Bajki Majki: „Archeologia. Mumie, złoto i stare skorupy” Marta Guzowska, Joanna Czaplewska

Jeśli szukacie dla dziecka (albo dla siebie, czemu nie?) książki, która rozbudzi fascynację, obieca przygodę, skarby, zagadki i niesamowite odkrycia, książkę od której nie sposób się oderwać, to służę pomocą.

Planowałam przeczytać ten tytuł razem z córką, ślimaczym tempem, rozdział po rozdziale, ciekawostka po ciekawostce. Chciałam ją wcześniej tylko przejrzeć i zobaczyć jakie tematy porusza. I nie zamknęłam, dopóki nie przeczytałam calutkiej.

Może dlatego, że tematyka bardzo odpowiada moim zainteresowaniom, a sama archeologia była przez pewien czas kierunkiem studiów, który mocno mnie kusił, szczególnie, że jako historycy sztuki dzieliliśmy z archeologami wydział. No i starożytność w historii sztuki, tak bardzo zazębiająca się z archeologią zawsze była moją ulubioną epoką. A jednak trudno mi siebie wyobrazić, by ktoś mógł przejść obok tej książki obojętnie, bo prezentuje dziedzinę w przemyślany i bardzo atrakcyjny sposób.

Książka jest przede wszystkim zbiorem ciekawostek podzielonym na działy. Po krótkim wstępie przybliżającym czytelnikowi cele i sposób pracy archeologa znajdziemy krótki słowniczek archeologicznych pojęć, a następnie kolejno: 15 pytań, które najczęściej słyszy archeolog (od tych oczywistych, jak „Skąd wiadomo gdzie kopać?” i „Co można znaleźć?” aż po te natury praktycznej, jak „Gdzie na wykopaliskach robi się siusiu?” i „Czy szkielety są obrzydliwe?”, 17 najwspanialszych odkryć archeologii, czyli po prostu fascynujących opowieści (moja ulubiona część książki) – między innymi odkrycie grobowca Tutenchamona, odczytanie kamienia z Rosetty, odkrycie w Pompejach, czy odnalezienie najsłynniejszego szkieletu praczłowieka, 10 mitów o przeszłości, które obaliła archeologia (Czy piramidy zbudowali kosmici?), a także zagadki, które wciąż jeszcze czekają na rozwiązanie. Przeczytamy tu również o tym, czego archeolog stara się dowiedzieć o przeszłości wykonując swoją pracę oraz możemy zapoznać się z krótkim przewodnikiem co robić (i czego nie robić!) jeśli planuje się zostać archeologiem.

I jest to jednocześnie książka, która mówi prawdę (tak, ta prawdę, która kiedyś zweryfikowała moja marzenia i powstrzymała mnie przed podjęciem tych studiów) – o tym, że archeologia, choć fascynująca, to przede wszystkim ciężka, fizyczna robota (no nie ma co owijać w bawełnę – kopanie rowów), żmudna i w trudnych warunkach atmosferycznych. Nie obiecuje złotych koron i nie ukrywa, że zazwyczaj najważniejszym odkryciem są skorupy naczyń, koraliki czy kawałki starych narzędzi.

Jednak nie trzeba od razu koniecznie wiązać zawodowych planów z archeologią, żeby się nią interesować. Autorka proponuje wycieczki po najsłynniejszych muzeach polski świata i podpowiada nam jakie związane z archeologią artefakty warto w nich zobaczyć i jakie historie możemy dzięki nimi poznać.

A wszystko to w świetnej oprawie graficznej, w towarzystwie ilustracji Joanny Czaplewskiej, bardzo w moim stylu.

Arcyciekawa pozycja dla młodego odkrywcy (proponowana jest od 6 lat, ale moim zdaniem najlepiej dla samodzielnego czytacza). Koniecznie podsuńcie ją dziecku, jeśli chcecie poszerzyć jego wiedzę o historii i dawnych cywilizacjach. Ale liczcie się z tym, że wasza latorośl może zapragnąć związać swoją przyszłość z kopaniem w ziemi. I co gorsza nie wykopie przy tym ani jednego dinozaura!

Marta Guzowska, Joanna Czaplewska, Archeologia. Mumie, złoto i stare skorupy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 160 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Tajne przez magiczne” Katarzyna Wierzbicka

Jeśli potrzebujemy zwolnić nieco tempo i szukamy spokojnej, mało stresującej pracy dla podratowania zdrowia psychicznego, posada woźnej w przedszkolu nie jest najlepszym wyborem. Agata Filipiak przekona się o tym bardzo szybko. Jeszcze zanim zacznie widzieć krasnoludki, ale nie na długo przed tragiczną śmiercią.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że „Tajne przez magiczne” to książka szalenie trudna do sklasyfikowania, uparcie nie daje się wcisnąć na żadną półkę ani w żaden utarty schemat. Trudno też z czymkolwiek ją porównać. Takie książki pieszczotliwie nazywam tu Dziobakami.

Z pewnością jest to fantastyka – w końcu demony w przedszkolu nie są codziennym widokiem (choć z pewnością niejedna przedszkolanka by się ze mną nie zgodziła). Jest też bez wątpienia w tej książce dużo z horroru – opisy są dosadne i poza samymi zjawiskami paranormalnymi, jak krwiożercze duchy czy przypadkowe mordy z użyciem koguciego demona, znajdziemy tu też po prostu krwawe jatki i bezwzględne zabójstwa, tym straszniejsze, że najczęściej odbywające się na oczach małych dzieci i bezpośrednio ich dotyczące. Ale z drugiej strony jest tu też sporo wątków komediowych – ciapowata, nieogarnięta życiowo i wiecznie ładująca się w żenujące sytuacje Agata jest trochę naszym rodzimym odpowiednikiem Brigdet Jones, która zamiast trafić na sztywniacką imprezę przebrana za króliczka, nagle znajduje się w samym środku magiczno-demonicznej intrygi uzbrojona w mopa do podłogi i jarmarczny wisiorek. Wokół niej orbituje dwóch przystojniaków (każdy niewłaściwy), a jedyną osobą, która się o nią troszczy jest równie nieogarniający, ale poczciwy ojciec.

I w sumie wciąż nie wiem, czy ta książka była na poważnie, czy jednak śmieszkujemy i po prostu nie rozpoznałam satyry. Lubię niepoważne podejście do świata, ale tutaj odczuwam pewien dysonans, te kontrasty chyba trochę mnie przerosły no i nie wiem, co myśleć, chyba jednak jestem na nie. Ale nie wiem.

Czuję się więc pewnie trochę jak sama bohaterka, bo niewiedza jest jednym z podstawowych wątków powieści. Agata trafia do świata, którego nie zna i kompletnie nie rozumie jego zasad, a każdy, z kim rozmawia jest rozdrażniony i urażony jej niewiedzą, jednocześnie niczego nie tłumacząc. W sumie jest w tym coś z carrolowskiej króliczej nory. I zostanie właściwie przez całą książkę – nic nie wiemy, a jak już wydaje nam się, że zaczynamy co nieco ogarniać, to okazuje się, że jednak nie. No cóż, na pewno nie jest przewidywalnie, a to duży plus.

Bardzo podobała mi się sama koncepcja demonicznego przedszkola, pomysł na magię, podstępne, bardzo demoniczne demony idealnie maskujące się w świecie ludzi i nawiązania do ludowych wierzeń. Szalenie polubiłam ojca głównej bohaterki, który jest moją najulubieńszą postacią. Sama Agata też da się lubić i myślę, że mocno bym jej kibicowała w książce innego rodzaju. Tutaj jednak mimo wszystko zestawienie komediowej bohaterki z makabrycznym klimatem za bardzo mi zgrzytało, mam wrażenie, że jeden aspekt umniejszał i odbierał wyraz drugiemu. To, oraz nieco zbyt długie oczekiwanie na odpowiedzi sprawiło, że nie wkręciłam się w tą książkę tak bardzo, jak się spodziewałam i jak na razie nie mam ochoty na kontynuację. Ale jak już powstanie, to kto wie?

Katarzyna Wierzbicka, Tajne przez magiczne, Kraków: Wydawnictwo Spisek Pisarzy, 2021, 432 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Spisek Pisarzy.

Bajki Majki: „W muzeum” Susan Verde, Peter H. Reynolds

Książek o sztuce – zarówno tych naukowych dla dorosłych, jak i skierowanych do młodziutkich odbiorców – jest w naszym domu dostatek, część została mi po studiach, niektóre albumy przeglądam w ponure wieczory dla czystej przyjemności, całkiem sporo czytamy razem z Mają, a jeszcze inne wykorzystuję w pracy. Ten tytuł jest jednak w pewien sposób wyjątkowy, bo łączy w sobie aż trzy różne wątki.

Chociaż oczywiście nie brakuje tu nazwiązań do najsłynniejszych arcydzieł światowego malarstwa i rzeźby – znajdziemy tu i „Gwiaździstą noc” i jedną z baletnic Degasa i „Myśliciela” Rodina – nie jest to bynajmniej tylko i wyłącznie podróż po historii sztuki, a wyprawa w świat emocji, jakie sztuka potrafi wzbudzać w odbiorcy.

Jakie dzieła sprawiają, że zwiedzając muzeum chce nam się tańczyć i pląsać po przepastnych salach, a które wzbudzają w nas zaciekawienie? Jakie uczucia wzbudza malarstwo Picassa z okresu niebieskiego i czy przy wyjątkowo apetycznych martwych naturach może zaburczeć w brzuchu? Przerażający „Krzyk” Muncha i zakręcone, komiczne abstrakcje – sztuka ma ogromną siłę oddziaływania i na małych i na nieco większych odbiorców.

A poza pobudzaniem uczuć w widzach sztuka ma jeszcze jedną bardzo istotną funkcję – potrafi inspirować.

Po ekscytującej, pełnej emocji wizycie w muzeum bohaterka książki kipi energią i pomysłami, a w jej wyobraźni powstaje już własne, najbardziej wyjątkowe dzieło. Wychodząc z muzeum zabierze je ze sobą, głęboko w sercu, wraz z przeżytymi emocjami i zebranymi inspiracjami.  

poetycką podróż przez muzeum, świat sztuki i świat emocji dopełniają pełne lekkości, zwiewne i nieuchwytne ilustracje Petera H. Reynoldsa, który zmienił pomysł na książkę w – jakże adekwatnie – małe dzieło sztuki.

O tym, jak bardzo lubię tego ilustratora, pisałam również w recenzji innej ilustrowanej przez niego i szalenie wzruszającej książki „Kiedyś”.

Susan Verde, Peter H. Reynolds, W muzeum, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mamania.

Grajki Majki: Przeziębiona lalka Bua Cicciobello

Jeśli rozglądacie się za fajną lalką, koniecznie przeczytajcie też recenzje:
lalka do kąpieli Dolls World
płacząca i siusiająca lalka Little Joy.

To nie jest pierwsza lalka – bobas w naszym domu, ani też pierwsza płacząca i wymagająca opieki, ale małego pacjenta jeszcze nie mieliśmy. A tematycznie zsynchronizowaliśmy się z nią idealnie, bo Maja odpakowywała pudło z Buą w pierwszych dniach zapalenia oskrzeli i dbała o niego przez dwa tygodnie przymusowego chorobowego aresztu domowego.

Bua to dość duża (46 cm) interaktywna lalka z miękkim, materiałowym brzuszkiem kryjącym elektroniczne wnętrze. Nie jest to typowy bobasek, ma dłuższe włoski i wizualnie przypomina mniej więcej roczne dziecko. Dużym plusem jest dla nas fakt, że w morzu różowiutkich lal (w lalkowym świecie chłopcy to prawdziwa rzadkość), zarówno ubranko, jak i dołączone do lalki akcesoria są w odcieniach niebieskiego, a to obecnie najulubieńszy kolor mojej córki. Sama lalka w instrukcji i na opakowaniu określana jest jako chłopiec, ale moim zdaniem po wyjęciu z pudełka nie sposób określić jego płci, więc ogranicza nas tylko wyobraźnia.

I jak to z interaktywnymi lalkami bywa, chwilę po włączeniu zaczyna płakać. W tym momencie może się jeszcze okazać, że wystarczy go przytulić, podać mu butelkę z mlekiem lub smoczek, by go uspokoić, ale jeśli zobaczymy, że na policzkach lalki pojawiają się czerwone rumieńce, wiemy już, że płacze z powodu choroby.

Do zestawu dołączono sporo akcesoriów – mamy stetoskop do przeprowadzenia wstępnego badania, termometr, który po włożeniu do uszka lalki świeci czerwoną lub zieloną lampką, w zależności od jej aktualnego stanu, trzy różnokolorowe buteleczki: z mlekiem, sokiem i syropem oraz strzykawkę i smoczek (świecący w ciemności!).

Wielkie brawa za realizm – nigdy nie wiadomo, czego płaczące dziecko akurat potrzebuje i co pomoże tym razem, totalna loteria. Raz będzie to pojenie lekarstwem, podanie mleka lub soku (zawsze mylę te dwie buteleczki), innym razem konieczny będzie zastrzyk. Kiedy uda nam się skutecznie podać lek i z policzków lalki zaniknie zaczerwienienie, a sam chłopczyk przestanie płakać i odetchnie z ulgą, możemy podać mu smoczek. Po kilku minutach lalka przejdzie w tryb uśpienia i dzięki temu nie musimy pamiętać o jej wyłączeniu, za co daję kolejnego tłuściutkiego plusa – zawsze mam stracha, że zapomnę przesunąć wyłącznik i lalka zacznie mi płakać w środku nocy. W tym przypadku nie ma takiego zagrożenia – do zabawy wracamy dopiero w momencie wyjęcia lalce smoczka, co też jest super, bo córa nie przybiega do mnie i nie trzeba rozpinać ubranka i szukać włącznika za każdym razem, kiedy mojej akurat przyjdzie jej ochota na zabawę. Bardzo dobre rozwiązanie.

Wydawane przez lalkę dźwięki – płacz, odgłosy przełykania i ssania, westchnienia – nie są nadmiernie głośne ani drażniące, określiłabym je wręcz jako całkiem naturalne. Nie przeszkadzają mi jakoś szczególnie, kiedy córka bawi się nią rano w pokoju, a przy mojej nadwrażliwości dźwiękowej nie jest to wcale takie oczywiste.

Zarówno sama lalka, jak i akcesoria są dobrej jakości i całkiem szczegółowo dopracowane – Bua ma nawet języczek, który lekko się ugina po włożeniu mu butelki do ust. Do zestawu zostały dołączone naklejki z nazwą firmy, którymi możemy oznaczyć butelki, jeśli chcemy. Doceniam tą wolność wyboru.

W budowie swego ciała Bua ma trzy otworyw ustach do wkładania smoczka i butelek, w uszku do mierzenia temperatury, oraz w symbolicznym pośladku do zrobienia zastrzyku. Dziurki mają różne wielkości, dzięki czemu nie grozi nam żadna pomyłka, a same akcesoria „łatwo wchodzą”. Jedyny problem nie do końca wprawne rączki mojej pięciolatki napotkały w przypadku termometru – tam trzeba nieco dokładniej wcisnąć, by zaświeciła się lampka. I to jest właściwie jedyny drobny minus, jaki udało nam się znaleźć po tych tygodniach intensywnych testów.

Przeziębiony Bua, poprzez zabawę uczy malucha empatii i troskliwości (Maja szczerze mu współczuła, kiedy jęknął podczas zastrzyku, który podawała mu pierwszy raz), oswaja z wizytą u lekarza i pomaga zrozumieć konieczność przyjmowania leków. Może być dobrym punktem wyjścia do rozmowy o różnych procedurach i zabiegach medycznych.

Interaktywna lalka „Przeziębiony Bua” 
Firma: Cicciobello
Sugerowany wiek: 2+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Dystrybutora Zabawek Dante.

Bajki Majki: „Małe Licho i babskie sprawki” Marta Kisiel

To już czwarty tom [ koniecznie przeczytajcie „Małe Licho i tajemnica Niebożątka”, „Małe Licho i anioł z kamienia” i „Małe Licho i lato z diabłem”], a ja wciąż nie mogę uwierzyć, jak to możliwe, żeby książka była jednocześnie tak zabawna, ciepła, mądra i nasycona romantyczną poezją. Książka dla dzieci, warto dodać! To musi być jakaś magia, Alleluja!

Po wakacjach u cioci Ody, Bożek wraca do świeżo wyremontowanego i jeszcze pełniejszego wyjątkowych lokatorów domu. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo tęskniłam! Wakacje są spoko, ciocie bywają miłe (i te bardziej i te mniej demoniczne), a nawiązywanie przyjaźni bardzo wartościowe, ale nigdzie nie jest tak dobrze, jak w domu! Pełnym miłości, macek, glutów, drożdżowego ciasta, specyficznych wujków, anielskiego pierza i… krasnoludków?

Również Bożkowi przyjdzie wkrótce na nowo docenić dom, domowość i domowników, bo jako ucznia czwartej klasy czekają go nowe obowiązki i nowe przyjaźnie, które coraz bardziej będą go z tego domowego życia wyciągać. Co nie zawsze jest złe, po prostu nowe i wymagające przystosowania – zarówno samego zainteresowanego, jak i domowników najrozmaitszych kształtów, kolorów i stanów skupienia. Szczególnie małych aniołów stróżów z alergią na pierze.

Przy czym nie da się wykluczyć, że szkoła może być siedliskiem zła (a na pewno jest siedliskiem matematyki, co w sumie może być równoważne z byciem siedliskiem zła), szczególnie kiedy nowy, podejrzany wychowawca (i przy okazji nauczyciel matematyki, to nie może być przypadek!) robi Bożydara w gluta, sadza go z dziewczyną i wysyła macki mrocznych fluidów w każdą możliwą stronę, a do tego nadchodzi paskudna jesień z wyjątkowo silnym wietrzyskiem i wszyscy wokół zaczynają wpadać w bardziej lub mniej uzasadniony gniew i zniechęcenie.

„Samotność jest straszna, Bożku (…) Nawet bez nadprzyrodzonych zjawisk, które potęgowałyby jej skutki do niewyobrażalnej skali. Z samotności rodzi się najgłębsza rozpacz, z niej zaś strach i gniew. Ta mieszanka potrafi zniszczyć nawet najlepszego człowieka”.

A gdy przy tym nieszczęsny ojciec wciska swoje gluty w relacje między naszym bohaterem a jego nową rudowłosą koleżanką – gwałcąc wszelkie reguły prywatności, wymagając zakochiwania się i innych nieprzyjemności – trudno nie zapłonąć słusznym gniewem i nie wybuchnąć trzynastozgłoskowcem.

Jak zwykle nieco mroczna przygoda pełna przyjaźni, rodzinnego ciepła, odwagi i nieprzewidzianych zdarzeń. Tym razem o granicach, potrzebie czułości i usłyszenia drugiego człowieka, niechęci do matematyki, o wychodzeniu ze swojego bąbelka komfortu i zamykaniu się w skorupce, o różnicy pokoleniowej i ciężarze oczekiwań dorosłych. Przezabawna, ujmująca, szalenia życiowa, niesamowicie fantastyczna, ociekająca poezją i z cudownymi ilustracjami Pauliny Wyrt.

„Wszyscy mają swoje granice. Granice intymności, godności, wytrzymałości. Albo świętego spokoju. I tych granic nikomu nie wolno przekraczać, ani dzieciom, ani dorosłym”.

U W I E L B I A M. Ta seria to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się trafiły. Nie mogę się doczekać, aż moja córka nareszcie do nich dorośnie!

Marta Kisiel, Małe Licho i babskie sprawki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 240 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Boginie” Alex Michaelides

W przeciwieństwie do debiutu autora, który był przede wszystkim thrillerem psychologicznym, jego druga książka mocno miesza ten gatunek z kryminałem, skłaniając się jednak bardziej ku temu drugiemu.

Mariana jest młodą psychoterapeutką grupową, która nie potrafi pogodzić się z pustką po utracie męża. Kiedy przyjaciółka jej ukochanej siostrzenicy zostaje brutalnie zamordowana, Mariana obsesyjnie angażuje się w śledztwo dążąc do ujęcia i ukarania wykładowcy, o którego winie jest absolutnie przekonana. Tymczasem giną kolejne studentki, członkinie tajemniczego, elitarnego bractwa.

Podobało mi się przedstawienie miejsca akcji, uczelniany klimat starych murów i ciężaru historii, chociaż sama koncepcja tajemnego studenckiego stowarzyszenia dla wybranych, która bardzo mnie zachęciła do lektury została moim zdaniem potraktowana bardzo powierzchownie i „po macoszemu”, a szkoda. Drugim ciekawym motywem było wykorzystanie mitologii i motywów z greckich tragedii jako teatralnej oprawy dla popełnianych zbrodni. Cała ta rytualizacja i fascynacja antykiem przywodziła mi nieco na myśl „Tajemną historię”, choć w tym przypadku została przedstawiona w znacznie mniej mroczny i hipnotyzujący sposób. I tego też trochę mi żal.  

Przez całą książkę Michelides podsuwa nam potencjalnych podejrzanych (poza samym charyzmatycznym, mrocznym wykładowcą) i poszlaki, mogące wskazywać na ich winę, przez co w pewnym momencie miałam aż przesyt mężczyzn kręcących się wokół właściwie nijakiej głównej bohaterki. Niemniej jednak jest się nad czym zastanawiać i kogo podejrzewać. Pojawi się również nawiązanie do „Pacjentki”, bo obie fabuły w niewielkim stopniu się ze sobą splatają.

Z jednej strony takie poszukiwanie sprawcy całkiem mi odpowiadało, chociaż sama bohaterka była raczej męcząca. Niestety wydaje mi się jednak, że przy całym tym skupieniu na generowaniu kolejnych podejrzanych, zabrakło dbałości o realizm, przez co niestety całość wypada dość naiwnie – m.in. obca osoba (nawet, jeśli była studentka) zamieszkuje na uczelni od tak, zaczepia studentów, kręci się po kampusie, kłamie, że działa na zlecenie dziekana i nikt jakoś nie ma z tym problemu. Dziekan też nie reaguje w żaden sposób.

W moim odczuciu wątki związane z domorosłym śledztwem bohaterki trochę za bardzo dominują nad sylwetką złoczyńcy, którego to portret psychologiczny mógłby być bardziej dopracowany. Podobnie brakowało mi nieco pogłębienia psychologicznego samej Mariany i jej siostrzenicy Zoe.

„Pacjentka” miała w sobie element zaskoczenia, który dodawał książce „efektu wow” i stał się jej wyróżnikiem w morzu książek o podobnej tematyce. I chociaż „Boginie” również ofiarują nam plot twist, w tym przypadku już się go jednak trochę spodziewamy i gorączkowo wyczekujemy tego obrotu fabuły o 180 stopni. Czego skutkiem jest zupełny brak zaskoczenia, kiedy ten już nastąpi. Dla mnie okazał się też trochę rozczarowujący, bo udało mi się zdemaskować sprawcę wcześniej, niż zaplanował to autor. Co z drugiej strony zawsze daje czytelnikowi pewną satysfakcję.

Jest pewien rodzaj książki, który lubię określać mianem „idealnej na podróż”, chociaż oczywiście świetnie sprawdzi się również w innych sytuacjach wymagających pewnej podzielności uwagi i częstego przerywania lektury, np. w kolejce do lekarza. I „Boginie” jest jego idealnym przykładem – składa się z króciutkich rozdziałów (czasem nawet dwustronicowych), jest przedstawiona właściwie całkowicie z punktu widzenia jednego bohatera, nie wymaga ciągłego nadążania za fabułą (która też nie jest szczególnie dynamiczna), została napisana prostym językiem i nie trzeba zapamiętywać dużej ilości szczegółów. Przeczytałam ją włócząc się po kawiarniach i wiercąc w poczekalni dla rodziców w oczekiwaniu aż córka skończy swoje rozmaite balety zajęcia plastyczne w Pałacu Młodzieży.

Nie czyta się jej z zapartym tchem, nie jest wolna od niedociągnięć i rozwiązanie zagadki nie jest tak zaskakujące jak w przypadku pierwszej książki autora, niemniej jednak okazała się przyjemną rozrywką na czas oczekiwania.

Polecam jako lekkie czytadło pochłaniane niejako „mimochodem” i radzę nie nastawiać się na poruszający thriller, od którego nie sposób się oderwać i który nie da o sobie zapomnieć. Takie nastawienie wydaje mi się być gwarantem satysfakcji z lektury.

Alex Michaelides, Boginie, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Grajki Majki: „Podróż w czasie” Reiner Knizia, Maciej Szymanowicz

Fascynujące połączenie gry pamięciowej i storytellingu w towarzystwie magicznych i inspirujących ilustracji Szymanowicza.

Gra składa się z dwóch części. Pierwszy etap to snucie opowieści. Rozkładamy przed graczami 5 dwustronnych plansz, na których przedstawione są po dwa światy. Każdy z graczy losuje kafelek z obrazkiem, wybiera sobie któryś z widocznych światów (taki, przy którym nie ma jeszcze żadnego kafelka!) i wymyśla historię łączącą przedmiot na obrazku z wybranym światem. Następnie umieszcza kafelek obok świata rewersem do góry. Kiedy wszystkie światy się zapełnią, przechodzimy do części drugiej – podróży w czasie, podczas których przyda nam się dobra pamięć. I opowiedziane wcześniej historie. Na scenę wchodzi pingwin Przemysław, którego umieszczamy w dowolnym świecie. Gracze naprzemiennie rzucają kością i przesuwają Przemysława między światami zgodnie z wyrzuconymi oczkami. Kiedy pingwin zatrzyma się na którymś ze światów, gracz musi odgadnąć jaki przedmiot znajduje się na leżącym obok kafelku, w czym pomoże mu przypomnienie sobie usłyszanej wcześniej historii. Jeśli zgadnie, zdobywa kafelek, następnie losuje nowy i opowiada dla opuszczanego świata nową historię. Wygrywa osoba, która zdobędzie najwięcej kafelków.

Snucie zabawnych, fantastycznych opowiastek z przedszkolakiem to świetny pomysł na nauczenie malucha metody zapamiętywania poprzez skojarzenia oraz rozwijanie wyobraźni. I chyba dobrze się sprawdziło, bo w drugim etapie mam wrażenie, że ta wersja gry w memory jest dla nas wręcz za łatwa – dzięki historiom zapamiętujemy właściwie wszystkie poukrywane obrazki.

Nie mówiąc już o ćwiczeniu formułowania i swobodnego wypowiadania myśli, układania zdań i prostych fabuł.

Jeśli to wciąż za mało, mamy do dyspozycji również nieco bardziej urozmaicony wariant, w którym wykorzystywane są żetony emocji, a nasze opowieści muszą oddawać wylosowane uczucia – co następnie jest kolejną podpowiedzią w drugim etapie rozgrywki.  

Ten wariant dodatkowo uczy młodych graczy rozpoznawania i wyrażania uczuć i stanów emocjonalnych oraz, poprzez łączenie emocji z daną historią, ćwiczy empatię.

Co ciekawe, wśród kafelków przedstawiających światy znajdziemy ilustracje znane nam już z innych gier i książek Naszej Księgarni ilustrowanych przez Szymanowicza – rozpoznaliśmy świat „Kociaków Łobuziaków”, „Ślimaków Mięczaków”, „Potwornych porządków” i chyba jeszcze krasnoludki z poświęconej im encyklopedii. Szukanie nawiązań do gier w kolejnej grze dało mojej przedszkolaczce sporo frajdy (i ochoty, by powrócić do zapomnianych już nieco tytułów), taka trochę growa incepcja.

Jak zwykle gra została pięknie i starannie wydana. Poza samymi elementami gry uwielbiam również dekorację pudełka, bo ilustracje są dokładnie wszędzie.

No i mamy coraz mniej plastiku – zarówno figurka Przemka, jak i kostka zostały wykonane z drewna, a wszystkie pozostałe elementy z solidnej, grubej tektury. Gdyby tylko zastąpić woreczki strunowe na luźne elementy na papierowe i zrezygnować z owijania pudełka folią, byłoby idealnie.

„Podróż w czasie”
Autor: Reiner Knizia
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Sugerowany wiek: 4+
Ilość graczy: 2-5
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Basia i granice” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak

Jako pierwsze i naczelne fanki serii o Basi nie pomijamy żadnej basiowej nowości, a każda jest czytana często i bardzo intensywnie. Wspólnie z Basią przepracowaliśmy niejedną trudną dla przedszkolaka sytuację, dawno jednak nie byłam aż tak zachwycona treścią i podjętym tematem, jak teraz.

Najnowsza część przygód Basi jest o granicach, ale nie o fizycznych granicach państw i kryzysie migracyjnym, jak się początkowo spodziewałam po samym tytule (chociaż taka też bardzo bardzo by się przydała!), a o granicach osobistych, o prywatnej strefie komfortu i jej naruszeniach.

Nie ma chyba bardziej nerwowej części dnia, niż poranek, kiedy trzeba wyszykować do przedszkola troje dzieci i jeszcze na koniec siebie do pracy. Pewnego wyjątkowo pechowego ranka mama Basi jest na granicy wytrzymałości i grozi wybuchem. Po takich porannych atrakcjach Basia również nie ma dobrego dnia w przedszkolu – nie ma ochoty bawić się z innymi dziećmi ani być zaczepianą, najchętniej schowałaby się pod stolikiem w poszukiwaniu chwili samotności. A kiedy koledzy bawią się w łazience, woli zaryzykować zawstydzającą wpadkę, niż skorzystać z toalety w towarzystwie innych przedszkolaków.

Co za szczęście, że jest Pani Marta, która pomaga Basi uporać się z kłębiącymi się w niej trudnymi emocjami i organizuje dzieciom zajęcia o granicach. Obrazowo tłumaczy swoim przedszkolakom – i przy okazji basiowym czytelnikom – że ich ciała są ich własne i niczyje inne i to oni wiedzą, jak blisko chcą, by inni do nich podchodzili, czy chcą być dotykani albo przytulani. O tym czym są osobiste granice i prywatna przestrzeń oraz że należy szanować granice innych ludzi. O tym, że każdy ma prawo nie być łaskotany, jeśli nie ma na to ochoty, nie być całowany albo nie musieć siusiać, kiedy w łazience ktoś jest. O tym, że każdy ma prawo powiedzieć „nie”, jeśli jakieś zachowanie go rani albo powoduje dyskomfort.

Super ważna sprawa przedstawiona, jak to już u Basi bywa, w prosty, sympatyczny i zrozumiały dla malucha sposób. W towarzystwie świetnych ilustracji Marianny Oklejak oczywiście!

Jak dla mnie lektura obowiązkowa. Świetnie, ze powstała, powinna być w każdym przedszkolu.

Zofia Stancecka, Marianna Oklejak, Basia i granice, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem HarperKids.

Czas na czytanie: „Siostra księżyca” Marah Woolf

Podczas lektury drugiej części trylogii „Trzy czarownice” naprzemiennie byłam tą książką strasznie podekscytowana, by chwilę później mieć ochotę rzucić ją w kąt.

Zaczyna się bardzo dobrze, bo i „epicka bitwa z demonami”, na której rozpoczęciu skończył się pierwszy tom, jest pierwszym wydarzeniem w tomie drugim. Bardzo się cieszę, że autorka nie zdecydowała się na zabieg typu „tydzień później”, bo nie da się ukryć, że na magiczną potyczkę mocno czekałam, a ta okazała się całkiem satysfakcjonująca, choć nieco krótka.

Tym razem akcja przenosi się do królestwa demonów, gdzie intryga koni intrygę, a korytarze dosłownie wypełnione są potworami, a każdy spośród nich snuje swoje własne knowania, więc pod tym względem byłam bardzo usatysfakcjonowana, pałacowe spiski lubię bardzo. Nie da się ukryć, że dworskie niesnaski – od rozgrywek na najwyższym szczeblu, aż po złośliwe uszczypliwości powodowane zazdrością i złośliwością – wchodzą mi dużo lepiej niż mozolne polityczne przeciąganie liny. Siostry trafią do świata, którego zasad nie rozumieją, gdzie nie mogą zaufać nikomu, poza sobą nawzajem i z perspektywą potwornej przyszłości nadciągającą wielkimi krokami. A co za tym idzie, fabuła jest dużo bardziej dynamiczna, w porównaniu do pierwszego tomu, co jest dużym plusem.

Z drugiej strony wątek romantyczny zrobił się tak potwornie męczący, że miałam ochotę osobiście wyrządzić Vianne krzywdę. Jej naiwne, uparte, dziecięce zapatrzenie, podsycane tylko przez niepotrafiącego zostawić jej spokoju Ezrę staje się irytujące do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam ochotę odłożyć tą historię jak najdalej. Na szczęście zakończenie wynagrodzi czytelnikowi wszelkie cierpienia podczas śledzenia tego żenującego love story.

Natomiast poza upośledzeniem w relacjach z mężczyznami, Vianne radzi sobie całkiem dobrze i gdyby nie jej romantyczne rozterki bez większego problemu mogłabym polubić ta bohaterkę, również ze względu na przygody, które ją czekają. Nie brakuje tu bowiem tak charakterystycznego dla powieści fantastycznych motywu karkołomnych wypraw w poszukiwaniu zaginionych magicznych przedmiotów zdolnych ocalić losy ludzkości, magicznych pułapek, pojedynków i hord morderczych wrogów czyhających na każdym zakręcie.

Będzie też więcej legend arturiańskich, które są dla mnie nieznanymi wodami i poznawanie ich, szczególnie z ust niezgodnych narratorów trwających uparcie przy swoich wersjach to sama przyjemność.

Będą rozpieszczone księżniczki, zielarskie eksperymenty, więcej niż jedna krwawa bitwa, zaginieni przyjaciele, paskudne i zabójczo przystojne demony, zdrady, sojusze i intrygi i dużo siostrzanej solidarności.

No i smoki, a ze smokami wszystko jest lepsze.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O pieczęciach i kościach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.