Czas na czytanie: „Gus” Kim Holden

Wydawało mi się, że bez Promyczka dalsze opowiadanie tej historii nie ma sensu, bo… no właśnie, była jej promyczkiem. Okazuje się jednak, że Gus też całkiem nieźle sobie radzi.

Nie jest łatwo towarzyszyć głównemu bohaterowi przez pierwszy rok po śmierci najlepszej przyjaciółki i jedynej miłości. Bardzo długo jest to opowieść o bólu, frustracji i nieutulonej tęsknocie, a sam Gus zdaje się staczać po równi pochyłej prosto ku samozagładzie.

To również historia radzenia sobie z żałobą, godzenia się z losem, walki o własne życie i nadawanie mu sensu na nowo. O pokonywaniu traumy. O odwadze doświadczania życia. Każdego dnia, w każdej minucie.

„(…)Masz tylko jedną szansę w tym cyrku zwanym życiem. Nie siedź na widowni, przyglądając się przedstawieniu. Wskakuj na arenę i bądź wielki.”

I przede wszystkim to fantastyczna książka o niekonwencjonalnych rodzinach i miłości, która czasami przychodzi niespodziewanie. O miłości rodzicielskiej i miłości przyjaciół. Nie wiem, jak to możliwe, ale to druga książka autorki, która podejmuje strasznie smutny temat w niesamowicie pozytywny sposób. Od samego czytania na nowo chce się żyć, a jej bohaterów nie można nie lubić. I to wszystkich – od narkomanki, przez gwiazdy rocka aż po poturbowanego kota.

„W końcu coś sobie uświadomiłam. Może brak normalności jest w porządku. Może rodzina nie musi być idealna, żeby w ogóle istniała.”

Jest też muzyka, twórczy szał i chęć zmieniania świata. Cokolwiek robimy, stwarzajmy legendę!

Przy okazji Kim Holden napisała chyba pierwsze książki z narracją pierwszoosobową, która naprawdę mi odpowiada! Jestem pod wrażeniem.

Kipiąca emocjami, podnosi na duchu i zaraża chęcią do działania.

„Jeśli postarasz się wystarczająco mocno, każdy dzień może być legendarny.”

Kim Holden, Gus, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 500 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Książka na weekend: „Psiakość!” Alejandro Palomas

Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, co do wyboru tej książki jako idealnej na wakacyjny weekend, powiem tylko, że jej autor ma na imię Alejandro. Normalnie jak w piosence Lady Gagi. Czy istnieje coś w bardziej letnim klimacie niż Alejandro? (nigdy nie twierdziłam, że moje kryteria w podejmowaniu czytelniczych decyzji nie są dziwne). A przy okazji to całkiem mądra komedia. Z przesłaniem i ku pokrzepieniu serc.

„Uświadomiłem sobie, że kiedy pies staje się nasz, przestaje być jedynie psem. Zmienia się wtedy w imię, w oczy, w reakcje, w ciągłą obecność i wspólną biografię…”

Rodzina Fera jest naprawdę zakręcona – głównie za sprawą jego matki, którą tak samo mocno pragnie się przytulić, co podduszać, chociaż i jego siostry mają w tym swój udział. Rodzina generująca całą masę komicznych sytuacji, w której psy są pełnoprawnymi (a nawet uprzywilejowanymi) członkami rodziny. Jednak mimo tego całego komizmu, absurdalnych dialogów i obciachowych pomyłek jest to wzruszająca historia o radzeniu sobie z utratą ukochanych. Bo zbyt wielu członków tej rodziny odeszło zbyt wcześnie – czy to z wyboru, czy na skutek nieszczęścia. A każde porzucenie pozostawia wyrwę w sercu najbliższych – nie ważne, czy odchodzi babcia, partner, czy czworonożny przyjaciel. A kiedy miłość i przywiązanie zaczynają kojarzyć się przede wszystkim z bólem, nie ma nic trudniejszego niż pokochanie na nowo.

„(…) bo opłakiwać psa, to opłakiwać to, co mu dajemy z siebie, z nim odchodzi życie, o którym nikomu nie mówiliśmy, chwile, których nikt nie widział. Odchodzi strażnik sekretów i wraz z nim odchodzą także same sekrety, kufer, łamigłówka, którą w nim skrywamy, a także klucz, tracimy kawałek życia”.

Cała historia toczy się jednej nocy – od przerażającego, pełnego beznadziejności oczekiwania na wieści, przez bezsenną noc aż po wyjątkowo stresujący poranek. A wszystko to przetykane wspomnieniami – tragicznymi i komicznymi, smutnymi i pełnymi rodzinnego ciepła.

„(…) bo czasem widzimy jedynie to, czego nam brakuje, a nie to, co nam towarzyszy”.

Są pełne oddania psie spojrzenia, fantastyczna relacja wnuka z babcią, zakręcone starsze panie, seksowny australijski weterynarz, przydługie zdania, obite kolana, perfekcyjna Lady Ścierka, kryzysy małżeńskie i poszukiwanie idealnego chłopaka dla syna. A także masa pięknych cytatów.

No i churros, już dla samych churrosów maczanych w czekoladzie warto skusić się na tą lekturę. #odkrycielata

Podnosząca na duchu opowieść o miłości, starości i samotności, o odwadze, wsparciu najbliższych i długiej, wyboistej drodze ku wzajemnemu zaufaniu. Taki plasterek na serducho.  I prawdę mówiąc kompletnie nie zauważyłam, że to drugi tom.

Jako zdeklarowana kociara serdecznie polecam.

Alejandro Palomas, Psiakość!, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Consolation” Corinne Michaels

Dawno już nie czytałam porządnego romansidła, czas to nadrobić – z takim nastawieniem sięgnęłam po premierową powieść wydawnictwa Szósty Zmysł – szczególnie, że w „babskiej literaturze” mam prawie tak samo wielkie zaległości, co w książkach młodzieżowych.
I przy okazji to pierwsza pozycja od dawna, którą przeczytałam w wersji elektronicznej nie mogąc się doczekać przesyłki.

Autorka już na wstępie przypomniała mi, dlaczego staram się unikać czytania tzw. „wyciskaczy łez” – jestem po prostu straszną beksą. Już na 8 stronie ryczałam na całego…
W życiu prywatnym jestem tego rodzaju jędzą, która robi mężowi wyrzuty, kiedy ten wraca z pracy z godzinnym opóźnieniem. Nigdy nie nadawałam się na żonę marynarza, czy żołnierza, nie mówiąc już o komandosie marynarki wojennej, sama ta koncepcja budzi we mnie wewnętrzny protest – nie potrafię więc nie podziwiać głównej bohaterki.

„Wiem, że tak należy postąpić, że trzeba się z tym uporać i wszystko załatwić. Ruszyć naprzód. Jednak to wszystko sprawi, że moja nowa rzeczywistość stanie się prawdziwa i ostateczna. Tyle że śmierć jest czymś ostatecznym, więc dlaczego próbuję z tym walczyć?”

Dwudziestosiedmioletnią Natalie poznajemy w momencie, w którym zostaje wdową. Będąc w siódmym miesiącu ciąży. Ten cios jest końcem jej życia i początkiem wyprutej z emocji egzystencji, jedynie myśl o córce nakłania ją do codziennego podnoszenia się z łóżka. Rodzina i przyjaciele próbujący wyciągnąć ją z marazmu ponoszą klęskę z klęską. Skuteczne okazuje się dopiero niedelikatne zaangażowanie Liama – przyjaciela tragicznie zmarłego męża, który przyrzekł się nią opiekować. Uparty komandos nie daje się spławić i wreszcie pomaga uporać się z żałobą i na nowo otworzyć na świat. To dzięki niemu, po pół roku od tragedii, Lee zaczyna się znowu śmiać i pozwala sobie na chwile słabości. Jednak czas mija, a Lee i Liam zbliżają się do siebie coraz bardziej. Okazuje się również, że gloryfikowany po śmierci mąż bohaterki miał swoje brudne sekrety, a idealizowany we wspomnieniach związek pełen był gorszych momentów.

O dziwo, poczułam nić sympatii do głównej bohaterki (a to u mnie spore osiągnięcie, bo zazwyczaj odrzucam kobiecych bohaterów), która pod zbawiennym wpływem przyjaciela okazuje się być silna, dowcipna i sympatycznie złośliwa.

„Łatwo zatracić się w bólu i smutku. Z jakiegoś powodu łatwiej jest być nieszczęśliwym, ale ja nie chcę wieść życia pełnego cierpienia. Mam piękną córkę, fantastyczną grupę wsparcia i Liama.”

Podobała mi się również wojskowa otoczka opowieści – braterskie więzi pomiędzy walczącymi ramię w ramię żołnierzami, gotowość poświęcenia za kraj i chęć oddania życia za kolegów z oddziału. I choć trudno mi zrozumieć tak zaawansowany patriotyzm, jest on godny podziwu. Jednak jeszcze bardziej poruszające jest przyjrzenia się temu problemowi z drugiej strony – spojrzenie na wojnę oczami żony żołnierza, czekającej na jego powrót, tęskniącej, radzącej sobie z długimi nieobecnościami, każdego dnia żyjącej w strachu przed utratą ukochanego.

„Przyjemnie musi być, gdy jest się tą osobą, która nie musi siedzieć bezczynnie i zamartwiać się na śmierć. Oni po prostu robią co muszą. Walczą i żyją na adrenalinie, a ich rodziny siedzą i zastanawiają się. Nie wiemy czy mają się dobrze. Po prostu musimy przez to przejść.”

„Consolation” to poruszająca historia o strachu, bólu i samotności. O heroicznej walce z własnymi emocjami i układaniu sobie życia na nowo po stracie ukochanej osoby. O konieczności niesienia jednocześnie dwóch ciężarów – macierzyństwa i żałoby. O radzeniu sobie z dylematem moralnym wejścia w nowy związek, który po śmierci męża wciąż jawi się jako zdrada.

Fantastycznie, że mimo tak poważnej tematyki, książka potrafi zaskoczyć pozytywnym humorem. Choć zdarzają się patetyczne fragmenty i egzaltowane rozmyślania bohaterów, nie dominują jednak nad całością.

„- O mój Boże – szepczę, próbując się uspokoić. – Dlaczego ona ma na sobie dwie pieluchy? Czy to lina?!
Liam układa Aarę w ramionach tak, że trzyma ją jak piłkę.
– Kto wymyślił te kretyńskie pieluchy? Rzepy ciągle się odrywają. Kto, u diabła, jest w stanie określić, którą stroną je zakładać? Więc ją zawiązałem.
– Liną?
– Miałem kawałek w torbie – szepcze, całując ją w czubek głowy. – To działa.”

Choć nie przepadam za narracją prowadzoną w pierwszej osobie, tutaj szybko do niej przywykłam. Co jakiś czas jednak pojawiały się pewne logiczne nieścisłości, które mocno rzucały mi się w oczy, jako młodej mamie – mianowicie całkowity brak strachu przed obudzeniem dziecka. Ja wiem, że Amerykanie mają ogromne domy i na pewno nie muszą chodzić na paluszkach, ale matka, która bez stresu używa wiertarki podczas drzemki niemowlęcia jawi mi się niczym przybysz z kosmosu. O dziwo wiertarka bobasa nie budzi, podobnie jak wrzaski Natalie na jej nowego adoratora, napady szału, rzucanie i tłuczenie rzeczy ani odgłosy entuzjastycznego współżycia. Małą Arabelle budzi za to śmiech flirtujących kochanków. Z trzeciej strony to jednak dziecko, a dzieci potrafią robić dziwne rzeczy.

Jeśli chodzi o opisy scen erotycznych, zaskoczyła mnie ich nierówność – początkowo autorka bardzo fajnie budowała napięcie między bohaterami, ale kiedy już doszło co do czego niektóre określenia wzbudzały we mnie bardziej śmiech, niż ekscytację – do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakby pewne fragmenty pisał ktoś inny. Prawdopodobnie jednak wina leży po stronie tłumaczenia i mam nadzieję, że te rażące synonimy zostaną wyłapane podczas ostatecznej korekty.

„– Jak cudownie – pojękuję, gdy masuje kciukiem moją perełkę.”

– jakoś „perełka” nie pozwala mi zachować powagi…

Ponadto odniosłam wrażenie, że wygląd zewnętrzny bohaterów jest trochę zbyt idealny – ona jest długowłosą blondynką, która pół roku po porodzie bez stresu zakłada bikini, on jest chodzącym bogiem seksu.

„Mężczyzna zbyt piękny, aby go opisać słowami.”

I z jakiegoś powodu stale nosi czapkę – nawet w domu, czy szpitalu.

Szkoda też, że nie pokuszono się o polską wersję tytułu. Wiem, że niektóre określenia lepiej zostawić takimi, jakie są, żeby nie skończyć z „Wirującym seksem”, ale jednak Polacy nie gęsi i wolałabym chyba zobaczyć tą pozycję na półce pod polskim tytułem – ot, taka fanaberia.

Tak naprawdę jest to typowa, choć piękna, przewidywalna historia przechodzenia od przyjaciół do kochanków. Mniej więcej od 12 strony wiedziałam w jakim kierunku potoczy się fabuła. A jednak – choć do pewnego momentu podejrzewałam jak to wszystko się skończy, to Pani Michaels sprytnie uśpiła moją czujność, dzięki czemu zakończenie wbiło mnie w kanapę. Ostatnie zdania tej książki to taki moment, w którym w odbiorcy budzą się naprawdę mordercze instynkty. I teraz tylko pragnę więcej i więcej. Urywanie historii w takim momencie powinno być zakazane i podlegać każe za znęcanie się nad czytelnikami!

Co chyba najwazniejsze, jest to ksiażka, którą świetnie się czyta – idealna na dwa jesienne wieczory pod ciepłym kocem. Polecam niepoprawnym romantyczkom i pragmatyczkom lubiącym odpocząć przy wciągającym romansie.

Corinne Michaels, Consolation, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 302 s. (premiera 11.10.2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Kot, który spadł z nieba” Takashi Hiraide

Nie lubię takich książek. Po prostu jestem za wrażliwa i za bardzo się przywiązuję do bohaterów ( a już szczególnie do tych puchatych i czworonożnych), żeby chętnie sięgać po powieści oparte na tym schemacie.

I nie mam tu bynajmniej na myśli, że jest to zła książka, wręcz przeciwnie! To piękna historia o zmianach, jakie w życiu dwojga ludzi potrafi wprowadzić kot, którego niezależna i cicha obecność dodaje życiu barw i uwrażliwia na piękno otaczającej bohaterów natury. Historia pełna malowniczych opisów, które tak uwielbiam i odległej, egzotycznej kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Powieść przeplatana refleksami na temat twórczości i tworzenia, dostrzegania piękna natury i sztuki, radości obcowania z przyrodą i radzenia sobie z żałobą po stracie bliskiej osoby. To książka o radości, jaką mogą dać pozornie banalne zmiany. O nieuchronnym przemijaniu, raz cichym i niemal niezauważalnym, raz nagłym i niszczycielskim niczym fala powodzi. I przede wszystkim i pięknej przyjaźni między człowiekiem, a zwierzęciem – przyjaźni pełnej szacunku i zachwytu, którą jako posiadaczka wspaniałych czworonożnych kompanów w pełni rozumiem.

Niezwykła forma powieści – jednocześnie minimalistyczna i rozmalowana – podnosi w moich oczach tą niewielką książeczkę do rangi dzieła sztuki odbieranego wieloma zmysłami. To prawdziwa uczta dla wyobraźni.

A mimo to nie lubię takich książek. Bo po całym zachwycie, który towarzyszył mi podczas lektury, poza kilkoma mądrościami, które zapadły mi głęboko w pamięć, w moim sercu zawsze zostaje smutek i żal. A o takiej książce nie jest łatwo zapomnieć.

Takashi Hiraide, Kot, który spadł z nieba, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2016, 144 s.