Bajki Majki: „Urodziny Elmera” David McKee

Znacie Elmera? Najbardziej sympatycznego słonia na świecie? Trudno w to uwierzyć, ale słoń w kratkę bawi, ośmiela i oswaja z innością już od 30 lat! I to równiutko, bo właśnie dziś obchodzi swoje 30 urodziny. Jeśli tylko dobrze liczę, a z matematyki zawsze byłam raczej kiepska, jest to trzynasta część przygód Elmera w języku polskim. Poza tym doczekał się również czterech zbiorów opowiadań i czterech kartonowych książeczek dla najmłodszych czytelników. A mimo to wciąż potrafi zaskoczyć!

„Każdy dowcip, który kończy się tortem, jest świetnym dowcipem!”

Słonie wpadły na pomysł zrobienia Elmerowi najbardziej chyba popularnego urodzinowego dowcipu – namówiły wszystkich do udawania, że nie pamiętają o tej ważnej dacie, by pod koniec dnia urządzić przyjacielowi przycięcie-niespodziankę. Chociaż inne zwierzęta mają pewne obiekcje, przekonany o swojej racji główny pomysłodawca psikusa nie daje im dojść do słowa zbywając wszelkie wątpliwości słowami „Po prostu to zróbcie!”.

Komiczna historyjka o konsekwencjach nie słuchania innych, przyjaźni i zabawie. Zakończona tortem w kratkę o prawdziwie słoniowych rozmiarach.

Jest tu wszystko co najlepsze u Elmera – kipiące kolorami ilustracje wypełniające calutkie strony książki, sympatyczni bohaterowie, mnóstwo humoru i zakręcony pomysł gwarantujący zaskakujące zakończenie. Prawdziwa gratka nie tylko dla fanów słonia w kratkę, ale i dla każdego przedszkolaka!

DSC_0146.jpg

Z okazji elmerowych urodzin Wydawnictwo Papilon przygotowało urodzinowy pakiet z kolorowankami, grami i szablonami do aktywnego czytania. Można go ściągnąć TUTAJ.

David McKee, Urodziny Elmera, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Szczęście. Opowiastki dla dzieci” Leo Bormans, Sebastian Van Doninick

Trzymam w rękach książkę, która spełnia wszystkie aspekty prezentu idealnego. Niejednokrotnie spotkałam się z pytaniem o najlepszą książkę-pamiątkę dla dziecka. Taką, którą nie tylko będzie się z przyjemnością czytało, ale która będzie również niosła jakąś naukę na przyszłość i sprawdzi się w roli uniwersalnego drogowskazu.

„Szczęście. Opowiastki dla dzieci” to zbiór 10 króciutkich historyjek (słowo „opowiastki” pasuje tu idealnie, bo to kondensacja treści w naprawdę niewielkiej ilości tekstu), każda z ptasim bohaterem w roli głównej. Proste, ale niezwykle rozćwierkane scenki przybliżają małemu czytelnikowi wartości, które, według badaczy z London School of Economics (co brzmi mądrze) i samego autora, będącego twórcą psychologii pozytywnej (jeszcze mądrzej) mogą być kluczami do szczęścia. Chociaż sformułowania takie jak „umiejętność określania własnych celów”, „wchodzenie w relacje”, czy „uważność i docenianie otaczającego nas świata” zdają się nie tylko sztywniackie, ale i zniechęcające na pierwszy rzut oka, to poszczególne opowiadania, będące przykładami zastosowania owych wartości w praktyce (i to ptasiej praktyce!) rozwiewają wszelkie wątpliwości. Pomysłowe, dopasowane do możliwości poznawczych dziecka, przepełnione świergocącymi onomatopejami i momentami całkiem zabawne historie wyjątkowo wdzięcznie przemieniają kanciaste słowa teorii i codzienną praktykę.

Każda opowiastka zakończona została rzetelnym opracowaniem – pytaniami, które można zadać dziecku (dotyczącymi zarówno treści, jak i tematu w ogóle), tematami do wspólnych rozważań, opisem „szczęśliwego zagadnienia”, pomocniczymi pytaniami do rodzica, zachęcającymi do dzielenia się z dzieckiem własnymi doświadczeniami i przykładowymi pomysłami zadań związanych z tekstem – zarówno plastycznych, jak i ruchowych.

Pięknie zilustrowane ptaki, mogą nie tylko stanowić dla dziecka wzorce postępowania, ale również zaszczepić w nim ciekawość i chęć obserwacji świata przyrody. Szczególnie, że każdy ze skrzydlatych bohaterów doczekał się krótkiego opisu.

Pomijając kwestie filozoficzne, sama dowiedziałam się ciekawostek na temat gatunków ptaków, o których istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia. Wraz z córką poznałyśmy sposób budowania gniazd przez Sporopipes frontalis, dowiedziałyśmy się w jaki sposób kakadu odstraszają drapieżniki, jakiego koloru są małe flamingi i jakie ptaki potrafią latać również pod wodą.

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 6-9 lat, uważam, że to książka dla każdego. Trzylatka słucha z chęcią i jest oczarowana ilustracjami, a i dorosły chętnie poświęci chwilę na refleksję.

„Szczęście” zostało fantastycznie wydane – ma duży format, twardą oprawę, strony ze sztywnego papieru i mnóstwo dużych, klimatycznych ilustracji. To jedna z tych niewielu książek, które aż proszą się o wzruszającą dedykację i podarowanie dzieciatym przyjaciołom. Dajemy w ten sposób nie tylko książkę, która być może okaże się pomocna w poszukiwaniach szczęścia i życiowej satysfakcji, ale przede wszystkim największą wartość – czas spędzony wspólnie.

Leo Bormans, Sebastian Van Doninick, Szczęście. Opowiastki dla dzieci, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: PREMIEROWO: „Najwyższa na świecie wieża z książek” Rocio Bonilla

„(…) wszystko, co odkrywał, czego się uczył i co sobie wyobrażał dzięki książkom, napełniało go zachwytem.”

Ta książka jest tak strasznie urocza i tak bardzo o mnie, że normalnie nie mogę przestać się nią cieszyć!

Mały Jerzyk marzy o tym, by latać. Zanim jeszcze dorósł do pierwszych prób zdobywania licencji pilota, mama podsunęła mu pierwszą książkę. Po kolejną sięgnął już sam i… wszyscy wiemy jak to się potem toczy, ani się człowiek nie obejrzy, a już tkwi głęboko w szponach ksiązkowego nałogu!

To przepiękna historia o podróżowaniu po krainach wyobraźni, pośredniego poznawaniu świata i życiu tysiącem żyć zamkniętych bezpiecznie między okładkami. Historia, którą pamięta każdy z nas i która dla wielu jeszcze się nie zakończyła.

Historia genialnie opakowana wizualnie – nie tylko możemy zobaczyć głównego bohatera wewnątrz scen ze znanych nam powieści, ale ponadto jego „książkowe doświadczenie” wizualizuje rosnąca stopniowo wieża skonsumowanej literatury. Wieża tak wysoka, że szybko staje się atrakcją turystyczną regionu.

Tak, moja mama też nie miała ze mną łatwo. Kiedyś zapowiedziała, że na  co, jak na co, ale na książki dla córki zawsze znajdzie pieniądze. Zmieniła zdanie baaardzo szybko!

W sumie dlaczego nigdy o tym nie pomyślałam? Od lat buduję dzielnie stosy wstydu przyglądając się ile to mam do przeczytania w tak ograniczonym czasie, jaki daje średnia długość ludzkiego życia i tylko mnie to demotywuje. Powinnam raczej, podobnie jak Jerzyk, układać wieżę z przeczytanych pozycji – to by była dopiero imponująca budowla! I patrzyło by się na nią z dumą, a nie z wyrzutami sumienia! Pomysł zdecydowanie do przemyślenia! Tylko gdzie ją budować, żeby nie ingerować nielegalnie w państwową przestrzeń powietrzną?

Fantastyczna podróż w przeszłość dla tych, którzy czytelnicze początki mają już za sobą i genialny budulec na podstawę powstającej dopiero wieży.

Rocio Bonilla, Najwyższa na świecie wieża z książek, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Reksio. Dobranocka wszech czasów”

Nasza przygoda z Reksiem zaczęła się zupełnie od tyłu – bardzo mi zależało, żeby moja córka polubiła jednego z moich najukochańszych bohaterów dzieciństwa, a ją jak na złość kompletnie ta bajka nie interesowała. Chyba dlatego, że praktycznie nic nie mówią, a Majka jest wielką fanką piosenek.

Sytuacja uległa zmianie o 180 stopni, gdy włączyłam w aucie audiobook – Wielką Księgę przygód Reksia czytaną przez Jerzego Stuhra. I to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie tylko ze strony Bobasy, a i z mojej, bo przyłapałam się, że odstawiwszy dziecię do przedszkola wcale nie przełączam radia, tylko słucham dalej w drodze powrotnej.

Dlatego też po reksiową książkę sięgnęłam z wielką nadzieją – w przeciwieństwie do kreskówki jest w niej bardzo dużo tekstu. I miałam rację – Reksio czytany (nawet bez Stuhra, ale mama tez daje radę) znacznie bardziej przypadł córce do gustu, niż Reksio do oglądania. W sumie, to chyba powinnam się cieszyć?

Szczególnie, że w książce „Reksio. Dobranocka wszech czasów” naprawdę jest co czytać. To aż 10 bogato ilustrowanych opowiadań, idealnej długości do czytania przed snem.

Bardzo odpowiada nam stosunek tekstu do ilustracji – na każdą zapisaną stronę przypada strona z obrazkiem do oglądania, dzięki czemu nawet 2,5 letni maluch się nie nudzi przy dłuższych już partiach tekstu. Bo historyjki są całkiem rozbudowane – tak, jak zazwyczaj czytamy przed snem trzy książeczki, tak w przypadku Reksia tylko jedno opowiadanie (podobnie mamy z serią „Basia”). Z drugiej strony tekst ma na tyle duże litery, że idealnie sprawdzi się również w pierwszych czytelniczych próbach. I nawet babcia w końcu nie narzeka, że literki małe!

Ilustracje w większości zajmują całe strony i są super – to w końcu Reksio. I może nie jestem obiektywna ze względu na własne nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, ale naprawdę nic im nie brakuje – są sympatyczne, duże i czytelne (idealne nawet dla zupełnych maluszków), pełne zwierzątek, dynamiczne i w nasyconych kolorach.

A treść odpręża, bawi i daje dobry przykład przyjaźni, solidarności i koleżeństwa. Bo trudno o lepszego kolegę od tego pieska z łatką na uszku.

Dopatrzyłyśmy się jednak jednego strategicznego błędu. Każda historia to nowa emocjonująca przygoda – wraz z Reksiem i jego przyjaciółmi z podwórka mały czytelnik wybiera się do lunaparku, zdobywa górskie szczyty, bawi się chowanego, chwyta wiatr w żagle i odkrywa tajemnice wodnych głębin, pomaga w jesiennych zbiorach, organizuje atrakcje dla rozbrykanej kaczej dzieciarni, a nawet staje oko w oko z groźnym dzikiem. Ale przez prawie dwa tygodnie nie było nam dane się tego dowiedzieć, bo pierwsze opowiadanie dotyczy tarzania się w kałuży, ciskania w przyjaciół pacynami lepkiego błotka i wzajemnego ochlapywania się wodą z pompy. Wobec tego Majka codziennie chciała czytać ten i tylko ten jeden rozdział wciąż i wciąż. Znam go już praktycznie na pamięć!

Małym minusem może być ciężar książki. To bardzo konkretna pozycja (ponad 220 stron!), w dużym formacie, z dobrej jakości papierem zamkniętym między twardymi okładkami – to w końcu jubileuszowa edycja na 50-te urodziny tego bohatera. Imponująca księga gotowa bawić kilka pokoleń, ale nie szczególnie praktyczna, jeśli chcemy czytać ją maluszkowi na kolankach w fotelu. Dlatego my czytamy na dywanie!

Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Reksia i świetna dla tych, którzy dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę. Obie z Majką serdecznie polecamy!

Reksio. Dobranocka wszech czasów, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 225 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Klasyka dla smyka” Julian Tuwim, Jan Brzechwa

To już druga propozycja zbioru najsłynniejszych wierszyków dla maluszków od Wydawnictwa Papilon – „Klasyka dla smyka” pasuje formą do „Zasypianek” zawierających równie znane rymowanki i kołysanki dla maluszków. Coś mi się wydaje, że szykuje się ponadczasowa seria egzemplarzy obowiązkowych w dziecięcej bliblioteczce.

To również nasza druga książka z poezją Brzechwy i pierwsza (poza „Lokomotywą”) ze zbiorem wierszyków Tuwima. Zauważyłam jakiś czas temu, że gruby tom bajek Brzechwy, który świetnie sprawdzał mi się kiedy Majka była jeszcze leżącym bobasem, obecnie zupełnie wypadł z obiegu i smętnie zalega na półce – jest po prostu zbyt gruby i nieporęczny, szczególnie, że wciąż czytamy tylko kilka ulubionych tytułów. Co ciekawe, we wczesnym dzieciństwie Bobasa leżakująca na przewijaku czy macie gimnastycznej uwielbiała słuchać Brzechwy właśnie. Ale wyłącznie wierszy o morskiej tematyce – o sumie matematyku, rybach, żabach i rakach, czy śledziach. Więc w gruncie rzeczy, mimo wielkiego zbioru i tak czytałam może 10 na okrągło.

Oczywiście w małej książeczce wybór wierszy jest bardzo ograniczony – to tylko 6 wierszy Tuwima i 10 Brzechwy. I żadna nie jest o rybach (w sumie to na całe szczęście, bo nie mogę już na nie patrzeć). Za to w jednym miejscu zabrano najlepsze z najlepszych, wierszykowe szlagiery dzieciństwa, dzięki czemu mamy łatwy dostęp do najsłynniejszych rymowanek bez konieczności szperania w opasłych tomiszczach.

To wierszyki, które sprawdzą się w każdym wieku – od urodzenia aż do podstawówki, kiedy to nadejdzie czas uczenia się rymów na pamięć i recytowania na szkolnych apelach. Chociaż jako ściąga sprawdzi się raczej kiepsko – trudno upchnąć w kieszeni.

Za to twarda tekturka stron z pewnością oprze się terrorowi ząbkowania i kapiącej śliny młodych koneserów literatury. Fantastycznie, że rogi stron zostały bezpiecznie zaokrąglone – da się żyć, nawet, kiedy spadnie na stopę (sprawdzone…). Warto również wspomnieć, że jak na kartonówkę, „Klasyka dla smyka” jest stosunkowo lekka, sprzyja więc samodzielnej lekturze. A niewielki, kwadratowy format pozwala na wygodne trzymanie przez rodzica – nawet w jednej dłoni, podczas gdy drugą ręką trzeba podtrzymywać na kolanach wiercącą się latorośl.

Bardzo dobrze się sprawdza u mojej Prawie Trzylatki – ilustracje Anny Kaszuby-Dębskiej i Ewy Poklewskiej-Koziełło są interesujące i dużo się na nich dzieje (to chyba pierwszy raz, kiedy nie potrafię jasno zadecydować, które opracowanie podoba mi się bardziej), wybór wierszy broni się sam już od pokoleń, a czytająca mama często nie musi nawet patrzeć do tekstu, więc jest jeszcze wygodniej.

Atrakcyjna wizualnie, wygodna, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ponadczasowa lektura.

Super pomysł na jeden z pierwszych prezentów dla maluszka. Trochę trudno napisać dedykację, ale pisak do płyt w dłoń i dla chcącego nic trudnego. A pamiątka na lata, bo ładna, niewielka i wytrzymała.

To prawda, że klasyka zawsze się obroni. A w takim wydaniu, to nic trudnego.

Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Klasyka dla smyka, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: Pogromcy samochodowej nudy, czyli nasze pierwsze spotkanie z audiobookami

Nie da się ukryć, że w wakacje zdecydowanie więcej czasu spędzamy w samochodzie – nie tylko w długich podróżach, ale również na niewielkich trasach – znacznie częściej wybieramy się do babci (można nadmuchać basenik przed domem i iść na szaber do ogródka), nad wodę, czy na bardziej oddalone od domu wypasione place zabaw. Po kilku takich wyprawach rozpaczliwie zaczęłam szukać jakiejś rozrywki dla mojej małej marudy – coś, na czym będzie mogła się skupić na tyle, żeby nie hałasować za bardzo i co jednocześnie powstrzyma ją przed zaśnięciem. Postanowiłyśmy zatem spróbować audiobooków, a fachową radą posłużyło nam niezastąpione Wydawnictwo Papilon wraz z serią audiobooków dla dzieci POSŁUCHAJKI.

Na pierwszy ogień naszych testów poszło „365 bajek na każdy dzień. Słoneczko opowiada… historyjki na dzień dobry”. Na początku trudno było mi w to uwierzyć, ale na tej płycie naprawdę jest 365 bajeczek, a całość trwa prawie 16 godzin! Bez wątpienia wystarczy nawet na najdłuższą podróż. Przez ponad dwa tygodnie nie udało nam się wysłuchać całości i chyba szybko się nie uda, bo Majka stale prosi o przewijanie do kilku swoich ulubionych utworów.

Króciutkie historyjki zostały podzielone na utwory – dzięki temu jeden utwór trwa około 6-8 minut i zawiera trzy opowiadania czytane przez dziennikarkę Katarzynę Stoparczyk. Dziecku znacznie łatwiej skupić się na krótszych formach (szczególnie, kiedy nie ma obrazków do pomocy) a rodzicowi znacznie łatwiej przewijać w poszukiwaniu konkretnych bajeczek, w czym pomaga szczegółowy spis treści umieszczony na okładce płyty (tak, wyszczególnia tytuły i autorów wszystkich 365 historii wraz z czasem trwania nagrania. Ale warto mieć okulary w zanadrzu). Ale tym, co zdumiewa mnie najbardziej, jest fakt, że nie znam ani jednej z opowiadanych przez lektorkę historii! Przynajmniej z tych, których wysłuchałyśmy dotychczas. Dlatego z uwagą słuchamy obie, a płyta uprzyjemnia podróż również kierowcy. A jest czego słuchać. Mamy tu skrzaty, smoki, elfy, chrząszcze, kogutki, rakiety, naleśniki, żaby, syrenki… i co tylko maluch może sobie wymarzyć. A wszystko to spod piór polskich autorów.

Jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że lektorka czyta odrobinę za szybko.

Autor zbiorowy, Posłuchajki. 365 bajek na każdy dzień. Słoneczko opowiada… historyjki na dzień dobry, czyta Katarzyna Stoparczyk, Warszawa: Wydawnictwo Papilon, 2016, MP3, 15 godz. 38 min.

 

Drugim naszym towarzyszem podróży stał się Reksio. A dokładniej „Reksio. Wielka Księga przygód”. To tak naprawdę pierwsze spotkanie Majki z jednym z najważniejszych bohaterów mojego dzieciństwa, bo jakiś czas temu nie była zainteresowana kreskówką, a książki jeszcze przed nami. A audiobooka słucha w największym skupieniu. Zresztą nie oszukujmy się – przygody Reksia czytane przez Jerzego Stuhra nie potrzebują dodatkowej reklamy i obie jesteśmy zachwycone tym połączeniem. Na płycie znajduje się 26 krótkich opowiadań trwających mniej więcej po 5 minut, wobec czego całość można wysłuchać w nieco ponad dwie godziny – nam zajęło cztery dłuższe wyprawy i, podobnie jak w przypadku opisanej wyżej płyty wybieramy sobie najulubieńsze historie.

To mój maly sekret, ale Reksia słucham czasem nawet kiedy jadę sama.

Ewa Barska, Marek Głogowski, Anna Sójka, Posłuchajki. Reksio. Wielka księga przygód, czyta Jerzy Stuhr, Warszawa: Wydawnictwo Papilon, 2017, MP3, 2 godz. 20 min.

Recenzje powstały dzięki uprzejmości Wydawnictw Papilon.

 

Natomiast podczas codziennych dojazdów do przedszkola towarzyszy nam „Pora do przedszkola” – dwanaście bajek dla przedszkolaków oswajających to miejsce i udzielających odpowiedzi na najczęstsze dziecięce wątpliwości, jak niechęć do tej placówki oświatowej, przechwalanie się, brzydkie słowa, czy posiadanie młodszego rodzeństwa. Również i w tym przypadku opowiadania są króciutkie – najczęściej trwają mniej niż 3 minuty, dzięki czemu pół godziny płyty słuchamy zwykle każdego dnia w drodze do przedszkola i z powrotem. Szczególnie, że przerzucam dwie opowieści, które mi się nie podobają – o potworach pod łóżkiem (nie mamy takiego problemu, po co więc go wywoływać) i o wychodzeniu za mąż (seksistowska!). Powiem szczerze, że tej płyty mam już trochę dość, a od głosu Doroty Segdy z przyjemnością już bym trochę odpoczęła. No ale cóż, Majka prosi o przygody przedszkolaków jeszcze zanim zdążymy wsiąść do auta…

 

Anna Sójka, Posłuchajki. Pora do przedszkola, czyta Dorota Segda, Warszawa: Wydawnictwo CED, 2017,

 

Bajki Majki: „Rebelia. Urządź po swojemu” Lilianna Fabisińska, Paweł Mildner

Nigdy nie popierałam entuzjazmu, z jakim świat przyjął pozycje w stylu „Zniszcz tą książkę”. Niespecjalnie rozumiem, dlaczego obiektem wyładowywania agresji i życiowej frustracji miałaby być akurat książka (chociaż z drugiej strony może jednak lepiej książka, niż rodzice? Albo chińska waza po babci?). Ale skoro już musi być to właśnie książka, to dlaczego nie ta, która akurat nas wkurza? „Krzyżacy” na przykład? Dlaczego potrzebujemy do tego specjalnej książki (oczywiście w cenie dobrej książki), która w dodatku zawiera wskazówki jak dokładnie powinna być zniszczona, jakby to właśnie samo wymyślanie sposobów destrukcji jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze?

Wydawało mi się, że „Rebelia” będzie kolejną pozycją tego typu, być może ze względu na buntowniczy tytuł. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że to nie jest książka do niszczenia, a do tworzenia!

 

Lilianna Fabisińska (autorka książek, które miały spory wkład w moje magiczne dzieciństwo [dziękuję!]) nakłania czytelnika, by stworzył swój własny świat tak, jak chciałby go widzieć – świat bez zakazów i nakazów, w którym ogranicza nas jedynie własna wyobraźnia. Świat całkowicie bezpieczny i wolny od konsekwencji, bo zamknięty między okładkami. Poruszając się po jedenastu rozdziałach odpowiadających różnym dziedzinom życia, młody buntownik może zrobić wszystko po swojemu: między innymi zaprojektować swój dom i pokój – od kolorów ścian i układu mebli aż po panujące w nim zasady i sposoby mordowania budzika; wymarzyć sobie domowego zwierzaka (nawet, jeśli ma to być Smok Wawelski); zapisać (i stworzyć) swój własny przepis kulinarny, zaprojektować popcorn wszystkich smaków oraz określić swoje najdziwniejsze upodobania kulinarne i sprawić, że od teraz najzdrowszym jedzeniem będą frytki i czekolada; wymyślić swoją własną szkołę – z planem lekcji (bitwa na poduszki jako jeden z najważniejszych przedmiotów? Czemu nie!), portretami nauczycieli, wyposażeniem i spisem lektur; opisać, podrasować lub wymyślić sobie najlepszych przyjaciół, a także stworzyć dla nich sekretny język i zaplanować odjechane urodziny; wyruszyć w podróż życia niezależnie od tego, czy woli się biegać po dżungli, czy po muzeach; pobawić się modą i projektowaniem ubioru (z wymarzonymi tatuażami włącznie), zaplanować idealny seans filmowy, a także postarać się o swój własny film (a nawet festiwal); wymyślić swój idealny smartfon, grę i wiele, wiele innych…

 

A ponadto w książce znajdziecie psychotesty, wykreślanki, mniej lub bardziej szalone inspiracje do spędzania wolnego czasu i inne poskramiacze nudy. Świetnie sprawdzi się podczas przydługiej wakacyjnej podróży. Albo w kolejce na Giewont.

I co najważniejsze – nie wyrzucajcie wypełnionej książki (jeśli jesteś dzieckiem/nastolatkiem/prawie dorosłym) i nie pozwólcie dzieciom wyrzucić wypełnionej książki (jeśli jesteś rodzicem). Schowaj ją gdzieś głęboko i najlepiej zapomnij o jej istnieniu. Kiedy znajdziesz ją przez przypadek przy przeprowadzce kilkanaście lat najprawdopodobniej padniesz ze śmiechu. A „Rebelia” stanie się świetną pamiątką po nie do końca utraconej dziecięcej wyobraźni.

Sympatyczna i pomysłowa książka, która rozrusza wyobraźnię i pozwoli puścić wodze fantazji. Kto wie, może stanie się początkiem niejednej fantastycznej książki albo scenariuszem oscarowej produkcji?

Świetny prezent dla szkolniaka chcącego robić wszystko „po swojemu”.

Lilianna Fabisińska, Paweł Mildner, Rebelia. Urządź po swojemu, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 224 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Girl Power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat” Caroline Paul

Powstaje coraz więcej książek o dziewczynach dla dziewczyn. I to nie tylko o grzecznych, ułożonych dziewczynkach marzących o księciu z bajki, ale o prawdziwych poszukiwaczkach przygód, awanturnicach zmieniających bieg historii. Oto jedna z nich – chyba najbardziej wyjątkowa.

To połączenie wspomnień pewnej kobiety, która od małego nie umiała usiedzieć na miejscu przez pięć minut, ze zbiorem inspiracji, poradnikiem i dziennikiem odkrywcy w jednym. Składa się z dziesięciu rozdziałów, a każdy z nich to jeden z szalonych wyczynów autorki.

Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo zżyć się z autorką będącą jednocześnie główną bohaterką ksiązki. Szczególnie, że Caroline Paul (stażaczkę, paralotniarkę, nurka głębinowego, kajakarkę, i łowczynię przygód) trudno nie polubić – epatuje pozytywną energią, jest pełna entuzjazmu i zawsze skora do wcielania w życie szalonych pomysłów (jestem pewna, że napsuła swoim rodzicom nerwów co niemiara…). I co najważniejsze – jest autentyczna – nie robi z siebie bohaterki, nie zadziera nosa, nie ogranicza się do przechwałek, nie wręcz przeciwnie. Opowiada zarówno o swoich sukcesach, jak i porażkach, dzięki czemu pozwala czytelniczkom wyciągnąć lekcje ze swoich własnych błędów. Potrafi śmiać się z siebie i ma przesympatyczne poczucie humoru. Uczy przełamywać swój strach, ale i słuchać głosu rozsądku. Podkreśla wagę zachowywania zimnej krwi, wytrwałości i posiadania odpowiednich umiejętności. Ale przede wszystkim radzi cieszyć się życiem, przygodą i wyzwaniami. I nie bać się spełniać swoich marzeń.

Wspomnienia osobistych przygód autorki dopełniają inspirujące cytaty odważnych kobiet i bardzo skrótowe biografie bohaterek. I to właśnie przy tym elemencie chciałabym zatrzymać się na dłużej, bo w moim odczuciu jest genialny. Dotychczas, kiedy ktoś wspominał o wielkich kobietach, miał na myśli przede wszystkim oklepane ikony – Emilię Earhart, Marię Skłodowską-Curie, Fridę Kahlo, czy Artemisię Gentileschi. Osobowości wybitne, ale… od wielu lat martwe i przez to bardzo, bardzo odległe. A w tym przypadku, nie dość, że Caroline Paul wspomina naprawdę mnóstwo nietuzinkowych kobiecych postaci, to jeszcze wybrała przede wszystkim osoby nam współczesne, których losy można śledzić, do których można napisać choćby na facebooku! To bohaterki żyjące, dostępne, zmagające się z tą samą rzeczywistością, co my. I dzięki temu jeszcze bardziej prawdziwe.

Ponadto każdy z rozdziałów zakończony jest małymi wyzwaniami i przydatnymi wskazówkami – dzięki nim przećwiczymy radzenie sobie ze strachem, dowiemy się między innymi jak wiązać węzły, rozpoznawać rodzaje chmur, nakłonić drzewo do wyprodukowania wody, zmierzyć temeraturę za pomocą cykania świereszczy czy zapobiec wychłodzeniu w lesie. Pojawiają się również zabawne grafiki i psychotesty (na przykład odnośnie skakania z klifu) oraz fragmenty „dziennika” do samodzielnego wypełnienia, gdzie sporządzimy listę autorytetów, albo listę rzeczy, które bardzo chcemy w życiu zrobić.

W pierwszym odruchu nieszczególnie podobały mi się ilustracje – jestem wielką fanką starannych, rozmalowanych dzieł sztuki, a tutaj dostałam skreślone na szybko, schematyczne obrazki. Ale wraz z wsiąkaniem w lekturę coraz bardziej wczuwałam się w ich klimat – pośpieszne, nerwowe, sprawiające wrażenie powstałych „na kolanie” ilustracje są bardzo dynamiczne, pełne ruchu, niemalże wibrujące od energii. I przez to doskonale pasują do tej książki i samej Caroline.

Jako dziewczyna pochłonęłam tą książkę w kilka godzin i jestem nią zachwycona. Jako mama cieszę się, że moja córka jest jeszcze na nią za mała. Ale jestem pewna, że za kilka lat „Go girls” trafi w jej ręce, bo jest utrzymana w idealnej równowadze pomiędzy zachętą do działania, a rozwagą i pomyślunkiem. Nawet, jeśli nie każda wyprawa idzie zgodnie z planem. W końcu dlatego właśnie nazywamy je PRZYGODAMI.

Caroline Paul, Wendy Macnaughton, Girl power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 153 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Biblia opowiedziana i objaśniona” Jean–Michel Billioud, Hélène Georges

Chyba każdy zna, lepiej, lub gorzej, część biblijnych opowieści, postaci i wydarzeń. Najczęściej jednak nasza wiedza jest bardzo powierzchowna i dotyczy zaledwie kilkunastu najpopularniejszych wątków powielanych w kulturze popularnej lub związanych z obchodzonymi świętami. A kiedy przychodzi moment, w którym powinniśmy przekazać naszą wiedzę potomnym okazuje się, że jesteśmy kompletnie nieprzygotowani na grad dziecięcych pytań.

Bo czy zastanawialiście się kiedyś kim właściwie byli ci faryzeusze? W którym miejscu na mapie szukać miasta Nazaret, co znaczy słowo „apokalipsa”, ile wzrostu mierzył Goliat i kiedy właściwie to wszystko się wydarzyło?

Tak naprawdę nie ma co próbować szukać odpowiedzi bezpośrednio w tekście Pisma Świętego, które, bez stałego dostępu do internetu, wciąż pozostanie w dużej mierze niezrozumiałe przez najbardziej nawet zawziętego czytelnika. Przerażona koniecznością zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest „wychowanie dziecka w wierze katolickiej” długo szukałam rozwiązania tego problemu. I nareszcie pojawiła się książka, która idealnie odpowiada na moje potrzeby. A że jest dedykowana czytelnikom w wieku 8+, to akurat się załapuję.

To książka, która wciągnie nie tylko dziecko. Odkąd tylko odebrałam ją na poczcie, jest dosłownie rozchwytywana przez całą rodzinę. Przystępna, intrygująca i po prostu ciekawa.

Przede wszystkim dlatego, że poszerza tekst Biblii o kontekst społeczno-polityczny. Poza treścią przypowieści znajdziemy tu również mapy, drzewa genealogiczne i mnóstwo fantastycznych ciekawostek.
Na przykład przy okazji przypowieści o Wieży Babel autor tłumaczy przy okazji czym jest zikkurat.  Wychodząc od głównego tematu nawiązuje do innych religii, wspomina o sposobach przedstawienia danych motywów i wydarzeń w sztuce i doszukuje się błędów (znalazł się nawet mój ulubiony rogaty Mojżesz!). Ponadto zapewnia czytelnikowi zestawienia cudów, symboli, proroków i apostołów, dzięki czemu książka jest swoistą „ściągą z wiary”.

Tłumaczy zawiłe aspekty wiary, wyjaśnia przenośnie i symbolikę, przybliża codzienność opisywanych epok. I robi to całkowicie przystępnym językiem unikając jednocześnie pauperyzacji i zbytniego uproszczania.

Co ciekawe, proste i stonowane (choć bardzo estetyczne) ilustracje w kolorach ziemi są jedynie niewiele znaczącym dopełnieniem tekstu podnoszącym jego atrakcyjność. Nie przejmują funkcji narracyjnej, nie zawłaszczają uwagi odbiorcy i nie oszałamiają przepychem jak to zwykle w sztuce (szczególnie religijnej!) bywało. Tym razem to nie obraz opowiada historie, on tylko pomaga je sobie zwizualizować i podkreśla ich znaczenie. Bardzo subtelny zabieg, którego nie można nie docenić. Bo oto mamy do czynienia ze świetnie zilustrowaną książką, w której obrazki nie wysuwają się na pierwszy plan. I wcale nie miały takiego zamiaru.

Biblia-encyklopedia. Rzetelna, ciekawa, przejrzysta i pięknie wydana. Pozycja obowiązkowa w każdym domu. Z pewnością będę do niej wracać nie raz. Jak tylko uda mi się do niej dopchać gdzieś między Majką, mężem, a babcią.

Jean–Michel Billioud, Hélène Georges, Biblia opowiedziana i objaśniona, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 172 s.