Bajki Majki: Nauka liter i cyfr – książki i gadżety

Majka jest już przedszkolakiem pełną gębą i coraz poważniej podchodzimy do koncepcji poznawania liter i cyfr oraz nauki pisania, czytania i liczenia. Oczywiście wszystko bardzo stopniowo i poprzez zabawę, nastawiając się raczej na same przyjemności – ksiązeczki, gry i inne atrakcyjne pomoce naukowe, tak dalekie od wkuwanie literek i odpytywania z pamięci. Najchętniej w pięknej oprawie graficznej, bo powszechnie wiadomo, że dziecko musi mieć konkret – nie ma pojęcia ile jest 3-1, ale jeśli ma obiecane trzy bajeczki, a jedna już się skończyła, to doskonale wie, ile jeszcze zostało. Nieszczególnie znam się na tych wszystkich metodach nauczania maluchów, staram się więc po prostu oswoić Majkę z literkami i rozbudzić jej ciekawość. Okazuje się, że mnóstwo książek, układanek, czy książeczek z zadaniami pomaga mi w tym na co dzień. Z przyjemnością je więc wspólnie polecamy!

Książki:

„Od 1 do 10” Oli Cieślak to pierwsza książeczka o tej tematyce, która znalazła się w naszych zbiorach. Niewielka i całokartonowa trafiła w lepkie rączki Bobasy, kiedy ta miała zaledwie nieco ponad pół roku. I przeżyła w zaskakująco dobrym stanie, co samo w sobie świadczy o jakości wykonania. Nieco abstrakcyjne, „bazgrołkowate” ilustracje i krótkie, wpadające w ucho rymowanki ze zwierzątkami w roli głównej ślizgające się po granicy absurdu – idealnie wpasowały się w moje poczucie humoru. Podobno recenzje tej książeczki są bardzo różne, ale ja jestem bardzo na tak i polecam mocno!

Aleksandra Cieślak, Od 1 do 10, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014, 22 s.

Kolejnym naszym wyborem na książki oswajające z literami i cyframi zupełnego jeszcze maluszka, stały się całokartonowe, wielkoformatowe pozycje „Mój pierwszy alfabet. Słowniczek obrazkowy” i „Moje pierwsze liczby. Książeczka obrazkowa”. W pierwszej z nich każdą stronę zajmuje olbrzymia litera, a wogół niej umieszczono przedmioty i zwierzęta zaczynające się na daną literę. Drugą podzielono na rozkładówki – na jednej stronie umieszczono cyfrę wraz z jej wartością „w kropkach”, na drugiej zaś po cztery różne przykłady ilustracji odpowiadającej danej cyferce. Przy trójce są zatem trzy robaki, trzy lisy, trzy psy i trzy grzybki. Ostatnie strony zajmuje małe podsumowanie – cyfry od 1 do 10 wraz z ich odniesieniem w obrazkach i proste przykłady dodawania.

Książki okazały się naprawdę wytrzymałe, bo służą nam już dobre dwa lata i właściwie tego po nich nie widać. Są dość ciężkie, ale świetnie nadają się do oglądania na podłodze, a grube strony, wygodne do obracania, żywe kolory i uśmiechnięci, zwierzęcy bohaterowie zachęcają do samodzielnej lektury. A solidna, twarda oprawa i zaokrąglone rogi gwarantują bezpieczeństwo – i książki i malucha.

Beata Białogłowska-Piwko, Mój pierwszy alfabet. Słowniczek obrazkowy, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 26 s.

Anna Wiśniewska, Beata Białogłowska-Piwko, Moje pierwsze liczby. Książeczka obrazkowa, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 26 s.

W pierwszych próbach liczenia towarzyszyła nam pozycja Anity Bijsterbosch „Gdzie jest konik morski?”. Osią fabuły uroczej książeczki dla najmłodszych jest sytuacja, która mogła zdarzyć się tylko ojcu – konik morski zgubił jedno ze swoich dzieci. Rozpoczyna zatem szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą przetrząsając zakamarki morskich głębin i prosząc o pomoc każde napotkane stworzenie. Towarzysząc mu w poszukiwaniach zaginionego synka, mały czytelnik poznaje różnorodne morskie zwierzątka i utrwala liczenie do dziesięciu.

To nieskomplikowana, ale wciągająca historia za którą równie łatwo nadążyć, co się w nią zaangażować. Pomagają w tym przepiękne ilustracje, które przywodzą nieco na myśl perfekcyjnie wykonaną wycinankę-wyklejankę. Wspaniałe kolory – żywe, choć dalekie od podstawowej palety, duża szczegółowość przy jednoczesnym zachowaniu prostoty i przejrzystości ilustracji, budzący sympatię, uśmiechnięci bohaterowie. A do tego lekko usztywnione strony i okienka – oto klucz do sukcesu.

Bardzo lubię książeczki dla dzieci, w których bohaterem jest konik morski – nie oszukujmy się, tatusiowie wciąż są traktowani nieco „po macoszemu” jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi, a przecież sprawdzają się w tym świetnie. Chyba, że akurat gubią jedną z pociech :D Jednak jak by nie patrzeć, z tatą nie można się nudzić! A książka Anity Bijsterbosch pełna jest tatusiów trzymających pieczę nad swoją dziatwą (podczas lektury zawsze czuję się  jak na placu zabaw w sobotni poranek), którzy wspólnie szukają zaginionego konika morskiego, jak na facetów przystało, bardzo skrupulatnie – za kamieniami, muszlami i wodorostami, a nawet za lampką ryby-żeglarza.

Podobnie jak w przypadku historii Pana Hilarego i jego okularów, zguba znajduje się tam, gdzie powinniśmy byli zacząć szukać ;)

Anita Bijsterbosch, Gdzie jest konik morski?, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 28 s.

„Liczymy razem” Matsumasa Anno to wybitny przykład książki obrazkowej do nauki liczenia, przemyślana w każdym calu. Składa się z 13 plansz odpowiadających dwunastu miesiącom. Pierwsza z nich, przedstawiająca bliżej niezidentyfikowany zimowy krajobraz, jest zupełnie pusta – odpowiada cyfrze 0. Na kolejnej pojawiają się pierwsze obiekty – dom, narciarz, dziecko lepiące bałwana, słońce, chmura, samotne drzewo, czy ptak, a w miarce obok ilustracji umieszczony został pierwszy klocek. Na kolejnej stronie widzimy tą samą przestrzeń uzupełnioną o kolejne elementy – obok domu pojawia się kościół, którego zegar pokazuje drugą godzinę, przy choince rośnie druga, wcześniej wydeptana ścieżka zostaje utwardzona i rozchodzi się w dwie strony, dwaj kierowcy ciężarówek dyskutują na poboczu, dwoje dzieci goni dwa zajączki. A śnieg powoli topnieje. Na następną stronę zawędrowała już wiosna – troje dzieci niesie trzy kwiatki, trzy łodzie płyną rzeką, pojawia się również kolejny budynek i drzewa. W miarce po lewej stronie obrazka piętrzą się już trzy klocki.

W ten sposób maluchy mają możliwość nie tylko nauczyć się liczyć, ale przede wszystkim śledzić roczny cykl życia przyrody raz przyjrzeć się stopniowemu rozwojowi niewielkiego miasteczka. Zupełnie przypadkiem dziecko oswaja się również z zegarem i powoli (wraz z przyswajaniem cyfr) uczy się odczytywać z niego godziny. A wszystko to bez wykorzystania tekstu, bo jedynym środkiem przekazu są tutaj barwne plansze z delikatnymi akwarelowymi obrazkami.

Sam tekst pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest przeznaczony dla rodziców. Wytłumaczono w nim zastosowaną w książce regułę „jeden do jednego” i same początki liczenia, o czym rodzic może następnie opowiedzieć dziecku.

Matsumasa Anno, Liczymy razem, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2019, 28 s.

„10 psotnych kotków” to książeczka-pamiątka jeszcze z mojego dzieciństwa, ale jej mechanizm jest ponadczasowy. Banda kociaków rozłazi się w zaskakująco szybkim tempie przy okazji ucząc dziecko odejmowania – jedno z kociąt zainteresuje motylek, i już z dziewięciu kotków mamy osiem. Kolejny pobiegnie za myszką, więc nagle kociaków mamy siedem… i tak dalej. Dopiero obietnica kolacji pomoże znów zebrać je wszystkie w jednym miejscu. To jedna z moich najukochańszych pozycji – zarówno ze względu na przepiękne ilustracje, wytrzymałą tekturę, która przetrwała już miłość trojga dzieci jak i sentyment. Z pewnością można jednak znaleźć obecnie niejeden tytuł oparty na tym samym schemacie.

Wolfgang Schleicher, 10 psotnych kotków, Zielona Góra: Wydawnictwo E. Jarmołkiewicz, 1997, 18 s.

Nieco inny pomysł przyświecał twórcom kartonowej wyszukiwanki „Peppa Pig. Poszukaj i znajdź”. Każdej planszy z pełnym szczegółów obrazkiem towarzyszy ściąga z wpisanymi przedmiotami, które należy odnaleźć i policzyć. Poza ćwiczeniem liczenia i oswajaniem się z cyframi, tego rodzaju zabawy to świetny trening spostrzegawczości, cierpliwości i skupiania się na zadaniu. A bohaterowie ulubionej bajki stanowią dodatkową zachętę i przykuwają uwagę malucha na dłużej.

Peppa Pig. Poszukaj i znajdź, Warszawa: Media Service Zawada sp. z.o.o, 14 s.

Natomiast wyjątkowo zaawansowanej matematyki dla przedszkolaków posmakować można w wyjątkowo zabawnej pozycji duetu Kes Gray & Jim Field (którego ilustracje pokochaliśmy już w książkach „Koala, który się trzymał” i „Mysz, która chciała być lwem”) „Ile mamy nóg?”. Pod niewinnym pretekstem zliczenia odnóży gości przybywających na przyjęcie – a goście są cokolwiek nietypowi!) nie tylko przekraczamy dziesiątki, ale i setki!

Kes Gray & Jim Field, Ile mamy nóg?, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 32 s.

Dla odmiany „Piąte przez dziewiąte” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel i Wojciecha Widłaka pozwala odkryć ludzką twarz matematyki. To dziesięć króciutkich historii o dziesięciu cyfrach. A każda z nich ma swój własny charakter, problemy i przygody – zero ma znamiona depresji i kompleks mniejszości, jeden samotny wędrowiec w lesie to zwiastun kłopotów przygody, we dwoje raźniej, choć nie zawsze symetrycznie, trójka to cyfra iście bajkowa, z czwórką lepiej nie zadzierać, piąte też się czasem przydaje, szóstka czuje miętę do dwójki, siódemka nie zawsze jest cudem świata… i tak dalej.

Są wiewiórki, jamniki, chomiki, smoki, lwy, koty… cała menażeria. Są rycerze i bajkowe śluby, uczty, ośmiornice i żyli długo i szczęśliwie.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Wojciech Widłak, Piąte przez dziewiąte, Gdańsk: wydawnictwo Adamada 2018, 52 s.

Podobny pomysł narracyjnego podejścia – ale tym razem do literek – miała Katarzyna Marciniak, w książeczce „Alfabet wśród zwierząt”. W tym przypadku każdą literę kojarzymy ze zwierzęciem K klasycznie z kotem, L z lwem, a S ze stonogą. Każdemu zwierzęciu zaś poświęcono przezabawny, melodyjny, wpadający w ucho wierszyk otoczony bajecznymi ilustracjami. To jeden z tych przykładów aktywności, w której wiedza wchodzi do głowy w sposób zupełnie niezauważony.

Katarzyna Marciniak, Alfabet wśród zwierząt, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 48 s.

Książeczki z zadaniami:

Teoria teorią, nie zapominajmy jednak o ćwiczeniach praktycznych! Bo przecież poznawanie liter i cyfr to nie tylko rozpoznawanie ich na obrazkach, ale również pierwsze próby pisania! Ćwiczenie rączki, szlaczki i koślawe, poprzedzone setkami prób i błędów, ale już najprawdziwsze literki łączone pomału w proste słowa. W tych ćwiczeniach niezastąpione będą książeczki z zadaniami – atrakcyjne dla dziecka, pożyteczne ze względu na swój potencjał edukacyjny i ze względu na niewielki format idealne do torebki – świetnie sprawdzą się w podróży, czy podczas oczekiwania na posiłek w restauracji. Wybór tego rodzaju zeszytów ćwiczeń jest ogromny, przetestowaliśmy ich już mnóstwo, a wydaje się, że to wciąż kropla w morzu. Oto najciekawsze propozycje:

„Zwierzaki alfabeciaki. Kolorowanki dla dzieci z wierszykami i naklejkami” Tomasza Parnasa to swego rodzaju etap przejściowy między książeczką do czytania, a aktywnością. Podobnie jak w „Alfabecie wśród zwierząt” każdej literce przyporządkowano zwierzątko, któremu poświęcono króciutki wierszyk. Wierszykowi towarzyszy kolorowanka, a na koniec należy dopasować naklejkę z literką i zwierzątkiem.

Zupełnym maluszkom bardzo polecam tytuł z naszej ulubionej serii książeczek z naklejkami – „Obrazki dla najmłodszych. Naklejanki” towarzyszą nam (pod nadzorem bardzo uważnego rodzica!) odkąd Bobasa skończyła rok. Naklejanie naklejek to w końcu jedno z pierwszych zadań ćwiczących sprawność manualną małych paluszków, jeszcze zanim sięgniemy po ołówki i kredki. Jeden z trudniejszych tytułów tej serii poświęcony jest cyfrom.

Do ćwiczenia nieco bardziej precyzyjnych ruchów rączką zachęca seria „Maluch poznaje…” wydawnictwa Aksjomat. Przetestowaliśmy „Litery” i „Cyfry” i są to chyba najulubieńsze książeczki z zadaniami Majki. Ze względu na śliską powierzchnię są wielokrotnego użytku – zarówno jeśli chodzi o zmazywalny pisak, którym się je wypełnia, jak i naklejki, które dają się kilkukrotnie odklejać – może nie w nieskończoność, ale spokojnie można poprawić, jeśli coś wyjdzie krzywo. Uwaga! Do tej serii nie dołączono pisaka, trzeba więc zaopatrzyć się w niego na własną rękę, albo wykorzystać taki z  innego zestawu.

Na przykład z książeczek „Literki. Piszę i zmazuję” i „Cyferki. Liczę i zmazuję”. Te tytułu skierowane są już do nieco bardziej zaawansowanych przedszkolaków, którzy, opatrzeni już nieco z literami i cyframi, składają je w pierwsze słowa i równania. Tutaj na dziecko czeka więcej pracy, książeczka wymaga więc nieco większej umiejętności skupienia, wciąż jednak próby wspierane są przez pomocnicze wykropkowania, a dzięki śliskiej powierzchni stron łatwo można zmazać i poprawić ewentualne błędy.

Bardzo ciekawą opcją są dwie serie wspierające przyswajanie literek i cyferek, które – poza nielicznymi kolorowankami – w ogóle nie wymagają użycia przyborów do pisania. Cała nauka oparta jest na tym, co dzieci lubią najbardziej – na naklejkach. To właśnie naklejki są niezbędne do wypełniania prostych działań matematycznych, rozwiązywania krzyżówek, czy uzupełniania słów. Seria „Kreatywny przedszkolak” z której testowaliśmy tytuły „Lubię literki” i „Lubię cyferki”, a także książeczki „Lubię zabawy z literkami” i „Lubię zabawy z cyferkami” skierowane są do starszych grup przedszkolnych, w których dzieci poznały już w miarę wszystkie znaki graficzne, a proponowane zadania pomagają im je utrwalić. To właśnie one najlepiej sprawdzą się w podróży i, ze względu na nieco wyższy poziom trudności, będą świetnym pomysłem na wspólne spędzenie czasu z dzieckiem.

Gry i zabawki:

Nie ma nic przyjemniejszego, niż nauka poprzez zabawę! Szczególnie, że a jeśli musimy coś wyszukać, dopasować, czy połączyć, od razu łatwiej to zapamiętać. Jednymi z naszych sprawdzonych „pomocy naukowych” są puzzle wydawnictwa Aksjomat „Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary” oraz „Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary”. Oba zestawy składają się z par puzzli – cyferki z 10, literki z 24 (puzzle z cyferkami są sporo większe, niż te z literkami) – do dopasowania. W przypadku cyferek na jednym elemencie mamy kolorową cyfrę, na drugim zaś odpowiednią liczbę przedmiotów, np. do trójki należy dopasować trzy kotki, do ósemki osiem pszczółek. W przypadku literek łączymy literkę z obrazkiem – A z arbuzem, K z kotkiem i tak dalej. Oba zestawy uzupełnia książeczka z naklejkami, w której należy uzupełnić liczbę zwierzątek naklejkami właśnie, by pasowała do cyferki obok i podjąć pierwsze próby pisania literek i cyferek. Dużym plusem jest „kieszonkowy” format zestawów – spokojnie można zabrać je ze sobą do babci na wakacje. Ze względu na niską cenę świetnie nadają się również na drobny upominek dla malucha.

Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.
Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.

Nieco większym i bardziej rozbudowanym zestawem edukacyjnym, z którego korzystamy, jest Carotina preschool „Alfabet. Słowa i liczby”. To tak naprawdę trzy gry w jednym – zestaw zawiera 9 plansz z akwariami pełnymi rybek do wypchnięcia i cyfrę odpowiadającą ich ilości (wraz z pasującym foliowym woreczkiem), zestaw kart ze zwierzątkami i literkami, od których zaczynają się ich nazwy oraz tablicę do dowolnego układania słów. Zasada zabawy jest bardzo prosta. Zwierzątka, literki i cyferki wypychamy z plansz i układamy na nowo – zgodnie ze wzorem lub zupełnie dowolnie. Na przykład rybki: wersja podstawowa polega na szukaniu rybkom miejsce w akwariach i dopasowywania do nich cyfry. Można jednak z powodzeniem wejść na wyższy stopień zaawansowania i z cyfr układać liczby dopasowując do nich większą ilość rybek, a za akwarium może nam posłużyć kocyk, dywanik, czy kartka papieru.

Podobnie z literkami – każda literka ma odpowiadające mu zwierzątko, które musimy odnaleźć, lub odwrotnie – do zwierzątka dopasować literkę. Ponadto każdy obrazek jest podpisany do pomocy. Jest jednak pewien haczyk – w sumie nie wiem, czy to wada, czy zaleta – wybrano te mniej znane zwierzęta (a przynajmniej takie, które my mniej znamy). Na przykład pokazuję Mai obrazek, Maja mówi „krówka”. A to cielak. Pokazuję owada, Maja mówi „pszczółka”. A to osa! Zamiast strusia jest emu, zamiast małpki goryl i tak dalej. Z jednej strony to trochę frustrująca trudność, bo odpowiedzi nie są intuicyjne, z drugiej strony rozwijają słownictwo, a to jest super.

Wykorzystując tablicę można również stawiać pierwsze kroki w układaniu własnych wyrazów z wypchniętych z plansz literek.

Niezbędnym chyba gadżetem malucha są literki do układania wyrazów – pamiętam, że moje babcia wycinała z gazety i uczyła mnie składać wyrazy niczym anonimy z filmów gangsterskich. Obecnie wybór jest obłędny, a literki i cyferki są wszędzie. Za bobasa Majka miała gumowe klocki z cyframi i adekwatną ilością zwierzątek, później drewnianą układankę ze swoim imieniem, a obecnie używamy literek – magnesów. Co prawda po raz pierwszy w życiu mam w domu zabudowaną lodówkę, ale z powodzeniem można je przyklejać na kaloryferze, tablicy suchościeralnej, czy po prostu układać wyrazy na podłodze. Mamy zestaw literek z Lidla i jestem bardzo zadowolona zarówno z ceny, jak i z wykonania. A do tego jest naprawdę ładny. Ma tylko jeden minus – brak polskich znaków.

Nasz zestaw cyferkowo-literkowych gadżetów zamyka tablica do rysowania. Przez jakiś czas korzystaliśmy z suchościeralnej i kredowej, ale szybko się zniszczyła. No dobra. Po prostu po tym, jak za trzecim razem przewróciła mi się na dziecko, zrobiłam jej eksmisję w trybie natychmiastowym. Znacznie lepiej sprawdziła nam się zabawka Carotina Preschool. Tablica Fluorescencyjna LED. Sama forma zabawki jest super – to całkiem spora przezroczysta tablica z plexi otoczona wygodną do trzymania, grubszą ramką. W zestawie są również trzy sucho ścieralne pisaki w bardzo ładnych, nasyconych kolorach (żółty, czerwony i niebieski) i zestaw kartek z trzydziestoma zadaniami o różnym stopniu trudności – od prostych szlaczków w stylu „zaprowadź zwierzątko do domku/mamusi”, przez rysunki po przerywanej linii aż po trening pisania literek. Ponadto, po skończonym rysowaniu tablicę można oprzeć na nóżkach i, po naciśnięciu przycisku, podświetlić na jeden z ośmiu sposobów, dzięki czemu linie również zdają się świecić. jest interesującą alternatywą dla książeczek z zadaniami. Wielkim atutem jest jej możliwość jej wielokrotnego użycia oraz łatwego poprawiania błędów.

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Aksjomat i z Wydawnictwem Wilga.

Bajki Majki: Książeczki dla dzieci o zimie i świętach, cz. II

Tegoroczne przygotowania do świąt w dużej mierze spędzamy wraz ze sporą częścią zimowo-świątecznych książeczek, które opisywałam w zeszłym roku („Najpiękniejsze książeczki o zimie i swiętach dla maluszka i nie tylko”). Jednak nasz książkoholizm jest nie do opanowania i lista ukochanych książek w tym klimacie powiększyła się tak znacząco, że pojawiła się konieczność stworzenia drugiej części. A jest się czym zachwycać!

„Dębowy Las. Borsukowe Boże Narodzenie” Alan&Linda Parry – nasz tegoroczny numer jeden, odkrycie 2018 i hit nad hitami. Przepięknie ilustrowana książeczka w arcyciekawej formie. W bożonarodzeniowy poranek Borsuk przyodziewa strój Mikołaja i wędruje od domu do domu swoich przyjaciół podrzucając im prezenty w skarpetach. W trójwymiarowych skarpetach – do każdej z nich mały czytelnik może zajrzeć i znaleźć jakiś skarb – kalendarz adwentowy w okienkami w skarpetce Myszki, prosta grę planszową w skarpetce Krecika, labirynt norki Zajączka, czy sprawdzone świąteczne przepisy kulinarne Wiewiórki. Na sam koniec podróży, mądra Sowa przypomina bohaterom, że prawdziwy sens Świąt nie tkwi wcale w obdarowywaniu się prezentami. I w prostych słowach przybliża swoim słuchaczom biblijną historię Bożego Narodzenia. Mądra, piękna i pomysłowa.

Alan Parry, Borsukowe Boże Narodzenie, Poznań: Wydawnictwo Św. Wojciecha, 2003, 15 s.

„Boże Narodzenie w Bullerbyn” Astrid Lindgren, Ilon Wikland – czy może być coś bardziej w magicznym duchu Świąt, niż nostalgiczny podróż do czasów dzieciństwa? Dla mnie takim wydarzeniem jest zawsze podróż do Bullerbyn, w tym roku mam przyjemność oprowadzać córkę po tym niepowtarzalnym miejscu.

A Bullerbyn zimą ma mnóstwo uroku – jest wesoło, świątecznie i psotnie. Dzieci dokarmiają ptaki, pieką pierniczki w kształcie świnek, jeżdżą na saniach z drewnem, ubierają choinki, śpiewają, pakują prezenty, jedzą pyszności i tańczą wokół choinki. Do kościoła wybierają się na saniach z dzwoneczkami i nie odmawiają sobie zimowego szaleństwa. 100% świąt w świętach!

Nasz egzemplarz zawiera trzy opowiadania z Bullerbyn – wraz z historiami o wiośnie i Dniu Dziecka. Jednak wszystkie trzy opowiadania zostały również wydane jako osobne książeczki.

Astrid Lindgren, Ilon Wikland, Boże Narodzenie w Bullerbyn [w:] Bullerbyn. Trzy opowiadania, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2017, 88 s.

„Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko” Astrid Lindgren, Ilon Wikland – skoro już odwiedza się Bullerbyn, to nie można przejść obojętnie obok ulicy Awanturników! A tam psotna Lotta jak zwykle nieźle broi. W tym przezabawnym świątecznym opowiadaniu czytelnicy przeczytają jak mała bohaterka przez przypadek wyrzuciła do śmieci swojego ukochanego Niśka, próbowała nauczyć się jeździć slalomem i uratowała święta cudem zdobywając choinkę. Z Lottą nie ma nawet chwili wytchnienia!

Astrid Lindgren, Ilon Wikland, Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 30 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Kosmiczne święta” Ingelin Angerborn, Per Gustavsson  – koncepcja książki będącej jednocześnie kalendarzem adwentowym to dla mnie nowość, ale jestem absolutnie na tak. Tekst został podzielony na 24 rozdziały – po jednym na każdy dzień oczekiwania. Przyznam się jednak, że nie wytrwałam i przeczytałam całą historię na raz. Ale co to była za historia! Tak niestandardowych świątecznych przygód, jakie przydarzyły się Rutce, na pewno nie znacie! Kiedy jej najlepsza przyjaciółka musi się wyprowadzić, nasza bohaterka prosi Mikołaja o nowego przyjaciela. I nie spodziewa się ani przez chwilę, że ten przyjaciel spadnie jej z nieba. W formie bardzo sympatycznego, małego kosmity.
To chyba najbardziej zakręcona wersja adwentu, o jakiej czytałam – wypełniona planami budowy statków kosmicznych, włamaniami do obserwatorium, zaklęć o absurdalnym brzmieniu, chrupanych gwoździ i nowych przyjaciół – zarówno tych widzialnych, jak i nie. A tyle, ile w tekście szaleństwa, tyle też mądrości. I dobrej zabawy. Są świąteczne zwyczaje, dziecięca fantazja i moc przyjaźni. Nie można się nudzić.

Ingelin Angerborn, Per Gustavsson, Kosmiczne święta, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 100 s.

„Jak Winston uratował święta” Alex T. Smith – Jako, że moja Maja jest jeszcze trochę za mała na kosmiczną wersję oczekiwania na święta, miałam nadzieję, że razem poczytamy o adwentowej przygodzie Winstona. Niestety okazała się jeszcze zbyt obszerna dla mojej prawie trzylatki, zrobimy drugie podejście w przyszłym roku. Na razie czytam więc sama –  i tym razem staram się być grzeczna – po jednym rozdziale książki-kalendarza na jeden dzień. Pomijając fakt, że książka jest pięknie wydana, ślicznie ilustrowana i zapowiada się na fantastyczną przygodę (związaną z arcyważną misją dostarczenia mikołajowi listu od pewnego małego chłopca), poza rozdziałem na każdy dzień, książka zawiera również codzienne zadania do wspólnego wykonania w rodzinne popołudnie. Znajdziemy tu pomysły na ozdoby choinkowe z masy solnej, przepis na świąteczne krakery (czyli angielskie papierowe „cukierki” z drobnymi upominkami w środku), pachnące goździkami pomarańcze, śnieżne kule, stołowe stroiki, świąteczne słoje, poszukiwania skarbów, dobre uczynki, teksty kolęd i tak dalej. Jest w czym wybierać. Piękna i pomysłowa, polecam bardzo.

Alex. T. Smith, Jak Winston uratował święta. Dwadzieścia cztery i pół opowiadania na każdy dzień grudnia, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 176 s.

„Gwarna stajenka” Jan Godfrey, Paula Doherty – ta książka to chyba jakaś moja kara za grzechy. Pod względem wizualnym jest po prostu koszmarna. Ilustracje są tak złe, że aż mnie oczy bolą od samego myślenia o nich, a tekst napisany Comic Sansem jest gwoździem do trumny. Za to pomysł pierwsza klasa. Nic dziwnego, że dzieci ją uwielbiają, bo to historia Bożego Narodzenia przedstawiona przez pryzmat wyrazów dźwiękonaśladowczych. Maria i Józef przyjeżdżają do bardzo hałaśliwego miasta, gdzie osiołek stukocze podkowami, a ludzie zatrzaskują okiennice. Schronieni w stajence podróżni witani są odgłosami przeróżnych zwierząt wychwalających Pana na swój własny sposób. Sposób, który dzieci uwielbiają naśladować. Jestem pod wielkim wrażeniem tej koncepcji – biblijna historia została idealnie dopasowana do potrzemy i możliwości poznawczych najmłodszego odbiorcy. Jak to się stało, że tak dobry pomysł dostał tak okropną oprawę? Jedyna nadzieja w tym, że niedługo nauczę się jej na pamięć i będę mogła czytać z zamkniętymi oczami.

Jan Godfrey, Paula Doherty, Gwarna stajenka, Sandomierz: Wydawnictwo Diecezjalne Sandomierz, 2013, 29 s.

„Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka” Petr Horáček – po tą książeczkę koniecznie trzeba sięgnąć choćby ze względu na ilustracje. Bo są absolutnie przecudowne, niebanalne i fantastycznie oddają klimat zimowej nocy. Natomiast sama historia jest krótka i nieskomplikowana (po jednym, maksymalnie dwa zdania na stronę), ale z ładnym przesłaniem i w wersji dwujęzycznej.  Gąska Zuzia wraz z przyjaciółmi przystroili choinkę, do pełnej satysfakcji zabrakło im jednak gwiazdy na szczycie. Nasza bohaterka wyrusza więc w samotną podróż, by zdobyć najpiękniejszą ozdobę – gwiazdkę prosto z nieba. Jednak mimo jej największych starań gwiazda stale pozostaje poza jej zasięgiem. A kiedy zmarzniętej i zagubionej gąsce udaje się wreszcie wrócić do przyjaciół, odkrywa, że najważniejsze w święta, to być razem z bliskimi. I wtedy nawet gwiazdki same przychodzą.

Petr Horáček, Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka, Warszawa: Wydawnictwo BABARYBA, 2011, 34 s.

„Świąteczne życzenie” Katherine Rundell – świetny pomysł na prezent, bo książka prezentuje się fantastycznie. W złoconej oprawie, z wyjątkowymi ilustracjami zajmującymi niejednokrotnie całe strony.
To rozgrzewająca serca opowieść o świątecznej samotności i chęci niesienia pomocy. Zapracowaniu rodzice Teodora zostawiają go samego w Wigilię, jednak dzięki sile wiary w moc spadających gwiazd i życzeń zyskuje on naprawdę wyjątkowych kompanów, którzy schodzą do niego z przyozdobionej chwilę wcześniej choinki. A wiadomo przecież, że trudno o lepszych towarzyszy nocnego zimowego spaceru, niż ołowiany żołnierzyk, konik na biegunach, zachrypnięty rudzik i gubiąca pióra anielica. A że każda z choinkowych zabawek potrzebuje pomocy, ruszają wspólnie by znaleźć ptaszkowi nauczyciela śpiewu, naprawić anielskie skrzydła gołębimi piórami, wybrać narzeczoną i znaleźć pracę dla ołowianego żołnierzyka i nakarmić wiecznie głodnego konia. A oni odwdzięczają się Teo w najpiękniejszy sposób – pomagając jego rodzicom otrząsnąć się z pracoholizmu i przypomnieć sobie ducha Świąt. Wyjątkowo świąteczna, magiczna przygoda pięknej oprawie.

Katherine Rundell, Świąteczne życzenie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

„Wyprawa Świętego Mikołaja” Marcello Conti – wielka siła tej pozycji tkwi bez wątpienia w rozbuchanym świątecznym bogactwie iście barokowych ilustracji. To właśnie one stanowią tu główną siłę przekazu wypełniając całe strony. Tekst w ozdobnych kartuszach jest tylko niewielkim dopełnieniem historii powstawania prezentów w fabryce św. Mikołaja od otrzymania listu aż do umieszczenia upominku pod choinką. Świąteczny klimat gwarantowany, trudno oderwać wzrok.

Marcello Conti, Wyprawa Św. Mikołaja, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2016, 40 s.

„Paddington i świąteczna niespodzianka” Michael Bond –  misia Paddingtona kojarzę przede wszystkim z serialu animowanego oglądanego wyrywkowo w dzieciństwie, nigdy jednak nie zaprzyjaźniliśmy się jakoś bliżej. Ta książeczka przyciągnęła mój wzrok uroczymi ilustracjami i , trochę wstyd się przyznać – błyszczącą okładką (jestem taką książkową sroką!), dlatego nasze pierwsze literackie spotkanie z tym bohaterem odbyło się w świątecznym klimacie. I było bardzo udane! Zacznijmy od tego, że wydanie jest piękne – bogate ilustracje od razu przykuły uwagę Majki, dzięki czemu cierpliwie słuchała opowiadania. A to odbiega nieco od standardowego ujęcia tematu – Paddington broi w centrum handlowym, co jest dla niego chyba całkiem typowe, przez co siłą rzeczy historia dotyka tego bardziej komercyjnego wydźwięku świąt. Mianowicie atrakcji, jaką jest Zimowa Kraina Cudów, czyli warsztat elfów i wizyta Świętego Mikołaja w markecie. Jako, że w głębi serca jestem fanką świątecznej komerchy, ta narracja całkiem przypadła mi do gustu. Szczególnie, że miś jest psotnikiem, jakich mało (mógłby się mierzyć z Lottą…), opowieść jest sympatyczna, genialnie zilustrowana i kończy się wielkim słojem marmolady. Super sprawa, koniecznie musimy sięgnąć również po inne przygody tego misia.

Michael Bond, Paddington i świąteczna niespodzianka, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2008, 32 s.

„Świąteczne listy od Feliksa. Mały zając odwiedza Świętego Mikołaja” Anette Langen, Constanza Droop – listy do Mikołaja już napisane? Zawsze uwielbiałam ten zwyczaj i samą koncepcję wysyłania i odbierania listów również. Może dlatego za każdym razem, kiedy trzymam w dłoniach nową część „Listów od Feliksa”, czytam strasznie szybko, żeby wreszcie dowiedzieć się co ukryto w kopertach.

Mała Zosia ma pewien problem – dzieci w klasie powiedziały jej, że Święty Mikołaj nie istnieje. Dlatego też jej ukochany Feliks wysyła własny list na Biegun Północny chcąc dowiedzieć się jaka jest prawda. I otrzymuje fantastyczną odpowiedź wraz z zaproszeniem do domu Mikołaja, gdzie wcieli się w jego pomocnika. Dzięki korespondencji między dziewczynką i jej pluszakiem, mali czytelnicy mają szansę poznać świąteczne zwyczaje z wielu miejsc na ziemi, poznać legendę o świętym roznoszącym prezenty najuboższym i przeżyć fantastyczną przygodę oblatując z Mikołajem cały świat w jedną noc.

I przy tym jest bardzo świątecznie – są pierniki, jarmark bożonarodzeniowy, mandarynki, pochód Trzech Króli, prezenty, stajenka i wszystko, co tylko można sobie zamarzyć. Bardzo fajna kombinacja tradycji z nowoczesnością w wyjątkowo oryginalnej formie.

Anette Langen, Constanza Droop, Świąteczne listy od Feliksa. Mały zając odwiedza Świętego Mikołaja, Warszawa: Wydawnictwo Mamika, 2018, 36 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Basia i zwierzaki” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak – Ta lista nie mogłaby być kompletna bez udziału naszej ulubionej bohaterki! Od zeszłego roku towarzyszy nam „Basia i Boże Narodzenie” (Majka nie pozwoliła jej schować, więc czytaliśmy o świętach również w lipcu…), w tym roku sięgnęłyśmy po drugą świąteczną pozycję z tej serii – „Basia i zwierzaki”. Ta część skupia się wokół szykowania choinkowych dekoracji, które przybierają naprawdę niespodziewane kształty. Są tak lwy, zebry i dinozaury, w końcu dzieci chcą umieścić na wyjątkowym drzewku to, co lubią najbardziej.

Książka występuje w dwóch wersjach – klasycznej i rozszerzonej o zestaw basiowych dekoracji choinkowych do samodzielnego wykonania. My mamy ten drugi, ale cała zabawa jeszcze przed nami, bo książka jest jednym z zadań w majkowym kalendarzu adwentowym.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2016, 64 s.

„Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Idą Święta” Agnieszka Mielech, Magdalena Babińska – ta książka trafiła na tegoroczną listę właściwie przez przypadek, bo dotychczas nie miałam przyjemności poznać Emi i jej przyjaciół. Książkę dostałam jednak w przedświątecznym prezencie – chciałam przejrzeć ją na szybko i nawet nie zauważyłam, kiedy mnie wciągnęła mnie na dobre. Bo czyta się lekko i płynnie, a i pomysł jest super – bardzo przypadła mi do gustu koncepcja niskobudżetowych świąt DIY pozbawionych przedświątecznej sklepowej gorączki i kompletny luz zamiast bożonarodzeniowej gorączki. Świetna sprawa! Opowiadanie dopełnione zostało garścią przepisów prosto z archiwum Tajnego Klubu Superdziewczyn – zarówno tych kulinarnych (gorączka czekolada niesamowicie mnie kusi!), jak i na prezenty i dekoracje własnej produkcji. Dla zaczytanej nastolatki będzie jak znalazł!

Agnieszka Mielech, Magdalena Babińska, Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Idą Święta, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 199 s.

I jeszcze co nieco w trzeszczących mrozem, zimowych klimatach:

„Skrzat nie śpi” Astrid Lindgren, Kitty Crowther – XIX-wieczny wiersz szwedzkiego wiersza przepuszczony przez wyjątkową wyobraźnię Astrid Lindgren, czyli zimowa opowieść napisana prozą o bardzo poetyckim klimacie i filozoficznym wydźwięku. Ogrzewająca serca historia zakopanej w zaspach zagrody i jej baśniowego, małego opiekuna czuwającego nad spokojnym snem i dobrobytem mieszkańców.

Astrid Lindgren & Kitty Crowther, Skrzat nie śpi, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki: 2015, 28s.

„Mama Mu na sankach” – czasami człowiek myśli, że widział już w życiu wszystko. I wtedy trafia na książkę o krowie zjeżdżającej na sankach. Sięgnijcie po nią choćby dla okładki, a potem wraz z dziećmi poznajcie historię o radości czerpanej z prostych przyjemności, perfekcjonizmie, który wcale nie jest taki niezbędny w życiu i upadkach, które czasami bywają nie porażką, a najlepszą częścią zabawy.

Jujja Wieslander, Tomas Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na sankach, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2007, 28 s.

„Zimowa wyprawa Ollego” Elsa Beskow – nikt nie potrafi tak cieszyć się ze wszędobylskiego śniegu i siarczystego mrozu, jak dzieci. Kilkuletni Olle marzy o wypróbowaniu nowych nart, dlatego nie może doczekać się zimy okraszonej porządnie sporymi opadami śniegu. Kiedy biały puch nareszcie się pojawia, jego radość nie ma końca, szczególnie, że mama pozwala mu zostać na dworze aż do zmroku. Uszczęśliwiony chłopiec, zachwycony malowniczym krajobrazem głośno dziękuje Królowi Zimy za przybycie. I właśnie w ten sposób zaczyna się jego wielka przygoda.

Ma zaszczyt poznać poczciwego Wujka Szrona, który staje się jego przewodnikiem po magicznym świecie śniegu i lodu – odwiedzają wspólnie pałac Króla Zimy i poznają małych pracusiów bez wytchnienia szykujących wymarzone prezenty dla dzieci – narty, sanki i łyżwy.

To odświerzający odpoczynek od komercyjnego wizerunku św. Mikołaja i jego fabryki pełnej elfów – oparty na tym samym schemacie, a jednak jakoś bardziej prawdziwy, być może ze względu na mniejszą krzykliwość.

Co prawda pojawia się tutaj tematyka świątecznych prezentów – najpierw szykowanych w pałacu Króla Zimy, a następnie dostarczanych przez Wujka Szrona, kwintesencją tej historii jest zdecydowanie zima, nie święta. Ta książka to kwintesencja dziecięcego zachwytu zimą w prawdziwie  baśniowym opakowaniu.

Elsa Beskow, Zimowa wyprawa Ollego, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2011, 32 s.

„Opowieści z parku Percy’ego. Mroźna noc” Nick Butterworth – jeśli szukacie opowieści idealnej do wspólnego przytulania się pod kocem w wyjątkowo lodowaty zimowy wieczór, to ta będzie idealna. Percy troskliwie dba o zwierzęta w swoim parku, karmi je i dogląda. Przychodzi jednak wieczór, kiedy zimowa aura zmusza jego małych przyjaciół do proszenia o ciepłe schronienie. Czy wszyscy mieszkańcy lasu zmieszczą się w łóżku gospodarza?  Bardzo ładnie ilustrowana, niedługa i przesympatyczna zimowa historia o przyjaźni, współczuciu i dzieleniu się tym, co się ma. W sam raz dla przedszkolaka.

Nick Butterworth, Opowieści z parku Percy’ego. Mroźna noc, Łódź: Wydawnictwo AMEET, 2008, 27 s.

„Reksio. Zimowa przygoda” – niejednokrotnie już wspominałam, że Reksia zdecydowanie lepiej nam się czyta i słucha w formie audiobooka, niż ogląda na telewizorze. Dlatego też książkowa wersja jednego z zimowych odcinków popularnej dobranocki to dla nas strzał w dziesiątkę. Duży format, twarda oprawa i ilustracje na całych stronach czynią z tej pozycji książkę, która zaciekawi każdego malucha. Nie mówiąc już o Reksiu samym w sobie. I o zimie, bo tej jest tu mnóstwo – od gwiazdek śniegu na czubku nosa, przez rozmaite zabawy i harce w śniegu, mrożącą krew w żyłach przygodę aż po przestrogę dotyczącą bezpieczeństwa podczas wchodzenia na lód. Sympatyczna, ładna i mądra. I jednak pojedyncze opowiadanie czyta się trochę wygodniej, niż cały zbiór w jednym tomie.

Reksio. Zimowa przygoda, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 32 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia czyli nowe słowa i zdania” Marta Galewska-Kustra – całokartonowych, dźwiękonaśladowczych książeczek o rodzinie Pucia do nauki mówienia chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Trzeci, czyli już na całkiem zaawansowanym poziomie, tom poświęcony jest zimowej wycieczce w góry. Pucio jedzie do cioci i wujka, gdzie wyczekuje śniegu, karmi zwierzęta w lesie, buduje karmnik dla ptaków, a kiedy śnieg wreszcie sypnie, oddaje się białemu szaleństwu, a nawet jedzie psim zaprzęgiem! Osobiście najbardziej lubię ten fragment, w którym puciowy tata nie słucha napomnień mamy i łamie nogę. Poza bogato ilustrowaną historią, w książce znajdziemy również margines prezentujący poszczególne obiekty wraz z ich nazwami, a także czynności wraz z pytaniami pomocniczymi, np. „Co robi?”. A dwie ostatnie strony to wielka powtórka słownictwa.

Marta Galewska-Kustra, Pucio i ćwiczenia z mówienia czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Bajki Majki: Książeczki o tatusiach na Dzień Taty i nie tylko

Mamusie mają pod tym względem trochę łatwiej, bo maj jest cały ich (no i majówki). A początek czerwca zdominowany jest przez bardzo ważne święto jakim jest Dzień Dziecka i z tego powodu o Dniu Ojca czasami trochę się zapomina. Ale nie u nas! Tata trafił nam się niezastąpiony i już od dłuższego czasu malujemy laurki, szykujemy niespodzianki i czytamy tatusiowe książeczki.

Bo tatusiów w literaturze dziecięcej jest równie dużo, co mamuś, jeśli nawet nie więcej. I są superowi! Tata Basi przysypiający na kanapie kiedy tylko nie musi stawiać czoła swojej trójce urwisów czy pełen spokoju i dystansu do siebie Tata Świnka towarzyszą nam na co dzień podczas wspólnego czytania. Dzisiaj skupimy się jednak na książkach poświęconych tatom od początku do końca. W końcu już niedługo ich święto!

„Mój tata” Anthony Browne – mądry jak sowa, czy szurnięty jak szczotka? A może i jedno i drugie? Jaki jest Wasz tata, a jaki tata waszych dzieci? Ta urocza kartonówka pozwala spojrzeć na tatusiów oczami dziecka – to chwile zdumienia ich nadzwyczajnymi umiejętnościami i mnóstwo zabawnych zwierzęcych porównań z zakończeniem chwytającym za serducho. Tatusiowie są super!

Anthony Browne, Mój tata, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Lusia i przyjaciele. Pisklęta” Marianne Dubuc – teraz chwila na uroczość. Ta mała, całokartonowa książeczka nie ma szczególnie wiele tekstu, ale niesie za sobą piękne przesłanie. I jakby nie patrzeć, jest o adopcji. Lusia wraz z przyjaciółmi znajdują jajka. Razem ze ślimakiem Adrianem próbują je wysiedzieć, ale okazuje się, że nie ma potrzeby – maluszki już się wykluwają i… biorą Adriana za swoją mamę. Ślimak jednak nie jest w stanie ogrzać marznących kurczaczków, szukają więc jakiegoś ciepłego, przytulnego gniazdka. A kiedy okazuje się, że kępka mchu, w którym schowały się pisklęta to groźny niedźwiedź Adrian… maluszki biorą go za tatę. A ten wzruszony postanawia się nimi zaopiekować.

Marianne Dubuc, Lusia i przyjaciele. Pisklęta, Sopot: Wydawnictwo Łajka, 2017, 20 s.

„Kochany tatuś” Agnieszka Frączek, Elen Lescolat – pozycja analogiczna do „Kochanej mamusi” opisywanej we wpisie z okazji Dnia Matki. Wielkookie (i czasami trochę zezowate), miękko malowane postacie w dużymi buziami, miękka okładka, pastelowe kolory i nieskomplikowana, pisana rytmicznym wierszem treść to znaki rozpoznawcze tej pozycji. A jednak ta książeczka jakoś podobała mi się trochę bardziej, niż część o mamach – to prawda, taka jest bohaterem i zabawa z nim to wielka frajda. Ale jest też człowiekiem – czasem ma zły humor, czasem jest strasznie zapracowany, czasami nawet on potrzebuje pocieszenia i troski (a ta dziecięca działa najlepiej). I to jest wielka zaleta tej pozycji. Podobnie jak uniwersalność taty. Wbrew stereotypom tata żadnego wyzwania się nie boi – ani pieczenia ciasta, ani szycia, ani balu dla lalek. To jest dopiero Supertata. Prawie taki, jak nasz!

Agnieszka Frączek, Elen Lescoat, Kochany tatuś, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 30 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Gdzie jest konik morski” Anita Bijsterbosch – kiedy gubi się maluch winny jest najprawdopodobniej tata. Co prawda upilnowanie dziesięciorga rozpływanych maluchów to nie bułka z masłem, ale zgubę trzeba szybko odnaleźć. Tato konik morski szuka więc wszędzie – pod kamieniem, w jaskini, za i w muszlach, w rafie koralowej… znajduje jednak tylko inne dzieci morskich żyjątek pilnowane przez swoich tatusiów – jednego wielorybka, dwie małe rozdymki, trzy żółwiki…

Ta fascynująca książeczka z okienkami zabiera nas na wycieczkę w wodne odmęty pełne tak lubianych przez moją córkę morskich stworzeń. I jest to przy okazji podróż do krainy cyfr utrwalająca liczenie od 1 do 10. Okienka ćwiczą małą motorykę i nie pozwalają się nudzić, poszukiwania budują napięcie, a szczęśliwe zakończenie wywołuje uśmiech na twarzy. Absolutny must have!

Anita Bijsterbosch, Gdzie jest konik morski?, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 28 s.

„Konik morski” Eric Carle – podwodni tatusiowie cieszą się powodzeniem, w tej zaskakującej książeczce z szybkami mamy ich cały przegląd. Maluszki dowiedzą się jak rybi tatusiowie pilnują złożonych przez partnerki jajeczek – inaczej ciernik, tilapia, kurtus, iglicznia i sumik. I jeszcze inaczej konik morski. Każdy z nich ma na to swój sposób, ale robią to z jednakim zaangażowaniem. Przypominają trochę pełen tatusiów plac zabaw sobotnim przedpołudniem. Sympatyczna, bardzo kolorowa i pełna niespodzianek kartonówka dla najmłodszych ćwicząca spostrzegawczość i koncentrację małego czytelnika.

Eric Carle, Konik morski, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2016, 34 s.

„Mój tato jest niedźwiedziem” Nicola Conelly, Annie White – nie zapominajmy również o niedźwiedzich tatusiach! Ta krótka historia to analiza taty okiem dziecka. Karolek zauważa, ze jego tata jest niedźwiedziem, sprawdza więc wszystkie jego „parametry” (niedźwiedzi brzuszek, łapy, puchatość) oraz umiejętności, jak spanie na drzewie i zdobywanie miodu. Mimo to wciąż nie dowierza i pyta „Tato, czy ty naprawdę jesteś niedźwiedziem?”. A kiedy tata demonstruje mu prawdziwy niedźwiedzi uścisk, nie ma już miejsca na żadne wątpliwości.

Nicola Conelly, Annie White, Mój tato jest niedźwiedziem, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 36 s.

„Proszę mnie przytulić” Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak – Najwyraźniej uściski i miśki chodzą parami. Bo czy jest lepszy sposób na udany dzień niż, mocno się do kogoś przytulić? Na pewno nie! I przy okazji to wspaniały sposób na poprawę humoru. I jeszcze na wiele innych rzeczy! Niedźwiadek i jego tata chcą sprawić, alby każdy mieszkaniec lasu miał tego dnia taki miły akcent, podążają więc ścieżką i rozdają mocne przytulasy każdemu, kto stanie na ich drodze. Swoją misję wykonują bardzo rzetelnie aż nie orientują się, że… zapomnieli przytulić siebie wzajemnie.
Superkochana opowieść o dobroczynnym wpływie przytulania się, otwartości na innych i uczeniu dzieci tego, co w życiu ważne. Z humorem, morałem i genialnymi ilustracjami Emilii Dziubak.

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Proszę mnie przytulić, Warszawa: Wydawnictwo Ezop, 2017, 36 s.

„Co mi powiedział tata” Astrid Desbordes, Pauline Martin – trzecia książka z cyklu o Archibaldzie to zbiór rad i mądrości, jakimi tata dzieli się ze swoim małym synkiem. Znajduje wyjście z każdej sytuacji i rozwiewa wszystkie lęki związane z tą wielką podróżą, jaką jest życie. Tata ma radę na poczucie osamotnienia, na grzęźnięcie w błocie, a nawet na smutek i strach. Jak zawsze w kontrastowych, pastelowych kolorach. I jak zawsze pozostawia ciepło w sercu.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Co mi powiedział tata, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2018, 44 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” Sam McBratney, Anita Jeram – ta książka pojawia się na blogu przy wielu okazjach głównie dlatego, że uwielbiamy ją całą rodziną już od mojego dzieciństwa i każdy pretekst jest dobry, by przeczytać ją razem. Piękna, ciepła i przekochana historia o rodzicielskiej miłości i próba nazwania nienazwalanego. Kto kogo kocha bardziej? Czy miłość da się zmierzyć? Zawsze warto  próbować!

Sam McBratney, Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham, Warszawa: Egmont, 2004, 32 s.

„Basia i przyjaciela. Anielka” Zofia Stanecka, Małgorzata Oklejak – co prawda miałam dać spokój tatusiom w rozbudowanych seriach, ale w przypadku tej części Basi, wcale nie chodzi o tatę głównej bohaterki, a o tatę jej najlepszej przyjaciółki. Tata Anielki jest dość beztroskim artystą performerem, którego stale nosi po świecie. Tym razem dzwonił, że przyjedzie w sobotę, wobec czego Anielka wypatruje go przez okno od samego rana. A taty nie ma i nie ma…
To poruszająca historia o oczekiwaniu na tatę. O przywiązaniu do rodzica i o tym jak duży wpływ na dzieci mają nasze obietnice. „Anielka” zdecydowanie daje do myślenia.

Zofia Stanecka, Małgorzata Oklejak, Basia i przyjaciele. Anielka, Warszawa: Egmont Polska, 2016, 26 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Jak tata pokazał mi wszechświat” Ulf Stark, Eva Ericksson – książka o różnicach w postrzeganiu świata przez dziecko i przez dorosłego. O tym, że kiedy ma się dziecko, nic nigdy nie idzie zgodnie z planem i o tym, że czasami sama podróż jest równie atrakcyjna jak cel wędrówki. A podróż z tatą to już w ogóle.

Ulf Stark, Eva Ericksson, Jak tata pokazał mi wszechświat, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 28 s.

Wszystkiego dobrego Tatusiowie! Kochamy Was!

Bajki Majki: Książeczki o mamach na Dzień Mamy i nie tylko

Dzień mamy tuż tuż, zebrałam więc kilka książek z majkowej biblioteczki, poświęconych mamom właśnie. Chociaż jakby nie patrzeć, postać mamy pojawia się w większości książeczek dla dzieci, a już na pewno w prawie wszystkich seriach – Mama Świnka, Mama Tupcia Chrupcia, mama Pucia, czy mama Babo, Lalo i Binty – czytamy więc o nich na co dzień i bardzo je doceniam (szczególnie, kiedy przekazują małym urwisom ważne życiowe mądrości, typu „Jeśli chcesz skakać po kałużach, musisz najpierw założyć kalosze”.) ale tym razem pominę je w moim wyborze.

Moją osobistą idolką jest Tosia – mama Basi – pojawiająca się chyba w każdej z części serii „Basia” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Trójka naprawdę zakręconych urwisów, mąż biorący nocne dyżury i żółw Kajetan na dokładkę, a ta święta kobieta jeszcze nigdy nie straciła cierpliwości. A przynajmniej do takiej części jeszcze nie dotarłyśmy. I takich właśnie niewyczerpanych pokładów wewnętrznego spokoju życzę Wam i sobie z okazji naszego święta.

Gdzie jeszcze poczytamy o macierzyństwie i maminej magii czynienia świata lepszym miejscem?

„Moja mama” Anthony Browne – ta niewielka, pancerna kartonówka o specyficznym stylu ilustracji jest idealną wykładnią wielozadaniowości – unikalnej umiejętności, którą zyskuje każda kobieta, kiedy upgrade’uje na mamę. Ponadto jest jednocześnie pełnym miłości, ciepła i humoru spojrzeniem dziecka na najważniejszą osobę w jego życiu. Jesteśmy kanapami, żonglerkami, malarkami i siłaczkami. Jesteśmy supermamami.

DSC_0079
Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Kochana mamusia” Agnieszka Frączek, Elen Lescoat – urocza, pełna fantazji historyjka pisana wierszem. Mama ma kosmiczne prawo jazdy, pachnie jak wiosenna mżawka, raz hasa w adidasach, a raz na obcasach. Ma moc odganiania złego humoru, ogarniania rachunków i przeganiania smoków. Jest niezastąpiona. Wpadająca w ucho rymowanka w połączeniu z wielkookimi, miękko malowanymi postaciami to przemiły prezent dla każdej mamy. Na końcu jest nawet miejsce na dedykację.

Agnieszka Frączek, Elen Lescoat, Kochana mamusia, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 30 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Miłość” Astrid Desbordes, Pauline Martin – mama kocha zawsze – nie tylko kiedy Archibald jest grzeczny, czyściutki i akurat się przytulają, ale nawet wtedy, gdy czasem skrzyczy swojego małego psotnika albo pozwoli sobie o nim na chwileczkę zapomnieć. Ta mądra i niezwykle prawdziwa opowieść pięknie obrazuje stałość rodzicielskich uczuć i poczucie bezpieczeństwa, jakie potrafi dać tylko mama.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Miłość, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016, 44 s.

„Moja mama” Mayana Itoïz – rewelacyjna pozycja do czytania przed snem. Mało słów i dużo treści a do tego piękne ilustracje i powtórka z nazw kolorów w gratisie. W co potrafi przemienić mamę dziecięca wyobraźnia? W lamparta, Indiankę, żabę, czy gwiazdę rocka? Wspaniały pomysł na wspólne spędzanie czasu, na pewno spróbuję wprowadzić wspólne fantazjowanie do wieczornego rytuału, gdy tylko Majka jeszcze trochę podrośnie.

Mayana Itoïz, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Babaryba, 2018, 36 s.

„Uśmiech dla żabki” Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak – kiedy Mała Żabka została sama poczuła się najsmutniejszą żabką na świecie i nikt nie był w stanie jej rozweselić. Jej Mama poczuła to przygnębienie aż w pracy i postanowiła przesłać córeczce… szczery i bardzo szeroki uśmiech. Najpierw poprosiła o przysługę Bobra, który do dostarczenia uśmiechu zobowiązał się z ochotą i niósł go aż do chwili, gdy napotkał bardzo obiecujący stosik drewna. Wtedy przekazał uśmiech Wydrze, która przekazała do Dzięciołowi, który… i tak dalej. Uśmiech Mamy Żabki przewędrował przez cały las by poprawić córeczce humor. I udało się! To urocza, ciepła i wzruszająca opowieść pomagająca zmierzyć się z problemem rozstania z rodzicem (bardzo polecam przyszłym przedszkolakom!) z rewelacyjnymi ilustracjami Emilii Dziubak, co jest rekomendacją samą w sobie. Nie można się przy niej nie uśmiechać.

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Uśmiech dla żabki, Warszawa: Wydawnictwo Ezop, 2017, 36 s.

„Jakiego koloru są buziaki?” Roco Bonilla – oto i najulubieńsza książka o kolorach mojej dwulatki. Minimoni uwielbia malować i w swojej karierze namalowała już prawie wszystko. Poza buziakiem. Ma jednak spory problem – jakiego koloru są buziaki? Próbuje wszystkich barw po kolei, jednak w każdej z nich tkwi jakiś minus. Buziaki nie mogą być czerwone, bo przecież czerwony to kolor gniewu, nie mogą być żółte, bo choć nasza bohaterka uwielbia miód, to jednak czuje duży respekt przed pszczołami. I kiedy metoda eliminacji kompletnie zawodzi, Minimoni zwraca się o pomoc do mamy, która obsypuje ją całą masą wielokolorowych całusów. Kto nie lubi buziaków? Te od mamy są najukochańsze! A ostatnia strona zostawia pole do popisu małemu czytelnikowi, który może samodzielnie pokolorować buziaki.

Roco Bonilla, Jakiego koloru są buziaki?, Warszawa: Wydawnictwo Tadam, 2017, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 „Martynka i Dzień Mamy” Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier – poszukiwanie prezentu dla mamy to nie jest prosta sprawa – biżuteria, choć piękna, nie jest na dziecięcą kieszeń, podobnie jak zegarek, czy parasolka. Wiadomo jednak, że najlepsze prezenty to te wykonane własnoręcznie, a z pomocą dziadka stworzyć można prawdziwe cuda. W końcu kto jeszcze potrafi farbować batiki? To jednak nie koniec trudności – przygotowany prezent trzeba jeszcze przed mamą schować, a to już na pewno nie jest łatwe! Martynka jest jak zwykle pomysłowa i przesympatyczna. Cieszy oko ilustracjami i wprowadza ciepły, rodzinny klimat.

Gilbert Delahaye, Wanda Chotomska, Marcel Malier, Martynka i Dzień Mamy, Poznań: Wydawnictwo Casterman, 2003, 20 s.

„Mama” Hélène Delforge, Quentin Gréban – na koniec koniecznie musiałam wspomnieć o książce, która nie jest dla dzieci. Za to będzie pięknym prezentem dla mamy i z takim właśnie nastawieniem kupiłam ją sobie na Dzień Mamy, a w przyszłości planuję podarować ją Majce, gdy sama zacznie mierzyć się z trudami i zachwytami posiadania dziecka. To zbiór myśli i uczuć dotyczących macierzyństwa w nienachalnej, delikatnie poetyckiej formie w towarzystwie przepięknych ilustracji. Wzruszające, momentami zabawne i bardzo prawdziwe wycinki maminej codzienności. Wszystkie mamy na świecie przechodzą przez to samo i wszystkimi targają podobne emocje, niezależnie od koloru skóry, miejsca zamieszkania, czy wyboru życiowej drogi. Wszystkie są mamami.

Hélène Delforge, Quentin Gréban, Mama, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2018, 64 s.

 

Znacie jakieś literackie mamy, którymi warto inspirować się w codziennym życiu?

Bajki Majki: Książeczki na dobranoc

Czytanie jest ekstra, a czytanie przed snem to już w ogóle super sprawa. Pomaga odpocząć po ekscytującym dniu, spędzić kilka chwil razem z dzieckiem na bliskości, zacieśnieniu więzi, tuleniu się w cieple i wspólnym przeżywaniu fantastycznych historii. I oczywiście zarówno w dzień, jak i tuż przed spaniem (no, może poza tymi z dźwiękiem) można sięgnąć po każdą książkę – i tak to zwykle u nas wygląda. Są jednak książeczki dedykowane właśnie czytaniu przed snem – wyciszające, uspokajające, pomagające uporządkować wieczorne rytuały, rozbudzające wyobraźnię, a nawet skłaniające do ziewania. Poniżej prezentujemy zestawienie książeczek na dobry sen, które wspólnie z Majką poddałyśmy praktycznym testom. Były zachwyty i rozczarowania. I naprawdę wielka dawka ziewania.

Kartonowe:

„Spanie” Liesbet Slegers – historia najprostsza z najprostszych, dla zupełnych maluszków (Majka przestała się nią interesować w okolicach 18-20 miesiąca). Mały czytelnik towarzyszy w przygotowaniach do snu pewnego smyka. Razem z nim zakłada piżamkę w groszki i kapciuszki, grzecznie wypija wieczorną porcję mleka, ogląda książeczkę na dobranoc, przytula misia i bez grymaszenia kładzie się do łóżeczka. Chociaż nasz wieczorny rytuał dość mocno różni się od przedstawionego na obrazkach (moje dziecię na przykład nigdy nie korzystało z butelki i nie bardzo wie co to w ogóle jest) ich sens jest taki sam – wykonanie znajomych, powtarzanych codziennie czynności mających na celu wyciszenie przed snem. Proste zdania i równie proste, „dziecięce” ilustracje okazują się być bardzo pomocne. Tym, czego mi w niej trochę zabrakło jest poświęcenie uwagi zabiegom higienicznym – kąpiel, ząbki, nocnikowanie to nasze podstawowe punkty programu. Mimo to Bobasa bardzo lubiła tą pozycję i naprawdę długo towarzyszyła nam podczas wieczornych czytanek.

Liesbet Slegers, Spanie, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 14 s.

„Śpij króliczku” Jörg Mühle – nieskomplikowana opowieść o króliczku, który szykuje się do spania, (mocno ekscytowałam się TU tą książeczką już jakiś czas temu). A mały czytelnik musi mu w tym pomóc i to właśnie na tym polega cała magia tej pozycji. Interaktywna książeczka wymaga od dziecka wykonywania prostych czynności, bo na każdej stronie czeka zadanie – klaśnięcie, żeby przebrać króliczka w piżamkę, poprawienie poduszeczki, nakrycie kołderką, zgaszenie światła, czy danie małemu bohaterowi całuska na dobranoc. Wspaniały trening dla wyobraźni, który utrwala wieczorne rytuały i uczy dziecko czułości i troskliwości. Niewielka, prosta, skromna i urocza. Czytamy ją już prawie rok i ani mi, ani Majce jakoś się nie nudzi, chociaż Bobasa wciąż nie dała rady powtórzyć zaklęcia „Karaluchy pod poduchy”. Polecam pamiętać o wycieraniu króliczkowi buzi po dziecięcych całuskach, bo u nas widnieją już mocne ślady zużycia na króliczym policzku ;)

Jörg Mühle, Śpij króliczku, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2017, 20 s.

„Zaśnij ze mną” Ramadier & Bourgeau – ta książeczka oparta jest na tej samej zasadzie, co „Śpij króliczku”, tylko tym razem to sama książka jest bohaterką. Maluszek zachęcany jest do zaangażowania się w proces lulania najpierw przez zadawanie książeczce kontrolnych pytań (czy umyła ząbki i zrobiła siusiu), a następnie musi wykonać szereg prostych czynności należących do wieczornego rytuału – przykryć książeczkę kocykiem, opowiedzieć jej bajkę, zaśpiewać kołysankę, czy dać całuska. Bardzo prosta w formie, świetnie się sprawdza jako gotowa ściąga na idealny, wyciszający rytuał. Bardzo mi się podoba, że uwzględniono w niej wieczorne korzystanie z toalety, to chyba jedyna pozycja, która przykłada wagę do tego szczegółu ;)

Cédric Ramaider, Vincent Bourgeau, Zaśnij ze mną, Warszawa: Wydawnictwo Babaryba, 2016, 18 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Kicia Kocia i Nunuś. Czas spać” Anita Głowińska – kartonowe książeczki z Nunusiem w roli głównej przypadły mojej córce do gustu. I choć ja sama nie należę do fanek Kici Koci, to w tym przypadku nie mogę się do niczego przyczepić . Poza ilustracjami, ale to już akurat rzecz gustu. Ta niewielka kartonówka przedstawia bowiem całkiem rozsądny przykład przedsennego rytuału, który w dużej mierze pokrywa się z naszymi zwyczajami. Nunuś sprząta zabawki, robi papa zabawkom i gwiazdkom za oknem, zapala lampkę i idzie do łóżeczka. Co bardzo ważne, autorka pamiętała o umieszczeniu wszystkich zabiegów higienicznych – mały kotek robi siusiu, kąpie się, myje ząbki i zakłada piżamkę. A wszystko to w towarzystwie starszej siostry. Bardzo przydatna przy ustalaniu własnych rytuałów i świetnie się sprawdza jako lista rzeczy do zrobienia przed snem. Super też, że autorka zrezygnowała z irytujących powtórzeń. Chyba pierwszy raz naprawdę polecam „Kicię Kocię”.

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Pora spać, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zasypianki” – zbiór polskich kołysanek i wierszyków do czytania przed snem, których część większość z nas – rodziców – pamięta jeszcze z własnego dzieciństwa. Znajdziemy tu między innymi ponadczasowe „A, a – kotki dwa”, „Ach, śpij, kochanie”, czy „Idzie niebo”, a także wyjątkowo dużo wierszyków o misiach i z misiami w roli głównej. Doskonale znane, wpadające w ucho rymy, bajkowe ilustracje i od lat lubiani bohaterowie postarają się wspólnie o kolorowe sny dla każdego maluszka. Utuli do snu i dziś i za 20 lat – z równą skutecznością.
Więcej o „Zasypiankach” przeczytać można TUTAJ.

Zasypianki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2017, 40 s.

„Wszyscy ziewają” Anita Bijsterbosch – ta książka jest magiczna i nie ma w tym twierdzeniu ani krzty przesady. Ma zadziwiającą moc wywoływania… ziewania. I to dosłownie w każdym. Już od pierwszej strony ziewa i czytający rodzic, i zasłuchany maluszek i mama ścieląca w tym czasie łóżko dwa pokoje dalej. Jest przede wszystkim bardzo prosta w formie – na każdej stronie mieszka jedno zwierzątko. I każde ze zwierzątek, dzięki otwieranej mordce bardzo szeroko zieeeeeeewa, o czym przy okazji dopowiada nam jedno/dwa zdania uzupełniające sympatyczny obrazek. I ich siła sugestii jest po prostu powalająca. Do tego stopnia, że zaczęłam ziewać już przy ściąganiu książki z półki!
Całe szczęście książka ma nieco usztywniane, śliskie strony, dzięki czemu bez stresu możemy pozwolić dziecku samodzielnie otwierać okienka-pyszczki bez strachu o ich urwanie albo ślady lepkich jeszcze od piany z kąpieli paluszków.

Anita Bijsterbosch, Wszyscy ziewają, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 30 s.

„Przesuń paluszkiem. Kiedy nadchodzi wieczór” Gabriele Clima – Książeczki aktywizujące małe dziecięce paluszki zawsze cieszą się dużym powodzeniem. Szczególnie kiedy mają małe nakłady, tak jak to było w przypadku serii „Przesuń paluszkiem” ;)
Sama zdecydowałam się na zakup części „Gdy przychodzi wieczór”, ponieważ wydawała mi się najbardziej klimatyczna. Cały myk polega na tym, że delikatne, pastelowe ilustracje wypełniające strony niemalże po same brzegi można wprawiać w ruch przesuwając palcem odpowiedni element. W ten sposób zamykamy kielichy kwiatów, budzimy leśne zwierzęta, kołyszemy małą małpkę w maminych ramionach, czy zapalamy światła w oknach. Tekstu praktycznie nie ma, gdyż ogranicza się do jednego rymowanego zdania na stronę, opisującego wykonywaną akcję.
Sympatyczna i zaskakująca, w niebanalny sposób pomaga poznać maluszkowi otaczający go świat. Bardziej do zabawy niż faktycznie do czytania, ale na pewno przyciąga uwagę. Polecam dla najmłodszych czytelników, bo moja dwulatka dość szybko się nią znudziła, choć przez pierwsze dni faktycznie nie mogła się oderwać.

Gabriele Clima, Przesuń paluszkiem. Gdy przychodzi wieczór, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2017, 12 s.

„Moje zasypianki” Joanna Kulmowa, Anna Gensler – to książeczka, którą dostałyśmy z Majką w prezencie jeszcze przed jej urodzeniem i w ostatnim trymestrze, każdego wieczora czytałam ją „do brzuszka”. Składa się na nią siedem wierszyków – każde z siedmiu wybranych zwierzątek zasypia zupełnie inaczej, dlatego też poświęcono im osobne utwory. A każdy z nich jest genialny. To jedna z moich ulubionych książeczek „na dobranoc” – zabawne, ciepłe i nieoklepane utwory w komplecie z genialnymi ilustracjami. A jaki lew! Chociaż to wydanie jest bardzo dziecioodporne – grube kartonowe, śliskie strony w stosunkowo miękkiej oprawie z bezpiecznie zaokrąglonymi brzegami – na jakiś czas poszła u nas w odstawkę ze względu na nieoczywiste rymy. Najwyższy czas do niej wrócić!

Joanna Kulmowa, Anna Gensler,  Moje zasypianki, Warszawa: Wydawnictwo Wilga: 2015, 16 s.

Papierowe:

 „Kicia Kocia nie może zasnąć” Anita Głowińska – choć ta część przygód Kici Koci dedykowana jest maluszkom od drugiego roku życia, polecam ją zdecydowanie starszym dzieciom. Takim, które zdążyły już wymyślić nocne strachy i potwory pod łóżkiem. Tym razem zrezygnowano zupełnie z wymieniania czynności koniecznych do wykonania przed pójściem spać, a skupiono się na samym problemie z zaśnięciem. Kicia Kocia boi się ciemności i wraz z mamą szuka potworów w każdym zakamarku pokoju. Ja osobiście nie widzę jeszcze potrzeby pokazywania jej mojej córce, bo nie chcę podsuwać jej takich pomysłów, ale jeśli ktoś mierzy się z podobnym problemem, co główna bohaterka, to wszystko zostało całkiem zgrabnie rozwiązane.

„Anita Głowińska, Kicia Kocia nie może zasnąć, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2013, 25 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Tupcio Chrupcio. Nie mogę zasnąć” Eliza Piotrowska, Marco Campanella  – kolejna pozycja dla maluszków, które nie mogą zasnąć. Tym razem nie ma żadnych strachów, a po prostu jedna mała myszka-wiercipiętka. I tym razem mama staje na wysokości zadania i skutecznie tłumaczy synkowi dlaczego sen jest ważny. Fajnie, że Tupcio Chrupcio pamięta o wieczornym myciu ząbków, ale nie bardzo spodobało mi się, że pięcioletni myszek pije w nocy mleko z butelki ze smoczkiem. Moja córa nie za bardzo wie co to tak właściwie jest, ale dla dzieci i rodziców mierzących się z rezygnacją z butelki to chyba średnia pomoc.

Eliza Piotrowska, Marco Campanella, Tupcio Chrupcio. Nie mogę zasnąć, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 24 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„To, co najbardziej lubię… Gdy idę spać” Trace Moroney
„To, co najbardziej lubię…” jest kolejną serią podejmującą ważne tematy z codzienności kilkulatka. Bohaterem jest całkiem uroczy króliczek, który, w tej części, szykuje się do snu. Mamy zatem przedstawione kolejne etapy wieczornego rytuału: kąpiel, mycie ząbków, ubieranie piżamki, przytulasy z mamą i wieczorne czytanki. Jest jednak kilka rzeczy, które bezsprzecznie zachwyciły mnie w tej pozycji – przede wszystkim króliczka do snu układa tata (zupełnie jak u nas!) i to on czyta mu bajeczki. Ponadto fantastycznym elementem ich wspólnej rutyny jest wspominanie najlepszych chwil minionego dnia – koniecznie muszę wprowadzić ten pomysł również u nas. Autorka porusza również tematykę snów, z czym dotychczas się nie spotkałam w książeczkach dla takich maluszków – abstrakcyjne wizje zapowiadają całkiem przyjemne przygody.
Całość dopełniają wskazówki dla rodziców, gdzie podpowiedziano jak umacniać więzi z dzieckiem i jak formułować komunikaty, by przedstawić pozytywny wydźwięk danej sytuacji.
Niewiele tekstu, mnóstwo miłości, całkiem ładne ilustracje i bardzo mądre przesłanie. Zdecydowanie warta polecenia!

Trace Moroney, To, co najbardziej lubię… Gdy idę spać, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Debit, 2010, 20 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Zasypianki na każdy dzień miesiąca” Anna Onichimowska – oto zbiór trzydziestu jeden króciutkich historyjek przeznaczonych do czytania przed snem. I przyznam szczerze, że troszeczkę się nimi rozczarowałam, być może dlatego, że sama nie przepadam za opowiadaniami i zawsze chciałabym wiedzieć co było dalej. A tutaj mamy do czynienia z jedno-dwustonicowymi scenkami, które nie są ze sobą w żaden sposób połączone i zdają się być zupełnie wyrwane z kontekstu i brakuje w nich morału. I chociaż spotkamy w nich smoki, potwory, serniki i boże krówki, a ilustracje pełne są rozkosznych owieczek, to zostawiają czytelnika z poczuciem niedosytu, a jedna to zdecydowanie za mało na wieczorne czytanie. Niestety zupełnie się u nas nie przyjęła (szczególnie, że niektóre z opowiadań mi osobiście nie przypadły do gustu – na przykład „Zasypianka z lewą nogą”, gdzie karą za dziecięcą niegrzeczność jest odrzucenie i „ciche dni”.). Ale jeśli Wasza pociecha nie przepada za długim słuchaniem bajek przed snem, a mimo to chcielibyście wprowadzić ten element do rytuału, to książeczka Onichimowskiej może okazać się dobrym rozwiązaniem.

Anna Onichimowska, Zasypianki na każdy dzień miesiąca, Łódź: Wydawnictwo Literatura, 2008, 72 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Martynka. Małe historie do czytania przed snem” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier – Martynkę znamy i uwielbiamy już od pokoleń. Trudno zresztą nie wymięknąć w starciu z tą niezwykle sympatyczną i zawsze skorą do pomocy dziewczynką. Szczególnie w towarzystwie cudownie ckliwych ilustracji. Tym razem Wydawnictwo Papilon przygotowało zbiór historyjek dedykowanych właśnie czytaniu przed snem. Znajdziemy tu przede wszystkim opowiadania, w których wielką rolę gra fantazja doprawiona nutką tajemnicy – „Spotkanie z duchami”, „Tajemniczy książę”, „W krainie baśni”, czy „Księżniczka i rycerz” wspaniale pobudzą dziecięcą wyobraźnię. Za dawkę słodyczy odpowiada „Kocia mama”, a o dążeniu do realizacji marzeń opowiada „Martynka tańczy”.  U nas sprawdzają się bardzo dobrze, przede wszystkim dlatego, że opowiadania są zdecydowanie dłuższe niż w zbiorze Onichimowskiej, a każda z nich stanowi zamkniętą całość. Trudno tylko skończyć czytanie i w końcu włożyć zakładkę.
Więcej o nowym wydaniu przygód Martynki możecie przeczytać TU.

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie do czytania przed snem, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.

„O króliku, który nie chce zasnąć” i „Wielkie problemy ze snem małej słonicy Eli” Carl-Johan Forssén Ehrlin, Sydney Hanson – w tym zestawieniu nie mogłam ominąć dwóch książek, które reklamowane są jako niezawodny sposób na dzieci, które nie chcą zasnąć. Niestety nie mogę ich polecić  – zupełnie się u nas nie przyjęły i prawdę powiedziawszy ani Majka nie chciała ich słuchać, ani mnie do siebie nie przekonały. Ale od początku. Poza napisaniem samych historii, autor opracował również całą technikę ich czytania, opierającą się na „procesie programowania neurolingwistycznego”. Już z pierwszej strony, która jest swoistym przewodnikiem dla czytającego, dowiadujemy się które fragmenty powinniśmy zaakcentować, a które przeczytać bardzo powoli, w którym miejscu przekonująco ziewnąć, a w którym wstawić imię dziecka. I to z początku wydaje się całkiem fajne. Gdyby nie fakt, że same książki są po prostu przeraźliwie nudne! Majka zniechęcała się po pierwszej stronie, ja przemęczyłam się do końca, ale nie było warto. Może ze względu na mieszanie form – narracja prowadzona jest raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie, raz opowiada historię, raz zwraca się bezpośrednio do czytelnika – czyta się niesamowicie topornie, a w pewnych momentach miałam wrażenie, że te książki mają działać na zasadzie hipnozy.
Jest nudno, czyta się ciężko i nawet ilustracje nie są ładne. No i nieszczególnie pomagają w zaśnięciu.

Carl-Johan Forssén Ehrlin, O króliku, który nie chce zasnąć, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2015, 28 s.

Carl-Johan Forssén Ehrlin, Wielkie problemy ze snem małej słonicy Eli, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2016, 40 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Mały Książę na dobranoc” – to trzecia pozycja sugerująca czytającemu w jaki sposób akcentować pewne fragmenty i w jaki sposób je przeczytać, co ma na celu wyciszenie maluszka. I w tym przypadku ta koncepcja może zdać egzamin, bo towarzyszy dobrej, sprawdzonej historii i pięknym ilustracjom. Maja jest jeszcze za mała na tą klasykę, nawet w takim wydaniu, ale na pewno spróbuję do niej powrócić za kilka lat.

Mały Książę na dobranoc, na podstawie dzieła Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2016, 50 s.

Macie jakieś niezawodne patenty na lulanie maluszków? Ukochane lektury do snu? Podzielcie się tytułami!

Bajki Majki: Książeczki o lesie na jesień

Dzisiaj pierwszy dzień jesieni, i jak za samą porą roku osobiście nie przepadam, tak nie mogę zaprzeczyć, że to jesienią właśnie las jest najpiękniejszy. Kolorowe liście fruną z drzew, a pod nogami łatwo wypatrzeć szyszki, kasztany, czy żołędzie i nieco trudniej jadalne grzyby, których podobno w tym roku jest mnóstwo. Oj tak, las jesienią pełen jest skarbów, szczególnie dla małego odkrywcy i przyznaję szczerze, że kusi nawet mnie (a zazwyczaj wolę raczej otwarte przestrzenie z mniejszą ilością przeróżnych żyjątek w poszyciu). Warto zatem wybrać się na leśny spacer – najlepiej z odpowiednią lekturą do przejrzenia w wózku albo wspólnego przeczytania na ławce! Przygotowałam zatem pięć ulubionych książeczek Majki z lasem w tle. Moja Bobasa ma obecnie 20 miesięcy, ale książeczki są odpowiednie dla dzieci w wieku od roku do około 3/4 lat.

„Zwierzęta w lesie” – jedna z uroczych maleńkich książeczek z serii „Rosnę i poznaję”. Niewielka całokartonowa pozycja wypełniona zdjęciami leśnych zwierząt (po jednym na stronę), opatrzonymi krótkimi opisami. Wielki plus za rzeczywisty wygląd zwierzątek, bo choć ilustracje bywają cudowne, to jednak chciałabym, żeby moje dziecko wiedziało jak wilk, czy dzik wyglądają naprawdę. Kieszonkowy format sprzyja zabieraniu na spacery – książeczka nie zajmuje wiele miejsca w maminej torebce (a wiadomo, że mamy i bez książek poupychanych tu i ówdzie spełniają funkcję wielbłąda) i nie są zbyt ciężkie, by włożyć je do dziecięcego plecaczka. A i cena jest bardzo przyjazna.

„Kto się kryje w lesie” – książeczka z okienkami, czyli to, co dzieciaczki lubią najbardziej. Więcej o tej trzytomowej serii pisałam przy okazji recenzji „Kto się kryje w ogrodzie”. To kilkustronicowe całokartonowe książki w miękkiej, bezpiecznie zaokrąglonej oprawie, których największą atrakcją są poukrywane za okienkami zwierzątka (i robale). Dodatkowym atutem są dziurki w okienkach, które pozwalają podejrzeć co nieco i spróbować odgadnąć kto kryje się w środku jeszcze przed otwarciem (ułatwiają również małym paluszkom samodzielne twieranie). Ilustracje, choć mocno stylizowane , są bardzo sympatyczne i nie sposób się do nich nie uśmiechnąć. To jedna z książeczek oszczędnych w tekst, bogatych w pomysł. No i są mrówki, ślimaki i dżdżownice, do których moja Bobasa ma ostatnio niesamowitą słabość. Zaciekawia i nakłania do samodzielności.

„Babo chce” – najmłodszy z przesympatycznego rodzeństwa, zamieszkującego książki Evy Susso, Babo ma nienasycony apetyt na przygody i poznawanie świata. Podczas, gdy rodzina spędza popołudnie na grze w krykieta w przydomowym ogródku, maluch wyciąga starszą siostrę na spacer po lesie, gdzie spotykają zwierzęta, którymi można się pozachwycać i zwierzęta, przed którymi lepiej zmykać. W pełnej wpadających w ucho dźwięków historii mały czytelnik dowie się jakie skarby i tajemnice kryje las i doceni czas spędzony wspólnie z rodziną. Więcej o tej serii pisałam TUTAJ.

„Las. Obrazki dla maluchów” Émilie Beaumont – książeczka (a raczej już książka patrząc po grubości), którą spokojnie można nazwać pierwszą encyklopedią malucha. Dowiemy się z niej jak wygląda las podczas różnych pór roku, jakie zwierzęta go zamieszkują i na jakie rośliny możemy trafić podczas spaceru. Pomoże odróżnić grzyby jadalne od trujących (choć i tak zawsze należy zapytać dorosłego!), przybliży zwyczaje mieszkańców lasu i nauczy rozróżniania gatunków drzew po ich liściach i owocach. To nieco bardziej wymagająca lektura od poprzednich, polecam podsunać ją raczej trzylatkowi, niż roczniakowi – choć nie ma w niej nadmiaru tekstu, przekazuje sporo informacji. Bardzo pomocna podczas ćwiczenia pamięci i spostrzegawczości.

„Rok w lesie” Emilia Dziubak – książka przepiękna. Przedstawia dwanaście odsłon lasu podczas dwunastu miesięcy w formie dużych (mniej więcej formatu A4), kartonowych plansz. Na pierwszej stronie poznajemy (a właściwie rodzic poznaje i szybko uczy się większości nazw, by wiedzieć co powiedzieć dziecku) przedstawione zwierzęta, każda kolejna natomiast jest osobnym dziełem sztuki, w którym owe zwierzątka zostały poukrywane. I to już wybór czytelnika, czy decyduje się na śledzenie rocznego cyklu życia jednego wybranego zwierzęcia (na przykład dzika lub pająka) i to za nim podąży przez całą książkę, czy może spróbuje swoich sił w odszukiwaniu każdego z bohaterów na każdym kolejnym obrazku. Poza wstępem z podstawowymi (choć wcale nie tak oczywistymi) informacjami o zwierzętach, książka zawiera wyłącznie ilustracje. I to właśnie za pomocą obrazu przekazuje wiedzę o zwyczajach danych zwierząt – w jakim środowisku żyją, kiedy (i czy w ogóle) zapadają w sen zimowy i kiedy się z niego budzą, w jaki sposób zdobywają pożywienie, łączą się w pary, czy jak długo opiekują się młodymi – cała ta wiedza przychodzi jakby przypadkiem podczas oglądania pięknych, pełnych szczegółów plansz. Ilustracjami tej autorki zachwycałam się już podczas opisywania książki „Koala nie pozwala”, i nie ukrywam, że jestem jej wierną fanką. A że ta pozycja skierowana jest już do nieco starszego dziecka, zdolnego skupić uwagę przez dłuższą chwilę przedszkolaka, nie mogę się już doczekać aż Maja do niej dorośnie i będziemy wyszukiwać kolejnych niespodzianek podczas wspólnej lektury. Na razie jeszcze mnogość elementów szybko ją nuży.

„Basia i wyprawa do lasu” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak – Przygody Basi uwielbiamy odkąd ją tylko poznaliśmy – żadnej innej książeczki z tak dużą ilością tekstu Bobasa nie słucha tak wytrwale jak właśnie Basi. I może jej słuchać do znudzenia. Choć niektóre z poruszanych przez autorkę tematów są jeszcze zbyt trudne dla niespełna dwuletniej Majki, „Wyprawa do lasu” jest jedną z tych części, które przyjęły się u nas bardzo dobrze.
Tym razem zwariowana rodzinka wybiera się na weekend do lasu. I nie jest to bynajmniej zwykły spacer, jakie my dzielnie uskuteczniamy z wózkiem i placem zabaw w roli głównej, a poważna, doskonale zaplanowana wyprawa. Ze szukaniem grzybów, śledzeniem zwierzęcych tropów i noclegiem w leśniczówce. I choć nie wszystko idzie gładko, jak po maśle (maślaku?), tak jak zaplanował to sobie tata Basi, wrażeń nie brakuje. Przesympatyczne przegadujące się rodzeństwo potrafi nieźle rozbawić i małego i dużego czytelnika, a ich małe-wielkie przygody za każdym razem inspirują do cieszenia się magią codzienności i rodzinnego spędzania czasu (raczkujący po lesie Franek chrupiący kawałki kory jest moim faworytem).
Dowcipna, ciepła i pomysłowa lektura z jak zawsze fantastycznymi ilustracjami Marianny Oklejak. A że książeczka została wydana we współpracy z Lasami Państwowymi, zawiera też odpowiednią dla dzieci w tym wieku dawkę wiedzy o lesie i jego mieszkańcach. Wędruje z nami na jesienne spacery, kto wie, może za kilka lat wybierzemy się wspólnie na grzyby?

Rosnę i poznaję. Zwierzeta w lesie, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2015, 18 s.
Kto się kryje. W lesie, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2017, 10 s.
Eva Susso, Benjamin Chaud, Babo chce, Warszawa: Wydawnictwo Zakamarki, 2010, 28 s.
Émilie Beaumont, Las. Obrazki dla maluchów, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 1999, 30 s.
Emilia Dziubak, Rok w lesie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2015, 28 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i wyprawa do lasu, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2015, 24 s.