Bajki Majki: „Bałtyckie zwierzaki”, Patrycja Wojtkowiak-Skóra

Jakie pamiątki przywozicie z wakacji? Ja mam wielką słabość do pocztówek i kiedy podczas naszej małej wyprawy w odwiedziny do helskich fok weszliśmy do mieszczącego się w fokarium sklepiku z pamiątkami nastawiałam się na pocztówki właśnie, choć spodziewałam się również pluszowej foczki, bo nie dość, że Hel jest foczym królestwem, to jeszcze majkowa miłość do fok nie ustaje. I Maja oczywiście foczkę wybrała, swoją drogą przeuroczą. Ale poprosiła również o „książkę z foczką za okładce”, dzięki czemu nabyliśmy drogą kupna „Bałtyckie zwierzaki” (i pluszowego łososia też, w końcu raz się żyje!), a moje matczyne serce zadrżało ze wzruszenia, bo jednak coś mi w tym macierzyństwie wyszło.

A sama książka okazała się świetna! To 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku jezyka.

Jeśli jesteście jeszcze na wczasach z przedszkolakiem nad naszym polskim morzem, sprawcie sobie taką pamiątkę, polecamy z całego serca. I oczywiście pełne kieszenie muszelek sercówek, rogowców bałtyckich i małgiew płaskołazów. Ale jeśli na którejś z plaż zdarzy Wam się spotkać fokę, zróbcie jej zdjęcie z daleka i nie podchodźcie, te urocze, ale groźne stworzenia potrzebują odpoczynku na lądzie. A na bliższe spotkania trzeciego stopnia koniecznie wybierzcie się do fokarum na Hel albo do gdańskiego ZOO.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Bajki Majki: „Moja wielka wyszukiwanka. Dzień i noc; Zwierzęta świata”, Susanne Gernhäuser

Do szukania szczegółów w książkach obrazkowych moja Majka przekonała się dopiero po drugich urodzinach, za to chętnie wraca do tego rodzaju czytanio-zabawy do dziś. Dlatego też nowa seria dwóch „wielkich wyszukiwanek” zagwarantowała mi kilka godzin spokojnej pracy zdalnej i nawet chwilę na kawę z pianką w pakiecie (zazwyczaj na piankę nie mam szans, bo jak tylko moje dziecię wypatrzy, to pozostaje mi jedynie kawa z dokładnie wyjedzoną pianką).

Chociaż ani same książki, ani ilość elementów do znalezienia nie jest aż tak duża, jakby to sugerowała wielkość podkreślona w nazwie, dla przedszkolaka są w sam raz.

„Zwierzęta świata” to 11 środowisk zamieszkanych zarówno przez dobrze znane, jak i egzotyczne zwierzęta. Od swojskiej łąki z pasącymi się krowami, lasów, gór i jezior, przez sawannę, niegościnną pustynię, wilgotne lasy równikowe, odległą Australię wraz z rafą koralową u jej wybrzeży aż po mroźne bieguny.

Każdej rozkładówce towarzyszy kilka zdań krótkiego opisu, a na pasku po lewej stronie przedstawiono po 9-10 zwierzątek, które należy odszukać na ilustracji. Świetnie, że zwierzęta zostały podpisane. Sam wybór bohaterów również bardzo mi odpowiada, bo znalazłam wszystkie moje ulubione gatunki – jest tu i lew (bo jak tak bez lwa!) i koale, dziobak, leniwiec i nawet waran. Maję uszczęśliwiają ule pełne pszczół, szop, mrówkojad, niedźwiedź polarny, foki i morsy. Ilustracje są bardzo przyjemne, w miarę realistyczne i nie napakowane szczegółami na tyle, by szukanie zwierzątek mogło zniechęcić przedszkolaka poziomem trudności.

Nie jestem tylko przekonana do umieszczenia na jednej planszy obu biegunów. Chociaż niedźwiedzie polarne i pingwiny zostały przedstawione na dwóch osobnych skrawkach lądu i zostało to dodatkowo zaznaczone w tekście, to jednak wizualnie wciąż jest to sugestia, jakoby mieszkały „po sąsiedzku”.

Ten tytuł już kilkukrotnie przydał mi się podczas omawiania z córką zadanych przez przedszkole tematów w ramach zdalnej edukacji – wykorzystywałyśmy go jako pomoc naukową do zajęć związanych z zoo i dzikimi zwierzętami, a ostatnio również podczas lekcji o zwierzętach domowych i gospodarstwie. Zdecydowanie wolę sięgnąć po książkę, niż sadzać malucha przed komputerem i posiłkować się ilustracjami z ekranu. Bo do drukowania już dawno zabrakło nam kolorowego tonera.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Zwierzęta świata, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 24 s.

„Dzień i noc” nieco różni się budową. Wciąż mamy 11 rozkładówek z dużymi ilustracjami, ale tym razem występują one parami – każdy zakamarek miasta oglądamy zarówno w dzień, jak i w nocy. Ostatnia strona natomiast przedstawia widok na całe miasto. W zależności od pory dnia, w różnych częściach miasta dzieją się różne rzeczy – po południu przy fontannie wracające ze szkoły dzieci kupują lody, wieczorem to miejsce zmienia się w miejsce koncertów, a pobliski teatr otwiera drzwi przed widzami spektaklu. Codzienny ruch i gwar w gospodarstwie nocą zamiera, ale kiedy rodzi się cielaczek, wizyta weterynarza jest nieodzowna nawet po północy. Noc to również czas grasowania lisów i jeży. Nocą, w uśpionym mieście, działają również apteki, a zawsze czujni policjanci przyjeżdżają na miejsce włamania. A tętniący dziecięcą energią plac zabaw, nocą staje się miejscem spotkań zakochanych i dzikich miejscem żeru dzikich stworzeń.

Podobnie, jak w przypadku poprzedniej książki, i tutaj ilustracjom towarzyszą krótkie opisy, choć tym razem nie tylko samych miejsc, ale przede wszystkim sytuacji. Do wyszukania mamy natomiast nie tylko zwierzęta, ale również ludzi wykonujących określone czynności i istotne dla sytuacji przedmioty, jak puszczaną przez dzieci łódeczkę, walizkę weterynarza, latarnię, czy niezbędne na budowie narzędzia.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Dzień i noc, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 24 s.

Obie książki zostały wydane w całości z grubego kartonu, w formacie nieco mniejszym, niż A4 i z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, dzięki czemu można je oglądać nie tylko z przedszkolakiem, ale również z zupełnie malutkim bobasem (zębo- i ślinoodporne!).

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Pomóż zwierzakom wrócić do domu. Lasy świata; Wody świata”, Pavla Hanáčková

Obie kwadratowe, całokartonowe książeczki z serii „Pomóż zwierzakom wrócić do domu” oparte są na tym samym schemacie. Główny bohater – Antek w przypadku „leśnej” części i Julka w „wodnej” części – trafiają na zwierzęta wydarte przez przemytników ze swoich naturalnych środowisk. Pomagając im powrócić do domów, przemierzają świat poznając jego zdumiewającą różnorodność.

Wraz z Antkiem odwiedzimy aż siedem różnych lasów – od mieszanych w umiarkowanym klimacie Europy, przez wieczną zmarzlinę tajgi, wilgotne lasy równikowe aż po… lasy wodorostów u wybrzeży Kaliforni! Trzy z tych środowisk zostały potraktowane wnikliwiej, niż pozostałe (a w każdym czekał na nas zwierzęcy przewodnik), poznamy jednak mieszkańców i rośliny żyjące w każdym z nich. Ponadto dowiemy się między innymi jak ich mieszkańcy radzą sobie z ekstremalnymi warunkami, w których przyszło im żyć, jaki wpływ mają dane gatunki na swoje środowisko i czy pożary lasów mogą być dla nich pożyteczne.

Julka zabierze nas na wyprawę w podwodne głębiny siedmiu środowisk wodnych (podobnie, jak w przypadku lasów, trzem z nich poświęcono nieco więcej uwagi) – przez oceany, rafy koralowe, wartki nurt najdłuższej rzeki świata, namorzyny i mokradła aż po najgłębsze jezioro. Wody słone, słodkie, zbiorniki podziemne i powierzchniowe, duże i małe… Kto mieszka w każdym z nich?

Do czego zwierzęta wykorzystują prądy oceaniczne? Na jakie strefy dzielą się połacie oceanicznych wód i czy wszystkie z nich są przystosowane do życia? Koralowce to rośliny, czy zwierzęta? W jaki sposób rzeki kształtują teren? Czym są lasy namorzynowe i dlaczego porastające je drzewa mają… szczudła? I skąd właściwie w jeziorach bierze się woda?  Na te i mnóstwo innych pytań rodzących się z niezaspokojonej dziecięcej ciekawości znajdziecie odpowiedzi w „Wodach świata”. Każdy przedszkolak będzie oczarowany tą niezwykłą wyprawą, a i rodzic ma szansę na zaskoczenie niektórymi ciekawostkami. Ja na przykład nie miałam pojęcia o istnieniu wodnych hiacyntów. No bo jak to tak, bez cebulki?

Wielki plus za pogrubioną okładkę i sztywne, choć nie przesadnie grube kartki oraz zaokrąglone rogi – Maja ma już cztery lata i jest naprawdę zaawansowanym czytelnikiem potrafiącym dbać o swoje książeczki (w końcu indoktrynowana od bobasa!), a jednak wciąż bardzo doceniam takie szczegóły.

Mnóstwo ciekawostek dostosowanych do możliwości poznawczych malucha, sympatyczni bohaterowie i urocze ilustracje. A do tego prawdziwa przygoda!

Pavla Hanáčková, Linh Dao, „Pomóż zwierzakom wrócić do domu. Lasy świata”, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 22 s.

Pavla Hanáčková, Linh Dao, „Pomóż zwierzakom wrócić do domu. Wody świata”, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 22 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

 

Bajki Majki: „ZOO”, Jarosław Mikołajewski

Kolejna książka, którą z dumą awansuję do plebiscytu „Dziobaki Roku”, czyli zbioru najniezwyklejszych pozycji, na jakie trafiłam. I nawet jest w niej dziobak! Chociaż zabrakło lwa, a to spory minus…

To książeczka, która zaskakuje na każdym kroku. I nawet, kiedy po kilku stronach wydaje nam się, że wiemy już czego mniej więcej się spodziewać, kolejna jest zupełnie inna. Szalona zabawa językiem, formą, spontanicznymi, najbardziej podstawowymi rymami, elementami gwary i regionalizmami. W zbiorze znajdziemy wierszyki składające się z dwóch wersów i takie rozpisane na dwie strony. I chociaż każdy z nich jest o zwierzętach, które można spotkać w ogrodzie zoologicznym, to przekrój tematów jest iście bajeczny – od radzenia sobie ze sprawowaniem władzy, przez ulotność życia jętki, nieszczęśliwą miłość kochanków z dwóch różnych światów, sposoby na odróżnienie łosia od łosicy, trudne życie obiektu zainteresowania paparazzich aż po siusianie w odosobnieniu i inne kompletnie zaskakujące skojarzenia. I zaskakujące fakty. Wiecie, jak mówi się na samicę łosia? Albo który z ptaków jest szczęśliwym posiadaczem pęcherza moczowego?

Niektóre z rymowanek uważam za genialne (jestem na przykład wielką fanką hipopotama, węża i grzechotnika), ale znajdą się też takie, których humor uważam za niesmaczny i najchętniej bym je usunęła – na przykład o pijących koalach, czy zarozumiałym pawiu, albo takie, które mnie męczyły nadmiarem absurdu, jak na przykład goryle. Podobnie, jak z tekstem, jest z ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej – na hienę i Sienę mogę patrzeć i patrzeć, podobnie jak na hipcia w wersji glamour, zebrę, czy serdecznego łosia (bardzo polecam też rybę-śrubokręt), a takie słonie, czy ten nieszczęsny koala pierwszy zupełnie mi się nie podobają. Taka różnorodność może rozczarowywać, ale na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. A do tego ma szansę poznać coś zupełnie nowego i lepiej poznać swój gust.

Zoologiczny kogel-mogel. Są tu mądrości i są głupotki, bywa poważnie, choć przeważa żartobliwość. Jest i śpiewnie i kulawo i przewidywalnie i zaskakująco. Tej mieszanki trzeba spróbować na własnej skórze, inaczej się nie da!

Jarosław Mikołajewski, ZOO, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 48s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.  

Bajki Majki: „Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych” Bogusław Michalec

Moja Majka już na dobre weszła w fazę przedszkolaka – rozpoczął się u nas etap „występowania” na forum rodziny, dlatego ostatnimi czasy wszelkie wierszyki, poste piosenki, tańce i pokazywanki są bardzo w cenie. Jednak będę w Wami szczera, Tuwim i Brzechwa wielkimi poetami byli, ale trochę już nie mogę na nich patrzeć. Kocham bardzo, ale czuję, że chwila oddechu od czasu do czasu będzie miała zbawienny wpływ na nasz związek. Dlatego też „Co trapi okapi” okazało się prawdziwym powiewem świeżości wśród majkowych zbiorów.

Ta urocza książeczka to aż 70 wierszyków o każdym chyba zwierzęciu, jakie tylko można sobie wymarzyć – są tu zarówno mieszkańcy dżungli, jak i gospodarstwa, małe robaczki, bywalcy lasów i domowe pieszczochy. Wszyscy zamknięci bezpiecznie w eleganckiej, twardej oprawie książki.

Wierszyki są przeróżnej długości – od dwóch wersów, po dwie strony. Dlatego też bez wątpienia każdy maluch znajdzie coś dla siebie. I do posłuchania przed snem i do wykucia na blachę na przedszkolny konkurs recytatorski.

A do tego prześlicznie ilustrowane – każdy wierszyk opatrzony został przynajmniej jedną ilustracją przedstawiającą jego bohatera, a zdarzają się i rozkładówki w całości pokryte obrazkiem. Urocze zwierzęce pyszczki uprzyjemnią niejeden wspólny wieczór.

A bywają szalone, bo i tematyka jest baaaardzo przekrojowa – znajdziemy tu rymowanki o krowie w operze i koali na plaży, żubrze na diecie, chomiku  łakomczuszku, papudze grającej w piłkę, czy nosorożcu… odlatującym samolotem. I to zupełnie naturalne, że na jednej stronie występują jeż, małpka i świnka morska.

Nietrudne do zrozumienia, wpadające w ucho, sympatyczne i zabawne rymowanki. Czasem pouczające, czasem zupełnie absurdalne. Ten zbiór wierszyków już zadomowił się na dobre w naszej biblioteczce i mocno mi się wydaje, że będziemy po niego sięgać jeszcze przez kilka długich lat.

Bogusław Michalec, Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Grajki Majki: Djeco „Little action”

Kiedy od drugich urodzin minęło już nieco czasu i Majka zrobiła się już całkiem ogarnięta, zaczęłam rozglądać się za pierwszymi grami. No wiecie, na rynku jest mnóstwo fantastycznych propozycji i sama nie mogłam się już doczekać, mimo, że większość z tych gier przeznaczonych jest dla maluszków powyżej trzeciego roku życia i sporo z nich polega na rzucaniu kostką, a nie do końca na tym mi zależało. Bobasa miała wtedy etap demona energetycznego (w sumie ma go do dziś…) i w turlanie kostki wkładała zdecydowanie zbyt wiele entuzjazmu.

Bądźmy szczerzy – nie jest łatwo znaleźć grę dla dziecka, które roznosi energia i zamiast siedzieć i choć przez chwilę skupić się na planszy woli robić dziesięć innych rzeczy. Najczęściej jednocześnie.

„Little action” to właśnie propozycja dla takich wiercipupek – przede wszystkim najciekawszą dla dziecka rzeczą w pudełku są gumowe zwierzątka. Całkiem ładne, lekkie i miękkie, wobec czego nawet rzucone z całej siły przez pokój nie narobią szczególnie wielu szkód. A rzucanie jest jak najbardziej dozwolone! Jeśli tylko wylosujemy właśnie takie wyzwanie.

Gra składa się z sześciu gumowych dzikich zwierzątek, dwudziestu kart z wyzwaniami różnego typu oraz dwunastu medali ze zwierzątkami. Każdy z graczy losuje kartę i musi, wykorzystując do tego zwierzątka, wykonać jedno z pięciu rodzajów zadań: utrzymać jedno ze zwierzątek na głowie przez 30 sekund, wrzucić określone zwierzątko do pudełka, strącić jedno zwierzątko drugim, podrzucać je w górę i złapać (to jest chyba najtrudniejsze dla maluszka!), podawać sobie z rąk do rąk albo ustawić jedno na drugim. Zadania na kartach zostały przedstawione w sposób rysunkowy, dzięki czemu dziecko samo poradzi sobie z odczytaniem, ale wymaga to chwili skupienia. Potem zostaje już tylko ćwiczenie motoryki, koordynacji ruchowej, refleksu i cierpliwości. A na wytrwałych czekają medale!

Świetna zabawa dla całej rodziny – wbrew pozorom zadania nie są wcale tak banalnie proste, jakby się to mogło wydawać, nie tylko dla maluszka. Utrzymanie zwierzątka na głowie to mój osobisty koszmar :D

Karty i medale wykonane zostały z naprawdę grubej tektury, dzięki czemu niestraszne im ani zagniecenia, ani nadmiar śliny.

Gra jest stosunkowo droga, ale ze względu na pomysł, wytrzymałość i jakość wykonania zdecydowanie warta swojej ceny. Była jedną z naszych pierwszych nabytków i gramy już dobre pół roku, a nie widać jakichkolwiek śladów zużycia.

Little Action
Firma: Djeco
Sugerowany wiek: 2,5-5 lat

Bajki Majki: „W drogę!” Karolina Ponzo

Nigdy nie ukrywałam, że jestem raczej tchórzowatą matką i zdarza się, że przeraża mnie kontakt mojej córki z nożem do masła i oblodzonymi schodkami, a co dopiero z całym olbrzymim światem.

Dlatego też ta książeczka jest bardzo dla mnie (a Bobasa korzysta zupełnie przy okazji i wcale, ale to wcale nie jest pretekstem!). To opowieść o małej dziewczynce – mieszkającej praktycznie po sąsiedzku i tylko miesiąc starszej od Majki – podróżującej z mamą po wielkim świecie. Bo Karolina Ponzo świata się nie boi, a do Meksyku z dzieckiem wybiera się tak, jak ja na osiedlowy plac zabaw. Tylko ona zabiera mniej bagaży :D

Mila – córeczka Karoliny i główna bohaterka książki – od maleńkości zwiedza fantastyczne miejsca. I jest przy tym świetnym przewodnikiem, zarówno po stronach książki, jak i po odwiedzanych za ich pośrednictwem miejscach! Dzięki niej możemy się dowiedzieć gdzie można kąpać się ze słoniami, jakie owoce najlepiej smakują w Meksyku, jakiego koloru kraby przemykają po kenijskich plażach,  gdzie ulice rozbrzmiewają porywającą do tańca muzyką i czy trudno wypatrzeć morskiego żółwia. Najlepiej od razu zaopatrzcie się w globus, bo maluchy bywają wyjątkowo dociekliwe, jeśli chodzi o opowieści o egzotycznych krajach.

Bo „W drogę!” cudownie rozszerza słownictwo, czego zdążyłam już zaobserwować pierwsze efekty podczas wyboru rogalika w Lidlu („Mamo, to jest krłasąt!”). Uważajcie rodzice! Będziecie musieli tłumaczyć znaczenia takich słów, jak bungalow, cywilizacja, salsa czy fasada (to akurat miałyśmy już za sobą – dziecko spaczone historią architektury od maleńkości…). Wytłumaczycie też gdzie leży Bali (i w Indonezji nie będzie wystarczającą odpowiedzią), kim są guźce i Masajowie! Na pewno będzie pouczająco, więc zawczasu lepiej sami dobrze się przyuczcie!

Dopełnieniem tekstu są ilustracje zajmujące całe strony od góry do dołu. Ilustracje tak bajkowe, że przedstawione na nich miejsca i stworzenia wydają się być wręcz nie z tego świata. Wydaje mi się, że Ewelinie Wajgert idealnie udało się uchwycić magię, jaką są cuda natury przepuszczone przez nieskrępowaną wyobraźnię dziecka. Jestem wielką fanką pstrokatego pancernika, a moja Majka szczególnie upodobała sobie… zwierzątka z chmur i kształty ułożone z gwiazd.

Ale wiecie co podobało mi się najbardziej? Przesłanie. Bo cały ten ogromny, różnorodny świat pełen barw, języków, stworzeń i dźwięków, ani trochę nie przeraża małej dziewczynki, dopóki trzyma ona za rękę swoją mamę. Wszędzie jest dobrze, byle z mamusią. I nie ważne, czy polecimy na drugą stronę globu, czy rozłożymy koc na łące za domem – mama zawsze będzie tą osobą, która pokaże swojemu małemu odkrywcy cuda tego świata.

Karolina Ponzo, W drogę!, Gdańsk: Karolina Ponzo, 2018, 32 s.

Bajki Majki: „Kuba niedźwiedź. Opowieści z gawry” Renata Kijowska

Nie będę oszukiwać – do tej książki przyciągnęła mnie okładka i obietnica pięknych ilustracji. I moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone, bo jest pięknie wydana (i w zaskakująco dobrej cenie, jak na tak dopieszczoną pozycję). Ilustracji jest sporo, zarówno tych zajmujących całe strony, jak i mniejszych obrazkowych „wtrąceń”. Co prawda nie jestem do końca przekonana do stron zadrukowanych delikatnym deseniem stanowiącym tło tekstu, ale po kilku rozdziałach moje oczy się do tego przyzwyczaiły, a przyznaję, że dzięki temu zabiegowi książka wygląda bardzo „bogato”. Jest w tym również pewien minus – ze względu na wysoką jakość papieru i twardą oprawę, stosunkowo krótka książka jest dość ciężka. Nie polecam jej zatem do plecaka jako towarzyszki górskich wycieczek, za to stacjonarnie do czytania przed snem sprawdzi się świetnie.

 

Bo za piękną prezencją idzie również świetna treść. Nie ukrywam, że do książki autorstwa dziennikarki TVN podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu bojąc się opartej na sensacji wydmuszki. I, dla odmiany, w tym względzie nie mogłam się bardziej pomylić. Książka składa się z 20 rozdziałów, które, ułożone w fabularną historię charakternego niedźwiadka Kuby i jego przyjaciół, prezentują zachowania i zwyczaje niedźwiedzi jako gatunku. A po każdym z rozdziałów kilka słów poświęcono oddzieleniu świata fantazji od prawdziwych informacji wraz z historiami realnych pierwowzorów bohaterów tej powieści. I jest to prawdziwa skarbnica wiedzy o królach lasu. To prawda – jest skierowana do dzieci, ale byłam zaskoczona jak mało wiem o tych pięknych drapieżnikach, teraz jestem choć trochę bardziej świadoma. Już na samym początku zszokowała mnie informacja, że w Polsce na wolności żyje zaledwie około stu osobników. W swojej naiwności głęboko wierzyłam, że po sto niedźwiadków zamieszkuje każdy las! A kolejne rewelacje tylko dodatkowo powiększały mój wstyd jako przedstawiciela gatunku ludzkiego. Bo wpływ działalności człowieka na świat zwierząt jest tak wielki, jak i straszny. I żeby to sobie uświadomić, trzeba czasami wczuć się w sytuację grubiutkiego niedźwiadka Kuby i na własnej skórze poczuć konsekwencje współżycia ludzi i dzikiej przyrody.

Chociaż w książce Renty Kijowskiej milusińska fikcja literacka miesza się z rzeczywistością, to jednak właśnie okrutna rzeczywistość wiedzie tu prym. Urzekająca przyjaźń między przedstawicielami różnych gatunków bardzo ociepla całą historię, która jednak daleka jest od disneyowsko cukierkowych zwrotów akcji i cudownych akcji ratunkowych. Kuba i jego rodzina ponoszą konsekwencje nierozważnych decyzji, a na swej drodze spotykają i dobrych i złych ludzi. I chociaż tak naprawdę wszystko kończy się dobrze, nie sposób nie wyciągnąć ponurych wniosków z lektury. I chyba jednak wolę zostawić niedźwiadki w spokoju, niż cieszyć się urokami górskich krajobrazów, które są domem wielu wspaniałych gatunków. Ale też nigdy nie byłam wielkim zapaleńcem pieszych wędrówek.

Książka, która uświadamia, edukuje, fascynuje i zaraża miłością do tych wielkich, futerkowych zwierząt, które ani trochę nie są słodkimi misiami. Imponuje prawdziwością, urzeka ciepłem, prowokuje dyskusję i otwiera oczy. Poproszę więcej takich książek!

Renata Kijowska, Kuba Niedźwiedź. Opowieści z gawry, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 160 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: „Zwierzokracja” Ola Woldańska-Płocińska

Uwielbiam, kiedy w moje ręce wpadają takie książki. Książki-monumenty, które z dumą i przyjemnością mogę pokazywać dziecku. Ta poświęcona została naszym największym przyjaciołom – zwierzętom.

To jednocześnie pełna ciekawostek encyklopedia, wykład dotyczący empatii, wrażliwości i odpowiedzialności oraz hedonistyczna uczta dla oczu. W solidnej, twardej oprawie kryje się 38 bogato ilustrowanych plansz poruszających najróżniejsze tematy. Łączy je jedno – zwierzęcy bohaterowie. Mały czytelnik przeniesie się zatem do starożytnego Egiptu, gdzie dowie się co nieco o kulcie i mumifikacji kotów, pozna poglądy starożytnych myślicieli na temat jedzenia mięsa, a także dowie się co nieco o pewnej epidemii królików i ludziach, którzy skazywali ślimaki na karę pozbawienia wolności. Poza historią książka stara się wytłumaczyć jak najwięcej z otaczającej nas rzeczywistości i pokazać dziecku, jak duży wpływ mamy na los naszych zwierzęcych przyjaciół – co oznaczają pieczątki na jajkach, dlaczego nie powinno się dawać pupila jako prezent i jak ciężki bywa los mieszkańców cyrku. Przedstawia też niektóre sławne, a nawet święte zwierzęta i ich badaczy. A to tylko niektóre przykłady! Poza tym, książka jest przede wszystkim zbiorem praw zwierząt i obowiązków człowieka wobec naszych mniejszych braci (przyznam, że w części historycznej zaskoczył mnie nieco brak św. Franciszka).

Autorka opowiada swoją historię przede wszystkim obrazem – duże rozkładówki pozwalają cieszyć się wyjątkowymi ilustracjami z zapartym tchem. Sam tekst pełni niejako rolę dopełniającą – tłumaczy i rozwija chwytliwy nagłówek każdego z zagadnień. Bo wielkim atutem tej pozycji jest jej humorystyczny wydźwięk. Kto powiedział, że o poważnych sprawach musimy rozmawiać tylko i wyłącznie na poważnie?

Nie ze wszystkimi tezami się zgadzam – na przykład zupełnie nie przekonuje mnie pomysł z produkowaniem budów ze zużytych butelek. Wręcz przeciwnie, jestem wielką entuzjastką galanterii skurzanej. Uważam, że skoro już hodujemy okreslone zwierzęta na mięso, to powinniśmy wykorzystać wszystko, co mogą nam dać w sposób jak najbardziej sumienny – również skórę i futro.

Z pewnością nie zostanę też wegetarianką, a tym bardziej weganką, chociaż zależy mi, żeby zwierzęta traktowane były w jak najlepszy sposób. Uważam jednak, że przedstawienie dziecku innych sposobów na życie jest bardzo istotne i cieszę się, że kilka z nich pokazuje tak piękna książka.

Fantastycznie, że wszystko wytłumaczone zostało prostym i stosunkowo łagodnym językiem bez uciekania się do brutalnych przykładów i nadmiernej indoktrynacji. Ilustracje są przepiękne tekst mądry i ciekawy, a przesłanie niezwykle istotne. To książka, która uczy, bawi i wychowuje. A jej lektura to niesamowita przyjemność niezależnie od wieku czytającego.

Jeśli szukacie książki pięknej – oto ona. Jeśli szukacie książki mądrej – oto ona. Jeśli szukacie książki wypełnionej zwierzakami po same brzegi… dodatkowa zachęta chyba nie będzie potrzebna.

Ponadto kupując własny egzemplarz książki, wspieracie finansowo zwierzaki będące pod opieką Fundacji Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt Viva! oraz Stowarzyszenie Otwarte Klatki. Nie dość, że kupujecie genialną książkę, to jeszcze pomagacie futrzakom.

Polecamy całą rodziną, z Bobasą i Figlem na czele.

Niech moc zwierzkaów będzie z Wami!

Ola Woldańska-Płocińska, Zwierzokracja, Poznań: Wydawnictwo Pailon, 2018, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.