Bajki Majki: „Ilustrowany inwentarz kwiatów” Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel

To już czwarty „Ilustrowany Inwentarz”, jaki został wydany w Polsce i drugi na naszej domowej półce, ale pierwszy, który tak dobrze wpisał się w nasze aktualne potrzeby.

Co prawda zaniżamy nieco skalę wieku – Maja ma dopiero (aż!) 3,5 roku, a sugerowany wiek odbiorcy, to 6+, ale wchodzimy właśnie pomalutku w etap pytań o wszystko. A co najskuteczniej przyciąga wzrok małego człowieka na przełomie wiosny i lata? Kolorowe, pachnące kwiaty znajdujące się akurat na wysokości przedszkolaka. Generujące 1000 pytań na sekundę. Z jakiegoś powodu, kiedy nie wiem jak dany kwiatek się nazywa, Maja każe mi go powąchać, żebym się dowiedziała. Ten sposób niestety nie działa tak dobrze, jak wspólne poszukiwania danej roślinki w przepięknie ilustrowanej encyklopedii, w której kwiaty zostały posegregowane… kolorami!

Co prawda inwentarz zawiera ryciny i opisy zaledwie 65 z około 230 000 gatunków roślin kwiatowych (nie, nie jestem taka mądra – wyczytałam to we wstępie), ale przynajmniej sześć z nich udało nam się już wspólnie odszukać w przydomowym ogródku. Bo większość z wybranych okazów to rośliny występujące w naszym klimacie i możliwe do odnalezienia poza kwiaciarnią, czy palmiarnią, a to ogromny plus.

Każda plansza przyciąga widza misterną ryciną wyrysowaną tuszem i pokolorowaną akwarelą. Towarzyszy jej krótki opis rośliny wraz z jej polską i łacińską nazwą, klasyfikacją, informacjami na temat miejsca występowania, czasu kwitnienia i zapadającymi w pamięć ciekawostkami. Bo czy wiedzieliście, że cebulka hiacynta jest trująca?! Albo, że listki nasturcji nie tylko można jeść, ale są w dodatku prawdziwą bombą witaminową? Znacie rozbudowaną symbolikę lilii i mityczną historię jej powstania? Jeśli nie, to zachęcam do zgłębiania tajemnic, które zainteresują nie tylko dziecko. Szczególnie, że opisywanym kwiatom towarzyszą różnorodne okazy owadów, a nawet niewielkie ptaki i ssaki, dzięki czemu robi się jeszcze ciekawiej.

Zbiór ukwieconych plansz poprzedza niedługi wstęp wprowadzający czytelnika w temat. Dowiemy się dzięki niemu co nieco na temat budowy, rozmnażania i wzrostu roślin kwitnących, a także poznamy podstawową terminologię.

Ta książka wyjątkowo satysfakcjonuje pod względem wizualnym nie tylko ze względu na ilustracje, ale również na sposób wydania. Elegancki papier, twarda oprawa i rozplanowanie stron pozwalają popuścić wodzy wyobraźni i dojrzeć w Inwentarzu nie książkę, a notes botanika sprzed stulecia. Piękny pomysł na przekazywanie wiedzy i zaspokajanie dziecięcej ciekawości.

Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel, Ilustrowany inwentarz kwiatów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 68 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Mama Mu na zjeżdżalni” Jujja Wieslander, Sven Nordqvist

Jak ten czas leci! Dopiero co radości dostarczał nam widok krowy zjeżdżającej na sankach, a już moja Majka chichra na widok Mamy Mu wpadającej z pluskiem do jeziora.

Nie ma co ukrywać – uwielbiamy tą krowę! I staramy się brać z niej przykład. Bo Mama Mu zupełnie nie przejmuje się faktem, że coś może być „nie dla krów”. Szczególnie, jeśli oznacza to dobrą zabawę, bo wtedy nawet cztery nogi, ogon i kopyta nie mogą być przecież ograniczeniem. Jak zwykle bezbłędnie radzi sobie ze zrzędliwym Panem Wroną i jego nastroszonym głosem rozsądku, który, delikatnie podpuszczony, jest świetnym kompanem psot.

Pełna energii i radości czerpanej z małych, przyziemnych przyjemności opowieść niesie nie tylko ochłodę, ale i sporą mądrego przesłania. Niezwykła bohaterka udowadnia czytelnikom, że to nic złego odczuwać niepokój stojąc na szczycie stromej zjeżdżalni (nawet, jeśli zjazd jest czymś, czego bardzo pragniemy!). I że nawet jeśli coś się nieumyślnie zepsuje, to nie ma co załamywać rąk i nadmiernie się obwiniać – lepiej spróbować naprawić szkodę. A czasami najprostsze rozwiązania bywają najskuteczniejsze.

Zawsze chętna do próbowania nowych rzeczy oaza cierpliwości z głową pełną pomysłów – Mama Mu jest super! Prawie tak super, jak wodne zjeżdżalnie w samym środku upalnego dnia na plaży.

Mam nadzieję, że w tym roku lato będzie dla nas bardziej łaskawe, niż zima i chociaż nad wodą trochę poszalejemy. Bo ta nowość otworzyła u nas sezon na książki o morzu i wodzie, a takie lektury potrafią narobić wielkiego apetytu przed wakacjami. Upały, przybywajcie!

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Tańcz, Córko Księżyca!” Kouam Tawa, Fred Sochard

Jestem jednym z tych dziwaków, którzy nie lubią tańczyć. Nie czuję rytmu, nie czuję potrzeby (pewnie dlatego, że moja naturalna pozycja to ta ze wszystkimi kończynami wygodnie wyciągniętymi na kanapie) i generalnie taniec to dla mnie męczarnia. Dlatego też to nie tematyka była argumentem, który tak bardzo przyciągnął mnie do tej książki. Były nim niesamowite ilustracje.

Szybko okazało się jednak, że choć taniec nie sprawia mi najmniejszej przyjemności, tak czytanie o tańcu jak najbardziej.

Chociaż taniec kojarzy się z czymś lekkim, radosnym i szalonym, tematyka tej książki daleka jest od beztroskiej trywialności. Wręcz przeciwnie – skłania do refleksji. To opowieść o przemijaniu i nieprzemijającej młodości duszy, o sztuce, pasji i ekspresji, o przywiązaniu do natury i ludowych wierzeniach, o budowaniu legendy. O tym, że nawet niepozorna, zgarbiona staruszka, może mieć do opowiedzenia niesamowitą historię.  I o tym, że bycie świetnym w jakiejś dziedzinie nie jest wcale gwarancją spełnienia marzeń i nie chroni przed samotnością, a podziw i powszechny szacunek bywają częstym powodem wyobcowania. Jednocześnie gorzka i pełna radości życia.

Specyficzny, poetycki sposób narracji w pierwszym momencie sprawiał mi nieco trudności, a Majkę wpędził w niemałą konfuzję, ale opowieść porwała nas bardzo szybko. Równie szybko okazało się, że ta forma prowadzenia czytelnika wzmaga malowniczość i tą specyficzną niesamowitość utworu.

Równie wielkie wrażenie robią wypełniające całe strony, papuzio kolorowe ilustracje, przywodzące na myśl etniczne wycinanki pełne przykuwających wzrok wzorów i faktur. Widzę, że czasami, gdy ja czytam, moja Maja nie wie, w którym miejscu skupić wzrok, wędrując po rozbudowanych, pełnych szczegółów obrazkach niczym po wyszukiwane. I prawdę mówiąc całkowicie podzielam to uczucie, bo z każdą kolejna lekturą zauważam coś, co wcześniej mi umknęło.

Chłonięciu wzrokiem każdego szczegółu i syceniu się ilustracjami sprzyja stosunkowo duży format książki zbliżonej kształtem do kwadratu. Twarda oprawa i gruby, kredowy papier dodają wydaniu szlachetności.

To jedna z tych książek, o których lubię myśleć jako o małych gesamtkunstwerk – dziełach sztuki, gdzie słowo idealnie współgra z obrazem, zarówno z ilustracjami, jak i z samym projektem książki. Wartościowe, doskonale zilustrowane i pięknie wydane. Te książki nie mają szansy opuścić mojej biblioteczki. Znaczy biblioteczki Majki.

Kouam Tawa, Fred Sochard, Tańcz, Córko Księżyca!, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Teraz będziesz kurą” Barbro Lindgren, Charlotte Ramel

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam książkę, która jest… strasznie smutna. Mimo, że opowiada o zabawie rodzeństwa, czyli czymś, co wcale przecież nie powinno mieć negatywnych konotacji.

A przed nami bardzo popularny obrazek – młodszy braciszek domagający się uwagi starszego i starszy, który niekoniecznie ma ochotę na wspólną zabawę. Ale zapewne mama kazała i odesłanie przylepy z kwiatkiem skończy się płaczem i reprymendą, więc zabawa musi być. Zabawa, która szybko okazuje się być przyjemna tylko dla jednej, ze stron. Tej starszej i bardziej wilczej.

Przejmująca siła tej książki, poza samym pomysłem na fabułę, w moim odczuciu tkwi w ilustracjach. A te, choć pod względem estetycznym nieszczególnie trafiają w moje gusta, są naprawdę niesamowite. Przenikanie się elementów dziecięcego pokoju i leśnej polany będącej scenografią zabawy to prawdziwy majstersztyk i unikalna możliwość spojrzenia na rzeczywistość przez filtr dziecięcej wyobraźni. Wyobraźni, która co prawda ma skłonność do wyolbrzymiania, ale przy tym jasno i wyraźnie obrazuje lęki i odczucia malucha. Szczególnie wymowne jest tu łóżeczko-klatka młodszego z braci.

Ten sposób przedstawienia bezbłędnie działa na empatię i potrafi przyprawić o niezłe wyrzuty sumienia. Pod tym względem jest genialnie skonstruowana – to książka do budzenia emocji. Przede wszystkim współczucia wobec ofiary, silnego sprzeciwu wobec zachowań agresora i wstydu po szybkim rachunku sumienia. Bo nie wierzę, że znajdzie się ktokolwiek, kto nie w Wilku nie zobaczy swojego odbicia, choć w niewielkim stopniu.

Czasami wydaje mi się, że sporo już książek widziałam – zarówno tych dla dorosłych, jak i dla dzieci – i mało co może mnie zaskoczyć. A potem trafiam na taką pozycję, jak ta i olbrzymie możliwości przekazu, jakie dają niektórym ludziom kartka i kredki wciąż na nowo mnie zdumiewają.

Na ten moment to nieszczególnie trafiona lektura dla mojej córki, bo w temacie rodzeństwa raczej nic nie planujemy. Za to nie da się ukryć, że bardzo mocno zadziałała na mnie. Pomijając już zupełnie moje własne wspomnienia z bycia sporo starszą siostrą (po dziś dzień utrzymuję, że Marysia lubiła być zamykana w tamtej szafie!), ilustracja z Wilkiem siadającym przed komputerem i zbywającym Kurkę wymyślonym na szybko, bzdurnym poleceniem brzmi całkiem znajomo… W końcu ile to razy dziennie rzucam na odczepnego „pobaw się troszkę, mama jest teraz zajęta”?

Chociaż widzę, że Majka nie za bardzo jeszcze rozumie relacje między bohaterami, książka stała się u nas punktem wyjścia rozmowy o traktowaniu innych i zabawie, która powinna podobać się wszystkim jej uczestnikom.

Szczególnie polecam, jako prezent dla dzieci mających dużo młodsze rodzeństwo, męcząco pałętające się miedzy nogami. Już słabo pamiętam to uczucie zniecierpliwienia. Aż do teraz nie miałam jednak możliwości ujrzenia i ocenienia tej sytuacji od drugiej, znacznie bardziej bezbronnej strony.

Barbro Lindgren, Charlotte Ramel, Teraz będziesz kurą, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili” Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud

Ta książeczka jest PRZEUROCZA! Już od samej koncepcji począwszy, są to bowiem rozmówki ludzko-bobasowe.

Każda strona służy przedstawieniu jednego prostego słówka bądź onomatopei, którymi okruszki zaczynające dopiero swoją przygodę z mówieniem opisują swój świat. Znajdziemy tu zatem obiekty i osoby z najbliższego otoczenia dziecka wraz z krótkim wytłumaczeniem znaczenia:

„Bam, kiedy się przewracam”, „Fuj, brzydko pachnie”, czy „Niania, kiedy nie ma taty ani mamy”. I moje ulubione: „Mama to mama”.

Poza wypisanymi różnymi kolorami słówkami, na białym tle stron znajdują się również ilustracje przedstawiające daną czynność, przedmiot, czy osobę. Ilustracje Benjamina Chauda, co koniecznie trzeba zaznaczyć. Bajecznie kolorowe, „kredkowe” i z poczuciem humoru (mina taty na ilustracji obrazującej siusanie mówi wszystko), a jednocześnie w łatwo rozpoznawalny sposób pokazujące rzeczywistość. Osobiście ujęło mnie przedstawienie piersi karmiącej mamy wyciągniętej przez maluszka, że aż samo patrzenie niemalże sprawia ból. Prawdziwe tak bardzo! A w „Tuli, tuli” dzidziusia dopatrzyliśmy się podobieństw do imprezowego przebrania nieco starszego kolegi z książki „Feralne urodziny ze Skarpetką”. Więcej ilustracji autora znajdziecie w serii o Lalo, Babo i Bincie oraz w książeczkach o słoniku Pomelo.

Specyficzny, wąski i wysoki format sprawia, że książeczkę bardzo wygodnie się trzyma i łatwo sięgnąć paluszkami do wszystkich elementów ilustracji – nawet gdy posiada się bardzo krótkie rączki. Twarda tektura stron wydaje się być odporna na upadki i zagrożenie ze strony małych ząbków (jak dobrze, że ten etap już za nami!), a ze śliskich kartek łatwo będzie zetrzeć kapiącą z ekscytacji ślinę bez większych szkód dla ochlapanej treści. I jeszcze to, co jest dla mnie podstawą w książkach dla maluszków – bezpiecznie zaokrąglone rogi, dzięki którym bez strachu można podać dziecku książkę do samodzielnej „lektury”.

Przemyślana pod względem formalnym, słodka i zupełnie śliczna. Moim zdaniem obowiązkowa pozycja dźwiękonaśladowcza dla dzieci 6m+, tuż obok „Księgi dźwięków”. Więc jeśli szukacie prezentu dla świeżo upieczonej mamy i jej maleństwa, to polecam bardzo!

Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud, Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Czas na czytanie: „Kosmiczne święta” Ingelin Angerborn, Per Gustavsson

To mój pierwszy raz z książką będącą kalendarzem adwentowym, czyli świąteczną historią podzieloną na 24 części – po jednym rozdziale na każdy wieczór adwentu. I chociaż pomysł strasznie mi się podoba, to nie wiem, czy faktycznie wytrwałabym w niepewności, grzecznie czytając po tych kilka stron dziennie. Mam nadzieję, że zanim Majka dorośnie, wytrenuję większą cierpliwość. Bo tym razem „Kosmiczne święta” pochłonęłam na raz. Ale spokojnie – sugerowany wiek czytelnika to 6+, mam więc jeszcze trzy lata na trening mojej słabej silnej woli! A że książka jest bardzo porządnie wydana – w twardej oprawie kryjącej wszystkie zdumiewające ilustracje i jeszcze bardziej zaskakujący tekst – to z pewnością poczeka tych kilka lat na moją Bobasę.

„Kosmiczne święta” to opowieść o małej Rutce i jej wielkiej tęsknocie za przyjaciółką, która musiała się wyprowadzić. Dlatego też nasza bohaterka w liście do Mikołaja prosi o nowego przyjaciela. Wie jednak, że Mikołaj nie spełnia takich życzeń, podobnie jak nie może podarować jej prawdziwego psa, na którego tata ma uczulenie. A kiedy w jej domu zaczynają znikać metalowe przedmioty (przy niepokojących odgłosach chrupania), Rutka nawet się nie spodziewa, że przyjaciel dosłownie spadł jej z nieba. Z Koncypiusza dokładniej rzecz ujmując.

Znajdziemy tu sporo prawd o przyjaźni, tęsknocie i pomocy innym, subtelnie wplecione napomnienie dotyczące naśmiewania się z kolegów, ciekawość świata (i wszechświata!), akceptację inności (Tym, co uwielbiam w książkach skandynawskich autorów jest fakt, że jeśli chcą pisać o inności i odmiennej kulturze, to sięgają po postać ufoludka, bo wielokulturowość i niepełnosprawność ruchowa są traktowane jak zupełnie codzienne sprawy. I tak też zostały przedstawione w tej książce), dziecięcą fantazję i całkiem sporo bożonarodzeniowych zwyczajów – w wersji szwedzkiej oczywiście, więc mogą być bardzo fajnym wyjściem do rozmowy.

To chyba najbardziej zakręcona wersja adwentu, o jakiej czytałam – wypełniona planami budowy statków kosmicznych, włamaniami do obserwatorium, zaklęć o absurdalnym brzmieniu, chrupanych gwożdzi i nowych przyjaciół – zarówno tych widzialnych, jak i nie. A tyle, ile w tekście szaleństwa, tyle też mądrości. I dobrej zabawy.

Jedno jest pewne – ta książka jest niepowtarzalna. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wszyscy mali fani kosmosu, magii i nie do końca dających się wytłumaczyć zjawisk będą nią zachwyceni, bo przecież ufo i święta to prawdziwie wybuchowa mieszanka. A wypatrywanie pierwszej gwiazdki, od tego roku nabierze zupełnie nowego znaczenia!

Tylko bądźcie cierpliwi i grzecznie czytajcie po jednym rozdziale na dzień!

Ingelin Angerborn, Per Gustavsson, Kosmiczne święta, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 100 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Skrzat nie śpi” Astrid Lindgren & Kitty Crowther

Historia zagrody stojącej w głębi zaśnieżonego lasu i mieszkającego w niej skrzata jest przeróbką XIX-wiecznego szwedzkiego wiersza przepuszczonego przez wyjątkową wyobraźnię Astrid Lindgren. Dzięki temu powstała zimowa opowieść napisana prozą o bardzo poetyckim klimacie i filozoficznym wydźwięku.

Przykryta pierzyną śniegu zagroda pogrążona jest we śnie – śpi rodzina gospodarzy, konie w stajni, krowy w oborze i mniejsze podwórkowe zwierzęta. Nie śpi tylko mieszkający na strychu skrzat, dla którego noc jest czasem doglądania wszystkich mieszkających wokół istot. Skat jest bardzo stary i bardzo magiczny – nikt nigdy nie zdołał go zobaczyć, a o jego istnieniu świadczą jedynie maleńkie odciski jego stóp na śniegu.

Zagląda w krowie i owcze sny o pastwiskach i końskie myśli o zielonych łąkach, szeptając zwierzętom słowa otuchy o przemijających mrozach i o zimie, którą wkrótce zastąpi słoneczne lato. Przyjaźni się z psem i kurami, częstuje kota mlekiem i pilnuje spokojnego snu dorosłych i dzieci.

To zdumiewające, jak bardzo opowieść o samym sercu lodowatej zimy i doglądaniu ogniska, by nie zamarznąć, potrafi rozgrzać. Świadomość istnienia dobrego duszka czuwającego nad szczęściem domostwa i przypomnienie o tym, że nawet najdłuższa i najzimniejsza zima kiedyś się skończy pięknie podnosi na duchu.

Specyficzne, obłe i miękkie ilustracje wypełniają większą część stron i, spychając tekst z piedestału, pełnią chyba główną rolę w budowaniu klimatu. A przynajmniej równie ważną. Raz ogrzewają czytelnika ciepłą duchotą obory i kurnika, raz przyprawiają o drżenie na myśl o zanurzonych w śniegu psich łapach. A przy okazji nie pozwolą się nudzić nawet tym najmłodszym czytelnikom.

Wyjątkowo klimatyczna, ciepła w odbiorze historia ku pokrzepieniu serc – na przekór szalejącej zimie. Bo na czym, jak na czym, ale na zimie Szwedzi znają się jak nikt! Będzie genialna na zapowiadaną w tym roku zimę stulecia.

Swoją drogą nie znalazłam polskiej wersji poematu Viktora Rydberga służącego Lindgren za inspirację, ale nawet angielskie tłumaczenie zrobiło na mnie spore wrażenie. Również bardzo polecam!

Astrid Lindgren & Kitty Crowther, Skrzat nie śpi, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki: 2015, 28s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Księżniczki i smoki” Christina Björk, Eva Eriksson

Nie jest łatwo być smokiem. Ani księżniczką, prawdę powiedziawszy. Ale jakby na to nie patrzeć, chyba najtrudniej jest być rodzicem. Nie ważne którego gatunku.

„Księżniczki i smoki” to zbiór siedmiu niedługich, bardzo bogato ilustrowanych opowiadań – po jednym na każdy dzień tygodnia. Dzięki nim poznajemy siedem wysoko urodzonych kuzynek i mamy przyjemność spędzić z każdą z nich jeden dzień. I z każdą z nich przeżyć przygodę, od której włosy się na głowie jeżą.

Bo te historie są kompletnie nieedukacyjne i absolutnie niepoprawne! W końcu czy wiedzieliście, drodzy rodzice, że sceptyczne podejście do higieny i unikanie mydła może kiedyś uratować Wasze córki przed porwaniem przez smoka?

Przede wszystkim jest komicznie i zaskakująco (serio, te opowiadania wymykają się wszelkim standardom, nie tylko tym ze smoczo-księżniczkowego kanonu, ale również tym po prostu zdroworozsądkowym!), ale znajdziemy tu również garść mądrości. Bo księżniczki potrafią się dzielić, nieźle negocjować, bronić młodszego rodzeństwa, obstawać przy swoim i generalnie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Mają też jednak pozłacane telewizory i komputery. Bywają humorzaste, nadąsane, leniwe i uparte. Nie słuchają rodziców (którym swoją drogą też daleko do ideału). To w końcu małe dziewczynki.

A i sprytne smoki nieźle kombinują! Mają zęby w kształcie korkociągu i podpijają poziomkowe wino z królewskiej piwnicy. I oczywiście stale próbują porwać nasze bohaterki.

Jest też księżniczka, która spotyka w internecie złego smoka, po czym pomaga mu szukać miłości na stronach z ogłoszeniami matrymonialnymi.

Nigdy nie widziałam czegoś takiego i wciąż nie mogę się otrząsnąć z szoku.

Ta książka jest zła. Genialnie, cudownie zła. Dzieci będą ją uwielbiać!

PS. Ilustracje są boskie, kiedy zwątpicie w wychowawcze walory tekstu, po prostu cieszcie oczy obrazkami, a wasze rodzicielskie serca wypełni otucha.

PS.2. Czy wspominałam już kiedyś, że UWIELBIAM SMOKI?

Christina Björk, Eva Eriksson, Księżniczki i smoki, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2011, 36 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Pomelo rośnie” Ramona Bădescu, Benjamin Chaud

Chociaż ilustracje Benjamina Chauda znamy dobrze z rewelacyjnej serii dźwiękonaśladowczej o Lalo, Babo i Bincie oraz kompletnie zakręconej książki „Feralne urodziny ze skarpetką”, z „Pomelo” jest to nasze najpierwsiejsze spotkanie. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że już niedługo będziemy nadrabiać wcześniejsze przygody różowego słonia z nadzwyczaj długą trąbą.

Jeśli dobrze kojarzę, to poprzednie książeczki o Pomelo (a raczej o Pomelku, bo Majka wnioskuje wieczorami: „Dzisiaj czytamy o Pomelku, dobrze mamusiu?”) były zdecydowanie mniejsze – a przynajmniej te, które przeglądałam w księgarni – dlatego już na pierwszy rzut oka widać, że dorasta nie tylko sam bohater, ale również format książki. I bardzo mi się taka zależność podoba.

Pewnego dnia Pomelo odkrywa, że jego dmuchawiec podejrzanie się skurczył. A wraz z nim inne elementy codzienności. Po bardzo fachowych pomiarach z użyciem trąby okazuje się, że to nie wszyscy wokół się zmniejszyli, a różowy słonik urósł.

Dorastanie to wielka radość, ale również mnóstwo obaw – czy rośnie w odpowiednim tempie? I czy aby równomiernie? Czy na pewno będzie wiedział, kiedy przestać rosnąć? I czy wraz z rośnięciem nastąpią inne zmieni? Może zrobi się mądry? Albo szary?

Sympatyczny bohater metodą prób i błędów dowiaduje się co można robić kiedy jest się trochę większym, niż było się wcześniej i z czym wiąże się to całe dorastanie. I powiem Wam w sekrecie, że dochodzi do bardzo mądrych wniosków.

Bo rosnąć, to zacząć lubić rzeczy, których się wcześniej nie lubiło, odkrywać nowe smaki – „inne niż (…) słodki, cukierkowy i czekoladowy (u mnie chyba jeszcze ten etap nie nadszedł, a mam już ponad ćwierć wieku!), zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Dorastanie to wielka przygoda. Dobrze zrobić pierwszy krok w jej kierunku razem z Pomelo. Wygląda na to, że wie, co robi.

Mądra, zabawna i świetnie zilustrowana książka dla ciekawych siebie i świata przedszkolaków. Bardzo rozważnie wydana – na grubszym papierze, który ma szanse oprzeć się nie do końca jeszcze wprawionym łapkom, w twardej oprawie gotowej naprostować ewentualne zagniecenia. I chociaż to książka przede wszystkim obrazkowa, to niewielka ilość tekstu niesie zaskakująco dużo treści. Bawi, uczy i elegancko się prezentuje – Pomelo ma sporą szansę na stałe zagościć w naszym repertuarze.

Ramona Bădescu, Benjamin Chaud, Pomelo rośnie, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.