druga część, poświęcona cyferkom, utrzymuje ten schemat – jest równie imponująca pod względem wizualnym i nie brak jej pomysłowości. Poza samym liczeniem, na dziecko czekają dodatkowe polecenia pomagające zapamiętać zarówno kształt samych cyfr, jak i odpowiadające im ilości. Przy cyferce 1 musimy wskazać, co mamy pojedynczego, np. nos, czy głowę. Przy 2 mamy dwie nogi i dwie ręce, należy więc podskoczyć i klasnąć. Na dzieci czeka też miedzy innymi wymienianie czterech pór roku, siedmiu dni tygodnia, czy nazywanie wszystkich pięciu palców.

Poza wspomaganiem wyobraźni maluszka poprzez główkowanie nad zadaniami, pomyślano również o prostej wizualizacji. Obok każdej z cyfr widzimy regał (oczywiście włóczkowy)- na samym początku jest pusty (to strasznie super, że w książce uwzględniono również zero!), po czym najpierw pojawia się na nim jeden miś, później dwie filiżanki, trzy autka, pociąg z czterema wagonikami… i tak dalej. Dzięki temu za każdym razem maluszek może policzyć pojawiające się przedmioty podczas poznawania cyfr, a następnie wykorzystać zapełniający się regał do podstawowych działań matematycznych dodając do siebie nie tylko zabawki jednego rodzaju, ale również sumując je wszystkie po kolei.

Co dwie cyfry pojawia się włóczkowa scenka rodzajowa z życia rodziny, uzupełnione krótkim wierszykiem i kolejnymi zadaniami dla małego czytelnika – trzeba na kolejnych obrazkach (w domu, na plaży, na ulicy i w przedszkolu) odszukać przedmioty, które występują po kilka razy i policzyć je.

Nie myślcie jednak, że książką kończy się wraz z cyfrą 9, co to, to nie! Po dziewiątce czytelnicy dowiedzą się czym są liczby dwucyfrowe i poznają pierwsze cztery z nich. Następnie pojawi się strona poświęcona rzeczom nieskończonym, jak gwiazdy i bakterie oglądane przez rodziców przy pomocy teleskopu i mikroskopu, a po wszystkich stronach poświęconych dodawaniu zabawek pojawi się również czas na odejmowanie.

Najfajniejsze jest jednak to, że wszystkie te wyliczanki i stopniowe zapełnianie regału zabawkami i dekorowanie ścian gwiazdkami ułożyło się w prostą fabułę – na ostatniej stronie dowiadujemy się, że do rodzinki dołączyła malutka Hania a regał wraz z zabawkami był kompletowany do pokoju małej siostrzyczki. W połączeniu ze scenkami rodzajowymi całość układa się w całkiem rozbudowaną historię pewnej szydełkowej rodzinki.

A wszystko to po raz kolejny w wytrzymałym, ząbko- i ślinoodpownym kartonowym wydaniu z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami. Nie „Cyferkowa książka” mam wątpliwości, że powtórzy sukces pierwszej części.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Cyferkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: Wielkanoc i wiosna w książkach dla dzieci cz. 2

„Gdyby jajko umiało mówić i inne opowieści” Renaty Piątkowskiej to zbiór 9 opowiadań poświęconych tradycjom różnych świąt. Znajdziemy tu zwyczaje wielkanocne i bożonarodzeniowe, ale również noworoczne, andrzejkowe czy walentynkowe. Aż cztery z nich poświęcone są świętom wiosennym – topieniu Marzanny, śmigusowi – dyngusowi, Prima Aprilisowi i pisankom.

Pełne psot opowiadania zostały skonstruowane w oparciu o dialog międzypokoleniowy – psotnym dzieciom o genezie kultywowanych przez nich po dziś dzień zwyczajów i o tym „jak to kiedyś bywało” w większości przypadków opowiadają dziadkowie – w końcu któż lepiej pamięta wrzucanie ładnych panien do jeziora i smaganie im łydek drewnianymi witkami albo ludowych zwyczajów leczenia chorób poprzez przykładnie jajka (a następnie wyrzucanie go jak najdalej) niż dziadek?

Wyjątkiem jest opowiadanie o Marzannie, którą to dzieci wykonują w przedszkolu pod przewodnictwem swojej Pani. Ale niestety wychowawczyni nie pozwoliła ubrać kukły w najlepszą „małą czarną” mamy ani biustonosz siostry, nic więc dziwnego, że utopienie przedszkolnej marzanny wcale nie przegoniło zimy. Wobec tego bohaterki opowiadania decydują się zrobić swoją własną, ale oczywiście dużo lepszą personifikację odchodzącej zimy. A jak wiadomo, dziecięca kreatywność może zaskoczyć. Podobnie rzecz ma się podczas wymyślania pierwszokwietniowych kłamstewek czy dekorowania pisanek.

Opowiadania zostały całkiem sympatycznie zilustrowane przez Artura Nowickiego. Znajdziemy tu zarówno ilustracje całostronicowe, jak i drobne ozdobniki urozmaicające kolumny tekstu.

Zupełnie nie mogę jednak zrozumieć kolejności opowiadań. Książkę rozpoczynają Mikołajki i Wigilia, następnie są Andrzejki, po nich święta wiosenne, ale zdobienie pisanek znajduje się dopiero po śmigusie-dyngusie. A Walentynki znajdziemy tuż przed Sylwestrem i Nowym Rokiem. Zastanawiałam się nad tym dość długo i wciąż nie wiem dlaczego akurat tak.

Renata Piątkowska, Gdyby jajko mogło mówić i inne opowieści, Warszawa: Wydawnictwo Bis, 2012, 88 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

 „Cecylka Knedelek i Wielkanoc” to pierwsza książeczka z serii poświęconej tej bohaterce, którą miałyśmy przyjemność czytać i okazała się bardzo pomysłowym założeniem. Pierwsza połowa książki to pociesznie ilustrowana historyjka o przygotowaniach do świętowania Wielkanocy w Knedelkowie i o pewnej gąsce, która postanowiła w tym roku zupełnie nie czuć ducha świąt. Stała się wobec tego pierzastą wersją Wielkanocnego Grincha.

Nie znajdziemy tu wiele informacji o pochodzeniu danych tradycji, są jedynie kilkukrotnie wymienione czynności – głównie okołokuchenne – podejmowane w przedświątecznym rozgardiaszu. To raczej opowiastka oswajająca z tematem, niż źródło wiedzy. UWAGA! Ostrzegam, że skwaszona gąska próbuje wmówić dzieciom, że Wielkanocny Zajączek nie istnieje, a prezenty podrzucają rodzice!

Natomiast druga część książki to zbiór wielkanocnych przepisów kulinarnych opatrzonych prawdziwymi zdjęciami. Zarówno pod względem formy, jak i poziomu wykonania zostały one dopasowane do możliwości najmłodszych, są więc fajną inspiracją do rodzinnego kucharzenia. Kanapki-myszki to pomysł, obok którego nie sposób przejść obojętnie niezależnie od pory roku!

Joanna Krzyżanek, Marcin Cisel, Cecylka Knedelek i Wielkanoc, Kielce: Wydawnictwo Jedność, 2008, 60 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Natomiast bardzo dużą dawkę tradycji Wielkanocnych znajdziemy w książce Anny Jankowskiej „Opowiedz mi, mamo. Polskie zwyczaje i obrzędy wielkanocne”. Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli nazwę ją kompendium wiedzy o wielkanocnych zwyczajach – znajdziemy tam informacje o ich znaczeniu, genezie i odmianach zależnych od regionu.

Dowiemy się między innymi jakie tradycje towarzyszyły niegdyś kolejnym dniom Wielkiego Tygodnia, czym były grumadki i kim byli śmigurciarze, jak wyglądało turlanie jajek, w jaki sposób można zdobić jajka, co symbolizują określone kolory i kształty oraz jak z nich później sobie wróżyć, skąd przykicała do nas koncepcja wielkanocnego zajączka i dlaczego oblewano niegdyś drzwi domów… żurkiem. Poznamy znaczenie pokarmów, które niesiemy w koszyczkach do święcenia i innych potraw ze świątecznego stołu oraz oryginalnie brzmiące regionalne życzenia świąteczne.

A wszystko to przedstawiono w sposób zrozumiały dla malucha, posługując się narracją rozmowy mamy z dzieckiem i w atrakcyjnej oprawie graficznej – nie tylko z ilustracjami pomagającymi wyobrazić sobie dane zwyczaje, ale również z wyróżnianiem ważniejszych kwestii w ramkach oraz stosowaniem wytłuszczeń i kolorów w tekście.

Anna Jankowska, Opowiedz mi, mamo. Polskie zwyczaje i obrzędy wielkanocne, Warszawa: Instytut Wydawniczy Pax, 2012, 48 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Jak przed każdymi świętami, nie mogło u nas zabraknąć książeczek z zadaniami i kolorowankami – to fajne przygotowanie do świętowania utrwalające wiedzę o świętach i związanych z nimi tradycjach poprzez pracę plastyczną. A i często skutkiem są dekoracje i upominki dla bliskich.

W naszym stałym repertuarze są wypychanki – na rynku jest mnóstwo różnorodnych propozycji, dzięki czemu co roku można zaopatrzyć się w nowy tytuł i uzyskać odmienne papierowe ozdoby. U nas tym razem stanęło na tytule z wydawnictwa Zielona Sowa „Wielkanocne Dekoracje”. Zawsze się cieszę, kiedy w zestawie jest wielkanocny baranek, którego można dodać do koszyczka, bo zawsze mi brakuje, więc pod tym względem jestem bardzo zadowolona, powstaną też między innymi dekoracje na okno i trójwymiarowe pisanki do zawieszenia. Zwykle w tego rodzaju książeczkach, poza samymi zadaniami naturalnymi, znajdziemy również kilka słów o zwyczajach i tradycjach oraz garść ciekawostek.

Wielkanocne dekoracje, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2020, 12 s.

Nie mogło zabraknąć również kolorowanek! „Kolorowa Wielkanoc” to zeszyt tematycznych obrazków do kolorowania z naklejkami. Zdecydowanie to malowanki wiodą tu prym, ale znajdą się również zadania logiczne i zagadki, a przy drobnej pomocy nożyczek powstaną również dwie świąteczne kartki-laurki do wręczenia bliskim.

Ewa Gorzkowska-Parnas, Kolorowa Wielkanoc, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2020.

I jeszcze na koniec dwie urocze książeczki w tematyce wiosennej:

Nie wiem jak to się stało, że nie pokazałam Wam wcześniej, kiedy opisywałam wielkanocne książeczki dla maluszków „Liczymy króliki”, bo ta seria rozkładanych pop-up’ów była absolutnym hitem kiedy moja córa była mała – właściwie niezależnie od tematu, bo mieliśmy sporo różnych tytułów – i o Bożym Narodzeniu, i o ZOO i tą wiosenną o króliczkach. Aż jestem w szoku w jak dobrej kondycji zachował się ten egzemplarz, bo Maja zwykle zaczytywała je na śmierć.

Bardzo prosta fabuła, nieskomplikowane ilustracje, tekst w formie prostych, wpadających w ucho wierszyków i bardzo atrakcyjna forma ruchomej rozkładanki. Na każdej z 5 rozkładówek liczymy króliczki – od 1 do 5, a same króliczki pochłonięte są różnymi czynnościami, bardziej lub mniej typowymi dla królików – jedzą marchewki, skaczą, mieszkają w polu, głaszczą pyszczki i…toczą bitwy na poduszki.

Jan Kazimierz Siwek, Liczymy króliki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2017, 10 s.

Wiosenny dodatek do mojej ukochanej książki „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” polecałam Wam już w zeszłym roku, jednak wtedy nie była ona dostępna w sprzedaży w języku polskim. Strasznie się cieszę, ze wydawnictwo HarperKids zdecydowało się wydać książeczki o zającach i porach roku, bo są po prostu urocze. „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest wiosna” poświęcona została tematowi nieustannych zmian, jakie zachodzą w przyrodzie

Duży Zając pokazuje Małemu pierwsze oznaki odradzającego się po zimie życia i tłumaczy mu, w co niedługo się przemienią – kijanka w żabę, jajka w pisklęta, a pisklęta w dorosłe ptaki. A w co przemienią się małe brązowe zajączki?

Tym razem książeczki zostały wydane w znacznie mniejszym formacie niż pierwsza historia i w twardej oprawie (w przeciwieństwie do miękkiej oprawy wersji angielskiej). Na początku byłam trochę sceptyczna do tego pomysłu, ale kiedy już trafiły w moje ręce dochodzę do wniosku, że to im tylko dodaje uroku. No słodziutkie są!

Sam McBratney, Anita Jeram, Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest wiosna, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Z czym jeszcze, poza królikami, kojarzy mi się wiosna i budząca się do życia przyroda? Z również się budzącym robactwem wszelakim, za którym szaleje moja córka.

Wszystkim przedszkolakom podzielającym tą sympatię do stworzonek maleńkich serdecznie polecamy strasznie fajny tytuł „Nie tylko robale”. Bardzo mi się spodobało, że książka zaczyna się swoistym dekalogiem miłośników robaczków – staraj się nie przeszkadzać pszczołom, nie nadepnij na ślimaka, traktuj delikatnie koniki polne, nie dotykaj skrzydeł motyla – to są super ważne sprawy!

Następnie każda kolejna z 11 rozkładówek jest poświęcona danej grupie stworzeń – między innymi pszczołom, ważkom, motylom i ćmom, mrówkom, żuczkom, czy konikom polnym. Robale zostały przedstawione w sposób łączący ze sobą encyklopedię dla dzieci ze zbiorem luźno połączonych ze sobą ciekawostek, bo informacje (niektóre zupełnie zaskakujące!) podawane się wyrywkowo wśród licznych ilustracji. Fantastycznych ilustracji warto wspomnieć – wesołych, bardzo barwnych i sympatycznie antropomorficznych. Na widok tak poczciwych pająków nie sposób się wzdrygnąć.

Ostatnie strony poświęcono wyrywkowym ciekawostkom na temat stworzeń, które nie znalazły dla siebie osobnego rozdziału, jak muchy, cykady czy moje ulubione niesporczaki.

Jest pouczająco, wesoło, ładnie, zabawnie i ciekawie. Super sprawa.

Matt Robertson, Nie tylko robale. Mrówki, ślimaki, patyczaki i inne niesamowite zwierzaki, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2021, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Dzielna małpka” Marta Altés

„Im jesteś mniejszy, tym większe możesz mieć przygody. A co najważniejsze… tym większe wydają się objęcia”.

Właśnie skończyłyśmy z Mają czytać wszystkie książeczki Marty Altés z naszych zbiorów i przypomniało mi się, jak bardzo lubię ta autorkę (recenzje jej pozostałych książek przeczytacie TU, TU i TU). Jej opowiastki są pełne optymizmu, humoru i dobrej energii. A przy tym cudownie ilustrowane, kipiące kolorami i pełne sympatycznych bohaterów.

Życie nie jest proste, kiedy jest się najmniejszym w stadzie. Kiedy łapki są za krótkie, by sięgnąć upatrzonej liany, rodzina i przyjaciele zbyt wysocy, by wyjrzeć zza ich pleców, przyjemne bajorko zbyt głębokie na relaksującą kąpiel, a wszyscy tylko powtarzają, że coś jest zbyt niebezpieczne albo zbyt trudne dla kogoś tak małego. Szczególnie, kiedy osobnik nieszczególnie imponujących rozmiarów czuje, że został stworzony do rzeczy wielkich.

Mała małpka podejmuje więc wielką decyzję – planuje wdrapać się na najwyższe drzewo w dżungli, by pokazać wszystkim do czego jest zdolna. Wyrusza więc na wyprawę najeżoną przeciwnościami, podczas której dostrzega całą masę malutkich i przy tym pomysłowych i pełnych samozaparcia stworzonek, które pomagają jej odnaleźć własną drogę i przekuć swoją słabość w atut.

Szybko okaże się także, że mała małpka ma naprawdę WIELKIE szczęście, bo zapatrzona w swój cel i nie jest świadoma niebezpieczeństwa, które skrada się za nią krok w krok.

Śliczny, wesoły, podnoszący na duchu i dodający pewności siebie picturebook dla przedszkolaków. Razem z Mają gorąco polecamy wszystkim małym psotnikom – nie tylko tym lubującym się w bananach.  

Marta Altés, Dzielna małpka, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Czas na czytanie: „Muminki. 3 bajeczki przed snem”

Niedawno dzieliłam się moją ekscytacją związaną z przepięknym nowym wydaniem „Muminków„. To było dwutomowe wydanie zbiorcze, spora cegła zawierająca wszystkie muminkowe opowiadania napisane przez Tove Jasson z jej oryginalnymi ilustracjami.

Jednak muminkowe uniwersum stale się rozrasta, powstaje mnóstwo książek, książeczek , opowiadań i historii inspirowanych światem wyobrażonym przez autorkę, napisanych już jednak przez kogoś innego i skierowanych do różnych grup wiekowych.

„Muminki. 3 bajeczki przed snem” to publikacja dla zdecydowanie młodszego odbiorcy, niż oryginalne historie. W tym przypadku prym wiodą ilustracje – w kontrastowych kolorach, wypełniające całe strony i dopełnione krótkimi partiami tekstu. Każde opowiadanie czyta się około 5 minut, dzięki temu możemy dopasować długość czytania do mniej lub bardziej wprawionych i cierpliwych czytelników – czytając po jednym opowiadaniu za jednym razem, lub wszystkie trzy ciągiem.

Wszystkie trzy opowiadania łączy tematyka detektywistyczna. Wraz z bohaterami przyjdzie nam rozwiązać trzy wyjątkowo tajemnicze sprawy – zaginięcia słoika dżemu truskawkowego Mamusi Muminka, niespodziewanej zamiany walizek Ciotki Jonki i Inspektora Policji (walizka, która zaginęła zawierała prezenty dla Ryjka i Muminka!) oraz kradzieży perłowego naszyjnika Filifionki pewnego ponurego burzowego wieczora.

Intrygujące zagadki do rozwiązania, szkła powiększające, poszukiwanie śladów i poszlak oraz zawsze pozytywne, choć czasem zaskakujące zakończenia to prosty przepis na wzbudzenie ciekawości i skupienie dziecięcej uwagi. Do tego poziom tekstu dopasowany do możliwości poznawczych malucha, piękne kolory, łatwo rozpoznawalne ilustracje i kultowi bohaterowie. Ach, i do tego okładka, która świeci w ciemności, co jeszcze bardziej dopełnia klimatu tajemniczości.  

Super sprawa dla przedszkolaków i fajna propozycja na początek przygody z Muminkami.

Muminki. 3 bajeczki przed snem, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2021, 72 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Grajki Majki: „Feluś i Gucio grają w sylaby. Gra edukacyjna”

Fenomenalna sprawa, idealna na aktualny etap rozwoju mojej przedszkolaczki. Już w pierwszej rozgrywce mogłam usłyszeć, jak moje dziecię czyta! I rozumie sens przeczytanego słowa! Duma x3000!

Ale od początku.

Gra edukacyjna „Feluś i Gucio grają w sylaby” to zestaw 108 kafelków z obrazkami i sylabami oraz 4 plansze do układania na nich wyrazów z płytek z sylabami. Tematycznie i wizualnie nawiązująca do popularnej serii kartonówek dla najmłodszych z Felusiem i Guciem w roli głównej (Recenzje książeczek o Felusiu i Guciu znajdziecie TU i TU ).

Jest rekomendowana dla dzieci od 5 roku życia i rewelacyjnie ułatwia składanie liter w sylaby i samych sylab w słowa. Czyli to, z czym maluchy mają na pewnym etapie sporo problemów – rozpoznają wszystkie litery, ale nie potrafią połączyć ich w wyraz.

Na samym początku trochę się zdemotywowałam, bo jako najbardziej genialna matka pod słońcem, nie oświeciłam mojego dziecka co do istnienia liter małych, czyli pisanych. Nauczyłam Majkę tylko wielkich, drukowanych! A tutaj cała gra oparta jest o litery pisane, więc szykowałam się do zaserwowania mojemu dziecku sporej zmiany światopoglądowej jak na operację wojenną. Na szczęście moja chłonna gąbeczka przyjęła ta rewelację bez większych sprzeciwów i bardzo szybko zaczęła kojarzyć małe litery z dużymi. Ufff….

W pudełku znajdziemy 4 dwustronne plansze, gdzie jedna strona służy do układania słów dwusylabowych a druga trójsylabowych. My na razie gramy na tym łatwiejszym poziomie – Maja wybiera sobie trzy obrazki układa je na stronie z podpisami, a następnie szuka odpowiednich kafelków z sylabami. Tak ułożone słowo najpierw literuje, później czyta sylabami, aż wreszcie łączy w całe słowa! I to naprawdę działa, sama doszła do tego, że „ten dziwny kot z obrazka” to puma, a „różowy cukierek” to guma. Serce rośnie!

Bardziej zaawansowani gracze mogą obrócić płytki z obrazkami na stronę bez napisów i próbować układać słowa z pamięci. Można też wybrać stronę planszy ze słowami trójsylabowymi, gdzie jedna z sylab została już podpowiedziana. Można w ten sposób ćwiczyć czytanie samodzielnie, albo grać w maksymalnie 4 osoby (bo i tyle mamy plansz).

Do zestawu opracowano 7 propozycji zabaw na różnym poziomie trudności – gdzie składa się słowa dwu lub trzysylabowe, z podpowiedzą w formie podpisu lub bez, wybierając sylaby z mniejszej lub większej liczby kafelków, i tak dalej i tak dalej.

Wszystkie elementy zostały wykonane z naprawdę grubej tektury i wydają się być całkiem wytrzymałe. Wszystkie rogi są bezpiecznie zaokrąglone, a to dla mnie zawsze duży plus. Szata graficzna jest pastelowo-urocza, bardzo w moim typie, a obrazki na ilustracjach są łatwo rozpoznawalne.

I jeszcze na koniec wisienka na torcie – w całym tym wielkim zestawie wykorzystano dwa maleńkie kawałki plastikowego przylepca do złączenia pudełka. A poza tym nie było w nim grama plastiku – nawet opakowania. Da się? Da się!

Świetne narzędzie do nauki czytania przez zabawę. Myślę, że taka pomoc edukacyjna równie dobrze sprawdzi się też w przedszkolu. Bardzo polecam!

Feluś i Gucio grają w sylaby. Gra edukacyjna
Ilustracje: Marianna Schoett
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.