Grajki Majki: „Głębia”, Stephen Glenn

Mogłabym napisać, że „Głębia” to gra dla zafascynowanych morskimi odmętami, dla poszukiwaczy skarbów i dobrych strategów. Ale jednak najbardziej trafnym i prawdziwym będzie stwierdzenie, że to gra dla małych wredot i złośliwców. Nie muszę chyba precyzować, że uwielbiam ją od pierwszej rozgrywki? Mąż też świetnie się odnalazł. I nawet córka, choć jeszcze sporo za mała, by grać samodzielnie, cieszy się z psot sprawionych przeciwnikowi.

Gra polega na zbieraniu drobnych skarbów w różnych kolorach i wymienianiu ich na błyszczące i znacznie bardziej wartościowe karty celów. Skarby znajdują się na czterech płytkach głębokiej i płytkiej wody. By je zdobyć, musimy wysłać na poszukiwania nurka, który najlepiej radzi sobie w danych warunkach – jedni, uzbrojeni w ciężki sprzęt, są specjalistami od eksplorowania morskich głębin. Drudzy, ubrani w kąpielówki, znacznie lepiej radzą sobie w płytkiej wodzie. Wszystko sprowadza się do jak najlepszego dopasowania wysyłanej na poszukiwania załogi. Każdy z graczy ma jednak do wyboru dwie strategie – może oczywiście budować swoje załogi idealne. Ale może też, podrzucając nurków o mniej pasujących umiejętnościach do załogi przeciwnika, działać na jego szkodę i właśnie w ten sposób wysuwać się na prowadzenie.

Wbrew przerażeniu, które poczułam podczas pierwszego kontaktu z całkiem grubaśną instrukcją i dużą ilością elementów, zasady można przyswoić w kilka minut. Obszerna instrukcja wynika za to z tłumaczenia reguł bezpośrednio na przykładach.

Rozgrywka wciąga od pierwszej chwili i bardzo łatwo się w nią zaangażować – w końcu to pogoń za skarbami. A że przy okazji można kopać przysłowiowe dołki pod drugim z graczy i sprzątnąć mu kosztowności sprzed nosa, tym lepiej.

Nie trzeba wiele liczyć, bo wszystko opiera się na porównywaniu kart o większej i mniejszej wartości. Wymaga nieco sprytu i tupetu, za to skrupuły nie są tu wymagane :)

Bardzo fajna gra karciana dla dwóch osób. Ze względu na dużą ilość małych elementów i potrzebę stabilnego podłoża, jest z natury raczej stacjonarna, niż podróżna – w końcu nikt nie chciałby być tym, który zgubi którykolwiek z 45 malutkich skarbów. Proste zasady i mnóstwo frajdy. A do tego nie nudzi się szybko, bo jednak nigdy nie wiemy, co nam się trafi. I co zgotuje nam przeciwnik.

Trenuje między innymi cierpliwość, spryt, opracowywanie prostej taktyki i … umiejętność przegrywania.

Z młodszymi dziećmi spokojnie można grać drużynowo – u nas ta opcja świetnie się sprawdziła z trzylatką. Majka nie jest jeszcze w stanie do końca zrozumieć zasad, nie zna też cyfr (a to akurat w tym przypadku niezbędna umiejętność), ale dokładanie kart i losowanie skarbów jest na tyle absorbujące, że spokojnie wytrzymuje z  nami przez całą rozgrywkę.

Głębia
Autor: Stephen Glenn
Ilustracje: Roman Kucharski, Tomek Larek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: 5 książek o Gdańsku dla małego podróżnika

Chociaż nie zaplanowaliśmy żadnego wyjazdu na tegoroczną majówkę, nie znaczy, że nie ruszymy na zwiedzanie. O ile tylko pogoda pozwoli, zamierzamy poznawać wspólnie naszą małą ojczyznę – miasto Gdańsk. I Was do tego serdecznie zapraszamy – czasami najpiękniejsze miejsca możemy znaleźć tuż za rogiem. A jeśli kiedyś będziecie wybierać się w nasze strony, skorzystajcie z tego niewielkiego zestawienia książek przybliżających to najpiękniejsze z miast najmłodszym podróżnikom.

DSC_0228

Chociaż przez przypadek urodziłam się w Gdyni, jestem mieszkanką Gdańska odkąd tylko pamiętam (rodzice utrzymują, że mniej więcej od drugiego roku życia) i moje korzenie wrosły tu wyjątkowo mocno, co zapewne można poznać już czytając wstęp. Mimo to moja znajomość miejskich legend jest praktycznie znikoma – w szkole liznęłam jedynie co nieco o kaszubskich stworach, jak olbrzymy Stolemy, psotne Kraśnięta, czy księżniczka Damroka. A i to wyłącznie za sprawą nazw ulic z osiedla, na którym kiedyś mieszkałam.

Na ratunek takiej ignorancji przychodzi najsłynniejszy chyba propagator historii naszego miasta, autor kilkunastu publikacji na temat zabytków i mieszkańców Gdańska, Andrzej Januszajtis i jego „Legendy dawnego Gdańska”. Zbiór zawiera ponad 70 opowieści uszeregowanych zgodnie z miejscami, których dotyczą. Znajdziemy tu zatem nie tylko historie dotyczące poszczególnych zabytków Kościoła Mariackiego, Dworu Artusa, czy głównomiejskich kamieniczek, ale również legendy morskie, opowieści reformacyjne, historie wywodzące się z poszczególnych dzielnic (nawet z Osowy!), a także przybyłe z terenu niedalekich Żuław i Kaszub. Dzięki nim mamy szansę choć na chwilę uczestniczyć w „bitwie na obrazy” między Hansem Vredemanem de Vries i Antonem Möllerem, poznac papugę Jana Hewelisza, czy dowiedzieć się w której gdańskiej wieży można spotkać duchy.

Chociaż poszczególne legendy są bardzo krótkie, a publikacja wzbogacona została nie tylko o przedruki historycznych rycin, ale również duże wklejki z barwnymi ilustracjami, rozmiar i układ tekstu wymagają od czytelnika pewnej wprawy i mogą zniechęcać. Świetnie sprawdzi się jako książka do wspólnego czytania, nawet z nieco już starszym dzieckiem. Osobiście traktuję ją jako materiały przygotowawcze – po lekturze będę wiedziała jakie niesamowite historie opowiadać córce podczas zwiedzania.

Andrzej Januszajtis, Legendy dawnego Gdańska, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 89 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Nie sposób nie sięgnąć po drugą książkę z „Gdańskiej Kolekcji 1000-lecia” dedykowanej dzieciom. Jerzy Samp rozpościera przed czytelnikami „Gdańsk w baśniowej szacie”. Ozdobą tej publikacji są kolorowe wklejki z ilustracjami oraz ozdobne inicjały rozpoczynające każdą z opowieści, w przeciwieństwie do książki Januszajtisa, nie obejrzymy tu rycin. Natomiast, co jest dużym plusem i ułatwieniem dla początkujących samodzielnych czytelników – zastosowaną większą czcionkę i ułożenie tekstu w jednej kolumnie, dzięki czemu czyta się znacznie wygodniej. Te opowieści są już nieco dłuższe. Znajdziemy tu między innymi opowieść o młodym Nikodemie, który wymienił rzeźbę Madonny na ślimaku na najprawdziwszego lwa, czy o bogu wojny broniącego dostępu do Wielkiej Zbrojowni. Dowiemy się też co wspólnego mają kotwice i kocie pazurki. A jak to już z baśniami bywa, również w tych odnaleźć można ziarnka prawdy.

Idealne na wieczorne czytanie w hotelowym łóżku, przed kolejnym dniem zwiedzania.

Jerzy Samp, Gdańsk w baśniowej szacie, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2012, 148 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Zupełnie odmienny pod względem formy przekazu jest „7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców” gdańskiego wydawnictwa Adamada. Jak sam tytuł wskazuje – jest to siedem propozycji tras na rodzinne zwiedzanie Gdańska i okolic. Piesze wycieczki trasą trzech wież z Muzeum Bursztynu i Kościołem Mariackim w pakiecie, albo trasą Portu nad Motławą zawierającą fantastyczną interaktywną wystawę w Muzeum Morskim i mój kościół św. Jana, kajakowa wyprawa wokół centrum miasta po Motławie i Martwej Wiśle, tramwajem wodnym na Westerplatte, czy rowerem wzdłuż plaży – w Gdańsku nie można się nudzić. Znajdziemy tu propozycje na deszcz i na słońce, dla tych bardziej wytrwałych i tych szybciej się męczących podróżników.

Atrakcyjna, komiksowa forma, sympatyczni bohaterowie, zagadki do rozwiązania i mnóstwo ciekawostek i „torebkowy format”. Można również ściągnąć aplikację na smartfona „Adamada czyta dzieciom” i posłuchać jeszcze więcej o odwiedzanych miejscach.

Tomasz Małkowski, 7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 111 s.

Drugim tytułem o charakterze przewodnika, skierowanym do zupełnie młodziutkich, bo wczesnopodstawówkowych odbiorców jest „Gdańsk dla młodych podróżników”. Autorem jest Jacek Friedrich – historyk sztuki, jeden z moich wykładowców z czasów studenckich, obecnie również dyrektor Muzeum Miasta Gdyni.

Podobnie, jak w przypadku powyższego tytułu, w podróży po mieście towarzyszy nam dwoje dzieci – chłopiec i dziewczynka. W tym przypadku nie mamy jednak zaproponowanych kilku tras zwiedzania, a wędrujemy od zabytku, do zabytku. Każdemu z nich poświęcono dwie strony krótkiego wyjątkowo przystępnego opisu, będącego bardziej ciekawostką, niż notą z dziecięcej encyklopedii.

Na wyjątkowo atrakcyjną szatę graficzną przewodnika składają się nie tylko ilustracje Adama Pękalskiego, ale również naprawdę liczne zdjęcia zabytków. Ten pomysł jest świetny.

Niestety ta niewielka książeczka jest obecnie nie do kupienia. Można ją natomiast wypożyczyć aż w 25 filiach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki w Gdańsku (łącznie biblioteka ma aż 46 sztuk! Nic dziwnego, że wyczerpał się nakład…). Warto zatem zaplanować początek zwiedzania… w bibliotece!

Jacek Friedrich, Gdańsk dla młodych podróżników, Gdańsk: Agencja Reklamowa „O2”, 2005, 138 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Ostatnią książkę – „Z uśmiechem przez Gdańsk” – pokazuję bardziej w ramach ciekawostki dla rodziców – przede wszystkim dlatego, że przez lata zdążyła się już znacznie zdezaktualizować. Warto jednak zwrócić na nią uwagę choćby i z ciekawości, bo różnica w podejściu do młodego czytelnika teraz i przed ponad półwieczem jest kolosalna. Przewodnik sprzed lat, choć ewidentnie skierowany do dzieci w wieku mniej więcej podstawówkowym, jest prawdziwą skarbnicą informacji. Szczegółowo, encyklopedycznie skonstruowane opisy poszczególnych zabytków poprzedzone zostały rozbudowanym rysem historycznym przedstawiającym życie w dawnym Gdańsku na wielu płaszczyznach – od sztuki, przez szkolnictwo, aż po gospodarkę. Choć książka ta prezentuje stan wiedzy z lat 60. i współcześnieobecnie jest raczej bezużyteczny dla współczesnego turysty, tak kompleksowego opracowania historycznego trudno dziś szukać w przewodnikach dla dorosłych, o dziecięcych nawet nie wspominając. Ponurą rzeczywistość heroicznego podnoszenia miasta z gruzów pozostałych po Drugiej Wojnie Światowej osładzają humorystyczne (a humor ten bywa bardzo cięty) ilustracje satyryka Zbigniewa Jujki.

Andrzej Januszajtis, Zbigniew Jujka, Z uśmiechem przez Gdańsk, Gdynia: Wydawnictwo Morskie, 1968, 290 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

A jak już będziecie się wybierać do Gdańska, koniecznie dajcie znać! Najlepsze miejsca na kawę z dzieciakami chętnie pokarzę Wam osobiście!

 

Czas na czytanie: PATRONAT: „Remedium” Radosław Rutkowski

Niejednokrotnie dałam już dowód faktu, że powody, z jakich sięgam po książki bywają czasami zupełnie zaskakujące (warto tu wspomnieć choćby „Sułtana”…). W przypadku „Remedium” nie jest to może aż tak kuriozalne, ale na pierwszy rzut oka to książka zupełnie nie dla mnie – bo nie pociąga mnie ani Łódź jako miejsce akcji, ani kryminał na wiosnę, ani nawet okładka.

 Za to psychol jest ekstra (w mojej głownie to wyznanie nie brzmiało tak niepokojąco…).

Zacznijmy jednak od początku. Ceniony detektyw śledczy zostaje ściągnięty do Łodzi w związku z tajemniczym, makabrycznym morderstwem. Niepokojący sposób torturowania ofiary i enigmatyczny komunikat wypisany krwią na ścianie spędzają policji sen z powiek, a sprawca nie zamierza spocząć na laurach. Jest wyjątkowo skrupulatny i zdaje się być nieuchwytny. A wkrótce pojawiają się kolejne ofiary…

„Boję się odezwać do kogokolwiek, bo… bo to może zabić. Czuję, jakbym to ja ich zabijała!”

To nie jest książka idealna. Przed autorem niewątpliwie długa droga literackiego rozwoju – warto popracować między innymi nad stylem i kreacją postaci. Bo jak samego detektywa Przemka gdzieś podczas 350 stron książki niepostrzeżenie nawet udało mi się polubić, tak reszta bohaterów jest raczej papierowa, czego skrajnym przypadkiem jest ofiara-Paulina. A ich wzajemna relacja to już w ogóle dramat. Wszystkie moje zastrzeżenia dotyczą jednak bohaterów pozytywnych/dobrych/pozostających po jasnej stronie mocy. Bo co, jak co, ale kryminaliści to Panu Rutkowskiemu wyszli świetnie. I zdecydowanie są największym atutem tej powieści.

To właśnie przestępcy i pomysł na zbrodnię sprawili, że polecam tą książkę z przekonaniem. Chociaż przyznaję, że może się to wydawać nieco dziwnie, ale pomysł na główny czarny charakter wyjątkowo do mnie przemówił. Morderca stawia sobie bowiem za cel… edukację społeczeństwa. Prześladując upatrzoną ofiarę chce wyplenić z ludzi obojętność na cudzą krzywdę i nauczyć ich niesienia pomocy oraz przejmowania się cudzym losem. Postępującą „znieczulicę” traktuje jak chorobę, swoją działalność zaś jak lekarstwo. I działa z chirurgiczną precyzją. A że po drodze musi dojść do kilku brutalnych mordów, to już nieistotny szczegół. W końcu wiadomości pisane krwią na ścianach robią na odbiorcach dużo większe wrażenie, niż standardowe środki przekazu…

„(…) kiedyś pracowałem nad jednostkami, teraz próbuję uzdrowić całe społeczeństwo. Nie twierdzę, że moja terapia jest łatwa, jest w fazie eksperymentów, liczę się z pewnymi… nieuniknionymi stratami. (…) Jestem jednak gotów na to poświęcenie, gdyż wierzę, że przysłuży się ono dla dobra ogółu, świat stanie się lepszym miejscem. Nie spocznę, dopóki nie wytępię w tobie pasożyta znieczulicy.”

Tak, w istnienie tego rodzaju socjopaty faktycznie jestem w stanie uwierzyć.

Co ciekawe, tak jak policjanci są osobami zupełnie bez wyrazu, tak praktycznie każdy przestępca jest tego zupełnym przeciwieństwem – mam wrażenie, że „złoczyńcy” zostali lepiej dopracowani. I przez to też bardziej ich lubię.

„Remedium” jest przegadane i momentami irytujące. Mogłoby być lepiej napisane, mieć lepszą okładkę i lepszą korektę. Ale autor nie mógł mieć lepszego pomysłu na zbrodnię. Właśnie dlatego z przyjemnością będę śledzić jego rozwój i kibicuję z całego serca. I właśnei dlatego uważam tą ksiażkę za całkiem udany debiut. Bo warsztat można wyćwiczyć, ale z wyobraźnią trzeba się urodzić. Nawet jeśli chodzi o tak… specyficzną wyobraźnię.

P.S. Żeby nie było, że tak autora krytykuję, że umie tylko w zbrodnie i zwyrodnialców, to dodam jeszcze, że opisy też są spoko. Szczególnie opisy miasta. Ale to jednak wciąż opisy Łodzi, więc sami rozumiecie…

Radosław Rutkowski, Remedium, Poznań: Wydawnictwo AlterNatywne, 2019, 349 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa AlterNatywne.

Grajki Majki: „Magazynier”, Jog Kung

Macie takie marzenia z dzieciństwa, które pamiętacie do dziś? „Jak będę dorosła, to będę jadła lody na śniadanie!” – to udało mi się spełnić, w ostatnich ciepłych dniach nawet kilkukrotnie. Poza tym prostym życzeniem małej łakomczuszki, onegdaj widziałam się jeszcze za kierownicą dwóch pojazdów, które zawsze mnie fascynowały – walca drogowego i wózka widłowego. Oba wyzwania wciąż czekają na spełnienie, chociaż wciąż gdzieś tam żyją w mojej duszy. Zdarzyło mi się obsługiwać walec ręczny (ciężka praca, dużo frajdy, ładny trawnik. Ale to już zdecydowanie zasługa mojego taty, bo ja jednak bardzo szybko wymiękłam), a nowa gra od wydawnictwa Nasza Księgarnia pozwoliła mi liznąć nieco pracy magazyniera. Chociaż, jak mówi instrukcja, „mali, dzielni robotnicy i ich wózki widłowe stanowią jedynie akcent humorystyczny”.

W pudełku znajdziemy 40 kart podzielonych na pola w trzech rodzajach – towary, puste skrzynki i myszki, instrukcję oraz ołówek z notesem do liczenia wyników. Wszystko polega na tym, by w skrzynkach składających się na magazyn każdego z graczy znajdowało się jak najmniej myszy i jak najwięcej posegregowanych towarów. A osiągamy to układając karty w odpowiedni sposób – w zależności od naszego planu i fantazji. Łatwizna. Przynajmniej dopóki nie staniemy się zbyt zachłanni i nie przekombinujemy.

 

Ta gra o formacie kieszonkowym świetnie sprawdzi się jako „plan B” na wyjazd – wrzucona do torebki, czy plecaka może okazać się wybawieniem nie tylko w przypadku deszczowej majówki, ale również w pociągu, czy podczas przedłużającego się oczekiwania na posiłek w restauracji. Do rozegrania partii wystarczy kawałek płaskiej powierzchni, a gra trwa około 20 minut. Z czego jedna trzecia to liczenie punktów.

A jeśli o punktację chodzi, to osiągałam zdecydowanie lepsze wyniki, kiedy nie wiedziałam dokładnie co i jak będę liczyć. Dopóki skupiałam się wyłącznie na pilnowaniu, żeby w moim magazynie było jak najmniej myszek (co jest już trudnością samo w sobie, bo one mają takie urocze pyszczki!) to i punktacja jakoś szła. Ale kiedy zaczęłam za bardzo kombinować i starać się grupować w poszczególne towary, by uzyskać wyższą punktację, nie dość, że nagle zaroiło mi się od myszy, to jeszcze mąż zaczął mnie skandalicznie ogrywać! Porządki nigdy nie były moją mocną stroną…

Nie mogę się doczekać, aż spróbujemy zagrać razem z naszą trzylatką. Jestem ciekawa, czy bez świadomości zasad punktacji, prób liczenia i strategii, nie będzie jej przypadkiem szło lepiej, niż nam – uświadomionym dorosłym.

Wydaje mi się, że już samo grupowanie owoców i unikanie myszek może się okazać nie tylko dobrą zabawą, ale i świetnym ćwiczeniem dla małego móżdżku. A dla dzieci już szkolnych i nieco zaawansowanych w liczeniu to zdecydowanie bardziej atrakcyjny sposób przyswajania matematyki, niż rozwiązywanie przykładów. Nie mówiąc już o umiejętności rozwiązywania problemów i myśleniu strategicznym.

Mi zdecydowanie potrzeba tego rodzaju zachęty. Ale jeśli jest sposób na matmę dający tyle frajdy, to i liczenie można polubić!

Magazynier
Autor:
Jog Kung
Ilustracje: Roman Kucharski, Tomek Larek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Nie bój się, misiu!” Steve Smallman, Caroline Pedler

„Nie bój się, misiu!” to książeczka, która przyciągnie do siebie każdego, kto ma słabość do książek dziecięcych samą swoją obecnością na półce. I większość tych, którzy takiej słabości na co dzień nie przejawiają.

Przepiękne, delikatne, bajkowe ilustracje sprawiają wrażenie, że niemalże możemy poczuć pod dłonią miękkość futerka zwierzątek, których historię poznajemy. W dodatku utrzymane są w niesamowitej kolorystyce – turkusowo-niebieskie odcienie nocnego lasu połączone zostały z ciepłym brązem niedźwiedziowego futerka. Cudo. Nie mogę się napatrzeć.

Warto też zwócić uwagę na fakt, że zazwyczaj lubię, kiedy jednak ilustracja jest podzielona na dwie strony – bardzo często prowadzi to do deformacji ilustracji. Na szczęscie nie w tym przypadku. To jedna z niewielu książek, w których ten zabieg został zrobiony prawidłowo – ksiażka łatwo się rozkłada i łączenie stron nie ma wpływu na odbiór wizualny.

A jednak po pierwszych stronach czułam się nieco zniechęcona – podczas wieczornych czytanek, królicza mama stara się nakłonić synka do pójścia spać strasząc go tajemniczym Włochaczem Olbrzymim mieszkającym w lesie i wychodzącym nocą. Odnosi jednak zupełnie odmienny skutek, bo gdy tylko sama zasypia… odważny króliczek Bobuś, uzbrojony w ostro zakończoną marchewkę, wymyka się z domu, by odszukać i przegonić strasznego stwora. Nie da się ukryć, że zarówno zachowanie mamy, jak i synka jest nieszczególnie edukacyjne. I prawdę mówiąc wolałabym nie podsuwać córce takich pomysłów…

Historia szybko jednak przeradza się w bardzo ładną opowieść o przyjaźni, akceptacji, otwarciu na drugą osobę, odnajdywaniu w sobie odwagi i bronieniu słabszych. O tym, że pozory czasem mylą, a wygląd zewnętrzny nie determinuje cech charakteru.

Nasz odważny króliczek, zamiast na potwora, trafia w lesie na nieśmiałego i strachliwego niedźwiadka. To początek dość niespotykanej, pełnej przygód znajomości. A kiedy wspólnie muszą zmierzyć się z groźnym zwierzęciem, odkrywają coś zupełnie niespodziewanego…

Mimo nieszczególnie udanego początku, przygoda króliczka Bobusia i niedźwiadka Bobo skradła moje serce i bardzo zainteresowała Małą Słuchaczkę. A nieszczęsne zachowanie głównego bohatera z pierwszych stron książki posłużyło nam jako pretekst do rozmowy o różnicach między odwagą, a nieostrożnością i możliwych konsekwencjach wymykania się z domu, kiedy rodzice śpią. Zainspirowały mnie również do dwukrotnego sprawdzania, czy zabarykadowałam drzwi wejściowe, nim pójdziemy z mężem spać…

Ciepła, puchata i sympatyczna. Ponadto pod względem wizualnym idealnie wpasowuje się w mój gust. I z tego, co widzę, również w kształtujący się gust mojej córeczki.

Steve Smallman, Caroline Pedler, Nie bój się, misiu!, Warszawa: wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawanictwa Wilga.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Odbiorę Ci wszystko” Ruth Lillegraven

Jeśli lubicie czytać w biegu, wykorzystując każdą wolną chwilkę wyrwaną z wypełnionej milionem obowiązków codzienności na chociaż kilka stron lektury, to ta książka została napisana właśnie dla Was. Autorka podzieliła ją na mnóstwo krótkich, czasami zaledwie kilkustronicowych rozdziałów. Dzięki temu mamy możliwość poznania historii niemalże symultanicznie z punktu widzenia dwójki bohaterów – ambitnej Clary wspinającej się po szczeblach politycznej kariery i jej męża Haavarda, absolutnie zakochanego w swoich synach lekarza. A także rzucania okiem na sytuację z poziomu kilku postaci pobocznych.

DSC_0086.jpg

Ten sposób narracji ma jednak również swoje minusy – stosunkowo trudno jest „wkręcić się” w akcję, czy utożsamić z którymkolwiek z narratorów.

A tego dodatkowo nie ułatwia fakt, że… bohaterów po prostu nie da się polubić. Chociaż nie sposób nie podziwiać ich za przynajmniej jedną cechę charakteru, ich wady sprawiają, że dla mnie, jako czytelnika, obydwoje byli po prostu odstręczający. I w sumie nie wiem, komu kibicowałam, a komu życzyłam śmierci. Ani czy zakończenie bardziej mnie smuci, czy satysfakcjonuje.

Niemniej jednak nie obyło się bez sporych emocji, a to w książkach zawsze mile widziane.

Ojciec zakatowanego na śmierć małego chłopca przyniesionego na dyżur Haavarda zostaje zamordowany jeszcze zanim zdąży wyjść ze szpitala. A to dopiero początek serii zbrodni będących swego rodzaju egzekucjami na oprawcach swych dzieci.

„Jeśli odbierasz życie komuś, kto zabija i krzywdzi innych – czy można to usprawiedliwić?”

Zagadnienie przemocy w rodzinie i bezradność (norweskiego!) systemu wobec tego problemu zderza się tutaj z koniecznością przepracowania traumy z dzieciństwa. Potrzeba ochrony bezbronnych z osobistą zemstą. Siła żelaznego charakteru z problemami psychicznymi. Potrzeba działania z ułomnością biurokracji. Rozgoryczenie z potrzebą zachowania politycznej poprawności. A jeśli to wciąż za mało wrażeń, to znajdziemy tu również małżeńską niewierność, wyzwania rodzicielstwa i mnóstwo zimnej bezwzględności.

To jedna z tych historii, gdzie bez względu na rozwój wydarzeń, zło zawsze zatriumfuje. I w pewnych aspektach nie sposób nie przyznać mu racji. Taki już chyba urok sytuacji względnych moralnie.

Świetnie sprawdzi się jako książka „na wynos” – do torebki i poczytywania w autobusie, sklepowej kolejce, czy pod lekarskim gabinetem. Bardzo dobra alternatywa dla ludzi nieprzepadającymi za lekkimi romansidłami, a jednak nie mającymi czasu, by zatopić się w książce w stu procentach. Trudna tematyka, nieidealni, bardzo ludzcy bohaterowie i dylematy moralne idą tu w parze z nieskomplikowanym językiem i specyficzną budową powieści, dzięki której ta jest „łatwo odkładalna”.

„Zazwyczaj podejmujemy jakieś działanie, bo chcemy czynić dobro, sprawić, by świat stał się odrobinę lepszy”.

Ruth Lillegraven, Odbiorę Ci wszystko, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2019, 448 s. (premiera 24.04.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Grajki Majki: „Ślimaki to mięczaki”, Eugeni Castano

Jeśli chcecie zerwać ze schematami i całkowicie postawić na głowie swoje postrzeganie gier planszowych opartych na koncepcji kostki i pionków, Ślimaki będą dla Was idealne.

Bo w tej grze wszystko jest na opak! Każdy gracz może poruszać się wszystkimi pionkami. Nie wiemy, który pionek należy do którego gracza – to tajemnica! I co najważniejsze – wygrywa ten ślimak, który idzie najwolniej i w momencie zakończenia gry jest… najdalej od mety!

Im dalej od mety jesteśmy, tym pole, na którym stoimy jest wyżej punktowane. Zdobyte punkty symbolizowane są przez żetony-śmieci – guziki, kapsle i puszki. Spacerując przez las zbieramy śmieci. A im nasz ślimak wolniej się porusza, tym ma więcej czasu na sprzątanie lasu. Czyż to nie fantastyczne przesłanie?

Jak niemalże każda gra, ta również nie tylko bawi, ale również uczy – koncentracji, cierpliwości, abstrakcyjnego myślenia, kreatywności i strategii. A przy okazji wychowuje i kształtuje dobre nawyki. Pomysł zwrócenia uwagi dziecka na problem zanieczyszczenia lasów jest mega, wielkie brawa!

A skoro już przy kształtowaniu jesteśmy, to koniecznie trzeba wspomnieć również o kształtowaniu gustu i wrażliwości estetycznej. Bo oprawa graficzna – potraktowana całościowo (wraz z instrukcją i kartonową wkładką w pudełku!) – jest naprawdę bardzo dobra.

To w sumie całkiem zabawna sprawa – oglądałam całkiem sporo książek z ilustracjami Macieja Szymanowicza i żadna z nich nie przypadła mi do gustu. Z jakiegoś powodu jego rysunki wydają mi się groteskowe i przerysowane, szczególnie, jeśli chodzi o mimikę twarzy. Choć to przecież jeden z najbardziej docenianych polskich ilustratorów, nie mamy z Majką w swoich zborach ani jednej jego książki. Za to wydaje się, że w przypadku gier tendencja jest wręcz przeciwna. To już druga planszówka opracowana graficznie przez tego autora i druga, którą uwielbiamy – również pod względem wizualnym. I kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć.

Ale prawda jest taka, że ślimaki chyba nie mogą się nie podobać. Szczególnie, że sprawiają wyjątkowo sympatyczne wrażenie i mocno mi się wydaje, że niezłe z nich psotniki. Może dlatego tak łatwo ulec ich urokowi.

Gra jest rekomendowana dla dzieci powyżej 5go roku życia i wydaje mi się, że w tym przypadku nie ma co zaczynać wcześniej. Majka ma 3,5 roku i, chociaż zakochała się w ślimaczkach od pierwszego wejrzenia – sama wypatrzyła je u mnie na półce i zaprosiła mnie do gry – to jednak jest jeszcze zbyt przywiązana do klasycznych zasad rządzących tego typu grami i nie potrafi się przestawić. W końcu dopiero, co je porządnie przyswoiła. Zależy jej na posiadaniu własnego pionka (zielonego!) i jak najszybszym dojściu do mety. Pewnie, że można grać i w ten sposób, jestem wielką entuzjastką traktowania reguł gry jako jednej z opcji i wymyślania własnych zasad. Ale w tym przypadku koncepcja jest tak oryginalna, pomysłowa i przemyślana, że po prostu mi jej szkoda. Dlatego też pobawimy się trochę ślimakami i schowam je na przyszłość. Ani się obejrzę, a dzieć mi dorośnie i odkryjemy ją wspólnie na nowo.

Ślimaki to mięczaki
Autor: Eugeni Castano
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: Piosenki przedszkolaka

Muszę się pochwalić małym rodzicielskim sukcesem – mamy kwiecień, a już udało mi się schować płytę z kolędami dla maluchów! Nie było łatwo, Majka przywiązała się do niej tak bardzo, że zgodziła się ją oddać dopiero po zastąpieniu zimowo-świątecznych klimatów innymi dziecięcymi piosenkami. I to takimi, które również mają w sobie co nieco ze śnieżnej aury.

Chociaż książeczki z płytami „Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku” oraz „Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta” różnią się repertuarem, są skomponowane w podobny sposób. Każda płyta zawiera 12 utworów ułożonych porami roku – po trzy na każdą z nich. Śpiewamy więc o żegnaniu zimy i powitaniu wiosny, o kwietniowych psotach, prima aprilisowych figlach, majowych wędrówkach, dniu mamy i taty, skwarnym lecie i przynoszącym ulgę leśnym chłodzie. O bieganiu na bosaka, skakaniu po kałużach, jesiennych skarbach i znowu o zimie, mrozie i Świętym Mikołaju. I to chyba ze względu na tego Mikołaja Maja zgodziła się pożegnać kolędy. Dzięki niemu rozstanie z zimowym klimatem nie jest aż tak ostateczne.

Do płyt dołączone są uroczo ilustrowane śpiewniki z tekstami piosenek (a może to płyty są dołączone do nich?) i zapisem nutowym dla bardziej muzykalnych, niż nasza rodzina. Kto wie, może kiedyś Bobasa będzie wygrywać mi owe piosenki. Bo śpiewanie idzie jej już całkiem nieźle – nawet do samych wersji instrumentalnych, które również znajdziemy na płycie.

W dziecięcej aranżacji, ale jednocześnie nie dalekie od infantylności. Bardzo fajna odskoczna od oklepanych kotków, płotków i jadąmisiów. Do śpiewania, grania i tańczenia jak znalazł. Przez cały rok!

Jeśli szukacie inspiracji na drobny upominek zastępujący wszechobecne czekoladowe króliczki, to śpiewnik z płytą będzie idealny – szczególnie ten „Na cztery pory roku” dobrze wpaduje się w klimat. A cena jak za dobrą czekoladę albo duże kinder jajko, więc nie ma sie chyba nad czym specjalnie zastanawiać.

Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Czas na czytanie: „THUG. Nienawiść, którą dajesz” Angie Thomas

Jak dobrze, że powstają takie książki. I to dla młodzieży!

Zazwyczaj kiedy w blurbie ktoś zdecydował się napisać o książce „nigdy jej nie zapomnisz”, to jest to spora przesada. Ale chyba jednak nie tym razem, bo odkąd tylko skończyłam „THUG”, jakoś nie mogę znaleźć dla siebie miejsca.

Poruszająca historia o poszukiwaniu własnej tożsamości, rasizmie – i tym skrajnym, i tym codziennym, pozornie nieszkodliwym i dorastaniu w warunkach, o których dzieci nie powinny mieć pojęcia. Pełna niesprawiedliwości opowieść o młodziutkiej dziewczynie szukającej swojego miejsca na świecie. I o tragedii, która zmienia postrzeganie świata i swojej w nim roli.

Historia Starr zaszczepia w umyśle czytelnika wiele istotnych prawd – o tym, że choćbyś nie wiadomo jak się starał, to czasami i tak wyjdzie źle i to wcale nie jest twoja wina. O wartości rodziny, wadze prawdy, odwadze zabierania głosu w spornych sprawach i o wyzwaniu, jakim jest bycie sobą. Ale to, co w tej książce uwielbiam szczególnie, to kompletny brak stereotypów. Autorka uczy patrzeć na jednostkę, nie na ogół. Każdy typ bohatera – czarnego, czy białego, policjantka, czy gangstera – przedstawiony jest w kilku wariantach. Mamy więc i sprawiedliwych policjantów i dzieciobójcę, narkotykowych bossów i dilerów zmuszonych do pogrążania się w bagnie ze względu życiową sytuację. I w żadnym momencie nie próbuje się zrzucać winy na grupę społeczną – winne zawsze są jednostki, idee i stereotypy.

Naprawdę rzadko lubię w książkach kobiece postacie, szczególnie pierwszoplanowe – taką mam już wadę fabryczną. Dlatego też kiedy przez przypadek uda mi się zapałać sympatią do bohaterki, zawsze jest to dla mnie spore wydarzenie. I teraz uważajcie – nie tylko autentycznie polubiłam Starr, nie tylko jej kibicowałam i bardzo mocno trzymałam za nią kciuki, ale nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam ją podziwiać!

W moim odczuciu to jedna z lepiej skonstruowanych dziewuch w literaturze młodzieżowej. Nie jest i nie próbuje być idealna, choć niczym kameleon stara się dostosować do otoczenia. Co nie jest wcale łatwe, kiedy na co dzień żyje się w dwóch całkowicie odmiennych światach. Jak każda nastolatka podejmuje głupie decyzje, ale potrafi mierzyć się z ich konsekwencjami, a nawet wyciąga z nich wnioski! Uczy się, dojrzewa, walczy ze swoimi słabościami i ewoluuje. I jest przy tym tak cudownie normalna, że aż chciałoby się ją poznać.

A jej chłopak, to w ogóle jakiś ideał, aż nierealny!

To nie jest łatwa książka, choć czyta się ją niesamowicie dobrze. Nie podnosi na duchu i brak jej bajkowo szczęśliwego zakończenia. Przez większość czasu nie mogłam uwierzyć, że opisany świat jest jak najbardziej współczesny. Jakoś naiwnie zakładałam, że tego rodzaju problemy z dyskryminacją w latach dwutysięcznych należą już do zamierzchłej przeszłości. W Ameryce szczególnie. Przy takich założeniach wyjściowych czytanie o sympatycznej czarnej dziewczynie, fance sportowych butów i Harry’ego Pottera, która ogląda śmierć dwojga najlepszych przyjaciół, a sprawcy odchodzą bezkarni, bo ofiary były czarne, jest jak kubeł zimnej wody zamiast słodkiego całusa na „dzień dobry”.

Lekko napisana, pełna nawiązań do popkultury, nastoletnich problemów i sytuacji, które wywołują uśmiech od ucha do ucha. I jednocześnie szokująca, przerażająca i otwierająca oczy. Pełna energii wybuchowa mieszanka – aktywizująca i wzbudzająca bunt w młodych sercach. Faktycznie niełatwo będzie o niej zapomnieć.

Angie Thomas, The hate you give. Nienawiść, którą dajesz, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.