Bajki Majki: „Sekret sprzedawcy rowerów” Jean-Jaques Sempé

Czy jest na sali ktoś, kto nie kojarzy przygód Mikołajka? Można mieć z nimi związane fantastyczne wspomnienia z dzieciństwa, można uważać je za nieedukacyjne (te fangi w nos!), ale chyba nie sposób nie znać. Na pewno więc i „Sekret sprzedawcy rowerów” na pierwszy rzut oka wyda się Wam znajomy. Jest to bowiem autorska książka pana Sempé – ilustratora kultowych książeczek o Mikołajku.

Mam wielką słabość do jego ilustracji – na pewno w dużej mierze ze względu na sentyment, ale lekka kreska, oszczędność formy i humorystyczny wydźwięk na pewno również mają z tym coś wspólnego. Uchwycenie portretu psychologicznego całej plejady najróżniejszych bohaterów za pomocą kilku machnięć piórkiem to dla mnie trochę czary. Okazuje się jednak, że potrafi opowiadać urzekające historie nie tylko obrazem, ale i zręcznie łączy go z tekstem.

Rudolf Taburin jest właścicielem warsztatu rowerowego i jest nieocenionym fachowcem w swojej dziedzinie. Do tego stopnia, że w jego rodzinnej miejscowości zaczęto nazywać rowery od jego nazwiska. Zakład dobrze prosperuje, ma szczęśliwą rodzinę, zyskał sympatię ludzi i prawdziwego przyjaciela – można pomyśleć, że Rudolf ma życie idealne. Od wczesnego dzieciństwa dręczy go jednak pewien sekret. Sekret, który może wyjść na jaw, kiedy jego przyjaciel – fotograf – zapragnie zrobić mu artystyczne zdjęcie podczas jazdy na rowerze. A cała ta sytuacja, zupełnym przypadkiem, doprowadzi do niespodziewanego sukcesu obu panów. Jednak czy sukces podszyty drobnym oszustwem, niewielkim zakłamaniem, smakuje tak samo, jak ten, na który uczciwie zapracowaliśmy?

Do tej książki jak ulał pasuje powiedzenie, że szewc bez butów chodzi. To całkiem zabawna, bardzo przyjemna opowieść o życiu z tajemnicą, która złośliwie podgryza sumienie. O wybiegach, by ów sekret utrzymać… no cóż, w sekrecie, o kompleksach, zaufaniu, braku wiary we własne możliwości, o przyjaźni i o uldze, jaką daje podzielenie się swoim kłopotem z przyjacielem. Może się okazać, że każdy, nawet najlepszy specjalista kryje w sercu swój własny zawstydzający sekrecik.

Duży format, niepowtarzalne ilustracje, dojrzały bohater, a do tego słowo i obraz, które wzajemnie się uzupełniają.

Jean-Jaques Sempé, Sekret sprzedawcy rowerów, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 112 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

Bajki Majki: „Wihajster czyli przewodnik po słowach pożyczonych”, Michał Rusinek

Mam straszną słabość do słów, właściwie od zawsze. Im bardziej skomplikowane, tym lepiej i ciekawiej. Byłam tym dziwnym dzieckiem, które w podstawówce chodziło ze słownikiem pod pachą, nazywało irytujących kolegów „infantylnymi” i jako pierwsze wiedziało, czym jest orgazm. Bo znalazło definicję w „Słowniku wyrazów trudnych i obcych”.

Dlatego też wspieram pozycje o słowach z całego serca. A jeśli do tego są skierowane do dzieci (nie ukrywajmy, słownik był niekoniecznie dziecioprzyjazny – ani pół obrazka), to już w ogóle bajka.

„Wihajster” nie jest typowym słownikiem zawierającym definicje trudnych wyrazów. Ta wesoło ilustrowana pozycja została poświęcona zapożyczeniom i skupia się przede wszystkim na ich pochodzeniu. A to bywa czasami bardzo zaskakujące, bo poza słowami z języka niemieckiego, angielskiego, francuskiego, łaciny, czy greki czerpaliśmy inspirację z języków azjatyckich, tureckiego, mongolskiego, azteckiego, węgierskiego, perskiego, czy jidysz. Wszystkie te słowa zostały podzielone na kategorie tematyczne – od kuchni, przez podwórko, aż po ubrania, sport, medycynę i wyposażenie pokoju. Ostatnie strony zostały poświęcone polonizmom, czyli słowom z języka polskiego, które pożyczyły sobie od nas inne języki (i dlaczego akurat są to ogórki).

Dowiemy się między innymi dlaczego małą poduszeczkę nazywamy jaśkiem, co dokładnie w języku starożytnych Greków znaczyło słowo katárrhous, czy indyk pochodzi z Indii, co ma wspólnego torebka z koniem, jak i kiedy harcowali rycerze i ze zlepków jakich słów (i w jakich językach!) powstały wyrazy takie jak tramwaj, czy herbata. Poznamy też słowa wędrujące przez różne języki i prześledzimy trasy, jakie przebyły w drodze do naszej ojczystej mowy.

Bardzo atrakcyjnie wydana i fascynująca od pierwszego, do ostatniego słowa! Nie sposób się oderwać, niezależnie od wieku.

Michał Rusinek, Wihajster, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Bajki Majki: „Kuba niedźwiedź. Opowieści z gawry” Renata Kijowska

Nie będę oszukiwać – do tej książki przyciągnęła mnie okładka i obietnica pięknych ilustracji. I moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone, bo jest pięknie wydana (i w zaskakująco dobrej cenie, jak na tak dopieszczoną pozycję). Ilustracji jest sporo, zarówno tych zajmujących całe strony, jak i mniejszych obrazkowych „wtrąceń”. Co prawda nie jestem do końca przekonana do stron zadrukowanych delikatnym deseniem stanowiącym tło tekstu, ale po kilku rozdziałach moje oczy się do tego przyzwyczaiły, a przyznaję, że dzięki temu zabiegowi książka wygląda bardzo „bogato”. Jest w tym również pewien minus – ze względu na wysoką jakość papieru i twardą oprawę, stosunkowo krótka książka jest dość ciężka. Nie polecam jej zatem do plecaka jako towarzyszki górskich wycieczek, za to stacjonarnie do czytania przed snem sprawdzi się świetnie.

 

Bo za piękną prezencją idzie również świetna treść. Nie ukrywam, że do książki autorstwa dziennikarki TVN podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu bojąc się opartej na sensacji wydmuszki. I, dla odmiany, w tym względzie nie mogłam się bardziej pomylić. Książka składa się z 20 rozdziałów, które, ułożone w fabularną historię charakternego niedźwiadka Kuby i jego przyjaciół, prezentują zachowania i zwyczaje niedźwiedzi jako gatunku. A po każdym z rozdziałów kilka słów poświęcono oddzieleniu świata fantazji od prawdziwych informacji wraz z historiami realnych pierwowzorów bohaterów tej powieści. I jest to prawdziwa skarbnica wiedzy o królach lasu. To prawda – jest skierowana do dzieci, ale byłam zaskoczona jak mało wiem o tych pięknych drapieżnikach, teraz jestem choć trochę bardziej świadoma. Już na samym początku zszokowała mnie informacja, że w Polsce na wolności żyje zaledwie około stu osobników. W swojej naiwności głęboko wierzyłam, że po sto niedźwiadków zamieszkuje każdy las! A kolejne rewelacje tylko dodatkowo powiększały mój wstyd jako przedstawiciela gatunku ludzkiego. Bo wpływ działalności człowieka na świat zwierząt jest tak wielki, jak i straszny. I żeby to sobie uświadomić, trzeba czasami wczuć się w sytuację grubiutkiego niedźwiadka Kuby i na własnej skórze poczuć konsekwencje współżycia ludzi i dzikiej przyrody.

Chociaż w książce Renty Kijowskiej milusińska fikcja literacka miesza się z rzeczywistością, to jednak właśnie okrutna rzeczywistość wiedzie tu prym. Urzekająca przyjaźń między przedstawicielami różnych gatunków bardzo ociepla całą historię, która jednak daleka jest od disneyowsko cukierkowych zwrotów akcji i cudownych akcji ratunkowych. Kuba i jego rodzina ponoszą konsekwencje nierozważnych decyzji, a na swej drodze spotykają i dobrych i złych ludzi. I chociaż tak naprawdę wszystko kończy się dobrze, nie sposób nie wyciągnąć ponurych wniosków z lektury. I chyba jednak wolę zostawić niedźwiadki w spokoju, niż cieszyć się urokami górskich krajobrazów, które są domem wielu wspaniałych gatunków. Ale też nigdy nie byłam wielkim zapaleńcem pieszych wędrówek.

Książka, która uświadamia, edukuje, fascynuje i zaraża miłością do tych wielkich, futerkowych zwierząt, które ani trochę nie są słodkimi misiami. Imponuje prawdziwością, urzeka ciepłem, prowokuje dyskusję i otwiera oczy. Poproszę więcej takich książek!

Renata Kijowska, Kuba Niedźwiedź. Opowieści z gawry, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 160 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.