Bajki Majki: „Klasyka dla smyka” Julian Tuwim, Jan Brzechwa

To już druga propozycja zbioru najsłynniejszych wierszyków dla maluszków od Wydawnictwa Papilon – „Klasyka dla smyka” pasuje formą do „Zasypianek” zawierających równie znane rymowanki i kołysanki dla maluszków. Coś mi się wydaje, że szykuje się ponadczasowa seria egzemplarzy obowiązkowych w dziecięcej bliblioteczce.

To również nasza druga książka z poezją Brzechwy i pierwsza (poza „Lokomotywą”) ze zbiorem wierszyków Tuwima. Zauważyłam jakiś czas temu, że gruby tom bajek Brzechwy, który świetnie sprawdzał mi się kiedy Majka była jeszcze leżącym bobasem, obecnie zupełnie wypadł z obiegu i smętnie zalega na półce – jest po prostu zbyt gruby i nieporęczny, szczególnie, że wciąż czytamy tylko kilka ulubionych tytułów. Co ciekawe, we wczesnym dzieciństwie Bobasa leżakująca na przewijaku czy macie gimnastycznej uwielbiała słuchać Brzechwy właśnie. Ale wyłącznie wierszy o morskiej tematyce – o sumie matematyku, rybach, żabach i rakach, czy śledziach. Więc w gruncie rzeczy, mimo wielkiego zbioru i tak czytałam może 10 na okrągło.

Oczywiście w małej książeczce wybór wierszy jest bardzo ograniczony – to tylko 6 wierszy Tuwima i 10 Brzechwy. I żadna nie jest o rybach (w sumie to na całe szczęście, bo nie mogę już na nie patrzeć). Za to w jednym miejscu zabrano najlepsze z najlepszych, wierszykowe szlagiery dzieciństwa, dzięki czemu mamy łatwy dostęp do najsłynniejszych rymowanek bez konieczności szperania w opasłych tomiszczach.

To wierszyki, które sprawdzą się w każdym wieku – od urodzenia aż do podstawówki, kiedy to nadejdzie czas uczenia się rymów na pamięć i recytowania na szkolnych apelach. Chociaż jako ściąga sprawdzi się raczej kiepsko – trudno upchnąć w kieszeni.

Za to twarda tekturka stron z pewnością oprze się terrorowi ząbkowania i kapiącej śliny młodych koneserów literatury. Fantastycznie, że rogi stron zostały bezpiecznie zaokrąglone – da się żyć, nawet, kiedy spadnie na stopę (sprawdzone…). Warto również wspomnieć, że jak na kartonówkę, „Klasyka dla smyka” jest stosunkowo lekka, sprzyja więc samodzielnej lekturze. A niewielki, kwadratowy format pozwala na wygodne trzymanie przez rodzica – nawet w jednej dłoni, podczas gdy drugą ręką trzeba podtrzymywać na kolanach wiercącą się latorośl.

Bardzo dobrze się sprawdza u mojej Prawie Trzylatki – ilustracje Anny Kaszuby-Dębskiej i Ewy Poklewskiej-Koziełło są interesujące i dużo się na nich dzieje (to chyba pierwszy raz, kiedy nie potrafię jasno zadecydować, które opracowanie podoba mi się bardziej), wybór wierszy broni się sam już od pokoleń, a czytająca mama często nie musi nawet patrzeć do tekstu, więc jest jeszcze wygodniej.

Atrakcyjna wizualnie, wygodna, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ponadczasowa lektura.

Super pomysł na jeden z pierwszych prezentów dla maluszka. Trochę trudno napisać dedykację, ale pisak do płyt w dłoń i dla chcącego nic trudnego. A pamiątka na lata, bo ładna, niewielka i wytrzymała.

To prawda, że klasyka zawsze się obroni. A w takim wydaniu, to nic trudnego.

Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Klasyka dla smyka, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Fałszywy pocałunek” Mary E. Pearson

Młodziutka księżniczka popełnia jedną nie do końca rozważną decyzję pragnąc podążać za swoimi marzeniami. Jednak, w przeciwieństwie do bohaterek adaptacji Disneya, Lia musi stawić czoło konsekwencjom swoich działań. A te mogą być fatalne.

Tym razem trafiłam na fantastykę w zdecydowanie kobiecym wydaniu. Jest tu mnóstwo emocji, sporo o roli kobiety w społeczeństwach, babskiej intuicji i tak popularnym podążaniu za głosem serca.

A wszystko to w bardzo intrygującym świecie pełnym „darów”, czyli bliżej nie określonych magicznych umiejętności, wyjątkowo rozwiniętego kultu półmitycznych przodków i wynikającej z niego roli pierworodnych córek oraz niepokojących pieśni będących jednocześnie modlitwą i historią przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Świecie znajdującym się na krawędzi wojny. Wojny, o której tak naprawdę nic nie wiemy, przez co jest jeszcze straszniej.

Jako czytelnicy, mamy szansę poznać ten konflikt z perspektywy średnio zorientowanego mieszkańca jednego z trzech zwaśnionych królestw – nie za bardzo mamy pojęcie o motywach najeźdźców, kulturze przeciwników i bieżącej sytuacji.

Jednak przede wszystkim widzimy świat oczami księżniczki stawiającej opór wobec zaaranżowanego małżeństwa i tradycji, i choć narracja się zmienia dając nam przebłyski perspektywy innych osób, zdecydowanie odczuwamy wszystko sercem Lii.

Jeśli czegoś mi brakowało, to zdecydowanie mapy. Mamy tu do czynienia z konfliktem trzech państw oddzielonych od siebie pasem „ziemi niczyjej”, nie wiemy jednak nic o ich wzajemnym położeniu, ukształtowaniu terenu, czy choćby wielkości. A abstrahując już zupełnie od sytuacji politycznej, bohaterowie będą dużo podróżować i aż chciałoby się skonfrontować barwne opisy natury z wizualnym przedstawieniem drogi. Oj tak, mapa by się przydała.

To zupełnie inne podejście do fantastyki niż to, do którego przywykłam – przede wszystkim ze względu na babską perspektywę. Ale mimo mrocznych przepowiedni, ciążącego fatum i porywów serca raz w jedną, raz w drugą stronę (i tych okropnych okładek – naprawdę mam awersję do przedstawień wyfotoszopowanych kobiet w strojach nie mających nic wspólnego z fabułą i wiecznie niedomykającymi się ustami!), nie jest ckliwie i naiwne, a przynajmniej ja nie odniosłam takiego wrażenia. Dlatego z przyjemnością sięgnę po drugi tom „Kronik ocalałych”, szczególnie, że czyta się szybko i sprawnie. I nawet jeśli momentami pozornie nic się nie dzieje, to jednak się dzieje.

Tylko na smoki czekam z utęsknieniem, proszę dajcie mi smoka! Smoka i mapę, a będę szczęśliwa!

Mary E. Pearson, Fałszywy pocałunek, Kraków: Wydawnictwo Initium 2017, 544 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką! 2018”, serdecznie dziękuję organizatorom i sponsorom imprezy za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Grajki Majki: Tor kulkowy Cuboga Premium, Quercetti

Swój pierwszy tor kulkowy Bobasa dostała jeszcze za kompletnego maluszka – na przyssawki do wanny, napędzany wodą z kranu. To był niekwestionowany strzał w dziesiątkę, dlatego powoli zaczęłam rozglądać się za podobną zabawkę, ale wymagająca nieco więcej kombinowania. I nie wymagającą godzinnej kąpieli.

Nie spodziewałam się zupełnie, że trafię na tak fajną zabawkę. Towarzyszy nam już któryś wieczór z kolei i nie wygląda, jakby się miała szybko znudzić.

Tor kulkowy Quercetti Cuboga Premium przestrzenna układanka-łamigłówka. Trzeba ułożyć trasę dla pędzącej kulki mając do wykorzystania aż 50 plastikowych elementów, które można łączyć ze sobą w niemalże dowolny sposób. Zestaw zawiera trzy kolorowe kulki, dwie długie niebieskie szyny, sześć krótkich żółtych szyn, czternaście czerwonych kostek z dwoma dziurkami na kulkę i… dużo cienkich białych łączników. Elementy są duże i poręczne, dzięki czemu zabawa nie sprawia trudności nawet mojej Jeszcze Nie Trzylatce.

Mocnym plusem zabawki jest przejrzysta, obrazkowa instrukcja, z którą bez problemu poradzi sobie również kilkulatek. Zawiera zarówno jasno przedstawiony sposób łączenia ze sobą poszczególnych „klocków”, jak i kilka propozycji ułożenia toru o różnym stopniu trudności.

Właściwie to nie wiem, kto bawi się lepiej – Maja, czy Majotata. Ale po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że w sumie upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu – oni się świetnie bawią, a ja mam chwilę spokoju na napisanie recenzji. Bo ciszy to nie, Vincent ukradł jedną kulkę i tarabani nią po parkiecie. Tak gdyby ktoś miał wątpliwości, czy nasze testy wytrzymałościowe aby na pewno są dostatecznie wymagające.

Ale to właśnie wytrzymałości tyczy się moja jedyna krytyczna uwaga – białe elementy są bardzo delikatne i łatwo pękają, co bywa problemem szczególnie przy demontażu toru. Dlatego lepiej, żeby rozbieraniem konstrukcji zajął się dorosły (a wiadomo, że psucie jest najfajniejsze). Najlepiej mama, bo to u nas w domu jedyna osoba z odpowiednim wyczuciem. Czyli jak zwykle – oni się bawią, ja sprzątam.

DSC_0909

Podsumowując: tego rodzaju układanka to sprawdzony pomysł na rodzinny wieczór. A nawet całkiem sporo wieczorów, bo kombinacji jest dużo i nic nie stoi na przeszkodzie w wymyślaniu kolejnych autorskich konstrukcji. Rozwija wyobraźnię, motorykę małą i umiejętność myślenia przyczynowo skutkowego. Świetnie sprawdzi się jako czasozajmowacz dla rodzeństwa – również ze sporą różnicą wieku, jako pomoc w nawiązywaniu więzi między rodzicem, a dzieckiem, a także do samodzielnych eksperymentów dla nieco bardziej cierpliwego malucha.

Jedyny minus to wytrzymałość, obawiam się, że nie jest to inwestycja na kilka pokoleń – mam wrażenie, że łączniki dość szybko się zużyją. Poza tym jest super.

Tor kulkowy Cuboga Premium
Firma: QUERCETTI
Sugerowany wiek: 3-9 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Bajki Majki: Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. T 1. „Tajemnica diamentów” oraz T 25. „Tajemnica zamku”

Maja jest jeszcze zdecydowanie za mała na kryminały, dlatego ta seria dotychczas nie wzbudziła mojego zainteresowania, chociaż nie mogę powiedzieć, że o niej nie słyszałam. Nie dość, że jednym z autorów jest Martin Widmark, to jeszcze co drugi rodzic starszaka poleca ten cykl innym.

Dlatego też z okazji niedawnej premiery kolejnego, już 25 (!) tomu przygód pomysłowych przyjaciół postanowiłam pochylić się nad tym fenomenem.

I chociaż przyznaję, że typowy dla Heleny Willis sposób ilustrowania kompletnie nie wpasował się w moje gusta (i chyba jednak do klimatu bardziej pasują mi czarno-białe ilustracje pierwszego tomu, niż kolorowe ostatniego), to już kilka stron pierwszego tomu zrobiło ze mnie zagorzałą fankę Lassego i Mai. Bo ta dwójka maluchów swoje ferie (i każdą inną wolną chwilę) spędzają w swojej bazie urządzonej na biuro detektywistyczne zaczytując się w kryminałach. I ani trochę nie tęsknią do bawiących się na podwórku kolegów. Moja krew!

Wiecie, że w dzieciństwie moi koledzy mieli szlabany na wychodzenie z domu, a moi rodzice za złe zachowanie i kiepskie oceny konfiskowali mi książki? Działało.

Wracając jednak do tematu, pomysł kryminału dla dzieciaków uczących się dopiero płynnie czytać jest w dechę. Z formalnego punktu widzenia są to typowe książki „na rozruch” – maja duże, czytelne litery, wciąż naprawdę sporo obrazków, zajmujących niekiedy całe strony i potrafią zaciekawić. Ponadto są wydane jak najzupełniej „dorosłe” pozycje, choć mają mniej więcej po 100 stron. A każda z tych książek, to nowa zagadka, którą uczeń z podstawówki jest w stanie sobie poradzić przy odrobinie dobrych chęci.

Zleceniodawca jasno wykłada przed młodymi detektywami swój problem i przedstawia sylwetki podejrzanych – każdy z nich ma motyw popełnienia przestępstwa. Każdy ma jakieś dziwactwa i każdy coś ukrywa. A uważna obserwacja Lassego i Mai kroczek po kroczku prowadzi ich do rozwiązania sprawy – często zaskakująco pomysłowego.

Jest akcja, bywają momenty grozy (odpowiednio krótkie, by mały czytelnik nie zdążył się na poważnie zestrachać), a wszystko kończy się logicznym wyjaśnieniem, wylewnymi podziękowaniami i uściskami dłoni.

W tej serii jest również to, co tak bardzo lubię w kryminałach – niezależnie, czy zaczniemy od tomu pierwszego, szóstego, czy dwudziestego trzeciego (albo jakiegokolwiek innego, który akurat jest dostępny w bibliotece u babci na wakacjach), możemy zaczynać lekturę nie gubiąc żadnych istotnych informacji. Choć wszystkie części łączą postacie samych detektywów, ich miasteczko i jego mieszkańcy, każda książka jest osobną, zamkniętą historią. Można również dokonywać wyboru lektury kierując się tematyką. Wśród tytułów znajdziemy bowiem nie tylko tak oczywiste jak „Tajemnica hotelu”, „Tajemnica pociągu”, czy „Tajmenica złota”, ale również tajemnicę pływalni, biblioteki, zwierząt, szafranu, czy mody. To w ogóle bardzo tajemnicza seria.

Czytelnik ma zatem szansę nie tylko dowiedzieć się kim jest detektyw, jaki sprzęt przydaje mu się w pracy i na co powinien zwracać uwagę, ale może również ruszyć głową i nieco wysilić szare komórki próbując odkryć kto popełnił przestępstwo. No i oczywiście przeżyć przygodę i zakochać się w kryminałach.

Sama nieźle się wkręciłam, to była świetna odskocznia od czytanych przeze mnie ostatnio coraz brutalniejszych i bardziej krwawych przedstawicielach tego gatunku. Mam trochę wrażenie, że dorosłego czytelnika coraz bardziej stara się zaszokować, a pragnąc czystej rozrywki intelektualnej, zagadki rozumianej jako puzzle, trzeba sięgnąć po książkę dla dzieci. W sumie czemu nie?

Ale czy faktycznie miłość do powieści detektywistycznych jest zaraźliwa i roznosi się u pierwszo- i drugoklasistów za pośrednictwem Lassego i Mai, dam Wam znać po Świętach, bo zamierzam sprezentować kilka tomów chrześniakowi ;)

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica diamentów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 76 s.

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Tajemnica zamku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 102 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

 

Czas na czytanie: „Drugi legion” Richard Schwartz

„Dobry przywódca sprowadza swoich ludzi z powrotem do domu, żywych. Nigdy nie byłem dobrym przywódcą”.

Niecałe pół roku temu pierwszy tom „Tajemnic Askiru” – „Pierwszy róg” wciągnął mnie zaskakująco skutecznie. Był zupełnie inny od książek, które zwykłam czytać – w klimatach gry rpg, z epicką wyprawą, która nie może wyściubić nawet czubka nosa z zaklętego zajazdu.

Dlatego też martwiłam się trochę, czy autorowi uda się utrzymać moje zainteresowanie kiedy czar nowości już minie, a bohaterowie wydostaną się wreszcie z przysypanego go śniegiem schronienia i staną się zupełnie typową drużyną ruszającą po przygodę i ratunek dla świata. Jakże mogłam choć przez chwilę pomyśleć, że drużyna, do której należy Zokora będzie „typowa”?

Już po kilku pierwszych stronach można zauważyć, że w „Drugi legion” jest zdecydowanie bardziej zabawny – znajdziemy tu przede wszystkim mnóstwo humoru sytuacyjnego. Dla mnie to bardzo duży plus. Szczególnie, że żarty nie są wymuszone, a poczucie humoru nie koliduje z powagą misji i brutalnością przedstawionego świata. A ten się zmienia – dotychczas byliśmy na mroźnej północy w czasach przypominających nieco, pod względem rozwoju myśli technicznej, średniowiecze. Teraz zawędrujemy na średniowieczny wschód, gdzie woda jest na wagę złota, a złoto bardzo łatwo stracić. Jest wielkie, tętniące życiem kupieckie miasto, są haremy, targi niewolników, wszędobylski piasek, karawany wielbłądów, smoki, wielkie karaluchy, krwiożerczy płaszcz, gildia złodziei i dworskie intrygi (uwielbiam!). Jest też śmiertelne zagrożenie, które drepcze za naszymi bohaterami krok w krok i doprowadza do rozdzielenia grupy. Są łowcy głów, nekromanci i kapłani naprawdę specyficznych bogów.

Więzy przyjaźni między bohaterami stają się coraz trwalsze. Bardzo się cieszę, że książka nie zmieniła się w ckliwe romansidło. Mimo, że na wyprawę wyruszają trzy pary i oczywiście nie brakuje wzajemnego poświęcania się za siebie nawzajem i scen zazdrości od czasu do czasu, to męsko-damskie czułostki zostały ograniczone do minimum. A mimo to  czytelnik nie wątpi w łączące ich uczucia ani przez moment. Silne kobiety są pełnoprawnymi uczestniczkami wyprawy, a ta ich nie oszczędza. Zaczynam podejrzewać, że pan Schwartz jest feministą i wychodzi mu to bardzo dobrze, bo nie ma przesady ani w jedną, ani w drugą stronę – równowaga między pierwiastkiem kobiecym i męskim została osiągnięta. Szkoda, że wyłącznie na kartach powieści.

Wciąż nie bardzo podoba mi się Janos – zdecydowanie wolałam go jako zbójcę. Coraz bardziej za to lubię Zokorę i Varoscha, co zapewne nie jest żadną niespodzianką. Któremuś z nich wróżę śmierć, bo to niemożliwe, żeby obie takie postacie przetrwały tą zawieruchę.

Bardzo łatwo było mi wrócić do tej historii. Z pewnością miał na to wpływ stosunkowo krótki czas przerwy między dwoma tomami, ale wsiąkłam w ten świat jakbym wracała na kolejne wakacje w to samo miejsce. I strasznie się cieszę ze znacznego ocieplenia, chociaż to trochę ze skrajności w skrajność.

Tylko okładek żal, bo w porywaniu z oryginalnymi, nasze prezentują się bardzo przeciętnie.

Richard Schwartz, Drugi Legion, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2018, 528 s.

Bajki Majki: „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” Marta Kisiel

Dziewięcioletni Bożydar ma niestandardowe imię, niestandardową rodzinę i mieszka w niestandardowym domu. Ma swojego prywatnego (przeuroczego!) anioła stróża i wujka, który stale struga wariata. Pradawny potwór szykuje mu wymyślne posiłki, zamiast komiksów czytuje poezję, a trzy niemieckie widma odgrywają z nim na strychu sztuki teatralne.

Aha, a jego tata jest glutem.

Oj tak, Bożek ma odjechane życie i jest z niego absolutnie zadowolony. Do czasu, aż nie pójdzie do szkoły, gdzie usłyszy, że jest „dziwakiem”. Wtedy stanie się wyjątkowo naburmuszonym Niebożątkiem.

To piękna historia o dorastaniu (a jak wszyscy doskonale wiemy, dorastanie to trauma życia) i uczeniu się funkcjonowania w społeczeństwie. O potędze wyobraźni, przyjaźni, odwadze bycia innym i tolerancji.

To fantastycznie upiorna przygoda, która wywołuje ciarki na plecach i gęsią skórkę na przedramionach. Bo wraz z bohaterami trafimy w zaświaty, gdzie tak samo łatwo o śmiertelne zagrożenie, jak o śluz na butach. Pamiętam z jaką pełną grozy fascynacją czytałam w dzieciństwie „Króla Olch”. Od tamtego czasu zdążyłam już trochę dorosnąć, a okazało się, że jakoś wcale nie jest mniej strasznie.

A jednocześnie ta książka bywa tak uroczo, puchato przekochana, że nie wiem co.

Jest fenomenalna pod względem literackim. Zabawna, prawdziwa i pełna mądrości. Zmusza do niekontrolowanych prychnięć śmiechem i poruszą ważną tematykę. Wyciąga za uszy własne wspomnienia z dzieciństwa i zmusza do mądrego (i nieco zrezygnowanego) kiwania głową nad trudami rodzicielstwa. Czyta się ją jednym tchem i pragnie się więcej.

„Nie możesz go zawsze prowadzić za rękę (…). Czasem niestety musisz się wycofać i patrzeć jako sobie radzi sam. Nawet wtedy, kiedy chciałbyś wkroczyć najbardziej.”

Polecam z całego serca i dzieciom i dzieciatym. Kocham tą książę za przypomnienie moich ulubionych lektur z dzieciństwa, za poczucie humoru, za gluty, pflompanie, za Licho i brokat wymieszany z piaskiem. „Małe Licho” pięknym telemarkiem ląduje na liście moich najukochańszych czytadeł ever. Tuż obok „Tam, gdzie spadają anioły” Terakowskiej.

Genialny klimat na nadchodzące Halloween.

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018,  208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Notatki samobójcy” Michael Thomas Ford

„Wyznam wam coś: widok własnego nazwiska obok słów „oddział psychiatryczny” potrafi człowiekowi zepsuć dzień.”

Na ten tytuł trafiłam na jednej z grup książkowych – pewna mama była zniesmaczona faktem, że w książce dla młodzieży pojawiają się „momenty”. I to w dodatku męsko-męskie. A jak wiadomo, tego rodzaju krytyka to najlepsza reklama. Nie byłam w stanie oprzeć się pokusie sprawdzenia, co to za pornograficzne bezeceństwa kryją „Notatki samobójcy”.

DSC_0822

Na samym początku muszę zaznaczyć, że jak zazwyczaj strasznie nie lubię pierwszoosobowej narracji, tak ten pamiętnik czytało mi się świetnie. Przede wszystkim dlatego, że już od pierwszych stron polubiłam samego narratora – piętnastoletniego Jeffa, który jest po prostu świetnym chłopakiem. Błyskotliwy, trochę zarozumiały, wygadany i pełen uszczypliwego poczucia humoru. Nie brak mu typowego dla nastolatków głodu wiedzy i, co już jest mniej typowe dla młodych chłopców, lubi swoją rodzinę i docenia to, co ma. A zdaje się mieć mnóstwo dystansu do siebie i świata. Okazuje się jednak, że jest pewien szczegół, którego wstydzi się nawet przed sobą.

„Czasami ludzie wyglądają normalnie, ale pewnego dnia robią coś kompletnie zaskakującego – i lądują w miejscu takim, jak ten szpital. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto mnie zna, podejrzewał, że zrobię to, co zrobiłem.”

Nie jestem pewna, jak to o mnie świadczy, ale czytałam relację młodziutkiego niedoszłego samobójcy z pobytu w szpitalu psychiatrycznym i momentami musiałam powstrzymywać wybuchy śmiechu. Bo ta historia jest naprawdę lekko napisana. Zabawna i nieco zadziorna narracja nie ujmuje jednak powagi samej tematyce, która przedstawiona z wyjątkowo przystępny sposób.

„Dlaczego trzeba ostrzegać ludzi przed tym, kim się jest? Dlaczego nie można po prostu być sobą?”

To całkiem mądra opowieść o samoakceptacji, odkrywaniu własnej seksualności i dystansowaniu się do zdania innych. O ciężarze sekretów i pozornie błahych problemach, które z punktu widzenia nastolatka wydają się być nie do pokonania. I przy okazji ważna lekcja tolerancji – boleśnie uświadamia jak bardzo ludzkie reakcje potrafią wpłynąć wpływać na nas i innych. A o inności świadczą nie tlyko nasze romantyczne wybory.

Tak, w tej książce są sceny czynności seksualnych zarówno w parze hetero, jak i homoseksualnych. Nie nastawiajcie się jednak na wyjątkowo plastyczne opisy, niepewność pierwszych doświadczeń zdecydowanie dominuje tu nad erotyką.

Osobiście odebrałam ta książkę bardzo pozytywnie, wydaje mi się być świetnie wyważona między powagą tematu, a humorystycznym podejściem. Super, że nie jest to romans, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jest mnóstwo emocji ale wszystko jest nastawione przede wszystkim na poznawanie siebie, nie na fascynację drugim człowiekiem.

Warto poświęcić jej chwilę. A z punktu widzenia rodzica naprawdę nie ma się czego bać. Chociaż może sądzę tak dlatego, że moja córka jeszcze nie potrafi czytać.

Michael Thomas Ford, Notatki samobójcy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2012, 272 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Okołoksiążkowy miszmasz: Wielka Wymiana Książkowa #przeczytajipodajdalej6

To już trzecia edycja Wielkiej Wymiany Książkowej, w której biorę udział! Tym razem na osłodę nadchodzącej jesieni – bo trudno o coś bardziej niezbędnego na długie jesienne wieczory, niż książka właśnie. Dużo książków.

Wydarzenie organizowane jest przez Magdę z bloga SAVE THE MAGIC MOMENTS i Dagę SOCJOPATKĘ, za co jak zwykle jestem niesamowicie wdzięczna i bardzo podziwiam, bo sama jestem organizacyjną gułą i totalnym beztalenciem w ogarnianiu czegokolwiek poza własnym życiem (i samego życia też…). Akcja toczy się przede wszystkim na powyższych blogach, gdzie znajdziecie linki do ofert wszystkich biorących udział blogerów i spisy książek od osób nieblogujących (szukajcie ich w komentarzach) oraz na facebookowym wydarzeniu i instagramie (fotki z hasztagiem #przeczytajipodajdalej6).

43385740_2274657609436623_8167820666368688128_n

To świetny sposób na zdobycie fantastycznych pozycji praktycznie za bezcen, bo jedynym kosztem jest wysyłka (chyba, że któryś z amatorów pozycji z mojej biblioteczki ma przy okazji ochotę na kawę i ploty na terenie Gdańska, wtedy już zupełna darmoszka. Bez kawy też można, bo podczas ostatnich edycji jakoś nikt się nie odważył…). No i jak wiadomo, ofiarowanie książkom drugiego (a później zapewne i kolejnych) życia to super sprawa – nie ma co ukrywać, nie do wszystkich książek będziemy jeszcze wracać a na nowe pozycje trzeba zrobić miejsce.

Cała akcja trwa od dziś do 21.10, ale kto pierwszy, ten lepszy ;)

Jestem świeżo po przeprowadzce, toteż i stosy na wymianę są ambitne. A i tak mam wrażenie, że nie odkopałam ich wszystkich. Oto one:

 

Dla dorosłych:

  1. Leigh Bardugo „Ruina i rewolta” – stan idealny, nigdy nie czytana, a bardzo dobra.
  2. Sally Franson „Jak upolować pisarza” – stan idealny. – wymienione z Mum Space
  3. Marcin Kołodziejczyk „Prymityw. Epopeja narodowa” – stan idealny, a 11 listopada nadchodzi.
  4. Anna Sakowicz „Już nie uciekam” – stan idealny.
  5. Katie Agnew „Doskonała pomyłka” – stan bardzo dobry.
  6. Zbigniew Zborowski „Kręgi” – stan idealny. – wymienione z magas_place
  7. Marta Guzowska „Głowa Niobe” – stan idealny.
  8. Sarah J. Maas „Zabójczyni i władca piratów” – stan bardzo dobry.
  9. Eric-Emmanuel Schmitt „Małe zbrodnie małżeńskie” – stan idealny.
  10. Brudno Kadyna „Wpływ” – stan idealny, na pierwszej stronie autograf „bezimienny”.
  11. Bruno Kadyna „Metalowa dolina” – stan idealny, na pierwszej stronie autograf „bezimienny”.

Dla dzieci:

  1. „Mały Książę uczy literek” – stan idealny.
  2. „Mały Książę uczy cyferek” – stan idealny.
  3. Joanna Papuzińska „Złoty kłębek. Wiersze do snu” – stan idealny.
  4. Odile Bailloeul „Małe Myszki. Agnieszka Łakomczuszka” – stan idealny.
  5. Caterine Kruusval „Piłka Eli” – stan idealny, nigdy nie czytana – zdublowany prezent. – wymienione z Agatą.
  6. Alexander Steffensmeier „Matyldo, co robią kury?” – stan bardzo dobry.
  7. Zofia Stanecka, Marianna Oklejak  „Basia i tablet” – stan idealny. – wymienione z Eweliną
  8. Wiola Wołoszyn, Przemek Liput „Jano i Wito w trawie” – stan idealny. – wymienione z Agatą.
  9. „Dodaj Zwierzątka” – stan idealny, nigdy nie czytana.
  10. Megan McDonald „Hania Humorek. Lista marzeń” – stan idealny.
  11. „Obracanka. Kolory” – stan dobry, lekko pozaginane rogi ruchomych obrazków.

Chętnie wymienię również kilka sztuk za jedną, dzieciowe nawet chętniej w ten sposób. Jeśli coś wpadło Ci w oko, zostaw swój wymianowy stosik w komentarzu. Bez problemu mogę też zrobić więcej zdjęć, daj znać ;)

Pomyślnych łowów!

Grajki Majki: Mozaika Pixel Baby „Kotek”, QUERCETTI

Tego rodzaju układanki pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa, z tym, że moje były na zdecydowanie wyższym poziomie zaawansowania – układało się obrazki z plastikowych „pinezek”, nieco tylko grubszych i bardziej topornych od tych krawieckich.

Mimo, że nigdy nie miałam zbyt wiele cierpliwości do puzzli i innych zadań wymagających dłuższego skupienia, tą zabawę wspominam bardzo pozytywnie i kiedy zobaczyłam, że powstały takie układanki również dla maluszków, zapragnęłam pokazać je córce.

Jako, że jestem strasznie tchórzowatą matką, zdecydowałam się na zestaw dedykowany dzieciom od 1,5 roku do 4 lat, chociaż dla Majki bardziej adekwatny byłby zapewne jeden z zestawów Pixel Junior dla dzieci od 2 do 5 lat. Bałam się jednak, że „grzybki” do umieszczania w otworach będą zbyt małe i pojawi się ryzyko zadławienia. O tym, jak bezsensowne były moje lęki dowiedziałam się tuż po otwarciu pudełka. Bo elementy są ogromne – w mojej zamkniętej dłoni mieści się tylko jeden na raz (mają średnicę prawie 5 cm!). Bez strachu polecam tą zabawkę nawet maluchom, które jeszcze biorą większość zabawek do ust – pixele po prostu całe do buźki się nie zmieszczą.

Dzięki swojemu rozmiarowi są bardzo poręczne i poradzą sobie z nimi nawet nieszczególnie jeszcze wprawione rączki.

Ale zacznijmy od początku. Zestaw składa się z plastikowej walizeczki, która po rozłożeniu na dwie części (zieloną i przezroczystą) zmienia się w tablicę z dziurkami otoczoną „fosą” pełniącą funkcję pudełka na kołeczki, 30 kołeczków (na 24 dziurki) oraz 8 kartonowych kart z wzorami.
„Grzybki” podzielone zostały na trzy kolory i kształty – żółte kółeczka, niebieskie trójkąty i czerwone kwadraty. Obrazki na kartach (kotek, piesek, domek, samolot, ślimak, wieloryb, słoń i żaglówka) zostały utrzymane w tej samej kolorystyce. Dodatkowo na kolorowym tle rysunków umieszczono obrysy kształtów, pomagające dziecku umieścić odpowiedni kołeczek na danym miejscu.

Rozkładamy zatem dziecku tablicę, wspólnie wybieramy wzór i cieszymy się przynajmniej trzydziestoma minutami spokoju (z niewielkimi przerwami na zmiany obrazków, bo to jednak wymaga odrobiny zręczności w palcach). Od prawie tygodnia szykuję w ten sposób obiady.

Znalazłyśmy jednak jeden minus. Chociaż kołeczki wchodzą i wychodzą z otworów bez większego problemu, Majka wywierała na tablicę wystarczająco duży nacisk, by ta co raz się przewracała. Dlatego zrezygnowaliśmy z uchwytu na rzecz układania obrazków „na płasko”, a zielona część pełniła jedynie funkcję pudełka na elementy. I też jest super.

Zabawka zdała śpiewająco nasze testy na wytrzymałość – moja mała Destrukcja upuściła już chyba każdy element, a koty ganiały za kołeczkami po całym salonie – jak na razie bez strat, choć przezroczysty plastik nieco się porysował w jednym miejscu. Mimo to zabawka zdaje się być niemalże pancerna. Tekturki z obrazkami o dziwo też nie uległy jeszcze większym zagnieceniom poza delikatnie wymiętymi rogami. A eksploatujemy naprawdę intensywnie.

Całość jest również bardzo poręczna – chociaż zestaw jest opakowany w kartonik z wygodnym uchwytem, już dawno z niego zrezygnowaliśmy traktując całą zabawkę jako walizeczkę, z którą Majka chodzi po domu i która całkiem zręcznie mieści się do szafki.

To naprawdę przemyślana, porządnie wykonana zabawka trenująca spostrzegawczość, koncentrację i umiejętności małych paluszków. Przyda się również podczas nauki kolorów i kształtów.

Mozaika Pixel Baby „Kotek”
Firma: QUERCETTI
Sugerowany wiek: 1,5-4 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n