Grajki Majki: Crazy Science. Fabryka potworów. Embriony

Już sama nazwa tej zabawki wzbudza we mnie niepokój – nie dość, że w opakowaniu mam znaleźć embrion, to jeszcze embrion potwora… Czy dodatkowa zachęta jest tu jeszcze potrzebna?

W niewielkim kartoniku znajdziemy kolorową kulę (jajo!) i odpowiadający jej kolorowi barwnik w płynie zamknięte w plastikowym słoiczku z podziałką oraz spis potworków.

Wszystko, co należy zrobić, to nalać wody do słoika (my wykorzystałyśmy nieco większą miseczkę, żeby było łatwiej w niej grzebać), odpakować kulkę z folii zabezpieczającej i wrzucić ją do wody. A potem można obserwować musujący spektakl nabierającej coraz intensywniejszego koloru wody, bąbelków i pianki, wśród których pojawi się jedna z 24 szkaradek. Moje dziecię uwielbia musujące kule i była trochę rozczarowana, że tym razem bawimy się nimi w słoiku, zamiast w wannie, ale dała się przekonać i do tego sposobu. Szczególnie, kiedy zaczęłyśmy robić eksperymenty z kolorami i do niebieskiej wody po pierwszym z potworków włożyłyśmy żółtą kulkę w celu uzyskania pięknie toksycznej zieleni (to musi być magia! :D ).

Po wyłowieniu potworka przyszedł czas na szukanie jego nazwy na ulotce. Każda z figurek ma zabawne, zakręcone imię, groźną moc i neutralizującą ją słabość. Każdej z nich poświęcono akapit opisu, do stworzenia którego inspiracją były realnie istniejące zwierzęta. Trafił nam się na przykład Mimetyczny Spryciarz – kuzyn pustynnego fenka, czy Uzbrojony Irokezik – potomek stegozaurów. Chociaż na pierwszy rzut oka opisy wydają się głupiutkie, dla nas stały się punktem wyjścia nie tylko do poszukiwań zwierzęcych pierwowzorów potwornych stworków, jak i do rozmowy o takich zjawiskach jak mimetyzm, czy daltonizm.

Teoretycznie wyklute potwory powinno przechowywać się w dołączonych słoiczkach – w „formalinie” z wody zabarwionej pigmentem. My jednak przechowujemy je na sucho – takie figurki służą nam czasami jako pionki do gry, albo w pracach plastycznych. Jak zrobi się cieplej, mam w planie zamrozić je w foremce do lodu z wykorzystaniem odrobiny barwnika albo farbki i wykorzystać do lodowego malowania w ogródku.

Fajna alternatywa dla czekoladowego jajka z niespodzianką, jeśli nie chcemy futrować dziecka olejem palmowym. Niestety, od słodycza jest też sporo droższa, podobnie, jak od ulubionych biedronkowych kulek do kąpieli Majki z dinozaurami i jednorożcami. Wielkim atutem jest natomiast oznaczenie każdej kulki i kartonika numerem – dzięki temu możemy uniknąć kupienia dwóch kulek z takim samym potworkiem i kompletowanie kolekcji będzie sporo łatwiejsze. A element niespodzianki i tak zostaje zachowany, bo nie wiemy, który ze stworków kryje się pod daną cyfrą, dopóki sami tego nie sprawdzimy!

Z niecierpliwością czekamy na jednorożcowo-księżniczkową wersję!

„Crazy science. Fabryka potworów. Embriony”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3+.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Playbio Tecno Jumbo, Quercetti

Niedawno na rynku pojawiła się nowa seria od firmy Quercetti, w której elementy nie są już wykonane w 100% plastiku, a z materiału z recyklingu.

„Produkty przygotowane są z kompozytu biologicznego pochodzącego z włókien drewnianych i specjalnego plastiku. Drewniane włókna, które zwykle są utylizowane jako odpady pochodzą z tartaków, które posiadają odpowiednie certyfikaty środowiskowe. Większa zawartość drewna pozwala o zredukowanie ilości dwutlenku węgla niezbędnej przy produkcji aż o 80%. Po użyciu, zabawka może być 100% poddana recyklingowi.”

Przy poprzednich recenzjach zwracałam już uwagę, że zabawki tej firmy pakowane są w wytrzymałe tekturowe kartoniki z niewielką plastikową rączką – walizeczki wielorazowego użytku (i prawdę mówiąc jeszcze żadna nam się nie zużyła, choć pierwsze zestawy towarzyszą nam już od ponad dwóch lat) i rzadko są dodatkowo owinięte folią. Bardzo podoba mi się ten sposób myślenia i szukanie bardziej ekologicznych rozwiązań. Okazuje się, że są one możliwe nawet w przypadku firmy produkującej plastikowe zabawki.

I tylko na dobre im to wyszło, bo moim zdaniem ten materiał sprawdza się lepiej. Elementy są przyjemniejsze w dotyku, dobrze do siebie pasują i bez problemu można je skręcać i rozkręcać – a w przypadku tego zestawu to szczególnie istotne. Mam wrażenie, że są mniej podatne na pęknięcia i złamania i mi osobiście zdecydowanie bardziej podobają się pod względem wizualnym – są matowe, nieprzezroczyste, w stonowanych kolorach, a niektóre z nich mają nieco „mozaikowy efekt” przypominający trochę papier maché. Jedynym minusem jest dość intensywny zapach materiału, przypominający trochę jakby spaleniznę. Mam nadzieję, że po kilkunastu zabawach się wywietrzy.

Wróćmy jednak do samego zestawu. Tecno Jumbo to pudełko pełne elementów konstrukcyjnych: śrubek, nakrętek i dziurawych „blaszek” różnego kształtu i wielkości, które można przy pomocy owych śrubek łączyć. A można to robić na dwa sposoby – w figurki przestrzenne, jak na przykład roboty, albo w płaskie obrazki, przy pomocy dziurkowanej podkładki, na której możemy zakomponować obrazek.

Bardzo fajny sposób na rozwinięcie motoryki małej, cierpliwości, wyobraźni, myślenia przestrzennego i bardzo podstawowych podstaw mechaniki. Wszystkie części zestawu łączą się ze sobą bez problemu, łatwo się wkręcają i nie wymagają użycia siły.

Jedyne, czego mi zabrakło, to książeczki z inspiracjami na budowle, bo moje dziecię bardzo lubi odtwarzać i najdłużej skupia się na zabawkach konstrukcyjnych właśnie podążając za instrukcją. Tym razem będzie musiała jednak trochę pogłówkować i wysilić wyobraźnię, by po kilku propozycjach z pudełka stworzyć coś swojego.

Ach, i jeszcze szalenie mi się podoba, że na zabawce konstrukcyjnej, manualnej, z robotami umieszczono zdjęcie dziewczynki!

„Tecno Jumbo”
Firma: QUERCETTI Playbio
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Zestaw znajdziecie na przykład TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: „Pierwszy zegar” Quercetti

Internet aż kipi od pomysłów, na kreatywne zajęcia podczas przymusowego zamknięcia w czterech ścianach. Można nauczyć się nowego języka, robienia na drutach, pieczenia tortów, tańczenia samby, można przebierać się za postaci z arcydzieł malarstwa dawnego, nauczyć kota aportowania, nadrobić zaległości w serialach albo ćwiczyć z Chodakowską. Chyba, że jest się matką, wtedy sukcesem jest wzięcie prysznica w ciszy i samotności.

Skoro jednak przez najbliższy czas nie ma co liczyć na chwilę choćby ucieczki od naszych małych koali, może warto postawić na wspólne zdobywanie jakiejś ambitnej umiejętności?

U nas stanęło na nauce odczytywania godzin z zegarka. Pod koniec stycznia Majeczka dostała na urodzinki uroczy zegarek na rękę z Myszką Minnie, najwyższy czas przestać traktować go wyłącznie jako ozdobę! Szczególnie, że w obecnej sytuacji, bez przedszkola i z rodzicami, którzy niby są cały czas w obok, ale jednak jednocześnie w pracy, kompletnie runęła nasza domowa rutyna i Majka zupełnie straciła poczucie czasu. Czy można sobie wymarzyć lepszy moment na wgłębienie tajemnic zegara?

Z pomocą przyszedł nam zestaw edukacyjny od Quercetti. Znajdziemy w nim wszystko co niezbędne do złożenia zegara demonstracyjnego – co ciekawe, tekturową tarczę zegara montujemy na takiej samej planszy z dziurkami, którą wykorzystujemy w mozaice „Pixel Daisy”, bardzo lubię takie uniwersalne rozwiązania. Do tarczy, doczepiamy ręcznie obracane wskazówki w dwóch kolorach i 12 gwoździków z naklejanymi cyferkami. My korzystamy na ten moment z czerwonych gwoździków z cyframi od 1-12, ale dla bardziej zaawansowanych są również niebieskie kołeczki z godzinami popołudniowymi, od 13 do 24. Na tarczy zaznaczono również minuty.

Zegar służy nam na razie przede wszystkim do określania czasu – zaznaczam na nim o której trzeba przyjść na śniadanie, do której jest czas na zabawę, a kiedy będzie można obejrzeć bajkę i godzinę zakończenia mojej pracy. Ale w zestawie znajdują się jeszcze karty z markerem suchościeralnym o gąbką do nauki zapisywania godzin zapakowane w zamykanym koszyczku. Karty występują w dwóch wersjach – mniejsze z dodatkowym obrazkiem pomocniczym i większe z samym przedstawieniem zegarka. Naszym zadaniem jest zapisać cyframi godzinę, którą wyznaczają wskazówki na tarczy zegara, lub odwrotnie – zaznaczyć na zegarku godzinę zapisaną poniżej cyframi. Karty zostały oznaczone kolorami – na żółto godziny przedpołudniowe i na granatowo godziny popołudniowe.

Do zestawu dołączono instrukcję wprowadzającą podstawowe pojęcia i tłumaczącej w jaki sposób odczytywać godziny. Znajdziemy tu również dodatkową instrukcję (w językach włoskim i angielskim) dotyczącą zabawy z dzieckiem w duchu Montessori

„Pierwszy zegar”
Firma: QUERCETTI Play Montessori
Sugerowany wiek: 4-8 lat.

Zestaw znajdziecie TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Pluszowe zwierzaki, National Geographic

Jakiś czas temu pokazywałam Wam mojego pluszowego leniwca (tak tak, mojego, nie oddałam go dziecku!), który kradnie serca beznamiętnym wyrazem pyszczka i niebiańską puchatością futerka. I tak jak wtedy przewidziałam, jedno pluszowe zwierzątko to już zaczątek stada. Ani się obejrzałam, a rozmnożył się do aż czterech sztuk. I to różnych gatunków!

Ulubienica Majki – foka (a właściwie Weddelka Antarktyczna) – sypia pod wodą i potrafi wynurzać się, by zaczerpnąć oddech, przez sen. Nasz egzemplarz nazywa się Wallie Snow i śpi w łóżku. Na poduszce z Elsą, więc na pewno ma wystarczająco zimno!

Nie potrafiłam odmówić sobie lwa, chociaż Figiel nie jest z tego faktu ani trochę zadowolony (dotychczas tylko on miał grzywę w tym domu!). Myślę jednak, że w końcu się dogadają. W końcu lwy afrykańskie to jedyne dzikie koty, które żyją w stadach.

Dziobak na zdjęciach wychodzi dość groźnie, a ma niesamowicie gładką i miła w dotyku sierść, więc nie sposób go nie miętosić. I spójrzcie tylko na te łapki! Dotychczas myślałam, że dziobaki są całkiem spore, a tu okazuje się, że mierzą mniej więcej 40 cm i ważą około 1,4 kg, czyli właściwie maskotka oddaje realne wymiary zwierzęcia. To w porównaniu z moim prawie pięciokilogramowym Vincentym prawdziwe maleństwo!

Starannie wykonane, szczegółowe, mięciutkie zabawki są naprawdę realistyczne i całkiem podobne do swoich pierwowzorów na fotografiach. Wszystkie mają głęboko w środku jakiś rodzaj ziarna (właściwie trzeba być trochę księżniczką Pirlipatką, żeby odnotować ten fakt), dzięki czemu stabilnie siedzą i nie przewracają się na boki. Leniwiec na przykład na dobre już zadomowił się na oparciu mojego fotela i ani razu jeszcze nie spadł mi na głowę. Do każdego z nich dołączono ulotkę z kilkoma ciekawostkami na temat zwierzęcia, zdjęciami i informacjami na temat innych zwierząt mieszkających w danym klimacie (a w przypadku lwa – innych dużych kociaków). To trochę podstęp, bo jak już tulisz się do swojego dziobaka i czytasz o innych mieszkańcach Australii, to nagle masz ochotę drugą ręką poprzytulać koalę, trzecią kangura, a do tego owinąć się pytonem, a Majka coś przebąkuje o niedźwiedziu i zającu do swojej strefy polarnej. I tak właśnie powstaje pluszowe stado! I gniazdo Pluszakowej Matki…

Foka, Lew, Dziobak
National Geographic

Te i inne pluszaki od National Geographic możecie znaleźć TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Laleczki „Szepnij i rozświetl”, Kraina Lodu II

Spójrzcie tylko jakie urocze maleńkie laleczki Majka znajduje co poniedziałek w tegorocznym kalendarzu adwentowym. W końcu zawsze przyda się troszkę światła na początek nowego zimowego tygodnia.

Szał na Krainę Lodu nie zmniejsza się u mojej przedszkolaczki ani odrobinę, szczególnie, że niedawna premiera drugiej części na nowo nakręca nastroje, a Elsa wyskakuje mi ostatnio nawet z lodówki. Wśród morza zabawek i gadżetów jest niestety mnóstwo brzydkiej tandety, bo Disney ostatnio coraz taniej się sprzedaje. Nie jest więc łatwo wyszukać coś wartościowego. To strasznie smutne, ale wśród frozenowych lalek „typu Barbie”, które wypełniają ostatnio sklepowe półki, nie znalazłam ani jednej propozycji, która jakością wykonania choć odrobinę przypominałaby zabawkową Annę i Elsę, które prawie rok temu Małż przywiózł Majce ze Stanów.

Jestem więc bardzo pozytywnie zaskoczona zarówno jakością, jak i pomysłem na ten niewielki gadżet. Każda z trzech niewielkich plastikowych figurek z zestawu mieści mi się w dłoni (mają ok. 7 cm), a mojemu dziecku do elsowej torebeczki. Są lekkie i jak na razie całkiem odporne na upadki, a ich magia polega na… dmuchaniu. Kiedy delikatnie dmuchniemy w czujnik na główce laleczki (na przykład zdradzając jej szeptem jakiś mały sekret) jej sukienka (w przypadku dziewczyn) lub brzuszek (w przypadku Olafa) rozświetla niewielka lampka sprawiając, że sukienki księżniczek nabierają koloru. Przy ponownym dmuchnięciu kolor się zmienia: niebieski, czerwony, zielony, żółty, czy biały – jaką kreację wybierze Elsa na dzisiejszy bal? A Anna? Nawet bałwanek może się do nich dopasować.

Jako mama najbardziej cieszę się ze starannego wykonania. Laleczki są stosunkowo niedrogie, jak na sygnowane logiem Disneya i twarzą najpopularniejszej królowej ostatnich lat, a mimo to nic nie odstaje, nie haczy, nie drapie, nie ma żadnych szpar i wyszczerbień – o co w przypadku plastikowych zabawek przecież nie trudno (pisałam o tym między innymi w recenzji zestawu biżuterii). Bez stresu można dać je w delikatne dłonie dziecka. Choć kolory lampki są intensywne, samo światło jest przyjemnie przytłumione, nie będzie drażnić oczu malucha. I co przyjęłam z niewysłowioną ulgą – nie mruga dyskotekowo, co drażni prawie tak mocno, jak zbyt głośne zabawki grające.

Ja akurat rozdzieliłam radość z tej zabawki na trzy tygodnie – a ta jest wielka po każdej odnalezionej figurce  – ale są również mniejsze zestawy: pojedyncze postacie (aż 10 różnych rodzajów!), laleczki w świetlistych komnatach, które można połączyć w lodowy zamek gdy uzbiera się wszystkie cztery, czy w parach. Można je kolekcjonować, ale Maja jeszcze na szczęście nie ma na duszy chomiczka i do świetnej zabawy wystarczają jej Anna z Elsą – szczególnie, że mieszczą się do jej domku dla lalek i do kieszeni kurteczki. W poniedziałek znajdzie w torebeczce kalendarza Olafa, ciekawe jak sobie poradzi, skoro zazwyczaj ma tylko dwie kieszenie…

Jeśli szukacie drobnego podarunku dla małej elsomaniaczki (na przykład jako dodatek do książeczki, albo biletów do kina), to będzie to strzał w 10! Jeśli szukacie większego, to też nie ma problemu, zawsze można wybrać zestaw trzech figurek.

Frozen II laleczki „Szepnij & rozświetl”, 3 szt.
Firma: Giochi Preziosi
Sugerowany wiek: 3+

Dla spóźnialskich szukających prezentu stacjonarnie – podwójne zestawy widziałam niedawno w Biedronce. Trójpak, Lodowe Komnaty i pojedyncze sztuki możecie znaleźć jak zawsze TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Pluszowy leniwiec, National Geographic

Czy zwierzę może być dobrym prezentem na Święta? Oczywiście! O ile tylko jest pluszowe!

A wtedy już nic nie ogranicza naszej wyobraźni. Żyrafa w salonie? Nie ma problemu! Lwiątko do przytulania? Jasne! Okaz zagrożony wyginięciem? Toż to idealny moment, by „upolować” swój własny egzemplarz!

Moje serce totalnie skradł ten oto leniwiec. Ten wyraz pyszczka, te nieokiełznane emocje w spojrzeniu, te długie palce, ten spokój, kiedy wpatruje się w przestrzeń, ta chęć do życia… jest po prostu G E N I A L N Y!

To mój pierwszy pluszak z kolekcji National Geographic (tak tak, miał być dla Majki, ale mamie chyba też się coś od życia należy?) i jestem niesamowicie pozytywnie zaskoczona. Choć starannie wykonane i zaprojektowane tak, by jak najbardziej oddawać rzeczywisty wygląd zwierzęcia (zwolennicy metod Montessori, będziecie Państwo zadowoleni!), zawsze wyglądały mi na szorstkie w dotyku – zarówno kiedy oglądałam je w internecie, jak i rzucałam okiem na sklepową wystawę. A to jedna z najmiękkszych i najmilszych zabawek, jakie kiedykolwiek przytulałam. A jestem naczelnym przytulaczem, więc można uważać mnie za autorytet w tej dziedzinie.

Do pluszaka dołączono niewielką ulotkę z podstawowymi informacjami na temat zwierzęcia – otóż Leniwiec pstry (Bradypus veriegatus) zajada się roślinami, waży mniej więcej tyle, co jedna sztuka mojego kota, śpi nawet i po 20 godzin dziennie, a kiedy już naprawdę musi się ruszyć, potrafi się czołgać z szybkością 0,15 km na godzinę – oraz na temat innych mieszkańców lasów równikowych.

Jest przytulaśnie, zabawnie, uroczo, pouczająco i ciekawie. Miałam się ograniczać pod względem chomikowania rzeczy doczesnych (tzn. zacząć mieć jakiekolwiek hamulce), ale tak po prostu się nie da! Uważajcie, bo decydując się na jedno pluszowe stworzenie, musicie liczyć się z posiadaniem stada. Bo na jednym nie sposób poprzestać. Szczególnie, że w ofercie są również dzieci zwierząt, pacynki i zestawy miniturek. A i w samych gatunkach można przebierać godzinami!

Leniwiec
National Geographic

Zarówno leniwca, jak i inne zwierzęta możecie znaleźć TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Magiczny projektor Elsy

Uwaga uwaga, chcę Wam pokazać prezent dla dziecka, które ma już wszystko.

Właściwie bardzo trudno sklasyfikować ten produkt – z jednej strony to zabawka, z drugiej gadżet, z trzeciej rekwizyt do odgrywania scenek, z czwartej wymarzony element karnawałowego stroju. Chyba w dużej mierze zależy to od wyobraźni małej elsomoaniaczki.

To małe plastikowe cudo z wizerunkiem najpopularniejszej ostatnio księżniczki Disneya przyczepia się do stópki (od rozmiaru 26 wzwyż, 39 też daje radę – sprawdzone info!) za pomocą dwóch pasków na rzep. Przy robieniu kroku projektor rzuca na podłogę wokół stopy świetliste płatki śniegu. Kojarzycie ten moment z filmu, kiedy Elsa buduje zamek i tupie nogą, a spod jej stopy wyrasta lodowa podłoga? Właśnie tą scenę wyobraża sobie moja córka tuptając projektorem po domu z „Mam tę moc” na ustach.

Skutkiem ubocznym „budowy lodowego zamku” jest radość kotów uparcie polujących na pojawiające się i znikające śnieżynki :D

Jak na ten moment jestem zupełnie zadowolona z jakości wykonania – gwiazdki są ładne, ostre i dobrze widoczne nawet na jasnej podłodze, plastik jest solidny i mimo kilku upadków trzyma się w całości, mechanizm zakładania jest na tyle łatwy, że prawie czterolatka radzi sobie samodzielnie zarówno z zakładaniem, jak i ze ściąganiem całej konstrukcji, a jednocześnie całość dobrze trzyma się stopy – zarówno obutej w kapciuszki, jak i odzianej zaledwie w skarpetkę. Uwaga! Zestaw nie zawiera baterii, jeśli więc chcecie go komuś sprezentować, dorzućcie do paczki opakowanie „paluszków”.

Oryginalny element przebrania na przedszkolny bal (na balu jesiennym tylko cztery dziewczynki z grupy Majki były przebrane za Elsę. Maja była dynią. Przy kolejnym balu chce być Elsą i nie ma zmiłuj!), pobudzający wyobraźnię gadżet wzbogacający zabawę w odgrywanie ról, czy może zbędny zbieracz kurzu? Oceńcie sami.

Na pewno nie jest to zabawka, która wciągnie dziecko na całe godziny, raczej do okazjonalnego użytku „od imprezy do imprezy”, nie ma też wielkich walorów edukacyjnych. Jest za to czymś bardzo oryginalnym i w całkiem udany sposób imituje „magiczną moc”. No i jest z „Krainy Lodu”, a to tematyka bardzo na topie, chyba niezależnie od wieku. I bardzo w klimacie nadciągającej zimy.

Frozen II Magiczny Projektor
Firma: Giochi Preziosi
Sugerowany wiek: 3+

Projektor możecie kupić na przykłąd TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmosci dystrybutora zabawek Dante.

 

Grajki Majki: „Rami Code”, Quercetti

Nie da się ukryć, że programowanie to język przeszłości. A właściwie języki. Wiem coś o tym, bo nie rozumiem żadnego z nich…

I jak zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, chciałabym, żeby moja córka nie podzielała mojej dezorientacji w tym temacie. A jeśli można nauczyć się czegoś tak pożytecznego poprzez zabawę, to grzechem byłoby nie spróbować!

Rami Code to zabawka edukacyjna rozwijająca kreatywność, myślenie przyczynowo skutkowe i ucząca rozwiązywania problemów krok po kroku. W końcu „kodowanie” to nic innego, jak pisanie instrukcji, według której maszyna wykonuje oczekiwane czynności.

„Ta umiejętność jest coraz ważniejsza w środowisku edukacyjnym, ponieważ stymuluje myślenie obliczeniowe u dzieci, umiejętność podzielenia skomplikowanych kwestii na mniejsze części, które są łatwiejsze do rozwiązania”.

A dla mojego na wskroś humanistycznego umysłu – trzeba tak wykombinować, żeby wiedzieć co zrobić, by osiągnąć określony cel. Najlepiej metodą prób i błędów.

Na pierwszy rzut oka Rami Code przypomina nieco automat typu flipper – nieznacznie pochylony, z kolorowymi kuleczkami, które musimy umieścić w odpowiednich miejscach. Tylko zamiast mechanicznych łapek do odbijania kuleczek mamy zestaw dźwigni (odpowiadających dwóm cyfrom systemu dwójkowego: 0 i 1) poruszających zwrotnicami, dzięki którym planujemy tor toczenia się kulki. Kiedy ta rusza z pola startowego, wszystko jest już przesądzone.

Ustawiając cztery dźwignie po lewej stronie odpowiednio na zerze lub jedynce tworzymy zapis w systemie dwójkowym. Po zwolnieniu dźwigni „enter” i wypuszczeniu kuleczki, ta trafi do przegródki podpisanej odpowiednikiem w zapisie dziesiętnym. Jeśli więc, na przykład, ustawimy dźwignie zwrotnic w pozycjach 1 1 0 1, kuleczka trafi do rynienki nr 13.

Przesuwanie dźwigni zwrotnic sprawia, że zmieniają się kolory torów. Dzięki temu możemy dokładnie śledzić którędy poleci kulka i w ten sposób planować trasę do punktu docelowego – przestawiając dźwignie otwieramy lub zamykamy ścieżki labiryntu próbując odnaleźć właściwą drogę.  Tak wygląda najprostszy sposób gry, którego można próbować już z czterolatkiem. Wraz z wiekiem rośnie również poziom trudności i pomysły wykorzystania zabawki są coraz bardziej skomplikowane. Do zestawu dołączono także zaślepkę pozwalającą zasłonić wszystkie trasy i sprawdzić swoje umiejętności kodowania „z pamięci”. Teoretycznie dla użytkowników 8+, a ja jeszcze nie za bardzo sobie radzę z tym etapem.

Bardzo dużym plusem jest przejrzysta instrukcja. Chociaż książeczka zdaje się być całkiem grubaśna, to mamy cztery zwięźle i zrozumiale napisane strony, na których znajdziemy opis poszczególnych elementów zabawki, wprowadzenie dla rodzica, propozycje zabaw dla czterech grup wiekowych (4+, 5+, 7+ i 8+), a także opis przechodzenia z systemu dziesiętnego na dwójkowy i odwrotnie bez użycia zabawki, a matematyki. Wygląda strasznie strasznie ale chyba nawet udało mi się to zrozumieć. A skoro nawet ja (największy matematyczny antytalnet roku) dałam radę, to dzieciaki na pewno z łatwością ogarną ten temat.

Mała zabawka o wielkiej funkcji. A do tego starannie wykonana i estetyczna wizualnie, co – jako wzrokowiec – zawsze doceniam podczas nauki.

 „Rami Code”
Firma: Quercetti
Sugerowany wiek: 5-10 lat

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Rami Code znajdziecie TUTAJ.

 

Grajki Majki: Pogromczyni kąpielowych kryzysów – lalka do kąpieli

Kryzysy kąpielowe są jak fale – przychodzą i odchodzą – choć od fal zdecydowanie mniej przewidywalnie. W jednym tygodniu Bobasa uwielbia się kąpać, a w drugim nagle zwabienie jej do wanny graniczy z cudem, a przez całe 5 minut mycia włosów modlę się, żeby zaalarmowani wrzaskami sąsiedzi nie wezwali opieki społecznej. Od jakiegoś czasu mamy niestety znowu do czynienia z kąpielową awersją i chwytam się każdego sposobu, który sprawi, że mycie dziecka będzie choć trochę mniejszym koszmarem. I wśród morza (hahaha) gadżetów i zabawek, wyszukałam lalę-bobasa, którego można zabrać ze sobą do wody. Trochę boję się zapeszyć, ale ten sposób na razie całkiem nieźle się sprawdza!

Jednym z pierwszych pozytywnych zaskoczeń po wyjęciu zabawki z pudełka był jej ciężar. Gumowa, pusta w środku lalka jest całkiem lekka, co nie tylko bardzo ułatwia dziecku zabawę, ale i czyni z niej towarzyszkę przygód również poza domem, bo jestem w stanie zaakceptować ją w torbie plażowej/basenowej. Oczywiście bez akcesoriów, w przeciwnym razie lalka musiałaby mieć swoją własną torbę, a to już się nie godzę (Matki-Wielbłądy, łączmy się!).

Drugim, chyba najważniejszym plusem z mojego punktu widzenia jest… wodoszczelność. Jako, że lalka jest pusta w środku, unosi się na wodzie, dzięki czemu unikniemy przeczesywania basenowego dna, kiedy podczas zabawy zniknie dziecku z oczu. Mimo, że między tułowiem, a kończynami są niewielkie szczeliny (dzięki nim lalka może siadać i ruszać rączkami), nie nabiera wody (przynajmniej na razie, choć przeżyła już niejedną kąpiel w wannie i kilka bardziej ekstremalnych imprez nad ogrodowym basenem). To dla mnie super ważne, bo mam lęki na temat grzybów rozwijających się w dziecięcych zabawkach do kąpieli. Każda jedna gumowa figurka kończyła w śmieciach, gdy tylko dojrzałam pod światło sinozielone cienie glonów złowieszczo czające się wewnątrz… A jednak łatwiej pożegnać się z niewielką gumową kaczuszką, niż z bobasem. Doceniam to również podczas zabawy na dworze, bo piachu też nie nabiera. Chociaż przynosi go w pieluszce.

 

Trzecim jest jej bogata wyprawka. Poza lalą w różowej pieluszce i opasce oraz wanienką (z korkiem do wypuszczania wody!) w zestawie znajdziemy gumową kaczuszkę (również bez dziurki, dlaczego wszystkie zabawki do kąpieli nie mogą wyglądać w ten sposób?!), aż 6 plastikowych buteleczek na szampony, oliwki i balsamy (niestety nieotwieralnych), mały ręczniczek i plastikowe mydełko, które, dzięki układowi paluszków, lalka może trzymać w dłoni. Moja Maja była odrobinę rozczarowana, że mydełko nie rozpuszcza się w wodzie. Ja jestem odrobinę rozczarowana dziurką, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Dzięki własnej wanience i zabawkowym kosmetykom zabawka sprawdzi się również w zabawach na dywanie. A możliwość wzięcia jej do wanny jest koronnym argumentem przekonującym moją przedszkolaczkę do kąpieli.

Jeśli mam na coś narzekać, to tylko na opakowanie – jak dla mnie za dużo zbędnego plastiku, ale na pewno wygląda efektownie. To jedna z tych zabawek pomyślanych na większy prezent.

Lalka do kąpieli „Bathtime set”, 38 cm 
Firma: Dolls World
Sugerowany wiek: 18m+.

Zarówno lalki, jak i inne propozycje zabawek umilających dziecku kąpiel, można kupić TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n