Bajki Majki: „Idą święta!” czyli najpiękniejsze książeczki dla dzieci o zimie i świętach cz. III

Co nowego odkryliśmy w tym sezonie i co będziemy wspólnie odkrywać przez cały grudzień? Zobaczcie sami!

„Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie” Monika Utnik-Strugała – najlepszy wybór na książkę wprowadzającą w świąteczny klimat. Ta pięknie wydana encyklopedia bożonarodzeniowych tradycji gwarantuje nam wycieczkę śladami świątecznych obchodów po caluteńkim świecie. Bogato ilustrowany zbiór zwyczajów porusza aż 37 tematów – od dekoracji, przez skrzaty i inne stworzenia, świąteczną loterię, wyszukane potrawy, aż po przesądy i odwieczny spór o to, kto właściwie przynosi dzieciom prezenty. I kiedy.

Komu Mikołaj podrzuca prezenty już 11 listopada? I w dodatku przybywa do nich… parostatkiem? Czy wszyscy wierzą, że św. Mikołaj mieszka we Laponii? A może wręcz przeciwnie – w słonecznej Hiszpanii? Kto ciągnie sanie świętego na szwedzkich pocztówkach? Dlaczego drzewa iglaste uważane były za magiczne, czym była podłaźniczka i kto wieszał choinkę pod sufitem – do góry nogami? W jakim kraju można zobaczyć pływającą choinkę? W jakim regionie, podczas adwentu, sadza się przy stole drewniany pieniek w czapeczce i karmi się go słodyczami? (Nie potrafię nie zdradzić Wam, że 24 grudnia pieniek wydala słodycze pod choinką). Kto w bożonarodzeniowej szopce umieszcza figurkę mężczyzny… robiącego kupę i dlaczego?! A może jesteście ciekawi w jakim kraju na święta przygotowuje się rzeźby z rzodkiewek? Albo w jakim kraju i dzieci i dorośli na pasterkę jadą na wrotkach? A to tylko niektóre z ciekawostek, wyciągnięte z tej kopalni świątecznej wiedzy na chybił trafił. Moim zdaniem pozycja obowiązkowa, będziecie się świetnie bawić całą rodziną!

Monika Utnik-Strugała, Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 128 s.

Co roku wydawnictwo Zakamarki wydaje „książkowy kalendarz adwentowy” – okołoświąteczną historię podzieloną na 24 rozdziały, po jednym na każdy dzień oczekiwania na Boże Narodzenie. Tegoroczna książka nosi tytuł „Grudniowy gość” i z pewnością nie jest typową historią o Mikołajach, elfach i tradycjach, choć akcja dzieje się tuż przed świętami i przygotowania do świętowania pełnią w nich pewną rolę. Świat Marty ulega sporym zmianom, gdy jej rodzina decyduje się przyjąć pod swój dach kuzyna uciekającego z ich rodzinnego kraju przed wojną. Tak duża zmiana w życiu musi budzić emocje – od zazdrości, przez poczucie niesprawiedliwości (w końcu dziewczynka musi oddać nieznajomemu swój pokój!), niepewność i współczucie. Nie spodziewa się jednak, że wkrótce połączy ich pewna niezwykła tajemnica…

Nieco mroczna, ale jednocześnie pełna nadziei i rodzinnego ciepła opowieść o oczekiwaniu. Bardzo magiczna, mocno niesamowita i momentami trochę smutna, ale z prawdziwie świątecznym zakończeniem. Nic więcej Wam nie powiem – sprawdźcie sami!

Siri Spont, Alexander Jansson, Grudniowy gość, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 99 s.

„Narodzenie Jezusa” to jeden z dziesięciu rozdziałów „Historii Biblijnych” opowiedzianych przez Barbarę Supeł i to on posłuży nam w tym roku za podstawę i żródło odpowiedzi na niekończące się pytania ciekawskiej prawie czterolatki. Opowieść zaczyna się od Zwiastowania, kończy zaś na Pokłonie Trzech Króli. Przedstawiona zostałą prostymi słowami i wzbogacona w wiele codziennych, rodzinnych szczegółów ocieplających surową biblijną narrację i czyniących ją bardziej zrozumiałą dla młodego odbiorcy.

Barbara Supeł, Narodzenie Jezusa [w:] „Historie Biblijne”, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019 s. 59-73.

W zeszłym roku Majeczka znalazła pod choinką mówiące pióro Albik, wraz z pierwszym elementarzem. I choć trudno w to uwierzyć, ta jedna książeczka służyła nam przez cały rok – nie codziennie, ale z całkiem sporą częstotliwością – niejeden obiad dzięki niej udało mi się ugotować i niejedną kawę wypić. Rozglądając się za kolejnym tytułem spod szyldu Albika znalazłam fenomenalną Interaktywną szopkę 3D. To właściwie nie jest książka w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale długopis ją „czyta”, więc wszystko się zgadza. To jednokartkowa rozkładanka typu pop-up. Po dotknięciu priórem danej postaci lub sceny, Albik opowiada o zdarzeniach z Betlejem, polskich tradycjach i biblijnych symbolach. Dziecko ma również możliwość posłuchania kolęd i utrwalenia wiedzy dzięki grom i quizom. Nie mogę się doczekać, aż Maja znajdzie ją w kalendarzu adwentowym!

Eva Nejedlová, Czytaj z Albikiem. Betlejem. Interaktywna szopka 3D, Kraków: Albi Polska Sp. z.o.o, 2018, 2 s.

„Bardzo mały aniołek” Stephanie Jeffs przyciągnął moją uwagę wyjątkowymi ilustracjami, chociaż drażniło mnie trochę, że przedstawione anioły są tak strasznie babskie. Ale nie oceniam, skoro lubią sukienki, niech noszą!

 Pewien mały aniołek ciężko pracuje każdego dnia, by przypodobać się Bogu – pucuje anielskie instrumenty muzyczne, dokładnie ściera kurze i marzy o tym, by wreszcie dorosnąć i zająć się poważnymi sprawami. Dlatego jest bardzo rozczarowany, gdy to nie jemu przypada w udziale zaniesienie Marii dobrej nowiny. Prawdę powiedziawszy nie bardzo rozumie, dlaczego wiadomość o narodzinach małego Jezuska zmieni świat. Na szczęście znajdzie się ktoś, kto wszystko cierpliwie mu wytłumaczy, a Bóg ma wyjątkowe zadanie dla każdego, nawet najmniejszego z aniołów.

Staphanie Jeffs, Maria Cristina lo Cascio, Bardzo mały aniołek, Sandomierz: Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, 2008, 30 s.

~ Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

 „Małe Licho i anioł z kamienia” Marty Kisiel prosto, zabawnie i z olbrzymią dawką niesamowitości otworzy Wam oczy na prawdziwy sens Bożego Narodzenia. Z ugniataniem ciasta na pierniczki (które objawią się w kształcie pand, nietoperzy i jednorożców) mackami, pflompaniem i dużą dawką serniczka.  Bo świętować może każdy – niezależnie od tego, czy się chodzi na religię, czy nie, niezależnie nawet od kształtu, czy stanu skupienia. I to świętować jak się chce! Trzy strony, a więcej tu mądrości, niż na niejednym kazaniu.

A poza tym, jak zawsze u Dożywotników, naprawdę przegenialna historia.

„Różnie się to nazywało, ale zawsze chodziło o to samo. O najdłuższą noc i najkrótszy dzień roku, o ciemność i światłość, symboliczną śmierć i odrodzenie słońca. I właśnie to świętowano (…). Radość, nadzieję. Nowe życie, które miało wkrótce nadejść wraz z wiosną.”

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s.

„Wieczór gwiazdkowy na placu budowy” Sherri Duskey Rinker i Ag Ford to kontynuacja uwielbianego przez dzieci „Snów kolorowych placu budowy. Bo skoro jesteśmy już przy tym, że święta może obchodzić każdy, to przecież maszyny budowlane również!

Jak to przed świętami zwykle bywa, wszyscy mają pełne ręce (i łopaty?) roboty. Trzeba zakończyć budowę domu przed świętowaniem! Każda z maszyn daje z siebie wszystko, by zdążyć wykonać swoje zadania. I na każdą czka upominek, gdy tylko wigilijna noc dobiegnie końca. O jakich prezentach marzą koparka, wywrotka, spychacz, dźwig, czy betoniarka? Przekonajcie się sami! I przy okazji wyciszcie się przed pójściem do łóżka, bo plac budowy nie traci wcale swojej funkcji tulenia maluszków do snu. Nawet w ten wyjątkowy, świąteczny wieczór.

Wesoła, rymowana i zaskakująca, a jednocześnie bardzo spokojna opowiastka, która skradnie serce każdego dziecka zakochanego w autach i pojazdach do zadań specjalnych.

Sherri Duskey Rinker, Wieczór gwiazdkowy na placu budowy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

„Ekspres Polarny” Chrisa Van Allsburga to historia, którą znam głównie z ekranizacji z Tomem Hanksem, miałam 12 lat, kiedy ta weszła do kin. Historia nie tak popularna, jak Kevin, ale bez której trudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie. W tym roku doczekaliśmy się tak wyczekiwanego dodruku, dzięki któremu wreszcie miałam szansę poznać wersję pisaną. A już za kilka dni pozna ją i Majka.

Dorastanie nie zawsze jest przyjemne. A nie jest przyjemne ani trochę, gdy wiąże się z utrata wiary w Świętego Mikołaja. Jednak kiedy pod twoim oknem pojawia się pociąg oferujący niezapomnianą podróż wprost na odległy biegun północy – wprost do wioski pełnej elfów szykujących prezenty – czy można jeszcze mieć jakiekolwiek wątpliwości?

Mocno mi się wydaje, że nigdy wcześniej nie widziałam książkowej wersji „Ekspresu”, a jednak czytając tą krótką opowieść i sycąc oczy ilustracjami poczułam się, jakbym wróciła do domu.

Chris Van Allsburg, Ekspres Polarny, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2019, 34 s.

„Elfy na ratunek” Barbary Supeł zasługują na miano najzabawniejszej świątecznej historii w tym roku. Prosta rymowanka wprowadza małego czytelnika w zgiełk elfich przygotowań prosto z bieguna północnego. Kiedy pomocnicy Świętego Mikołaja przygotowali już odpowiednie prezenty dla dzieci i spakowały sanie okazało się, że… renifery zmogło przeziębienie. I co teraz? Jak Mikołaj dotrze do wyczekujących jego wizyty maluchów? Rezolutne elfy prześcigają się w pomysłach, czy uda im się uratować Święta?

Barbara Supeł, Elfy na ratunek, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 32 s.

Jednak czy w magii Świąt chodzi wyłącznie o prezenty? Oczywiście, że nie! „Pomocnicy Mikołaja” przypomną najmłodszym, że najważniejsza jest pomoc innym, a przyjaźń i dobre chęci mogą zdziałać równie wiele, co czary. W wyniku zamieci rodzina Niedźwiedzi została zupełnie odcięta od lasu. Święty Mikołaj mobilizuje leśnych mieszkańców do pomocy i wraz z dzielnymi zwierzętami przynoszą Niedźwiadkom w prezencie… święta. Czy wiecie, jak je przygotować? Jeśli nie, ta książeczka z pewnością Wam pomoże!

Sympatyczne ilustracje picturebooka bez problemu wprowadzą w bożonarodzeniowy klimat, zwierzęcych bohaterów nie sposób polubić, a niewielkie ilości tekstu uzupełniają rysowaną historię. Mała ściąga z przedświątecznej krzątaniny i drobna lekcja życzliwości w jednym.

Barry Timms, Ag Jatkowska, Pomocnicy Mikołaja, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 32 s

„Celestynka. Gwiazda na nocnym niebie”
Tworząc tego przepięknego picturebooka wydanego tak, by formą przypominał pudełko zapałek, Gaëlle Callac i Marie Desbons dodały nowego blasku jednej z najpiękniejszych, ale i najsmutniejszych zimowych opowieści. Bo „Dziewczynka z zapałkami”, w przeciwieństwie na przykład do „Małej syrenki”, jest jedną z tych baśni Andersena, które nie doczekały się disneyowskiej adaptacji wraz ze szczęśliwym zakończeniem. I teraz też bieg tej opowieści nie zostanie zmieniony, mały jej fragment zostanie jednak opowiedziane zupełnie z innej perspektywy.

Celestynka jest jedną z wielu zapałek w pudełku. Czekając na moment, w którzy nadejdzie jej czas i ktoś w końcu po nią sięgnie, marzy o wielkich czynach i pragnie, by jej blask odmienił czyjeś życie. Chciałaby stać się prawdziwą gwiazdą. Tak też się dzieje, gdy sięga po nią Dziewczynka z Zapałkami z andersenowskiej opowieści. Dając Dziewczynce odrobinę ciepła, zapałka trafia do jej marzenia i przy okazji spełnia swoje, choć przyda jej to nieco innej sławy, niż ta, o której marzyła. Jej sława trwa tylko krótki moment, ale ta ulotna chwila będzie dla kogoś najważniejsza na świecie – chwila ciepła, radości, nadziei i pocieszenia.

Wzruszająca.

Gaëlle Callac i Marie Desbons, Celestynka. Gwiazda na nocnym niebie, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2018, 28 s.

Szukając wzruszeń, magii, świątecznego pojednania i zimowej zarazy krzyżującej bohaterom plany, koniecznie sięgnijcie po pozycję dla nieco już starszych przedszkolaków – „Wróżki ratują Święta” to trzy opowiadania, które z pewnością chwycą za serce i dużych i małych.

Epidemia lodowej anginy postawiła Święta pod znakiem zapytania. Czy radość dzieci będzie ważniejsza, niż niesnaski między zimową krainą, a wiosennymi wróżkami? Kto pomoże spakować prezenty, zebrać listy i upiec pierniczki, gdy wszystkie elfy kichają i prychają?

Czy świąteczne cuda muszą być związane z elfami, wróżkami i zaprzęgami reniferów? A może czasami to tylko zbieg okoliczności, który, z odrobiną świątecznej pomocy potrafi odmienić czyjeś życie? Bartek, który znalazł pod choinką najprawdziwszych rodziców na pewno coś o tym wie!

I czy życie wypełnione zabawą aby na pewno jest spełnieniem marzeń?

Trzy piękne lekcje o miłości, pomocy innym, poszanowaniu różnic i docenianiu tego, co się ma w najpiękniejszej oprawie graficznej niezastąpionej Agnieszki Filipowskiej. Pełne wiary w magię i siłę wyobraźni.

Kasia Keller i Maciej Keller, Wróżki ratują Święta, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 64 s.

Nie da się ukryć, że moje dziecko, poza książkami ogląda też bajki. Nie często, ale zimą i jesienią zdecydowanie częściej, niż latem. A czy można odmawiać dzieciom animacji, do których sami mamy sentyment? Kiedy więc wypatrzyłyśmy w bibliotece „Gwiazdkę Misia Uszatka” – zbiór bajek według opowiadań Czesława Janczarskiego, nie zastanawiałyśmy się ani chwili. Na płycie znajduje się pięć zimowo-świątecznych odcinków – o ubieraniu choinki, lepieniu bałwanów, mrozie, saneczkowaniu, szykowaniu zapasów na zimę i wszechobecnym śniegu. Do płyty dołączono również książeczkę z króciutkimi uszatkowymi czytankami o podobnej tematyce, choć nie tej samej treści, dzięki czemu moja córka poznaje tego samego bohatera na dwa sposoby – i jako bajkę i jako postać literacką. A wszystko to w mroźnym, zimowym klimacie nadchodących Świąt.

Czesław Janczarski, Gwiazdka Misia Uszatka + CD, Warszawa: Wydawnictwo Bauer Sp. z.o.o, 2006, 19 s.

~ Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

A Wy? Jakie świąteczne skarby wyszukaliście w bibliotekach i księgarniach w tym roku?

Wpis powstał w ramach świątecznej edycji akcji #KochaniePrzezCzytanie organizowanej przez niezastąpioną Magdę z Save the Magic Moments.

75250897_2566631203572594_6071593566101045248_o

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Ratunku! Najmilszy smok na świecie” Jonny Lambert

Wszyscy już chyba doskonale wiedzą, że KOCHAM SMOKI! Majka jest aktualnie na etapie, kiedy to zdecydowanie bardziej ceni się wyfiokowane, obsypane brokatem księżniczki, niż wielgachne, latające gadziny, ale małymi kroczkami staram się to zmienić. A ta książeczka idealnie się nadaje do ocieplania smoczego wizerunku.

Smoczyca Safi ma już dość samotnego odciskania sobie pośladków na zimnych kamieniach wysokich gór, postanawia więc poszukać nowego domu i najprawdziwszych przyjaciół. Czy łatwo jest jednak zrobić odpowiednie pierwsze wrażenie, kiedy jest się kichającym językami ognia, olbrzymim smokiem poruszającym się na ziemi z wdziękiem słonia w składzie porcelany? Są takie chwile, kiedy najlepsze nawet chęci nie wystarczą, by zaskarbić sobie czyjąś sympatię. Jednak każdy smok dobrze wie, że nie należy się poddawać!

To książeczka, która nie tylko rozczula, tak już przecież oklepaną historią zdobywania przyjaźni i podbija serca przesympatyczną bohaterką. To też opowieść o niedopasowaniu i odmienności. O trudnych początkach, nieporozumieniach i nieporadnych staraniach. O nieustawaniu w pracy nad osiągnięciem celu, o dawaniu drugiej szansy i potrzebie ochrony słabszego. O niezrozumieniu intencji drugiej osoby, nieszczęśliwych przypadkach i wyzwaniu, jakim jest komunikacja. O słuchaniu i otwartości na drugiego człowieka (albo smoka). O zwyczajnej codziennej uprzejmości. Tak mało tekstu, tak wiele treści.

Koniecznie trzeba wspomnieć o ilustracjach, bo te są prawdziwie bajeczne! Obrazy zbudowane zostały za pomocą przenikających się, tęczowych barw, wycinanek, odcisków w farbie, różnorodnych kształtów i tekstur. A wszystko to, poukładane na białym tle, przywodzi mi na myśl wycinane niegdyś pieczołowicie szkolne teatrzyki. Efekt jest rewelacyjny. Bez krztyny przesady.

Jeśli, podobnie jak ja, macie słabość do smoków, nie wahajcie się ani chwili. A jeśli jeszcze na smoki nie wymiękacie, to po tej lekturze na pewno je pokochacie!

Jonny Lambert, Ratunku! Najmilszy smok na świecie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Nie bój się, misiu!” Steve Smallman, Caroline Pedler

„Nie bój się, misiu!” to książeczka, która przyciągnie do siebie każdego, kto ma słabość do książek dziecięcych samą swoją obecnością na półce. I większość tych, którzy takiej słabości na co dzień nie przejawiają.

Przepiękne, delikatne, bajkowe ilustracje sprawiają wrażenie, że niemalże możemy poczuć pod dłonią miękkość futerka zwierzątek, których historię poznajemy. W dodatku utrzymane są w niesamowitej kolorystyce – turkusowo-niebieskie odcienie nocnego lasu połączone zostały z ciepłym brązem niedźwiedziowego futerka. Cudo. Nie mogę się napatrzeć.

Warto też zwócić uwagę na fakt, że zazwyczaj lubię, kiedy jednak ilustracja jest podzielona na dwie strony – bardzo często prowadzi to do deformacji ilustracji. Na szczęscie nie w tym przypadku. To jedna z niewielu książek, w których ten zabieg został zrobiony prawidłowo – ksiażka łatwo się rozkłada i łączenie stron nie ma wpływu na odbiór wizualny.

A jednak po pierwszych stronach czułam się nieco zniechęcona – podczas wieczornych czytanek, królicza mama stara się nakłonić synka do pójścia spać strasząc go tajemniczym Włochaczem Olbrzymim mieszkającym w lesie i wychodzącym nocą. Odnosi jednak zupełnie odmienny skutek, bo gdy tylko sama zasypia… odważny króliczek Bobuś, uzbrojony w ostro zakończoną marchewkę, wymyka się z domu, by odszukać i przegonić strasznego stwora. Nie da się ukryć, że zarówno zachowanie mamy, jak i synka jest nieszczególnie edukacyjne. I prawdę mówiąc wolałabym nie podsuwać córce takich pomysłów…

Historia szybko jednak przeradza się w bardzo ładną opowieść o przyjaźni, akceptacji, otwarciu na drugą osobę, odnajdywaniu w sobie odwagi i bronieniu słabszych. O tym, że pozory czasem mylą, a wygląd zewnętrzny nie determinuje cech charakteru.

Nasz odważny króliczek, zamiast na potwora, trafia w lesie na nieśmiałego i strachliwego niedźwiadka. To początek dość niespotykanej, pełnej przygód znajomości. A kiedy wspólnie muszą zmierzyć się z groźnym zwierzęciem, odkrywają coś zupełnie niespodziewanego…

Mimo nieszczególnie udanego początku, przygoda króliczka Bobusia i niedźwiadka Bobo skradła moje serce i bardzo zainteresowała Małą Słuchaczkę. A nieszczęsne zachowanie głównego bohatera z pierwszych stron książki posłużyło nam jako pretekst do rozmowy o różnicach między odwagą, a nieostrożnością i możliwych konsekwencjach wymykania się z domu, kiedy rodzice śpią. Zainspirowały mnie również do dwukrotnego sprawdzania, czy zabarykadowałam drzwi wejściowe, nim pójdziemy z mężem spać…

Ciepła, puchata i sympatyczna. Ponadto pod względem wizualnym idealnie wpasowuje się w mój gust. I z tego, co widzę, również w kształtujący się gust mojej córeczki.

Steve Smallman, Caroline Pedler, Nie bój się, misiu!, Warszawa: wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawanictwa Wilga.

Bajki Majki: „Książkożercy” Barbara Wicher

Jesteśmy z Majką dopiero na etapie poznawania poszczególnych literek, ale „Książkożercy” – nowa seria do nauki samodzielnego czytania – urzekli mnie już samym tytułem i musiałam zrobić małe rozeznanie na przyszłość. Mam nadzieję, że cale nie tak odległą, jak mogłoby się wydawać!

Jak to zwykle bywa przy okazji tego rodzaju projektów, seria została podzielona na trzy poziomy zaawansowania: Poziom A dla Książkogryzaków, Poziom B dla Książkołasuchów i Poziom C dla Książkożerców. Nie da się ukryć, że analogie związane z jedzeniem to świetny sposób na przyciągnięcie mojej uwagi!

„Super Marian nad jeziorem”, czyli książeczka z najprostszego poziomu to jeszcze przede wszystkim obrazkowa historia chłopca zapatrzonego w przenośną elektroniczną grę. Wypełniające całe strony ilustracje opatrzone zostały nieskomplikowanymi zdaniami (od jednego do trzech) będącymi zarysem prostej fabuły i uzupełnieniem ilustracji. Całkiem pouczająca lektura o zabawkach, których lepiej nie zabierać ze sobą nad wodę zakończona została zestawem pytań pomocniczych sprawdzających uważność małego książkowego mola. A za każdą poprawną odpowiedź czeka naklejka z bohaterami historii.

Barbara Wicher, Książkożercy. Super Marian nad jeziorem, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 24 s.

Książka z poziomu B, „Akcja Jogi” opatrzona została nieco większą ilością tekstu, choć wciąż prym wiodą tu ilustracje. Zdania wciąż są proste, pojawiają się jednak nieco trudniejsze słowa i pojęcia. To w końcu opowieść o dwojgu małych detektywów ruszających na pomoc zagubionemu kociakowi. I chociaż nie do końca podoba mi się pomysł, w którym dwoje dzieci samodzielnie wybiera się do domu obcej osoby, to historia wciąż jest całkiem sympatyczna. No i o kocie, a koty zawsze są u nas mile widziane. Poza pytaniami kontrolnymi i naklejkami, na końcu książeczki czeka również słowniczek z przystępnymi definicjami trudniejszych słówek.

Barbara Wicher, Książkożercy. Akcja Jogi, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Najtrudniejsza z książek – „Bomberka” – jest zauważalnie grubsza od poprzedniczek i podzielona na rozdziały. Mamy tu już do czynienia z dłuższymi zdaniami złożonymi, a słownictwo staje się całkiem zaawansowane. Treści jest już naprawdę sporo, bo stronie z ilustracją odpowiada zazwyczaj strona tekstu, więc i historia sześcioletniej Zuzy oczarowanej kurtką starszego brata jest już bardziej skomplikowana od poprzednich opowieści. Poza pytaniami sprawdzającymi znajomość tekstu (a tych jest więcej niż w poprzednich częściach!) i całkiem rozbudowanym już słowniczkiem na czytelnika czeka łamigłówka- wykreślanka z elementami ubioru do wyszukania.

Barbara Wicher, Książkożercy. Bomberka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 48 s.

Każdy kolejny „stopień zaawansowania” to nowe wyzwania i umiejętności. Pełne ilustracji, dopasowane do dziecięcych możliwości, niewielkie książeczki motywują do rozwoju i uczą w najlepszy z możliwych sposobów – poprzez przyjemność czytania. Życiowe historyjki, atrakcyjna oprawa graficzna różnych ilustratorów, duże litery, zadania i naklejki to niezwykle ważne do dzieci szczegóły, których połączenie gwarantuje wysoki poziom serii. W przygotowaniu kolejne tytuły, mam nadzieję, że będą równie udane.

Fajny sposób na rozpoczęcie przygody z czytaniem i smakowity kąsek dla małych książkowych łasuchów!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Psierociniec. Tom 3: Niepiesek” Aneta Widzowska

Nie da się ukryć, że chociaż lubimy wszystkie futerkowe i nie futerkowe zwierzęta, to największą słabość odczuwamy do kotów –  jesteśmy rodziną kociarzy pełną gębą. Dlatego też nie od razu zwróciłam uwagę na „Psierociniec” – nową serię książek dla początkujących czytelników.

Dopiero trzeci tom psich przygód wyjątkowo skutecznie przykuł moją uwagę. Tom o Niepiesku, czyli psiaku, który przez całe życie myślał, że jest… kotem. Wychowany przez kocią rodzinę naprał wielu mruczkowatych zwyczajów, co spotkało się z drwiącą reakcją miejscowej bandy psich chuliganów.

Dlatego też za wszelką cenę stara się udowodnić sobie i innym, że potrafi być również świetnym psem. Buduje rakietę kosmiczną, chcąc zapisać się w historii psich podbojów wszechświata, próbuje łapać przestępców i kariery psa przewodnika. Niestety wszystkie jego wysiłki kończą się fiaskiem.  Czy wizyta w Psierocińcu pomoże mu uwierzyć w siebie i odnaleźć własną tożsamość?

I chociaż nie znamy wcześniejszych losów wielu bohaterów – między innymi psiego poety Remika, który stanie się mentorem Niepieska – trzeci tom serii okazał się być bardzo dobrym pretekstem dla pierwszej wizyty w Psierocińcu. Wybierając więc tytuł, nie trzeba sugerować się kolejnością tomów (choć oczywiście to zawsze najwygodniejszy sposób poznawania tematu) i spokojnie można wybierać zgodnie z dostępnością, czy tematyką.

A „Niepiesek” to zaskakująco pozytywna, zabawna i rozśpiewana (ten aspekt zaskoczył mnie chyba najbardziej – co kilka stron mamy wpadającą w ucho, rymowaną piosenkę – superowy pomysł!) opowieść o inności i akceptacji. Przyjaźń, rodzina i chęć niesienia pomocy, to kolejne wartości, jakie niesie ze sobą lektura. Fajnie sprawdzi się również jako wyjście do promowy o zjawisku adopcji. A wszystko to opakowano w dowcipną, nieprawdopodobną fabułę pełną bardzo sympatycznych bohaterów. Bo tutaj nawet czarne charaktery przyprawiają o uśmiech na twarzy. A i różnorodność gatunkowa jest imponująca.

Chociaż pod względem objętości tekstu, moja Maja jest jeszcze trochę za mała na tą pozycję, myślę, ze skusimy się na czytanie „na raty”. Mądry, przystępnie przedstawiony morał i strasznie ładne ilustracje dopełniające tekst są zbyt wielką pokusą, by móc w stanie się jej oprzeć i cierpliwie czekać te kilka lat. Za to bardziej wprawionym  (5/6 latkom) polecam lekturę jednym tchem.

Aneta Widzowska, Psierociniec. Tom 3: Niepiesek, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Serce na sznurku” Małgorzata Domagalik

Dzisiaj kilka słów o książkowym rozczarowaniu.

Długo zabierałam się na napisania tej recenzji próbując dociec dlaczego właściwie ta książka zupełnie nie przypadła mi do gustu. Wydaje mi się, że spory udział miał w tym jej opis nieszczególnie adekwatny do treści. To miała być przepiękna historia o bezgranicznej miłości, wrażliwości i akceptacji, dlatego też usiadłam do lektury z wielkim entuzjazmem – uwielbiam opowieści będące ciepłym kompresem na serducho, szczególnie podczas zimowo-świątecznej aury. Zwłaszcza, że staranność wydania i klimatyczne ilustracje, szczególnie okładka zapowiadały piękną historię.

DSC_1193

A ta pozycja niestety zupełnie nie spełniła moich oczekiwań. Początek był dobry, choć smutny – mała foka straciła mamę, która uratowała ją przed kłusownikiem – zapowiadało się na poruszającą historię. Uciekając przed zagrożeniem trafiła do jamy jednego ze swoich największych naturalnych wrogów – niedźwiedzia polarnego.

A niedźwiedź Ksawery – stary kawaler, samiec alfa okolicy i wielki mruk dbający o swoją samotność i pielęgnujący reputację – przytłoczony ważnymi sprawami rodzinnymi zapomina jej zjeść i zostawia ją samą w swoim domu, podczas gdy sam wyrusza na ratunek córce przyjaciela.

Kiedy wraca poturbowany, foczka robi wszystko, by utrzymać go przy życiu.

To prawda, że podczas lektury nie można się nudzić – ciągle coś się dzieje, przed bohaterami trudne wybory, heroiczne wyprawy i próby charakteru. Pojawiają się istotne wartości, jak pomoc w potrzebie, solidarność, akceptacja, odwaga i chęć obrony słabszych.

Przede wszystkim język jest kompletnie niedostosowany do małego odbiorcy. To prawda, że sama uwielbiałam w dzieciństwie wszystkie „trudne słówka”, ale konfabulacja? Serio?

Największy problem jednak tkwił w tym, że ta historia nie wzbudza emocji. Trudno mi to określić, ale książka wydała mi się płaska, niewciągająca. Czytelnik nie czuł złości niedźwiedzia, jedynie przeczytał o tym, że niedźwiedź się złościł, bo tak właśnie napisała autorka.

Nie podobała mi się stereotypizacja, z jaką potraktowano bohaterów. Naiwność młodej foki jestem jeszcze w stanie zrozumieć, chociaż kompletny brak instynktu samozachowawczego już nieszczególnie. Ale wyobraźcie sobie taką sytuację: bohaterka jest sama w domu, słyszy przez drzwi, jak dwa wilki snują plany włamania z rabunkiem, dlatego robi co może, bo przekonać ich, że dom nie jest pusty. Po wszystkim wygląda przez szybę i na jej widok ostatni pozostały napastnik ucieka. Więc foka czuje smutek, bo już myślała, że będzie mogła sobie z kimś porozmawiać. I to jest dla mnie irracjonalne. Kreowanie głupiutkiej bohaterki, która irytuje niedźwiedzia swoim ciągłym paplaniem i krzątaniną w jego domu, a na widok pierwszego w życiu ocieplacza na płetwę (butów) od razu życzy sobie dostać trzy pary niestety do mnie nie przemawia.

Podobnie jak podejście niedźwiedzia Ksawerego w stylu „męczące to babsko, szarogęsi się w domu, ale bez niego jakoś tak cicho i dziecko jest smutne”.

A koncepcja, że żywiące się fokami niedźwiedzie jednocześnie powinny ich nienawidzić jest dla mnie kompletnie bez sensu. Ludzie jedzą kurczaki i nie wiąże się to z nienawiścią. I owszem, czasami się z kurczakami przyjaźnią. Dlatego wciskanie negatywnych emocji między oczka łańcucha pokarmowego nie jest dla mnie niczym pożytecznym. Fakt, że zwierzęta zjadają inne zwierzęta to coś naturalnego, a nie złego. Rozumiem, co autorka miała na myśli, ale uważam, że przykład jest nietrafiony.

I chociaż każdy z bohaterów docelowo rozumie swoje błędy i zachowuje się w odpowiedni moralnie sposób, nie dopatrzyłam się w tym tekście ani wielkiej miłości, ani wzruszeń. Za to sporo narzucania się ze strony foki, która tak naprawdę nie bardzo ma co ze sobą zrobić i niedźwiedziowego pogodzenia się z losem. W moim odczuciu ich relacja jest bliższa syndromowi sztokholmskiemu, niż „bezgranicznej miłości”.

Mało tego, Ksawery doznaje tak wielkiej przemiany, że inicjuje ruch równościowy wszystkich zwierząt. Modne pojęcie tolerancji i konieczność utworzenia wspólnego frontu przeciwko zagrożeniu, jakim jest człowiek zostały mocno podkreślone. Co prawda ten pomysł będzie dokładniej opisany dopiero w kolejnym tomie, ale jestem bardzo ciekawa co wszyscy rewolucjoniści będą jedli?

Da się przeczytać, ale ani nie porywa, ani nie niesie ze sobą istotnych wartości w przekonujący sposób. Nie podsunę jej mojej córce, ale też nie będę miała nic przeciwko, jeśli kiedyś sama zechce po nią sięgnąć. Opierając się na szkolnym ocenianiu dałabym mocną trójkę.

Magdalena Domagalik, Serce na sznurku, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 144 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” Marta Kisiel

Dziewięcioletni Bożydar ma niestandardowe imię, niestandardową rodzinę i mieszka w niestandardowym domu. Ma swojego prywatnego (przeuroczego!) anioła stróża i wujka, który stale struga wariata. Pradawny potwór szykuje mu wymyślne posiłki, zamiast komiksów czytuje poezję, a trzy niemieckie widma odgrywają z nim na strychu sztuki teatralne.

Aha, a jego tata jest glutem.

Oj tak, Bożek ma odjechane życie i jest z niego absolutnie zadowolony. Do czasu, aż nie pójdzie do szkoły, gdzie usłyszy, że jest „dziwakiem”. Wtedy stanie się wyjątkowo naburmuszonym Niebożątkiem.

To piękna historia o dorastaniu (a jak wszyscy doskonale wiemy, dorastanie to trauma życia) i uczeniu się funkcjonowania w społeczeństwie. O potędze wyobraźni, przyjaźni, odwadze bycia innym i tolerancji.

To fantastycznie upiorna przygoda, która wywołuje ciarki na plecach i gęsią skórkę na przedramionach. Bo wraz z bohaterami trafimy w zaświaty, gdzie tak samo łatwo o śmiertelne zagrożenie, jak o śluz na butach. Pamiętam z jaką pełną grozy fascynacją czytałam w dzieciństwie „Króla Olch”. Od tamtego czasu zdążyłam już trochę dorosnąć, a okazało się, że jakoś wcale nie jest mniej strasznie.

A jednocześnie ta książka bywa tak uroczo, puchato przekochana, że nie wiem co.

Jest fenomenalna pod względem literackim. Zabawna, prawdziwa i pełna mądrości. Zmusza do niekontrolowanych prychnięć śmiechem i poruszą ważną tematykę. Wyciąga za uszy własne wspomnienia z dzieciństwa i zmusza do mądrego (i nieco zrezygnowanego) kiwania głową nad trudami rodzicielstwa. Czyta się ją jednym tchem i pragnie się więcej.

„Nie możesz go zawsze prowadzić za rękę (…). Czasem niestety musisz się wycofać i patrzeć jako sobie radzi sam. Nawet wtedy, kiedy chciałbyś wkroczyć najbardziej.”

Polecam z całego serca i dzieciom i dzieciatym. Kocham tą książę za przypomnienie moich ulubionych lektur z dzieciństwa, za poczucie humoru, za gluty, pflompanie, za Licho i brokat wymieszany z piaskiem. „Małe Licho” pięknym telemarkiem ląduje na liście moich najukochańszych czytadeł ever. Tuż obok „Tam, gdzie spadają anioły” Terakowskiej.

Genialny klimat na nadchodzące Halloween.

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018,  208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Książka na weekend: „Piotruś Pan i Wendy” James Matthew Barrie

Lato, urlop, długi weekend czy wakacje to idealny czas nadrabiania książkowych zaległości. Tym razem zabrałam się za naprawdę konkretny wyrzut sumienia, bo sięgający aż dzieciństwa. Dlatego też wakacyjny cykl „Książka na weekend” zakończę w magicznie bajkowym stylu.

Swego czasu uwielbiałam disneyowską wersję przygód Piotrusia Pana (a już szczególnymi uczuciami darzyłam tykającego krokodyla), nigdy jednak nie sięgnęłam po oryginalną wersję i prawdę mówiąc nawet nie czułam takiej potrzeby. Aż do momentu, w której usłyszałam straszną plotkę o tym, co Piotruś robił swoim zaginionym chłopcom, kiedy Ci, wbrew zakazom, zaczynali dorastać. I od tego czasu ogarnęła mnie obsesja dowiedzenia się, czy to najprawdziwsza prawda. A mimo to po samą baśń sięgnęłam dopiero teraz, skuszona nowym wydaniem klasyki (UWAGA SPOILER: To była prawda).

Trudno mi powiedzieć, czy gdybym czytała Piotrusia mając lat naście bawiłabym się lepiej, ale mając już ponad ćwierć wieku i własne dziecię w pokoju obok byłam wręcz porażona brutalnością całej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to opowieść chłopca dla chłopców, która została spisana ponad sto lat temu, ale trup sieje się szokująco gęsto, a zabijanie i tortury (momentami całkiem obrazowo opisane) traktowane są jako forma zabawy i powód do przechwałek. Kojarzycie scenę Bitwy o Helmowy Jar z filmowej wersji „Władcy Pierścieni”, gdzie Legolas i Gimli rywalizują ze sobą licząc na głos zabitych przez siebie orków? Piotruś robi podobnie z piratami Haka.

„Walcząc jeden na jedenego [piraci] byliby silniejsi, ale teraz walczyli tylko we własnej obronie, co pozwoliło chłopcom polowac na nich parami i po kolei wybierać sobie ofiary (…). Słychać było właściwie tylko szczęk broni, od czasu do czasu jakiś wrzask lub plusk i monotonne liczenie Kruszyny: – pięć… sześć… siedem… osiem… dziewięć… dziesięć… jedenaście…”

I powiem szczerze, że jestem w rozterce. Bo to piękna, świetnie napisana, pełna uczuć książka o tęsknocie za mamą i głębokiej potrzebie posiadania kogoś, kto otoczy czułą opieką. Szczególnie, że Barrie napisał ją dla synów przyjaciółki, którymi opiekował się po jej śmierci, więc już sama motywacja chwyta za serce. Ale z drugiej strony poziom przemocy i sposób jej przedstawienia (nikt tam nikogo nie opłakuje!) mocno mnie zniechęca. Podobnie jak sposób traktowania kobiet (który jednak wybaczam ze względu na to sto lat różnicy kulturowej i elementy krytycznej satyry). Trudno też żywić jakiekolwiek cieplejsze uczucia dla bufonowatego, zarozumiałego do granic możliwości i kompletnie pozbawionego empatii głównego bohatera, czy wrednego Dzwoneczka (ale jej nie trawiłam nawet w filmowej wersji). Za to Wendy polubiłam bardziej, niż w kreskówce, a Nana jest cudowna zawsze. No i sama koncepcja wiary z magię i wróżki, przekazywana z matki na córkę, to coś cudowanego.

„Knot nadawał sympatyczne imiona przedmiotom i jego szable nosiła imię Jasia Korkociąga, ponieważ obracał nią, zadając ciosy. Można by wymienić wiele uroczych cech Knota. Na przykład po zabójczej walce wycierał nie broń, a okulary.”

Pod względem samych przygód, filmowa wersja jest całkiem dobrym odwzorowaniem oryginału, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Zazwyczaj traktuję łagodną cukierkowość Disneya z lekkim pobłażaniem, ale w tym przypadku mocno za nią tęskniłam i mimo wszystko wolę jednak wtórną, bajkową wersję. W swoim czasie będę miała spory dylemat, czy podsunąć tą książkę swojej córce.

Najnowsze wydanie książki „Piotruś Pan i Wendy” przyciągnęło mnie cudowną, minimalistyczną okładką, ale mocno rozczarowały mnie ilustracje, które są zupełnie nie w moim guście i nijak mają się do samej okładki. Podobnie jak wklejka, która nie pasuje mi ani do treści, ani do ilustracji. Tekst jest za to na całkiem wysokim poziomie – tłumaczenie czyta się bardzo dobrze i dopatrzyłam się tylko trzech błędów redakcyjnych. Więc i tutaj na dwoje babka wróżyła.

Nie da się ukryć, że ta niepozorna lektura wzbudziła we mnie mnóstwo sprzecznych emocji pod chyba każdym względem – od treści, po samo wydanie.

James Matthew Barrie, Piotruś Pan i Wendy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 224 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.