Czas na czytanie: „Angst with happy ending” Weronika Łodyga

Weronika Łodyga właśnie awansowała do grona moich ulubionych autorek. Serio, „Hurt/Comfort” bardzo mi się podobała, ale „Angst with happy ending” ją przerosła. I jak ta pierwsza była komedią romantyczną w lekki sposób poruszającą cięższe tematy, tak druga jest po prostu naprawdę ważna. Szalenie wartościowa. Bardzo prawdziwa. Obowiązkowa.

Rany, jak z wiekiem coraz mniej we mnie przywiązania do narodowości, tak tym razem jestem naprawdę dumna, że taki tytuł został napisany w Polsce.

Może jeszcze nie wszystko tu u nas stracone? Proszę, chowajmy młodzieży takimi książkami!

„Nigdy nie myślałam, że to się tak rozwinie, że ktoś faktycznie zrobi mu krzywdę. To było tylko takie durne gadanie. Głupie żarty. Nie chciałam, żeby stało mu się cokolwiek złego. No i przecież sama niczego złego nie zrobiłam, nie? Po prostu tam byłam. Z boku. Nie mieszałam się. Niczego nie powiedziałam, miałam czyste ręce”.

Aleks od dawna uważa, że jest martwy w środku. Po dość destrukcyjnym młodzieńczym buncie cięte riposty i całe swoje zdanie na temat otaczającego o świata trzyma głęboko w sobie w bezpiecznym garniturku konformisty o olewczym stosunku do rzeczywistości. I choć głęboko pogardza zachowaniem swoich kolegów – prześladowców słabszych, nigdy nie powiedział słowa sprzeciwu. To by przecież wymagało wysiłku, a on sam pragnie przecież tylko świętego spokoju. Nawet się nie spodziewa, jak bardzo pewna internetowa znajomość zmieni jego postrzeganie świata.

To książka przede wszystkim o reakcji na cudzą krzywdę. A raczej o jej braku. O myśleniu „to nie moja sprawa”, „przecież ja tak nie robię”, „nie ma po co się wtrącać”. O konsekwencjach obojętności i o zdumiewającej zmianie perspektywy, kiedy tylko zachowanie, które dotychczas mijaliśmy bez słowa sprzeciwu zaczyna dotykać naszych bliskich.

Ale to tylko jeden z poruszonych tu problemów. Znajdziemy w niej również takie tematy, jak ciężar życia w patologicznej rodzinie, słabo rozwinięta inteligencja emocjonalna, strach przed porażką, skomplikowane relacje rodzinne, depresję, poczucie niedopasowania do reszty społeczeństwa, brak tolerancji, przemoc, zdradzone zaufanie, ciężar wyrzutów sumienia i poczucie, że jest się niewystarczającym oraz aseksualnego bohatera.

„Złe rzeczy się zdarzają. Przeważnie dlatego, że się jest idiotą albo podejmie się złą decyzję. Jeśli zamkniesz się w pokoju, zawiniesz w koc i już nigdy spod niego nie wyjdziesz, to ten błąd zawsze będzie najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłeś. Ale jeśli zaczniesz żyć dalej, to prędzej czy później to się okaże tylko jedną z miliona decyzji. Akurat przypadkiem gównianą. Bywa”.

I jednocześnie po raz kolejny autorce udało się stworzyć książkę, przy której nie sposób się nie uśmiechać. Pełną poczucia humoru, ociekającego egzaltacją życia wewnętrznego nastolatków i wyrazistych, fenomenalnych bohaterów, co już wcześniej tak bardzo podobało mi się w „Hurt/Comfort” (spotkamy tu również bohaterów poprzedniej książki, choć występują oni raczej marginalnie, a akcja powieści dzieje się przed wydarzeniami z H/C). Ich odczucia wciąż jeszcze są mi bliskie, chociaż z przykrością zauważam, że nieco już wypadłam z obiegu. Nie tylko nie miałam pocięcia czym jest „furry”, ale nie znałam też wcześniej takiego określenia, jak „catfishing” (choć samo pojęcie nie jest mi obce, za moich czasów nie miało jednak takiego fancy określenia, a raczej wizualizowane było niepokojącym plakatem z hasłem „Cześć, jestem Wojtek i też mam 12 lat”). Czuję, że starość jednak nadchodzi!

„(…) jakby rozczarowywał bliskich samym faktem, że nie jest szczęśliwy. Jakby każde „jestem smutny” w ich uszach zmieniało się w „nie jesteście wystarczający” i „wasze uczucia nic dla mnie nie znaczą”. Miał ochotę krzyczeć i płakać, i obiecywać, ze to nieprawda, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, że docenia wszystko co ma, co dostaje, i czasem po prostu… po prostu coś jest nie tak”.

To prawda, że książka trochę moralizuje, a przez wewnętrzne monologi bohaterów może sprawiać wrażenie przegadanej. Ale z drugiej strony wszystko to, co się tam pojawia jest tak bardzo dobre, tak bardzo „w punkt”, że nie mogę się powstrzymać od wypisywania cytatów. A że przy tym sposób przekazu jest dostosowany cierpliwości czytelnika i wpisuje się w jednak wciąż lekki styl young adult, moim zdaniem wyszedł kawał naprawdę dobrej książki. Jak to możliwe, że upchnięto tak dużo treści w tak atrakcyjny sposób na niecałych 300 stronach!

„Zawsze uważał, że cały ten bój o to, by ludzie zwracali się do innych w odpowiedni sposób i zaliczali do właściwych grup, jest niepotrzebnym zamieszaniem i robieniem problemu z niczego, ale teraz wizja bycia częścią czegoś większego wydawała się kusząca i niosła ze sobą pewną ulgę. Jakby nagle, przez samo nadanie sobie odpowiedniej nazwy, automatycznie przestał być z tym wszystkim taki… samotny”.

To powinna być lektura!

Weronika Łodyga, Angst with happy ending, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 292 s.

Czas na czytanie: „Hurt comfort” Weronika Łodyga

Tytułowe hurt/comfort to w fanfiction określenie konwencji, w której relacja bohaterów opiera się na pocieszaniu w cierpieniu.

Adam nie jest kimś, kogo łatwo da się wpisać w kalkę osoby „normalnej”. Zamknięty w sobie, cierpiący na fobię społeczną, od dzieciństwa zmagający się z mutyzmem wybiórczym i skomplikowaną sytuacja rodzinną. I chociaż życie z takimi atrakcjami nie jest łatwe, całkiem nieźle radzi sobie w swojej skorupie, ma niewielkie grono dobrych przyjaciół, pasję i ściśle określone plany na przyszłość. I z pewnością nie ma ochoty wpuszczać nikogo do swojego skrzętnie uporządkowanego wszechświata.

Janek jest za to chodzącą tęczową kulką optymizmu i wiary w siebie (chyba, że akurat chodzi o pisanie matury z matematyki). Kiedy w autobusie wpada mu w oko mało przyjazny chłopak, który woli udawać głuchoniemego, niż porozmawiać z nieznajomym, ani myśli się poddać.

Jakiś czas temu moje serce kompletnie skradła książka „Twój Simon”. Dziś mogę powiedzieć, że ma bardzo silną konkurencję. Jestem zachwycona, że tak sympatyczna i przy tym naprawdę dobra książka wyszła spad pióra polskiej autorki.

Tak naprawdę homoseksualizm jest chyba ostatnim z problemów głównego bohatera. Bo czymże jest wizja zakochania się w innym chłopaku, kiedy wisi nad tobą widmo matury (szczególnie z polskiego), ojciec bywa w domu tylko na weekendy a ty wciąż nie potrafisz z nim rozmawiać (dosłownie), wciąż jeszcze przeżywasz zdradę najlepszego przyjaciela i codziennie musisz wychodzić z domu by obcować z innymi ludźmi. Co gorsza wchodzić z nimi w relacje i interakcje. W liceum.

I to jest super, bo orientacja seksualna jest zwykle w tego rodzaju literaturze cechą definiującą bohatera i głównym problemem książki. Tutaj jest raczej tłem, jedną z wielu cech i to raczej ta mniej ważną. Warto sobie czasem przypomnieć, że brak akceptacji i rozumienia ze strony otoczenia może porządnie dokuczyć na długo wcześniej, niż zaczniemy w ogóle myśleć o swojej seksualności. Wystarczy być choć odrobinę innym od pozostałych.

Fantastycznie humorystyczna książka podejmująca naprawdę trudne i przygnębiające tematy. Cała lektura to był jeden wielki comfort, jak gorące kakao z piankami w zimny dzień, a podczas czytania nie sposób się nie szczerzyć. Bohaterowie są świetni (kocham ich wszystkich!), licealna rzeczywistość została wykreowana w sposób do bólu autentyczny (jeszcze nie jestem taka stara, prawie nic się nie zmieniło. Tylko nie wiem co to jest Tumblr, ale chyba jednak ta wiedza nie jest mi potrzebna do szczęścia) i przy tym uszczypliwie ironiczny, a problemy nastolatków są bardzo realne.

Lekka, przyjemna, urocza komedia romantyczna z maturą w tle. Skrada serce niezależnie od wieku czytelnika.

Weronika Łodyga, Hurt comfort, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 420 s.

Czas na czytanie: „Leah gubi rytm” Becky Albertalli

Strasznie nie mogłam się doczekać tej książki i jednocześnie bardzo bałam się po nią sięgnąć.

Bo wiecie, jeśli mamy do czynienia z tak idealną, zamkniętą opowiescią jak „Simon oraz inni homo sapiens”, poza naturalnym głodem kontynuacji, oczekiwaniu towarzyszy również strach przed koncertowym zepsuciem wszystkiego. A już ekranizacja była wielkim rozczarowaniem i zrobiła tej historii straszną krzywdę.

Nie było takiej możliwości, żebym polubiła Leah tak bardzo, jak Simona. Ale z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że mimo to udało jej się wzbudzić moją sympatię – nadmierny idealizm, styl ubierania się, cięty język i ogólna nienawiść do ludzi sprawiły, że chociaż częściowo musiałam odnaleźć w niej bratnią duszę.

„Nie da się po prostu lubić Harry’ego Pottera. Trzeba mieć na jego punkcie niezdrową obsesję”.

Chociaż przez większość czasu czytałam tą książkę z szerokim bananem na ustach, niejednokrotnie chichocząc pod nosem, fabuła wzbudziła we mnie zdecydowanie mniej emocji, bo i sama w sobie nie wnosi wiele nowości. Poza kobiecą narracją (z czym Simon też całkiem nieźle sobie radził), główne zmiany polegają na wprowadzeniu pojęcia biseksualności i rozszerzenie strachu przed ujawnieniem o strach przed zranieniem uczuć przyjaciół. I chłopaka, którego uczuć się nie odwzajemnia.

Najważniejszy jest jednak sam styl pisania autorki. Bo lektura „Leah gubi rytm” pozwala po raz kolejny poczuć ten, znany z „Simona” niepowtarzalny klimat puchatej uroczości wymieszanej z najfajniejszymi wspomnieniami z mojej (nie tak odległej przecież) nastoletniej młodości. Nie sposób się nie wzruszyć na wspomnienie dni, kiedy zjedzenie paczki m&m’sów nie powodowało mdłości, a pianki jadło się jako główne danie, a nie dodatek do kakałka.

Odniosłam również wrażenie, że ta część jest nieco bardziej… tendencyjnie amerykańska. Są wycieczki po uczelniach i bal absolwentów wraz z podjeżdżaniem limuzyną i dramatem wyboru sukienki. Ale wszystko to przedstawione przez pryzmat wewnętrznej cynicznej jędzy głównej bohaterki naprawdę da się lubić!

Becky Albertalli, Leah gubi rytm, Poznań: Wydawnictwo WE NEED YA, 2018, 432 s.

Czas na czytanie: „Kiedy Pan Piecho gryzie” Brian Conaghan

Z wielką przyjemnością sięgam po kolejne książki dla młodzieży, które są w jakiś sposób „zaangażowane społecznie” – pokazujące świat z nieco innej perspektywy i jednocześnie dopasowane pod względem językowym i sposobem narracji do oczekiwań młodego czytelnika. Są to zatem zazwyczaj książki lekkie, zabawne i z ważnym przesłaniem.

Tego też spodziewałam się po historii Dylana – szesnastolatka z zespołem Tourette’a. I pod pewnymi względami dostałam to, czego oczekiwała, a pod innymi kompletnie mnie zaskoczyła.

DSC_1938.jpg

Przede wszystkim życie z tego rodzaju chorobą okazało się być znacznie bardziej skomplikowane, mogłam to sobie dotychczas wyobrażać. Tourette to nie tylko tiki i przekleństwa wykrzykiwane w niekontrolowany sposób, ale również mnóstwo innych uciążliwych dolegliwości – zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Trochę wstyd się przyznać, ale jestem zszokowana swoją własną ignorancją w tym temacie. Nie da się ukryć, że tak lektura okazała się być dla mnie swego rodzaju nauczką.

Z drugiej strony Dylan, choć postrzega świat w nieco inny sposób, wciąż jest nastolatkiem. Uwielbia piłkę nożną, gra na konsoli, ogląda z mamą powtórki Milionerów, podziwia swojego ojca (który ani trochę na ów podziw nie zasługuje), ogląda się za spódniczkami i wraz z przyjacielem używa skrótów, które rozumieją tylko oni dwaj. I w pewien kompletnie nieadekwatny do swojej życiowej sytuacji sposób nigdy nie traci pogody ducha. Dlatego kiedy przez przypadek udaje mu się podsłuchać wyjątkowo mało optymistyczną lekarską diagnozę, na szczycie jego listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią ląduje stosunek seksualny z najładniejszą dziewczyną w szkole. Co jak się domyślacie może być wyzwaniem. Szczególnie, kiedy nie sposób porozmawiać ze swoim obiektem westchnień nie obrażając go w co drugim zdaniu…

To nie jest historia, którą łatwo mi się czytało. Przede wszystkim ze względu na spoksik wkuperfranc wdechowy język, jakim posługuje się główny bohater snując swoją opowieść. I jak nie sposób nie podziwiać Dylana i jego podejścia do życia, tak szczególne pokłony należą się jednak jego mamie. Bo jak sympatyczny by nie był, nasz młody narrator jest przede wszystkim niesamowicie męczący. A jednocześnie nie sposób nie zapałać do niego sympatią.

Książka pełna sprzeczności, budząca skrajne emocje – od rozbawienia, przez zniecierpliwienie  i zażenowanie, aż po podziw i szacunek.

Brian Conaghan, Kiedy Pan Piecho gryzie, Warszawa: Wydawnictwo YA!, 2019, 383 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa YA!