Grajki Majki: Laleczki „Szepnij i rozświetl”, Kraina Lodu II

Spójrzcie tylko jakie urocze maleńkie laleczki Majka znajduje co poniedziałek w tegorocznym kalendarzu adwentowym. W końcu zawsze przyda się troszkę światła na początek nowego zimowego tygodnia.

Szał na Krainę Lodu nie zmniejsza się u mojej przedszkolaczki ani odrobinę, szczególnie, że niedawna premiera drugiej części na nowo nakręca nastroje, a Elsa wyskakuje mi ostatnio nawet z lodówki. Wśród morza zabawek i gadżetów jest niestety mnóstwo brzydkiej tandety, bo Disney ostatnio coraz taniej się sprzedaje. Nie jest więc łatwo wyszukać coś wartościowego. To strasznie smutne, ale wśród frozenowych lalek „typu Barbie”, które wypełniają ostatnio sklepowe półki, nie znalazłam ani jednej propozycji, która jakością wykonania choć odrobinę przypominałaby zabawkową Annę i Elsę, które prawie rok temu Małż przywiózł Majce ze Stanów.

Jestem więc bardzo pozytywnie zaskoczona zarówno jakością, jak i pomysłem na ten niewielki gadżet. Każda z trzech niewielkich plastikowych figurek z zestawu mieści mi się w dłoni (mają ok. 7 cm), a mojemu dziecku do elsowej torebeczki. Są lekkie i jak na razie całkiem odporne na upadki, a ich magia polega na… dmuchaniu. Kiedy delikatnie dmuchniemy w czujnik na główce laleczki (na przykład zdradzając jej szeptem jakiś mały sekret) jej sukienka (w przypadku dziewczyn) lub brzuszek (w przypadku Olafa) rozświetla niewielka lampka sprawiając, że sukienki księżniczek nabierają koloru. Przy ponownym dmuchnięciu kolor się zmienia: niebieski, czerwony, zielony, żółty, czy biały – jaką kreację wybierze Elsa na dzisiejszy bal? A Anna? Nawet bałwanek może się do nich dopasować.

Jako mama najbardziej cieszę się ze starannego wykonania. Laleczki są stosunkowo niedrogie, jak na sygnowane logiem Disneya i twarzą najpopularniejszej królowej ostatnich lat, a mimo to nic nie odstaje, nie haczy, nie drapie, nie ma żadnych szpar i wyszczerbień – o co w przypadku plastikowych zabawek przecież nie trudno (pisałam o tym między innymi w recenzji zestawu biżuterii). Bez stresu można dać je w delikatne dłonie dziecka. Choć kolory lampki są intensywne, samo światło jest przyjemnie przytłumione, nie będzie drażnić oczu malucha. I co przyjęłam z niewysłowioną ulgą – nie mruga dyskotekowo, co drażni prawie tak mocno, jak zbyt głośne zabawki grające.

Ja akurat rozdzieliłam radość z tej zabawki na trzy tygodnie – a ta jest wielka po każdej odnalezionej figurce  – ale są również mniejsze zestawy: pojedyncze postacie (aż 10 różnych rodzajów!), laleczki w świetlistych komnatach, które można połączyć w lodowy zamek gdy uzbiera się wszystkie cztery, czy w parach. Można je kolekcjonować, ale Maja jeszcze na szczęście nie ma na duszy chomiczka i do świetnej zabawy wystarczają jej Anna z Elsą – szczególnie, że mieszczą się do jej domku dla lalek i do kieszeni kurteczki. W poniedziałek znajdzie w torebeczce kalendarza Olafa, ciekawe jak sobie poradzi, skoro zazwyczaj ma tylko dwie kieszenie…

Jeśli szukacie drobnego podarunku dla małej elsomaniaczki (na przykład jako dodatek do książeczki, albo biletów do kina), to będzie to strzał w 10! Jeśli szukacie większego, to też nie ma problemu, zawsze można wybrać zestaw trzech figurek.

Frozen II laleczki „Szepnij & rozświetl”, 3 szt.
Firma: Giochi Preziosi
Sugerowany wiek: 3+

Dla spóźnialskich szukających prezentu stacjonarnie – podwójne zestawy widziałam niedawno w Biedronce. Trójpak, Lodowe Komnaty i pojedyncze sztuki możecie znaleźć jak zawsze TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Pluszowy leniwiec, National Geographic

Czy zwierzę może być dobrym prezentem na Święta? Oczywiście! O ile tylko jest pluszowe!

A wtedy już nic nie ogranicza naszej wyobraźni. Żyrafa w salonie? Nie ma problemu! Lwiątko do przytulania? Jasne! Okaz zagrożony wyginięciem? Toż to idealny moment, by „upolować” swój własny egzemplarz!

Moje serce totalnie skradł ten oto leniwiec. Ten wyraz pyszczka, te emocje w spojrzeniu, te długie palce, ten spokój, kiedy wpatruje się w przestrzeń, te chęć do życia… jest po prostu G E N I A L N Y!

To mój pierwszy pluszak z kolekcji National Geographic (tak tak, miał być dla Majki, ale mamie chyba też się coś od życia należy?) i jestem niesamowicie pozytywnie zaskoczona. Choć starannie wykonane i zaprojektowane tak, by jak najbardziej oddawać rzeczywisty wygląd zwierzęcia (zwolennicy metod Montessori, będziecie Państwo zadowoleni!), zawsze wyglądały mi na szorstkie w dotyku – zarówno kiedy oglądałam je w internecie, jak i rzucałam okiem na sklepową wystawę. A to jedna z najmiękkszych i najmilszych zabawek, jakie kiedykolwiek przytulałam. A jestem naczelnym przytulaczem, więc można uważać mnie za autorytet w tej dziedzinie.

Do pluszaka dołączono niewielką ulotkę z podstawowymi informacjami na temat zwierzęcia – otóż Leniwiec pstry (Bradypus veriegatus) zajada się roślinami, waży mniej więcej tyle, co jedna sztuka mojego kota, śpi nawet i po 20 godzin dziennie, a kiedy już naprawdę musi się ruszyć, potrafi się czołgać z szybkością 0,15 km na godzinę – oraz na temat innych mieszkańców lasów równikowych.

Jest przytulaśnie, zabawnie, uroczo, pouczająco i ciekawie. Miałam się ograniczać pod względem chomikowania rzeczy doczesnych (tzn. zacząć mieć jakiekolwiek hamulce), ale tak po prostu się nie da! Uważajcie, bo decydując się na jedno pluszowe stworzenie, musicie liczyć się z posiadaniem stada. Bo na jednym nie sposób poprzestać. Szczególnie, że w ofercie są również dzieci zwierząt, pacynki i zestawy miniturek. A i w samych gatunkach można przebierać godzinami!

Leniwiec
National Geographic

Zarówno leniwca, jak i inne zwierzęta możecie znaleźć TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Magiczny projektor Elsy

Uwaga uwaga, chcę Wam pokazać prezent dla dziecka, które ma już wszystko.

Właściwie bardzo trudno sklasyfikować ten produkt – z jednej strony to zabawka, z drugiej gadżet, z trzeciej rekwizyt do odgrywania scenek, z czwartej wymarzony element karnawałowego stroju. Chyba w dużej mierze zależy to od wyobraźni małej elsomoaniaczki.

To małe plastikowe cudo z wizerunkiem najpopularniejszej ostatnio księżniczki Disneya przyczepia się do stópki (od rozmiaru 26 wzwyż, 39 też daje radę – sprawdzone info!) za pomocą dwóch pasków na rzep. Przy robieniu kroku projektor rzuca na podłogę wokół stopy świetliste płatki śniegu. Kojarzycie ten moment z filmu, kiedy Elsa buduje zamek i tupie nogą, a spod jej stopy wyrasta lodowa podłoga? Właśnie tą scenę wyobraża sobie moja córka tuptając projektorem po domu z „Mam tę moc” na ustach.

Skutkiem ubocznym „budowy lodowego zamku” jest radość kotów uparcie polujących na pojawiające się i znikające śnieżynki :D

Jak na ten moment jestem zupełnie zadowolona z jakości wykonania – gwiazdki są ładne, ostre i dobrze widoczne nawet na jasnej podłodze, plastik jest solidny i mimo kilku upadków trzyma się w całości, mechanizm zakładania jest na tyle łatwy, że prawie czterolatka radzi sobie samodzielnie zarówno z zakładaniem, jak i ze ściąganiem całej konstrukcji, a jednocześnie całość dobrze trzyma się stopy – zarówno obutej w kapciuszki, jak i odzianej zaledwie w skarpetkę. Uwaga! Zestaw nie zawiera baterii, jeśli więc chcecie go komuś sprezentować, dorzućcie do paczki opakowanie „paluszków”.

Oryginalny element przebrania na przedszkolny bal (na balu jesiennym tylko cztery dziewczynki z grupy Majki były przebrane za Elsę. Maja była dynią. Przy kolejnym balu chce być Elsą i nie ma zmiłuj!), pobudzający wyobraźnię gadżet wzbogacający zabawę w odgrywanie ról, czy może zbędny zbieracz kurzu? Oceńcie sami.

Na pewno nie jest to zabawka, która wciągnie dziecko na całe godziny, raczej do okazjonalnego użytku „od imprezy do imprezy”, nie ma też wielkich walorów edukacyjnych. Jest za to czymś bardzo oryginalnym i w całkiem udany sposób imituje „magiczną moc”. No i jest z „Krainy Lodu”, a to tematyka bardzo na topie, chyba niezależnie od wieku. I bardzo w klimacie nadciągającej zimy.

Frozen II Magiczny Projektor
Firma: Giochi Preziosi
Sugerowany wiek: 3+

Projektor możecie kupić na przykłąd TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmosci dystrybutora zabawek Dante.

 

Grajki Majki: „Rami Code”, Quercetti

Nie da się ukryć, że programowanie to język przeszłości. A właściwie języki. Wiem coś o tym, bo nie rozumiem żadnego z nich…

I jak zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, chciałabym, żeby moja córka nie podzielała mojej dezorientacji w tym temacie. A jeśli można nauczyć się czegoś tak pożytecznego poprzez zabawę, to grzechem byłoby nie spróbować!

Rami Code to zabawka edukacyjna rozwijająca kreatywność, myślenie przyczynowo skutkowe i ucząca rozwiązywania problemów krok po kroku. W końcu „kodowanie” to nic innego, jak pisanie instrukcji, według której maszyna wykonuje oczekiwane czynności.

„Ta umiejętność jest coraz ważniejsza w środowisku edukacyjnym, ponieważ stymuluje myślenie obliczeniowe u dzieci, umiejętność podzielenia skomplikowanych kwestii na mniejsze części, które są łatwiejsze do rozwiązania”.

A dla mojego na wskroś humanistycznego umysłu – trzeba tak wykombinować, żeby wiedzieć co zrobić, by osiągnąć określony cel. Najlepiej metodą prób i błędów.

Na pierwszy rzut oka Rami Code przypomina nieco automat typu flipper – nieznacznie pochylony, z kolorowymi kuleczkami, które musimy umieścić w odpowiednich miejscach. Tylko zamiast mechanicznych łapek do odbijania kuleczek mamy zestaw dźwigni (odpowiadających dwóm cyfrom systemu dwójkowego: 0 i 1) poruszających zwrotnicami, dzięki którym planujemy tor toczenia się kulki. Kiedy ta rusza z pola startowego, wszystko jest już przesądzone.

Ustawiając cztery dźwignie po lewej stronie odpowiednio na zerze lub jedynce tworzymy zapis w systemie dwójkowym. Po zwolnieniu dźwigni „enter” i wypuszczeniu kuleczki, ta trafi do przegródki podpisanej odpowiednikiem w zapisie dziesiętnym. Jeśli więc, na przykład, ustawimy dźwignie zwrotnic w pozycjach 1 1 0 1, kuleczka trafi do rynienki nr 13.

Przesuwanie dźwigni zwrotnic sprawia, że zmieniają się kolory torów. Dzięki temu możemy dokładnie śledzić którędy poleci kulka i w ten sposób planować trasę do punktu docelowego – przestawiając dźwignie otwieramy lub zamykamy ścieżki labiryntu próbując odnaleźć właściwą drogę.  Tak wygląda najprostszy sposób gry, którego można próbować już z czterolatkiem. Wraz z wiekiem rośnie również poziom trudności i pomysły wykorzystania zabawki są coraz bardziej skomplikowane. Do zestawu dołączono także zaślepkę pozwalającą zasłonić wszystkie trasy i sprawdzić swoje umiejętności kodowania „z pamięci”. Teoretycznie dla użytkowników 8+, a ja jeszcze nie za bardzo sobie radzę z tym etapem.

Bardzo dużym plusem jest przejrzysta instrukcja. Chociaż książeczka zdaje się być całkiem grubaśna, to mamy cztery zwięźle i zrozumiale napisane strony, na których znajdziemy opis poszczególnych elementów zabawki, wprowadzenie dla rodzica, propozycje zabaw dla czterech grup wiekowych (4+, 5+, 7+ i 8+), a także opis przechodzenia z systemu dziesiętnego na dwójkowy i odwrotnie bez użycia zabawki, a matematyki. Wygląda strasznie strasznie ale chyba nawet udało mi się to zrozumieć. A skoro nawet ja (największy matematyczny antytalnet roku) dałam radę, to dzieciaki na pewno z łatwością ogarną ten temat.

Mała zabawka o wielkiej funkcji. A do tego starannie wykonana i estetyczna wizualnie, co – jako wzrokowiec – zawsze doceniam podczas nauki.

 „Rami Code”
Firma: Quercetti
Sugerowany wiek: 5-10 lat

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Rami Code znajdziecie TUTAJ.

 

Grajki Majki: Pogromczyni kąpielowych kryzysów – lalka do kąpieli

Kryzysy kąpielowe są jak fale – przychodzą i odchodzą – choć od fal zdecydowanie mniej przewidywalnie. W jednym tygodniu Bobasa uwielbia się kąpać, a w drugim nagle zwabienie jej do wanny graniczy z cudem, a przez całe 5 minut mycia włosów modlę się, żeby zaalarmowani wrzaskami sąsiedzi nie wezwali opieki społecznej. Od jakiegoś czasu mamy niestety znowu do czynienia z kąpielową awersją i chwytam się każdego sposobu, który sprawi, że mycie dziecka będzie choć trochę mniejszym koszmarem. I wśród morza (hahaha) gadżetów i zabawek, wyszukałam lalę-bobasa, którego można zabrać ze sobą do wody. Trochę boję się zapeszyć, ale ten sposób na razie całkiem nieźle się sprawdza!

Jednym z pierwszych pozytywnych zaskoczeń po wyjęciu zabawki z pudełka był jej ciężar. Gumowa, pusta w środku lalka jest całkiem lekka, co nie tylko bardzo ułatwia dziecku zabawę, ale i czyni z niej towarzyszkę przygód również poza domem, bo jestem w stanie zaakceptować ją w torbie plażowej/basenowej. Oczywiście bez akcesoriów, w przeciwnym razie lalka musiałaby mieć swoją własną torbę, a to już się nie godzę (Matki-Wielbłądy, łączmy się!).

Drugim, chyba najważniejszym plusem z mojego punktu widzenia jest… wodoszczelność. Jako, że lalka jest pusta w środku, unosi się na wodzie, dzięki czemu unikniemy przeczesywania basenowego dna, kiedy podczas zabawy zniknie dziecku z oczu. Mimo, że między tułowiem, a kończynami są niewielkie szczeliny (dzięki nim lalka może siadać i ruszać rączkami), nie nabiera wody (przynajmniej na razie, choć przeżyła już niejedną kąpiel w wannie i kilka bardziej ekstremalnych imprez nad ogrodowym basenem). To dla mnie super ważne, bo mam lęki na temat grzybów rozwijających się w dziecięcych zabawkach do kąpieli. Każda jedna gumowa figurka kończyła w śmieciach, gdy tylko dojrzałam pod światło sinozielone cienie glonów złowieszczo czające się wewnątrz… A jednak łatwiej pożegnać się z niewielką gumową kaczuszką, niż z bobasem. Doceniam to również podczas zabawy na dworze, bo piachu też nie nabiera. Chociaż przynosi go w pieluszce.

 

Trzecim jest jej bogata wyprawka. Poza lalą w różowej pieluszce i opasce oraz wanienką (z korkiem do wypuszczania wody!) w zestawie znajdziemy gumową kaczuszkę (również bez dziurki, dlaczego wszystkie zabawki do kąpieli nie mogą wyglądać w ten sposób?!), aż 6 plastikowych buteleczek na szampony, oliwki i balsamy (niestety nieotwieralnych), mały ręczniczek i plastikowe mydełko, które, dzięki układowi paluszków, lalka może trzymać w dłoni. Moja Maja była odrobinę rozczarowana, że mydełko nie rozpuszcza się w wodzie. Ja jestem odrobinę rozczarowana dziurką, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Dzięki własnej wanience i zabawkowym kosmetykom zabawka sprawdzi się również w zabawach na dywanie. A możliwość wzięcia jej do wanny jest koronnym argumentem przekonującym moją przedszkolaczkę do kąpieli.

Jeśli mam na coś narzekać, to tylko na opakowanie – jak dla mnie za dużo zbędnego plastiku, ale na pewno wygląda efektownie. To jedna z tych zabawek pomyślanych na większy prezent.

Lalka do kąpieli „Bathtime set”, 38 cm 
Firma: Dolls World
Sugerowany wiek: 18m+.

Zarówno lalki, jak i inne propozycje zabawek umilających dziecku kąpiel, można kupić TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Grajki Majki: Zestaw do produkcji biżuterii „Frozen Love Bijoux”, Lisciani

Czy jest tu jakaś mama przedszkolaczki, której córka nie przechodzi etapu fascynacji „Krainą Lodu”? Majka była wielką fanką Elsy jeszcze zanim zdążyła obejrzeć bajkę i ta mania trawa już przynajmniej od roku. I przy tym wcale nie zanosi się, by miała się szybko skończyć, szczególnie w perspektywie nadchodzącej drugiej części filmu. Nie ma mocnych – gadżety, ubranka i zabawki z Frozen to u nas towar bardzo pożądany. Super, że wśród morza produktów na licencji tej niesamowicie popularnej księżniczki można znaleźć również produkty kreatywne.

W zestawie do wykonywania biżuterii znalazły się trzy pierścionki, trzy bransolety o różnym kształcie, wisiorki/charmsy (okrągłe i w kształcie serca), podwójny arkusz naklejek do ozdabiania, różowa gumka do nawlekania, woreczek koralików i pudełeczko w kształcie serca, czyli moim zdaniem całkiem sporo. Wszystkie półprodukty wykonane zostały z plastiku i utrzymane zostały w kolorystyce różu i turkusu.

Zabawa zajęła nam cały wieczór, a tak długie skupienie uwagi mojego dziecięcia w czasie choroby to całkiem spory wyczyn. No i jeszcze zostało nam trochę koralików w zapasie, musze tylko postarać się o więcej gumki.

Dużym plusem jest przejrzysta instrukcja – chociaż w kilku językach jednocześnie, o każdym elemencie biżuterii napisano po kilka zdań z pomysłami, dowiemy się więc między innymi jak dekorować pierścionki koralikami, robić wisiorki w kształcie łezki, czy ozdobne zawieszki. Instrukcja została ładnie zilustrowana, nie tylko zdjęciami podglądowymi, ale również postaciami z bajki. Ponadto postarano się o króciutką fabułę o balu w Arendelle i kreacji, która wymaga wyjątkowych dodatków.

Niestety, jestem trochę rozczarowana jakością. Do większych elementów nie mam zastrzeżeń, podobnie, jak do naklejek, które są ładnie wydrukowane i równo wycięte, a nawet można je kilkukrotnie odklejać i naklejać, kiedy coś nie wyjdzie. Ale za to trafiło nam się całkiem sporo niedopracowanych, brzydko wykończonych koralików. Co prawda poradziłam sobie z tym problemem przy pomocy podstawowego wyposażenia damskiej torebki, czyli cążków do paznokci, ale mimo to krawędzie nie są idealnie równe i Majka skarży się, że trochę drapią. Dlatego nie polecam noszenia koralikowej biżuterii bezpośrednio na odsłonięte ciało.

Mimo tego jednego zgrzytu zabawa okazała się wciągająca i pożyteczna, bo zarówno dopasowywanie naklejek, jak i nawlekanie koralików to dobre ćwiczenie dla małych paluszków. I przy okazji niezły trening koncentracji i cierpliwości. A do tego pole do popisu dla wyobraźni i kreatywności malucha. Chociaż sugerowany wiek użytkownika to 5+, moja prawieczterolatka poradziła sobie świetnie i praktycznie bez pomocy. Mama okazała się potrzebna właściwie tylko przy odmierzaniu długości gumki i wiązaniu supełków.

To też fajna lekcja na temat wykonywania zabawek samodzielnie – nawet jeśli z wykorzystaniem półproduktów. Bo po skończeniu procesu twórczego zabawa wcale się nie kończy, bo biżuteria jest w końcu do noszenia. Coś czuję że w poniedziałek stanie się obiektem zazdrości na pół przedszkola.

„Frozen Love Bijoux”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 5+

Zestaw znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_nUWAGA! Lalki Anna i Elsa nie wchodzą w skład zestawu, pełnią jedynie gościnnie rolę modelek na potrzeby zdjęć i asystentek podczas zabawy.

Grajki Majki: I’m a genius „EDUROBOT”

Kolejne marzenie z dzieciństwa odhaczone – w końcu kto by nie chciał mieć swojego robota?

DSC_1495

Zestaw składa się z dziewięciu wielkich, dwustronnych puzzli pozwalających ułożyć dwie tekturowe plansze – jedną z mapą świata i drugą ze zwierzętami; 32 dwustronne karty z instrukcjami programowania trasy robota (z jednej strony zwierzę, z drugiej miejsce na mapie), sześć przeszkód z plastikowymi podstawkami, instrukcję obsługi i robota oczywiście.

EDUROBOT to tak naprawdę ilustrowana encyklopedia dla dzieci podana w wyjątkowo oryginalnej formie (jako osoba, która w dzieciństwie uwielbiała encyklopedie, jestem zdecydowanie na tak!). Po ułożeniu jednej z dwóch plansz, ustawieniu robota w odpowiednim miejscu i włączeniu go, dostajemy prośbę o odszukanie karty z miejscem docelowym – punktem na mapie, lub zwierzęciem. Na karcie, poza nazwą i ilustracją umieszczono wskazówki do odpowiedniego zaprogramowania robota w formie strzałek do wciśnięcia. Po odpowiednim wpisaniu sekwencji robot wędruje po planszy zgodnie poruszając się zgodnie ze wskazówkami użytkownika, a po dotarciu na miejsce udziela informacji o danym miejscu lub zwierzęciu.

Opisując dany obiekt EDUROBOT skupia się na ciekawostkach – nie przynudza, a jego komunikat jest zwarty i konkretny, dostosowany do możliwości poznawczych kilkulatka. Podczas poruszania się oczy robota świecą się na niebiesko. Robot ma trzy tryby pracy – zależne od wybranej planszy i formy zabawy.

W pierwszym odruchu skrzywiłam się na dźwięk głosu EDUROBOTA – to taka chłopięca wersja IVONY. Ale całkiem szybko doszłam do wniosku, że kurczę, to przecież robot i musi mówić robotowym głosem syntezatora mowy. A w porównaniu do R2D2, czy BB8 i tak idzie mu naprawdę nieźle!

Trochę drażniło mnie, że po wydaniu polecenia robot za szybko wywiera na użytkownika presję. Dopiero zaczęliśmy rozglądać się za kartą z Tygrysem Bengalskim, którego sobie zażyczył, a już usłyszeliśmy „Nudzę się”, a chwilę później „Wyłączam się, do zobaczenia!”. Dla dziecka, które przecież dopiero uczy się czytać i z pewnością szuka odpowiednich kart z instrukcją znacznie wolniej, niż dorosły, takie popędzanie to nie tylko niepotrzebny stres, ale również czynnik zniechęcający.

Całe szczęście to jedyny minus, jakiego się dopatrzyliśmy.

Natomiast wielkim plusem jest bardzo dobrze skonstruowana, przejrzysta instrukcja obsługi zawierająca nie tylko niezbędne informacje, ale również wskazówki i rady pomagające zapoznać się z funkcjonowaniem zabawki. A wszystko to w dużym formacie, czytelną czcionką, bogato ilustrowane zdjęciami, w polskiej wersji językowej. Dzięki temu poradzi sobie z nią nie tylko rodzic, ale również nieszczególnie zorientowana w robotyce babcia, czy w miarę sprawnie czytające dziecko. Brawo!

Jak to zazwyczaj bywa w przypadku firmy Lisciani, opakowanie jest nieco przeskalowane w stosunku do zawartości, dzięki czemu świetnie nadaje się na reprezentacyjny prezent, ale nieszczególnie sprawdza się podczas przechowywania.  Niemiej jednak nie karton czyni zabawkę, a robot będzie się świetnie prezentował na półce wśród innych zabawek, niekoniecznie musi być schowany w wielkim pudle.

Bardzo fajny pomysł połączenia wiedzy encyklopedycznej z podstawami kodowania zaserwowane dziecku w oryginalny i niezwykle atrakcyjny sposób. Osobiście zabawka bardzo przypadła mi do gustu, bardzo lubię tego rodzaju świeże podejście do sprawdzonych koncepcji.

UWAGA! Zestaw nie zawiera baterii! Warto pomyśleć o trzech „paluszkach” podczas szykowania prezentu. Szczególnie, jeśli podarunek ma trafić do dziecka w dzień wolny od handlu, bo jednak objazd po okolicznych stacjach benzynowych to kiepski sposób na świętowanie.

I’m a genius.(Mały geniusz) EDUROBOT
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 5+.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Grajki Majki: Lalka Little Joy

Tym razem nie do końca gra, ale zabawka interaktywna. I moje niespełnione marzenie z dzieciństwa – w końcu po to ma się dzieci!

Lalka bobas, to coś, na co moja mama nigdy się nie zgodziła – zawsze utrzymywała, że znacznie sympatyczniejsze są lalki-szmacianki, a tak popularne w owym czasie, plastikowe „Baby Borny” są sztywne, twarde i niemiłe w dotyku. Ale w głębi suszy podejrzewam, że była już nauczona doświadczeniem z moim biednym Tamagotchi płaczącym z głodu o drugiej w nocy na dnie szuflady ze skarpetkami i nie chciała w domu kolejnej zabawki wymagającej opieki. Szczególnie, że jakiś czas później bez problemu zgodziła się na równie plastikowe lalki Barbie.

W każdym razie Little Joy to i moja i Bobasy pierwsza styczność z tego typu zabawką, więc obie otwierałyśmy karton z równie wielkim podekscytowaniem.

A już samo opakowanie bardzo mi się spodobało. Co prawda jest trochę zbyt duże w stosunku do zawartości, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczona polskimi napisami. Bo też wszystkie najważniejsze funkcje lalki zostały opisane bezpośrednio na pudełku, wraz z ilustracjami – nie kupujemy więc kota w worku. Tekst jest w języku polskim i dużymi literami – wymarzony na przykład dla babci, szukającej prezentu, albo dla samego dziecka szykującego list do Mikołaja. Niewielki wysiłek, a ładny gest w kierunku kupującego.

Podobnie jest z instrukcją obsługi – chyba najlepszą, jaką widziałam – prosta, przejrzysta, ilustrowana zdjęciami, wyłącznie w języku polskim. Cała mieści się na złożonej wpół, zadrukowanej dwustronnie kartce A4 i wcale nie trzeba wertować opasłych książeczek w poszukiwaniu swojego języka. Wystarczy kilka minut, by dowiedzieć się jak zmienić baterię, jak dbać o czystość lalki i poznać wszystkie jej funkcje.

A jedna z nich nieco mnie zaniepokoiła – Little Joy (u nas już „Kasia”) płacze kiedy zostaje sama. Przez myśl przeszło mi nawet, że moja mama jednak wiedziała, co robi, ale Kasia, w przeciwieństwie do Tamagotchi (i prawdziwego noworodka), ma pewną bardzo przydatną opcję – wyłącznik. Nie ma się więc czym stresować.

Szczególnie, że wydawane przez lalkę dźwięki nie są szczególnie irytujące – to prawda, Kasia płacze często (kiedy ją odłożysz, kiedy za szybko zabierzesz jej butelkę i smoczek, albo kiedy ma mokrą pieluszkę), ale głośność jest umiarkowana, a to wyjątkowo rzadko spotykane wśród zabawek). Ponadto po kilku minutach nie ruszania zabawki przechodzi w tryb uśpienia, nie ma więc obawy, że na przykład zacznie krzyczeć w środku nocy, gdy zapomnimy ją wyłączyć po zabawie. Zabawka ma wbudowanych ponad 20 różnych dźwięków – płacze, śmieje się, gaworzy, wzdycha, odbija po jedzeniu (na różne sposoby!), pochrapuje w czasie snu, a także wydaje dźwięki ssania i siusiania. I płacze oczywiście. Często i na różne sposoby.

Sama zabawa natomiast to mnóstwo możliwości. Najpierw pozwoliłam córce bawić się Little Joy „na sucho”. Nosić, lulać, podawać smoczek, ubierać pampersa i pilnować, żeby nie płakała. Ale to był tylko przedsmak, bo prawdziwe atrakcje zaczynają się w momencie podania lalce wody. Zestaw, poza lalką w pajacyku i czapeczce zawiera dwa smoczki różnej wielkości, butelkę, materiałowego pampersa i nocniczek. Kiedy nakarmimy naszą Kasię czystą wodą z buteleczki, musimy liczyć się z faktem, że w każdej chwili może się zsiusiać albo rozpłakać prawdziwymi łzami. Jeśli chcemy sami wywołać ten efekt, wystarczy nacisnąć guziczek na brzuszku lalki, by zaczęła susiać, lub ściskać jej przedramiona, by się rozpłakała. Jednak Kasia nie czekając na naszą inicjatywę zapłakała i zasiusiała kanapę z własnej woli i musiałyśmy się bardzo spieszyć, żeby wysadzić ja na nocnik. A zarówno siusia, jak i łzawi bardzo konkretnie – jedyne, czego nieco mi zabrakło wśród wyposażenia, to bambusowy ręczniczek-otulacz. Akurat wykorzystałam przy remontowych porządkach resztę pomajkowych pieluch i boleśnie odczułam ich brak.

Uwaga! Lalka może się zmoczyć również, kiedy jest wyłączona, dlatego należy dokładnie wylać z niej całą wodę po zakończeniu zabawy.

Było to źródłem mojej kolejnej obawy – mamy spore doświadczenie z pleśniejącymi zabawkami do kąpieli, martwiłam się zatem trochę, że z lalką będzie podobnie, jeśli nie wysiusia i wypłacze się do końca. Na szczęście producent przewidział również to i wyposażył lalkę w dwie dziurki w stopach, które pomagają w usunięciu wody. Warto więc postawić ją na ręczniczku po zabawie i poczekać aż dobrze ocieknie.

Jeśli mam się doszukiwać jakiś minusów, to Little Joy faktycznie jest trochę ciężka i jak się ją upuści, to potrafi nieźle łupnąć o podłogę (albo o stopę…). Patrzę na nią jednak z perspektywy użytkowania przez prawie trzylatkę – starszaki z pewnością nie będą miały problemów noszeniem i upuszczaniem swojego zabawkowego bobasa.

I na koniec jeszcze jedna super sprawa – zestaw zawiera baterie. To baterie przeznaczone do testowania zabawki w opakowaniu, więc zapewne szybko się wyczerpią, ale nie musimy się przejmować, że zapomnimy dodatkowo umieścić opakowania baterii pod choinką i pierwszy dzień świąt spędzimy objeżdżając okoliczne stacje benzynowe.

Kasia szybko stała się jedną z honorowych mieszkanek Majkowego pokoju – jest noszona, wożona w wózku, rozbierana i ubierana, a Bobasa nawet z nią śpi (z tego względu zabawa z wodą jest wyłącznie pod opieka mamy – od czasu do czasu). Ale Majce wystarczy samo zamykanie oczu przy układaniu lalki na płasko i zabawa i tak jest świetna.

Bardzo dobry pomysł na prezent – lalka jest spora (46 cm), wykonana bardzo starannie, reprezentacyjnie opakowana, ma szansę na zostanie największym prezentem pod choinką. Mogą się nią bawić dzieci już od 18 miesiąca życia, chociaż osobiście jako dolną granicę proponuję 2,5-3 latka ze względu na ciężar zabawki. Występuje również w wersji „niebieskiej”.

A jeśli komuś jeszcze brakuje wrażeń, firma „Dolls world” proponuje mnóstwo dodatkowych akcesoriów do dokupienia na przykład na kolejne okazje – ubranek, wanienek, mebelków, pieluszek, łyżeczek, śliniaczków i tak dalej i tak dalej. Jest więc potencjał rozwoju.

Majka dopiero zaczyna odkrywać różne sposoby opiekowania się swoją Kasią. Little Joy z pewnością wystarczy nam na kilka ładnych lat.

Interaktywna lalka bobas „Little Joy”, 46 cm 
Firma: Dolls World
Sugerowany wiek: 18m+.

Lalkę można kupić TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Grajki Majki: Carotina Preschool . Tablica Fluorescencyjna LED

Tym razem chciałabym pokazać Wam zabawkę, której twórca miał świetny pomysł, ale chyba zabrakło cierpliwości na jego dopracowanie.

Sama forma zabawki jest super – to całkiem spora przezroczysta tablica z plexi otoczona wygodną do trzymania, grubszą ramką. W zestawie są również trzy sucho ścieralne pisaki w bardzo ładnych, nasyconych kolorach (żółty, czerwony i niebieski) i zestaw kartek z trzydziestoma zadaniami o różnym stopniu trudności – od prostych szlaczków w stylu „zaprowadź zwierzątko do domku/mamusi”, przez rysunki po przerywanej linii aż po trening pisania literek. Ponadto, po skończonym rysowaniu tablicę można oprzeć na nóżkach i, po naciśnięciu przycisku, podświetlić na jeden z ośmiu sposobów, dzięki czemu linie również zdają się świecić.

Flamastry bez najmniejszego problemu zmywają się z małych rączek odrobiną wody. Na całe szczęście jeszcze nie musiałam się dowiadywać, czy równie dobrze spierają się z kanapy. A sam rysunek łatwo wytrzeć mokrą ściereczką (my używamy ręcznika papierowego). Potem wymaga trochę polerowania na sucho, żeby nie było smug (a te są wyjątkowo widoczne na tym złośliwym podświetleniu!), ale samo czyszczenie nie sprawia trudności. Szkoda tylko, że w zestawie nie ma specjalnej gąbeczki/ściereczki, bo wycieranie rysunku to dla mojej córki dodatkowa frajda.

I do tego momentu wszystko jest super – bo zabawka jest zajmująca, ciekawa i edukacyjna. Ćwiczy sprawność małych rączek i do tego móżdżek przedszkolaka. Ale ma też kilka sporych minusów, przez które nie jestem do niej do końca przekonana.

Największym problemem jest sposób montowania karty z zadaniami. A właściwie jego brak – kartkę umieszcza się na tekturowej podkładce (będącej jednocześnie pudełeczkiem/teczką na pozostałe karty) i na to po prostu kładzie się tablicę. Wolałabym, żeby „plecy” tablicy były do niej w jakiś sposób doczepiane (na przykład na takie przesuwane chwytaki, jak w ramkach na zdjęcia) i najchętniej również plastikowe, bo w obecna wersja wymusza nie tylko pracę przy stoliku, ale również na stojąco, gdyż ze względu na grubość zabawki nie można wygodnie oprzeć nadgarstka o blat. A bardzo fajnie byłoby usiąść na kanapie i umieścić stabilną tablicę na kolankach.

Drugim dużym minusem jest podświetlenie – mamy do wyboru aż osiem opcji – trzy kolory i różne wersje migania – od jednostajnego, aż po padaczkogenne. W moim odczuciu to za dużo radości – wolałabym jednolite, ciepłe białe światło niż taką dyskotekę. Chociaż jako jedną z opcji do wyboru.

I na koniec same karty z zadaniami mogłyby być grubsze, chociaż na papierze technicznym, bo te ze zwykłego, miękkiego papieru bardzo szybko się zużywają w kontakcie z przedszkolakiem. Nawet, jeśli to kontakt przez szybkę.

Mimo tych zastrzeżeń zabawka jest interesującą alternatywą dla książeczek z zadaniami. Wielkim atutem jest jej możliwość jej wielokrotnego użycia oraz łatwego poprawiania błędów. Ciekawa forma przyciąga uwagę dziecka i zachęca do ćwiczeń.

Carotina preschool. Tablica fluorescencyjna LED
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Grę znajdziecie TUTAJ.