Bajki Majki: Seria „Pucio” Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos

Nareszcie dojrzałam do tego, by wziąć na warsztat chyba najbardziej lubianą i rozpoznawalną serię wspomagającą rozwój mowy. A dojrzewałam do tego naprawdę długo, bo książki pani Galewskiej-Kustro pojawiają się w naszym domu niemalże na bieżąco, zaraz po wydaniu.

Pierwszą część przygód Pucia dostaliśmy w prezencie tuż przed pierwszymi urodzinami Majki. Początkowo mieliśmy trochę problemów logicznych z imieniem głównego bohatera, bo najczęściej używanym przez nas pieszczotliwym określeniem Bobasy było właśnie Pucia (no wiecie, za niemowlaczka miała takie puciaste policzki, że nic, tylko robić „puci, puci puci” :D), ale w końcu udało nam się to rozgraniczyć i szybko stała się jedną z najczęściej czytanych książek na majkowej półce. Do tego stopnia, że zarówno mi, jak i mężowi zbrzydła kompletnie. A potem pojawiły się kolejne części i z każdą następna było bardzo podobnie.

Wbrew pozorom książki z tej serii mają całkiem sporo tekstu, dobrze sprawdzą się jako jedna z pierwszych książek do dłuższego czytania. Już jeden „Pucio” wystarczy, by spełnić minimum dwudziestominutowego czytania dziecku.

Wszystkie części zostały wykonane z grubej tektury, a ich format zbliżony jest do A4, przez co są stosunkowo ciężkie i osobiście nieszczególnie lubię trzymać je w jednej ręce, kiedy czytam z córką na kolanach, bo to po prostu mało wygodne. Pucia czytamy więc najczęściej na dywanie.

Pomijając jeszcze przez chwilę walory edukacyjne, jestem wielką fanką ilustracji Joanny Kłos. Wypełniają one całe strony książek, spychając tekst do roli dopełnienia (z powodzeniem można też w ogóle nie czytać tekstu, skupiając się na wspólnym opisywaniu przedstawionych sytuacji wraz z dzieckiem – to świetne ćwiczenie na kreatywność i skupienie uwagi), ale odkąd mój mąż zauważył „Jakie oni mają dziwne nosy!” widzę głównie nosy bohaterów. Niemniej jednak wizualnie wciąż bardzo mi się podoba, to świetnie zaprojektowane książeczki!

A jednym z ich największych atutów, jest zwiększający się poziom, dzięki czemu seria rośnie wraz z dzieckiem:

„Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” – jak już wskazuje nam sam tytuł, pierwsza część serii skierowana jest do najmłodszych odbiorców (my czytaliśmy od mniej więcej 10go miesiąca życia) i jest po brzegi wypełniona onomatopejami. Fabuła ujęta jest w króciutkie zdania uzupełnione wyrazami dźwiękonaśladowczymi. A te, poza pojawianiem się w tekście, zapisane zostały również na ilustracjach, w dymkach i wyszczególnione na dolnym marginesie. Pod względem tematyki książka porusza sceny najczęściej znane maluszkowi z codzienności – wspólne posiłki, spacery po mieście i parku, spędzanie wolnego czasu, czy wycieczka do dziadków na wieś. Jest hałaśliwie, rodzinnie i wesoło. A ostatnie strony poświęcono na powtórkę – piktogramy z podpisami zachęcają do wspólnego powtarzania poznanych dźwięków.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016, 40 s.

„Pucio mówi pierwsze słowa” – ta część skierowana została już do nieco starszych czytelników i z pewnością ucieszy każdego przedszkolaka. Jako, że pojawia się w niej temat uczęszczania do przedszkola, fajnie sprawdzi się jako książeczka ułatwiająca adaptację. Ponadto znajdziemy tu też urodziny głównego bohatera, rodzinne wyjście na basen, zakupy z mamą i codzienne rytuały, bo spędzamy z Puciem calutki dzień – od pobudki, aż po zaśnięcie. Ta część nastawiona jest na poznawanie słów – nazw obiektów i czynności i tym razem to one, wraz z obrazkami, zostały wyszczególnione na marginesach i w „powtórce” z tyłu książki. Poza samymi nazwami przedmiotów i czynności maluch pozna również przymiotniki pomagające w ich opisywaniu, na zasadzie przeciwieństw (jak na przykład mały i duży, brudny i czysty, wesoły i smutny) oraz przedimki pomagające określić ich położenie (np. w, na, pod).

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio mówi pierwsze słowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 40 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania”. Na początku miałam wrażenie, że ta część się u nas nie przyjmie i szał na Pucia już przeminął. Kiedy do nas trafiła, Majka mówiła już całkiem ładnie i miała spore słownictwo, dlatego już podczas pierwszego czytania sama z marszu opisała mi wszystko to, co działo się na ilustracjach jeszcze zanim zdążyłam przeczytać jej tekst. I chociaż dłuższe już nieco zdania są bardziej zaawansowane pod względem używanych określeń (na przykład jest aż sześć różnych określeń miejsca), dość szybko się Bobasie znudziła. A potem przyszła zima i zaczął się jej renesans stając się najulubieńszą lekturą świata. Bo fabuła dotyczy właśnie zimowego wyjazdu w góry. Jest budowanie karmnika dla ptaków, dokarmianie leśnych zwierząt, oczekiwanie na śnieg, zimowe szaleństwo, narty, sanki, łyżwy, bałwany i co tylko można sobie wymarzyć. Z korkiem na Zakopiance i wizytą na urazówce włącznie.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków” to ostatnia i chyba moja ulubiona część przygód tej zakręconej rodzinki. Nie tylko dlatego, że dzieje się latem (i to częściowo nad morzem!), ale przede wszystkim dlatego, że od samego początku jest dla mojej Mai największym wyzwaniem. Tym razem puciorodzina wsiada do wypożyczonego przez ciocię kampera i rusza podbijać Kaszuby. Przeczytamy tu o rozbijaniu namiotu, kąpielach w jeziorze, wycieczkach rowerowych, leśnych piknikach, skakaniu przez morskie fale, wizycie w skansenie, jedzeniu ryby z frytkami, czy wspinaczce na latarnię morską. A wszystko to opisane zostało już naprawdę złożonymi zdaniami w dłuższych partiach tekstu. Tym razem rysunki sytuacyjne na marginesach podpisane zostały z oznaczeniem głosek, których wymowę należy ćwiczyć. Marginesy zostały podzielone na trzy części – adekwatnie do wieku czytelnika – mamy więc osobne wyrazy dla trzy-, cztero- i pięciolatków. Ponadto poza standardową powtórką pojawiły się również pomysły na gimnastykę buzi, czyli robienie minek trenujących aparat mowy. Super sprawa.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Mimo tego, że każda z kolejnych części bez najmniejszego problemu zdobywa serce mojego dziecka, chętnie wracamy również do poprzednich książeczek z przygodami Pucia. Nikt w końcu nie powiedział, że przedszkolak nie może mieć frajdy z muuuczenia jak krówka i tykania jak zegarek, prawda?

Polecamy z całego serducha, ale uwaga! Ta seria wciąga. I niedługo całkiem wam zbrzydnie. Na szczęście kolejne części pojawiają się całkiem często – akurat, kiedy rodzic nie może już patrzeć na poprzednią ;)

Mieliście już przyjemność poznać Pucia, Misię i Bobo?

Bajki Majki: „Ptakowisko” Anna Edyk

Zima jest zawsze okresem wzmożonej sympatii w kierunku naszych ptasich „braci mniejszych”. Tej zimy wyjątkowo nie dokarmiamy ptaków ze strachu przed stadkiem wolnobytujących kotów mieszkających na naszej posesji, ale mnóstwo żółtodziobych kosów i tak przylatuje dzień w dzień na śniadanie z owoców porastającego nasz dom winobluszczu.

W zeszłym roku furorę robiły podskakujące na śniegu wróbelki i sikorki zawsze łase na kawałek słoniki, który i tak suma summarum porywała mewa. Przy pomocy towarzyszącego nam w obserwacjach „Małego atlasu ptaków” udało nam się rozpoznać również odwiedzającą nas co jakiś czas sójkę.

Ale w czasie wakacji Bobasa poznała również inne ptaki – flamingi i pelikany w zoo, bociany w uwitych na słupach gniazdach oraz papugi i tukany w rozkrzyczanej papugarni. I przepiękny atlas Pawlaków powoli przestał nam wystarczać.

Ale niezawodny Mikołaj znalazł na to sposób – „Ptakowisko” Anny Edyk, czyli książka pełna przedstawicieli aż 60-ciu gatunków ptaków zilustrowanych przez Piotra Brydlaka. Znajdziemy tu i najbardziej pospolitych z ptasich przyjaciół, jak kanarek, łabędź, kaczka krzyżówka, a nawet gołąb, te zdecydowanie bardziej egzotyczne, jak różowe flamingi, pingwiny, pelikany, kondory, czy strusie oraz takie, o których mama nigdy nawet nie słyszała – amadyny, piłodzioby, sylfiki. A każdy z nich został pięknie przedstawiony we wszystkich wariantach upierzenia i w kilku słowach opisany… wierszykiem. A każda z prostych rymowanek przybliża nieskomplikowane ciekawostki z ptasiego świata i przy okazji wpada w ucho pomagając je zapamiętać.

Świetna sprawa dla każdego ciekawskiego przedszkolaka i poszerzenie horyzontów dla rodzica, który dotychczas nie miał ornitologicznych ciągot.

Prawdziwa feeria barwnych ptasich piór zamknięta bezpiecznie między twardymi okładkami. Książka zawiera dużo papierowych stron, wymaga więc już nieco wprawy od małego czytelnika. Ale warto się wprawiać!

Anna Edyk, Ptakowisko, Warszawa: Wydawnictwo SBM, 2018, 96 s.

Grajki Majki: Carotina Preschool . Tablica Fluorescencyjna LED

Tym razem chciałabym pokazać Wam zabawkę, której twórca miał świetny pomysł, ale chyba zabrakło cierpliwości na jego dopracowanie.

Sama forma zabawki jest super – to całkiem spora przezroczysta tablica z plexi otoczona wygodną do trzymania, grubszą ramką. W zestawie są również trzy sucho ścieralne pisaki w bardzo ładnych, nasyconych kolorach (żółty, czerwony i niebieski) i zestaw kartek z trzydziestoma zadaniami o różnym stopniu trudności – od prostych szlaczków w stylu „zaprowadź zwierzątko do domku/mamusi”, przez rysunki po przerywanej linii aż po trening pisania literek. Ponadto, po skończonym rysowaniu tablicę można oprzeć na nóżkach i, po naciśnięciu przycisku, podświetlić na jeden z ośmiu sposobów, dzięki czemu linie również zdają się świecić.

Flamastry bez najmniejszego problemu zmywają się z małych rączek odrobiną wody. Na całe szczęście jeszcze nie musiałam się dowiadywać, czy równie dobrze spierają się z kanapy. A sam rysunek łatwo wytrzeć mokrą ściereczką (my używamy ręcznika papierowego). Potem wymaga trochę polerowania na sucho, żeby nie było smug (a te są wyjątkowo widoczne na tym złośliwym podświetleniu!), ale samo czyszczenie nie sprawia trudności. Szkoda tylko, że w zestawie nie ma specjalnej gąbeczki/ściereczki, bo wycieranie rysunku to dla mojej córki dodatkowa frajda.

I do tego momentu wszystko jest super – bo zabawka jest zajmująca, ciekawa i edukacyjna. Ćwiczy sprawność małych rączek i do tego móżdżek przedszkolaka. Ale ma też kilka sporych minusów, przez które nie jestem do niej do końca przekonana.

Największym problemem jest sposób montowania karty z zadaniami. A właściwie jego brak – kartkę umieszcza się na tekturowej podkładce (będącej jednocześnie pudełeczkiem/teczką na pozostałe karty) i na to po prostu kładzie się tablicę. Wolałabym, żeby „plecy” tablicy były do niej w jakiś sposób doczepiane (na przykład na takie przesuwane chwytaki, jak w ramkach na zdjęcia) i najchętniej również plastikowe, bo w obecna wersja wymusza nie tylko pracę przy stoliku, ale również na stojąco, gdyż ze względu na grubość zabawki nie można wygodnie oprzeć nadgarstka o blat. A bardzo fajnie byłoby usiąść na kanapie i umieścić stabilną tablicę na kolankach.

Drugim dużym minusem jest podświetlenie – mamy do wyboru aż osiem opcji – trzy kolory i różne wersje migania – od jednostajnego, aż po padaczkogenne. W moim odczuciu to za dużo radości – wolałabym jednolite, ciepłe białe światło niż taką dyskotekę. Chociaż jako jedną z opcji do wyboru.

I na koniec same karty z zadaniami mogłyby być grubsze, chociaż na papierze technicznym, bo te ze zwykłego, miękkiego papieru bardzo szybko się zużywają w kontakcie z przedszkolakiem. Nawet, jeśli to kontakt przez szybkę.

Mimo tych zastrzeżeń zabawka jest interesującą alternatywą dla książeczek z zadaniami. Wielkim atutem jest jej możliwość jej wielokrotnego użycia oraz łatwego poprawiania błędów. Ciekawa forma przyciąga uwagę dziecka i zachęca do ćwiczeń.

Carotina preschool. Tablica fluorescencyjna LED
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.

 

Bajki Majki: „Pomelo rośnie” Ramona Bădescu, Benjamin Chaud

Chociaż ilustracje Benjamina Chauda znamy dobrze z rewelacyjnej serii dźwiękonaśladowczej o Lalo, Babo i Bincie oraz kompletnie zakręconej książki „Feralne urodziny ze skarpetką”, z „Pomelo” jest to nasze najpierwsiejsze spotkanie. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że już niedługo będziemy nadrabiać wcześniejsze przygody różowego słonia z nadzwyczaj długą trąbą.

Jeśli dobrze kojarzę, to poprzednie książeczki o Pomelo (a raczej o Pomelku, bo Majka wnioskuje wieczorami: „Dzisiaj czytamy o Pomelku, dobrze mamusiu?”) były zdecydowanie mniejsze – a przynajmniej te, które przeglądałam w księgarni – dlatego już na pierwszy rzut oka widać, że dorasta nie tylko sam bohater, ale również format książki. I bardzo mi się taka zależność podoba.

Pewnego dnia Pomelo odkrywa, że jego dmuchawiec podejrzanie się skurczył. A wraz z nim inne elementy codzienności. Po bardzo fachowych pomiarach z użyciem trąby okazuje się, że to nie wszyscy wokół się zmniejszyli, a różowy słonik urósł.

Dorastanie to wielka radość, ale również mnóstwo obaw – czy rośnie w odpowiednim tempie? I czy aby równomiernie? Czy na pewno będzie wiedział, kiedy przestać rosnąć? I czy wraz z rośnięciem nastąpią inne zmieni? Może zrobi się mądry? Albo szary?

Sympatyczny bohater metodą prób i błędów dowiaduje się co można robić kiedy jest się trochę większym, niż było się wcześniej i z czym wiąże się to całe dorastanie. I powiem Wam w sekrecie, że dochodzi do bardzo mądrych wniosków.

Bo rosnąć, to zacząć lubić rzeczy, których się wcześniej nie lubiło, odkrywać nowe smaki – „inne niż (…) słodki, cukierkowy i czekoladowy (u mnie chyba jeszcze ten etap nie nadszedł, a mam już ponad ćwierć wieku!), zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Dorastanie to wielka przygoda. Dobrze zrobić pierwszy krok w jej kierunku razem z Pomelo. Wygląda na to, że wie, co robi.

Mądra, zabawna i świetnie zilustrowana książka dla ciekawych siebie i świata przedszkolaków. Bardzo rozważnie wydana – na grubszym papierze, który ma szanse oprzeć się nie do końca jeszcze wprawionym łapkom, w twardej oprawie gotowej naprostować ewentualne zagniecenia. I chociaż to książka przede wszystkim obrazkowa, to niewielka ilość tekstu niesie zaskakująco dużo treści. Bawi, uczy i elegancko się prezentuje – Pomelo ma sporą szansę na stałe zagościć w naszym repertuarze.

Ramona Bădescu, Benjamin Chaud, Pomelo rośnie, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

 

Grajki Majki: Carotina Preschool. Gry dla przedszkolaków „Język angielski”

W naszym życiu nastąpił czas wielkich zmian i tak naprawdę wszystko wokół jest nowe – nowe mieszkanie, nowe przedszkole, nowa praca… nawet o Vincencie mówimy jeszcze czasami „nowy kotek”. Myślę więc, że to idealny moment na nowy cykl – wobec tego oficjalnie inauguruję Grajki Majki! Od mniej więcej pół roku Bobasa dorosła do pierwszych gier i puzzli, zasmakowała w tej rozrywce i…. tak się już potoczyło. Obecnie moje dziecię ma już całą komodę wypełnioną grami niemalże po brzegi (z gościnnym udziałem kloców, ale one tam tylko wynajmują przestrzeń tymczasowo) i najwyższy czas zacząć je Wam pokazywać. A jest co, bo gry dla maluszków bywają naprawdę genialne. A przy tym piękne, proste i pomysłowe.

Zaczniemy jednak nieco od tyłu, bo dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć zabawkę na wskroś edukacyjną i przy tym wciągającą jak ruchome piaski. Jako nadambitni rodzice posłaliśmy naszą Maj do przedszkola z bardzo dużą dawką języka angielskiego i odkryliśmy, że chłonie drugi język jak gąbka Szukając czegoś, co – poza bajkami, książeczkami i piosenkami – pomoże utrwalić poznane na zajęciach słówka trafiłam na Carotinę.

Co prawda w naszym domu to Majotata jest największym na świecie fanem marchewek, ale kiedy tylko zobaczyłam ten marchewkowy długopis, wiedział już, że nie zdołam mu się oprzeć. I miałam przy tym pewność, że moja rodzina go pokocha. Tak też się stało.

Gry dla przedszkolaków „Język angielski” to zestaw składający się z 4 dwustronnych plansz, 48 kartoników w dwóch rodzajach i Carotiny, która świeci i wydaje dźwięki.

No właśnie. Tym, co łączy cały zestaw, są tajemnicze, czarne kropki umieszczone przy słownych i obrazkowych odpowiedziach. Przykładamy do nich czubek marchewy, która świeci się na zielono i nam gratuluje, jeśli odpowiedź jest poprawna albo świeci na czerwono i wydaje demotywujący dźwięk, kiedy wybrana przez nas odpowiedź jest błędna.

Zestaw poświęcony jest słownictwu związanemu z domem i wypełniającymi go sprzętami. Każda z czterech dużych plansz poświęcona jest innemu pomieszczeniu, dodatkowo oznaczonemu kolorem – mamy zatem fioletową sypialnię, czerwoną łazienkę, żółty salon i zielona kuchnię. Podobnie małe kartoniki ze sprzętami podzielone zostały pod względem koloru – adekwatnie do pomieszczenia, w którym powinny się znajdować.

Mamy aż 6 wariantów gry dopasowanych do odbiorców w różnym wieku – od prostych memorów, do których nie potrzebujemy ani umiejętności czytania, ani znajomości języka angielskiego (i niestety również Carotiny), przez quiz logiczny, w którym to musimy dopasować cienie przedmiotów do pomieszczenia, w którym powinny się one znaleźć (tutaj wciąż nie musimy umieć czytać, ale za to Carotina już idzie w ruch!), wyszukiwanie wylosowanych obiektów z kartoników na obrazkach, aż do typowego powtarzania słownictwa, gdzie trzeba dopasować odpowiednią nazwę do ilustracji i kształtu do nazwy – w tym przypadku niezbędna będzie znajomość literek i umiejętność układania ich w proste angielskie słowa (bo wszystkie słówka pojawiające się w grze są w języku angielskim), jest to więc opcja zdecydowanie dla starszaków.

Pomijając już sam fakt istnienia świecącej, gadającej marchewki (jest szał!), która wygrywa wszystko, bardzo spodobała mi się koncepcja tego zestawu gier edukacyjnych właśnie dlatego, że jest bardzo przemyślana – propozycje zabaw charakteryzuje rosnący poziom trudności, a jednocześnie każda z nich jest atrakcyjna. Zadania ćwiczą pamięć, spostrzegawczość, koncentrację, abstrakcyjne myślenie i motorykę małą – bo jednak trzeba trafić cienkim końcem „długopisu” w małe kółeczko. Rozwija słownictwo zarówno w języku angielskim, jak i polskim. I przede wszystkim bawi.

Ponadto wszystkie elementy zostały wykonane z grubej, porządnej tektury, mają więc realną szansę przeżyć te trzy lata dorastania do wszystkich wariantów gry. Troszkę boję się o samą Carotinę, ma jednak możliwość zmiany baterii i przeżyła już pierwszy upadek, jestem więc dobrej myśli.

Ilustracje nie są może dziełami sztuki, ale są proste i intuicyjnie rozpoznawalne, co jest szczególnie ważne podczas dopasowywania cieni do obiektów.

Super sprawa, bardzo polecamy ciekawskim przedszkolakom!

Carotina preschool. Gry dla przedszkolaków „Język angielski”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Bajki Majki: Książeczki na dobranoc

Czytanie jest ekstra, a czytanie przed snem to już w ogóle super sprawa. Pomaga odpocząć po ekscytującym dniu, spędzić kilka chwil razem z dzieckiem na bliskości, zacieśnieniu więzi, tuleniu się w cieple i wspólnym przeżywaniu fantastycznych historii. I oczywiście zarówno w dzień, jak i tuż przed spaniem (no, może poza tymi z dźwiękiem) można sięgnąć po każdą książkę – i tak to zwykle u nas wygląda. Są jednak książeczki dedykowane właśnie czytaniu przed snem – wyciszające, uspokajające, pomagające uporządkować wieczorne rytuały, rozbudzające wyobraźnię, a nawet skłaniające do ziewania. Poniżej prezentujemy zestawienie książeczek na dobry sen, które wspólnie z Majką poddałyśmy praktycznym testom. Były zachwyty i rozczarowania. I naprawdę wielka dawka ziewania.

Kartonowe:

„Spanie” Liesbet Slegers – historia najprostsza z najprostszych, dla zupełnych maluszków (Majka przestała się nią interesować w okolicach 18-20 miesiąca). Mały czytelnik towarzyszy w przygotowaniach do snu pewnego smyka. Razem z nim zakłada piżamkę w groszki i kapciuszki, grzecznie wypija wieczorną porcję mleka, ogląda książeczkę na dobranoc, przytula misia i bez grymaszenia kładzie się do łóżeczka. Chociaż nasz wieczorny rytuał dość mocno różni się od przedstawionego na obrazkach (moje dziecię na przykład nigdy nie korzystało z butelki i nie bardzo wie co to w ogóle jest) ich sens jest taki sam – wykonanie znajomych, powtarzanych codziennie czynności mających na celu wyciszenie przed snem. Proste zdania i równie proste, „dziecięce” ilustracje okazują się być bardzo pomocne. Tym, czego mi w niej trochę zabrakło jest poświęcenie uwagi zabiegom higienicznym – kąpiel, ząbki, nocnikowanie to nasze podstawowe punkty programu. Mimo to Bobasa bardzo lubiła tą pozycję i naprawdę długo towarzyszyła nam podczas wieczornych czytanek.

Liesbet Slegers, Spanie, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 14 s.

„Śpij króliczku” Jörg Mühle – nieskomplikowana opowieść o króliczku, który szykuje się do spania, (mocno ekscytowałam się TU tą książeczką już jakiś czas temu). A mały czytelnik musi mu w tym pomóc i to właśnie na tym polega cała magia tej pozycji. Interaktywna książeczka wymaga od dziecka wykonywania prostych czynności, bo na każdej stronie czeka zadanie – klaśnięcie, żeby przebrać króliczka w piżamkę, poprawienie poduszeczki, nakrycie kołderką, zgaszenie światła, czy danie małemu bohaterowi całuska na dobranoc. Wspaniały trening dla wyobraźni, który utrwala wieczorne rytuały i uczy dziecko czułości i troskliwości. Niewielka, prosta, skromna i urocza. Czytamy ją już prawie rok i ani mi, ani Majce jakoś się nie nudzi, chociaż Bobasa wciąż nie dała rady powtórzyć zaklęcia „Karaluchy pod poduchy”. Polecam pamiętać o wycieraniu króliczkowi buzi po dziecięcych całuskach, bo u nas widnieją już mocne ślady zużycia na króliczym policzku ;)

Jörg Mühle, Śpij króliczku, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2017, 20 s.

„Zaśnij ze mną” Ramadier & Bourgeau – ta książeczka oparta jest na tej samej zasadzie, co „Śpij króliczku”, tylko tym razem to sama książka jest bohaterką. Maluszek zachęcany jest do zaangażowania się w proces lulania najpierw przez zadawanie książeczce kontrolnych pytań (czy umyła ząbki i zrobiła siusiu), a następnie musi wykonać szereg prostych czynności należących do wieczornego rytuału – przykryć książeczkę kocykiem, opowiedzieć jej bajkę, zaśpiewać kołysankę, czy dać całuska. Bardzo prosta w formie, świetnie się sprawdza jako gotowa ściąga na idealny, wyciszający rytuał. Bardzo mi się podoba, że uwzględniono w niej wieczorne korzystanie z toalety, to chyba jedyna pozycja, która przykłada wagę do tego szczegółu ;)

Cédric Ramaider, Vincent Bourgeau, Zaśnij ze mną, Warszawa: Wydawnictwo Babaryba, 2016, 18 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Kicia Kocia i Nunuś. Czas spać” Anita Głowińska – kartonowe książeczki z Nunusiem w roli głównej przypadły mojej córce do gustu. I choć ja sama nie należę do fanek Kici Koci, to w tym przypadku nie mogę się do niczego przyczepić . Poza ilustracjami, ale to już akurat rzecz gustu. Ta niewielka kartonówka przedstawia bowiem całkiem rozsądny przykład przedsennego rytuału, który w dużej mierze pokrywa się z naszymi zwyczajami. Nunuś sprząta zabawki, robi papa zabawkom i gwiazdkom za oknem, zapala lampkę i idzie do łóżeczka. Co bardzo ważne, autorka pamiętała o umieszczeniu wszystkich zabiegów higienicznych – mały kotek robi siusiu, kąpie się, myje ząbki i zakłada piżamkę. A wszystko to w towarzystwie starszej siostry. Bardzo przydatna przy ustalaniu własnych rytuałów i świetnie się sprawdza jako lista rzeczy do zrobienia przed snem. Super też, że autorka zrezygnowała z irytujących powtórzeń. Chyba pierwszy raz naprawdę polecam „Kicię Kocię”.

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Pora spać, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zasypianki” – zbiór polskich kołysanek i wierszyków do czytania przed snem, których część większość z nas – rodziców – pamięta jeszcze z własnego dzieciństwa. Znajdziemy tu między innymi ponadczasowe „A, a – kotki dwa”, „Ach, śpij, kochanie”, czy „Idzie niebo”, a także wyjątkowo dużo wierszyków o misiach i z misiami w roli głównej. Doskonale znane, wpadające w ucho rymy, bajkowe ilustracje i od lat lubiani bohaterowie postarają się wspólnie o kolorowe sny dla każdego maluszka. Utuli do snu i dziś i za 20 lat – z równą skutecznością.
Więcej o „Zasypiankach” przeczytać można TUTAJ.

Zasypianki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2017, 40 s.

„Wszyscy ziewają” Anita Bijsterbosch – ta książka jest magiczna i nie ma w tym twierdzeniu ani krzty przesady. Ma zadziwiającą moc wywoływania… ziewania. I to dosłownie w każdym. Już od pierwszej strony ziewa i czytający rodzic, i zasłuchany maluszek i mama ścieląca w tym czasie łóżko dwa pokoje dalej. Jest przede wszystkim bardzo prosta w formie – na każdej stronie mieszka jedno zwierzątko. I każde ze zwierzątek, dzięki otwieranej mordce bardzo szeroko zieeeeeeewa, o czym przy okazji dopowiada nam jedno/dwa zdania uzupełniające sympatyczny obrazek. I ich siła sugestii jest po prostu powalająca. Do tego stopnia, że zaczęłam ziewać już przy ściąganiu książki z półki!
Całe szczęście książka ma nieco usztywniane, śliskie strony, dzięki czemu bez stresu możemy pozwolić dziecku samodzielnie otwierać okienka-pyszczki bez strachu o ich urwanie albo ślady lepkich jeszcze od piany z kąpieli paluszków.

Anita Bijsterbosch, Wszyscy ziewają, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 30 s.

„Przesuń paluszkiem. Kiedy nadchodzi wieczór” Gabriele Clima – Książeczki aktywizujące małe dziecięce paluszki zawsze cieszą się dużym powodzeniem. Szczególnie kiedy mają małe nakłady, tak jak to było w przypadku serii „Przesuń paluszkiem” ;)
Sama zdecydowałam się na zakup części „Gdy przychodzi wieczór”, ponieważ wydawała mi się najbardziej klimatyczna. Cały myk polega na tym, że delikatne, pastelowe ilustracje wypełniające strony niemalże po same brzegi można wprawiać w ruch przesuwając palcem odpowiedni element. W ten sposób zamykamy kielichy kwiatów, budzimy leśne zwierzęta, kołyszemy małą małpkę w maminych ramionach, czy zapalamy światła w oknach. Tekstu praktycznie nie ma, gdyż ogranicza się do jednego rymowanego zdania na stronę, opisującego wykonywaną akcję.
Sympatyczna i zaskakująca, w niebanalny sposób pomaga poznać maluszkowi otaczający go świat. Bardziej do zabawy niż faktycznie do czytania, ale na pewno przyciąga uwagę. Polecam dla najmłodszych czytelników, bo moja dwulatka dość szybko się nią znudziła, choć przez pierwsze dni faktycznie nie mogła się oderwać.

Gabriele Clima, Przesuń paluszkiem. Gdy przychodzi wieczór, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2017, 12 s.

„Moje zasypianki” Joanna Kulmowa, Anna Gensler – to książeczka, którą dostałyśmy z Majką w prezencie jeszcze przed jej urodzeniem i w ostatnim trymestrze, każdego wieczora czytałam ją „do brzuszka”. Składa się na nią siedem wierszyków – każde z siedmiu wybranych zwierzątek zasypia zupełnie inaczej, dlatego też poświęcono im osobne utwory. A każdy z nich jest genialny. To jedna z moich ulubionych książeczek „na dobranoc” – zabawne, ciepłe i nieoklepane utwory w komplecie z genialnymi ilustracjami. A jaki lew! Chociaż to wydanie jest bardzo dziecioodporne – grube kartonowe, śliskie strony w stosunkowo miękkiej oprawie z bezpiecznie zaokrąglonymi brzegami – na jakiś czas poszła u nas w odstawkę ze względu na nieoczywiste rymy. Najwyższy czas do niej wrócić!

Joanna Kulmowa, Anna Gensler,  Moje zasypianki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga: 2015, 16 s.

Papierowe:

 „Kicia Kocia nie może zasnąć” Anita Głowińska – choć ta część przygód Kici Koci dedykowana jest maluszkom od drugiego roku życia, polecam ją zdecydowanie starszym dzieciom. Takim, które zdążyły już wymyślić nocne strachy i potwory pod łóżkiem. Tym razem zrezygnowano zupełnie z wymieniania czynności koniecznych do wykonania przed pójściem spać, a skupiono się na samym problemie z zaśnięciem. Kicia Kocia boi się ciemności i wraz z mamą szuka potworów w każdym zakamarku pokoju. Ja osobiście nie widzę jeszcze potrzeby pokazywania jej mojej córce, bo nie chcę podsuwać jej takich pomysłów, ale jeśli ktoś mierzy się z podobnym problemem, co główna bohaterka, to wszystko zostało całkiem zgrabnie rozwiązane.

„Anita Głowińska, Kicia Kocia nie może zasnąć, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2013, 25 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Tupcio Chrupcio. Nie mogę zasnąć” Eliza Piotrowska, Marco Campanella  – kolejna pozycja dla maluszków, które nie mogą zasnąć. Tym razem nie ma żadnych strachów, a po prostu jedna mała myszka-wiercipiętka. I tym razem mama staje na wysokości zadania i skutecznie tłumaczy synkowi dlaczego sen jest ważny. Fajnie, że Tupcio Chrupcio pamięta o wieczornym myciu ząbków, ale nie bardzo spodobało mi się, że pięcioletni myszek pije w nocy mleko z butelki ze smoczkiem. Moja córa nie za bardzo wie co to tak właściwie jest, ale dla dzieci i rodziców mierzących się z rezygnacją z butelki to chyba średnia pomoc.

Eliza Piotrowska, Marco Campanella, Tupcio Chrupcio. Nie mogę zasnąć, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 24 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„To, co najbardziej lubię… Gdy idę spać” Trace Moroney
„To, co najbardziej lubię…” jest kolejną serią podejmującą ważne tematy z codzienności kilkulatka. Bohaterem jest całkiem uroczy króliczek, który, w tej części, szykuje się do snu. Mamy zatem przedstawione kolejne etapy wieczornego rytuału: kąpiel, mycie ząbków, ubieranie piżamki, przytulasy z mamą i wieczorne czytanki. Jest jednak kilka rzeczy, które bezsprzecznie zachwyciły mnie w tej pozycji – przede wszystkim króliczka do snu układa tata (zupełnie jak u nas!) i to on czyta mu bajeczki. Ponadto fantastycznym elementem ich wspólnej rutyny jest wspominanie najlepszych chwil minionego dnia – koniecznie muszę wprowadzić ten pomysł również u nas. Autorka porusza również tematykę snów, z czym dotychczas się nie spotkałam w książeczkach dla takich maluszków – abstrakcyjne wizje zapowiadają całkiem przyjemne przygody.
Całość dopełniają wskazówki dla rodziców, gdzie podpowiedziano jak umacniać więzi z dzieckiem i jak formułować komunikaty, by przedstawić pozytywny wydźwięk danej sytuacji.
Niewiele tekstu, mnóstwo miłości, całkiem ładne ilustracje i bardzo mądre przesłanie. Zdecydowanie warta polecenia!

Trace Moroney, To, co najbardziej lubię… Gdy idę spać, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 20 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zasypianki na każdy dzień miesiąca” Anna Onichimowska – oto zbiór trzydziestu jeden króciutkich historyjek przeznaczonych do czytania przed snem. I przyznam szczerze, że troszeczkę się nimi rozczarowałam, być może dlatego, że sama nie przepadam za opowiadaniami i zawsze chciałabym wiedzieć co było dalej. A tutaj mamy do czynienia z jedno-dwustonicowymi scenkami, które nie są ze sobą w żaden sposób połączone i zdają się być zupełnie wyrwane z kontekstu i brakuje w nich morału. I chociaż spotkamy w nich smoki, potwory, serniki i boże krówki, a ilustracje pełne są rozkosznych owieczek, to zostawiają czytelnika z poczuciem niedosytu, a jedna to zdecydowanie za mało na wieczorne czytanie. Niestety zupełnie się u nas nie przyjęła (szczególnie, że niektóre z opowiadań mi osobiście nie przypadły do gustu – na przykład „Zasypianka z lewą nogą”, gdzie karą za dziecięcą niegrzeczność jest odrzucenie i „ciche dni”.). Ale jeśli Wasza pociecha nie przepada za długim słuchaniem bajek przed snem, a mimo to chcielibyście wprowadzić ten element do rytuału, to książeczka Onichimowskiej może okazać się dobrym rozwiązaniem.

Anna Onichimowska, Zasypianki na każdy dzień miesiąca, Łódź: Wydawnictwo Literatura, 2008, 72 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Martynka. Małe historie do czytania przed snem” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier – Martynkę znamy i uwielbiamy już od pokoleń. Trudno zresztą nie wymięknąć w starciu z tą niezwykle sympatyczną i zawsze skorą do pomocy dziewczynką. Szczególnie w towarzystwie cudownie ckliwych ilustracji. Tym razem Wydawnictwo Papilon przygotowało zbiór historyjek dedykowanych właśnie czytaniu przed snem. Znajdziemy tu przede wszystkim opowiadania, w których wielką rolę gra fantazja doprawiona nutką tajemnicy – „Spotkanie z duchami”, „Tajemniczy książę”, „W krainie baśni”, czy „Księżniczka i rycerz” wspaniale pobudzą dziecięcą wyobraźnię. Za dawkę słodyczy odpowiada „Kocia mama”, a o dążeniu do realizacji marzeń opowiada „Martynka tańczy”.  U nas sprawdzają się bardzo dobrze, przede wszystkim dlatego, że opowiadania są zdecydowanie dłuższe niż w zbiorze Onichimowskiej, a każda z nich stanowi zamkniętą całość. Trudno tylko skończyć czytanie i w końcu włożyć zakładkę.
Więcej o nowym wydaniu przygód Martynki możecie przeczytać TU.

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie do czytania przed snem, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.

„O króliku, który nie chce zasnąć” i „Wielkie problemy ze snem małej słonicy Eli” Carl-Johan Forssén Ehrlin, Sydney Hanson – w tym zestawieniu nie mogłam ominąć dwóch książek, które reklamowane są jako niezawodny sposób na dzieci, które nie chcą zasnąć. Niestety nie mogę ich polecić  – zupełnie się u nas nie przyjęły i prawdę powiedziawszy ani Majka nie chciała ich słuchać, ani mnie do siebie nie przekonały. Ale od początku. Poza napisaniem samych historii, autor opracował również całą technikę ich czytania, opierającą się na „procesie programowania neurolingwistycznego”. Już z pierwszej strony, która jest swoistym przewodnikiem dla czytającego, dowiadujemy się które fragmenty powinniśmy zaakcentować, a które przeczytać bardzo powoli, w którym miejscu przekonująco ziewnąć, a w którym wstawić imię dziecka. I to z początku wydaje się całkiem fajne. Gdyby nie fakt, że same książki są po prostu przeraźliwie nudne! Majka zniechęcała się po pierwszej stronie, ja przemęczyłam się do końca, ale nie było warto. Może ze względu na mieszanie form – narracja prowadzona jest raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie, raz opowiada historię, raz zwraca się bezpośrednio do czytelnika – czyta się niesamowicie topornie, a w pewnych momentach miałam wrażenie, że te książki mają działać na zasadzie hipnozy.
Jest nudno, czyta się ciężko i nawet ilustracje nie są ładne. No i nieszczególnie pomagają w zaśnięciu.

Carl-Johan Forssén Ehrlin, O króliku, który nie chce zasnąć, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2015, 28 s.

Carl-Johan Forssén Ehrlin, Wielkie problemy ze snem małej słonicy Eli, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2016, 40 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Mały Książę na dobranoc” – to trzecia pozycja sugerująca czytającemu w jaki sposób akcentować pewne fragmenty i w jaki sposób je przeczytać, co ma na celu wyciszenie maluszka. I w tym przypadku ta koncepcja może zdać egzamin, bo towarzyszy dobrej, sprawdzonej historii i pięknym ilustracjom. Maja jest jeszcze za mała na tą klasykę, nawet w takim wydaniu, ale na pewno spróbuję do niej powrócić za kilka lat.

Mały Książę na dobranoc, na podstawie dzieła Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2016, 50 s.

Macie jakieś niezawodne patenty na lulanie maluszków? Ukochane lektury do snu? Podzielcie się tytułami!

Bajki Majki: „Królik Franek” Marta Krzemińska

Nie macie jeszcze dość wszelkiej maści króliczków i zajączków po minionych świętach? Mam nadzieję, że nie, w końcu kitajce są zawsze na topie!

Przez święta testowaliśmy rodzinnie najnowszą serię Marty Krzemińskiej o Króliku Franku z ilustracjami Eweliny Jaślan-Klisik. Książeczki mają na celu przybliżenie i przygotowanie maluszka na trudne i niezrozumiałe sytuacje, które mogą spotkać go między innymi w przedszkolu, a ich treść powstała w konsultacji z psycholog dziecięcą. W końcu bycie maluchem wcale nie jest łatwe!

DSC_1286

„Królik Franek i problem krótkiego ogonka” jest opowieścią o pierwszym kontakcie z odmiennością. Do przedszkolnej grupy Franka dołącza nowa koleżanka – kotka Pusia o dziwacznie krótkim ogonku. Niestety zachowanie króliczka okazuje się być dalekie od ideału i koteczka spotyka się z odrzuceniem. W tym przypadku bardzo spodobała mi się reakcja mamy, która na wiadomość o wyczynach synka reaguje dezaprobatą i dopiero po dłuższej rozmowie z synkiem wspólnie dochodzą do porozumienia i odkrywają przyczyny takiego zachowania. Super, że rodzic nie został przedstawiony jako wszystkowiedzący i mający od razy gotową odpowiedź na wszystko. Mama Franka jest dobrym słuchaczem również posiadającym emocje. I chociaż mama pomaga zrozumieć Frankowi, że jego agresywna postawa jest spowodowana irracjonalnym strachem, dopiero bliższe poznanie Pusi staje się remedium na uprzedzenia.

Natomiast „Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy” to historia o trudnej umiejętności przegrywania. Tym razem problem pojawia się podczas rodzinnego popołudnia nad ulubioną grą Franka – zirytowany złą passą króliczek wpada w złość i przerywa rozgrywkę. Jednak podobne zachowanie jego kolegi w przedszkolu uświadamia mu, że wcale nie jest fajnie bawić się z osobą o takim nastawieniu. Bardzo fajny przykład zmiany postrzegania wynikającej ze zmiany punktu widzenia.
Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to nie do końca podoba mi się, że nasz bohater dostał od rodziców grę, jako nagrodę za grzeczne zachowanie, chociaż i u nas system kar i nagród powoli zaczyna się pojawiać. Jednak wydaje mi się, że dobre zachowanie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, co należy szczególnie nagradzać.

Książeczki są już całkiem poważne – choć obrazki wciąż pełnią istotną rolę, mamy już tyle samo tekstu o głębokiej treści. Papierowe strony i okładki, podobnie jak tematyka, sugerują nieco bardziej wprawionego odbiorcę, choć konstrukcja zdań i przywoływane przykłady zostały dostosowane do możliwości poznawczych przedszkolaków.

Niestety nieszczególnie podobają mi się ilustracje. Chyba dlatego, że kojarzę króliki jako mięciutkie i puchate stworzenia, a te są strasznie gładkie, takie… wylizane (ach ta profesjonalna terminologia!) – mam wrażenie, że więcej futerka ma od Franka jego przyjaciel prosiaczek. Ponadto postacie wyjątkowo nieforemne. Ale Majka nie narzeka i podobają jej się delikatne, pastelowe kolory.

Dużym atutem książeczek są pytania pomocnicze zajmujące dwie ostatnie strony. Mogą one stanowić przyczynek do dyskusji i pomóc dojść dzieciom do odpowiednich wniosków. Warto rozmawiać – i w domu i w przedszkolu.

Obie książeczki polecam starszym przedszkolakom, którzy mają już szansę spotkać się z określonymi sytuacjami i budzą one ich sprzeciw. Moja Majka jeszcze nie zwraca uwagi na inność i nie wie, że w grach można przegrywać, dlatego Franek jeszcze trochę poczeka na półce. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że te problemy prędzej czy później staną nam na drodze. A z kłopotami najlepiej się mierzyć mając przy sobie przyjaciela. Franek świetnie sprawdzi się w tej roli.

Marta Krzemińska, Królik Franek i problem krótkiego ogonka; Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Feluś i Gucio idą do przedszkola” Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett

Adaptacja w przedszkolu to kolejny wielki krok i w życiu maluszka. Całkowita zmiana otoczenia z bezpiecznych domowych kątów na wypełnione przygodami i rówieśnikami miejsce. Miejsce, gdzie rodzic, który dotychczas był na zawołanie, nie będzie już towarzyszył małemu odkrywcy na każdym kroku, a panią przedszkolanką trzeba się dzielić z innymi dziećmi.

Już po wakacjach Majkę czeka upgrade na przedszkolaka i powoli zaczynamy się nastawiać na to wielkie wydarzenie. Wspólnie odwiedzałyśmy przedszkola zanim wybrałyśmy to jedno jedyne, dużo o tym rozmawiamy i powoli zaczynamy zbierać „literaturę przedmiotu”. Książeczka o Felusiu, która całkiem niedawno wyszła nakładem Naszej Księgarni, jest jedną z fajniejszych pozycji odsłaniającej przed maluszkiem tajemnice przedszkolnego życia.

Takie zmiany są stresujące nie tylko dla dziecka, ale i dla rodzica. I to właśnie do zatroskanych mam skierowane są dwie pierwsze strony, gdzie na spokojnie wytłumaczono jak wielkim przeżyciem mogą okazać się pierwsze dni w przedszkolu. Znalazło się również miejsce na proste porady jak wspierać swojego świeżo upieczonego przedszkolaka. Całą resztę natomiast można już czytać wspólnie.

Ta duża, całokartonowa książka z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprzyja także samodzielnemu oglądaniu. Szczególnie, że zdecydowaną większość stron zajmują delikatne, pastelowe ilustracje i to właśnie obraz jest głównym sposobem przekazu informacji. Krótkie partie tekstu do przeczytania wspólnie z rodzicem dodatkowo tłumaczą całą sytuację i przybliżają uczucia bohatera.

Każda podwójna strona, opatrzona stosownym nagłówkiem, przedstawia jeden element przedszkolnej rutyny. Układają się one – krok po kroku – w standardowy dzień świeżo upieczonego przedszkolaka. Od porannych przygotowań do wyjścia z domu, przez zmianę butów w szatni, pożegnanie z rodzicem, zabawę z kolegami, posiłki, higienę, spacery, drzemkę i przeróżne wyjątkowe wydarzenia aż po powrót do domu. Największy strach wzbudza to, co nieznane, warto zatem na spokojnie omówić wszystko, co może się wydarzyć. Ta lektura może okazać się świetnym wstępem do rozmowy o własnych przeżyciach z emocjonujących dni w przedszkolu.

Wszystko przedstawione zostało z perspektywy Felusia – sympatycznego smyka, dla którego przedszkole również jest jeszcze nowością. Wraz z nim poznajemy reguły panujące w nowym miejscu, a także ogromne możliwości poznawania świata, zarówno na co dzień, jak i w wyjątkowe dni, takie jak Mikołajki, wycieczka czy Dzień Babci. Razem z Felusiem przezywamy często przytłaczające emocje – smutek towarzyszący rozstaniu z mamą, kłopot z rozpięciem spodenek w toalecie, pierwsze kroki w nauce cierpliwości i codzienne małe dramaty – upadki, strach, pierwsze kłótnie z kolegami, czy tęsknotę za rodzicem. Wiadomo, że razem jest raźniej, a Feluś jest uroczym przewodnikiem i dobrym przykładem do naśladowania. Bardzo mi się podoba, że małemu bohaterowi na każdym kroku towarzyszy przyjaciel – pluszowy miś Gucio, z którego autorki uczyniły pełnoprawnego współbohatera swojej opowieści. Mam nadzieję, że i Maja będzie mogła, chociaż na początku, zabierać ze sobą któregoś z pluszaków. Oby tylko nie zechciała zabrać kota, którego traktuje jak jedną ze swoich najukochańszych maskotek…

Bardzo ładnie zilustrowana, czytelna i sumiennie omawiająca niemalże wszystkie aspekty nowego, przedszkolnego świata. Na razie podczas czytania dostosowuję tekst do naszych potrzeb (na przykład nie czytam, że Feluś podczas pożegnania bardzo płakał, by nie nastawiać córki negatywnie. Nie czytam też o zakończeniu picia z butelki, bo jedyna butelka, jaką zna moje dziecko, to ta ze słomką.). Wspaniale, że udało się uzyskać zachęcający i atrakcyjny wydźwięk i jednocześnie nie przedstawiać przedszkola w samych superlatywach. Problemy i smutki nie są ignorowane, a przedstawiono je jako sytuacje, z których można znaleźć wyjście i uzyskać pocieszenie. To wielka zaleta tej pozycji.

Piękna, mądra i wytrzymała. Mam nadzieję, że okaże się skuteczną pomocą w rozpoczęciu naszej przedszkolnej przygody.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett, Feluś i Gucio idą do przedszkola, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: „Martynka. Małe historie” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier

Widzieliście już najnowsze wydanie ponadczasowej „Martynki”? Wydawnictwo Papilon przygotowało trzy tematyczne zbiory przygód tej uroczej bohaterki w wersji skierowanej do najmłodszych odbiorców. „Małe historie o zwierzątkach”, „Małe historie o wielkim szczęściu” i „Małe historie do czytania przed snem” wydane zostały na utwardzanym papierze całkiem odpornym na gniecenie przez małe paluszki. Z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami i przewagą ilustracji nad tekstem – w formie idealnej by zachwycać kolejne pokolenia przedszkolaków.

Nie mogłam się już doczekać aż pokażę Majce jedną z bohaterek mojego dzieciństwa – w istocie „Martynka” wychowała niejednego członka mojej rodziny. Pamiętam jak czytałam ją mojej młodszej siostrze (sama jeszcze ledwo dukając i myląc się przy składaniu sylab) i jak jakiś czas później ona sama właśnie z Martynką podejmowała swoje pierwsze czytelnicze próby. A jedna z moich ulubionych ciociobabć co jakiś czas wspomina, że po emigracji do kraju nad Loarą to właśnie na „Martynkach” nauczyła się francuskiego. Sympatyczna Martynka od lat ciekawi, bawi i wychowuje. Pomaga maluchom radzić sobie w nowych sytuacjach, uczy delikatności i wrażliwości, kształtuje prawidłowe postawy i rozwija wyobraźnię.
Nie ma co ukrywać – to dla mnie bardzo sentymentalna podróż do dzieciństwa. Zawsze uwielbiałam miękkie, delikatne i nieco ckliwe ilustracje towarzyszące opowiadaniom. Baśniowe, dopracowane i pełne szczegółów, z wielkookimi i długorzęsymi postaciami, pełne kolorów i małych zwierzątek. W tych trzech zbiorach odnalazłam bardzo dobrze mi już znane historie, jak „Martynka i 40 kuchcików”, czy „Martynka i pies bohater”. Jednak nie nudziłam się nie przez chwilę, bo jednak większość opowiadań była dla mnie zupełną nowością (a byłam pewna, że przygody tej małej dziewczynki znam od deski, do deski i nic mnie już nie zaskoczy!). Szczególnie wzruszająca okazała się opowieść o ochronie przyrody i jednocześnie o sile dziecięcej wrażliwości.

Ze względu na niewielką czcionkę są to zdecydowanie pozycje do czytania przez rodzica – wspaniała propozycja do wspólnego spędzania czasu jeszcze zanim dziecko samodzielnie zacznie składać litery.

Początkowo Bobasa była nieco rozczarowana, ponieważ w książeczce o zwierzątkach nie było ani jednego kotka poza tym na okładce, szybko jednak znalazłyśmy opowiadanie „Martynka kocia mama” otwierające część przeznaczoną do czytania przed snem. I to właśnie nasz hit – zagęszczenie małych puszystych kotków na niecałych 20 stronach jest zachwycająca, szczególnie z punktu widzenia mojej prawie dwuletniej kociary. Przyznaję jednak, iż jest to jedyna historyjka, której Majka spokojnie słucha od początku do końca – w przypadku innych tematów skupia się głównie na mniej szczegółowych ilustracjach, najchętniej ze zwierzątkami, i szybko przerzuca strony nie skupiając się za bardzo na tekście. To jednak lektura dla nieco starszego czytelnika – myślę, że jako trzylatka będzie nią zachwycona.

Naprawdę musiałam się porządnie postarać, żeby znaleźć coś, do czego można by się przyczepić – niektóre ilustracje zostały umieszczone na zgięciu stron, co odbiera im sporo uroku, całe szczęście dotyczy to nielicznych obrazków. Same książeczki są też dość ciężkie, jest jednak nieuniknione w przypadku użycia grubego, lakierowanego papieru. Mimo to zamknęłabym każdą z książeczek w twardej oprawie, bo to właśnie okładka okazała się być najsłabszym ogniwem w starciu z moją małą Destrukcją i odrobinę dostała w kość podczas czytania.

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent dla przedszkolaka, bardzo rozważyć ciepłe, zaskakujące i zabawne przygody Martynki. Z pewnością gwarantują masę atrakcji i dla czytającego i dla słuchacza. No i są po prostu piękne.

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o zwierzątkach, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o wielkim szczęściu, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie do czytania przed snem, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.

Za nostalgiczny powrót do dzieciństwa dziękuję Wydawnictwu Publicat S.A..