Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Odbiorę Ci wszystko” Ruth Lillegraven

Jeśli lubicie czytać w biegu, wykorzystując każdą wolną chwilkę wyrwaną z wypełnionej milionem obowiązków codzienności na chociaż kilka stron lektury, to ta książka została napisana właśnie dla Was. Autorka podzieliła ją na mnóstwo krótkich, czasami zaledwie kilkustronicowych rozdziałów. Dzięki temu mamy możliwość poznania historii niemalże symultanicznie z punktu widzenia dwójki bohaterów – ambitnej Clary wspinającej się po szczeblach politycznej kariery i jej męża Haavarda, absolutnie zakochanego w swoich synach lekarza. A także rzucania okiem na sytuację z poziomu kilku postaci pobocznych.

DSC_0086.jpg

Ten sposób narracji ma jednak również swoje minusy – stosunkowo trudno jest „wkręcić się” w akcję, czy utożsamić z którymkolwiek z narratorów.

A tego dodatkowo nie ułatwia fakt, że… bohaterów po prostu nie da się polubić. Chociaż nie sposób nie podziwiać ich za przynajmniej jedną cechę charakteru, ich wady sprawiają, że dla mnie, jako czytelnika, obydwoje byli po prostu odstręczający. I w sumie nie wiem, komu kibicowałam, a komu życzyłam śmierci. Ani czy zakończenie bardziej mnie smuci, czy satysfakcjonuje.

Niemniej jednak nie obyło się bez sporych emocji, a to w książkach zawsze mile widziane.

Ojciec zakatowanego na śmierć małego chłopca przyniesionego na dyżur Haavarda zostaje zamordowany jeszcze zanim zdąży wyjść ze szpitala. A to dopiero początek serii zbrodni będących swego rodzaju egzekucjami na oprawcach swych dzieci.

„Jeśli odbierasz życie komuś, kto zabija i krzywdzi innych – czy można to usprawiedliwić?”

Zagadnienie przemocy w rodzinie i bezradność (norweskiego!) systemu wobec tego problemu zderza się tutaj z koniecznością przepracowania traumy z dzieciństwa. Potrzeba ochrony bezbronnych z osobistą zemstą. Siła żelaznego charakteru z problemami psychicznymi. Potrzeba działania z ułomnością biurokracji. Rozgoryczenie z potrzebą zachowania politycznej poprawności. A jeśli to wciąż za mało wrażeń, to znajdziemy tu również małżeńską niewierność, wyzwania rodzicielstwa i mnóstwo zimnej bezwzględności.

To jedna z tych historii, gdzie bez względu na rozwój wydarzeń, zło zawsze zatriumfuje. I w pewnych aspektach nie sposób nie przyznać mu racji. Taki już chyba urok sytuacji względnych moralnie.

Świetnie sprawdzi się jako książka „na wynos” – do torebki i poczytywania w autobusie, sklepowej kolejce, czy pod lekarskim gabinetem. Bardzo dobra alternatywa dla ludzi nieprzepadającymi za lekkimi romansidłami, a jednak nie mającymi czasu, by zatopić się w książce w stu procentach. Trudna tematyka, nieidealni, bardzo ludzcy bohaterowie i dylematy moralne idą tu w parze z nieskomplikowanym językiem i specyficzną budową powieści, dzięki której ta jest „łatwo odkładalna”.

„Zazwyczaj podejmujemy jakieś działanie, bo chcemy czynić dobro, sprawić, by świat stał się odrobinę lepszy”.

Ruth Lillegraven, Odbiorę Ci wszystko, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2019, 448 s. (premiera 24.04.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Prymityw. Epopeja narodowa” Marcin Kołodziejczyk.

„(…) potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciw polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą”.

Kiedy zobaczyłam na okładce słowa „Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści”, uznałam to za przewrotną zachętę i oczywiście nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie właśnie tej książki. A jednak trzeba było posłuchać ostrzeżenia.

DSC_1387

„Prymityw” to bardzo dziwny i ciężkostrawny twór – trochę antyutopia, trochę przerysowany (mam nadzieję!) obraz polskiego społeczeństwa, trochę kryminał, trochę historia nieszczęśliwej miłości, trochę załamywanie rąk nad polityczną niedojrzałością, trochę parodia, trochę kafkowska komedia absurdów i trochę „Z kamerą wśród zwierząt”. A właściwie „Z kamerą na warszawskiej Pradze”. I dużo czarnego humoru. W sumie, to nie wiadomo – śmiać się, czy płakać.

„Jest nieswojo i przedziwnie (…). Dzieją się jednocześnie rzeczy poważne i niepoważne”.

Główne pytanie, niepozwalające czytelnikowi na porzucenie tej lektury w połowie, to „Co uczynił Jan Kwas?”. Główny bohater, emigrant ekonomiczny z rodzinnej wsi do wsi Warszawa miota się w życiu jak ślimak posypany solą. Współczesny romantyk, konformista przytłoczony ciężarem egzystencji, własnych uczuć i szarej rzeczywistości. Pracownik fizyczny próbujący swych sił w branży chemicznej i funeralnej, przewlekle chorujący na polskość, wieczny wędrowiec, zakochany jeleń, prawie mesjasz.

„Przypominał yorka, który otarł się o schronisko, został adoptowany, a następnie znowu porzucony w lesie bródnowskim, żeby ktoś mógł go znaleźć, ale nie przychodził”.

Poznając Janka, małymi kroczkami poznajemy również jego nowe środowisko północnopraskiej żulerii, gdzie każdy ma swoją własną historię, proste marzenia i własny sposób na miotanie się w osnowie rzeczywistości. Wiktoria Wiedeńska szukająca szczęścia w wielkim mieście, Robert Poczęty – ograniczony, ale pełen narodowo katolickich ideałów – idealny do polityki, Andrzej Drella – pół pisarz, pół pijak i cały korowód równie barwnych postaci ubarwiających swoją rzeczywistość denaturatem na parkowych ławkach. W końcu w Polsce nikomu nie jest lekko.

„Bo nie ma się co oczarowywać – cała ta Warszawa (…) to była istna spółka ZOO. Ludzie się głównie mijali, ale czasami na siebie wpadali i wówczas tworzyli nowe dzikie roje, które obrastały nowymi fatumami; niebieskie karty, policja i nuda siedzenia – tyle o tym”.

Ale tym, co sprawia czytelnikowi najwięcej cierpienia, jest język powieści. Stylizacja, której miałam serdecznie dość już po trzech stronach i do którą mój mózg nauczył się ignorować dopiero w ostatnich rozdziałach (w których okazało się, że może być jeszcze gorzej!). Bełkotliwa mieszanka, która jest przeintelektualizowana i rynsztokowa jednocześnie. Kosmiczne słowotwórstwo, zbrodnie gramatyczne, maksimum słów, minimum treści i całe rozdziały o niczym. To prawda, już na samym początku zostałam ostrzeżona, że „Prymityw rządzi się własnymi zasadami interpunkcji i ortografii” ale czegoś takiego się jednak nie spodziewałam. Wróciły moje licealne koszmary – kiedyś po nocach śnił mi się Gombrowicz, od dzisiaj będzie mnie prześladował Kołodziejczyk wraz ze swoimi gębami i szaleństwami.

„ Lecz nie ulegało wątpliwości, że dopóty dzban wodę nosi, dopóki człowiek z nim nie poleci na mordę ze schodów. Pozbawiona rozwoju dzisiejszość wcześniej czy później musiała znaleźć sobie jakieś najprostsze zapasowe ujście, dlatego że taka jest kolej rzeczy, że woda płynie w najprostszy dostępny sposób i każdy się powinien rozwijać, a nie stagnować się, tak, czy nie?”

Podobnie jest ze skaczącą narracją która, jak czkawka, urywa i dorzuca wątki by wrócić do nich, lub zupełnie je porzucić już kilka stron później.

W niesamowitych bólach zmęczyłam te niecałe 500 stron, a czuję się, jakbym przeczytała przynajmniej trzy razy tyle. I chociaż doceniam zawartą w nich przestrogę i ponurą diagnozę, to jednak nie da się ukryć, że to była droga przez mękę. Ale z epopejami narodowymi to tak już chyba jest, tak czy nie? Mam przynajmniej nadzieję, że cierpiałam za miliony.

„(…) patos chamstwa zdobywa świat, bo jest głośny, drze mordę i ma tak mało dumy, że odczuwa dumę z byle czego, a zwłaszcza z bycia dumnym”.

Marcin Kołodziejczyk, Prymityw. Epopeja narodowa, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Miejsce i imię” Maciej Siembieda

Najlepszym sposobem napisania recenzji dobrej książki jest napisanie recenzji dobrej książki.

Nareszcie doczekałam się drugiej części przygód mojego ulubionego skrzyżowania Pana Samochodzika z Robertem Langdonem. Przed Kubą Kanią, znanym czytelnikom z książki „444”, kolejna zagadka z przeszłości. Instytut Jad Waszem zleca swojemu detektywowi odnalezienie pochówku holenderskich szlifierzy diamentów, którzy zginęli w obozie pracy na górze Świętej Anny. Pozornie niewinne zlecenie szybko okazuje się być czymś znacznie bardziej skomplikowanym – kolejną pogonią za legendą i poszukiwaniem bezcennego skarbu. A na to odkrycie czai się więcej niż jeden czarny charakter.

 

Tym razem autor przenosi nas w ponure czasy drugiej wojny światowej, a równoprawnymi bohaterami książki czyni tzw. amsterdamskich „diamentowych Żydów”. Partie powieści pełniące rolę „legendy” zajmują tak samo dużą, lub nawet większą część powieści, a czytlenik poznaje obie historie równolegle. I tym razem to właśnie kwestia przeszłości szczególnie przyciągnęła moją uwagę. XX-wieczny Amsterdam, kunszt rzemieślników wydobywających z grudek surowca brylantowy blask i nieszczęścia, które ów blask ściąga na człowieka niezależnie od czasów, w których przyszło mu żyć to opowieść, obok której nie można przejść obojętnie.

Część „historyczna” powieści jest niesamowicie wciągająca i może właśnie z tego względu było mi trochę mało Jakuba – całe śledztwo przez większość czasu głównie toczy się samo, a nasz bohater albo korzysta z pomocy ABW albo bywa uprzedzony przez Wojciecha Palucha. Tak naprawdę dopiero w ostatnim rozdziale detektyw Kania pokazuje na co go stać.

Przyznam, że Kuba jako bożyszcze sklepowych ekspedientek nieco mnie początkowo zniechęcił, ale jego ortodoksyjna mięsożerność i bezwzględna waga łazienkowa pozwoliły mi pokochać go na nowo. Mam nadzieję, że z tą jazdą na rowerze szybko mu przeszło, bo bycie fit jest strasznie passé!

Swoją drogą uwielbiam motyw prześcigania się w poszukiwaniach skarbu. Podobnie jak Pan Tomasz, Kuba również rywalizuje ze swoim antagonistą na polu wiedzy i umiejętności. I na podobnej zasadzie on sam postępuje zawsze poprawnie i zgodnie z prawem, a jego łasy zysku przeciwnik bez większych wyrzutów sumienia dopuszcza się nieuczciwych, i często nierozważnych, zagrań. Szkoda tylko, że Paluchowi brakuje klasy Waldemara Batury, bo choć skuteczności działania na pewno nie można mu odmówić, to pod względem ogłady, prezencji, czy chociażby pobudek zostaje daleko w tyle za swoim pierwowzorem. Ale może to i dobrze? Nie chodzi tu przecież o produkowanie kolejnych kalek, a zupełnie nową kreację.

Jest niedoceniony geniusz skazany za niewinność, są naziści okradający swój własny naród, jest ucieczka z więzienia o zaostrzonym rygorze, są nielegalne szlifiernie i tragiczna obozowa rzeczywistość, są służby specjalne i nielegalne ekshumacje, są młodzi pasjonaci historii i rosyjscy przemytnicy, są gangsterzy, bezwzględni bogacze i humorzasta kobieta w ciąży zapijająca ogórki kiszone kakaem. Są mroczne aspekty historii i kosztowności zrabowane podczas wojny. Jest wszystko, za co kochamy powieści sensacyjne!

„Diamenty są symbolem szczęścia i luksusu, choć powinny kojarzyć się z cierpieniem i śmiercią (…). Zabiły więcej ludzi, niż niejedna epidemia. Zawsze stała za nimi chciwość i bezwzględność.”

Świetnie napisana, trzymająca w napięciu, zaskakująca do ostatniej strony. A ponadto przezbawna w momentach, których czytelnik kompletnie się nie spodziewa (pozdrawiam Brajanka i jego pączka!). Nie sposób jej odłożyć, więc lepiej przygotujcie się na nieprzespaną noc!

 

P.S. Chociaż uliczki i kanały Amsterdamu wspaniale działały na moją wyobraźnię, odrobinę brakowało mi mazurskich jezior – mam nadzieję, że w kolejnej książce Kuba chociaż zabierze tam rodzinę na wakacje!

Maciej Siembieda, Miejsce i imię, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 488 s.
(premiera 14 marca 2018)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Wielka Litera, jesteście super!

Czas na czytanie: „Kolekcja nietypowych zdarzeń” Tom Hanks

Przyznaję uczciwie, że jeśli chodzi o filmy, to mam jakieś 25 lat zaległości, jestem więc pod tym względem niereformowalna ignorantką. I chociaż nazwisko i twarz Toma Hanksa jako tako kojarzę to potrafię wymienić całą jedną jego rolę. Która w dodatku mi się nie podobała. Zatem to nie sławne nazwisko było powodem, dla którego sięgnęłam po tą lekturę – tym, co zachęciło mnie do przeczytania kolejnej książki kolejnego celebryty były maszyny do pisania.

Oczywiście moja babcia też miała taką machinę. Żadnej renomowanej formy, z pogardzanymi w jednym z tekstów plastikowymi elementami i  niedziałającymi klawiszami, ale i tak dodała mojemu dzieciństwu sporo magii. A uczenie się literek na maszynie do pisania pozostawia jednak w człowieku głęboko zakorzeniony sentyment do takich hipsterskich vintage gadżetów.

„Kolekcja nietypowych zdarzeń” to siedemnaście niezwiązanych ze sobą opowiadań, dziejących się w różnych czasach i różnych miejscach, poruszające odmienną tematykę i grające na odmiennych emocjach. Jedynym, co je łączy jest właśnie motyw maszyny do pisania pojawiający się w każdym z nich – jako niewiele znaczący, zaledwie wspomniany element tła lub jako główny problem utworu.

Ta lektura uświadomiła mi dość brutalnie, że nie przepadam za opowiadaniami – po prostu za bardzo przywiązuję się do bohaterów. Każda z historii wydawała mi się jedynie zarysowaniem jakiegoś problemu, i choć niektóre z nich tworzyły spójną, zamkniętą całość, inne wręcz błagały o ciąg dalszy. Szczególnie, że tylko jedna grupka bohaterów (poza Felietonami Fikcyjnego Felietonisty) doczekała się aż trzech opowiadań ze swoim udziałem. Oczywiście akurat ta, która najmniej przypadła mi do gustu.

To takie trochę znęcanie się nad czytelnikiem – urywanie akcji w kulminacyjnym momencie i zostawianie go samego z burzą emocji. Niestety w związku z tym jest to ten typ książki, który bardzo łatwo porzucić w połowie, co i mi się zdarzyło – miniaturowy kac emocjonalny między opowiadaniami sprawił, że przerwałam czytanie na prawie miesiąc i jakoś nie mogłam wrócić do lektury.

Najtrudniej było mi przebrnąć przez sam początek – opowiadanie o niesamowicie irytującej bohaterce przytłoczyło mnogością kontekstów, których, jako osoba nieobeznana z kulturą i historią Ameryki nie byłam w stanie zrozumieć. I jak przez pierwszą stronę ambitnie próbowałam wszystko posprawdzać, tak bardzo szybko się poddałam i postanowiłam jednak pozostać ignorantką. Całe szczęście, że kolejne historie nie były aż tak najeżone niezrozumiałymi dla mnie nawiązaniami. Albo po prostu nauczyłam się je nieświadomie ignorować. Nieszczęśliwie męcząca bohaterka wraca jeszcze trzykrotnie i za każdym razem irytuje tak samo.

Pod względem tematyki to kompletny miszmasz – w jednej książce znajdziemy traumę wojny w Wietnamie, tęsknotę za kosmosem, problemy początkujących aktorów, dramat rozwodu, surfing na marsie, futurystyczne wizje podróży w czasie, miłość do kręgli, poczucie wyobcowania, zdrady, samotność, bezduszność, ignorancję… może jednak dobrze, że podzielono to wszystko na osobne opowiadania!

Moim zdaniem jak na debiut pisarski, jest to bardzo dobra książka – poprawna literacko, bardzo klimatyczna, wzbudzająca emocje, pełna ciekawych pomysłów. Ale jednocześnie kompletnie nie w moim guście – najchętniej przeczytałabym siedemnaście książek rozwijających rozpoczęte wątki. A tak, to wyszło trochę łapanie dziesięciu srok za ogon i lizanie cukierka przez papierek. Pysznego, cudownie pachnącego, ale jednak niedostępnego (cukierka, nie sroki). I jeszcze w dodatku szybko zabranego przez mamę – fanatyczkę zdrowego odżywiania.

P.S. Okładka jest piękna, cudownie minimalistyczna, elegancka, soczyście czerwona i zostawię sobie tą książkę na wieczną pamiątkę tylko po to, by popatrzeć sobie na nią co jakiś czas. Mistrzostwo świata!

Tom Hanks, Kolekcja nietypowych zdarzeń, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 400 s.

Recenzja powstała dzięki uprejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „W zasadzie tak” Jacek Fedorowicz

Jako osoba całkiem jeszcze młoda, urodzona po ’89 roku, nie mam prawa pamiętać życia w absurdalnej rzeczywistości PRLu. Ledwo pamiętam też autora książki (który przecież wciąż jeszcze żyje!) – mętnie kojarzę jego głos, twarz i butelkowe okulary jako nierozerwalnie związane z wejściową melodyjką Dziennika Telewizji.

Moi rodzice nigdy nie byli szczególnie skorzy do opowieści o tym „jak to się kiedyś żyło”, zawsze przełączali namiętnie powtarzanego w telewizji „Misia” i zdecydowanie woleli patrzeć w przyszłość, niż rozpamiętywać przeszłość. Między innymi dlatego książka Federowicza odsłania przede mną fragment historii, którego nie dane mi było poznać. Oczywiście – szkolne podręczniki przekazały mi wiedzę dotyczącą hiperinflacji, braku dostępności towarów na sklepowych półkach, czy nadmiernie rozbudowanych aparatów administracji państwowej, ale to wciąż wiedza „papierowa” i mocno abstrakcyjna dla osoby dorastającej w dobrodziejstwach kapitalizmu. Dla przeciętnego ucznia rzeczywistość naszych rodziców jest naprawdę trudna do wyobrażenia. Dlatego też proponuję wprowadzić „W zasadzie tak” do licealnego kanonu lektur – może być nieobowiązkowa, bo wiadomo przecież, że te czyta się znacznie chętniej.

Ta niedługa książeczka jest zbiorem felietonów, w których autor stawia sobie za cel udzielenie odpowiedzi na ponadczasowe pytanie „Jak żyć?”. I faktycznie takiej odpowiedzi udziela – ba! – daje gotowy przepis, niemalże instrukcję obsługi życia, stając się przewodnikiem po absurdach codzienności. Kreuje satyryczny obraz epoki starając się jednocześnie utrzymać czytelnika przy zdrowych zmysłach, jak i (a może przede wszystkim) oszczędzić mu nerwów podczas codziennej szarpaniny z systemem. Cudowny sposób na osiągnięcie zen w kontaktach ze światem zewnętrznym opiera się na koncepcji „niczego dobrego się nie spodziewam, więc nie dam się niemile zaskoczyć”. I faktycznie, przypominam sobie, że tego rodzaju nastawienie przychodziło mi kiedyś instynktownie, chociaż poszło się paść w starciu z macierzyństwem. I faktycznie wcześniej byłam znacznie mniej zestresowanym człowiekiem.

Sama lektura działa zaskakująco odprężająco i ma pocieszycielską moc – poza oczywistym rozbawieniem, niejednokrotnie odczułam prawdziwą ulgę, że jednak przyszło mi żyć w takich, a nie innych czasach. Chociaż podejrzewam, że te 50 lat temu czytanie o nowoczesnych sprzętach kupowanych do pokoi hotelowych, po to, by były, a nie po to, by działały, o znakach drogowych, które stoją, żeby stać, a nie po to, by były respektowane i o ekspedientkach, które zdecydowanie nie mają na celu sprzedaży dóbr i usług mogło być znacznie mniej zabawne.

„Korzystając z naszej uaktualnionej mapy, znacznie rzadziej spoglądamy na drogowskazy, ponieważ na naszych szosach daje się zaobserwować pewne zachwianie proporcji między drogowskazami drogowymi, a drogowskazami dyktowanymi przez chęć uzewnętrznienia naszych uczuć. Tak więc czasem znacznie łatwiej przeczytać, którędy wiedzie droga do lepszego jutra, natomiast trudniej się zorientować, którędy do Sosnowca.”

W niektóre aspekty socrealistycznej rzeczywistości trudno uwierzyć, inne zdają się być czymś zupełnie oczywistym. Lektura pozwala docenić zmiany społeczne i kulturowe, które nastąpiły w przeciągu ostatnich dziesięcioleci – od stosunku do pieniądza, przez powszechną dostępności samochodów aż po jakość obsługi klienta w sklepach i restauracjach. Pomaga też dostrzec rzeczy niezmienne, jak opieszałość urzędów, czy opryskliwość taksówkarzy.

A „umiejętność życia”, którą stara się w nas wytrenować Fedorowicz jest wartością uniwersalną i przyda się zawsze. Warto zatem poćwiczyć!

Ach! I jeszcze bardzo bardzo podoba mi się okładka – nowoczesna wersja zgrabnie nawiązująca do pierwszego wydania, naprawdę eleganckie rozwiązanie.

Jacek Fedorowicz, W zasadzie tak, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 152 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „444” Maciej Siembieda

Burzliwe losy dzieł sztuki, zarówno tych szczęśliwie zachowanych w zbiorach polskich, jak i utraconych podczas niejednej wojennej zawieruchy, bywają gotowymi scenariuszami filmów akcji, lub tylko czekają na spisanie w powieści sensacyjnej (osobiście nie mogę się doczekać, aż ktoś w końcu sfabularyzuje losy „Sądu Ostatecznego” Memlinga, który wreszcie doczekał się porządnej popularyzacji. Bo historia jest genialna, ale i piekielnie trudna do przedstawienia.). Inspirują tajemnicze okoliczności powstania obrazów, niejasne pobudki fundatorów, rozbudowana symbolika, grabieże, oferty kupna, nanoszone poprawki i przemalowania, aż w końcu całkiem częste przypadki zniknięcia z kart historii, urwane tropy, domysły, trwające latami poszukiwania i cudowne odzyskiwanie skradzionych dóbr kultury, które co jakiś czas wypływają na aukcjach albo odnajdują się na strychu wiekowego esesmana.

„Portret młodzieńca” Rafaela, Bursztynowa Komnata, działalność słynnych „The Monuments Men” i w końcu „Chrzest Warneńczyka” Matejki pociągają nie tylko ze względu na kunszt artystyczny dzieł sztuki i nostalgię po ich utracie, ale również swoją historią, tajemniczością i obietnicą przygody.

Siembieda urzekł mnie ironicznym poczuciem humoru i zgrabnym połączeniem faktów historycznych z własnymi domysłami i czystą literacką fikcją. I genialnymi porównaniami!

„Po namyśle i przeliczeniu kalorii zdecydował się na kawałek francuskiego sera, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu brzmiała: „nogi listonosza w sierpniu”, ale smakował wyśmienicie.”

Głównego bohatera naprawdę da się lubić. Ja polubiłam go momentalnie, gdy wykazał się  perfekcyjną znajomością moich ukochanych lektur z dzieciństwa. Bądźmy szczerzy – ludzi zaczytanych w „Tajemniczej Wyspie” nie można nie lubić.

„Tom – wyblakłej żółtej oprawie był tak zaczytany, że przypominał solidną porcję lasagne.”

– i choć miłośnicy książek „bez śladów użytkowania” i czciciele wszelkiego-słowa-jakie-kiedykolwiek-zostało-wydrukowane zapewne złapią się za głowy, to moje wydanie trylogii Verne’a wygląda bardzo podobnie.

Wracając do bohatera – Jakub Kania jest błyskotliwym prokuratorem IPNu specjalizującym się w ściganiu zbrodniarzy i odzieraniu z fałszu względnej prawdy historycznej, który zupełnym przypadkiem i całkiem prywatnie zaczyna interesować się sprawą zaginionego przed laty „Chrztu Warneńczyka” Matejki. Rozpoczyna więc poszukiwania w stylu Pana Samochodzika – zawędruje nawet na mazurskie wyspy! (A seria Nienackiego była, tuż obok Verne’a, drugą moją zaczytaną na śmierć, najulubieńszą lekturą beztroskich lat. Pewnie podobnie jak u większości historyków sztuki.).

I przy tym jest to powieść sensacyjna z prawdziwego zdarzenia – jest pilnie strzeżona przepowiednia, przedwieczne bractwo, tajemnicze zabójstwa, wojny religijne, wyścig z czasem i agenci potrafiący pokonać przeciwnika przy użyciu jednego palca. Tym, co szczególnie mi się podobało, jest brak „oszołomstwa”, często charakteryzującego książki tego gatunku – bohater nie jest mitycznym herosem (choć jak na mój gust jest nieco zbyt przystojny), popełnia błędy, bywa niepewny i nie zawsze rozwiązuje postawione przed nim zagadki. Dzięki bogatemu czerpaniu z historii (której wyobraźnia autora dodaje drugie dno) i zachowaniu umiaru podczas korzystania z efektów specjalnych jest to opowieść, w która naprawdę łatwo uwierzyć. Mimo pewnych bardzo sprzyjających bohaterowi zbiegów okoliczności – no bo kto z nas ma w rodzinie dwóch tajnych agentów zupełnie różnych wywiadów? Z drugiej strony ostatnie pięćdziesięciolecie to były naprawdę ciekawe czasy.

Wplatając w fabułę wiele pobocznych, pozornie nieistotnych wątków, Siembieda buduje historie kreowanych przez siebie postaci robiąc z nich osoby z krwi i kości – stworzone ze swych marzeń, doświadczeń, przeżyć, sukcesów i rozczarowań.

Duży plus również za nienachalny wątek romantyczny, który, choć bardzo istotny, w żadnym wypadku nie wysuwa się na pierwszy plan (chociaż Kasia również jest nieco zbyt urodziwa jak na mój gust. Ja chyba po prostu preferuję brzydali).

Podążając za słowami przedwiecznego proroctwa autor przenosi nas z miejsca na miejsce – od współczesnej Warszawy, gdzie dzieje osadzony został trzon fabularny historii, przez średniowieczne tereny dzisiejszej Portugalii, wojny Władysława Warneńczyka, dwór cara Aleksandra I, krakowską pracownię Matejki i powstanie styczniowe aż do odległej przyszłości. To prawdziwa żonglerka czasów, miejsc i kultur, gdzie wspólnym mianownikiem jest konflikt religijny między światami chrześcijaństwa i islamu. Niezwykle wciągająca podróż, którą pochłania się jednym tchem.

Jeśli coś mi się w tej książce nie podobało, to przeskok w przyszłość. Rozumiem konieczność tego zabiegu dla zamknięcia fabuły, podoba mi się również koncepcja, zgodnie z którą w ostatecznym rozrachunku bogaci będą biednymi, a pierwsi ostatnimi. Jednak tunele czasoprzestrzenne, awatary i skanowanie fal mózgowych to zupełnie nie moje klimaty. A i wizja potęgi, jaką w przyszłości (wreszcie) osiągnąć ma nasz kraj zdaje się być nieco zbyt utopijna. Chociaż moralizatorskiemu Matejce z pewności by się spodobała. Osobiście wolę jednak, żeby niektóre nierozwiązywalne tajemnice zostały tajemnicami.

Bardzo się cieszę z „odczarowania” Matejki, który dotychczas wrzucany był do jednego worka z malarstwem historycznym i „malarzami końskich zadów”, przez co odbierany jest jako artysta po prostu nudny i nieciekawy. Ba, pamiętam nawet, że niektórymi jego dziełami narracyjnymi ilustrowane były moje podręczniki do historii (sic! a przecież nie jestem jeszcze bardzo stara!), choć trudno o malarza bardziej ahistorycznego niż właśnie Matejko. Fantastycznie, że ktoś w końcu sięgnął po mistycyzm i historiozofię „malarza straconych szans”.

Polecam fanom historycznych zagadek i niewyjaśnionych tajemnic. Sama z wielką chęcią sięgnę po kolejny tom przygód prokuratora Kani.

Maciej Siembieda, 444, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 560 s.

Za przyjemność lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Chciałabym, chciała… O czym Polki marzą w łóżku” Andrzej Depko, Sylwia Jędrzejewska

„Polki stają się coraz bardziej wymagające wobec partnerów, werbalizują swoje potrzeby, chcą czerpać z życia seksualnego pełną satysfakcję. Fantazje pozwalają im na wprowadzenie się w stan podniecenia seksualnego bez uwzględnienia wpajanych przez modele wychowawcze zahamowań seksualnych. Jeżeli kobieta docenia własną atrakcyjność fizyczną, powinna również doceniać własny umysł, który jest równie jak ciało zdolny do kreowania przyjemności seksualnej.”

„Chciałabym, chciała…” to książka napisana przez dwoje seksuologów, którzy obrali sobie za cel „odczarowanie” kobiecych fantazji, które wciąż pozostają ukryte w sferze tabu i zawstydzenia.
W latach 2007-2012 w radiu Tok FM Andrzej Depko oraz Ewa Wanat prowadzili audycję „Kochaj się długo i zdrowo”. W odpowiedzi na wygłoszoną w owym programie prośbę niemal trzysta kobiet zdecydowało się wysłać opisy swoich intymnych fantazji dla celów badawczych. I to właśnie z nadesłanych przez Polki tekstów powstała ta książka.

 

Nadesłane fantazje pogrupowane zostały na 10 kategorii zgodnie ze… skalą Beauforta (:D), gdzie rolę podmuchów wiatru pełnią śmiałość opisu i intensywność doznań. Każdy „stopień fantazji” zakończony jest krótką rozmową autorów, gdzie pytania i odpowiedzi skupiają się na najczęściej poruszanych w fantazjach tematach. Te małe podsumowania pomagają w uporządkowaniu licznych, chaotycznych czasem wypowiedzi, wyjaśniają wątpliwości i oswajają lęki.

Autorzy stawiają sobie za cel przekonać czytelnika, iż fantazje seksualne to zupełnie naturalny i całkowicie normalny fenomen psychiki, są jednym z elementów składających się na ludzką seksualność. Lektura ta, ma w założeniu stać się inspiracją do odkrywania przez kobiety własnych fantazji i ożywiania wyobrażeń. Dla mężczyzn natomiast ma być źródłem wiedzy o „intrygującej odmienności seksualnej kobiet”.

Seksuolodzy nie próbują tłumaczyć, „okiełznać” przesłanych do nich fantazji. Zostawiają je takimi, jakimi są w przekonaniu, że kobieca „seksualność sama się obroni” i nakładanie na nią kagańca męskiej narracji jest zupełnie zbędne. Interpretacja owych opisów zostaje zatem pozostawiona wyłącznie w gestii (i woli) czytelnika.

„Lektura tej książki uprawnia nas jedynie do otwartej dyskusji na temat wyobraźni erotycznej Polek.”

Szczególnie, że próby interpretacji samych, wyjętych z kontekstu fantazji, bez znajomości biografii i doświadczeń seksualnych danej osoby byłaby bezużyteczna i mijałaby się z celem.

Nikt tu zatem nikogo nie ocenia, nie poucza. Lektura ma jednak w pewien sposób charakter edukacyjny – rozwiewa wątpliwości i pozwala na skonfrontowanie własnych wyobrażeń z fantazjami innych, zupełnie anonimowych kobiet.

„Osobowość człowieka powstaje bowiem w wyniku oddziaływania na mechanizmy biologiczne bodźców społeczno-kulturowych zgodnych z tradycjami kulturowymi, w których człowiek się wychowuje i w których funkcjonuje.”

Tłumaczy zahamowania psychiczne wpojone w procesie socjalizacji seksualności i tradycje kulturowe oraz wzorce zachowań odmienne dla obu płci (gdzie tak naprawdę kobiecie niewiele wolno), dzięki czemu łatwiej umiejscowić postrzeganie seksualności w kontekście społecznym i kulturowym. Wyjaśnia różnice między wyobraźnią kobiety i mężczyzny, odmienność ich sposobów postrzegania i odczuwania.

„Jedną z cech charakterystycznych odróżniających fantazje erotyczne kobiet od męskich jest ich koncentracja na emocjonalnej bliskości i zażyłości z osobą z fantazji.”

I co najważniejsze – autorzy robią to wszystko z całkowicie zrozumiały sposób. Spotkałam się kiedyś z opinią, że jeżeli nie potrafisz czegoś wyjaśnić wystarczająco prosto i jasno, to znaczy, ze sam nie do końca to rozumiesz. A Depko rozumie ;) Nie chowa się za medycznym żargonem i mądrze brzmiącymi definicjami, swobodnie korzysta truizmu mówiącego, że czasami to najprostsze porównania są tymi najlepszymi. Mówi o ludziach i do ludzi.

„Przypomina mi się, jak Shrek rozmawiał z osłem i tłumaczył mu, że ogry mają warstwy. Nasza seksualność też je ma. Co więcej, one ulegają modyfikacjom, a rola terapeuty jest docierać do wszystkich warstw, ale jak archeolog – delikatnie, miotełką, a nie od razu wbijać szpadel i wyciągać na wierzch najgłębsze pokłady.”

Książkę momentami czyta się stosunkowo trudno, bo nierówno – właśnie ze względu na jej formę. Każda z autorek pisze w inny sposób – są fantazje opisane z nutą humoru i zupełnie poważne, wręcz pełne patosu. Od lapidarnych wypowiedzi składających się z kilku zdań, przez rozbudowane opisy, aż po dopracowaną biografię seksualną zawierającą wszystkie doświadczenia erotyczne na przestrzeni całego życia autorki. Określone prostymi słowami i pełne tekstów zaczerpniętych prosto z harlequinów. Od porywających, po strasznie męczące, od dzikich, zakazanych przygód, po romantyczne, pełne delikatności i słodyczy zbliżenia. Wysublimowane i ekscytujące, grafomańskie i trącące kiczem, a mimo to pełne wspólnych elementów i powtarzających się motywów.

Podobnie jest z nastawieniem do fantazjowania – znajdziemy tu postawy pełne akceptacji, a także zdradzające zaniepokojenie, budzące wstyd, niepewność, wątpliwości „czy na pewno wszystko ze mną w porządku?”. I w podobny sposób, jak opisane fantazje są powodem różnych reakcji autorek, tak samo wiele emocji budzą w czytelniku – raz jest to niesmak, raz pełne rozbawienia politowanie, czasem uniesienie brwi, a czasem palące rumieńce i energiczne kiwanie głową, bo „Tak, też kiedyś o tym myślałam!” albo „O, tego też chciałabym kiedyś spróbować!”.

Ta pozycja zawiera w sobie całą gamę odczuć i reakcji – i to od obydwu stron – nadawcy i odbiorcy komunikatu. I w dodatku jest bardzo atrakcyjna wizualnie ;)

Andrzej Depko, Sylwia Jędrzejewska, Chciałabym, chciała… O czym Polki marzą w łóżku, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 278 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.