Czas na czytanie: „Dwór Srebrnych Płomieni T.1 i 2” Sarah J. Maas

Niestety to pierwszy tom Dworów, który mocno mnie rozczarował i mimo całkiem miłego zakończenia, właściwie od początku do końca się przy nim męczyłam.

Mimo czekadełka w postaci „Dworu Szronu i Blasku Gwiazd” na kontynuację przygód Feyry przyszło nam długo czekać, co też nieźle wzmogło apetyt. Entuzjazm był więc spory, ale z przykrością stwierdzam, że 4 tom ani trochę nie spełnił moich oczekiwań.

Pierwszą dużą zmianą jest zmiana narratora – głównymi bohaterami tej części są Nesta z Kasjanem i to oni prowadzą nas przez historię, choć to mnie jeszcze nie zniechęciło, bo i zmiana spojrzenia może czasem wyjść serii na dobre. Nie wyszła.

Moim pierwszym zarzutem jest przesyt scen erotycznych, który całkowicie dominuje zmieniając fantastyczną przygodę w erotyk. I to kiepski erotyk, bo to, co choćby w „Dworze Mgieł i Furii” było ekscytujące i zmysłowe, tu jest płytkie i wulgarne. Kompletnie brakuje pobudzającego napięcia między bohaterami i wzajemnego przyciągania, które udziela się czytelnikowi, a dokładnie opisane sceny seksu sprowadzają się do ulegania pożądaniu w wydaniu raczej zwierzęcym. I jak dwie pierwsze sceny w jakimś stopniu przykuły moją uwagę, choć nie spowodowały piekących rumieńców, to niezliczone kolejne raczej już przerzucałam w poszukiwaniu fabuły. I w sumie nie wiem, czy ta nijakość miała oddawać charakter bohaterów, czy to może na przykład kwestia tłumaczenia.

Drugim minusem jest spore spłycenie świata przedstawionego. Uwielbiałam czytać o pełnym cudów, barwnym Velaris i innych zakątkach świata fae, czego tutaj właściwie w ogóle nie ma. Podobnie wszystkie pozostałe postacie, poza głównymi bohaterami i Domem zostały potraktowane sztampowo i po macoszemu – zarówno Ci nowi, jak i dobrze już nam znani. Właściwie jedynym fajnym akcentem jest relacja Nesty z Domem, bo wszystkie inne Bardzo Trudne Misje i wycieczki do miejsc przesiąkniętych Pierwotnym Złem przychodzą jej nadspodziewanie łatwo.

Co prawda mamy tu duży nacisk na siłę kobiet, siostrzeństwo i babską przyjaźń, a główną tematyką jest radzenie sobie z traumą, bezsilnością i składanie siebie na nowo po potwornych przeżyciach, ale w tym wszystkim strasznie brakowało mi autentycznych emocji. A bez nich wszystko wydaje się pompatycznie sztuczne i papierowe. O tym, że bohaterka płacze ze wzruszenia wiemy, bo tak jest napisane, ale zupełnie nie odczuwamy tych emocji – jako czytelnik zupełnie nie czułam się częścią tej historii.

I na koniec, żeby symfonia narzekania była kompletna, mam również zastrzeżenia do strony wizualnej. Przede wszystkim zupełnie nie widzę potrzeby dzielenia na dwa tomy historii liczącej ledwie 900 stron, nawet wydawanej w miękkiej oprawie – poza podwajaniem ceny książki. No i okładka stylem zupełnie odstająca od poprzednich tomów – w malowniczym kolorze betonu z tendencyjnymi maskami nawiązującymi formą do masek weneckich, gdzie w powieści opisywano coś na wzór pośmiertnej maski Agamemnona. Nieładne i chybione znaczeniowo. Za to projekt wygląda na niedrogi.

No nie wiem, pewnie marudzę, ale to zupełnie nie był ten sam klimat, co w poprzednich częściach, momentami normalnie aż byłam zażenowana. Smuteczek.

Sarah J. Maas, Dwór Srebrnych Płomieni T.1 i 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 640 + 304 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Druga szansa” Katarzyna Berenika Miszczuk

Julia budzi się po wypadku w dość niestandardowym ośrodku psychiatrycznym. Nie pamięta niczego ze swojego życia ani pożaru, w którym podobno zginęła cała jej rodzina. Mimo obietnic personelu utracone wspomnienia nie powracają, pojawiają się natomiast upiorne wizje i nawołujące ją głosy rodem z horrorów. Czy oniryczna, coraz bardziej koszmarna rzeczywistość to efekt halucynogennych leków, urazu głowy, postępującej choroby psychicznej, a może podejrzana terapeutka nie mówi Julii całej prawdy? Jak to możliwe, że w ośrodku zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a poznany w nim chłopak wydaje się dzielić omamy bohaterki?

Nie potrafię określić w czym dokładnie leży problem tej książki – może brakowało mi bardziej plastycznych opisów, może kompletny brak sympatii do głównej bohaterki nie pozwalał mi uczestniczyć w jej rozchwianych emocjach i poczuciu zagubienia, a może sposób prowadzenia narracji był zbyt leniwy i mało emocjonujący – ale przez większą część lektury ta historia zupełnie mnie nie porwała. Brakowało mi tego dreszczyku nie pozwalającego odłożyć książki ani na moment i każącego siedzieć jak na szpilkach, bo „co będzie dalej, co będzie dalej”, wręcz przeciwnie – kolejne naiwne podejrzenia i posunięcia bohaterki budziły we mnie raczej zniechęcenie, niż chęć poznania dalszego ciągu. Z drugiej strony pogłębiające się wizje sprawiały raczej groteskowe, niż straszne wrażenie.

Drażniło mnie oderwanie książkowych realiów od rzeczywistości – niestety nie w formie prześladującego czytelnika przeczucia „dzieje się tutaj coś dziwnego, zaraz z szafy wyskoczy jakiś szkielet”, a raczej w formie ignorowania podstawowych zasad. Na przykład pozostawianie przyjmowania psychotropów w gestii pacjenta (wyobrażacie sobie zostawienie pacjentowi całej fiolki leków? Nie tylko niezrównoważonemu psychicznie, ale jakiemukolwiek? Przecież w szpitalach nawet paracetamol i czopki glicerynowe wydają pojedynczo i pod kontrolą lekarza!), psychiatrę zwracającego się do pacjentki słowami „Co ty bredzisz?” czy mocno zaburzonych pacjentów poruszających się po terenie ośrodka bez żadnej kontroli. Terenie zalesionym i z jeziorem pośrodku.

Niemniej jednak samo zakończenie, choć dla mnie bez „efektu wow”, okazało się całkiem ciekawa koncepcją – zarówno pod względem wytłumaczenia stanów psychicznych bohaterki, jak i niepozbawionej fantastycznej niesamowitości historii ośrodka – i to ono niewątpliwie ratuje całą książkę.

Największym plusem, poza rozwiązaniem zagadki, była postać Edytki – autystycznej córki właściciela ośrodka, której niepokojące zachowanie robiło zdecydowanie większe wrażenie niż wszystkie ośrodkowe koszmary. Moim zdaniem to jedyna dobrze wykreowana postać tej książki.

Największym minusem natomiast okazał się płaski, wymuszony wątek romantyczny, przypominający bardziej napastowanie (raz z jednej, raz z drugiej strony), niż relację opartą na emocjach i wspólnych doświadczeniach.

Podsumowując – pomysł dobry, wykonanie takie sobie. Trochę thriller psychologiczny, trochę horror, a jednak nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.

Niemniej jednak bardzo chętnie obejrzę serial inspirowany powieścią. Wydaje mi się, że dobrze przygotowana warstwa wizualna może poprawić niedociągnięcia książki i faktycznie zmienić groteskowe w straszne i nudnawe w intrygujące. Wiążę z nim spore nadzieje!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Wezwij sokoła” Maggie Stiefvater

Macie takich autorów, po których sięgacie w ciemno? Maggie Stiefvater jest jednym z moich pewniaków. I chociaż jej książki nie zajmują może miejsc w Top10 moich ulubionych, to tworzone przez nią światy mają w sobie coś hipnotyzującego i zawsze potrafią zaskoczyć.

Kruczy Cykl („Król Kruków”, „Złodzieje snów”, „Wiedźma z lustra”, „Przebudzenie króla”) wspominam z nostalgią, więc na jego kontynuację, tym razem poświęconą przede wszystkim Ronanowi zaświeciły mi się oczy.

Ktoś zabija Śniących. Bezwzględnie i bez litości. I to nie jeden jakiś pojedynczy szaleniec, a zorganizowana grupa z ponadnaturalnym wsparciem. Co gorsza, z przekonaniem, że robi dobrze, a ich misja ma dla świata najwyższą wagę. Jej członkowie pozostawiają więc swoim ofiarom ultimatum – przestajesz śnić, albo umierasz. Szkoda tylko, że Śniący, który powstrzymuje się od śnienia umiera. Umiera również kiedy oddali się za bardzo od źródła swojej mocy.

Wraz ze śmiercią Śniącego wszystkie wyśnione przez niego stworzenia zapadają w nieprzerwany, wieczny sen – niczym Śpiące Królewny. To smutne, kiedy dotyczy krów, czy wyśnionego kota. Co jednak czuć, gdy taki los czeka wyśnioną osobę? Osobę, którą zdążyłeś pokochać? Czy sny mają prawo żyć własnym życiem, czy już na zawsze powinny być zależne od swoich stwórców? Czy czyhający na życie Śniących Moderatorzy faktycznie walczą o przetrwanie świata?

Nie było mi się łatwo wkręcić w tą opowieść, ale też byłam tego świadoma już do niej siadając – poprzednie przygody Kruczych Chłopców czytałam dobre cztery lata temu (to były moje początki przelewania wrażeń po lekturze w „recenzje”, są takie nieporadne! Ale jest w nich coś uroczego), jestem więc baaaardzo nie na bieżąco, a oniryzm i przenikanie się różnych rzeczywistości nigdy nie były moimi ulubionymi konwencjami w literaturze.

Tym bardziej, że poza samym Ronanem i jego braćmi oraz incydentalnie pojawiającym się Adamem, pozostali bohaterowie znani z pierwszej serii, w pierwszej części „Śniącego” nie występują. Natomiast sporą rolę otrzymuje Declan, pojawia się również sporo nowych bohaterów pretendujących do miana „głównych”. Płynności w śledzeniu historii nie ułatwia zmieniająca się narracja, pozwala ona jednak obserwować wydarzenia i motywy działania z różnych perspektyw.

Został za to utrzymany klimat niesamowitości – gdzieś na granicy cudowności i grozy, jest i po raz kolejny zdumiewający koktajl charakterów, bo i autorka wciąż fantastycznie buduje swoje postacie. Jest też całkiem dużo na temat amerykańskiej sztuki nowoczesnej, można więc fajnie poszerzyć horyzonty, googlowałam z przyjemnością.

Poza tym, jeśli na jednej szali postawi się wszystkie „przeciwności”, a na drugiej Ronana, Ronan zawsze wygrywa, nie ma innej opcji. Ten bohater w pełni zasługiwał na swoją własną trylogię, liczę, że w kolejnych częściach poznamy go jeszcze bardziej. I że będzie zdecydowanie więcej Adama.

A przede wszystkim liczę na to, że druga część pojawi się już wkrótce. Mam nadzieje, że po „klątwie pierwszego tomu’, w drugi już wczuję się już od pierwszej strony.

Maggie Stiefvater, Wezwij sokoła, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 510 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Zodiaki” Magdalena Kucenty

Łał, że tak powiem.

Sięgnęłam po tą książkę zaintrygowana opisem całkowicie innym od tego, co zwykle czytam. Nie przepadam za sci-fi, ale tym razem biopunkowa antyutopia wyrosła na cywilizacji zmiecionej z powierzchni ziemi przez podejrzaną pandemię zadziałała na mnie jak płomień na ćmę. I przy tym aż do ostatniej chwili byłam przekonana, że to będzie dziobak – ciekawa powieść „mająca coś w sobie”, wymykająca się wszelkim standardom i klasyfikacjom, trochę dziwadło. I przede wszystkim książka dla młodzieży. Ale czegoś takiego to się nie spodziewałam.

2771 rok. Bardzo dobrze dopracowany, przerażająco zimny, bezwzględny i brutalny świat z elitarystycznym społeczeństwem pozbawionym wyższych (żeby nie powiedzieć „jakichkolwiek”) zasad moralnych. Odizolowane od skarżonego świata zewnętrznego miasta-państwa skupione pod kopułami, gdzie wszystko co ludzkie jest też sztuczne. Ze ścisłym systemem klasowym, groteskowymi inspiracjami światem antyku i wysoce ambiwalentnymi zasadami postępowania. Z jednej strony panująca wszechobecnie pochwała czystości genetycznej, która po zagładzie związanej z rozmaitymi mutacjami, rasą nadczłowieka uczyniła po prostu człowieka. Choć prawdę mówiąc „człowiek” u Magdaleny Kucenty nie ma już zbyt wiele wspólnego z człowieczeństwem. Można dojść do wniosku, że im bardziej jest ludzki, tym mniej. Z drugiej strony natomiast bardzo szeroko zakrojone eksperymenty na ludziach w celu utworzenia rasy nadludzi. Poprzez mutacje.

„Po epidemii mutacyjnej cały świat jest tylko karykaturalnym zlepkiem dawnych kultur”.

Tytułowe Zodiaki są właśnie takimi eksperymentami. Ludźmi pozbawionymi pełnego człowieczeństwa i związanych z nim praw już na etapie planowania, udoskonalonych, wyposażonych w rozmaite nadludzkie umiejętności szczurami laboratoryjnymi składanymi i rozkładanymi na części. A przy tym posiadającymi ludzkie uczucia i emocje, szukającymi sensu swojej egzystencji i nie zawsze potrafiącymi pogodzić się z narzuconymi im ograniczeniami. A świat, który przychodzi czytelnikowi poznawać ich oczami i często okaleczonymi, zdeformowanymi umysłami ze strony na stronę robi się coraz bardziej przerażający, jak koszmar, z którego nie sposób się obudzić.

„- Jestem i chcę być tylko człowiekiem (…). Zresztą nie ja jedyny. Cały kult czystości genetycznej wyrósł wokół tęsknoty za człowieczeństwem”.

Postapokaliptyczna wizja przyszłości mająca w sobie coś z sennego koszmaru Matrixa, nieuchronności Terminatora i rozpaczliwej bezradności jednostki wobec systemu, którą tak dobrze znamy Roku 1984.

Dawno mnie tak książka nie przeczołgała, a zupełnie się przecież tego po niej nie spodziewałam. Co tam się działo… I oczywiście to dopiero pierwsza część, więc jak na razie nie ma co sobie robić nadziei na katharsis.

Smutna. Straszna. Hipnotyzująca.

Serio liczę na to katharsis w kolejnej części. Bo bez tego będzie słabo.

Magdalena Kucenty, Zodiaki, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Grajki Matki: „Szklany Tron”, Kuro

Dzisiaj mam prawdziwą gratkę dla fanów „Szklanego Tronu”. Ale uwaga! Fabuła gry została osadzona podczas wydarzeń z początku „Królestwa Popiołów” i jak najbardziej zawiera spoilery. Dlatego zdecydowanie polecam sięgnąć po nią już po przeczytaniu całej serii. A jeśli jesteście już po lekturze, serdecznie zapraszam dalej:

Ta gra jest trudna! Niełatwo ogarnąć mechanikę rozgrywki (swoja drogą zawsze jest mi trudniej zrozumieć zasady gier karcianych, niż planszowych), a kiedy tylko poczujemy się choć trochę pewniej, kolejne wylosowane karty… zmienią nam zasady! Kompletnie nieprzewidywalna sprawa, w sumie trochę jak sama Aelin.

Gra toczy się podczas gdy Aelin jest w niewoli u Maeve i zamknięta w żelaznej trumnie pomiędzy sesjami tortur toczy walkę z samą sobą i nie chce się poddać za żadną cenę. Miejscem naszej rozgrywki jest umysł bohaterki. Przeglądając i dobierając odpowiednie wspomnienia wzmacniamy jej determinację i dodajemy jej sił do dalszej walki. Albo przegrywamy zniechęceni, kiedy napór czarnych myśli i czających się w umyśle demonów okazuje się zbyt duży.

Pierwsza część gry – prolog – to tak naprawdę rozgrzewka, która ma na celu nauczyć nas mechanizmu gry. Wcielamy się w Aelin lub Rowana i podczas treningu w Wendlyn zbieramy myśli, tworzymy wspomnienia i uczymy się kart i ich rozgrywania by wzmocnić determinację. Po przejściu prologu czeka nas akcja właściwa – od pierwszego rozdziału jesteśmy już więźniami Maeve i wcielając się w Aelin lub Fenrysa walczymy o przetrwanie kolejnych dni.

To gra kooperacyjna, w zależności od wybranego bohatera uczestnicy mają do wykonania określone zadania podczas budowania siły umysłu Aelin – trzeba wybierać wspomnienia o odpowiedniej sile i łączyć je w rzędy tak, by uniknąć rozdwojenia jaźni. A przy tym przeganiać demony i skarżone przez nie wspomnienia. I oczywiście nie można ustalić ze sobą na głos jednej spójnej strategii!

Im dalej w las, tym ciekawiej. I oczywiście trudniej. Po przetrwaniu każdych kolejnych trzech dni rozpoczynamy nowy rozdział, a kolejne karty modyfikują zasady (utrudniają, nie czarujmy się!), ale też odblokowują nowe zdolności i sytuacje. Nie jest łatwo to ogarnąć, ale za to nie ma szansy na monotonię!

A do tego te ilustracje! Jestem absolutnie zachwycona wyobrażeniami bohaterów, nawet nie potrafię określić przedstawienie którego z nich podoba mi się najbardziej, chociaż największym zaskoczeniem był chyba Arobynn. Szata graficzna robi robotę, mogłabym po prostu patrzeć na karty i i tak być zadowolona.

Czy można grać z kimś, kto nie czytał i nie planuje sięgać po „Szklany Tron” – na przykład z mężem? Moim zdaniem da radę, bo i instrukcja fajnie wprowadza w klimat i samemu zawsze z przyjemnością opowiada się o odwiedzonych w książkach światach, ale jednak przyjemność z gry jest zdecydowanie mniejsza. Bo kiedy budujące determinację Aelin wspomnienia niewiele nam mówią i nie przypominają momentów z książki, to tak naprawdę nie ma to większego sensu.

Szklany Tron
Autor: Kuro
Ilustracje: Coralie Jubénot
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 2
Sugerowany wiek: 12+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Czas na czytanie: „Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi” cz.1 i 2”, Sarah J. Maas

„Dzięki miłości wszystko jest możliwe”

Czy opierając się na tak wyświechtanym i banalnym frazesie można zbudować oryginalną historię i nie zanudzić czytelnika na śmierć? I to na prawie 1200 stronach na dwie części podzielonych?

Sarah J. Maas po raz kolejny serwuje nam silną i niezależną bohaterkę (wyjątkowo wrogo nastawioną do samczych alfa dupków), której urządzi w życiu małe piekło. A my będziemy się temu przyglądać, kibicować, trzymać kciuki i potępiająco kręcić głową. Na całe szczęście Bryce irytowała mnie zdecydowanie mniej, niż Aelin, choć niewątpliwie ma z nią sporo wspólnego.

Jeśli znacie wcześniejszą twórczość autorki i w świecie Fae czujecie się już całkiem swobodnie, to czeka Was spora niespodzianka. Co prawda nadęci Fae również się tu pojawiają, ale w Księżycowym Mieście nie są nawet wierzchołkiem góry lodowej. Bo tu po ulicach przechodzą się rozmaite zwierzołaki, wiedźmy, anioły, duchy, żywiołaki, zjawy, demoniaki, kosiarze, upiory, wampiry, demony… Czasami trudno stwierdzić kto tu kogo prowadza na smyczy. Ponadto Lunathion ma w sobie sporo z Sin City – to miasto bardzo względnej sprawiedliwości, okrutnych kar, ponurych mścicieli, Służb Porządkowych składających się z imprezowiczów-zabijaków, dudniące klubową muzyką, płynące alkoholem i znacznie cięższymi używkami – a rozrywkowa główna bohaterka będzie po nim świetną przewodniczką. Jeśli tego wszystkiego wciąż mało, to mamy tu do czynienia z mieszanką magii i nowoczesnych technologii. I widmo nadciągającej wojny.

 

Na tym tle rozgrywa się zbrodnia, która zatrzęsie światem beztroskiej Bryce Quinlan. A szykujące się śledztwo, w którym odegra jedną z głównych ról, obnaży cienie nie tylko miasta i systemu, ale również skrzętnie ukrywane tajemnice jej najbliższych.

Przed czytelnikiem dużo ogarniania – to zupełnie nowy świat, który rządzi się swoimi prawami. Mamy do zapamiętania nie tylko mnóstwo bohaterów przeróżnych ras, kształtów i gatunków, ale również podział owych ras na Domy (a każdy z nich ma swojego władcę), różnice między ludźmi, a Wanami, skomplikowaną hierarchię społeczną i jeszcze bardziej skomplikowany sposób zarządzania miastem, krajem i światem. Do tego czeka nas podróż poprzez dzieje Midgardu od jego zaludnienia, przez konflikty aż do burzliwej sytuacji obecnej (a większość nadprzyrodzonych istot przybyła na tą planetę poprzez Szczelinę w czasoprzestrzeni, więc to wcale nie tak hop), jego wierzenia, sytuację społeczną i polityczną. Czacha paruje. I jak by mnie to wszystko na początku nie przeraziło i przytłoczyło, tak w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że było naprawdę fajnie! Bo i wszystko to zostało przedstawione nie tylko w całkiem przystępny sposób, ale nawet mimochodem – zamiast przydługich wykładów czytelnik poznawał to chaotyczne uniwersum pozostając w samym centrum akcji, nierzadko ucząc się i odkrywając pewne fakty wraz z bohaterami.

Mimo frywolnego podejścia do korzystania z uciech życia, wątek romansowy, choć istotny, jest dodatkiem i mimo silnego przyciągania między bohaterami, seksy nie przesłaniają fabuły. Mimo, że to zdecydowanie powieść dla dojrzałego czytelnika z gatunku seks i przemoc + wulgaryzmy w ilości alarmującej. A mimo to to przyjaźń jest tu najważniejszą wartością i to na tej sile zbudowano całą opowieść. Bardzo podobały mi się również poplątane relacje rodzinne i grzebanie w historii stworzonego świata. I chimera w roli kanapowego pupila!

Kompletny misz-masz, w mojej skali Dziobaków mocna 9!

Jeśli to jest pierwszy tom, to aż boję się myśleć, co nas czeka w kolejnych. Nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 560 s.

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 622 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Królestwo popiołów” Sarah J. Maas

Nie mogę uwierzyć, że jednak się skończyło. Niekończąca się seria jednak dobiegła końca. I mimo, że nie byłam do niej do końca przekonana i nie raz miewałam chwile zwątpienia, to jednak trochę będzie mi jej brakować.

Ciężar poświęcenia, ból utraty najbliższych, krew pot i łzy, nieskończona sinusoida nadziei i beznadziei gdy bezduszne, złośliwie okrutne hordy Erawana miażdżą jedną armię po drugiej zmuszając najdzielniejszych nawet wojowników do panicznego odwrotu. Czy jest jakakolwiek szansa przeciwstawić się nieprzeniknionej ciemności Valgów?

 

Najdłuższy z tomów, kulminacja budowanego przez setki stron napięcia, połączenie wszystkich wątków, karkołomny wyścig z czasem i spotkanie wszystkich bohaterów od murami Orynthu i wielka bitwa o wszystko. Czy armia południowego cesarstwa zdąży dotrzeć na czas? Czy uda się odnaleźć trzeci klucz i wykuć zamek? Czy bogowie dotrzymają swojej części umowy? Czy tym razem ktokolwiek odpowie na wezwanie Terrasenu? Kim tak naprawdę jest Maeve i czy uda jej się złamać ducha swojego wieźnia? Czy zadufana w sobie Aelin faktycznie ma plan na wypadek każdej sytuacji?

Na całe szczęście złośliwa, męcząca i niedojrzała Celeana z pierwszego tomu nie ma już zbyt wiele wspólnego z bohaterką ostatnich części. Rosnąca odpowiedzialność, już nie tylko za życie przyjaciół, sojuszników a nawet wysyłanych do walki armii, ale również ciężar przeznaczenia, niewola i tortury, kolejne porażki oraz niezachwiana potęga przeciwników, z którymi przyszło jej się mierzyć odcisnęły trwałe piętno na charakterze zaginionej księżniczki. I moim zdaniem wyszło jej to na dobre.

Osobiście jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przemiana Doriana i to jemu kibicowałam najbardziej. Przynajmniej odkąd minęła mi sympatia do Rowana, która malała wprost proporcjonalnie do jego fascynacji królową Terrasenu.

Bywało zaskakująco i bywało przewidywalnie. Były momenty, które niemożebnie mi się dłużyły, były i takie, przez które nie mogłam odłożyć książki do późnej nocy. Były wybuchy radości, bgorycz porażki. Siedmiotomowy cykl (ponad 5000 stron!) dobiegł wreszcie końca, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, przeznaczenie się dokonało, każdy z bohaterów dostał swoje własne zakończenie. A i tak o większości z nich chętnie bym jeszcze co nieco przeczytała.

Pisany przez 10 lat „Szklany Tron” jest doskonałym przykładem rozwoju nie tylko warsztatu pisarskiego autorki, ale także jej koncepcji świata przedstawionego, pomysłu na fabułę i podejścia do bohaterów. Tak naprawdę prawdziwą przyjemność z lektury zaczęłam czerpać w okolicach czwartego tomu, kiedy cała dziejowa intryga zaczęła się choć odrobinę rozjaśniać, a historia stała się bardziej spójna, mimo, ze z każdym tomem była bardziej i bardziej rozbudowywana. To był moment, w którym już wiedziałam, że nie będę potrafiła się wycofać, nie ważne ile tomów pojawi się jeszcze przede mną – zżyłam się z bohaterami i naprawdę zaczęłam być ciekawa, jak to wszystko się skończy.

Według mnie skończyło się odpowiednio i „Królestwo Popiołów” okazało się jednym (jednymi?) z najlepszych tomów tego cyklu, choć śmierć dwóch postaci sprawiła mi nielichą przykrość, a zabicia jednej z nich chyba nigdy autorce nie wybaczę. Chociaż rozumiem, dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Ale i tak, nie wybaczę! I nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć zabawy niepotrzebnymi spoilerami.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 735s.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 512s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Imperium burz” Sarah J. Maas

Już wiem, dlaczego Aelin tak bardzo działała mi na nerwy w „Królowej cieni”! Po prostu wszystko szło jej tam zbyt łatwo! I chociaż wciąż nie dzieli się z nikim swoimi planami, a przyjaciół traktuje raczej przedmiotowo, niż jest wobec nich fair, to jednak zdecydowanie łatwiej mi ją lubić, kiedy nie wszystko idzie po jej myśli. A ta część to prawdziwe pasmo niepowodzeń. Może mam trochę duszę sadystki, ale czytanie, jak to zabójczyni idealnej nie wypala jeden plan, po drugim, było całkiem odświeżające. I dzięki temu znowu zaczęłam jej kibicować.

To już piąty tom serii i nareszcie co nieco zaczęło się wyjaśniać. Dowiemy się kto uknuł całą tą dziejową intrygę, skąd wypełzł Erawan, i dlaczego bogowie wtrącają się w życie bohaterów, a każdy z nich jest czyimś wybrańcem. Wyjaśni się też, dlaczego Aelin od już od małego ma tak bardzo pod górkę, komu została obiecana i jaką cenę przyjdzie jej zapłacić. Oraz za czyje błędy.

Im dalej w las, tym więcej mam sympatii dla pozostałych bohaterów. I jak Rowan, lądując pod pantoflem, sporo stracił w moich oczach, tak pod koniec książki ma szansę się wykazać. Obecnie jestem zdecydowanie #teamDorian, który znacznie zyskał na atrakcyjności, odkąd zaczął więcej myśleć i rzadziej się odzywać. No i zabijać przeciwników dusząc ich widmowymi dłońmi. Przywiązałam się też do Leandry, mam nadzieję, że nie zginie.

Ten tom jest zdecydowanie bardziej różnorodny od poprzedniego – zarówno, jeśli chodzi o działania wojenne, jak i o landszafty. Dlatego też jeśli „Królowa cieni” trochę was znużyła, to „Imperium burz” będzie dobre na rozruszanie.

Sarah J. Maas, Imperium burz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 862 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Królowa cieni” Sarah J. Maas

Ostatnie tomy „Szklanego tronu” to prawdziwe cegły, nie trudno więc o lepszą lekturę na czas kwarantanny.

Już trzeci tom czytało mi się już naprawdę dobrze, akcja wreszcie się rozkręciła, więc  do tego usiadłam pełna entuzjazmu. I mogę Wam powiedzieć, że autorce udało się utrzymać moje zainteresowanie, bo przez ponad 800 stron ani razu nie poczułam zniechęcenia, czy nudy, chociaż tym razem akcja ponownie dzieje się na nowo tylko w dwóch miejscach – w Adarlanie, który widzimy oczami Aelin i w Morath, w którym przebywa Manon ze swoją Trzynastką. Oczywiście i jedną i drugą czeka na jej drodze mnóstwo problemów. Włącznie ze spotkaniem, które, jak można się spodziewać, nie przebiegnie w specjalnie pokojowej atmosferze.

Plany płomiennej królowej są dość określone: ocalić kuzyna przed egzekucją, obalić tyranię, zabić króla. Oczywiście wszystko tylko brzmi prosto, szczególnie kiedy najbardziej zaufana osoba w Ritfhold  nie pała do niej szczególnym entuzjazmem i obwinia o całe zło, które wydarzyło się pod jej nieobecność, najlepszy przyjaciel nosi w sobie demona, intrygi byłego mistrza oplatają ją niczym kokon, a jeden z legendarnych zabójców Maeve depcze jej po piętach.

Manon też nie ma lekko. Zmuszona do bezwzględnego posłuszeństwa babce ma coraz większe wątpliwości odnośnie jej poleceń. Wiedźmy nie są stworzone do wypełniania rozkazów kogokolwiek, a służenie królowi i życzenia księcia Perringtona budzą sprzeciw jej sabatu. Niepokonana Trzynastka jest o krok od wypowiedzenia dziedziczce władzy.

Kto okaże się przyjacielem, a kto prawdziwym wrogiem? Jakie okropieństwa kryją się w czeluściach twierdzy Morath? Do czego dąży król Adarlanu, a czego chcą Valgowie? Bo działania „czarnych charakterów” coraz mniej przypominają przygotowania do wojny, a coraz bardziej do eksterminacji

Niestety w tym tomie główna bohaterka znowu zaczęła mnie irytować. Nie aż tak, jak na samym początku (to właśnie ze względu na jej dziecinny i rozkapryszony charakterek porzuciłam tą serię), ale przebłyski dawnej Zabójczyni dały mi się we znaki. Mam szczerą nadzieję, że nie będzie szła w tym kierunku.

Porównując z poprzednią częścią, w tym tomie rzuciło mi się w oczy zdecydowanie mniej błędów. Zdarzały się literówki i powtarzające się wyrażenia, nie było to jednak na tyle nagminne, by przeszkadzać w lekturze.

Sarah J. Maas, Królowa cieni, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.