Czas na czytanie: PATRONAT „Wszystko jest nie tak!” Inga

Lepiej kochać i utracić, czy nigdy nie zaznać miłości?

Miłosz jest niezłym narwańcem i zazdrośnikiem z wyjątkowo rozwiniętym instynktem terytorialnym i wielką niechęcią do pracy nad własnym charakterem. Nie da się ukryć, że nie są to cechy pomagające w utrzymaniu szczęśliwego związku. Kiedy boleśnie przekonuje się, że nie wszystko trwa wiecznie, zaczyna kwestionować istnienie i zasadność romantycznych uczuć. A nieustająca zazdrość względem byłego chłopaka popycha go do działań, jakich spodziewa się żałować. Ale czy tak bedzie na pewno?

Lew lata szalonej młodości ma już za sobą. No, może po prostu lata młodości, bo mimo powierzchowności eleganckiego wykładowcy, do szaleństw wciąż ma sporą słabość. Podobnie jak do młodszych kochanków, w których jego romantyczna dusza niepoprawnego optymisty stale upatruje miłość do grobowej deski. Jak można się spodziewać – z miernym skutkiem. Mimo przeciwności losu i bolesnego wspomnienia złamanego serca, nie ma zamiaru się poddawać. Szczególnie, kiedy w oko wpada mu jego były student. A Miłosz tylko na pierwszy rzut oka zdaje się być słodki jak cukierek ze sklepu ze słodyczami, w którym pracuje.

Czy dwa wyjątkowo trudne do ujarzmienia charaktery są w stanie zbudować coś trwalszego, niż przelotna przygoda? I czy w ogóle zechcą podjąć starania?

Dzieli ich wszystko – od wieku, przez status i życiowe doświadczenia, aż po nastawienie, czy preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu. Łączy fascynacja i lwia nieustępliwość.

W drugiej części „Wszystkiego” autorka porusza te same tematy, choć w znacznie bardziej żywiołowy sposób. Z takimi bohaterami nie dałoby się inaczej. Ze względu na zdecydowanie mniejszą (choć wciąż znaczącą!) różnicę wieku między bohaterami, wątpliwości moralne związane z wchodzeniem w tego rodzaju związek i potrzeba uwagi, tak dominujące w „Niebieskim”, odchodzą na nieco dalszy plan zostawiając pole do popisu walce z kompleksami, poszukiwaniom swojego miejsca, odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby i pytaniom o sens starania się o miłość.

A wszystko to z charakterystycznie uszczypliwym poczuciem humoru. Nieszablonowi bohaterowie potrafią nieźle zaskoczyć!

Co prawda „Wszystko jest nie tak!” to historia niezależna od „Wszystko jest niebieskie” i znajomość pierwszej części nie jest niezbędna, ale jeśli zamierzacie przeczytać obie, to koniecznie w odpowiedniej kolejności, bo zaczynając od WJNT można sobie zepsuć zabawę spoilerami. Całym LWIM ser duchem polecam obie części. A tą z Lwem szczególnie, bo to wyjątkowy gagatek!

Inga, Wszystko jest nie tak!, Szczecin, 2019, 109 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Wszystko jest niebieskie” Inga

Dzieli ich ponad 40 lat, łączy przypadek, jakiego nie powstydziłaby się żadna porządna komedia romantyczna.

DSC_0194.jpg

Daniel jest po siedemdziesiątce, ma wnuczkę na progu dorosłości i świeżą historię zawałową. Nie oznacza to jednak, że planuje położyć się na kanapie i czekać na śmierć, wręcz przeciwnie. Nie ma przecież wiele do stracenia. Dlatego kiedy pojawia się okazja nawiązania głębszej znajomości z atrakcyjnym młodym chłopakiem postanawia korzystać z życia.

Arek ma 23 lata, demotywującą pracę, mnóstwo nauki na mało poważanym kierunku studiów i niecodzienne upodobania. On również nie waha się długo, gdy na jego drodze pojawia się okazja zrealizowania skrytych fantazji. Ale czy nosząc serce na dłoni można bez problemu wejść w niezobowiązującą relację?

Zaskakująco ciepła, kipiąca emocjami historia romansu niemającego najmniejszej szansy na społeczna aprobatę. Historia pełna kontrastów, jak jej bohaterowie. Jednocześnie smutna i wypełniona uszczypliwym poczuciem humoru, subtelna i delikatna, choć zawiera „momenty”, od których mocno czerwienieją uszy. Pełna poplątanych emocji i prostego pożądania.

To opowieść o dojrzewaniu do uczuć, fascynacji drugim człowiekiem, potrzebie uwagi i zrozumienia niezależnej od wieku. O starości i pragnieniu bycia zauważonym. O młodości i lęku przed utratą. O godności, poszukiwaniu siebie i podążaniu za pragnieniami. O ulotności życia i czerpaniu z niego ile tylko się da. Wreszcie o odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby.

Bawi i skłania do refleksji. Zachwyca sensualnymi opisami, szokuje dosadnością. I łechta moje gusta estetyczne malowniczą okładką.

Inga, Wszystko jest niebieskie, Szczecin, 2018, 113 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Filip!” Inga

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale jednak nie sądziłam, że nadejdzie tak wcześnie. Jednak stało się – trafiłam na książkę, przez którą poczułam się staro.

Bo kiedy czytając książkę o nastoletnim yolo i nieszczególnie przemyślanej ucieczce z domu w romantycznym zrywie ku przygodzie, odkrywam w sobie olbrzymie pokłady zrozumienia dla matki głównego bohatera, to chyba jednak coś jest nie tak…

A przecież uwielbiam książki dla młodzieży!

Ale zacznijmy od początku. Filip jest typowym „dzieckiem z dobrego domu” – może nie dostaje wszystkiego, o czym tylko mógłby zamarzyć, ale niczego też mu nie brakuje. Może poza odrobiną luzu. Bo jego rodzice (zwłaszcza mama), należą do tych wymagających, a to nieszczególnie łączy się z Filipowym planem na życie obejmującym co prawda wykształcenie zawodowe, ale już maturę niekoniecznie. A już z na pewno nie heteroseksualizm. Sfrustrowany brakiem zrozumienia i spragniony poważnego dramatu bohater wychodzi więc z domu i wyrusza na przygodę życia. Pieszo, z niecałą stówą w kieszeni i alibi opóźniającym rodzicielski pościg. A to przecież wciąż więcej niż miał Cejrowski na starcie!

Nie za dobrze przemyślana decyzja szybko daje się odczuć. Czy napotkany po drodze zlot „branżowych” motocyklistów okaże się przekleństwem, czy wybawieniem? Bo ulgą dla zmęczonych wędrówką stóp na pewno.

Był moment, w którym byłam całkiem przerażona – wiecie pochwała ucieczek z domu i wsiadania na motocykle z obcymi mężczyznami w wieku podeszłym jako sposób na przeżycie przygody życia. Ale suma summarum wszystko to zostało przedstawione w naprawdę dobry sposób – wraz z popełnianiem błędów (od takich, których żałuje się jeszcze w trakcie popełniania, aż po te z długim terminem zawstydzania popełniacza) i ich konsekwencjami. Spokojnie można pozwolić jej trafić w ręce młodzieży. Chociaż takowa o pozwolenie raczej nie pyta.

To historia o potrzebie wolności i odrobiny szaleństwa. O poszukiwaniu siebie. O pierwszych krokach w dorosłość, która nie zawsze jest zgodna z wyobrażeniami. O osiąganiu zamierzonego celu i stawianiu na swoim. O lekkomyślności i pochopnych decyzjach. O nie ocenianiu po pozorach. O odpuszczeniu sobie. I o tym, że dobrzy ludzie jeszcze istnieją na tym świecie, a szczęście i pech zazwyczaj wędrują parami.

Filip jest tak bardzo młodym, naiwnym dzieciakiem, że to słodkie i budzące zniecierpliwienie jednocześnie. A czytanie o jego przygodzie to prawdziwy rollercoaser – raz umierałam z zazdrości tęskniąc za jego młodzieńczą beztroską, by kilka stron później najchętniej wytargać go za ucho. Ale taki jest chyba urok młodości – smak ma nieporównywalny z niczym innym, ale niesie ze sobą znaczne ryzyko publicznego blamażu.

I robiąc bilans zysków i strat nasz bohater okazuje się być wyjątkowym szczęściarzem, jak na urodzonego pechowca!

Nie da się czytać bez emocji – byłam przerażona, byłam zażenowana i byłam rozbawiona. Niesie ze sobą posmak wakacji, zapach dymu z ogniska i wrażenie ciepłego piasku pod stopami. Pierwszych miłości i nastoletnich dramatów. Idealna na chłodny wiosenny wieczór pod kocem na balkonie. I dla starych i dla młodych duchem.

P.S. Mój tytuł roboczy to „Filip i gang homocyklistów” co idealnie oddaje klimat powieści i właściwie jest moim osobistym szczytem lapidarności w recenzowaniu :D

Inga, Filip!, Szczecin, 2018, 231 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki i księgarni Bukcetbook.

Czas na czytanie: „Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska

Nie da się ukryć, że mam wielką słabość do dziwnych rzeczy i sięgam po nie z przyjemnością. Ale tak dziwnej książki, jak „Twierdza Kimerydu” dawno nie czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć.

Ludzkość poczyniła spore postępy w kierunku rozwoju genetyki. Nie tylko wskrzesiła dinozaury, ale również powołała do życia nowe gatunki bezrefleksyjnie mieszając geny stworzeń żywych i wymarłych. Dążąc do pokonania śmierci ulepszyła człowieka modyfikując jego wygląd, wyeliminowała koncepcję starzenia się i poprawiła wytrzymałość. Największym marzeniem okrutnego cesarza hegemona władającego Europą jest stworzenie armii niezwyciężonych żołnierzy będących hybrydami ludzi i dinozaurów. Tymczasem w Afryce, miejscu, skupiającym badania nad prehistorycznymi gadami, przedstawiciele tego gatunku pojawili się zupełnie samoistnie. By nie powiedzieć wręcz „naturalnie”.

Tyrs Mollina nie ma lekkiego życia – urodził się jako wyrzutek, potomek człowieka i raptora. Pozbawiony wspólnoty i własnej tożsamości, wychowany na ulicy od dziecka musi radzić sobie sam, a ponadto na jego barkach ciąży odpowiedzialność za pojawiające się w zastraszającym tempie młodsze rodzeństwo. Jest samcem alfa swojej rodziny, strażnikiem wąwozu, Casanovą, uczniem liceum i przyjacielem dwóch innych młodych chłopaków, całkiem do niego podobnych, a jednak zupełnie innych.

Ta książka to naprawdę wybuchowa mieszanka – problemy egzystencjalne dorastających chłopców mieszają się z walką o przetrwanie i poszukiwaniem własnego „ja”, nie tylko jako człowiek, ale i jako drapieżnik. To walka z zupełnie ludzkimi pragnieniami i popędami podszeptywanymi przez skrytą gdzieś głęboko gadzią naturę. To nieustanna walka o akceptację społeczeństwa, rodziny i samoświadomość. A jakby tego rodzaju rozterek było mało, to pewna słynna kobieta, która trafi przypadkiem w mało gościnne mury tej niestandardowej twierdzy przynosi ze sobą widmo wojny.

Kontrowersyjne tematy, jak homoseksualizm, czy prostytucja kompletnie blakną przy eksperymentach na ludziach (a nawet na własnych dzieciach!), wykorzystywaniu nieletnich, składaniu krwawych ofiar, czy międzygatunkowych związkach z licznym potomstwem. Kompletna jazda bez trzymanki. Czytelnikowi wydaje się, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć, by chwilę później wstrzymywać oddech za zdumienia. A wykreowana antyutopia z każdą stroną przeraża coraz bardziej.

Jest tu wojna i rzeź, są złamane serca i portowe życie spod znaku czerwonych latarni, jest walka o wolność, tożsamość i rzucanie wyzwania niepokonanemu, jest okrucieństwo najeźdźcy i jedzenie ludzkiego mięsa. Jest nadzieja i jej utrata. Są też takie momenty, kiedy nie miałam zielonego pojęcia o co im wszystkim chodzi i w imię czego właściwie tak strasznie utrudniają sobie życie. Bo motywacje bohaterów bywają przedziwne i zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Wiadomo, były momenty, które podobały mi się bardziej, i te, które mniej przypadły mi do gustu. Długo nie rozumiałam na przykład dlaczego właściwie na siłę upchnięto bohaterów do szkoły – dla mnie z zupełności sprawdziliby się jako żołnierze. A tego rodzaju zabiegów – które zyskują sens dopiero gdy mamy obraz całości – jest całkiem sporo. Frustrująco sporo.

Autorka jest prawdziwą sadystką – nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani tym bardziej czytelników.

Pomijając kompletny miszmasz tematyczny i koncepcyjny, książka jest napisana w bardzo specyficzny sposób. Teraźniejszość miesza się ze wspomnieniami, a różne perspektywy bohaterów niejednokrotnie się na siebie nakładają. Nie przepadam za pierwszoosobową narracją, ale w przypadku tej powieści nadaje ona historii zupełnie inny wymiar. A kiedy już się człowiek przyzwyczai, to nie sposób przerwać lektury, czyta się jednym tchem.

Dziwna, niestandardowa, zaskakująca. Nie można przestać o niej myśleć, szczególnie, że zakończenie pozostawia mnóstwo niedosytu. Niecierpliwie czekam na drugi tom, i w głębi serca mocno wierzę, że mój ulubiony bohater wcale jednak nie umarł na śmierć i doczekam się jego wielkiego powrotu. Bardzo proszę!

P.S. Nie sposób nie wspomnieć również o opracowaniu graficznym – książka została wzbogacona o trzy kolorowe wkładki z komiksowym przedstawieniem danej sceny. Ta koncepcja przypadła mi do gustu i w ostatecznym rozrachunku było mi tych obrazkowych wtrąceń trochę mało – kiedy już się przyzwyczaiłam, że się pojawiają, one jak na złość przestały się pojawiać. Strasznie spodobał mi się za to gadżet promocyjny, który dostałam wraz z książką – zbiór grafik w formie pliku zdjęć przedstawiających formalne i nieformalne momenty z życia opisanych postaci. Taki intymny wgląd do albumu ten kompletnie niestandardowej, ale jednak rodziny. Fantastyczny pomysł.

Magdalena Pioruńska, Twierdza Kimerydu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 444s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Zniewolony książę” C.S. Pacat

Takie książki to moje dirty pleasure – jedni nie śpią, bo czytają Greya, ja nie śpię, bo czytam yaoi. Powoli już przestaję się oszukiwać, że kiedyś z tego wyrosnę. Cóż, każdy ma gdzieś swoje Waterloo.

Jako, że to specyficzne hobby wciąż jeszcze mi nie przeszło, a zaczynałam gdzieś w gimnazjum, czuję się całkiem doświadczonym na tym polu czytelnikiem i z rosnącym sercem obserwuję rozwój rynku wydawniczego. Dlatego też dobrze wiem, że fabuła nie jest czymś, czego należy oczekiwać. Przynajmniej zazwyczaj.

DSC_0835

I też w tym przypadku pani Pacat jakoś szczególnie mnie nie zaskoczyła, bo to zupełnie typowy slave romance – zły przybrany brat podstępem pozbawia głównego bohatera prawa do tronu i cichaczem sprzedaje go jako niewolnika władcy wrogiego narodu. A przez następne 300 stron bohater próbuje uciec, wrócić do domu i odzyskać tron.

haremy, duszne parowe łaźnie, złote łańcuchy, traktaty, seksy, przymus, walka o dominację, zapasy nasmarowanych olejkiem wojowników, baty, uległe kociaki i uparty buntownik. Wzajemna pogarda i przyciąganie. Klasyka tematu.

Ale są trzy aspekty, które w moich oczach wyróżniają to pozycję i ze względu na nie będę czekała na kolejne tomy trylogii (Ewelino, kochanie, czy mnie czytasz? Dopisz do listy prezentów). Przede wszystkim dworskie intrygi (uwielbiam!), które w tej książce są wyjątkowo zapętlone i perfidnie złe. Na drugim miejscu plasuje się oziębły nowy właściciel naszego zniewolonego bohatera, który ma tak złośliwie wredny charakterek, że to aż cudowne (jego też uwielbiam). I na końcu opisy dwóch wrogich kultur zestawionych ze sobą na zasadzie kontrastu – od zwyczajów dotyczących ubioru, intymności, czy prezentowania majątku, aż po architekturę i sztukę – a tak do siebie podobnych pod względem rządzy władzy i bezwzględnej polityki.

Pod względem literackim bez szału, a na początku nawet trochę męcząco, choć nie wiem, czy to wina autorki, czy tłumaczenia. Za to opisy bywają bardzo plastyczne (czasami aż do przesady), co lubię i doceniam. Całkiem się wczułam.

Jest więc tendencyjnie i bez szczególnych uniesień językowych, chociaż niewątpliwie książka ma swoje momenty. Ale kurczę, wszyscy wiemy po co tu jesteśmy. Bynajmniej nie dla fabuły.

C.S. Pacat, Zniewolony Książę, Warszawa: Studio JG, 2018, 312 s.

Czas na czytanie: „Notatki samobójcy” Michael Thomas Ford

„Wyznam wam coś: widok własnego nazwiska obok słów „oddział psychiatryczny” potrafi człowiekowi zepsuć dzień.”

Na ten tytuł trafiłam na jednej z grup książkowych – pewna mama była zniesmaczona faktem, że w książce dla młodzieży pojawiają się „momenty”. I to w dodatku męsko-męskie. A jak wiadomo, tego rodzaju krytyka to najlepsza reklama. Nie byłam w stanie oprzeć się pokusie sprawdzenia, co to za pornograficzne bezeceństwa kryją „Notatki samobójcy”.

DSC_0822

Na samym początku muszę zaznaczyć, że jak zazwyczaj strasznie nie lubię pierwszoosobowej narracji, tak ten pamiętnik czytało mi się świetnie. Przede wszystkim dlatego, że już od pierwszych stron polubiłam samego narratora – piętnastoletniego Jeffa, który jest po prostu świetnym chłopakiem. Błyskotliwy, trochę zarozumiały, wygadany i pełen uszczypliwego poczucia humoru. Nie brak mu typowego dla nastolatków głodu wiedzy i, co już jest mniej typowe dla młodych chłopców, lubi swoją rodzinę i docenia to, co ma. A zdaje się mieć mnóstwo dystansu do siebie i świata. Okazuje się jednak, że jest pewien szczegół, którego wstydzi się nawet przed sobą.

„Czasami ludzie wyglądają normalnie, ale pewnego dnia robią coś kompletnie zaskakującego – i lądują w miejscu takim, jak ten szpital. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto mnie zna, podejrzewał, że zrobię to, co zrobiłem.”

Nie jestem pewna, jak to o mnie świadczy, ale czytałam relację młodziutkiego niedoszłego samobójcy z pobytu w szpitalu psychiatrycznym i momentami musiałam powstrzymywać wybuchy śmiechu. Bo ta historia jest naprawdę lekko napisana. Zabawna i nieco zadziorna narracja nie ujmuje jednak powagi samej tematyce, która przedstawiona z wyjątkowo przystępny sposób.

„Dlaczego trzeba ostrzegać ludzi przed tym, kim się jest? Dlaczego nie można po prostu być sobą?”

To całkiem mądra opowieść o samoakceptacji, odkrywaniu własnej seksualności i dystansowaniu się do zdania innych. O ciężarze sekretów i pozornie błahych problemach, które z punktu widzenia nastolatka wydają się być nie do pokonania. I przy okazji ważna lekcja tolerancji – boleśnie uświadamia jak bardzo ludzkie reakcje potrafią wpłynąć wpływać na nas i innych. A o inności świadczą nie tlyko nasze romantyczne wybory.

Tak, w tej książce są sceny czynności seksualnych zarówno w parze hetero, jak i homoseksualnych. Nie nastawiajcie się jednak na wyjątkowo plastyczne opisy, niepewność pierwszych doświadczeń zdecydowanie dominuje tu nad erotyką.

Osobiście odebrałam ta książkę bardzo pozytywnie, wydaje mi się być świetnie wyważona między powagą tematu, a humorystycznym podejściem. Super, że nie jest to romans, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jest mnóstwo emocji ale wszystko jest nastawione przede wszystkim na poznawanie siebie, nie na fascynację drugim człowiekiem.

Warto poświęcić jej chwilę. A z punktu widzenia rodzica naprawdę nie ma się czego bać. Chociaż może sądzę tak dlatego, że moja córka jeszcze nie potrafi czytać.

Michael Thomas Ford, Notatki samobójcy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2012, 272 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Książka na weekend: „Twój Simon. Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli

Ta książka jest po prostu urocza. I słodka. I strasznie sympatyczna. I chociaż wiem, że nie każdy gustuje w literaturze młodzieżowej, to moim zdaniem mała wizyta w świecie Simona to relaks idealny na piątkowy wieczór. I idealna do pokazania w moje urodziny, bo tak bardzo przypomina mi piękne czasy młodości, że ach!

„- Co to jest Dementor?
Nie. Nie wierzę.
– Nie jesteś już moją siostrą.
– Acha, czyli coś z Harrego Pottera.”

Największym atutem tej historii jest zdecydowanie jej główny bohater i narrator – Simon Spier – którego nie można nie polubić. Niewymuszone poczucie humoru objawiające się w bardzo dziwnych momentach, osobny żołądek na słodycze, fantastyczne relacje z rodzicami i rodzeństwem, umiejętność porównania kształtu psiego pyska do butelki po coca-coli, miłość do Harrego Pottera i słabość do opowiadań yaoi. Normalnie Simon jest moim sobowtórem. Tylko męskim, amerykańskim, homoseksualnym i o 10 lat młodszym (10 lat młodszym! Teraz to poczułam się staro…).

„Są też dziewczyny takie jak Lea, które rysują ołówkiem yaoi i publikują obrazki w sieci. (…)
Lea uwielbia także fanfiki w wersji slash, co mnie na tyle zaintrygowało, że w zeszłe lato zacząłem grzebać w Internecie. Nie mogłem uwierzyć, ile tego jest – do wyboru, do koloru: Harry Potter i Draco Malfoy oraz ich zbliżenia w każdej możliwej formie, w każdej możliwej komórce na miotły w Hogwarcie.” – to zdecydowanie moja ulubiona część internetu odkąd byłam mniej więcej w wieku Simona ;)

Równie łatwo żywić ciepłe uczucia do niesamowicie pozytywnej, nieźle zakręconej rodziny Simona i jego nieco obsesyjnych, hipsterskich rodziców. Rodziny, która ze wszystkiego robi „coś wielkiego”.

„- Wiem o co chodzi – mówi mój tata. – Niech zgadnę. Jesteś gejem. Twoja dziewczyna jest w ciąży. Ty jesteś w ciąży.
– Tato, przestań – odzywa się Alice.
Zamykam oczy.
– Jestem w ciąży.
– Wiedziałem – mówi tata. – Cały promieniejesz.
Patrzę mu prosto w oczy.
– A tak naprawdę jestem gejem.”

Wdając się w mailową rozmowę z osobą poznaną przypadkowo na szkolnym czacie, Simon przekonuje się o tym, że nie trzeba wcale znać tożsamości ani wyglądu, by całkiem dobrze kogoś poznać i poczuć szybsze bicie serca. Co swoją drogą doskonale rozumiem, bo swojego szanownego męża również znalazłam sobie w internecie.

To pełna ciepła historia o pierwszym zauroczeniu, tym trudniejszym, że w osobie tej samej płci i to poznanej epistolarnie, o coming outach, które nie powinny dotyczyć jedynie homoseksualistów i o ocenianiu po pozorach. O zawirowaniach nastoletnich przyjaźni, o zazdrości i świństwach, jakie można zrobić drugiej osobie pod wpływem emocji, a także o konsekwencjach, jakie niesie takie zachowanie.

I przede wszystkim o tym, co chyba podobało mi się najbardziej – o idealnej postawie dorosłych – wsparciu rodziny, szkoły i nauczycieli otwarcie przeciwstawiających się prześladowaniu. Zdaję sobie sprawę, że to raczej sielanka, która nie zawsze ma wiele wspólnego z rzeczywistością, ale to postawa wzorcowa, do której wszyscy powinniśmy dążyć. A świat Simona ma w sobie to coś, co niesamowicie podnosi czytelnika na duchu.

Wraz z książką dostałam materiały edukacyjne dla nauczycieli do wykorzystania na godzinach wychowawczych oraz języka polskiego w ostatnich klasach podstawówki (bo gimnazjów już chyba nie ma?) i w liceum. Na podstawie filmu „Twój Simon” proponuje się nastolatkom ćwiczenia na temat sekretów i ujawniania cudzych tajemnic, cybrprzemocy, czy różnic między książką a ekranizajcę. Fajna sprawa, aż mi trochę żal przez chwilę żal, że nie chodzę już do szkoły. Ale tylko przez chwilę :D

Becky Albertalli, Twój Simon. Simon i inni homo sapiens, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Czas na czytanie: „Tamte dni, tamte noce” André Aciman

„Ludzie, którzy czytają, są schowani w sobie. Ukrywają to, jacy są. Ludzie schowani w sobie nie zawsze lubią to, jacy są.”

Przeczytałam właśnie książkę o szczęściu. Dlaczego więc nie mogę przestać płakać?

DSC_1049

Pozornie banalna historia wakacyjnego romansu pomiędzy siedemnastoletnim synem znanego profesora i kilka lat starszym letnim rezydentem jego rodziców umiejscowiona w rajskiej scenerii północnych Włoch. I nie byłoby w niej niczego odkrywczego, gdyby nie olbrzymia dawka emocji, którą ów romans ze sobą niesie.

„(…) młodośc nie ma wstydu. Wstyd przychodzi z wiekiem.”

Bardzo długo, bo przez niemalże pół książki nie mogłam przywyknąć do pierwszoosobowej narracji i koncepcji strumienia świadomości. To praktycznie autowiwisekcja wrażliwości głównego bohatera, który każde ze swoich uczuć i każdą reakcję analizuje, rozkłada na czynniki pierwsze i wielokrotnie przeżywa. I choć może być przy tym męczący, doskonale go rozumiem i jednocześnie niesamowicie imponuje mi jego nieposkromione pragnienie przeżywania i ciekawość skierowana zarówno w kierunku drugiego mężczyzny, jak i własnego wnętrza.

„- Wcale nie jestem mądry. Jak już mówiłem, o niczym nie mam pojęcia. Czytam książki i umiem układać słowa w zdania, ale to nie znaczy, że potrafię mówić o sprawach, które są dla mnie najważniejsze.”

Opowieść o stopniowo budzących się namiętnościach. O poszukiwaniu bliskości i absolutnej intymności dzielonej z drugim człowiekiem. O pokrewieństwie umysłów i nieśmiałości. O poznawaniu siebie poprzez poznawanie kogoś innego. O odkrywaniu własnej seksualności. O pragnieniu bycia jednością. O fascynacji, pasji, obsesji, pragnieniu i zakazanym owocu. O magii pierwszego zauroczenia, które potrafi zmienić całe życie. O nastoletniej huśtawce emocjonalnej. O szczęśliwej rodzinie, wsparciu i oddaniu. O absolutnym szczęściu, o tęsknocie, o goryczy straconej szansy i o poddawaniu się bez walki. O pielęgnowaniu wspomnień. O zachłyśnieciu się młodością, wolnością i emocjami.

„Chcę poznać twoje ciało, chcę wiedzieć co czujesz, chcę poznać ciebie, a za twoim pośrednictwem siebie.”

A przy tym skłaniająca do namysłu, stale stawiająca przed czytelnikiem intelektualne wyzwania i świetna literacko. Jest w niej pasja, muzyka, filozofia i plastyczne opisy. Nie raz jeszcze zatęsknię za tym włoskim kawałkiem nieba.

Czy jest szokująca, bulwersująca, czy obrzydliwa? Pewnie może być w ten sposób odbierana, chociaż osobiście nie te odczucia towarzyszyły mi podczas lektury. W moim odczuciu jest raczej bardzo prawdziwa i naturalna, wręcz naturalistyczna. I czuję się przede wszystkim potargana emocjonalnie jako jednostka o niebywale niskiej odporności na takie piękno-gorzkie zakończenia.

Wyczuwam potężnego książkowego kaca. A książki nie mogłabym nie polecić, mimo, że złamała mi serce.

„(…) jak poruszamy się w czasie, jak czas porusza się w nas. Jak się zmieniamy, a potem wracamy do pierwotnej postaci. Można się zestarzeć, nic nie wiedząc na ten temat. (…) Ja się nie zmieniłem. Świat się nie zmienił. A przecież nic nie będzie takie samo. Pozostały tylko marzenia i dziwne wspomnienia.”

André Aciman, Tamte dni, tamte noce, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2018, 332 s.

Czas na czytanie: „Poszukiwani Poszukiwany” Małgorzata Falkowska

Lektura tej książki skłoniła mnie do przedsięwzięcia naprawdę poważnego postanowienia noworocznego, jakim jest staranniejsza selekcja tytułów do recenzji. Dotychczas w swoich wyborach sugerowałam się przede wszystkim porywem serca sięgając po książki, które wydawały mi się ciekawe, zabawne, czy intrygujące i zwykle moja intuicja sprawdzała się mniej więcej w połowie przypadków – trafiałam i na książki rewelacyjne i na przeciętne, ale w każdej pozycji potrafiłam znaleźć coś dla siebie. Każda lektura zapewniła mi rozrywkę, czegoś mnie nauczyła albo skłoniła do luźnej refleksji, szczególnie, że bardzo cenię sobie różnorodność i próbowanie nowych autorów i gatunków. I tak było aż do tej chwili. Bo oto trafiłam na książkę, która jest tak absurdalnie zła, że gorszej chyba nie czytałam.

DSC_0680

Na powieści Małgorzaty Falkowskiej już od dawna miałam ochotę. Wyobrażałam sobie, że jej powieści to coś pomiędzy „Przyjaciółmi”, a „Lejdis” w książkowej wersji – luźny, pełny humoru babski gang pakujący się w zaskakująco komiczne, ale jakże życiowe sytuacje. Wybór padł na trzecią część cyklu ze względu na jej tematykę – polowanie na męża już nie mieści się w granicach moich zainteresowań, za to macierzyństwo jak najbardziej. No i pomyślałam, że będzie tak jak z „Przyjaciółmi” właśnie – nie ważne, że zaczynasz swoją przygodę od 13 odcinka piątego sezonu – i tak będziesz się świetnie bawić! I faktycznie, książkę można spokojnie czytać bez znajomości poprzednich części – każda z bohaterek została w przedstawiona w kilku zdaniach, a po około 20 stronach wiemy już kto z kim i dlaczego. I to by było na tyle, jeśli chodzi na plusy.

Minusów jest trochę więcej – przede wszystkim kuleje konstrukcja postaci. To wciskanie czytelnikowi papierowych schematów nieskażonych siłą osobowości, mdłych, nieciekawych wydmuszek. Marietta jest kreowana na poważną i ułożoną dyrektorkę, wobec czego nosi okulary, całkiem poważnie zgłasza się do roli protokolanta babskiego spotkania (zwanego również sabatem). Kiedy dowiaduje się, że jej partner ma 18 letniego syna wybucha płaczem, ale nie z powodu życia w kłamstwie, a dlatego, że ten chciałby mieć kolejne dziecko. Z nią. A dzieci są takie niehigieniczne.

„Chcę dziecko, ale to takie niesterylne, brudne i nieuporządkowane (…). Wyobrażacie sobie moje białe dywany, na których byłyby okruszki jedzenia lub walające się zabawki? Dziecka nie nauczy się segregacji jak jest takie małe. To przyjdzie z czasem, a ja nie wiem, czy wytrzymam ten czas oczekiwania, dopóki nie stanie się idealną kopią mnie.” – Tak, to są słowa pani dyrektor, dorosłej kobiety. Tej najrozsądniejszej w towarzystwie.

Za to hitem jest Zosia, która chyba miała być kreowana na rozpuszczoną, roztrzepaną, pełną szalonych pomysłów córeczkę bogatego tatusia, a wyszła po prostu na przygłupią dziewoję myląca znaczenie słów „skorumpowana” i „skomplikowana”…

„Przecież wiadomo, że jak się z wami prześpi, to nie będzie zdrada, bo wy i tak wolicie siebie, znaczy się kobiety. Więc taki trójkąt w czworo nie byłby niczym złym”. – czyż to nie oczywiste?

Ale najlepsze są główne bohaterki tej części – Jola i Monika to będące ze sobą w związku lesbijki pragną dziecka. Ale nie jednego, a dwóch – każda własnego. Synchronicznie – żeby razem być w ciąży, razem rodzić, razem wychowywać. To nie ważne, że jeszcze nawet razem nie mieszkają. I pomijam tu zupełnie naiwne myślenie o tym, że tak łatwo zajść w ciążę, bo sama również miałam na początku wszystko zaplanowane (moja urodzona w styczniu Majka miała być sierpniowym Frankiem :D), ale one nie za bardzo wiedzą jak się do całej sprawy zabrać. Wiec pytają przyjaciółek i wspólnie porównują dostępne opcje.

„Pomysł banku spermy wydawał się całkiem dobry, jednak dla mnie był ostatecznością. Niby jak miałabym z Monią się zapłodnić. Wstrzyknąć sobie spermę strzykawką, czy może wkładać drewnianym patyczkiem?”

Jako, że in vitro jest za drogie, ich przyjaciółki, nie widząc w tym żadnego dylematu moralnego ani najmniejszych powodów do zazdrości (sic!), jako potencjalnych kandydatów na partnera do poczęcia naturalnego rozważają własnych mężów! Ale Jola z Monią odrzucają te propozycje ze względu na charaktery proponowanych im reproduktorów. Wobec tego dwie kochające się, zadeklarowane lesbijki będące wybierają poszukiwanie potencjalnego ojca swoich dzieci na dyskotece. Bo przecież to lepsze wyjście niż dowiedzieć się czy zapłodnić się patyczkiem, czy strzykawką przez pewnego dawcę z banku…

Nie muszę chyba zatem mówić, że bohaterki są infantylne, a ich sposób podejścia do poważnych życiowych decyzji pasowałby bardziej do średnio rozgarniętych trzynastolatek, niż do dorosłych kobiet. W tym momencie (jak już zniechęcona wróciłam do czytania po dobrym miesiącu odrazy do tej książki) sprawdziłam dokładniej autorkę. I faktycznie, jest to osoba stosunkowo młoda – tylko trzy lata starsza ode mnie. Ale jednak 28 lat to nie -naście i jakieś pojęcie o świecie już się ma. To może jest to książka skierowana do nastolatek (chociaż problematyka jakoś mało nastolatkowa)? Też nie – podobno literatura obyczajowa/romans. Nie jest to też debiut autorki… To dlaczego jest tak źle, tak naiwnie? Bo niestety dalej wcale nie robi się lepiej.

Cała książka jest przegadana, męcząca i mało zabawna, a momentami wręcz żenująca. Wypełniona desperacją tragikomedia pozbawiona dojrzałości i zdrowego rozsądku. Pomysł wydawał się fajny, ale w moim odczuciu, jego realizacja jest tragiczna. Chociaż, licząc na odprężającą rozrywkę, nie miałam względem tej książki szczególnie wygórowanych oczekiwań, to i tak mocno się przejechałam – po prostu źle się ją czyta. Bridget Jones była głupawa, ale zabawna. Może dlatego, że była jedyna w swoim rodzaju, a sześć idiotek w jednej powieści to zdecydowanie zbyt wiele nawet dla naprawdę tolerancyjnego czytelnika.

Małgorzata Falkowska, Poszukiwani Poszukiwany, Chorzów: Wydawnictwo Videograf S.A, 2017, 304 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.