Czas na czytanie: „Nomen omen” Marta Kisiel

„(…) nieszczęsna dusza! Udręczona! Niezaspokojona! Przemierzająca po nocach zaułki miasta, by zaspokoić żądzę krwi niewieściej! Mroczne tajemnice wreszcie wychodzą na jaw! Po jednej stronie barykady młodzi kochankowie, których pragnie rozdzielić zły los… (…) …po drugiej zaś złowrogi szermierz śmierci! Kto zwycięży?”

Macie czasem coś takiego, że jednocześnie bardzo chcecie przeczytać jakąś książkę (teraz, już, natychmiast!) i jednocześnie bardzo nie chcecie mieć jej przeczytanej, bo macie świadomość, że nie ma już więcej? To właśnie ja przed ostatnią nieprzeczytaną książką Marty Kisiel.

„Nomen omen” spędziła dobre dwa miesiące na moim stoliku nocnym – zawsze na samym szczycie, bo mimo sentymentu do „dożywotniej” szaty graficznej, uwielbiam okładkę nowego wydania. Oglądałam, głaskałam, robiłam zdjęcia… Ale kiedy wreszcie zabrałam się za czytanie, to pożarłam w dwóch kęsach.

Salomea Klementyna Przygoda została pokarana przez los zdrowo szurniętymi rodzicami (chociaż tego świadomy jest każdy, kto tylko zerknie na jej dowód), pociesznym, acz mocno uciążliwym młodszym bratem i urodą będącą skrzyżowaniem Brienne z Tarthu z Sansą Stark. Po jednym z wyjątkowo niedyskretnych wybryków matki – pasjonatki seksu tantrycznego – postanawia dać sobie nieco odetchnąć od rodzinki i rozwinąć skrzydła w wielkim mieście. Znajduje więc spokojną pracę i wynajmuje pokój u miłej starszej pani. I w tym momencie jej życie dopiero zaczyna się robić ciekawe. Właściwie to wchodzi na zupełnie nowy poziom bycia ciekawym. Od papugi w łóżku, przez staruszki, które dwoją się i troją w oczach, przez nieplanowane kąpiele w Odrze i nocne przebieżki po cmentarzach. Miłość, śmierć, mitologia i Warcraft.

Ta część podobała mi się bardziej od „Toń” (jakoś zupełnie nie idzie mi czytanie w odpowiedniej kolejności, oj tam oj tam) – tam nieszczególnie podchodził mi motyw podróży w czasie, czego w tym przypadku szczęśliwie mi oszczędzono. Wiadomo, że krwiożercze umarlaki terroryzujące blondynki Wrocławia to zdecydowanie lepsza opcja!

Znalazłam tu wszystko to, co u Ałtorki lubię najbardziej – elokwencję zmuszającą mnie do internetowo-słownikowych poszukiwań, poczucie humoru, które sprawia, że pochrumkuję  radośnie między stronami, duża dawkę girl power, romantycznego bohatera, kompletnie zakręcone indywidua – jedno dziwniejsze od drugiego, i nutę nostalgii za zaprzeszłą przeszłością. No i oczywiście zjawiska bardzo nadprzyrodzone.

„Spełnienie! Odkupienie! Zemsta! Namiętność! I Papuga!!!”

Marta Kisiel, Nomen omen, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 366 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Pierwsze słowo” Marta Kisiel

Całkiem niedawno odkryłam przepis na szczęście. Okazuje się, że wystarczy odnaleźć fantastyczną pisarkę ze sporym dorobkiem i cieszyć się nadrabianiem czytelniczych zaległości. I w ten właśnie sposób radośnie, choć nie do końca po kolei, nadrabiam twórczość Pani Marty Kisiel.

Mam już za sobą serię „Dożywocie” i całkiem od niej odmienną książkę „Toń” i wydawało mi się, że poznałam już obie twarze autorki. Okazuje się jednak, że to dopiero czubek góry lodowej.

„Pierwsze słowo” to zbiór jedenastu opowiadań powstałych na przestrzeni lat. Poza tak dobrze mi już znanym humorem, sporym zaskoczeniem okazały się dla mnie historie mroczne, krwawe i ani trochę nie śmieszne. Szczególnie trzy z nich – dotyczące choroby i śmierci dzieci wstrząsnęły mną szczególnie. Może dlatego, że akurat jestem na takim etapie „początkującej matki”, że najmniejsze, nawet potencjalne cierpienie dziecka nie pozwala mi zasnąć w nocy. A może to właśnie specyfika krótkiej formy jaką jest opowiadanie – uciętej i niedopowiedzianej – wzmaga we mnie poczucie grozy i kolokwialnie mówiąc „robi robotę”. Albo to po prostu Marta Kisiel, która o czym by nie pisała, zawsze zrobi na czytelniku piorunujące wrażenie.

Niemniej jednak zawsze wiedziałam, że nieszczególnie umiem czytać opowiadania – kiedy zdążę wczuć się w klimat i dobrze związać z bohaterami, cała zabawa zazwyczaj się kończy. No, chyba, że to opowiadanie w styli „Dożywocia” właśnie – kiedy następuje po nim kilkutomowe rozwinięcie tematu.

Swoją drogą dwa opowiadania ze zbioru miałam przyjemność czytać całkiem niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku i myślałam, że po prostu przerzucę te kilkadziesiąt stron skupiając się na innych utworach. Byłam bardzo naiwna, jak mogłam sądzić, że przejdę obojętnie obok okołolichotkowych historii. Nie da się, musiałam je sobie odświeżyć (w końcu mogłam pozapominać już jakieś szczegóły!) i bawiłam się równie dobrze, co za pierwszym razem. Jednak ten lekki, pełen humoru styl pasuje mi bardziej, niż urywki z rodzicielskiego horroru ujętego zupełnie na serio, choć w realiach dalekich od rzeczywistości.

Chyba jednak muszę się przyzwyczaić do myśli, że Marta Kisiel zawsze mnie zaskoczy. A czeka na mnie jeszcze kilka wytworów jej szalonej wyobraźni, więc niejedno zaskoczenie przede mną. Już nie mogę się doczekać!

Marta Kisiel, Pierwsze słowo, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Oczy uroczne” Marta Kisiel

Moja ekscytacja na samą myśl o tej książce była przeogromna, a entuzjazm podczas odbierania przesyłki porządnie wystraszył kuriera. Rzuciłam wszystko i dosłownie pożarłam. A teraz mi żal, że już się skończyło.

Chociaż żeby być zupełnie szczerym, gdzieś w głębi duszy miałam względem tej książki pewne obawy. W porównaniu z historią z Lichotki, „Szaławiła” nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, nie tylko dlatego, że była opowiadaniem (a ja nie do końca umiem w opowiadania), ale jak zwykle nieszczególnie przekonuje mnie kobieta jako główny bohater. Szczególnie, jeśli mości się na zgliszczach opowieści, która skradła mi serce.

Nie da się ukryć, że jednak Konrad jest mi zdecydowanie bliższy i znacznie łatwiej było mi się z nim utożsamiać, niż z waleczną szaławiłą nie do zdarcia. Tak samo, jak wciąż przedkładam kichające anioły nad czorty z wadą wymowy, choć te drugie też są do serca przytul. Ale kiedy wiłę ogarnął słuszny gniew na ludzką głupotę, to aż mną miotało po pokoju. Oj, w tym temacie nie trudno jednak znaleźć między nami kilku podobieństw.

Mimo zmiany obsady, konwencja utworu nie pozwala zapomnieć, że to jednak kolejna część tego samego cyklu. I chociaż Odę lubię troszkę mniej, niż Konrada, a Bazyla troszkę mniej, niż Licho, to jednak wciągnęłam się momentalnie i nie byłam w stanie się oderwać. To równie dobra część, co dwie poprzednie. Wciąż ten sam humor, ten sam klimat i ten sam urok.

W odróżnieniu od wcześniejszych tekstów z tej serii, nie ma tu aż tylu nawiązań do rodzicielstwa i błędów wychowawczych, choć te wciąż się pojawiają. W końcu co ty to była za frajda, gdyby olbrzymi, rogaty demon nie troszczył się o główną bohaterkę niczym przykładna mama kwoka? Tym razem znajdziemy tu więcej na temat poszukiwania siebie i swojej drogi, życiowych wyborach, oraz zmaganiu się z dziedzictwem, wychowaniem i przeszłością. Jest trochę smalenia cholewek i mnóstwo awantur. I pączki. Ale przede wszystkim dość gorzka refleksja nad postępującym brakiem rozsądku i złudnym poczuciem bezpieczeństwa objawiającym się tak popularnym ostatnio ruchem antyszczepionkowym.

Bo jest to przede wszystkim książka o zarazie. Oby nie okazała się prorocza, bo nie wiem, czy znajdzie się jakaś dzielna wiła, która w parze z demonem ocali nas przed kłopotami, które możemy sami na siebie sprowadzić.

Tylko Rocha mi było mało. Ale jak już był, to wymiatał, skubaniec.

Marta Kisiel, Oczy uroczne, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 320 s.
(premiera 13.03.2019)

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Toń” Marta Kisiel

Ta książka wzbudza w mnie sporo sprzecznych emocji, bo jej dwa główne elementy są dla mnie jak ogień i woda i mam do nich zupełnie różny stosunek. Pierwszym jest koncepcja podróży w czasie, której (w przeciwieństwie do mojej najlepszej przyjaciółki) nie cierpię odkąd John Connor w którymś z ostatnich „Terminatorów” był starszy od swojego ojca. Chyba każdy już próbował mi tłumaczyć dlaczego tak się stało, a ja nadal nie ogarniam. Drugą, równie ważną składową powieści jest poszukiwanie zaginionego w czasie wojny dziedzictwa kulturowego, co uwielbiam i z czym stykam się na co dzień. Złote pociągi i te sprawy, chyba każdego trochę kręcą te klimaty.

DSC_1439

Do tego dodać należy specyficzny humor autorki – tak różny od „Dożywocia”, a jednak wciąż ujmujący.

mitologiczne stwory, gadatliwe sąsiadki (w sumie nie wiadomo, co budzi większy postrach), zatęchłe antykwariaty, specyficzne zegarki, błędy wychowawcze (chyba każda z dotychczas przeczytanych książek Marty Kisiel uderza mnie przestrogami w tym temacie), przynajmniej jeden bezwzględny morderca i stale narastająca liczba trupów. Jest chciwość – zarówno wiedzy, jak i bogactwa. Jest hekatomba wojny i piętno, jakie pozostawia po sobie nieszczęśliwe dzieciństwo.

Za konstrukcją tej powieści trudno nadążyć, podobnie jak za postrzelonymi bohaterami. Bywa upiornie i bywa zabawnie. I nie sposób odłożyć jej bez refleksji, szczególnie, że naprawdę rozumiem pobudki potępionego spektakularnie czarnego charakteru.

A cała historia ucina się nagle pozostawiając czytelnika w pewnym szoku i ze sporym niedosytem. Bo chociaż większa część zagadki została rozwiązana, to jednak wciąż tyle można by powiedzieć, a pytania piętrzą się całymi stosami. Przez co teraz nie bardzo wiem, co zrobić ze swoim życiem. Pozostaje chyba czekać na drugi tom, bo nie wyobrażam sobie, by cała ta zgraja indywiduów wszelakich mogłaby zostać pozostawiona na pastwę zapomnienia.

Naprawdę nie wiem, co zrobić z tą książką. Poza jak najszybszym przekazaniem jej w ręce przyjaciółki. Nie wiem nawet, czy mi się podobało. Ale nie da się ukryć, że utonęłam i nie bardzo potrafię trafić z powrotem.

Marta Kisiel, Toń, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 316 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Siła niższa” Marta Kisiel

Wystarczy spojrzeć na okładkę tej książki i już pozamiatane. Czy jakakolwiek dodatkowa recenzja jest jeszcze potrzebna?

Podczas cotygodniowej wizyty w Tesco, Konrad przypadkowo dowiaduje się, że nie jest sam we wszechświecie. A anioł stróż to nie taki znowu wyjątkowy kompan i już nie jednemu chłopu ketchup wybierał. Jako, że nadmierna ciekawość prowadzi prosto w ramiona koszmaru, nabzdyczony i niepogodzony z bólem żywota Konrad ściąga sobie na głowę stale nowe atrakcje – a każda ciekawsza od poprzedniej.

Tym co najlepsze z najlepszych, jest fakt, że autorce jakimś cudem udało się osiągnąć kosmiczną równowagę – między weltshmertzem a komizmem, powagą tematu a lekkim do niego podejściem, grafomanią a porywającą akcją, ścinającym krew w żyłach dramatem, a słodko-kochaną puchatością Licha.

Przez dobre pół książki chciałam jedynie bardzo mocno kopnąć Konrada w rzyć, ale pod koniec i tak najchętniej wydziergałabym mu ciepłe bamboszki.

I naprawdę nieczęsto można to powiedzieć, ale druga część była nawet lepsza od pierwszej – być może dlatego, że znam już ten rodzaj szaleństwa i wśród tej dziwacznej zbieraniny czuję się jak w domu, ale mam wrażenie, że „Siła niższa” jest spójniejsza i bardziej „na temat” niż „Dożywocie”. A może po prostu to sam temat jest mi bliższy, jako młodej matce z, jeszcze do niedawna, silnym wypaleniem psychicznym. No i nie ukrywajmy, wymiana egzaltowanego nieszczęsnego Szczęsnego, na rubasznego wikinga-wiecznego-optymistę to naprawdę dobry deal.

seanse spirytystyczne, niechciane anioły, samotne matki, grzechotki drewniane model Mjölnir, stado różowych króliczków, rodzinne ciepło, poszukiwanie własnego miejsca, zagrożenia wynikające  z nieumiejętnego korzystania z Internetu, wyjątkowo pomocne siły Wermachtu, atakujący dżender, pierwotne zło wypełzające z piekielnych otchłani i śliniące się niemowlaki (chociaż to w sumie trochę to samo).

Kocham nieprzerwanie!

Marta Kisiel, Siła niższa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 320 s.

Czas na czytanie: „Dożywocie” Marta Kisiel

Już po pierwszych stronach „Małego Licha” wiedziałam, że wpadnę po same uszy. A kiedy tylko dowiedziałam się, że są przynajmniej dwie książki dla dorosłego odbiorcy, które opisują wcześniejsze dzieje tej specyficznej patchworkowej rodziny, poleciałam do księgarni z wywieszonym językiem. Nie bawiłam się nawet w zamawianie w niedrogich internetowych księgarniach, trafiłam prosto do empiku, byleby mieć je teraz zaraz. I od razu zaczęłam czytać, w końcu regał wstydu czeka już tak długo, że na pewno się przyzwyczaił!

Niewątpliwie za sporą część mojej miłości odpowiada język autorki. Pełen dziwacznego, potocznego słownictwa na granicy słowotwórstwa, udziwniony i rozpoetyzowany z olbrzymią dawką humoru i zaskakujących porównań. Gdybym już nie była tak strasznie rozentuzjazmowana, to i tak z pewnością zakochałabym się wraz z pierwszym „chabaziem”.

No i bohaterowie. Totalnie zakręcona zbieranina indywiduów wszelakich – od zmęczonego życiem pisarza o złamanym sercu, przez nieletniego anioła stróża z obsesją sprzątania i alergią na pierze, pradawnego demona z czeluści najczarniejszego zła o niewątpliwym talencie kulinarnym aż po romantyczne do porzygu widmo i parchate utopce.

Wiecie, jakiego literackiego bohatera nie lubiłam najbardziej na świecie przez całą moją nieszczęsną edukację? Wertera wraz z jego całym marudnym nicnierobieniem i ciągłym użalaniem się nad sobą. A Panicz Szczęsny jest jeszcze gorszy (bo jednak bez Goethego)! Mimo to nawet nie wiem jak i kiedy to się stało, że zupełnie przez przypadek udało mi się go polubić tolerować. Głównie za sprawą komizmu. Bo komizmem sytuacyjnym ta książka wręcz ocieka.

Na pewno nie każdemu tego rodzaju grafomania podejdzie do gustu, bo chociaż jest tu sporo treści, to jednak główne idee dałoby radę przedstawić na kilkunastu stronach. Ale nie tak! Zdecydowanie wolę taką rozlazłą formę. A i tak już palce mnie świerzbią do drugiej części.

W tej książce jest wszystko i nic – problemy z dojrzałością, rodzicielstwem, miłością, poszukiwaniem swojego miejsca i sensu życia. Szczypta ekologii, mnóstwo ciężaru egzystencji, radzenie sobie z odmiennością (swoją i innych), ciężar odpowiedzialności i bardzo lewicowa koncepcja rodziny. I różowe króliczki. To taka opowieść o Ohanie z bajki Lilo i Stich, tylko bardziej i przeniesiona ze słonecznych Hawajów do nawiedzonego dworku w środku wielkiego nigdzie. Ale to kochane ciepełko w klatce piersiowej to samo. I problemy z małolatami też podobne. Co z tego, że małolaty mają po kilkaset lat.

Jest ekstra!

Gdybym miała więcej wyobraźni, samozaparcia i w ogóle potrafiła choć trochę pisać książki, to chciałabym, że moje dzieło życia wyglądało właśnie tak.

Tylko jeden mały szczegół co chwila mnie drażnił – uparte nazywanie Lichotki „gotyckim domem”. Wiem, że w książce pełnej widm, potworów i różowych króliczków dopatrywanie się błędów rzeczowych jest zapewne błędem rzeczowym samo w sobie, ale i tak mnie to męczyło. Bo 200 letni dom, nawet wyjątkowo uporny może być neogotycki albo stylizowany. Chociaż zapewne Licho po prostu chciało gotycki i taki właśnie dostało.

Marta Kisiel, Dożywocie, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 376 s.

Czas na czytanie: „Dwór szronu i blasku gwiazd” Sarah J. Maas

W tym roku Sarah J. Maas i Wydawnictwo Uroboros, we wprowadzaniu świątecznego klimatu, wyprzedziło ciężarówki Coca-Coli, „Last Christmas”, a nawet centra handlowe! Dzięki nim mogłam poczuć magię świąt już na początku października.

Velaris szykuje się do świętowania Przesilenia – najdłuższej nocy w roku. Jego mieszkańcy poszukują prezentów dla najbliższych, zdobią domy wszelakimi badylami i łańcuchami, przygotowują wystawną kolację i piją zastraszające ilości wina i zachwycają się padającym śniegiem.

I jednocześnie podnoszą swoje miasto z gruzów. Pierwsze przesilenie po wojnie nie może być łatwe. Nie, kiedy tylu mieszkańców nie wróciło do domów, nie kiedy dorośli i dzieci zmagają się z rozpaczą i tęsknotą za utraconymi rodzinami.

Smutek przeplata się z nadzieją, a nostalgia z entuzjazmem. Ferya zmaga się z nowymi obowiązkami, Ryhs z zarzewiem buntu, a wywalczony z takim poświęceniem pokój jest nietrwały jak płatki prószącego śniegu. Wszyscy zasługują na spokojne święta w gronie rodziny. Cóż jednak poradzić na to, że nie ma porządnych świąt bez świątecznej katastrofy? A o katastrofę nie trudno, kiedy ma się w rodzinie Nestę.

Opowieść o rodzinie i domowym ognisku, o pustce i nadziei. Bywa zabawnie i namiętnie, bywa ciepło i przytulnie, bywa uroczo i roztkliwiająco. Bywa też przewidywalnie. Ale jest to przede wszystkim pachnąca apetycznie przekąska wzmagająca tylko apetyt na koleją część „Dworów”. I kończy się zdecydowanie zbyt szybko.

Jest tu też duża dawka sztuki, która tak mnie urzekła u Maas. Tym razem twórczość artystyczna okazuje się być katalizatorem emocji, sposobem na przepracowanie wojennej traumy i misją na kolejne powojenne miesiące.

„Dwór szronu i blasku gwiazd” to krótki przerywnik, małe czekadełko wciśnięte między właściwe tomy powieści, niepozwalające fanom zapomnieć o tej serii. I mam wrażenie, że po tej lekturze jeszcze bardziej burczy mi w brzuchu.

Sarah J. Maas, Dwór szronu i blasku gwiazd, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

 

Czas na czytanie: „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Maas

Nie ma pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że „Dwory” są trylogią i że trzymam w rękach ostatnią część przygód Feyri Archeron. Zapewne właśnie dlatego żadne z moich przypuszczeń względem tej książki się nie spełniło.

Mimo wszystko spodziewałam się większej ilości masakry. Musiałam być naprawdę krwiożerczo nastawiona, skoro wyjątkowo nierówna wojna z udziałem potworów i bóstw śmierci, która pochłonęła mnóstwo, ofiar to dla mnie za mało. A jednak – dwie postacie, które typowałam do uśmiercenia i już zdążyłam opłakać rzewnymi łzami, wyszły ze wszystkich starć niemalże bez szwanku. Zaskoczyło mnie za to, jak bardzo potrafią dotknąć śmierci postaci tak naprawdę nawet nie drugo-, a trzecioplanowych, które choć pojawiały się sporadycznie, znacząco zmieniły bieg fabuły. I to jak bardzo mylna bywa definicja potwora.

Mam wrażenie, że to był tak naprawdę tom przejściowy – autorka definitywnie zakończyła jeden wątek szykując sobie pole dla wielu kolejnych przygód – czytelnik poznaje książąt pozostałych dworów, pojawiają się intrygi, ploteczki, romanse i rodzinne sekrety. Jednocześnie wszystko ułatwia i komplikuje. A Prythian okazuje się być znacznie bardziej tolerancyjnym miejscem niż można się było dotąd spodziewać, co daje sporo nowych możliwości.

Tym razem u Pani Maas mamy mniej płomiennego romansu, za to więcej polityki i batalistyki. I może dlatego nie był on tak porywający jak poprzedni. Były momenty, w których taktyczne ruchy wojsk, porwania i zasadzki nieco mnie nużyły (to nie do końca moje klimaty), ale to ani trochę nie przeszkodziło mi w pochłonięciu niemalże 900 stron w niecałe dwa dni. I to jeszcze z buntem dwulatka w moim małym domu wariatów. Trochę tęskniłam za opisami miasta, które tak bardzo urzekły mnie w drugim tomie, choć rzut oka na weduty Dworów Jesieni, Świtu i Zimy dopieściły moją spragnioną piękna wyobraźnię i dały nadzieję na kolejne wycieczki krajoznawcze w przyszłości.

Chyba faktycznie łaknę krwi, bo przyznaję, że (choć kocham słodkaśne happy endingi) tym razem trochę rozdrażniło mnie landrynkowe zakończenie. Zły został pokonany, a większość moralnie względnych bohaterów otrzymała szansę na rehabilitację albo chociaż na ponowne rozważenie ich motywów. Co jakoś nie do końca mi leży.

No i znowu to sobie zrobiłam, choć tym razem zupełnie nieświadomie – nie zważając na nic rzuciłam się na kolejny tom niezakończonej serii. I teraz jak ta lama będę czekała rok na kontynuację. A już nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Dwór skrzydeł i zguby, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 848 s.

Czas na czytanie: „Wiedźma z lustra” Maggie Stiefvater

Uwielbiam te książki za lekkie poczucie humoru bohaterów, bezbłędne porównania i błyskotliwe podteksty pojawiające się akurat tam, gdzie kompletnie się ich nie spodziewam. Autorka musi być prywatnie niezłym gagatkiem!

Niecodzienne poszukiwania trwają, a stawka rośnie – teraz to już nie tylko ekspedycja mająca na celu odnaleźć pochowanego przed setkami laty króla, ale misja ratunkowa. Bo mama Blue dosłownie zapadła się pod ziemię i przez przypadek zaginęła w czasie zostawiając jedynie enigmatyczną podpowiedź na temat miejsca swojego pobytu. Okazuje się również, że poza poszukiwanym idolem w podziemiach jest jeszcze dwoje śpiących, a jednego z nich lepiej nie budzić dla dobra własnego i całego świata.

Trzecia część „Króla kruków” pełna jest wilgotnych, tajemniczych jaskiń, w których lęki i obawy, nawet jeśli są głęboko zakopane w sercu, stają się rzeczywistością. Okazuje się, że czarowne Cabeswater może skrzywdzić nawet nieumyślnie. To czas prób, współpracy i ślepych zaułków.

A zgodnie z przepowiednią z nocy wigilii św. Marka Ganseyowi kończy się czas. W dodatku bezwzględni poszukiwacze magicznych artefaktów depczą mu po piętach.

Kolejny tom przygód Kruczych Chłopców połknęłam w jeden dzień i już sięgam po ostatnią część serii. Dlaczego kartki w książkach Maggie Stiefvater kończą się tak szybko?

Maggie Stiefvater, Wiedźma z lustra, Warszawa: Uroboros, 2016, 413 s.