Czas na czytanie: „Kirke” Madeline Miller

Nie da się ukryć, że jak na poważną srokę przystało, do tej książki przyciągnęła mnie okładka. Połyskująca arabeska odcinająca się miedzianym złotem od czarnego tła, połączona z tematyką mitologiczną musiała stopić moją silną wolę jak masełko na gorącej grzance. I jak to już bywa ze smokami siedzącymi kuprami na swoich stosach skarbów, przez dobry rok tylko cieszyłam nią oczy. Na szczęście przypomniałam sobie o niej wprowadzając się pomału w klimat wyczekiwanych z utęsknieniem wakacji na Krecie.

I chociaż hasło z okładki „Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek 2018 roku” jest mocno przesadzone, to jednak jako czytelniczy prequel do greckich wakacji sprawdziła się bardzo dobrze.

To wybrane mity przedstawione z nowej perspektywy. Narratorką jest córka Heliosa – Kirke, która ze względu na odmienną wrażliwość (jakąkolwiek wrażliwość?), traktowana jest jako boskie popychadło. Powszechnie wiadomo, że antyczni bogowie, dumni i obrażalscy, targani emocjami i namiętnościami, są niezwykle podobni śmiertelnikom. Nasza bohaterka dla odmiany, jest po prostu po ludzku ludzka. Nie ma co się dziwić, że w świecie tytanów to olbrzymia słabość i powód do społecznego ostracyzmu. Nie ma jednak takiej słabości, której nie można przekuć w siłę.

Mamy tu sporą dawkę girl power w starożytnym świecie męskiej dominacji, nastoletni bunt przedwiecznej istoty, parujące kotły czarownic, romanse, złamane serca, zdrady, zemstę i wyrzuty sumienia. I chociaż to bardziej mitologia w stylu Parandowskiego, niż Gravesa, to jednak w jakimś stopniu oddaje ten fascynująco krwawy klimat antycznej bezwzględności.

A to, co mi się podobało najbardziej, to odczucia Kirke względem macierzyństwa. W końcu jakieś realistyczne przedstawienie życia z bobasem!

Mimo, iż większość historii, będących udziałem boskiej narratorki jest czytelnikowi dobrze znana, nie powoduje to zniecierpliwienia, wręcz przeciwnie – akcja jest wciągająca, czyta się lekko i przyjemnie. Chociaż nie wszystkie opisywane wydarzenia do przyjemnych należą.

No i jest pięknie wydana – szyta, z piękną wyklejką i stroną tytułową. Co prawda w obwolucie (eleganckiej, błyszczącej i tłoczonej), za czym nie przepadam, ale i bez niej prezentuje się bardzo dobrze. Jak nie lepiej. Nie bardzo tylko rozumiem podtytuł/blurb(?) „Daj się jej oczarować”, który występuje wyłącznie na obwolucie i moim zdaniem zupełnie nie jest związany z tekstem.

Z taką książką to się można na plaży pokazać, i to w stylu glamour!

Madeline Miller, Kirke, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2018, 414 s.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Czas na czytanie: „Pucked UP” Helena Hunting

Pamiętam, że po pierwszej części absurdalne poczucie humoru „Pucked” przysporzyło tej książce równie wielu zwolenników, co przeciwników. Ja osobiście bardzo lubię ten rodzaj żartów – trochę prostackie, ale w gruncie rzeczy sympatyczne i nieszkodliwe. A pomysł na erotyk nie do końca na serio, w przyjemnie komicznym klimacie to dla mnie strzał w dziesiątkę – jednocześnie bawi i przyprawia o rumieńce.

Dlatego na drugą część tej niezrównoważonej trylogii czekałam z wielką niecierpliwością. I oto jest!

Dobra wiadomość dla fanów: boberki pojawiają się już na 8 stronie! A niedługo później, dołącza do nich ciasteczko…

Muszę przyznać, że nie ubawiłam się aż tak bardzo, jak przy pierwszym tomie (choć i tutaj były epickie momenty). Może dlatego, że to jednak druga część i już znam te żarty, ale myślę, że duży wpływ miała na to postać głównej bohaterki. Nie ukrywajmy – drugiej tak zakręconej i charyzmatycznej jednostki, jak Violet stworzyć po prostu nie sposób. To mogłoby grozić końcem wszechświata. Z przykrością stwierdzam więc, że weganka-joginka Sunny kompletnie nie wpisała się w moje gusta i jest chyba najbardziej bezbarwną postacią tej serii. Stłamszoną przez brata i najlepszą przyjaciółkę, pozbawioną własnego zdania nudziarę.

Na całe szczęście wszystkie te braki w osobowości nadrabia Buck – nieokrzesany hokeista z kompletnym brakiem zdolności ortograficznych i niepokojącą skłonnością do nadawania ludziom dziwacznych przezwisk, prowadzący dotąd beztroskie życie sportowej gwiazdki. Kiedy poznaje Sunny postanawia się ustatkować i chyba pierwszy raz w życiu spróbować mieć jedną dziewczynę. To znaczy dłużej, niż przez dwa dni. Okazuje się jednak, że nie jest łatwo zerwać z reputacją niezmordowanego playboya, szczególnie kiedy w grę wchodzą hordy napalonych hokejowych króliczków uzbrojonych w aparaty w telefonach i media społecznościowe. A twojej delikatnej, zazdrosnej dziewczyny broni nadopiekuńczy starszy brat. Któremu kiedyś złamałeś nos w obronie własnej siostry.

Mimo podobnej siostrze zdolności do przyciągania kłopotów i żenujących sytuacji (najczęściej pełnych niemal zupełnie rozebranych przedstawicielek płci przeciwnej), Buck Butterson ma serducho we właściwym miejscu i bynajmniej nie zamierza się tym chwalić. Kto by pomyślał, że ten zatwardziały podrywacz jest w środku puchatą kuleczką? Kobiety kochają takich samców, jeszcze bardziej nie mógłby się od nich opędzić!

Momentami było mi trochę żal, że trafiła mu się taka nijaka dziewczyna, ale najwyraźniej tego właśnie potrzebował. Szczerze liczę na to, że jej najlepsza przyjaciółka Lily na nowo podniesie poprzeczkę wybitnych kobiecych charakterów w trzeciej części!

Jak zwykle jest mnóstwo mniej i bardziej poważnych dramatów, trochę dzikich imprez, przepychanki kogucików podczas awansów do nadobnej białogłowy, seksy na stole, szaleństwa letnich obozów i pająki gryzące zdecydowanie nie tam, gdzie trzeba.

To po prostu kolejny erotyk z jajem. Z dużą ilością jaj.

Helena Hunting, Pucked UP, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2019, 454 s.

Recenzja powstała dzięki urzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Fałszywy pocałunek” Mary E. Pearson

Młodziutka księżniczka popełnia jedną nie do końca rozważną decyzję pragnąc podążać za swoimi marzeniami. Jednak, w przeciwieństwie do bohaterek adaptacji Disneya, Lia musi stawić czoło konsekwencjom swoich działań. A te mogą być fatalne.

Tym razem trafiłam na fantastykę w zdecydowanie kobiecym wydaniu. Jest tu mnóstwo emocji, sporo o roli kobiety w społeczeństwach, babskiej intuicji i tak popularnym podążaniu za głosem serca.

A wszystko to w bardzo intrygującym świecie pełnym „darów”, czyli bliżej nie określonych magicznych umiejętności, wyjątkowo rozwiniętego kultu półmitycznych przodków i wynikającej z niego roli pierworodnych córek oraz niepokojących pieśni będących jednocześnie modlitwą i historią przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Świecie znajdującym się na krawędzi wojny. Wojny, o której tak naprawdę nic nie wiemy, przez co jest jeszcze straszniej.

Jako czytelnicy, mamy szansę poznać ten konflikt z perspektywy średnio zorientowanego mieszkańca jednego z trzech zwaśnionych królestw – nie za bardzo mamy pojęcie o motywach najeźdźców, kulturze przeciwników i bieżącej sytuacji.

Jednak przede wszystkim widzimy świat oczami księżniczki stawiającej opór wobec zaaranżowanego małżeństwa i tradycji, i choć narracja się zmienia dając nam przebłyski perspektywy innych osób, zdecydowanie odczuwamy wszystko sercem Lii.

Jeśli czegoś mi brakowało, to zdecydowanie mapy. Mamy tu do czynienia z konfliktem trzech państw oddzielonych od siebie pasem „ziemi niczyjej”, nie wiemy jednak nic o ich wzajemnym położeniu, ukształtowaniu terenu, czy choćby wielkości. A abstrahując już zupełnie od sytuacji politycznej, bohaterowie będą dużo podróżować i aż chciałoby się skonfrontować barwne opisy natury z wizualnym przedstawieniem drogi. Oj tak, mapa by się przydała.

To zupełnie inne podejście do fantastyki niż to, do którego przywykłam – przede wszystkim ze względu na babską perspektywę. Ale mimo mrocznych przepowiedni, ciążącego fatum i porywów serca raz w jedną, raz w drugą stronę (i tych okropnych okładek – naprawdę mam awersję do przedstawień wyfotoszopowanych kobiet w strojach nie mających nic wspólnego z fabułą i wiecznie niedomykającymi się ustami!), nie jest ckliwie i naiwne, a przynajmniej ja nie odniosłam takiego wrażenia. Dlatego z przyjemnością sięgnę po drugi tom „Kronik ocalałych”, szczególnie, że czyta się szybko i sprawnie. I nawet jeśli momentami pozornie nic się nie dzieje, to jednak się dzieje.

Tylko na smoki czekam z utęsknieniem, proszę dajcie mi smoka! Smoka i mapę, a będę szczęśliwa!

Mary E. Pearson, Fałszywy pocałunek, Kraków: Wydawnictwo Initium 2017, 544 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką! 2018”, serdecznie dziękuję organizatorom i sponsorom imprezy za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: „Akuszer bogów” Aneta Jadowska

„Nie bawmy się w bogów. Oni bawią się nami wystarczająco.”

W pierwszym momencie było mi strasznie żal, że wraz z rozpoczęciem drugiego tomu opuszczamy Wars – miasto, które w swej przedziwnej potworności tak bardzo zafascynowało mnie w tym magicznym uniwersum. Teraz z czystym sumieniem mogę Wam odrobinę zaspoilerować – Skandynawia Nikity jest równie zdumiewająca, co Polska. Posunę się nawet do stwierdzenia, że to podróż przez norweskie bezludzia podobała mi się jeszcze bardziej, bo tam magia i codzienność zmieszane były jakoś bardziej naturalnie – być może ze względu na ograniczenie technologii i wielkomiejskiego szumu na rzecz więzi z przyrodą (najbardziej magicznymi stworzeniami okazały się być pszczoły!) i czerpania z ludowych podań.

Zdecydowanie nie jestem specjalistką od skandynawskiej mitologii, ale z mojego laickiego punktu widzenia bogowie i mistyczne kreatury zostały bardzo zręcznie przedstawione i wpisane w XXI wiek. A sposób, w jaki atrakcji turystycznych zrobiono miejsca tętniące prastarą magią to po prostu nieodparta zachęta do podróży.

A jak z samą akcją? Miało się rozkręcić.

Mam jednak wrażenie, że czytanie tej książki jest trochę podobne do oglądania jak ktoś gra w grę komputerową. Niby cały czas coś się dzieje, niby bywa groźnie ale tak naprawdę nie jest się uczestnikiem wydarzeń, a raczej biernym obserwatorem – podziwia widoczki, śledzi akcję, czasami krzyknie „uważaj!”. Ale brakowało mi jakiegoś większego zaangażowania, emocji, zaskoczeń, wysiłku, jakiego wymaga od czytelnika rozwiązywanie zagadki. Bo tu zagadka rozwiązuje się sama.

Zwróciłam już na to uwagę przy okazji pierwszej części przygód Nikity i w tym względzie nic się nie zmieniło – wciąż strasznie irytowało mnie, że głównej bohaterce wszystko przychodzi bez wysiłku. A skoro z góry wiemy, że choćby nie wiem co się działo, nasza niezniszczalna bohaterka sobie z tym poradzi (albo wyjdzie z niej potwór, który sobie z tym poradzi), to i emocje jak na grzybach. Więc pod względem akcji nie za wiele się zmieniło.

Mam też nadzieję, że w kolejnym tomie Nikicie przejdzie trochę etap marudzenia – bo ona stale narzeka! – głównie na skopane dzieciństwo, patologiczną relację z rodzicami i samotność, bo wychodzi z założenia, że nikt jej nie kocha i ona sama nikogo do siebie nie dopuszcza. Co jest w sumie mało uprzejme wobec wszystkich tych krewnych i przyjaciół, którzy się o nią troszczą i stale nadstawiają za nią karku. Oby szybko zauważyła te tłumy, bo w końcu ją zadepczą.

Mimo tych kilku zastrzeżeń, książkę czyta się naprawdę dobrze, zdecydowanie lepiej niż pierwszą część. Są strzelaniny, trolle pożerające zwłoki, podróże motorem w nieznane, duża dawka girl power, seksowne boginie, podejrzane rogate osobniki, wewnętrzna przemiana i okiełznanie potwora, wyprawa do korzeni, wojenki i przepychanki bogów, boscy championi i nieustraszeni porywacze. Znajdzie się kilka mądrych słów o poszukiwaniu prawdy i cenie, jaką przychodzi zapłacić za marzenia. Kawał dobrej przygody, całe szczęście, że czeka na mnie jeszcze jedna część.

Aneta Jadowska, Akuszer bogów, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2017, 396 s.

Recenz powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Książka na weekend: „Poświęcenie” Adriana Locke

„To, co w życiu najlepsze, nie przychodzi łatwo, ale właśnie te rzeczy są warte poświęcenia”.

Czy może być coś lepszego do czytania na plaży, niż historia nietypowej miłości? Miłości odłożonej na lata, doświadczonej przez żałobę i nieźle zakręconej. Mamy tu do czynienia z wątpliwie moralną sytuacją typu „czuję miętę do żony brata”. Nie dajcie się jednak zwieść, to wszystko nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać!

Crew i Julia, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. Łączy ich wspólna przeszłość, wspomnienie o mężu i bracie oraz pełna życia mała dziewczynka. Ale kiedy na ich głowy spada tragedia, okazuje się, że prawdziwego wsparcia mogą szukać jedynie u siebie nawzajem.

„Dostałem drugą szansę w tak wielu sprawach. Mogę naprawić swoje błędy, zrobić coś dobrego dla świata… kochać cię we właściwy sposób”.

Strasznie bałam się tej książki, bo zostałam ostrzeżona, że złamie mi serce. Jako naczelna książkowa beksa przez dłuższy czas trzymałam się daleko od „Poświęcenia”. Ale pokusa okazała się być silniejsza, niż zdrowy rozsądek. I całe szczęście, bo było warto! Fakt, ta książka jest smutna. Ale jest też pełna nadziei, a ostatecznie działa jak katharsis.

„Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i wszystko zrobić inaczej, żeby wiedzieć wtedy to, co wiem teraz. Że ludzie są ważniejsi od rzeczy. Że czasami te nudne rzeczy są najlepsze. Że nic, nic, nie jest lepsze od dzielenia się z kimś swoim życiem”.

To książka o heroicznej walce z losem – dosłownie i w przenośni. O silnej kobiecie i o trudnej umiejętności przyjmowania pomocy. O określaniu priorytetów. O wsparciu, przyjaźni i miłości, która nie rdzewieje. O odpowiedzialności i poświęceniu.

Tym, co spodobało mi się wyjątkowo bardzo, jest autentyczność bohaterów. Często spotykam się w książkach z sytuacją, że osoba, która nagle styka się z chorobą albo innym życiowym nieszczęściem staje się nagle nadczłowiekiem – zyskuje życiową mądrość, powagę i opanowanie, a do swojej sytuacji podchodzi z chłodem i dystansem. Tutaj na szczęście nic takiego nie występuje. Wręcz przeciwnie, książka jest pełna emocjibezradności, rozpaczy, gniewu, poczucia niesprawiedliwości. I nawet kiedy Crew nareszcie „dorasta” do odpowiedzialności, wciąż jest tym samym porywczym, zazdrosnym i niecierpliwym „bad boyem”. Podobnie Julia – nawet jeśli wyciąga naukę z trudnej sytuacji, nie staje się nagle uszlachetnioną przez cierpienie drugą Matką Boską. Bohaterowie uczą się, rozwijają, ale wciąż pozostają sobą. I to jest super, bo są wyraziści i dobrze wykreowani.

Para głównych bohaterów ma to szczęście, że mimo braku bliskiej rodziny, czuwa nad nimi cała chmara dobrych duchów – pełne babcinego ciepła Olivia i Pani Ficht, opanowany Sal i pozytywnie zakręceni Will i Macie. Przyjaciele na dobre i na złe podnoszą czytelnika na duchu i są głównymi twórcami niepowtarzalnego klimatu „Poświęcenia”.

Trochę wyciskacz łez, trochę romans i trochę erotyk – w proporcjach idealnych. W dodatku czyta się wyjątkowo płynnie, można nie zauważyć, kiedy minęło 400 stron. Świetnie nadaje się jako towarzyszka podróży albo leniwego odpoczynku na kocyku.

„Kiedy wydaje się wam, że nie pokonacie stojącej na waszej drodze przeszkody, idźcie przed siebie. Bo nieważne jak źle to wygląda, zawsze możecie wygrać. Zawsze wystarczy wam sił. Musicie tylko w to uwierzyć”.

Adriana Locke, Poświęcenie, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2018, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Jak upolować pisarza” Sally Franson

Chyba już dawno nie było tutaj porządnego narzekania na nietrafiony wybór, dlatego też przychodzę z recenzją książki, która niestety nie spełniła moich oczekiwań.

DSC_0453

Sięgając po „Jak upolować pisarza” spodziewałam się pełnej humoru satyry „życia na szczycie”, szefowej z piekła rodem, miłości do książek i płomiennego romansu.
Okazało się jednak, że z tego wszystkiego zaliczyć można uzależnienie od słowa pisanego i, w pewnym stopniu, krytykę coachingowej korpomowy. Romans pełni marginalną rolę, szefowa co prawda jest wredną wykorzystywaczką, ale do demona jej daleko. Najbardziej rozczarowuje jednak główna bohaterka, która jest… nijaka. I choć zapewne taki był zamysł autorki, by zrobić z niej utalentowaną, ale zagubioną, ulegającą wpływom, rządną sławy i poklasku zarozumiałą gąskę, która nie wie czego chce, to mimo tych wszystkich cech, jej postać nie budzi żadnych intensywnych odczuć – ani nie jest wkurzająca, ani godna podziwu, ani współczucia. Zniecierpliwienie i politowanie – te dwie emocje towarzyszyły mi podczas śledzenie jej przygody. A chyba jedyną wartościową rzeczą jest jej przyjaźń z Susan.

„Susan chłonęła życie całą sobą, jak rybie skrzela chłoną obecny w wodzie tlen. A teraz ja wyciągnęłam ją na brzeg i patrzyłam, jak cierpi. Wyszłam nie mówiąc już nic więcej. Tak dobry człowiek jak Susan zasługiwał na coś lepszego niż moje głupie intrygi”.

Bliżej jej do Brigdet Jones (chociaż brigdet Jones była urocza!) niż do Andrei Sachs, jak sugeruje okładka. Tak, jak szefowej Casey brakuje klasy Mirandy, tak samej książce brak błyskotliwości i ciętego humoru „Diabeł ubiera się u Prady”. Rozumiem porównanie pracy w firmie marketingowej do redakcji modowego magazynu, ale zestawienie tych dwóch debiutów niestety nie przynosi korzyści Pani Franson.

„Byłam tak pogrążona w pracy, że straciłam poczucie czasu. Łatwo mi się było zagubić we własnych myślach, czasem zapominałam nawet, że jestem człowiekiem. Do tego stopnia dawałam się pochłonąć temu, co robiłam lub – bądźmy szczerzy – osobie, z którą to robiłam, że moje poczucie „ja” w pewien sposób zatracało swoje granice. To chyba anomalia porównywalna z wybiórczą przepuszczalnością ścian komórkowych – miałam wrażenie, ze do mojego wnętrza przenika cały wszechświat”. – Co ja własnie przeczytałam?

Oj dawno tak nie narzekałam, chociaż tak naprawdę to nie jest jedna z najgorszych książek, które wpadły mi w ręce. Nie ma szans na tytuł gniota roku, jest przeciętna i nie porywa, ale ma również swoje momenty. A dokładniej swoje postacie – zakręcona na punkcie astrologii, mocy kryształów i innych specyficznych rzeczy Lindsay to bardzo fajnie dopracowana bohaterka, aż żal, że to nie o niej jest ta powieść. Podobnie ciepłe odczucia mam do Osoby zwanej Chris. Podobał mi się jest hipsterski klimat małych księgarni i bezkompromisyjny girl power, który uosabia tu postać Ellen.

Książka porusza też ważne tematymolestowanie seksualne, uzależnienie od social mediów, hejt w internecie, czy kradzież wartości intelektualnej. Jest konflikt wewnętrzny pomiędzy spełnieniem zawodowym a zasadami moralnymi, jest potępienie płytkiego konsumpcjonizmu, jest w końcu pytanie o etykę w marketingu. Szkoda tylko, że książka nie ma w sobie „tego czegoś”, co nie pozwalałoby odłożyć jej na bok.

„Umysł i serce są takie kruche. Na jakiś czas straciłam oba. Tylko wyjątkowi ludzie i wyjątkowe książki – które przypominają ci, że owszem, jakiś czas temu umarłeś, ale wciąż możesz powrócić do życia – pomagają ci je odzyskać”.

Niby jest Vegas, balowanie za firmowy hajs, amory z przystojnym pisarzem i wielki internetowy skandal, ale głównie wieje nudą. Gdyby wyrzucić wszystkie górnolotne cytaty i przemyślenia rodem od Paolo Coelho i połowę akapitów pełnych bełkotu, który niczego nie wnosi, książka straciłaby 1/3 objętości, za to zdecydowanie zyskałaby na atrakcyjności.

„Chyba uważał, że nie potrafiłabym go zrozumieć. Kiedy cierpimy, zwłaszcza z powodu czegoś, co właśnie się dzieje, trudno nam uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie nas zrozumieć, nawet jeśli przeszedł dokładnie to samo”.

Być może moje negatywne emocje wynikają ze zbyt wygórowanych oczekiwań – spodziewałam się, że dostanę więcej humoru, więcej romansu i więcej wyzwań. Bo tak naprawdę Pannie Pendergast wszystko przychodzi bez trudu (czy jest coś bardziej wkurzającego?) a jej niepowodzenia wynikają z faktu, że… no cóż, faceci bywają świniami.

„Rodzimy się na tym świecie z wielkim, nienazwanym brakiem. I prześladowana przez tą pustkę, przez ten zionący brak, kilka godzin później w końcu zasnęłam”.

Mam nadzieję, że kolejna książka autorki będzie lepsza pod względem stylu i prowadzenia akcji. Trzymam kciuki, bo książkoholizm łączy!

Sally Franson, Jak upolować pisarza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dizęki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Promyczek” Kim Holden

„Dzisiaj moje życie jest cudowne.
Nie chcę myśleć o jutrze.
Ani o kolejnym dniu”.

Tą książkę nabyłam drogą kupna idąc za porywem serca. I to dosłownie. Będąc w zeszłym roku na Warszawskich Targach Książki rzuciła mi się w oczy olbrzymia kolejka. Jeden z wytrwałych oczekujących uświadomił mnie, że wszyscy ci ludzie (chyba połowa uczestników targów, serio) czekają na autograf najwspanialszej autorki świata. Zerkając między ciżbą doszłam do wniosku, że owa opiewana Kim Holden wygląda bardzo sympatycznie, zakupiłam zatem pierwszą część z serii jej książek i ustawiłam się w ogonku (gdzie swoją drogą poznałam fantastycznych ludzi, ale to już materiał na inną historię). I powiem Wam, że warto było czekać, bo autorka „Promyczka” okazała się fantastyczną osobą. Przede wszystkim podpisywała książki aż do ostatniego czytelnika (no cóż, to byłam ja), mimo, że przekroczyła w ten sposób czas przeznaczony na rozdawanie autografów o prawie dwie godziny. Wstawała, by ustawić się do zdjęcia z każdym fanem, każdemu chętnemu uścisnęła rękę (zbieram uściski rąk pisarzy, bo głęboko wierzę, że w ten sposób przechwytuję część ich talentu), z każdym zamieniła kilka zdań. Jest tak niesamowicie pozytywną osobą, że to spotkanie dało mi energię na resztę dnia. To doskonały przykład na to, że autor jest najlepszą reklamą swojej twórczości, bo w „Promyczku” jest dokładnie ta sama energia, którą emanowała jego autorka.

„Po prostu nie rezygnuj z tego, co dzieje się teraz, dla nieznanej przyszłości. Może ominąć cię wiele szczęścia, kiedy będziesz czekał na lata, które mogą nigdy nie nadejść. Nie trać czasu, bo przegapisz chwilę obecną, a przyszłość wcale nie jest taka pewna.”

Tak naprawdę nie przepadam za książkami tego typu – jestem chyba najgorszym przypadkiem beksy na świecie i nie trzeba wiele, by mnie wzruszyć. Wystarczy, że przypadkowo rozdeptam ślimaka albo oglądam dekorowanie sportowców medalami. Łatwo zapewne wyobrazić mnie sobie podczas czytania „wyciskacza łez” jako zwiniętą w kulkę, zasmarkaną po kolana kupkę nieszczęścia. I tak też wyglądałam pod koniec „Promyczka”.

Zakończenie tej książki staje się oczywiste już na 52 stronie. A przez pozostałych 500 autorka pozwala, zarówno czytelnikowi, jak i pozostałym bohaterom, poznać i pokochać Kate, która w pełni zasługuje na miano tytułowego Promyczka, pogłębiając ich emocjonalne zaangażowanie. Ta niesamowicie silna i pozytywna młoda kobieta żyje każdym dniem czerpiąc z chwili obecnej ile tylko się da. Mimo tragicznych wspomnień i trudnego dzieciństwa jest wdzięczna za to, co ma, docenia małe, codzienne cuda i jest otwarta na świat i ludzi.

„Nigdy niczego nie bierze za pewnik. Docenia każdy pojedynczy moment”.

Ma tylko jedną zasadę – nie wierzy w romantyczną miłość. A ta dopada ją w najmniej sprzyjającym momencie.

Mimo ciężkiej tematyki „Promyczek” jest fantastycznie napisany – czyta się go tak lekko, jak smaruje się kanapkę masłem przechowywanym poza lodówką podczas ostatnich upałów. Staram się czytać mniej więcej sto stron dziennie, bo takie dwie godzinki z książką są mi potrzebne do zachowania psychicznej równowagi i zazwyczaj właśnie tyle udaje mi się wygospodarować – podczas drugiego śniadania, w kolejce, czy wieczorem, zanim padnę nieprzytomna. A niemalże 600 stronicowego „Promyczka” pochłonęłam w dwa dni. I to w weekend, kiedy Majka nie była w przedszkolu! Naprawdę można nie zauważyć, kiedy w tej książce kończą się strony.

Poza stylem autorki duży wpływ ma na to poczucie humoru, którym „Promyczek” aż kipi i niezwykła osoba samej Kate. To jedna z tych bohaterek, których nie sposób nie pokochać. Ale o tym musicie już przekonać się sami.

Jej przedwcześnie zdobyta mądrość mądrość i poruszająca historia niosą ze sobą piękne przesłanie, uaktualnioną i  znacznie bardziej energetyczną „Desideratę”. A sama opowieść to prawdziwy koktajl emocji. Od śmiechu, przez zadumę i rozpacz aż po nostalgię i wzruszenie.

I chociaż istotną rolę pełnią w tej książce motywy, które nigdy nie były mi bliskie – jak muzyka, czy wiara – zostały przedstawione w tak nienachalny i inspirujący sposób, że nie tylko mnie nie irytowały, ale nawet wzbudziły we mnie chęć do muzycznych poszukiwań, w czym niezwykle pomocna okazała się promyczkowa playlista na końcu książki. A zainteresować mnie muzyką to naprawdę rzadka umiejętność.

„Promyczek” łamie serce i jednocześnie je bandażuje. Dołuje i podnosi na duchu. Skłania do refleksji i inspiruje. Nie tylko do słuchania muzyki, ale i do lepszego życia.

Kim Holden, Promyczek, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 589 s.

Wpis powstał w ramach kampanii społecznej promującej czytelnictwo #wakacjezksiążką, zorganizowanej przez SAVE THE MAGIC MOMENTS oraz Klub Książki PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ.

36481177_2192512887651096_5539852644643766272_n

Książka na weekend: “Wszystko przed nami” Samantha Young

Czas odhaczyć obowiązkową wakacyjną lekturę – kategoria „babskie czytanie„, typ „romansidło”! :D

Moje wrażenia na temat tej książki zacznę od bardzo płytkiego, ale nie oszukujmy się, bardzo istotnego faktu – ma piękną okładkę. Romantyczną, daleką od wulgarności, mimo sceny pocałunku na pierwszym planie, z malowniczym zamkiem na tle górskiego krajobrazu. Pani Elizo Luty, świetna robota!
Tak, jestem podła i oceniam po okładce. Bilans takiego podejścia to zwykle pół na pół – raz się sparzę i zmarnuję kilka dni życia na gniota w kolorowym papierku, innym razem będę zachwycona. Tym razem za spektakularną oprawą, która mnie przyciągnęła, kryła się bardzo miła niespodzianka.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, dlatego też nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać poza tym, ze będzie to babskie romansidło o schodzeniu się, rozstawaniu i dawaniu sobie drugich i trzecich szans. Prolog mocno mnie zniechęcił – jest w nim patos górnolotnych „złotych myśli”, marudna egzaltacja i nieco tandetna scena ulegania namiętnościom w szpitalnej toalecie. Nie brzmi za dobrze, nieprawdaż? Całe szczęście, że ta wyrwana z kontekstu scena w pewnym momencie się urywa i przychodzi czas opowiadania historii od początku, do końca. I jest dużo lepiej.

Warto wspomnieć już na samym początku, że jest to wyjątkowo rozbudowana opowieść. Główną bohaterkę – Norę – poznajemy już we wczesnej młodości (a dzięki wspomnieniom mamy również wgląd w jej dzieciństwo), dzięki czemu obserwujemy w jaki sposób kształtuje ją środowisko i życiowe dramaty, a sama bohaterka nabiera dzięki temu głębi i realizmu. Wraz z nią podejmujemy odważne decyzje i przeżywamy moralne dylematy. Bo życie nie szczędzi Norze ani tragicznych wydarzeń, ani emocjonalnej huśtawki.

To faktycznie poruszająca historia o podążaniu za marzeniami, które okazuje się nie być tak łatwe, jak to przedstawiają w bajkach. Mimo, że książę na białym koniu naprawdę kocha z całych sił. Opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. O przeżywaniu żałoby i radzeniu sobie z gnębiącymi wyrzutami sumienia. O prawdziwych rodzinach, gdzie więzy krwi tak naprawdę nie są ważne. O ukrywaniu się w dziecięcym świecie fantazji i strachu przed dorosłością. O dziecinnych dorosłych i nad wyraz dojrzałych dziewczynkach. O odnajdywaniu wewnętrznego spokoju i strachu przed jego utratą. O małych dramatach codzienności i o wielkiej odwadze pozwalającej się z nimi zmierzyć.

I przede wszystkim o zaborczości. O tak wielkim strachu przed samotnością, że przeważa on nad marzeniami i szczęściem ukochanej osoby.

To nieustanna walka marzeń z poczuciem winy, samoświadomości z niską samooceną.

A wszystko dzieje się na tle  pełnego studenckiego i festiwalowego życia Edynburga stanowiącego opozycję dla zabitej dechami dziury w Stanach Zjednoczonych, z której wywodzi się Nora. Okazuje się jednak, że zmiana miejsca zamieszkania, nawet tak diametralna, nie wystarczy, by odmienić życie. Wszystkie zmiany muszą zacząć się w nas.

I to prawda, że pod koniec cała intryga robi się już mocno tendencyjna, ale czy to nie właśnie o to chodzi w tego typu książkach? Żeby towarzyszyła nam lekka irytacja na bohaterów, którzy uparcie uciekają przed szczęściem i pewność, że mimo wszystko w końcu na siebie trafią? I będą żyli długo i szczęśliwie.

Samantha Young, Wszystko przed nami, Warszawa: Wydawnictwo Burda, 2018, 448 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.