Książka na weekend: “Wszystko przed nami” Samantha Young

Czas odhaczyć obowiązkową wakacyjną lekturę – kategoria „babskie czytanie„, typ „romansidło”! :D

Moje wrażenia na temat tej książki zacznę od bardzo płytkiego, ale nie oszukujmy się, bardzo istotnego faktu – ma piękną okładkę. Romantyczną, daleką od wulgarności, mimo sceny pocałunku na pierwszym planie, z malowniczym zamkiem na tle górskiego krajobrazu. Pani Elizo Luty, świetna robota!
Tak, jestem podła i oceniam po okładce. Bilans takiego podejścia to zwykle pół na pół – raz się sparzę i zmarnuję kilka dni życia na gniota w kolorowym papierku, innym razem będę zachwycona. Tym razem za spektakularną oprawą, która mnie przyciągnęła, kryła się bardzo miła niespodzianka.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, dlatego też nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać poza tym, ze będzie to babskie romansidło o schodzeniu się, rozstawaniu i dawaniu sobie drugich i trzecich szans. Prolog mocno mnie zniechęcił – jest w nim patos górnolotnych „złotych myśli”, marudna egzaltacja i nieco tandetna scena ulegania namiętnościom w szpitalnej toalecie. Nie brzmi za dobrze, nieprawdaż? Całe szczęście, że ta wyrwana z kontekstu scena w pewnym momencie się urywa i przychodzi czas opowiadania historii od początku, do końca. I jest dużo lepiej.

Warto wspomnieć już na samym początku, że jest to wyjątkowo rozbudowana opowieść. Główną bohaterkę – Norę – poznajemy już we wczesnej młodości (a dzięki wspomnieniom mamy również wgląd w jej dzieciństwo), dzięki czemu obserwujemy w jaki sposób kształtuje ją środowisko i życiowe dramaty, a sama bohaterka nabiera dzięki temu głębi i realizmu. Wraz z nią podejmujemy odważne decyzje i przeżywamy moralne dylematy. Bo życie nie szczędzi Norze ani tragicznych wydarzeń, ani emocjonalnej huśtawki.

To faktycznie poruszająca historia o podążaniu za marzeniami, które okazuje się nie być tak łatwe, jak to przedstawiają w bajkach. Mimo, że książę na białym koniu naprawdę kocha z całych sił. Opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. O przeżywaniu żałoby i radzeniu sobie z gnębiącymi wyrzutami sumienia. O prawdziwych rodzinach, gdzie więzy krwi tak naprawdę nie są ważne. O ukrywaniu się w dziecięcym świecie fantazji i strachu przed dorosłością. O dziecinnych dorosłych i nad wyraz dojrzałych dziewczynkach. O odnajdywaniu wewnętrznego spokoju i strachu przed jego utratą. O małych dramatach codzienności i o wielkiej odwadze pozwalającej się z nimi zmierzyć.

I przede wszystkim o zaborczości. O tak wielkim strachu przed samotnością, że przeważa on nad marzeniami i szczęściem ukochanej osoby.

To nieustanna walka marzeń z poczuciem winy, samoświadomości z niską samooceną.

A wszystko dzieje się na tle  pełnego studenckiego i festiwalowego życia Edynburga stanowiącego opozycję dla zabitej dechami dziury w Stanach Zjednoczonych, z której wywodzi się Nora. Okazuje się jednak, że zmiana miejsca zamieszkania, nawet tak diametralna, nie wystarczy, by odmienić życie. Wszystkie zmiany muszą zacząć się w nas.

I to prawda, że pod koniec cała intryga robi się już mocno tendencyjna, ale czy to nie właśnie o to chodzi w tego typu książkach? Żeby towarzyszyła nam lekka irytacja na bohaterów, którzy uparcie uciekają przed szczęściem i pewność, że mimo wszystko w końcu na siebie trafią? I będą żyli długo i szczęśliwie.

Samantha Young, Wszystko przed nami, Warszawa: Wydawnictwo Burda, 2018, 448 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Pan Wyposażony” Lauren Blakely

Powody, z jakich zazwyczaj sięgamy po taką, a nie inną lekturę bywają najróżniejsze: ciekawość, opinie znajomych, intrygująca okładka, ulubiony autor albo wydawnictwo. Jakiś czas temu przeczytałam moją pierwszą „arabską” książkę – „Sułtana”, tylko dlatego, że główny bohater nazywał się Dżem, co z jakiegoś powodu niesamowicie mnie bawiło. Z książką Lauren Blakely było na swój sposób podobnie, bo przyciągnęła mnie tytułem – już od pierwszego spojrzenia byłam absolutnie pewna, że „Pan Wyposażony” to lektura obok której nie będę w stanie przejść obojętnie.

DSC_1276

Gorący playboy, jakim jest główny bohater, nieszczególnie pasuje do wizerunku idealnej rodziny, jaki kultywuje konserwatywny inwestor planujący zakup firmy jego ojca. Dlatego dla dobra transakcji, nasz Casanova musi szybko znaleźć sobie narzeczoną na niby i przez tydzień skutecznie udawać przykładnego obywatela. A jednak nie wszystko układa się tak sprawnie, jak to sobie zaplanował…
I zapewniam Was, że wcale nie przeczytaliście właśnie żadnego spojlera! Wszystkie te informacje czytelnik dostaje na tacy już na dwóch pierwszych stronach powieści. A potem stopniowo dowiadujemy się w jaki sposób bohater wplątał się w tą całą sytuację i jak zamierza z niej wybrnąć.

I powiem szczerze, że ta książka była dla mnie WIELKIM zaskoczeniem. Bo spodziewałam się napuszonego erotyku, a „Pan Wyposażony” jest tak naprawdę… całkiem sympatyczny.

Przede wszystkim dlatego, że bohaterowie dadzą się lubić. Tak, to prawda, że Spencer Holiday jest trochę bubkiem z ogromnym przerostem ego – oszałamiająco przystojny, świetnie wykształcony, młody, bajecznie bogaty i niesamowicie dumny ze swojego przyrodzenia lowelas skaczący z kwiatka na kwiatek. I mimo, że przez pierwszych kilka stron wydaje się przede wszystkim zakochanym w sobie palantem, już po kilku kolejnych rozdziałach okazuje się być pełen autoironicznego poczucia humoru i dystansu do siebie i świata. Dobrze wychowany i traktujący innych z szacunkiem, a w sposób, w jaki zdobył swoją fortunę w tak młodym wieku jestem skłonna uwierzyć. W gruncie rzeczy to całkiem fajny facet.

„Gdyby artyści epoki renesansu zajmowali się rzeźbieniem penisów, mój byłby dla nich modelem.”

Prawdę mówiąc właśnie tym się zajmowali. Widziałeś kiedyś Davida, chłopcze? Obawiam się, że nie byłbyś zadowolony…

Podobnie jego ukochana-przyjaciółka. Piękna, zgrabna i powabna, a mimo to miła, bystra i nie zadzierająca nosa.

I nie mówię, że ta książka nie jest monotematyczna. Monotematyczność jest przecież jedną z cech tego gatunku. Ale fabuła rodem z komedii romantycznej doprawiona sporą dawką pikantnych szczegółów sprawia, że naprawdę da się to czytać. Przede wszystkim dlatego, że autorka zna umiar (książka liczy niewiele ponad 200 stron) i udało jej się znaleźć złoty środek między akcją, scenami erotycznymi, romansem i poczuciem humoru.

„- Wspaniale – odpowiedział biorąc od kelnera talerz z jajkami Benedykta (…)”

Bo jajka po benedyktyńsku brzmią za mało sprośnie w tego typu powieści? :D Tak, zdarzają się niedociągnięcia ale nie mają wielkiego wpływu odbiór tekstu.

A poza samą intrygą i stopniowym odkrywaniem uczuć jest tu również mowa o fajnej przyjaźni, pełniej uszczypliwej lojalności relacji między rodzeństwem, rodzinnej miłości, odpowiedzialności, szowinizmie i traktowaniu kobiet. Dlatego też przyznaję z ręką na sercu, że to jeden z lepszych erotyków, jakie zdarzyło mi się czytać.

Wbrew pozorom największą wartością w tej książce jest rodzina, a gwarancją dobrego życia jest szczęśliwa żona.

Lekka rozrywka na miły wieczór. Rozśmieszy, przyrumieni uszy i rozczuli ciepłym zakończeniem.

PS. Ten inwestor, czarny charakter całej powieści nazywa się Pan Offerman. Serio. Płakałam ze śmiechu za każdym razem, kiedy to nazwisko pojawiało się w treści. Ja chyba już nigdy nie dorosnę.

Lauren Blakely, Pan Wyposażony, Gliwice: Wydawnictwo HELION, 2018, 255 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Pamiątka z Paryża” Ewa Formella + BOOK TOUR

Czy może być coś bardziej oklepanego, niż miłość od pierwszego wejrzenia, która zdarza się w samym sercu Paryża? Są jednak książki irytująco tendencyjne i sympatycznie tendencyjne. A ta zdecydowanie należy do drugiej kategorii.

DSC_1079

Na samym początku czuję moralną potrzebę potępienia głównej bohaterki, bo stanowi ona bardzo zły przykład dla młodzieży. Kochane młode czytelniczki – jeśli kiedyś zgubicie się w Paryżu, albo jakimkolwiek innym miejscu na świecie, bez pieniędzy i telefonu, przyjmowanie pomocy i oferty noclegu od przystojnego nieznajomego to naprawdę zły pomysł. Ktoś w biurze obsługi podróżnych/informacji turystycznej/na posterunku policji na pewno wam pomoże. Może i jestem #staraduchem, ale uznałam, że muszę to zaznaczyć, bo podczas czytania pierwszych rozdziałów przed oczami stawały mi sceny z filmu „Uprowadzona” z Liamem Neesonem. Serio, ufanie nieznajomym może się skończyć czymś znacznie gorszym, niż nieplanowana ciąża!

Niemniej jednak mamy tu do czynienia z fikcją literacką (zresztą to były zupełnie inne czasy!) i spotkanie pomocnego nieznajomego staje się początkiem niesamowitej przygody – pełnej żywych emocji, zaskakujących zdarzeń, miłości do tańca i pogoni za marzeniami. A wszystko to w magicznym otoczeniu paryskich uliczek, miejskich legend i opowieści ulicznych grajków, gdzie wspomnienia z beztroskiej młodości splatają się z rzeczywistością.

Tym, co wyróżnia książkę Ewy Formelli na tle setek podobnych pomysłów, jest zgrabne wplatanie historycznych ciekawostek i paryskich mitów wprost w fabułę. Dzięki temu powstało unikalne połączenie romansu dla nastolatek z niepowtarzalnym (bo opartym na własnych wspomnieniach) przewodnikiem turystycznym. Z takim sposobem kreacji miejsca akcji jeszcze się nie spotkałam, ale to naprawdę działa. Czego najlepszym dowodem jest moja narastająca chęć na kolejną wycieczkę do Paryża.

„- Oj Michèl! Nie obrażaj się, tylko spróbuj mnie zrozumieć. Jestem na wakacjach. Chciałabym odpocząć, a ty przez cały dzień karzesz mi biegać, schodami w górę, schodami w dół, i jeszcze zasypujesz mnie informacjami jak nauczyciel historii.”

Takie zwiedzanie jest najfajniejsze! Zresztą kurczę, każda nastolatka (i nie tylko!) marzy o takim przewodniku jak Michèl! Szczególnie, jeśli można z nim, zupełnie przy okazji, tańczyć na mostach i spać pod gwiazdami.

Tak, ta książka jest naiwna. Ale jest też lekka jak piórko i wydaje mi się, że takie właśnie miało być jej założenie – to niewymagająca, przyjemna lektura pomyślana jako prosta rozrywka na wakacje – do samolotu, czy pociągu albo na leniwy wieczór nad mazurskim jeziorem. Świetnie sprawdziłaby się jako dodatek do wakacyjnego numeru młodzieżowej gazety.

Podczas lektury niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że czyta się ją bardziej jak internetowe opowiadanie niż książkę per se i długo zastanawiałam się dlaczego. Teraz już wiem – czuć, że ta historia, od początku do końca, została napisana z przyjemnością i dla przyjemności. Nie dla zysku, sławy, czy spełnienia ambicji. Dla przyjemności samej autorki. A skoro można się nią podzielić z innymi, to dlaczego nie?

Zresztą przekazuje też kilka bardzo ważnych życiowych prawd!

„Życie jest zbyt krótkie,  żeby przestrzegać takich bzdur jak godziny picia wina.”

Przyjemna historia nastoletniej wakacyjnej miłostki i radzenia sobie z jej konsekwencjami. Nie bierzmy jej do końca na poważnie (a już na pewno nie jako wzorzec postępowania!), a wszystko będzie super.

Podobno ta książka lubi wędrować, postanowiłam zatem wysłać ją na małe zwiedzanie, czyli Book Tour. Jeśli zatem macie ochotę zawitać na kilka chwil do Paryża autorki, serdecznie zapraszam do udziału w akcji – zgłoszenia w komentarzu (2 tyg. na przeczytanie i podanie dalej, max. 7 osób).

Ewa Formella, Pamiątka z Paryża, książka wydana nakładem własnym autora, 2017, 350 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji. I samej autorce, za bycie absolitnie wystrzałową babką!

Jest to również mój wybór na kwiecień w Book Challenge „Czytelnicze podróże w nieznane” z Uwaga Czytam – self publishing.

Czas na czytanie: „Promyk słońca” Katarzyna Michalak

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Michalak i nie ma co ukrywać – czekałam na nie z niecierpliwością. Na temat książek tej autorki czytałam chyba tyle samo zachwytów, co bezwzględnej krytyki i dosłownie spalała mnie ciekawość jak ja odbiorę jej historie. I w końcu trafiła się okazja!

 

„Promyk słońca” to drugi tom serii Mazurskiej, co było dla mnie dodatkową zachętą, bo Mazury uwielbiam, a książki, których akcja toczy się właśnie w Krainie Tysiąca Jezior wręcz ubóstwiam. I faktycznie – Mazury jako tło historii sprawdziły się świetnie, choć mi jak zwykle było ich trochę mało.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywy. Wszystko zaczęło się fajnie, bo czytelnik został wrzucony w sam środek akcji i miałam nadzieję, że będzie ciekawie i wciąż będzie się coś działo. Ale mocno się rozczarowałam, bo kiedy już udało mi się poznać trochę bohaterów, odniosłam wrażenie, że fabuła nagle zwolniła i zaczęła się ciągnąć niczym guma balonowa przyklejona do spodni.

Ale to i tak nic w porównaniu z bohaterami. Na pierwszy ogień idzie płomiennowłosa Oliwia o równie płomiennym charakterze, która szybko okazuje się być rozpieszczoną, pretensjonalną zołzą. I co gorsza wydaje się mieć rozdwojenie jaźni. W jednym momencie tęskni za normalnymi relacjami z matką, a już po chwili obwinia ją o całe zło tego świata. Zaczyna myśleć, że się zakochała i trafiła w końcu na księcia z bajki, by (pod wpływem jednej rozmowy!) wrócić do przekonania, że mężczyźni służą wyłącznie do uwodzenia i porzucania, a miłość nie istnieje. Chce zostać, by zaraz po chwili wyjechać. Tęskni i chce być sama. I tak w kółko. Jest niedojrzała, lekkomyślna, zmienna jak pogoda i niesamowicie wręcz męcząca. I jeszcze mogłabym uznać to za całkiem ciekawą kreację postaci niestabilnej emocjonalnie ze względu na traumę przeszłości, gdyby nie fakt, że w tej książce wszyscy tak mają!

„- Mamo, tak bardzo mi przykro – mówiła Oliwia, łykając łzy. – Tak strasznie cię przepraszam. Nie chciałam tego. Nie chciałam cię znienawidzić i tak naprawdę… kochałam cię przez cały ten straszny czas. Wybacz mi…”

Nataniel – wzór cnót wszelakich, facet ideał, o złamanym sercu i wielkim szacunku do kobiet nade wszystko pragnie miłości. A mimo to potrafi znienawidzić Oliwię w jednej chwili, by kilka dni później stwierdzić, że jednak jest piękna i ulec jej wdziękom, by na nowo ją znienawidzić, a potem na nowo ulec. Potem robi się jeszcze ciekawiej – po tym, jak zmienił się w damskiego boksera pada na kolana i prosi ją o rękę! Oczywiście kilka dni później wszystko odwołuje. Ale autorka cały czas zapewnia nas, że to taki dobry chłopiec…

„Czy to, że była dziwką cos zmieniało? Umniejszało zdradę? W jego oczach – tak. Spodziewać się po dziwce wierności, to jak wyglądać deszczu na pustyni. Ale Nataniel nie znał jej drugiego oblicza.”

Marta – stęskniona matka Oliwii – zapewnia, że zrobi wszystko, by tylko zatrzymać przy sobie córkę. Ale kiedy ta wyjeżdża, grzecznie odwozi ją na dworzec i nawet palcem nie kiwnie. Za to bez najmniejszej refleksji przerzuca swoje uczucia na pewną małą dziewczynkę. Której również nie omieszka się porzucić, gdy tylko znajdzie sobie coś ciekawszego do roboty. Złota kobieta.

Ponadto wszyscy ciągle marudzą! Licytują się kto ma w życiu gorzej, decydują się na pogodzenie z losem i nie robią dosłownie nic, by go zmienić. Nie uczą się na błędach, popełniają ciągle złe decyzje, miotają się jak ćmy w swojej własnej egzaltacji. Ja wiem, że Polacy lubią sobie ponarzekać, ale bez przesady!

I choć ich życie pełne jest małomiasteczkowych dramatów, całość wzbudza zaskakująco mało emocji. Chyba właśnie dlatego, że reakcje bohaterów zdają się sztuczne, odegrane i po prostu płytkie.

Nie pomaga również niesamowicie męczący, wszechwiedzący, przemądrzały i fatalistyczny narrator dorzucający swoje trzy grosze gdzie tylko się da. Chyba ma być czymś w rodzaju przewodnika dusz edukującego czytelnika swoimi dydaktyczno-moralizatorskimi wtrąceniami. Ta idea niestety zupełnie mi nie leży.

Irytowała mnie również toporna stylizacja języka, a szczególnie wciskane na siłę „li”, którym posługują się wszyscy bohaterowie po równo.

„Czy potrafiłby ją taką pokochać? Czy też pokochał li tylko ponętne ciało?”

„Co, jeśli sprowadził nieszczęście na ludzi, których on nazywał przyjaciółmi, nawet jeśli oni darzyli go li tylko nienawiścią?”

„Nie potrafię być li tylko wolontariuszką.”

Mimo tych wszystkich uwag, rozumiem dlaczego Katarzyna Michalak ma aż tylu fanów – książkę czytałam kiedy Bobasa była chora, po nieprzespanej nocy, wymęczona fizycznie i psychicznie. I wciąż czytało się bardzo sprawnie – cała lektura zajęła mi może ze trzy godziny. To lekka rozrywka dla zmęczonych życiem odbiorców, podobna nieco do jednego z tych przewidywanych, tak popularnych ostatnimi czasy seriali. Przywodzi mi na myśl również Sagę o Ludziach Lodu, która była podobną dłużyzną pełną kołtuniących się emocji i oszałamiających przystojniaków dręczonych poczuciem winy i niesprawiedliwości. Lektura nie wymaga najmniejszego nawet wkładu własnego – wszystko zostaje czytelnikowi podane na tacy, włącznie z refleksjami na temat bohaterów i życia samego w sobie.

Osobiście wymieniłabym połowę patosu na poczucie humoru i wyszłaby z tego całkiem sympatyczna, lekka powieść.

Ach! I jeszcze podobało mi się zakończenie – nareszcie coś się zaczęło dziać!

Powieść została przepięknie wydana – tego szczegółu nie można pominąć! Dawno tak nie podobała mi się okładka – intensywnie lawendowa, z tłoczonymi na złoto napisami, estetycznie zadrukowana nawet po wewnętrznej stronie skrzydełek. Na grubym papierze wysokiej jakości, wydrukowana elegancką czcionką… Aż się chce zebrać na półce wszystkie książki tej autorki. Oj, trudno będzie mi się z nią rozstać, nawet jeśli z tak płytkich pobudek.

Katarzyna Michalak, Promyk słońca, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Arsen” Mia Asher

„Miłość może cię zniszczyć. Miłość może pogrzebać cię żywcem w trumnie pełnej bólu i rozpaczy, odebrać ci oddech, odebrać wolę życia.”

To była droga przez mękę.

Nie żartuję i nie stosuję w tym momencie taniego chwytu marketingowego. Naprawdę dawno nie czytałam tak dziwnej książki. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. Gatunkowe, tematyczne i emocjonalne.

Niemalże od początku lektury zastanawiało mnie jedno. Do jakiego odbiorcy skierowana jest ta książka?

Wątki dotyczące poznawania się głównych bohaterów, rodem z młodzieżowego serialu Disneya sugerowałyby odbiorcę między 14, a 16 rokiem życia, ale szczegółowe opisy seksu zajmujące większą część książki obalają tą tezę. Natomiast dorosła czytelniczka raczej na pewno zostanie zniechęcona naiwnością tej historii.

„Wzdycham, przygotowując się mentalnie, by wyjść na deszcz, gdy dzwoni mój telefon. Już mam odebrać, kiedy mija mnie grupa wspaniałych i onieśmielających dziewczyn z żeńskiego stowarzyszenia. Rzucają we mnie kondomami i krzyczą: „Bez gumek nie ma ruchania!”.”

Mamy zatem zupełnie przeciętną, średnio ładną dziewczynę, dla którejś z jakiegoś powodu wszyscy tracą głowę. Główna bohaterka jest mało lubiana, odrabia prace domowe na studiach i trafia jej się miłość od pierwszego wejrzenia. Oczywiście z obłędnym przystojniakiem (w ogóle, gdzie się nie obróci, otaczają ją sami nieziemsko przystojni półbogowie – jeśli tak jest na co dzień w Stanach, to już wiem czemu ludzie chcą tam emigrować!) , gwiazdą sportu, przyszłym prawnikiem. Oczywiście poprzez zderzenie w deszczu z całą otoczką rozsypanych książek i lądowaniem w kałuży. Oczywiście całuje nieznajomego na ulicy. Oczywiście po latach zostają małżeństwem. A autorka nie szczędzi nam infantylnych pomysłów na końskie zaloty ich młodości i cukierkowej słodyczy zakochania.

DSC_0650

Sielanka kończy się z problemami z utrzymaniem ciąży. I tutaj spotkało mnie największe rozczarowanie – liczyłam na poważne podejście do poważnego problemu, na niesamowicie emocjonalną wspólną walkę o macierzyństwo. Niestety, mam wrażenie, że coś, co miało być głównym tematem książki zostało skandalicznie wręcz zmarginalizowane. Brakuje rozmów, starań, wzajemnego wsparcia, biegania po lekarzach, atmosfery oczekiwania. Zostaje nam przedstawiony pewien fakt i nic poza tym. Czytelnik nie dostaje szansy uczestnictwa w procesie walki z niepłodnością i tak naprawdę łatwo odnieść wrażenie, że sama zainteresowana również nie walczy. Powtarza tylko stale jak bardzo marzy o dziecku i jak jej źle, ale znacznie więcej energii i emocji wkłada w zadurzenie młodszym współpracownikiem niż w swoje sny o macierzyństwie. To prawda – scena poronienia jest dramatyczna i poruszająca, podobnie jak depresja, w której pogrąża się Catherine, ale mimo to nie mogłam pozbyć się wrażenia kiepskiego aktorstwa.

W ogóle cała jej postawa jest dla mnie oderwana od rzeczywistości – kobieta po trzech poronieniach, z zagrożonej ciąży nie rezygnuje z pracy, nie przestaje pić kawy, pozwala się szarpać gdzieś w klubowej toalecie i nie stroni od entuzjastycznego seksu. Prawdę mówiąc trudno mi to sobie wyobrazić. Nienaturalność wzmaga brak jakiejkolwiek wzmianki na temat leków podtrzymujących ciążę, hospitalizacji, jakiegokolwiek zwiększonego dbania o zdrowie (za to autorka nieustannie podaje nam nazwy firm produkujących torebki). Poza częstymi wizytami u ginekologa nasza bohaterka wyłącznie czeka i stara nie poddawać się panice.

To tak naprawdę smutna historia kobiety, która rozpaczliwie potrzebuje specjalistycznej pomocy, ale otrzymuje ją zdecydowanie za późno. Kobiety słabej i zdruzgotanej. Kobiety znajdującej się na życiowym zakręcie i podejmującej same najgorsze wybory. Nie do końca stabilnej psychicznie, szokująco niekonsekwentnej w swoich postanowieniach, budzącej współczucie i zażenowanie. Nie potrafiącej docenić tego co ma, nie przyjmującej wsparcia najbliższych. Kobiety o znacznie zaniżonym poczuciu własnej wartości, która podnosi sobie samoocenę romansem z atrakcyjnym młodszym mężczyzną o imieniu prosto z Tablicy Mendelejewa.

„(…) ma na sobie wyblakłe, sfatygowane dżinsy, które wiszą tak nisko, że jestem w stanie dostrzec jego bieliznę od Armaniego, a trzy rozpięte guziki koszuli w odcieniu różu odsłaniają opaloną i wyjątkowo umięśnioną klatkę piersiową. Ten facet emanuje pewnością siebie i seksem.” – cóż we mnie zazwyczaj faceci w różowych koszulach wzbudzają raczej rozbawienie, ale co kto lubi…

To prawda, Cathy jest przekładem niesamowicie irytującej bohaterki, ale to przede wszystkim naiwność, teatralność ze sporą dawką Hollywoodzkiego kiczu (Jest tu nawet bal maskowy! Nie wspominając o wyznaniach wplątanych w pijackie przyśpiewki) i niedopracowanie historii tak bardzo mnie odrzucało.

„Tym razem potwór, którym jestem, którym się stałam, pociągnie kogoś za sobą. To ten mrok we mnie wlecze się za mną, gdziekolwiek nie pójdę, rozprzestrzenia się jak atrament po papierze.” – ach stary dobry welshmerz…

„Kocham go, ale nie jestem pewna, czy nadal jestem w nim zakochana.” – serio? Zawsze myslałam, że faza zakochania trwa kilka… miesięcy?

Nie zrozumcie mnie źle – samo przesłanie książki jest bardzo dobre i zupełnie się z nim zgadzam, ale nie jestem pewna, czy gdybym nie zajmowała się pisaniem recenzji (co znacznie zwiększa moje samozaparcie w przypadku lektur, które nie za bardzo mi odpowiadają), to czy miałabym szansę dotrzeć do tego przesłania. Obawiam się, że nie, bo wymaga to przebrnięcia przez prawie całą pozycję. A ja odpadłabym już na samym początku.

„Małżeństwo to praca, Cathy. Musisz nad nim pracować każdego dnia. Nigdy nie możesz odpuścić. Bycie w małżeństwie jest trudne. Czasem jest świetnie, czasem okropnie, ale zawsze chodzi o to, co z tego wyciągniesz. To, jak sobie z tym poradzisz, odróżni cię od innych par, które się poddały. Trzeba zawsze szczerze rozmawiać z partnerem. Rozwód jest łatwy, to pójście na łatwiznę.”

Nie jestem koneserką tego gatunku i może to nic odkrywczego, ale autorka stworzyła przedziwną dla mnie hybrydępowieść erotyczną o przesłaniu dydaktyczno-moralizatorskim z elementami wattpadowego opowiadania.

Ta koncepcja niestety do mnie nie przemówiła. Spodziewałam się czegoś innego i zapewne stąd tyle rozczarowania – liczyłam na więcej fabuły i rozwinięcie wątku radzenia sobie z bezpłodnością. A mam wrażenie, że ta koncepcja stała się jedynie wymówką do napisania kontrowersyjnej powieści erotycznej, gdzie miłosny trójkąt i wyuzdany seks są główną osią tematu.

Mia Arher, Arsen, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 520 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Consolation” Corinne Michaels

Dawno już nie czytałam porządnego romansidła, czas to nadrobić – z takim nastawieniem sięgnęłam po premierową powieść wydawnictwa Szósty Zmysł – szczególnie, że w „babskiej literaturze” mam prawie tak samo wielkie zaległości, co w książkach młodzieżowych.
I przy okazji to pierwsza pozycja od dawna, którą przeczytałam w wersji elektronicznej nie mogąc się doczekać przesyłki.

Autorka już na wstępie przypomniała mi, dlaczego staram się unikać czytania tzw. „wyciskaczy łez” – jestem po prostu straszną beksą. Już na 8 stronie ryczałam na całego…
W życiu prywatnym jestem tego rodzaju jędzą, która robi mężowi wyrzuty, kiedy ten wraca z pracy z godzinnym opóźnieniem. Nigdy nie nadawałam się na żonę marynarza, czy żołnierza, nie mówiąc już o komandosie marynarki wojennej, sama ta koncepcja budzi we mnie wewnętrzny protest – nie potrafię więc nie podziwiać głównej bohaterki.

„Wiem, że tak należy postąpić, że trzeba się z tym uporać i wszystko załatwić. Ruszyć naprzód. Jednak to wszystko sprawi, że moja nowa rzeczywistość stanie się prawdziwa i ostateczna. Tyle że śmierć jest czymś ostatecznym, więc dlaczego próbuję z tym walczyć?”

Dwudziestosiedmioletnią Natalie poznajemy w momencie, w którym zostaje wdową. Będąc w siódmym miesiącu ciąży. Ten cios jest końcem jej życia i początkiem wyprutej z emocji egzystencji, jedynie myśl o córce nakłania ją do codziennego podnoszenia się z łóżka. Rodzina i przyjaciele próbujący wyciągnąć ją z marazmu ponoszą klęskę z klęską. Skuteczne okazuje się dopiero niedelikatne zaangażowanie Liama – przyjaciela tragicznie zmarłego męża, który przyrzekł się nią opiekować. Uparty komandos nie daje się spławić i wreszcie pomaga uporać się z żałobą i na nowo otworzyć na świat. To dzięki niemu, po pół roku od tragedii, Lee zaczyna się znowu śmiać i pozwala sobie na chwile słabości. Jednak czas mija, a Lee i Liam zbliżają się do siebie coraz bardziej. Okazuje się również, że gloryfikowany po śmierci mąż bohaterki miał swoje brudne sekrety, a idealizowany we wspomnieniach związek pełen był gorszych momentów.

O dziwo, poczułam nić sympatii do głównej bohaterki (a to u mnie spore osiągnięcie, bo zazwyczaj odrzucam kobiecych bohaterów), która pod zbawiennym wpływem przyjaciela okazuje się być silna, dowcipna i sympatycznie złośliwa.

„Łatwo zatracić się w bólu i smutku. Z jakiegoś powodu łatwiej jest być nieszczęśliwym, ale ja nie chcę wieść życia pełnego cierpienia. Mam piękną córkę, fantastyczną grupę wsparcia i Liama.”

Podobała mi się również wojskowa otoczka opowieści – braterskie więzi pomiędzy walczącymi ramię w ramię żołnierzami, gotowość poświęcenia za kraj i chęć oddania życia za kolegów z oddziału. I choć trudno mi zrozumieć tak zaawansowany patriotyzm, jest on godny podziwu. Jednak jeszcze bardziej poruszające jest przyjrzenia się temu problemowi z drugiej strony – spojrzenie na wojnę oczami żony żołnierza, czekającej na jego powrót, tęskniącej, radzącej sobie z długimi nieobecnościami, każdego dnia żyjącej w strachu przed utratą ukochanego.

„Przyjemnie musi być, gdy jest się tą osobą, która nie musi siedzieć bezczynnie i zamartwiać się na śmierć. Oni po prostu robią co muszą. Walczą i żyją na adrenalinie, a ich rodziny siedzą i zastanawiają się. Nie wiemy czy mają się dobrze. Po prostu musimy przez to przejść.”

„Consolation” to poruszająca historia o strachu, bólu i samotności. O heroicznej walce z własnymi emocjami i układaniu sobie życia na nowo po stracie ukochanej osoby. O konieczności niesienia jednocześnie dwóch ciężarów – macierzyństwa i żałoby. O radzeniu sobie z dylematem moralnym wejścia w nowy związek, który po śmierci męża wciąż jawi się jako zdrada.

Fantastycznie, że mimo tak poważnej tematyki, książka potrafi zaskoczyć pozytywnym humorem. Choć zdarzają się patetyczne fragmenty i egzaltowane rozmyślania bohaterów, nie dominują jednak nad całością.

„- O mój Boże – szepczę, próbując się uspokoić. – Dlaczego ona ma na sobie dwie pieluchy? Czy to lina?!
Liam układa Aarę w ramionach tak, że trzyma ją jak piłkę.
– Kto wymyślił te kretyńskie pieluchy? Rzepy ciągle się odrywają. Kto, u diabła, jest w stanie określić, którą stroną je zakładać? Więc ją zawiązałem.
– Liną?
– Miałem kawałek w torbie – szepcze, całując ją w czubek głowy. – To działa.”

Choć nie przepadam za narracją prowadzoną w pierwszej osobie, tutaj szybko do niej przywykłam. Co jakiś czas jednak pojawiały się pewne logiczne nieścisłości, które mocno rzucały mi się w oczy, jako młodej mamie – mianowicie całkowity brak strachu przed obudzeniem dziecka. Ja wiem, że Amerykanie mają ogromne domy i na pewno nie muszą chodzić na paluszkach, ale matka, która bez stresu używa wiertarki podczas drzemki niemowlęcia jawi mi się niczym przybysz z kosmosu. O dziwo wiertarka bobasa nie budzi, podobnie jak wrzaski Natalie na jej nowego adoratora, napady szału, rzucanie i tłuczenie rzeczy ani odgłosy entuzjastycznego współżycia. Małą Arabelle budzi za to śmiech flirtujących kochanków. Z trzeciej strony to jednak dziecko, a dzieci potrafią robić dziwne rzeczy.

Jeśli chodzi o opisy scen erotycznych, zaskoczyła mnie ich nierówność – początkowo autorka bardzo fajnie budowała napięcie między bohaterami, ale kiedy już doszło co do czego niektóre określenia wzbudzały we mnie bardziej śmiech, niż ekscytację – do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakby pewne fragmenty pisał ktoś inny. Prawdopodobnie jednak wina leży po stronie tłumaczenia i mam nadzieję, że te rażące synonimy zostaną wyłapane podczas ostatecznej korekty.

„– Jak cudownie – pojękuję, gdy masuje kciukiem moją perełkę.”

– jakoś „perełka” nie pozwala mi zachować powagi…

Ponadto odniosłam wrażenie, że wygląd zewnętrzny bohaterów jest trochę zbyt idealny – ona jest długowłosą blondynką, która pół roku po porodzie bez stresu zakłada bikini, on jest chodzącym bogiem seksu.

„Mężczyzna zbyt piękny, aby go opisać słowami.”

I z jakiegoś powodu stale nosi czapkę – nawet w domu, czy szpitalu.

Szkoda też, że nie pokuszono się o polską wersję tytułu. Wiem, że niektóre określenia lepiej zostawić takimi, jakie są, żeby nie skończyć z „Wirującym seksem”, ale jednak Polacy nie gęsi i wolałabym chyba zobaczyć tą pozycję na półce pod polskim tytułem – ot, taka fanaberia.

Tak naprawdę jest to typowa, choć piękna, przewidywalna historia przechodzenia od przyjaciół do kochanków. Mniej więcej od 12 strony wiedziałam w jakim kierunku potoczy się fabuła. A jednak – choć do pewnego momentu podejrzewałam jak to wszystko się skończy, to Pani Michaels sprytnie uśpiła moją czujność, dzięki czemu zakończenie wbiło mnie w kanapę. Ostatnie zdania tej książki to taki moment, w którym w odbiorcy budzą się naprawdę mordercze instynkty. I teraz tylko pragnę więcej i więcej. Urywanie historii w takim momencie powinno być zakazane i podlegać każe za znęcanie się nad czytelnikami!

Co chyba najwazniejsze, jest to ksiażka, którą świetnie się czyta – idealna na dwa jesienne wieczory pod ciepłym kocem. Polecam niepoprawnym romantyczkom i pragmatyczkom lubiącym odpocząć przy wciągającym romansie.

Corinne Michaels, Consolation, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 302 s. (premiera 11.10.2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.