Grajki Majki: „Ubongo Trigo” Grzegorz Rejchtman

To moje pierwsze spotkanie z Ubongo, dlatego też nie macie co liczyć na rzetelne porównanie tej odmiany z oryginalną grą. Podejrzewam jednak, że różnice są niewielkie – Ubongo Trigo jest wersją podróżną, więc zapewne uproszczoną pod względem elementów i akcesoriów. I jak sama nazwa wskazuje, w tym wariancie kafelki i zadania zbudowane są z trójkątów.

To łamigłówka-układanka o banalnie prostych zasadach, których ogarnięcie zajmuje dosłownie moment – duży plus za przejrzystą i krótką instrukcję.

W pudełku znajdziemy 32 dwustronne karty z zadaniami – z jednej strony z łatwiejszym poziomem, z drugiej trudniejsze oraz cztery komplety kolorowych, numerowanych kafelków (po 7 w każdym zestawie). Na każdej z kart znajdziemy po dwa pola, które należy jak najszybciej przykryć kafelkami. Numery elementów, które będą potrzebne do rozwiązania danej łamigłówki zostały wyszczególnione po prawej stronie karty. I to tyle!

Liczy się szybkość – osoba, która jako pierwsza ułoży wylosowaną przez siebie łamigłówkę woła „ubongo”. Od tego czasu pozostali gracze mają 20 lub 30 sekund (w zależności od ustaleń i poziomu trudności) na rozwiązanie swojego zadania – liczenie we własnym zakresie, nie dołączono żadnego urządzenia do mierzenia czasu. Jeśli się uda – zdobywają kartę, jeśli nie, muszą ją oddać pierwszemu graczowi. Wygrywa osoba, która zgromadzi najwięcej kart na koniec gry.

Dodatkowym atutem jest wariant jednoosobowy, w którym gramy na czas – ile łamigłówek uda nam się rozwiązać w ciągu 20 minut.

W pierwszym momencie byłam nieco rozczarowana tekturowymi kafelkami, bałam się, ze będą mało wytrzymałe. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo je połamać i pozaginać, nawet jeśli człowiek naprawdę bardzo się spieszy (w tym przypadku bardziej delikatne są karty). Ładnie też wyszły z wytłoczki, więc wierzchnia warstwa kartonu się nie dorywa. Na pewno nie będzie to gra na pokolenia, ale też nie jest łatwo nieintencjonalnie szybko zrobić jej dużą krzywdę.

Gra faktycznie jest całkiem kompaktowa, jak najbardziej można zabrać ją ze sobą na wyjazd, aczkolwiek układanie elementów na kartach wymaga jednak posiadania jakiejś powierzchni płaskiej. Zawiera również całkiem sporo drobnych elementów, osobiście nie polecam jej więc na przykład na plażę, pod namiot czy do samolotu. Ale już do hotelu, do domku nad jeziorem czy do babci sprawdzi się bardzo dobrze. Moim zdaniem pudełko spokojnie mogłoby być jeszcze o połowę mniejsze, bo elementy zajmują jakoś 1/3 kartonika, reszta to wyprofilowany „wypełniacz”. Wolałabym też ograniczyć użycie folii, w którą owinięta była gra i którą wyrzuciłam od razu po odpakowaniu. Dwa kawałki taśmy klejącej z pewnością sprawdziłyby się równie dobrze.

Ubongo Trigo travel. Trójkątne szaleństwo
Autor: Grzegorz Rejchtman
Ilustracje: Nicolas Naubeuer, Karl-Otto Homes, Bernd Wagenfeld
Wydawnictwo: Egmont
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: Seria o Basi – garść nowości

Maja miała jakieś półtora roku, kiedy trafiliśmy na pierwszą książkę o przygodach Basi – co ciekawe wcale nie z cyklu dla maluszków, a pełnowymiarową, długaśną historię – dobrze pamiętam, że to była „Basia i basen”. To była miłość od pierwszego wejrzenia i prawdziwy chrzest bojowy dla mnie jako mamy – nigdy wcześniej nie czytałam na głos tak obszernego tekstu! A mój maluszek wysłuchał całości w skupieniu i z zainteresowaniem, bo czym oznajmił z powagą „jeszcze raz!”. Tak zaczęła się nasza basioprzygoda, która obecnie zajmuje niemal całą półkę na majkowym regale. I nic dziwnego, bo wkręciliśmy się całą rodziną.

Seria przygód Basi liczy już ponad 35 tomów i wciąż pojawiają się nowe. Razem z tą nie najgrzeczniejszą, ale przy tym przekochaną bohaterką dzieci mogą oswoić trudne sytuacje i poznać mnóstwo ciekawych zagadnień – od alergii, wizyty u dentysty, w szpitalu czy w przedszkolu, przez pieniądze, ekologię, jedzenie słodyczy i alergię, aż po bałagan, pracującą mamę i rozmaite wakacyjne wyjazdy. Tym razem przyszedł czas na rowerową wyprawę pt. „Basia i rower”!

W przeciwieństwie do mojego dziecięcia, Basia potrafi już jeździć na dwóch kółkach (mam nadzieję, ze to podziała na Majkę motywująco! Szczególnie, że autorka uwzględniła małą retrospekcję z pełnej upadków basiowej nauki), może więc w pełni uczestniczyć w rodzinnym wyjeździe do domku w lesie pełnego rowerowych wycieczek. Ale czy Basia aby na pewno jest dość duża, by dojechać rowerem dookoła świata? Po drodze będą czekać wyścigi, spotkanie z rowerowymi piratami i zdziwionymi krowami (i ich plackami), a wszelkie wysiłki zostaną zwieńczone piknikiem nad rzeką. Z kijankami!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i rower, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Co jakiś czas pojawiają się „Wielkie księgi przygód Basi” będące zbiorczymi wydaniami basiowych przygód. My jednak preferujemy książeczki wydawane pojedynczo – w twardych oprawach i z większymi ilustracjami i te kolekcjonujemy. „Basia i rower” z pewnością zostaną z nami na dłużej!

Poza „Wielkimi księgami przygód” mamy też „Wielkie księgi” – osobną podserię, gdzie obszerne książki nie składają się z wydanych wcześniej opowiadań, a znajdziemy w nich krótsze teksty poświęcone określonej tematyce – np. przedszkolu czy trudnym słówkom. „Basia. Wielka księga o uczuciach” jest najnowszą z nich.

Życie Basi wypełnione jest uczuciami – jedne z nich uskrzydlają, inne wpędzają w kiepski humorek. Jest ich jednak taka mnogość i rozmaitość, że nie jest łatwo połapać się we własnych emocjach, a co dopiero odgadnąć co czują inni. „Wielka księga o uczuciach” spieszy z pomocą! To rozbudowane kompendium uczuć wszelakich pokazanych z różnych perspektyw. Każda z emocji otrzymała swoją rozkładówkę (przynajmniej jedną!), gdzie wśród licznych ilustracji znalazło się miejsce na wypowiedzi różnych członków rodziny Basi opowiadających o tym w jakich momentach i co czują oraz co ich wprawia w określony nastrój. Opowie nam co nieco i najbliższa rodzina Basi, jej przyjaciele, dziadkowie, a nawet Misiek Zdzisiek i Małpka!

Bardzo podoba mi się, że książka pasuje do aktualnej rzeczywistości – między innymi pojawia się w niej niejednokrotnie koronawirus (np. przy okazji omawiania strachu), a Antek ma oceny w „librusie”, nie w dzienniku, jak za naszych czasów, kiedy to rodzice poznawali oceny dwa razy w roku na wywiadówkach.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia. Wielka księga o uczuciach, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 144 s.

Do nieco starszych przedszkolaków (o czym, poza poruszaną tematyką, mogą świadczyć również niezaokrąglone rogi oprawy) jest skierowana podseria „Basia i przyjaciele”. Głównymi bohaterami opowiadań jest zawsze jedno z najbliższych przyjaciół Basi, a ona sama jest w nich wspomniana raczej marginalnie. Tym razem głos oddano, jak już wskazuje sam tytuł „Basia i przyjaciele. Marcel” – zwierzolubnemu koledze Basi z przedszkola.

Marcel kocha wszystkie zwierzęta – od ślimaczków i robaczków, które karmi roślinkami doniczkowymi z przedszkolnej sali, aż po stworzenia pierzaste, futrzarste i czworonożne, które całkiem często znosi do domu. Na szczęście za cichym przyzwoleniem rodziców i równie dobrych sercach i braku alergii wszelakich. To naprawdę wesoły dom – pełen kociego mruczenia, skrzeczenia papugi, psiego poszczekiwania i głosów dzieci. Pewnego dnia mama Marcela przynosi do domu pieska w bardzo złym stanie – kto mógłby chcieć otruć psa?

To nie tylko wzruszająca opowieść o szanowaniu życia każdego, nawet najmniejszego stworzonka, ale również o empatii i bezinteresownej pomocy. Pojawia się w niej również motyw śmierci zwierzątka, i choć pochowane przez Marcela i jego ciocię stworzenie to tylko znaleziona polna myszka, to może być bardzo pomocna podczas rozmów o odejściu ukochanego domowego pupila.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Marcel, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Na serię o Basi i Franku, skierowaną do najmłodszych dzieci, trafiłyśmy stosunkowo późno i w formie zbiorczej „Wielkich ksiąg Basi i Franka” – dlatego też zainteresowanie mojej córki nie trwało szczególnie długo, choć i do tych opowiadań mamy sporo sentymentu. To krótkie, bardzo proste historyjki skupione wokół tematów bliskich maluszkom – poznawaniu kolorów, zwierzakom, zasypianiu, jedzeniu czy korzystaniu z nocnika.

Strasznie się cieszę, że pojawił się dodruk tych książeczek w formie kartonowej – dotychczas widziałyśmy je jedynie w bibliotekach. To niewielkie, leciutkie kartonówki z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, śliskie i błyszczące, ząbko- i ślinoodporne. Najnowsze z nich to „Basia, Franek i zwierzaki” oraz „Basia, Franek i kolory”.

Basia towarzyszy młodszemu braciszkowi w poznawaniu świata – bo wiadomo, że świat starszej siostry jest najciekawszy na świecie! Basia wprowadza Frankowi naukę kolorów – i pomaga się przebrać, kiedy braciszek, chcąc wyglądać jak ona, farbuje pomidorem swoją białą bluzeczkę w czerwone paski – oraz nazw i zwyczajów zwierząt – bawiąc się z nim w kotki, wygłupiając z Kretem, czy opiekując Kajetanem. Pełne kolorów ilustracje wypełniają całe strony, a krótki, często bardzo zabawny tekst dopełnia historie.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i kolory, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.

Prawdziwą gratką dla fanów Basi może być niewielka gra „Basia w ZOO”. Zaskoczył mnie jej format – w porównaniu basiową z grą „Łap kolory” wydaną kilka lat temu, ten tytuł jest naprawdę kieszonkowy. Co ma również swoje plusy, bo idealnie pasuje do dziecięcego plecaczka pakowanego na nocowankę u babci.

W pudełeczku znajdziemy kafelki z wizerunkami zwierząt – po trzy kafelki z danym zwierzątkiem w różnych kolorach, żetony postaci oraz instrukcję z krótkim opowiadankiem wprowadzającym graczy w fabułę gry. Wraz z rodziną Basi wybieramy się do ZOO zrobić zdjęcia zwierzętom. W tym celu będziemy odkrywać kolejne kafelki, będące naszymi zdjęciami i zbierać je. Można za jednym razem odsłonić tak dużo kafelków, ile się tylko chce, trzeba jednak uważać, by nie odkryć jednocześnie dwóch kafelków z tym samym zwierzakiem albo trzech tego samego koloru, bo w ten sposób skusimy i nie będziemy mogli zebrać odkrytych zdjęć. Jest to zatem trochę odwrotność memorów (pary zakazane!) ćwicząca zarówno pamięć, jak i umiar. I co najlepsze, występują w niej foczki – ukochane zwierzątko mojej Majki!

Basia w ZOO. Gra planszowa
Autor: Tom Delmé, David Furnal
Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo HarperKids
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 4+

Znacie Basię? Która z jej przygód jest waszą ulubioną?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Bajki Majki: „Cyferkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Nie da się ukryć, że „Literkowa książka” okazała się hitem. Okazała się wyjątkowa nie tylko ze względu na cudną formę „wydzierganych” ilustracji, ale również dzięki wspomaganiu zapamiętywania przez różne dodatkowe aktywności do wykonania przez na maluszka.

Druga część, poświęcona cyferkom, utrzymuje ten schemat – jest równie imponująca pod względem wizualnym i nie brak jej pomysłowości. Poza samym liczeniem, na dziecko czekają dodatkowe polecenia pomagające zapamiętać zarówno kształt samych cyfr, jak i odpowiadające im ilości. Przy cyferce 1 musimy wskazać, co mamy pojedynczego, np. nos, czy głowę. Przy 2 mamy dwie nogi i dwie ręce, należy więc podskoczyć i klasnąć. Na dzieci czeka też miedzy innymi wymienianie czterech pór roku, siedmiu dni tygodnia, czy nazywanie wszystkich pięciu palców.

Poza wspomaganiem wyobraźni maluszka poprzez główkowanie nad zadaniami, pomyślano również o prostej wizualizacji. Obok każdej z cyfr widzimy regał (oczywiście włóczkowy)- na samym początku jest pusty (to strasznie super, że w książce uwzględniono również zero!), po czym najpierw pojawia się na nim jeden miś, później dwie filiżanki, trzy autka, pociąg z czterema wagonikami… i tak dalej. Dzięki temu za każdym razem maluszek może policzyć pojawiające się przedmioty podczas poznawania cyfr, a następnie wykorzystać zapełniający się regał do podstawowych działań matematycznych dodając do siebie nie tylko zabawki jednego rodzaju, ale również sumując je wszystkie po kolei.

Co dwie cyfry pojawia się włóczkowa scenka rodzajowa z życia rodziny, uzupełnione krótkim wierszykiem i kolejnymi zadaniami dla małego czytelnika – trzeba na kolejnych obrazkach (w domu, na plaży, na ulicy i w przedszkolu) odszukać przedmioty, które występują po kilka razy i policzyć je.

Nie myślcie jednak, że książką kończy się wraz z cyfrą 9, co to, to nie! Po dziewiątce czytelnicy dowiedzą się czym są liczby dwucyfrowe i poznają pierwsze cztery z nich. Następnie pojawi się strona poświęcona rzeczom nieskończonym, jak gwiazdy i bakterie oglądane przez rodziców przy pomocy teleskopu i mikroskopu, a po wszystkich stronach poświęconych dodawaniu zabawek pojawi się również czas na odejmowanie.

Najfajniejsze jest jednak to, że wszystkie te wyliczanki i stopniowe zapełnianie regału zabawkami i dekorowanie ścian gwiazdkami ułożyło się w prostą fabułę – na ostatniej stronie dowiadujemy się, że do rodzinki dołączyła malutka Hania a regał wraz z zabawkami był kompletowany do pokoju małej siostrzyczki. W połączeniu ze scenkami rodzajowymi całość układa się w całkiem rozbudowaną historię pewnej szydełkowej rodzinki.

A wszystko to po raz kolejny w wytrzymałym, ząbko- i ślinoodpownym kartonowym wydaniu z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami. Nie „Cyferkowa książka” mam wątpliwości, że powtórzy sukces pierwszej części.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Cyferkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: Kącik małego miłośnika fok

Dzieci mają swoje ulubione zwierzątka i ukochane pluszaki – to oczywista oczywistość. I zazwyczaj kiedy już jakiś gatunek zostanie tym wybranym, pojawia się potrzeba posiadania wszystkiego z uroczym pyszczkiem właśnie tego konkretnego stworzenia. I nie ma problemu, jeśli dziecko zdecyduje się kochać kotki i pragnie mieć wszystko z kotami. Albo świnkami, czy konikami. Wyzwanie pojawia się w momencie, kiedy wybór pada na mniej popularne zwierzę. Przekonałam się o tym, kiedy Maja postanowiła kochać foki (co w pełnie rozumiem, bo ja również na foki wymiękam). Co więcej – kiedy postanowiła foki kolekcjonować!

Zapraszamy na przegląd naszych foczych zbiorów.

Pierwszą foką w kolekcji mojej córki była Weddelka Antarktyczna (znana jako Wallie Snow) z kolekcji pluszaków National Geographic o której już wcześniej nieco Wam pisałam. To była miłość od pierwszego wejrzenia i błyskawicznie awansowała na najukochańszą maskotkę mojej córki. Jakiś czas później dołączyła do niej „córeczka” – nieco mniejszy egzemplarz z krótszym, choć równie miłym w dotyku futerkiem (z kolekcji Basic). Po ponad roku intensywnej miłości i częstego użytkowania mogę ocenić, że maskotki NG nie tylko realistycznie oddają wygląd zwierzątka i są wykonane z bardzo przyjemnych materiałów, ale są również naprawdę wytrzymałe i odporne na tulenie i spanie w uściskach. Chociaż trzeba też zaznaczyć, że Majka o swoje ukochane foczki bardzo dba.

Następnie do naszego pluszowego stada dołączyła maskotka zakupiona na Helu, po pokazie karmienia fok. Chociaż Hel to miejsce zabawkowymi foczkami płynące i można tam znaleźć foki najróżniejszych kształtów, kolorów i rozmiarów, zdecydowaliśmy się na zakupy w oficjalnym sklepiku fokarium. Dzięki temu, robiąc zakupy, mieliśmy szansę wesprzeć działalność stacji badawczej. Tam również był spory wybór maskotek bardzo dobrej jakości. Wybór Mai padł na niewielki egzemplarz przedstawiający młodziutką fokę szarą, jeszcze w puchatym szczenięcym futerku. A przynajmniej tak nam się wydaje. Jest bardzo fajnej jakości i była stosunkowo niedroga.

Najnowszymi pupilami Majki są foczki maskotki firmy Trudi. Mam wrażenie, że ta firma jest zdecydowanie mniej znana (a przynajmniej ja wcześniej o niej nie słyszałam) i uważam, że to powinno się zmienić. Bo foczki mają cudowne, a jak przeglądałam ich ofertę innych zwierząt, to najchętniej adoptowałabym przynajmniej połowę.

Ze względu na mięciutkie i długie futerko, byłam przekonana, że większa z nich (ma ok. 20 cm i uroczą pozycję rogalika) jest odwzorowaniem szczeniaka Weddelki Arktycznej. Doczytałam jednak, że młode tego gatunku po urodzeniu mają jasnoszare futerko, które jaśnieje wraz z linieniem i dorastaniem. Czyli jest to po prostu bardzo puchata foczka i faktycznie znalazłam zdjęcia równie puchatych pierwowzorów – ale z gatunku foki grenlandzkiej i teraz już wszystko jasne, bo młode tego gatunku są właśnie bielusie i puchate. Przyglądałam się całkiem długo i odwzorowanie umaszczenia pyszczka jest naprawdę dokładne, to duży plus. Nie mam już wątpliwości.

Natomiast mniejsza z maskotek, z serii miniaturek Sweet Collection może być szczeniaczkiem Weddelki, bo kolor już jak najbardziej się zgadza. Jest leciutka, bo w przeciwieństwie do reszty naszych pluszowych foczek nie ma „groszkowego” wypełnienia, jest całkowicie materiałowa i również bardzo miła w dotyku, chociaż jej futerko jest krótsze i gładsze, niż grenlandzkiej koleżanki. Sznurkowe uszko na grzbiecie pozwala na doczepienie maskotki do kluczy lub plecaka. Bardzo podoba mi się pomysł, by nie doczepiać do maskotki kółka do kluczy – można to bez problemu zrobić samodzielnie, jeśli chcemy wykorzystać ją w taki sposób albo przytwierdzić ją za pomocą sznurka, czy kawałka gumki. A jednocześnie zbędny metal nie przeszkadza w tuleniu i zabawie.

Miłość do fok skłoniła mnie do dokładniejszego przyjrzenia się figurkom kolekcjonerskim Collecty. W przebogatej ofercie tej marki wyszperałam dwie foki – dorosłą fokę pstrą (to figurka wielkości L) oraz długowłosą młodą fokę pstrą (rozmiar S). Czyli dla mojego dziecka idealnie – mamusia i córeczka. Jeszcze nie wiem, jak się przyjmą, bo Maja znajdzie je dopiero w jednym z jajek porzuconych w ogrodzie przez Zajączka, ale mi osobiście bardzo się podobają – są ładnie wykonane, wydają się wytrzymałe i zostały oddane z dużą szczegółowością, na ile mogę to ocenić porównując foczki ze zdjęciami znalezionymi w internecie. Przeczuwam, ze to będą idealne foczki do kieszonki – towarzyszące mojej przedszkolaczce zawsze i wszędzie. Kto by nie chciał mieć swojej foki zawsze przy sobie?

Z nieco dziwniejszych pomysłów, mamy też w swoich zbiorach lalkę Enchantimals Sashay Seal przypominającą fokę wraz z foką w roli pupila o imieniu Blubber (i w czapeczce!). Nie mam pojęcia o co chodzi w tym bziku, nie widziałam bajki, ale całkiem niedawno wszystkie koleżanki Mai przeżywały prawdziwy szał na „Enszantimalsy”. Te lalki były wszędzie i moje dziecię również zapragnęło takowe posiadać. Fokę i kotka. I jak kotka udało się znaleźć jako pojedynczą lalkę (łatwo, niedrogo, w Biedronce), tak foki musiałam się sporo naszukać. To znaczy Święty Mikołaj szukał. Oczywiście tu już nie było tak bezproblemowo, bo foka występowała wyłącznie w całym zestawie z lodową krą, przeręblem, igloo i zestawem wędkarskim. Ale czego się nie robi dla foczej pasji dziecka? Najważniejsze, że jest radość.

Jakiś czas temu, chcąc połączyć dwie pasje mojej córki – foki i puzzle – oraz zdobyć chwilę dla siebie, rozpoczęłam poszukiwania foczych puzzli. Znalazłam uroczą układankę ze szczeniaczkiem foki szarej na olx. 100 elementów, więc nie za łatwe, ale do ułożenia dla pięciolatki. Okazało się, że wydawcą puzzli jest Stacja Morska Instytutu Ocenaografii UG na Helu, a na pudełku znalazło się również miejsce na focze ciekawostki. Podczas wizyty na Helu w przyszłym roku zdecydowanie poświecimy więcej uwagi foczym gadżetom.

Jakaż była radość, kiedy okazało się, że w najnowszej grze „Basia w ZOO” na podstawie jednej z najulubieńszych majkowych serii literackiej, wśród zwierzątek, które się zbiera występują też foki. I to na trzech kolorach kafelków! W naszej wersji zasad nie wygrywa ten, kto zrobi najwięcej zdjęć, czyli zbierze najwięcej płytek ze zwierzętami, jak to piszą w instrukcji. U nas wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej płytek z fokami. A że są tylko trzy to i walka jest zacięta!

To by było na tyle, jeśli chodzi o focze gadżety. Ale skąd brać wiedzę o foczkach? Zwłaszcza, ze z gradem pytań przedszkolaka nie ma przecież mocnych. W książeczkach dziecięcych poświęconych zwierzętom a przynajmniej w tych z naszych zbiorów, foki pojawiają się sporadycznie – jako ilustracja, albo jedna/dwie ogólnikowe ciekawostki.

Zaczęłyśmy więc od wypożyczenia encyklopedii „Tundra i morza polarne”, w której foki miały cały rozdział tylko dla siebie. To był duży zastrzyk wiedzy – niestety nie tylko tej pozytywnej, bo musiałam się nieźle natłumaczyć ludzkość z polowania na foki dla tłuszczu i futra. Dodatkowym atutem było całkiem sporo przeuroczych zdjęć małych i dużych foczek. Mimo brutalnych fragmentów i dość ciężkiego języka (to jednak z założenia nie jest pozycja dla przedszkolaków) uważam, że to był całkiem udany początek, pozwolił zbudować solidne podstawy.

Encyklopedia dzikich zwierząt. Tundra i morza polarne, Warszawa: Wydawnictwo Delta w-Z, 1992, 168s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Następnie trafiłam na świetną książeczkę fabularną Renaty Kijowskiej „Hela Foka. Historie na fali”, w której fikcyjne przygody dzielnej foczki dzieją się w jak najbardziej realnej przestrzeni, z wykorzystaniem faktów i ciekawostek z historii helskiego fokarium i samego Bałtyku. Choć przygody fok pochodzą z wyobraźni autorki, sami bohaterowie istnieją naprawdę, a część z nich można odwiedzić przy okazji letniej wycieczki na półwysep. Książka składa się z 14 rozdziałów, z których każdy jest osobną przygodą foki Heli po wypuszczeniu na wolność. Rozdziały kończą się przytoczeniem ciekawostek i faktów, które zostały wykorzystane do budowania opowieści. Dowiemy się między innymi o śpiewających wielorybach, które czasami zawędrują do Bałtyku, o foczych drzemkach pod wodą, podmorskich tatusiach na medal, czy nieodpowiedzialnych zachowanych turystów. To całkiem obszerna pozycja, którą można czytać samodzielnie ciągiem, albo z młodszym dzieckiem rozdziałami – na pewno starczy nam na dłużej i czeka ją jeszcze niejedno czytanie. Sympatyczna treść uzupełniają śliczne ilustracje Anny Łazowskiej pojawiające się co kilka stron.

Renata Kijowska, Hela Foka. Historie na fali, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 160 s.

Fokom jest również poświęcona jedna z książeczek z serii „Czytam sobie” – „Figle w fokarium”. Maja powoli zaczyna łączyć literki, więc myślę, że ten tytuł przyda nam się całkiem niedługo, szczególnie, że to pierwszy poziom wtajemniczenia. Historia jest bardzo prosta – krótkie zdania opisują codzienność w fokarium i pomoc fokom, jaką zajmują się jej pracownicy. Atrakcyjne ilustracje wypełniają całe strony, na dole każdej z nich znajduje się zdanie duża czcionką, opisujące co widzimy na obrazku. Trudniejsze wyrazy zostały wzięte w dymek i podzielone do literowania. Co prawda wydaje mi się, że nie wszystkie wyrazy są adekwatne do tego poziomu odbiorcy, wolałabym chyba, żeby dziecko rozumiało słowa, które czyta, w końcu już samo połączenie ich w wyraz to wyzwanie, lepiej żeby był to wyraz znany. A takie słowa jak „nadobna”, czy „kuruje” mogą stanowić problem. Wolałabym chyba bardziej popularne zamienniki, np. „Medyk leczy” zamiast „Medyk kuruje”. Ale może tak jest bardziej edukacyjnie. Po przeczytaniu tekstu, na dziecko czekają trzy pytania sprawdzające poziom jego zrozumienia. I to, co najważniejsze, czyli naklejki w nagrodę. A te są wybitnie sympatyczne i urocze – dla fana fok po prostu wymarzone.  

Marcin Sendecki, Figle w fokarum. O fokach z Helu, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 32 s.

Ustęp o fokach znajdziemy również w przesympatycznej pozycji „Bałtyckie zwierzaki”, którą również przywieźliśmy kiedyś z Helu w ramach pamiątki. Na książkę składa się 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku języka.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Znacie jeszcze jakieś książki z fokami w roli głównej? Albo focze gadżety do naszej kolekcji? Koniecznie dajcie znać, bo ten szał chyba szybko nie minie ;)

Wpis powstał we współpracy z dystrybutorem zabawek Dante.

Bajki Majki: Wielkanoc i wiosna w książkach dla dzieci cz. 2

„Gdyby jajko umiało mówić i inne opowieści” Renaty Piątkowskiej to zbiór 9 opowiadań poświęconych tradycjom różnych świąt. Znajdziemy tu zwyczaje wielkanocne i bożonarodzeniowe, ale również noworoczne, andrzejkowe czy walentynkowe. Aż cztery z nich poświęcone są świętom wiosennym – topieniu Marzanny, śmigusowi – dyngusowi, Prima Aprilisowi i pisankom.

Pełne psot opowiadania zostały skonstruowane w oparciu o dialog międzypokoleniowy – psotnym dzieciom o genezie kultywowanych przez nich po dziś dzień zwyczajów i o tym „jak to kiedyś bywało” w większości przypadków opowiadają dziadkowie – w końcu któż lepiej pamięta wrzucanie ładnych panien do jeziora i smaganie im łydek drewnianymi witkami albo ludowych zwyczajów leczenia chorób poprzez przykładnie jajka (a następnie wyrzucanie go jak najdalej) niż dziadek?

Wyjątkiem jest opowiadanie o Marzannie, którą to dzieci wykonują w przedszkolu pod przewodnictwem swojej Pani. Ale niestety wychowawczyni nie pozwoliła ubrać kukły w najlepszą „małą czarną” mamy ani biustonosz siostry, nic więc dziwnego, że utopienie przedszkolnej marzanny wcale nie przegoniło zimy. Wobec tego bohaterki opowiadania decydują się zrobić swoją własną, ale oczywiście dużo lepszą personifikację odchodzącej zimy. A jak wiadomo, dziecięca kreatywność może zaskoczyć. Podobnie rzecz ma się podczas wymyślania pierwszokwietniowych kłamstewek czy dekorowania pisanek.

Opowiadania zostały całkiem sympatycznie zilustrowane przez Artura Nowickiego. Znajdziemy tu zarówno ilustracje całostronicowe, jak i drobne ozdobniki urozmaicające kolumny tekstu.

Zupełnie nie mogę jednak zrozumieć kolejności opowiadań. Książkę rozpoczynają Mikołajki i Wigilia, następnie są Andrzejki, po nich święta wiosenne, ale zdobienie pisanek znajduje się dopiero po śmigusie-dyngusie. A Walentynki znajdziemy tuż przed Sylwestrem i Nowym Rokiem. Zastanawiałam się nad tym dość długo i wciąż nie wiem dlaczego akurat tak.

Renata Piątkowska, Gdyby jajko mogło mówić i inne opowieści, Warszawa: Wydawnictwo Bis, 2012, 88 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

 „Cecylka Knedelek i Wielkanoc” to pierwsza książeczka z serii poświęconej tej bohaterce, którą miałyśmy przyjemność czytać i okazała się bardzo pomysłowym założeniem. Pierwsza połowa książki to pociesznie ilustrowana historyjka o przygotowaniach do świętowania Wielkanocy w Knedelkowie i o pewnej gąsce, która postanowiła w tym roku zupełnie nie czuć ducha świąt. Stała się wobec tego pierzastą wersją Wielkanocnego Grincha.

Nie znajdziemy tu wiele informacji o pochodzeniu danych tradycji, są jedynie kilkukrotnie wymienione czynności – głównie okołokuchenne – podejmowane w przedświątecznym rozgardiaszu. To raczej opowiastka oswajająca z tematem, niż źródło wiedzy. UWAGA! Ostrzegam, że skwaszona gąska próbuje wmówić dzieciom, że Wielkanocny Zajączek nie istnieje, a prezenty podrzucają rodzice!

Natomiast druga część książki to zbiór wielkanocnych przepisów kulinarnych opatrzonych prawdziwymi zdjęciami. Zarówno pod względem formy, jak i poziomu wykonania zostały one dopasowane do możliwości najmłodszych, są więc fajną inspiracją do rodzinnego kucharzenia. Kanapki-myszki to pomysł, obok którego nie sposób przejść obojętnie niezależnie od pory roku!

Joanna Krzyżanek, Marcin Cisel, Cecylka Knedelek i Wielkanoc, Kielce: Wydawnictwo Jedność, 2008, 60 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Natomiast bardzo dużą dawkę tradycji Wielkanocnych znajdziemy w książce Anny Jankowskiej „Opowiedz mi, mamo. Polskie zwyczaje i obrzędy wielkanocne”. Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli nazwę ją kompendium wiedzy o wielkanocnych zwyczajach – znajdziemy tam informacje o ich znaczeniu, genezie i odmianach zależnych od regionu.

Dowiemy się między innymi jakie tradycje towarzyszyły niegdyś kolejnym dniom Wielkiego Tygodnia, czym były grumadki i kim byli śmigurciarze, jak wyglądało turlanie jajek, w jaki sposób można zdobić jajka, co symbolizują określone kolory i kształty oraz jak z nich później sobie wróżyć, skąd przykicała do nas koncepcja wielkanocnego zajączka i dlaczego oblewano niegdyś drzwi domów… żurkiem. Poznamy znaczenie pokarmów, które niesiemy w koszyczkach do święcenia i innych potraw ze świątecznego stołu oraz oryginalnie brzmiące regionalne życzenia świąteczne.

A wszystko to przedstawiono w sposób zrozumiały dla malucha, posługując się narracją rozmowy mamy z dzieckiem i w atrakcyjnej oprawie graficznej – nie tylko z ilustracjami pomagającymi wyobrazić sobie dane zwyczaje, ale również z wyróżnianiem ważniejszych kwestii w ramkach oraz stosowaniem wytłuszczeń i kolorów w tekście.

Anna Jankowska, Opowiedz mi, mamo. Polskie zwyczaje i obrzędy wielkanocne, Warszawa: Instytut Wydawniczy Pax, 2012, 48 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Jak przed każdymi świętami, nie mogło u nas zabraknąć książeczek z zadaniami i kolorowankami – to fajne przygotowanie do świętowania utrwalające wiedzę o świętach i związanych z nimi tradycjach poprzez pracę plastyczną. A i często skutkiem są dekoracje i upominki dla bliskich.

W naszym stałym repertuarze są wypychanki – na rynku jest mnóstwo różnorodnych propozycji, dzięki czemu co roku można zaopatrzyć się w nowy tytuł i uzyskać odmienne papierowe ozdoby. U nas tym razem stanęło na tytule z wydawnictwa Zielona Sowa „Wielkanocne Dekoracje”. Zawsze się cieszę, kiedy w zestawie jest wielkanocny baranek, którego można dodać do koszyczka, bo zawsze mi brakuje, więc pod tym względem jestem bardzo zadowolona, powstaną też między innymi dekoracje na okno i trójwymiarowe pisanki do zawieszenia. Zwykle w tego rodzaju książeczkach, poza samymi zadaniami naturalnymi, znajdziemy również kilka słów o zwyczajach i tradycjach oraz garść ciekawostek.

Wielkanocne dekoracje, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2020, 12 s.

Nie mogło zabraknąć również kolorowanek! „Kolorowa Wielkanoc” to zeszyt tematycznych obrazków do kolorowania z naklejkami. Zdecydowanie to malowanki wiodą tu prym, ale znajdą się również zadania logiczne i zagadki, a przy drobnej pomocy nożyczek powstaną również dwie świąteczne kartki-laurki do wręczenia bliskim.

Ewa Gorzkowska-Parnas, Kolorowa Wielkanoc, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2020.

I jeszcze na koniec dwie urocze książeczki w tematyce wiosennej:

Nie wiem jak to się stało, że nie pokazałam Wam wcześniej, kiedy opisywałam wielkanocne książeczki dla maluszków „Liczymy króliki”, bo ta seria rozkładanych pop-up’ów była absolutnym hitem kiedy moja córa była mała – właściwie niezależnie od tematu, bo mieliśmy sporo różnych tytułów – i o Bożym Narodzeniu, i o ZOO i tą wiosenną o króliczkach. Aż jestem w szoku w jak dobrej kondycji zachował się ten egzemplarz, bo Maja zwykle zaczytywała je na śmierć.

Bardzo prosta fabuła, nieskomplikowane ilustracje, tekst w formie prostych, wpadających w ucho wierszyków i bardzo atrakcyjna forma ruchomej rozkładanki. Na każdej z 5 rozkładówek liczymy króliczki – od 1 do 5, a same króliczki pochłonięte są różnymi czynnościami, bardziej lub mniej typowymi dla królików – jedzą marchewki, skaczą, mieszkają w polu, głaszczą pyszczki i…toczą bitwy na poduszki.

Jan Kazimierz Siwek, Liczymy króliki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2017, 10 s.

Wiosenny dodatek do mojej ukochanej książki „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” polecałam Wam już w zeszłym roku, jednak wtedy nie była ona dostępna w sprzedaży w języku polskim. Strasznie się cieszę, ze wydawnictwo HarperKids zdecydowało się wydać książeczki o zającach i porach roku, bo są po prostu urocze. „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest wiosna” poświęcona została tematowi nieustannych zmian, jakie zachodzą w przyrodzie

Duży Zając pokazuje Małemu pierwsze oznaki odradzającego się po zimie życia i tłumaczy mu, w co niedługo się przemienią – kijanka w żabę, jajka w pisklęta, a pisklęta w dorosłe ptaki. A w co przemienią się małe brązowe zajączki?

Tym razem książeczki zostały wydane w znacznie mniejszym formacie niż pierwsza historia i w twardej oprawie (w przeciwieństwie do miękkiej oprawy wersji angielskiej). Na początku byłam trochę sceptyczna do tego pomysłu, ale kiedy już trafiły w moje ręce dochodzę do wniosku, że to im tylko dodaje uroku. No słodziutkie są!

Sam McBratney, Anita Jeram, Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest wiosna, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Z czym jeszcze, poza królikami, kojarzy mi się wiosna i budząca się do życia przyroda? Z również się budzącym robactwem wszelakim, za którym szaleje moja córka.

Wszystkim przedszkolakom podzielającym tą sympatię do stworzonek maleńkich serdecznie polecamy strasznie fajny tytuł „Nie tylko robale”. Bardzo mi się spodobało, że książka zaczyna się swoistym dekalogiem miłośników robaczków – staraj się nie przeszkadzać pszczołom, nie nadepnij na ślimaka, traktuj delikatnie koniki polne, nie dotykaj skrzydeł motyla – to są super ważne sprawy!

Następnie każda kolejna z 11 rozkładówek jest poświęcona danej grupie stworzeń – między innymi pszczołom, ważkom, motylom i ćmom, mrówkom, żuczkom, czy konikom polnym. Robale zostały przedstawione w sposób łączący ze sobą encyklopedię dla dzieci ze zbiorem luźno połączonych ze sobą ciekawostek, bo informacje (niektóre zupełnie zaskakujące!) podawane się wyrywkowo wśród licznych ilustracji. Fantastycznych ilustracji warto wspomnieć – wesołych, bardzo barwnych i sympatycznie antropomorficznych. Na widok tak poczciwych pająków nie sposób się wzdrygnąć.

Ostatnie strony poświęcono wyrywkowym ciekawostkom na temat stworzeń, które nie znalazły dla siebie osobnego rozdziału, jak muchy, cykady czy moje ulubione niesporczaki.

Jest pouczająco, wesoło, ładnie, zabawnie i ciekawie. Super sprawa.

Matt Robertson, Nie tylko robale. Mrówki, ślimaki, patyczaki i inne niesamowite zwierzaki, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2021, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Miasto upadłych aniołów” Cassanda Clare

Myślałam, że Dary Anioła to trylogia (swoją drogą wydaje mi się, że był tak napisane w jednym z blurbów pierwszych części) i to już koniec przygód Clary i Jace’a jako pierwszoplanowych bohaterów. A tu niespodzianka, mają dla siebie kolejne 3 książki! To znaczy mają je dla siebie od lat, ale ja mam taki szybki czas reakcji…

Jeśli czytelnik spodziewa się, że po pokonaniu Valentina i ostatecznym rozwiązaniu kwestii bycia i nie bycia rodzeństwem Jace i Clary nareszcie będą mogli w spokoju randkować i cieszyć się urokami miłości i młodości, to oczywiście jest w błędzie. Jace jest dręczony przez koszmary i obawy, które nie pozwalają mu zbliżyć się do ukochanej. A nocne mary mają coraz większy wpływ na rzeczywistość. Tymczasem Simon nie do końca odnajduje się w byciu wampirem – mimo niespodziewanej eksplozji zainteresowania płci przeciwnej jego osobą nie radzi sobie z samotnością – coraz mniej pasuje do świata Przyziemnych i nie jest w stanie dłużej oszukiwać swojej rodziny, w klanie wampirów nie ma dla niego miejsca, a Nocni Łowcy nie traktują jego gatunku z sympatią. Dlatego kiedy otrzymuje nieoczekiwaną propozycję, będzie musiał dobrze się zastanowić, czy jej nie przyjąć. Nawet w idealnym związku Aleca i Magnusa pojawiają się zgrzyty. Swoją drogą jak dotychczas najbardziej na świecie lubiłam czarownika, tak zaczynam mieć również coraz więcej sympatii do Alexandra, to zdecydowanie moi ulubieńcy. Chociaż Simona też nie sposób nie polubić.

Podczas czytania tej części niesamowicie drażniły mnie błędy, których niestety całkiem sporo umknęło w korekcie. I odmiana imienia „Jace”. Jakoś naturalniej wydaje mi się odmienianie „zmierzyła wzrokiem Jace’a” niż „Jace’ego”. Niestety nie pamiętam, jak było w poprzednich częściach, a zdążyłam już oddać je do biblioteki. Może ustalono tak od początku, a dopiero teraz zaczęło mi przeszkadzać?

Mimo to strasznie fajnie wrócić do tego świata. Są demony, spiski, tajemnicze morderstwa, chłopięce przekomarzania, sporo mrożącej krew w żyłach masakry i niezła dawka poczucia humoru, które tak mi w tej serii pasuje.

Cassandra Clare, Dary Anioła T. 4: Miasto upadłych aniołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 438 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Bajki Majki: „Dzielna małpka” Marta Altés

„Im jesteś mniejszy, tym większe możesz mieć przygody. A co najważniejsze… tym większe wydają się objęcia”.

Właśnie skończyłyśmy z Mają czytać wszystkie książeczki Marty Altés z naszych zbiorów i przypomniało mi się, jak bardzo lubię ta autorkę (recenzje jej pozostałych książek przeczytacie TU, TU i TU). Jej opowiastki są pełne optymizmu, humoru i dobrej energii. A przy tym cudownie ilustrowane, kipiące kolorami i pełne sympatycznych bohaterów.

Życie nie jest proste, kiedy jest się najmniejszym w stadzie. Kiedy łapki są za krótkie, by sięgnąć upatrzonej liany, rodzina i przyjaciele zbyt wysocy, by wyjrzeć zza ich pleców, przyjemne bajorko zbyt głębokie na relaksującą kąpiel, a wszyscy tylko powtarzają, że coś jest zbyt niebezpieczne albo zbyt trudne dla kogoś tak małego. Szczególnie, kiedy osobnik nieszczególnie imponujących rozmiarów czuje, że został stworzony do rzeczy wielkich.

Mała małpka podejmuje więc wielką decyzję – planuje wdrapać się na najwyższe drzewo w dżungli, by pokazać wszystkim do czego jest zdolna. Wyrusza więc na wyprawę najeżoną przeciwnościami, podczas której dostrzega całą masę malutkich i przy tym pomysłowych i pełnych samozaparcia stworzonek, które pomagają jej odnaleźć własną drogę i przekuć swoją słabość w atut.

Szybko okaże się także, że mała małpka ma naprawdę WIELKIE szczęście, bo zapatrzona w swój cel i nie jest świadoma niebezpieczeństwa, które skrada się za nią krok w krok.

Śliczny, wesoły, podnoszący na duchu i dodający pewności siebie picturebook dla przedszkolaków. Razem z Mają gorąco polecamy wszystkim małym psotnikom – nie tylko tym lubującym się w bananach.  

Marta Altés, Dzielna małpka, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Grajki Majki: „Eksplodujące kotki”

Dzisiaj zdecydowanie tytuł z cyklu „Grajki Matki”.

Eksplodujące kotki” to taka sympatyczna wersja rosyjskiej ruletki, tylko zamiast pistoletu są w niej karty, a zamiast kul kotki. Bardzo przyjazne kotki, które wysadzą Cię w powietrze.

Gra polega na tym, żeby przetrwać jak najdłużej. I można w tym celu robić co tylko się da, by utrzymać się na powierzchni, albo próbować wsadzić na minę innych graczy, by poszli na dno szybciej od Ciebie.

W talii są 4 eksplodujące kotki. Każdy z graczy w swojej kolejce losuje kartę z wierzchu talii. Jeśli wyciągnie eksplodującego kotka, przegrywa. Ale żeby nie było nudno, każdy ma też w ręku karty, których zagranie (dopuszczalne przed dobraniem karty ze stosu) może nieco zmienić los i uchronić go przed okrutną śmiercią. Przy pomocy odpowiednich kart można rozbroić wybuchającego kotka, podejrzeć co kryje się na szczycie stosu, wykpić się z dobrania karty korzystając z karty ataku lub pominięcia, można też podebrać karty przeciwnikowi albo pokrzyżować mu szyki kartą negującą jego rozpaczliwe działania albo potasować talię.

Świetnie, że działanie każdej karty jest opisane bezpośrednio na niej, w związku z czym instrukcja mogła zostać skrócona do minimum. A jak nie za dobrze nam idzie w czytanie, to i tak można ją obejrzeć w formie filmu. A wszystko i tak sprowadza się do „Zagraj albo spasuj, a potem dobierz”.

Niewątpliwym plusem jest fakt, że nawet kiedy akurat padło na Ciebie i spektakularnie wybuchasz, jest to na tyle satysfakcjonujące, że nie sposób czuć goryczy porażki. Nie udało mi się wygrać ani jednej rozgrywki, a i tak bawiłam się przednio. No i rozgrywka jest na tyle dynamiczna, że nawet osoba, która odpadła pierwsza nie wynudzi się za bardzo czekając na kolejne rozdanie.

A jeśli chodzi o humor i estetykę ilustracji? Hmmm… niektóre z memów na kartach faktycznie są zabawne ale większość jest dość kontrowersyjna, jako że uskutecznia się tu humor raczej kloaczny. Znajdzie się sporo włosów na plecach i brodzie, enchilada z mięsem jednorożca, królikoraptory, Kartoflokot Włochaty, kozi mag, niepokojące wiewiórki, dużo krabów, pierdzenie i rzyganie tęczą. Ale będą też słodkie Tacokoty, Kotowoce Arbuzowate i kototerapia.

To zdecydowanie nie jest gra familijna, chyba że ktoś ma już rodzinę raczej wyrośniętą. Albo bardzo wyluzowaną. W moim odczuciu to typowa imprezówka, a im więcej osób, tym ciekawiej. Warto zaopatrzyć się do niej w jakiś alkohol (chyba, że faktycznie macie 12 lat, jak napisano na opakowaniu, to wtedy nie), bo chociaż sama grałam na trzeźwo, to w pewnym momencie brakowało mi tego rodzaju wsparcia.

Jestem szczęśliwą posiadaczką wersji gry 12+, wolę się nawet nie zastanawiać co się wyprawia w edycji dla dorosłych, bo jest i taka 18+.

Eksplodujące kotki. Gra karciana dla ludzi, którzy kochają koty i wybuchy i lasery i czasem kozy.
Autor: Asmodee Group
Wydawnictwo: Rebel
Liczba graczy: 2-5
Sugerowany wiek: 12+