Czas na czytanie: „Włoski nauczyciel” Tom Rachman

„W młodości Pinch uważał relacje między ludźmi za azyl dla tych, którzy nie potrafią tworzyć sztuki. Może sztuka jest azylem dla tych, który nie potrafią się wiązać z innymi ludźmi?

Nie dajcie się zwieść ślicznej okładce w energetycznych barwach – tuż za nią kryje się opis wyjątkowo smutnego życia. Życia chłopca, który nie potrafi definiować siebie bez wpływu swego ojca, słynnego na cały świat malarza, niestałego w uczuciach i obietnicach egotyka. Ojca nawykłego traktować dzieci jak nudzące się i wychodzące z mody przedmioty średniej wartości, od czasu do czasu łaskawie obdarzający swój stale powiększający się przychówek ochłapami uwagi. Łamacza serc i żyć.

Co wolno artyście? Czy geniusz jest usprawiedliwieniem dla arogancji, ignorancji i okrucieństwa? Czy wrażliwość artystyczna idzie w parze z wrażliwością na drugiego człowieka?

Jak łatwo zniszczyć młodego człowieka już na samym początku jego drogi? Jak to możliwe, że mijają całe lata rozczarowań, nim pewne autorytety wreszcie upadają?

Świetnie napisana opowieść obnażająca nie tylko bezwzględność wybitnych umysłów i kapryśnego świata sztuki, ale przede wszystkim ciężar odpowiedzialności, który spoczywa na rodzicach w procesie kształtowania się dziecka.

To książka o poszukiwaniu własnej tożsamości, potrzebie akceptacji, złych decyzjach, ślepym oddaniu fałszywym idolom, braku wiary we własne możliwości, niespełnieniu i oszałamiającej samotności. O zgubnych skutkach dążenia do ideału za wszelka cenę. O pragnieniu nieśmiertelności i nieodpowiednio ustawionych priorytetach. O genialnym fałszerstwie i gigantycznym przekręcie popełnionym ze szlachetnych pobudek. O prawdziwej przyjaźni, potrzebie miłości i wielkości, która nigdy nie doczeka się poklasku.

Porywająca, ekscytująca i jednocześnie strasznie smutna. Dramat, kryminał, romans i powieść psychologiczna jednocześnie. Niedefiniowalna, jak zresztą większość sztuki współczesnej.

Tom Rachman, Włoski nauczyciel, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2019, 445 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Weź się ogarnij. Ćwiczenia dla ogarniętych inaczej” Pani Bukowa

Już strasznie dawno temu zdążyłam polubić się z Panią Bukową. Najpierw dzięki śmiesznym obrazkom w internetach, a następnie za pośrednictwem jej pierwszej książki – pierwszego na świecie poradnika, którego nie negowałam od pierwszej do ostatniej strony. Pani Bukowa jest tak cudownie NORMALNA, wyluzowana i hedonistycznie leniwa, że zazdrość od czasu do czasu kąsa mnie w boczki. Jestem przekonana, że każdy chciałby być Panią Bukową, choć by od czasu do czasu. A że jej pierwsza książka sprawiła, że uśmiałam się jak norka, z przyjemnością wyciągnęłam rękę (chociaż to strasznie męczące zajęcie) również po tą. Nawet mimo podtytułu zawierającego groźne słowo „ćwiczenia”.

Spodziewałam się czegoś w rodzaju zeszytu z umysłowymi łamigłówkami, jak krzyżówki, wykreślanki i inne motywujące cytaty, tylko w znacznie zabawnej formie, niż zwykle, bo w końcu Bukowa zobowiązuje. Jako, że od zakończenia studiów nie wypełniłam nawet jednego hasła w krzyżówce, niemalże mnie to odstraszyło. Na szczęście niemalże.

Bo w pewnym stopniu miałam rację – znajdziemy tu całkiem sporo „zabijaczy czasu”, jak krzyżówki, psychotesty bardzo nie na poważnie, czy inne bazgrolniki (można na przykład wymyślać i rysować nowe pozycje leżenia na kanapie, czy szukać w wykreślance nazw zdrowych produktów żywnościowych pośród czekolady, pizzy i wina). Ale przede wszystkim mamy tu wielką dawkę inspirujących małych przyjemności. Takich, o których często zapominamy, a na jakie naprawdę od czasu do czasu po prostu zasługujemy. I jeśli tego rodzaju lektura natchnie nas do poleżenia raz na jakiś czas na podłodze i kontemplacji sufitu albo porządnego wyspania się, to uważam ją za lekturę obowiązkową!

Nie każde zadanie skradło moje serce, ale wiele z nich przyprawiło mnie o szeroki wyszczerz. Jest zabawnie, jest bezkompromisowo i bez spiny. Na temat spania, jedzenia, sportu, sprzątania, książek i odpoczynku (wiedzieliście, że koszykarstwo, to wrzucanie lodów do koszyka na zakupy?). Jest bardzo w stylu Pani Bukowej.

A jeśli lubicie podczas zalegania na kanapie skupić wzrok i ręce na czymś sympatycznie niezobowiązującym, nie generującym żadnej presji i nie wymagającym szczególnego wysiłku umysłowego, to „Weź się ogarnij” z pewnością będzie trafionym wyborem.

Pani Bukowa, Weź się ogarnij, Kraków: Wydawnictwo Flow Books, 2019, 208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: PREMIEROWO „Srebrna Zatoka” Jojo Moyes

„(…) o miłości i niebezpieczeństwie, i o tym, co życie wpędza nam w sieci. I o tym, że czasami to nie nasza ręka spoczywa na sterze, i możemy jedynie ufać, iż wszystko będzie, jak trzeba”.

„to opowieść o nieuchwytnej równowadze, o prawdzie, z którą się zmagamy (…) kiedy tylko otworzymy serca – że czasami można zniszczyć coś wspaniałego przez samą swoją bliskość”.

Szach-mat, dwoma cytatami z dwóch ostatnich stron książki Moyes wytrąciła mi z rąk cały mój, zbierany podczas 500 stron lektury, recenzencki arsenał. Bo nie można tej powieści podsumować trafniej.

Nie da się ukryć, że to zdecydowanie najbardziej tendencyjna i przewidywalna z książek autorki, które dotychczas czytałam (a na półce czeka już tylko „Dziewczyna, którą kochałeś”). Mamy tu zderzenie dwóch światów, głębokie wewnętrzne przemiany i mnóstwo emocji, jest też ekologia i walka o zagrożone gatunki, tajemnicza i krucha blondynka, bezlitosna firma deweloperska, damska wersja Kapitana Nemo (chyba już wcześniej Nienacki wymyślił coś podobnego w którejś z przygód Pana Samochodzika?) mała rezolutna dziewczynka, rodzinne dramaty, odkrywane zbrodnie sprzed lat i żałoba po śmierci dziecka. I przez cały czas jesteśmy przekonani, że wszystko musi skończyć się dobrze. Ale bynajmniej nie jest to wada, bo ta książka właśnie taka ma być – jak miód na serducho! Trochę emocji, trochę wzruszeń i kilka zwrotów akcji + świetny styl Jojo Moyes sprawia, że „Srebrna Zatoka to bardzo dobry wybór na zimowy wieczór w fotelu, gdzie będzie robić konkurencję gorącej czekoladzie. Szczególnie w ostatnich rozdziałach, bo będą również momenty, przy których warto ogrzać się ciepłym napojem. I jest w niej trochę mniej typowego dla autorki humoru, ale powstałą w ten sposób pustkę idealnie wypełnia autorefleksja i zaduma.

Z pozostałych książek w dorobku autorki tą wyróżnia również miejsce akcji – zapomniana przez świat, cicha australijska zatoka to cudowna chwila oddechu, tak inna od chociażby wielkomiejskich szaleństw Lou Clark. Tutaj króluje cisza, samotność i kontakt z naturą. Srebrna Zatoka to idealne miejsce, by schować się przed całym światem. Aż do momentu, w którym niepozorny przybysz z zewnątrz zdrowo we wszystkim namiesza.

Chociaż narracja prowadzona jest przez różne postacie, nie ma najmniejszej wątpliwości, kto z nich jest tu głównym bohaterem. I jest to mężczyzna, co okazało się być kolejnym plusem, bo chociaż akurat bohaterki Moyes uwielbiam, to jednak zawsze jakoś łatwiej utożsamiać mi się z facetami.

Muszę przyznać, że wyjątkowo długo nie mogłam wczuć się w klimat tej powieści, chyba właśnie z powodu jego spokojnej odmienności i przez ponad 100 stron nie do końca byłam do niej przekonana. Ale kiedy już chwyciłam przynętę, to ocknęłam się dopiero po zamknięciu książki. Nie ma co się zniechęcać, może i akcja rozwija się powoli, ale za to w jak malowniczej scenerii. Jako fanka nadmorskich pejzaży i słonej bryzy we włosach bardzo polecam. I nie powiem, nabrałam wielkiej ochoty, by zobaczyć ocean i wszystkie te zdumiewające ssaki!

Jojo Moyes, Srebrna Zatoka, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2019, 512 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Kręgi” Zbigniew Zborowski

Ta książka zaczyna się od cytatu z Pocahontas. Serio. To taka luźna informacja, jakby ktoś jeszcze zastanawiał się, czy po nią sięgnąć.

Uwielbiam w kryminałach to, że wcale nie muszę znać wszystkich losów detektywa od deski do deski. Wystarczy sięgnąć po dowolny – ot, akurat dostępny – tom z cyklu, żeby wciągnąć się w stu procentach.

I „Kręgi” właśnie takie są. Chociaż to druga część przygód Bartka Koneckiego, zaczynanie lektury w tym momencie, tak naprawdę w niczym nie przeszkadza. To prawda, pojawiają się aluzje dotyczące wcześniejszego życia detektywa, robiące czytelnikowi smaczek na pierwszą część – rodzinna tragedia, szokujące śledztwo, czy wydalenie z policji – ale brak tych informacji zupełnie nie przeszkadza w przezywaniu z bohaterem nowej przygody. I to jest dla mnie super.

Po pierwszych rozdziałach miałam ambiwalentne odczucia – były mundurowiec z problemami zdrowotnymi i depresją, zapatrzony w narzeczoną, która wydaje się nie być do końca uradowana tym związkiem, otwiera biedne biuro detektywistyczne i otrzymuje podejrzane zlecenie z gwiazdką kina w roli głównej – ten schemat wydał mi się niepokojąco wręcz znajomy. Na szczęście im dalej w las, tym podobieństwa z innymi literackimi detektywami się kończą, a akcja robi się coraz ciekawsza.

Będą klimatyczne, opuszczone rzeźnie, potworne pomysły na wykorzystywanie nieletnich, porwania, zwłoki z poobcinanymi dłońmi, niewyjaśnione śledztwa z przed lat, specyficzne oferty wycieczek dla turystów zza granicy, skorumpowani gliniarze, wypaczone pojęcie zbawienia, demony przeszłości, kaskaderskie sztuczki, sporo mordobicia, policyjne przekręty i zdecydowanie więcej niż jeden sprawca.

Tym, co spodobało mi się szczególnie akurat w tej książce, jest fakt, iż dreszczyk związany z bliskością poznania sprawcy pojawia się już w okolicach osiemdziesiątej strony, a nie, jak to zwykle bywa, dopiero pod koniec powieści. Samo napięcie, zamiast powoli, ale sukcesywnie narastać, przypomina raczej sinusoidę spokoju i dramatów, a podejrzenia odnośnie sprawcy całego zamieszania sukcesywnie rozwiewają kolejne fałszywe poszlaki i ślepe zaułki.

Nie ma przydługich wstępów, bardzo łatwo wczuć się w klimat, główny bohater da się lubić (a już na pewno da się rozumieć jego pobudki, co w przypadku policjanto-detektywów nie jest wcale takie oczywiste), wątki romantyczne nie przeważają nad krwawą masakrą, a sprawcy są konkretnie psychiczni, ale wciąż bardzo prawdopodobni – suma summarum czyta się bardzo dobrze. Subtelne nawiązania do całkiem ciekawej przeszłości Bartka skutecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po pierwszy tom, a ukryta groźba zawarta w ostatnich stronach sprawiła, że nie mogę doczekać się kontynuacji.

Tylko końcowe „odpuszczenie win” i powrót w chwale nie do końca mi pasują.

Na jesień lektura jak znalazł.

Zbigniew Zborowski, Kręgi, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 480 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Jak upolować pisarza” Sally Franson

Chyba już dawno nie było tutaj porządnego narzekania na nietrafiony wybór, dlatego też przychodzę z recenzją książki, która niestety nie spełniła moich oczekiwań.

DSC_0453

Sięgając po „Jak upolować pisarza” spodziewałam się pełnej humoru satyry „życia na szczycie”, szefowej z piekła rodem, miłości do książek i płomiennego romansu.
Okazało się jednak, że z tego wszystkiego zaliczyć można uzależnienie od słowa pisanego i, w pewnym stopniu, krytykę coachingowej korpomowy. Romans pełni marginalną rolę, szefowa co prawda jest wredną wykorzystywaczką, ale do demona jej daleko. Najbardziej rozczarowuje jednak główna bohaterka, która jest… nijaka. I choć zapewne taki był zamysł autorki, by zrobić z niej utalentowaną, ale zagubioną, ulegającą wpływom, rządną sławy i poklasku zarozumiałą gąskę, która nie wie czego chce, to mimo tych wszystkich cech, jej postać nie budzi żadnych intensywnych odczuć – ani nie jest wkurzająca, ani godna podziwu, ani współczucia. Zniecierpliwienie i politowanie – te dwie emocje towarzyszyły mi podczas śledzenie jej przygody. A chyba jedyną wartościową rzeczą jest jej przyjaźń z Susan.

„Susan chłonęła życie całą sobą, jak rybie skrzela chłoną obecny w wodzie tlen. A teraz ja wyciągnęłam ją na brzeg i patrzyłam, jak cierpi. Wyszłam nie mówiąc już nic więcej. Tak dobry człowiek jak Susan zasługiwał na coś lepszego niż moje głupie intrygi”.

Bliżej jej do Brigdet Jones (chociaż brigdet Jones była urocza!) niż do Andrei Sachs, jak sugeruje okładka. Tak, jak szefowej Casey brakuje klasy Mirandy, tak samej książce brak błyskotliwości i ciętego humoru „Diabeł ubiera się u Prady”. Rozumiem porównanie pracy w firmie marketingowej do redakcji modowego magazynu, ale zestawienie tych dwóch debiutów niestety nie przynosi korzyści Pani Franson.

„Byłam tak pogrążona w pracy, że straciłam poczucie czasu. Łatwo mi się było zagubić we własnych myślach, czasem zapominałam nawet, że jestem człowiekiem. Do tego stopnia dawałam się pochłonąć temu, co robiłam lub – bądźmy szczerzy – osobie, z którą to robiłam, że moje poczucie „ja” w pewien sposób zatracało swoje granice. To chyba anomalia porównywalna z wybiórczą przepuszczalnością ścian komórkowych – miałam wrażenie, ze do mojego wnętrza przenika cały wszechświat”. – Co ja własnie przeczytałam?

Oj dawno tak nie narzekałam, chociaż tak naprawdę to nie jest jedna z najgorszych książek, które wpadły mi w ręce. Nie ma szans na tytuł gniota roku, jest przeciętna i nie porywa, ale ma również swoje momenty. A dokładniej swoje postacie – zakręcona na punkcie astrologii, mocy kryształów i innych specyficznych rzeczy Lindsay to bardzo fajnie dopracowana bohaterka, aż żal, że to nie o niej jest ta powieść. Podobnie ciepłe odczucia mam do Osoby zwanej Chris. Podobał mi się jest hipsterski klimat małych księgarni i bezkompromisyjny girl power, który uosabia tu postać Ellen.

Książka porusza też ważne tematymolestowanie seksualne, uzależnienie od social mediów, hejt w internecie, czy kradzież wartości intelektualnej. Jest konflikt wewnętrzny pomiędzy spełnieniem zawodowym a zasadami moralnymi, jest potępienie płytkiego konsumpcjonizmu, jest w końcu pytanie o etykę w marketingu. Szkoda tylko, że książka nie ma w sobie „tego czegoś”, co nie pozwalałoby odłożyć jej na bok.

„Umysł i serce są takie kruche. Na jakiś czas straciłam oba. Tylko wyjątkowi ludzie i wyjątkowe książki – które przypominają ci, że owszem, jakiś czas temu umarłeś, ale wciąż możesz powrócić do życia – pomagają ci je odzyskać”.

Niby jest Vegas, balowanie za firmowy hajs, amory z przystojnym pisarzem i wielki internetowy skandal, ale głównie wieje nudą. Gdyby wyrzucić wszystkie górnolotne cytaty i przemyślenia rodem od Paolo Coelho i połowę akapitów pełnych bełkotu, który niczego nie wnosi, książka straciłaby 1/3 objętości, za to zdecydowanie zyskałaby na atrakcyjności.

„Chyba uważał, że nie potrafiłabym go zrozumieć. Kiedy cierpimy, zwłaszcza z powodu czegoś, co właśnie się dzieje, trudno nam uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie nas zrozumieć, nawet jeśli przeszedł dokładnie to samo”.

Być może moje negatywne emocje wynikają ze zbyt wygórowanych oczekiwań – spodziewałam się, że dostanę więcej humoru, więcej romansu i więcej wyzwań. Bo tak naprawdę Pannie Pendergast wszystko przychodzi bez trudu (czy jest coś bardziej wkurzającego?) a jej niepowodzenia wynikają z faktu, że… no cóż, faceci bywają świniami.

„Rodzimy się na tym świecie z wielkim, nienazwanym brakiem. I prześladowana przez tą pustkę, przez ten zionący brak, kilka godzin później w końcu zasnęłam”.

Mam nadzieję, że kolejna książka autorki będzie lepsza pod względem stylu i prowadzenia akcji. Trzymam kciuki, bo książkoholizm łączy!

Sally Franson, Jak upolować pisarza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dizęki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Książka na weekend: „Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes

Tej książki zdecydowanie nie polecam ze względu na „torebkowy” format, bo 528 stron jednak swoje waży. Ale Jojo Moyes ma w sobie coś takiego, że najlepiej czyta się ją w wakacje – w czasie majówki, wyjazdu, czy leniwego urlopu – potrafi wykreować taki klimat, że nawet pisząc o rzeczach poważnych wprowadza luźną atmosferę i wręcz zmusza do relaksu. Tą autorkę spokojnie można brać w ciemno, bo chociaż nie czytałam jeszcze jednej z jej książek, wszystkie pozostałe są bardzo dobre.

~~~

„Co ma Ellie? Wspaniały seks, mniej więcej raz na dziesięć dni, i garść niezobowiązujących mejli. Ma trzydzieści dwa lata, jej kariera stoi pod znakiem zapytania, przyjaciele wiedzą, że emocjonalnie jest na straconej pozycji i z każdym dniem trudniej jest jej przekonać samą siebie, że właśnie takie życie sobie wymarzyła.”

Powiem bez ogródek – mniej więcej do połowy (250 stron!) byłam tą książką strasznie rozczarowana. Kocham historie tej autorki za ociekanie bezpretensjonalnym humorem, nieprawdopodobne, często żenujące sytuacje i bohaterki, które są trochę jak kolorowe ptaki podążające za swoimi marzeniami i przekonaniami. A tutaj dostałam dziewczynę uwikłaną w romans z żonatym mężczyzną i historię małżeńskiej zdrady sprzed 60 lat.

DSC_0482

I mimo, że nie poskąpiono mi malowniczych opisów strojów, budynków i miejskiej weduty drugiej połowy XX wieku, bardzo długo nie mogłam wkręcić się w tą historię. Szczególnie, że bohaterka romansu z przed lat wydawała mi się straszną flądrą, a opowiadanie historii dwutorowo zaburzało moje poczucie czasu akcji.

„Jeśli pozwolę sobie cię kochać, ta miłość mnie pochłonie. Nie będzie niczego, oprócz ciebie. Żyłabym w ciągłym strachu, że zmienisz zdanie. A gdybyś je zmienił, umarłabym.”

Ale kiedy już wiedziałam co i jak i wreszcie chwyciłam bakcyla, to drugą połowę pochłonęłam na raz. I wzbudziła we mnie piękne emocje – od niedowierzania, przez zniecierpliwienie zachowaniem bohaterów i złośliwą przewrotnością losu, aż po wzruszenie i nadzieję. Bo to naprawdę niesamowita historia – zaskakuje, rozczula i zupełnym mimochodem skłania do refleksji nad moralnością i innymi ponadczasowymi wartościami.

„Jeśli jej małżeństwo nie było udane, to dlatego, że za słabo się starała. Ale przecież można to naprawić: pisano tak we wszystkich magazynach dla kobiet. Mogła być trochę milsza, trochę bardziej kochająca, ładniej się prezentować. Mogła, jak mawiała jej matka, przestać sądzić, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.”

Ta książka jest inna i właśnie ze względu na wymuszoną cofnięciem się w czasie powagę wyróżnia się na tle dorobku Moyes. Ale po przewróceniu ostatniej strony doszłam do wniosku, że jest w niej wszystko, za co kocham tą autorkę, chociaż w innych niż zwykle proporcjach. Ellie okazuje się jednak nie być pozbawiona (tak charakterystycznego dla bohaterek Moyes) zgryźliwego poczucia humoru i suma summarum znajduje w sobie pazur do naprawiania świata i, co zapewne znacznie trudniejsze, ogarnięcia swojego życia. Jest piękna historia miłosna i druga pozostawiona trochę w zawieszeniu. Są silne kobiece postacie gotowe wziąć swój los w swoje ręce. Są brutalne realia pogrążonego w wyścigu szczurów świata. Jest ciepło wsparcia przyjaciół i osób poznanych zupełnie przypadkiem.

„Jestem mężatką. Mężczyzna odchodzący od żony to jedno, ale kobieta odchodząca od męża? W tym momencie nie widzisz w moim postępowaniu nic złego. We wszystkim, co robię, dostrzegasz tylko to, co najlepsze. Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy to się zmieni. Nie chcę, żebyś widział we mnie coś, czym pogardzasz u całej reszty.”

A do tego miszmaszu dorzucono skandal obyczajowy, różnice w komunikacji, degradację słowa pisanego, problem emancypacji kobiet, a nawet kolonializm. Zdaje się, że taka mieszanka nie ma prawa się udać, a wszystko jest tak idealnie wyważone, że nie mogę się temu nadziwić.

„(…)Mężczyźni wolą pracować, niż zajmować się innymi sprawami (…). Bałaganem codziennego życia. Tym, że ludzie nie zachowują się tak, jakbyśmy chcieli, i czują coś, czego wolelibyśmy, żeby nie czuli. W pracy można osiągać wyniki, być mistrzem w swojej dziedzinie. Ludzie robią to, co im się każe.”

Chociaż po początku zupełnie się tego nie spodziewałam, i ta książka Moyes cudownie dodaje sił, chęci do życia i niesamowicie podnosi na duchu. Przepraszam za tą chwilę zwątpienia!

„W przypływie wisielczego humoru pomyślał, że robią wrażenie tak nieszczęśliwych, że wszyscy wokół biorą ich pewnie za małżeństwo.”

Jojo Moyes, Ostatni list od kochanka, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2018, 528 s.

Czas na czytanie: „Sprzedawca marzeń” Richard Paul Evans

„Myślałeś kiedykolwiek o tym, aby zacząć wszystko od początku? Zerwać z przeszłością i stać się kimś innym?”.

Podobnie jak w poprzedniej książce Evansa – „Ścieżki nadziei”, którą miałam przyjemność czytać, również ta promuje koncepcję pieszej wędrówki jako sposobu na odszukanie sensu życia i wewnętrzne oczyszczenie.

DSC_0180

Charles James jest młodym, sławnym i bajecznie bogatym biznesmenem zajmującym się marketingiem sieciowym, czyli wciskaniem ludziom kitu za całkiem sporą kasę. I jednocześnie bez większych wyrzutów sumienia doprowadzając ludzi do bankructwa. Poznajemy go w momencie kryzysu wyznawanych dotychczas wartości i zyskujemy możliwość wysłuchania jego historii.

„(…) zacząłem zwracać większą uwagę na różnice między ludźmi. Uświadomiłem sobie, że w Stanach istnieją kasty. Że istnieją podziały nie tylko ze względu na rasę, ale przede wszystkim ze względu na zamożność i sławę.”.

A ta opowieść to typowy amerykański sen – od zera do milionera. Jako wnuk nielegalnego meksykańskiego emigranta zaczynający każdy poranek od grzebania w śmietnikach, nasz bohater nie mógł mówić o szczęśliwym dzieciństwie. Mimo to kilka desperackich decyzji, sporo szczęścia i olbrzymie pokłady charyzmy czynią z niego jednego z najbardziej znanych i najbogatszych ludzi świata. Okazuje się jednak, że spełnianie ambicji i pomnażanie majątku nie jest równoznaczne ze szczęściem, a droga na szczyt może okazać się zbyt kosztowna. Życie na Olimpie potrafi być za to puste i niesatysfakcjonujące.

„Jesteś albo rzeźnikiem, albo bydłem. Nie ma trzeciej opcji.”

„Sedno życia w społeczeństwie. Celem jest dominacja nad drugim człowiekiem.”

Przy okazji jest to też historia pięknej miłości będącej jednocześnie spektakularną porażką.

„(…) małżeństwo to praca. Wszystkie związki wymagają pracy. Ale efekty są warte wysiłku. Ja wspieram ją, ona wspiera mnie. W naszym świecie, gdy ludzie idą po trupach do celu, to niebagatelna rzecz”.

Jak to zwykle u Evansa bywa, książkę czyta się lekko i przyjemnie, a jego bohater, ze wszystkimi swoimi kompleksami i słabościami, daje w siebie uwierzyć. Chociaż sama sytuacja wielkiego nawrócenia może budzić pewne wątpliwości.

„Po raz pierwszy w życiu odkryłem, jakie „pamiątki” zostawiło moje okropne dzieciństwo. (…) głęboko zakorzeniony głód sukcesu, którego zwykłe ego i ambicja nie są w stanie wytworzyć.”

Jeśli coś mam sobie na coś ponarzekać, to nie przekonuje mnie motyw proroczych snów – nawet jeśli umęczony natręctwami bohater podejmuje decyzje dostosowując się do obrazów widzianych koszmarów.

Chętnie sięgnę po kolejne części, bo zdecydowanie brakowało mi tutaj samej podróży. Mam szczerą nadzieję, że Evans uczyni z Route 66 pełnoprawnego bohatera swojej powieści.

Co ciekawe, podobno cała historia oparta jest na prawdziwych zdarzeniach, choć pierwowzór Charlesa pragnie zostać anonimowy. Brzmi intrygująco, ale chyba nie do końca dowierzam, czy to nie aby chwyt marketingowy.

„Dzisiaj jedyna różnica pomiędzy wiadomością a fikcją polega na tym, że fikcja, aby ludzie w nią uwierzyli, musi mieć podstawę w rzeczywistości.”.

Nie sposób nie docenić okładki, która, choć dziwna, ma w sobie coś pociągającego. Może to nasycone zielenie, turkusy i niebieskości, może zorza polarna, a może sama sylwetka mężczyzny osłaniającego się parasolem przed tym niesamowitym widokiem – nie wiem. Ale zdecydowanie robi wrażenie. A gdyby jeszcze wyrzucić tą Kasię Cichopek, to już w ogóle byłoby pięknie.

Richard Paul Evans, Sprzedawca marzeń, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Bajki Majki: „Kuba niedźwiedź. Opowieści z gawry” Renata Kijowska

Nie będę oszukiwać – do tej książki przyciągnęła mnie okładka i obietnica pięknych ilustracji. I moje oczekiwania zostały w pełni zaspokojone, bo jest pięknie wydana (i w zaskakująco dobrej cenie, jak na tak dopieszczoną pozycję). Ilustracji jest sporo, zarówno tych zajmujących całe strony, jak i mniejszych obrazkowych „wtrąceń”. Co prawda nie jestem do końca przekonana do stron zadrukowanych delikatnym deseniem stanowiącym tło tekstu, ale po kilku rozdziałach moje oczy się do tego przyzwyczaiły, a przyznaję, że dzięki temu zabiegowi książka wygląda bardzo „bogato”. Jest w tym również pewien minus – ze względu na wysoką jakość papieru i twardą oprawę, stosunkowo krótka książka jest dość ciężka. Nie polecam jej zatem do plecaka jako towarzyszki górskich wycieczek, za to stacjonarnie do czytania przed snem sprawdzi się świetnie.

 

Bo za piękną prezencją idzie również świetna treść. Nie ukrywam, że do książki autorstwa dziennikarki TVN podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu bojąc się opartej na sensacji wydmuszki. I, dla odmiany, w tym względzie nie mogłam się bardziej pomylić. Książka składa się z 20 rozdziałów, które, ułożone w fabularną historię charakternego niedźwiadka Kuby i jego przyjaciół, prezentują zachowania i zwyczaje niedźwiedzi jako gatunku. A po każdym z rozdziałów kilka słów poświęcono oddzieleniu świata fantazji od prawdziwych informacji wraz z historiami realnych pierwowzorów bohaterów tej powieści. I jest to prawdziwa skarbnica wiedzy o królach lasu. To prawda – jest skierowana do dzieci, ale byłam zaskoczona jak mało wiem o tych pięknych drapieżnikach, teraz jestem choć trochę bardziej świadoma. Już na samym początku zszokowała mnie informacja, że w Polsce na wolności żyje zaledwie około stu osobników. W swojej naiwności głęboko wierzyłam, że po sto niedźwiadków zamieszkuje każdy las! A kolejne rewelacje tylko dodatkowo powiększały mój wstyd jako przedstawiciela gatunku ludzkiego. Bo wpływ działalności człowieka na świat zwierząt jest tak wielki, jak i straszny. I żeby to sobie uświadomić, trzeba czasami wczuć się w sytuację grubiutkiego niedźwiadka Kuby i na własnej skórze poczuć konsekwencje współżycia ludzi i dzikiej przyrody.

Chociaż w książce Renty Kijowskiej milusińska fikcja literacka miesza się z rzeczywistością, to jednak właśnie okrutna rzeczywistość wiedzie tu prym. Urzekająca przyjaźń między przedstawicielami różnych gatunków bardzo ociepla całą historię, która jednak daleka jest od disneyowsko cukierkowych zwrotów akcji i cudownych akcji ratunkowych. Kuba i jego rodzina ponoszą konsekwencje nierozważnych decyzji, a na swej drodze spotykają i dobrych i złych ludzi. I chociaż tak naprawdę wszystko kończy się dobrze, nie sposób nie wyciągnąć ponurych wniosków z lektury. I chyba jednak wolę zostawić niedźwiadki w spokoju, niż cieszyć się urokami górskich krajobrazów, które są domem wielu wspaniałych gatunków. Ale też nigdy nie byłam wielkim zapaleńcem pieszych wędrówek.

Książka, która uświadamia, edukuje, fascynuje i zaraża miłością do tych wielkich, futerkowych zwierząt, które ani trochę nie są słodkimi misiami. Imponuje prawdziwością, urzeka ciepłem, prowokuje dyskusję i otwiera oczy. Poproszę więcej takich książek!

Renata Kijowska, Kuba Niedźwiedź. Opowieści z gawry, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 160 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Promyk słońca” Katarzyna Michalak

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Michalak i nie ma co ukrywać – czekałam na nie z niecierpliwością. Na temat książek tej autorki czytałam chyba tyle samo zachwytów, co bezwzględnej krytyki i dosłownie spalała mnie ciekawość jak ja odbiorę jej historie. I w końcu trafiła się okazja!

 

„Promyk słońca” to drugi tom serii Mazurskiej, co było dla mnie dodatkową zachętą, bo Mazury uwielbiam, a książki, których akcja toczy się właśnie w Krainie Tysiąca Jezior wręcz ubóstwiam. I faktycznie – Mazury jako tło historii sprawdziły się świetnie, choć mi jak zwykle było ich trochę mało.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywy. Wszystko zaczęło się fajnie, bo czytelnik został wrzucony w sam środek akcji i miałam nadzieję, że będzie ciekawie i wciąż będzie się coś działo. Ale mocno się rozczarowałam, bo kiedy już udało mi się poznać trochę bohaterów, odniosłam wrażenie, że fabuła nagle zwolniła i zaczęła się ciągnąć niczym guma balonowa przyklejona do spodni.

Ale to i tak nic w porównaniu z bohaterami. Na pierwszy ogień idzie płomiennowłosa Oliwia o równie płomiennym charakterze, która szybko okazuje się być rozpieszczoną, pretensjonalną zołzą. I co gorsza wydaje się mieć rozdwojenie jaźni. W jednym momencie tęskni za normalnymi relacjami z matką, a już po chwili obwinia ją o całe zło tego świata. Zaczyna myśleć, że się zakochała i trafiła w końcu na księcia z bajki, by (pod wpływem jednej rozmowy!) wrócić do przekonania, że mężczyźni służą wyłącznie do uwodzenia i porzucania, a miłość nie istnieje. Chce zostać, by zaraz po chwili wyjechać. Tęskni i chce być sama. I tak w kółko. Jest niedojrzała, lekkomyślna, zmienna jak pogoda i niesamowicie wręcz męcząca. I jeszcze mogłabym uznać to za całkiem ciekawą kreację postaci niestabilnej emocjonalnie ze względu na traumę przeszłości, gdyby nie fakt, że w tej książce wszyscy tak mają!

„- Mamo, tak bardzo mi przykro – mówiła Oliwia, łykając łzy. – Tak strasznie cię przepraszam. Nie chciałam tego. Nie chciałam cię znienawidzić i tak naprawdę… kochałam cię przez cały ten straszny czas. Wybacz mi…”

Nataniel – wzór cnót wszelakich, facet ideał, o złamanym sercu i wielkim szacunku do kobiet nade wszystko pragnie miłości. A mimo to potrafi znienawidzić Oliwię w jednej chwili, by kilka dni później stwierdzić, że jednak jest piękna i ulec jej wdziękom, by na nowo ją znienawidzić, a potem na nowo ulec. Potem robi się jeszcze ciekawiej – po tym, jak zmienił się w damskiego boksera pada na kolana i prosi ją o rękę! Oczywiście kilka dni później wszystko odwołuje. Ale autorka cały czas zapewnia nas, że to taki dobry chłopiec…

„Czy to, że była dziwką cos zmieniało? Umniejszało zdradę? W jego oczach – tak. Spodziewać się po dziwce wierności, to jak wyglądać deszczu na pustyni. Ale Nataniel nie znał jej drugiego oblicza.”

Marta – stęskniona matka Oliwii – zapewnia, że zrobi wszystko, by tylko zatrzymać przy sobie córkę. Ale kiedy ta wyjeżdża, grzecznie odwozi ją na dworzec i nawet palcem nie kiwnie. Za to bez najmniejszej refleksji przerzuca swoje uczucia na pewną małą dziewczynkę. Której również nie omieszka się porzucić, gdy tylko znajdzie sobie coś ciekawszego do roboty. Złota kobieta.

Ponadto wszyscy ciągle marudzą! Licytują się kto ma w życiu gorzej, decydują się na pogodzenie z losem i nie robią dosłownie nic, by go zmienić. Nie uczą się na błędach, popełniają ciągle złe decyzje, miotają się jak ćmy w swojej własnej egzaltacji. Ja wiem, że Polacy lubią sobie ponarzekać, ale bez przesady!

I choć ich życie pełne jest małomiasteczkowych dramatów, całość wzbudza zaskakująco mało emocji. Chyba właśnie dlatego, że reakcje bohaterów zdają się sztuczne, odegrane i po prostu płytkie.

Nie pomaga również niesamowicie męczący, wszechwiedzący, przemądrzały i fatalistyczny narrator dorzucający swoje trzy grosze gdzie tylko się da. Chyba ma być czymś w rodzaju przewodnika dusz edukującego czytelnika swoimi dydaktyczno-moralizatorskimi wtrąceniami. Ta idea niestety zupełnie mi nie leży.

Irytowała mnie również toporna stylizacja języka, a szczególnie wciskane na siłę „li”, którym posługują się wszyscy bohaterowie po równo.

„Czy potrafiłby ją taką pokochać? Czy też pokochał li tylko ponętne ciało?”

„Co, jeśli sprowadził nieszczęście na ludzi, których on nazywał przyjaciółmi, nawet jeśli oni darzyli go li tylko nienawiścią?”

„Nie potrafię być li tylko wolontariuszką.”

Mimo tych wszystkich uwag, rozumiem dlaczego Katarzyna Michalak ma aż tylu fanów – książkę czytałam kiedy Bobasa była chora, po nieprzespanej nocy, wymęczona fizycznie i psychicznie. I wciąż czytało się bardzo sprawnie – cała lektura zajęła mi może ze trzy godziny. To lekka rozrywka dla zmęczonych życiem odbiorców, podobna nieco do jednego z tych przewidywanych, tak popularnych ostatnimi czasy seriali. Przywodzi mi na myśl również Sagę o Ludziach Lodu, która była podobną dłużyzną pełną kołtuniących się emocji i oszałamiających przystojniaków dręczonych poczuciem winy i niesprawiedliwości. Lektura nie wymaga najmniejszego nawet wkładu własnego – wszystko zostaje czytelnikowi podane na tacy, włącznie z refleksjami na temat bohaterów i życia samego w sobie.

Osobiście wymieniłabym połowę patosu na poczucie humoru i wyszłaby z tego całkiem sympatyczna, lekka powieść.

Ach! I jeszcze podobało mi się zakończenie – nareszcie coś się zaczęło dziać!

Powieść została przepięknie wydana – tego szczegółu nie można pominąć! Dawno tak nie podobała mi się okładka – intensywnie lawendowa, z tłoczonymi na złoto napisami, estetycznie zadrukowana nawet po wewnętrznej stronie skrzydełek. Na grubym papierze wysokiej jakości, wydrukowana elegancką czcionką… Aż się chce zebrać na półce wszystkie książki tej autorki. Oj, trudno będzie mi się z nią rozstać, nawet jeśli z tak płytkich pobudek.

Katarzyna Michalak, Promyk słońca, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.