Czas na czytanie: „Narodziny królów” C.S. Pacat

Oto i ostatni tom – w którym wszystkie tajemnice zostaną rozwikłane, rozpaczliwe wybory zostaną podjęte, ostateczne walki stoczone, a demony przeszłości nie odpuszczą ani na chwilę.

Zawieszenie broni między dwoma krnąbrnymi książętami o kiepskiej przeszłości to jedno, ale nakłonienie do współpracy dwóch zwaśnionych armii to już nie lada wyzwanie. Szczególnie kiedy nie jest się oficjalnie uznanym następcą tronu, a dawne przyjaźnie i poczucie lojalności zostały wystawione na ciężką próbę.

I będą wystawiane na próby każdego dnia, bo demoniczny regent nie ustaje w dążeniu do osłabienia morale, zszargania opinii wśród ludności i zniszczenia tak kruchego porozumienia. Pojawią się też krwawe bitwy, sportowe igrzyska, nieślubne dzieci, faceci w sukienkach, publiczne procesy, gorące noce w przydrożnych zajazdach, bezczeszczenie świętego sanktuarium, podróżowanie w przebraniu, pojedynki i jeszcze więcej podstępów.

Patrząc z perspektywy całej serii, jest to raczej romansidło z przygodą, niż typowy erotyk, co mocno zapowiadał pierwszy tom. Najwięcej „momentów” od których pieką uszy pojawia się pod koniec trzeciego tomu, ale jest ich zdecydowanie mniej, niż się spodziewałam. Poza napięciem między głównymi bohaterami, które potrafi momentami doprowadzić czytelnika do frustracji, najbardziej „podpadającym pod paragraf” jest stworzenie kultury, w której niewolnictwo – również seksualne jest na porządku dziennym.

Literacko raczej słabo, autorka wybroniła się jednak całkiem dobrymi opisami, a opisy to coś, co lubię. Za to tendencyjni, ale dający się lubić bohaterowie zbudowani na zasadzie kontrastu i reprezentujący sobą całe zbiory cech narodowych rekompensują niedociągnięcia fabuły i zagrywki godne superbohaterów.

Nieszczególnie ambitne, ale całkiem przyjemne czytadła do pochłonięcia w jeden jesienny wieczór. W końcu nic nie rozgrzewa tak dobrze, jak półnadzy niewolnicy karmiący swych panów oliwkami i zupełnie nadzy, wysmarowani olejkami zapaśnicy siłujący się na arenie. A do tego dwie zwaśnione nacje toczące wojnę nie tylko ze sobą wzajemnie, ale również wewnętrzne spory o władzę. Konflikty moralne, nieprawdopodobne sojusze, plany tak zagmatwane, że wyplątanie się z sieci intryg zdaje się niemożliwością, całkiem sporo humoru i puchate, romantyczne zakończenie. Czego chcieć więcej?

C.S. Pacat, Narodziny królów, Warszawa: Studio JG, 2019, 388 s.

Czas na czytanie: „Książęcy gambit” C.S. Pacat

Minął prawie rok odkąd sięgnęłam po pierwszą część, minęło też kilka prezentowych okazji, dzięki którym skompletowałam resztę trylogii. Można w sumie powiedzieć, że recenzja powstała dzięki uprzejmości Eweliny, która przynosi mi takie brzydkie prezenty (zawsze będę Cię za to kochać!).

Opuszczenie pałacowych murów nie gwarantuje wcale ucieczki od zagmatwanych politycznych intryg, wręcz przeciwnie!

Jak z bandy wrogich sobie nieudaczników nie mających za grosz szacunku do dowódcy zrobić sprawny oddział? Zdobyć niezdobytą twierdzę? Wygrać walkę z góry skazaną na porażkę? Uciekać przed brutalną śmiercią częściej, niż spać w wygodnym łóżku?

Tym razem mamy przed sobą 400 stron użerania się z opornymi żołdakami, widowiskowych ucieczek po dachach, żmudnej musztry, leśnych podchodów, delikatnych sojuszy, misternych planów, walki o wpływy, bolesnych zdrad. I rodzącej się powoli przyjaźni, bo dwaj książęta różni jak ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby to się wydawać. A wszystko to podszyte erotycznym napięciem. Ale czy zaufanie zbudowane na kłamstwie ma szansę przetrwać dłużej, niż mgnienie oka?

Mój ulubiony lodowaty książę trochę topnieje, choć zdecydowanie łatwiej przychodzi mu przeskakiwanie z arktycznego zimna po kipienie gniewem. Nie odejmuje mu to jednak uroku. Tak jak grzechotnikowi nie odejmuje uroku hipnotyczne kiwanie się przy dźwiękach fujarki.

Nie nastąpił niestety żaden zdumiewający rozwój pod względem językowym, imiona głównych bohaterów wciąż pojawiają się w co drugim zdaniu. Ale opisy scen batalistycznych, choć długie strasznie, są również bardzo plastycznie opisane i całkiem wciągające. I całe szczęście, bo to właśnie one dominują w tej części. I splątane intrygi oczywiście.

C.S. Pacat, Książęcy gambit, Warszawa: Studio JG, 2018, 427 s.

Czas na czytanie: „More happy than not. Raczej szczęśliwy niż nie” Adam Silvera

Kurczę, źle oceniłam tą książkę. Szukałam historii o młodzieżowych dramatach pierwszej miłości i odkrywaniu siebie (co też bywa dramatem, szczególnie, że zwykle to, co odkrywamy nieszczególnie nam się podoba) z rozkosznie szczęśliwym, puchatym zakończeniem. A ta podstępnie złamała mi serce.

Czyta się ją fantastycznie, główny bohater – Aaron jest świetnym chłopakiem, a klimat bardzo długo jest prawie tak dowcipnie pozytywny, jak w „Simonie”. Mamy tu jednak do czynienia z dużo cięższą tematyką.

Aaron i Genevieve są parą idealną – świetnie się dogadują, uwielbiają spędzać ze sobą czas, znają się „jak łyse konie”, mają swoje zwyczaje i mnóstwo fantastycznych wspomnień, a ich rozmowy przypominają czasami zawody mistrzów ciętej riposty. Łączy ich nie tylko romantyczne zainteresowanie, ale również szczera przyjaźń, która, wystawiona już na niejedną próbę, zdaje się przetrwać wszystko.

Tylko czy ta prosta, codzienna idylla ma prawo być prawdziwa? Wystarczy nieszczęśliwy zbieg okoliczności, by nasz bohater odkrył, że wszystko, w co wierzył jest bardzo profesjonalnie utkanym kłamstwem. Kłamstwem, które osobiście sobie zgotował.

To wyjątkowo zaskakująca książka balansująca na krawędzi science fiction. Poruszająca opowieść o samotności i rozpaczliwej potrzebie akceptacji. O braku wsparcia ze strony najbliższych i rozczarowaniach przyjaźni. O rozpaczliwiej próbie zmieniania tego, na co zupełnie nie mamy wpływu. O trudnym dzieciństwie i jeszcze trudniejszym dorastaniu. O niecierpliwości, wrażliwości i porywczości. O pierwszych miłościach i pierwszych rozczarowaniach. O błędach młodości, tak skłonnej do „chodzenia na skróty”. I o błędach tych, którzy młodość mają już dawno za sobą. O ponoszeniu konsekwencji pochopnych, emocjonalnych decyzji.

I nie można powiedzieć, że zakończenie nie jest pozytywne, bo jest, choć w sposób, którego nie przewidziałam. Chociaż może „budujące” będzie tu nieco lepszym określeniem. Podnoszące na duchu? Iskierka nadziei w beznadziejnej sytuacji. I siła charakteru, mająca szansę objawić się dopiero w ekstremalnych warunkach.

Adam Silvera, More happy than not. Raczej szczęśliwy niż nie, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2018, 400 s.

Czas na czytanie: „Achilles w pułapce przeznaczenia” Madeline Miller

Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy odkładając „Kirke” na regał znalazłam literacki debiut Medeline Miller dwie półki wyżej. Już sama nie wiem co mam na regale wstydu, trudno chyba o większy wstyd? W ramach zadośćuczynienia zabrałam się za nią od razu – w końcu idealnie wpasowała się w mój greckowakacyjny nastrój.

 „Achilles w pułapce przeznaczenia” to (co za niespodzianka!) historia greckiego herosa Achillesa opowiadana na gorąco przez widza z pierwszego rzędu – jego najdroższego przyjaciela Patroklosa.

To w sumie fascynujące, jak historia znana każdemu od podstawówki potrafi wciągnąć. Znałam przecież tych bohaterów, tą wojnę wraz z jej powodami, przebiegiem i zakończeniem, a ten retelling czytałam z zapartym tchem i oczywiście ryczałam jak bóbr, gdy nadszedł – spodziewany przecież i zupełnie niezaskakujący! – koniec.

Madeline Miller potrafi opowiadać – przekuwa chłodne wzmianki z „Iliady” i „Odysei” (czy tylko mi mitologia zawsze wydawała się strasznie zimna, choć o wzburzonej krwi i upalnych krajach?) w ponad 400-stu stronicową historię pełną przyjaźni, oddania i wrażliwości. I jak to już z mitami bywa, o ponadczasowym przesłaniu.

Legendę niezwyciężonego wojownika, Największego z Greków, autorka zmienia w opowieść o zagubionym chłopaku. Dziecku – sympatycznym, czułym, uważnym, dobrym – które dorasta w przekonaniu o własnej wyjątkowości i to w niej upatruje swoją jedyną wartość. Przygnębiająca przypowieść o konieczności podejmowania dramatycznych wyborów, chciwości, pokusie sławy, urażonej dumie, manii wielkości i demoralizującej sile władzy. A także o miłości silniejszej niż śmierć, litości, współczuciu i stawianiu na swoim.

Troska o dobro innych Patroklosa i naiwna prostolinijność Achillesa stanowią szokujący kontrast z brutalnością świata, w którym przyszło im żyć. Jednak bardzo dobrze się do tego świata adaptują i, z głowami pełnymi marzeń, ramię w ramię piszą swoją historię.

„ – Wymień jednego bohatera, który był szczęśliwy.
Myślałem. Herakles oszalał i zabił swoją rodzinę; dzieci Jazona i jego nowa żona zostały zamordowane przez jego byłą; Bellerofontowi udało się zabić Chimerę, ale przez upadek z grzbietu Pegaza został kaleką.
– Nikt nie przychodzi ci do głowy (…). Nikomu nie pozwalają być sławnym i szczęśliwym. (…) Powiem ci coś w sekrecie(…). Będę tym pierwszym.

Bardzo starożytna – nie uciekniemy tu od fatum, przepowiedni i nieprzeniknionej gry losu. A przy tym przerażająco współczesna, bo przenoszenie ambicji na dzieci, nieszczególnie czuli rodzice i dylematy moralne związane z dorastaniem bywają niezmienne, niezależnie od czasów, w których przyszło nam żyć.

Madeline Miller, Achilles w pułapce przeznaczenia, Warszawa: Burda Publishing Polska, 2014, 424 s.

Czas na czytanie: „Leah gubi rytm” Becky Albertalli

Strasznie nie mogłam się doczekać tej książki i jednocześnie bardzo bałam się po nią sięgnąć.

Bo wiecie, jeśli mamy do czynienia z tak idealną, zamkniętą opowiescią jak „Simon oraz inni homo sapiens”, poza naturalnym głodem kontynuacji, oczekiwaniu towarzyszy również strach przed koncertowym zepsuciem wszystkiego. A już ekranizacja była wielkim rozczarowaniem i zrobiła tej historii straszną krzywdę.

Nie było takiej możliwości, żebym polubiła Leah tak bardzo, jak Simona. Ale z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że mimo to udało jej się wzbudzić moją sympatię – nadmierny idealizm, styl ubierania się, cięty język i ogólna nienawiść do ludzi sprawiły, że chociaż częściowo musiałam odnaleźć w niej bratnią duszę.

„Nie da się po prostu lubić Harry’ego Pottera. Trzeba mieć na jego punkcie niezdrową obsesję”.

Chociaż przez większość czasu czytałam tą książkę z szerokim bananem na ustach, niejednokrotnie chichocząc pod nosem, fabuła wzbudziła we mnie zdecydowanie mniej emocji, bo i sama w sobie nie wnosi wiele nowości. Poza kobiecą narracją (z czym Simon też całkiem nieźle sobie radził), główne zmiany polegają na wprowadzeniu pojęcia biseksualności i rozszerzenie strachu przed ujawnieniem o strach przed zranieniem uczuć przyjaciół. I chłopaka, którego uczuć się nie odwzajemnia.

Najważniejszy jest jednak sam styl pisania autorki. Bo lektura „Leah gubi rytm” pozwala po raz kolejny poczuć ten, znany z „Simona” niepowtarzalny klimat puchatej uroczości wymieszanej z najfajniejszymi wspomnieniami z mojej (nie tak odległej przecież) nastoletniej młodości. Nie sposób się nie wzruszyć na wspomnienie dni, kiedy zjedzenie paczki m&m’sów nie powodowało mdłości, a pianki jadło się jako główne danie, a nie dodatek do kakałka.

Odniosłam również wrażenie, że ta część jest nieco bardziej… tendencyjnie amerykańska. Są wycieczki po uczelniach i bal absolwentów wraz z podjeżdżaniem limuzyną i dramatem wyboru sukienki. Ale wszystko to przedstawione przez pryzmat wewnętrznej cynicznej jędzy głównej bohaterki naprawdę da się lubić!

Becky Albertalli, Leah gubi rytm, Poznań: Wydawnictwo WE NEED YA, 2018, 432 s.

Czas na czytanie: „Tam, gdzie topnieje lód T. 1″ S. L. Leśna

Książka, którą chcę Wam dzisiaj polecić jest drukowanym wydaniem dwóch pierwszych ksiąg opowiadania pod tym samym tytułem, publikowanego kilka lat temu na blogu https://tamgdzietopniejelod.wordpress.com/ – wraz z pojawieniem się wersji papierowej Księga I i II zostały usunięte z internetu.

TGTL to historia zderzenia dwóch światów. Suen jest uzdrowicielem, wygnanym ze swojego ludu za popełnioną przed laty zbrodnię. Osiada w cichej świątyni i pod wpływem bolesnych wspomnień stopniowo pogrążą się w marazmie. Jego życie po raz kolejny zostaje wywrócone do góry nogami, gdy zostaje uprowadzony przez okrutnych barbarzyńców i zmuszony do podróży w samo serce mroźnej północy. Jego zdolności są ostatnią szansą na przywrócenie sprawności brata przyszłego wodza plemienia władającego wilkami.

Odmienny wygląd, kultura, moralność, a nawet sposób odczuwania bohaterów są powodem licznych nieporozumień, ale również pogłębiającej się fascynacji. A nic tak nie zbliża, jak wspólna podróż, gdzie walka z bezwzględnością natury miesza się z nieprawdopodobnymi i przy tym śmiertelnie niebezpiecznymi przygodami.

Mimo, że miałam już do czynienia z tą opowieścią, książkę czytało mi się świetnie – z jednej strony dlatego, że na blogu śledziłam losy bohaterów ze sto lat temu i sporo szczegółów zdążyło już mi umknąć, z drugiej zaś mam wrażenie, że w papierowej książce pojawiło się trochę zmian.

Z tego, co pamiętam z blogowego opowiadania, w papierowej wersji Suen zyskał nieco na stanowczości i pewności siebie. Wcześniej postrzegałam go raczej jako biedne, choć zadziorne kurczątko w lisiej norze, a teraz widzę w nim młodego buntownika, który sam nie do końca wie, czego chce, ale nie jest całkowicie bezbronny, dba o swój interes i na pewno prosi się o utarcie nosa. Teraz chyba lubię go bardziej.

Chociaż spore ograniczenie scen erotycznych i rezygnacja z ich dosłowności sprawiło mi nieco zawodu (nie mogę odżałować wycięcia mojego ulubionego „momentu” w grocie!), samej książce chyba jednak wyszło na dobre – teraz to mniej „pikantny romans”, a bardziej fantastyka z dodatkiem romansu. Sama relacja między bohaterami zyskała głębi, ale mam wrażenie, że dręczące ich elektryzujące przyciąganie stało się trudniejsze do uchwycenia. Z drugiej strony dlaczego czytelnik ma mieć wszystko podane na tacy?

Na tym zabiegu zdecydowanie zyskał świat przedstawiony – nie jest już tłem „50 twarzy barbarzyńców”, a głównym tematem opowieści. Wraz ze swoimi legendami, wierzeniami, zwyczajami i magią wciska się na pierwszy plan porywając czytelnika równie mocno, co sama historia i pokręcone losy bohaterów. To wciągająca przygodówka osadzona w dobrze skonstruowanym świecie wzorowanym na życiu i wierzeniach ludów Starożytnej Syberii, doprawiona szczyptą erotyzmu, kuszącym owocem zakazanego romansu, międzyklanowymi waśniami i intrygami demonów. A najlepsze jest to, że opowieść wciąż trwa i niedosyt po zamknięciu książki uciszyć można sięgając po III i IV Księgę, które rozdział po rozdziale pojawiają się na blogu. Uciszyć chwilowo, bo zakończenie wciąż jest jedną wielką niewiadomą, a zwrotów akcji nie brakuje…

Jeśli nie byliście jeszcze na skutej lodem ziemi Raghów, koniecznie musicie to nadrobić (szczególnie jeśli narzekacie na czerwcowe upały). Natomiast jeśli już kiedyś zawitaliście w te strony, warto skusić się na ponowną lekturę – choć równice między wersjami są kosmetyczne i nie mają wielkiego wpływu na fabułę, papierowe wydanie jest bardziej dopracowane i klimatyczne, co nieco zmienia odbiór całości.

S. L. Leśna, Tam, gdzie topnieje lód. Tom 1, 2019, 327 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Książkę można nabyć droga kupna w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: PATRONAT „Wszystko jest nie tak!” Inga

Lepiej kochać i utracić, czy nigdy nie zaznać miłości?

Miłosz jest niezłym narwańcem i zazdrośnikiem z wyjątkowo rozwiniętym instynktem terytorialnym i wielką niechęcią do pracy nad własnym charakterem. Nie da się ukryć, że nie są to cechy pomagające w utrzymaniu szczęśliwego związku. Kiedy boleśnie przekonuje się, że nie wszystko trwa wiecznie, zaczyna kwestionować istnienie i zasadność romantycznych uczuć. A nieustająca zazdrość względem byłego chłopaka popycha go do działań, jakich spodziewa się żałować. Ale czy tak bedzie na pewno?

Lew lata szalonej młodości ma już za sobą. No, może po prostu lata młodości, bo mimo powierzchowności eleganckiego wykładowcy, do szaleństw wciąż ma sporą słabość. Podobnie jak do młodszych kochanków, w których jego romantyczna dusza niepoprawnego optymisty stale upatruje miłość do grobowej deski. Jak można się spodziewać – z miernym skutkiem. Mimo przeciwności losu i bolesnego wspomnienia złamanego serca, nie ma zamiaru się poddawać. Szczególnie, kiedy w oko wpada mu jego były student. A Miłosz tylko na pierwszy rzut oka zdaje się być słodki jak cukierek ze sklepu ze słodyczami, w którym pracuje.

Czy dwa wyjątkowo trudne do ujarzmienia charaktery są w stanie zbudować coś trwalszego, niż przelotna przygoda? I czy w ogóle zechcą podjąć starania?

Dzieli ich wszystko – od wieku, przez status i życiowe doświadczenia, aż po nastawienie, czy preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu. Łączy fascynacja i lwia nieustępliwość.

W drugiej części „Wszystkiego” autorka porusza te same tematy, choć w znacznie bardziej żywiołowy sposób. Z takimi bohaterami nie dałoby się inaczej. Ze względu na zdecydowanie mniejszą (choć wciąż znaczącą!) różnicę wieku między bohaterami, wątpliwości moralne związane z wchodzeniem w tego rodzaju związek i potrzeba uwagi, tak dominujące w „Niebieskim”, odchodzą na nieco dalszy plan zostawiając pole do popisu walce z kompleksami, poszukiwaniom swojego miejsca, odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby i pytaniom o sens starania się o miłość.

A wszystko to z charakterystycznie uszczypliwym poczuciem humoru. Nieszablonowi bohaterowie potrafią nieźle zaskoczyć!

Co prawda „Wszystko jest nie tak!” to historia niezależna od „Wszystko jest niebieskie” i znajomość pierwszej części nie jest niezbędna, ale jeśli zamierzacie przeczytać obie, to koniecznie w odpowiedniej kolejności, bo zaczynając od WJNT można sobie zepsuć zabawę spoilerami. Całym LWIM ser duchem polecam obie części. A tą z Lwem szczególnie, bo to wyjątkowy gagatek!

Inga, Wszystko jest nie tak!, Szczecin, 2019, 109 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Wszystko jest niebieskie” Inga

Dzieli ich ponad 40 lat, łączy przypadek, jakiego nie powstydziłaby się żadna porządna komedia romantyczna.

DSC_0194.jpg

Daniel jest po siedemdziesiątce, ma wnuczkę na progu dorosłości i świeżą historię zawałową. Nie oznacza to jednak, że planuje położyć się na kanapie i czekać na śmierć, wręcz przeciwnie. Nie ma przecież wiele do stracenia. Dlatego kiedy pojawia się okazja nawiązania głębszej znajomości z atrakcyjnym młodym chłopakiem postanawia korzystać z życia.

Arek ma 23 lata, demotywującą pracę, mnóstwo nauki na mało poważanym kierunku studiów i niecodzienne upodobania. On również nie waha się długo, gdy na jego drodze pojawia się okazja zrealizowania skrytych fantazji. Ale czy nosząc serce na dłoni można bez problemu wejść w niezobowiązującą relację?

Zaskakująco ciepła, kipiąca emocjami historia romansu niemającego najmniejszej szansy na społeczna aprobatę. Historia pełna kontrastów, jak jej bohaterowie. Jednocześnie smutna i wypełniona uszczypliwym poczuciem humoru, subtelna i delikatna, choć zawiera „momenty”, od których mocno czerwienieją uszy. Pełna poplątanych emocji i prostego pożądania.

To opowieść o dojrzewaniu do uczuć, fascynacji drugim człowiekiem, potrzebie uwagi i zrozumienia niezależnej od wieku. O starości i pragnieniu bycia zauważonym. O młodości i lęku przed utratą. O godności, poszukiwaniu siebie i podążaniu za pragnieniami. O ulotności życia i czerpaniu z niego ile tylko się da. Wreszcie o odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby.

Bawi i skłania do refleksji. Zachwyca sensualnymi opisami, szokuje dosadnością. I łechta moje gusta estetyczne malowniczą okładką.

Inga, Wszystko jest niebieskie, Szczecin, 2018, 113 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Filip!” Inga

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale jednak nie sądziłam, że nadejdzie tak wcześnie. Jednak stało się – trafiłam na książkę, przez którą poczułam się staro.

Bo kiedy czytając książkę o nastoletnim yolo i nieszczególnie przemyślanej ucieczce z domu w romantycznym zrywie ku przygodzie, odkrywam w sobie olbrzymie pokłady zrozumienia dla matki głównego bohatera, to chyba jednak coś jest nie tak…

A przecież uwielbiam książki dla młodzieży!

Ale zacznijmy od początku. Filip jest typowym „dzieckiem z dobrego domu” – może nie dostaje wszystkiego, o czym tylko mógłby zamarzyć, ale niczego też mu nie brakuje. Może poza odrobiną luzu. Bo jego rodzice (zwłaszcza mama), należą do tych wymagających, a to nieszczególnie łączy się z Filipowym planem na życie obejmującym co prawda wykształcenie zawodowe, ale już maturę niekoniecznie. A już z na pewno nie heteroseksualizm. Sfrustrowany brakiem zrozumienia i spragniony poważnego dramatu bohater wychodzi więc z domu i wyrusza na przygodę życia. Pieszo, z niecałą stówą w kieszeni i alibi opóźniającym rodzicielski pościg. A to przecież wciąż więcej niż miał Cejrowski na starcie!

Nie za dobrze przemyślana decyzja szybko daje się odczuć. Czy napotkany po drodze zlot „branżowych” motocyklistów okaże się przekleństwem, czy wybawieniem? Bo ulgą dla zmęczonych wędrówką stóp na pewno.

Był moment, w którym byłam całkiem przerażona – wiecie pochwała ucieczek z domu i wsiadania na motocykle z obcymi mężczyznami w wieku podeszłym jako sposób na przeżycie przygody życia. Ale suma summarum wszystko to zostało przedstawione w naprawdę dobry sposób – wraz z popełnianiem błędów (od takich, których żałuje się jeszcze w trakcie popełniania, aż po te z długim terminem zawstydzania popełniacza) i ich konsekwencjami. Spokojnie można pozwolić jej trafić w ręce młodzieży. Chociaż takowa o pozwolenie raczej nie pyta.

To historia o potrzebie wolności i odrobiny szaleństwa. O poszukiwaniu siebie. O pierwszych krokach w dorosłość, która nie zawsze jest zgodna z wyobrażeniami. O osiąganiu zamierzonego celu i stawianiu na swoim. O lekkomyślności i pochopnych decyzjach. O nie ocenianiu po pozorach. O odpuszczeniu sobie. I o tym, że dobrzy ludzie jeszcze istnieją na tym świecie, a szczęście i pech zazwyczaj wędrują parami.

Filip jest tak bardzo młodym, naiwnym dzieciakiem, że to słodkie i budzące zniecierpliwienie jednocześnie. A czytanie o jego przygodzie to prawdziwy rollercoaser – raz umierałam z zazdrości tęskniąc za jego młodzieńczą beztroską, by kilka stron później najchętniej wytargać go za ucho. Ale taki jest chyba urok młodości – smak ma nieporównywalny z niczym innym, ale niesie ze sobą znaczne ryzyko publicznego blamażu.

I robiąc bilans zysków i strat nasz bohater okazuje się być wyjątkowym szczęściarzem, jak na urodzonego pechowca!

Nie da się czytać bez emocji – byłam przerażona, byłam zażenowana i byłam rozbawiona. Niesie ze sobą posmak wakacji, zapach dymu z ogniska i wrażenie ciepłego piasku pod stopami. Pierwszych miłości i nastoletnich dramatów. Idealna na chłodny wiosenny wieczór pod kocem na balkonie. I dla starych i dla młodych duchem.

P.S. Mój tytuł roboczy to „Filip i gang homocyklistów” co idealnie oddaje klimat powieści i właściwie jest moim osobistym szczytem lapidarności w recenzowaniu :D

Inga, Filip!, Szczecin, 2018, 231 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki i księgarni Bukcetbook.