Grajki Majki: „Strażnicy kosmosu” Néstor Romeral Andréas

Do Ziemi zbliżają się oddziały kosmicznych najeźdźców! Wciel się w Strażnika Kosmosu, wsiądź w myśliwiec, staw czoło kosmitom i poczuj klimat lat 90.!

Na samym szczycie planszy groźnie majaczą cztery rzędy wielookich i wielokolorowych kosmitów, na samym dole widnieje ojczysta planeta, a dostępu do niej bronią tylko wasze myśliwce. Poruszaj się na planszy tak, by zestrzelić jak najwięcej wrogów z jak największą ilością oczu (bo im więcej oczu, tym więcej punktów!), wykup rakietę, by zlikwidować więcej wrogów za jednym strzałem ale wybieraj przeciwników rozważnie, bo zlikwidowanie całej kolumny powoduje pojawienie się kolejnego rzędu kosmitów i ich zbliżenie do Ziemi. Uważaj, żeby nie zderzyć się z miną, jednym z najeźdźców lub innym myśliwcem!

Z jednej strony graczy łączy wspólny cel – muszą powstrzymać hordę atakujących kosmitów przed dotarciem do Ziemi. Z drugiej jednak to wciąż rywalizacja – wygrywa ten, kto zestrzeli najwięcej wysoko punktowanych najeźdźców, będziecie więc „kopać pod sobą dołki” – zajeżdżać drogę, blokować strzały i podbierać upatrzone zdobycze.

Zwycięzca musi wykazać się sporymi umiejętnościami strategicznymi, przyda się też umiejętność szybkich kalkulacji i przewidywania ruchów przeciwnika.

Gra posiada również wersję dla zaawansowanych, w której czekają ulepszone, wielostrzałowe myśliwce i doładowania pozwalające oddać więcej strzałów w turze.

Mój mąż mówi, że to taka trochę „Galaga” w wersji planszowej, ale ja się już nie załapałam na ten etap, więc nie mam porównania (może ciągle dlatego przegrywam…).  Za to moje serce kompletnie skradło manualne przesuwanie rzędów najeźdźców i losowanie kolejnych kosmitów wchodzących do gry. Nie potrafię też nie wydawać (przynajmniej w myślach!) odgłosów strzelania podczas swojej rundy. No i szata graficzna stylizowana na gry komputerowe z przełomu lat 80. i 90. to mistrzostwo świata.

Jak zwykle jestem pod wrażeniem starannego wykonania gry. Zdecydowanie nie jest to propozycja na podróż, bardziej na wakacyjny deszczowy dzień na podłodze w salonie, gdyż składa się ze sporej liczby elementów. Część z nich wykonana została z drewna (myśliwce i bomba), co zawsze bardzo lubię, plansza i reszta elementów jest z grubej tektury (żetony z kosmitami, doładowania i rakiety). Tekturowe kwadraciki zostały bardzo starannie wycięte z matrycy, dzięki czemu ani jeden z nich nie zaczął się nadrywać podczas „wypychania” przed pierwszym użyciem, a to bardzo duży plus. No i wielki szacunek za wyprodukowanie w Polsce!

Strażnicy kosmosu
Autor:
Néstor Romeral Andréas
Ilustracje: Przemysław Fornal
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Paszczaki”, Tim Roediger

Przesympatyczne Paszczaki żadnej pracy się nie boją! W pudełku znajdziemy 54 karty z przedstawicielami tego przedziwnego gatunku w roli astronautów, superbohaterów, lekarzy, tancerzy, kucharzy, malarzy, nurków, mistrzów walki… w przeróżnych rozmiarach i kolorach. Na początku rozgrywki każdy z graczy otrzyma po 5 losowych kart z paszczakami, a gra polega na naprzemiennym układaniu paszczakowych rzędów na stole przed sobą – w dużej grupie, bo to stworzenia stadne i nie lubią samotności. Jeśli na początku i końcu rzędu znajdą się dwa takie same Paszczaki, gracz może zabrać cały rząd. Kto zbierze najwięcej kart z Paszczakami, wygrywa!

Łatwizna, prawda? Przyda się jednak dobra pamięć i umiejętności strategiczne, bo na każdej karcie mamy podaną informację, ile razy dany Paszczak występuje w talii (1, 2, 3 lub 4 razy) – dobrze więc zapamiętać, czy przypadkiem pozostali przedstawiciele danego zawodu nie zostali już zdobyci przez innego gracza. A niektóre Paszczaki są unikatowe i w ogóle nie mają pary!

Ten tytuł świetnie sprawdzi się jako gra na podróż, bo sam kartonik nie zajmuje wiele miejsca, a jeśli w plecaku wciąż mamy zbyt mało przestrzeni, spokojnie można zabrać same karty spięte gumką recepturką albo w samotnej skarpetce w roli futerału. Bo po jednej rozgrywce reguły zostaną w głowie i pakowanie instrukcji zupełnie nie będzie potrzebne. A do gry wystarczy zaledwie kawałek stołu albo innej w miarę płaskiej powierzchni i dobre towarzystwo.

Ponadto karty z Paszczakami świetnie sprawdzają się u nas również jako nieco udziwniona wersja gry w memory – tym ciekawsza, jako że nie wszystkie paszczaki występują podwójnie i czasem można odszukać trójkę, albo dwie takie same pary. A kilka Paszczaków zostanie samotnych.

Jak to zwykle bywa – ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia!

Paszczaki
Autor: Tim Roediger
Ilustracje: Christopher Lee
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-6
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Pippi Pończoszanka”, Astrid Lindgren

Panie i Panowie, przed Państwem najnowsza literacka miłość mojej córy i jej niekwestionowana idolka (szczególnie w kwestii smażenia naleśników) – Pippi Pończoszanka!

Zupełnie się nie spodziewałam, że przygody Pippi zainteresują już czterolatkę (gdyby Maja wiedziała, co piszę, zawołałaby, że przecież ma już cztery i pół!). Chociaż ta psotnica była nieodłączną częścią mojego dzieciństwa, obawiałam się trochę, że będzie mało wychowawcza, a kwestia związana z brakiem rodziców bardzo moją córkę zmartwi i będzie mnie czekało dużo tłumaczenia. Cóż, jeśli chodzi o drugą kwestię, to się myliłam – Majka jakoś nie przywiązała większej uwagi do tego, gdzie też się rodzice Pippi podziali i dlaczego. A jeśli chodzi o kwestie wychowawcze, to zachowanie  wychowanej na pirackim statku łobuzicy-siłaczki moją własną latorośl strasznie bawi, natomiast na całe szczęście nie próbuje jej naśladować. A przynajmniej nie, kiedy patrzę.

Niektóre z opowiadań lubimy bardzo, inne przeszły bez echa, ale właściwie przy każdym obie się świetnie bawiłyśmy! I bawimy się wciąż, bo Pippi wraca przynajmniej kilka razy w tygodniu.

„Przygody Pippi” to zbiór wszystkich opowiadań o rudowłosej psotnicy, które pojawiły się pierwotnie w trzech tomach: „Pippi Pończoszarka”, „Pippi wchodzi na pokład” oraz „Pippi na Południowym Pacyfiku”. Zazwyczaj nie przepadam za zbieraniem kilku książek w jedno opasłe tomiszcze, ale w tym przypadku to rozwiązanie sprawdziło nam się świetnie. Nie jest to co prawda książka, którą można podrzucić do plecaka wysyłając dziecko na wakacje, ale do wspólnego czytania przed snem, albo popołudniami w wielkim fotelu nadaje się idealnie. Książka ma duży format, a co za tym idzie – duże ilustracje i tekst o sporej interlinii, który jest dzięki temu bardzo przejrzysty i fajnie nadaje się do prób samodzielnego czytania u starszaka (albo dla zmęczonego rodzica, któremu już trochę kleją się oczy). A do tego pięknie wygląda na półce, bo z tej serii „wydań zbiorczych” mamy już Kubusia Puchatka. Bardzo fajnie sprawdzi się jako prezent-pamiątka z dedykacją na jakąś większą okazję, bo i jest to książka, do której dziecko na pewno będzie wracać jeszcze nie raz.

Astrid Lindgren, Przygody Pippi, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 320 s.

„Pippi w parku” to zapomniane nieco opowiadanie, które powstało na potrzeby gazetki z programem obchodów Dnia Dziecka w sztokholmskim parku Humlegården w 1949 roku i nigdy nie weszło w skład żadnej z książek poświęconych Pippi. W 2000 roku zostało wydane w Szwecji jako osobna książka, a wydawnictwo Zakamarki umożliwiło jego poznanie polskim czytelnikom z okazji 75. urodzin Pippi Pończoszanki.

Niedługa historyjka, w której Pippi wyrusza do stolicy by pomóc policji uporać się z chuliganami zakłócającymi porządek w sztokholmskim parku – oczywiście w swoim stylu. Przypomina nam nieco opowiadania o włamywaczach i zabawie w berka z policjantami. Majka bardzo ją lubi sięgać po nią samodzielnie ze względu na dużą ilość ilustracji.

Astrid Lindgren, Ingrid Vang Nyman, Pippi w parku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2020, 20 s.

„Pippi nie chce być duża i inne komiksy”            

Przygody Pippi pojawiły się również w formie komiksowej i okazuje się, że i ten sposób narracji świetnie pasuje do klimatu opowiadań. Ale jak Majce strasznie się podobają, tak ja jakoś nie umiem czytać komiksów na głos, więc tą książkę schowam gdzieś skrzętnie „na przyszłość”, jak już będzie umiała czytać sobie sama. Może to będzie dobra zachęta do nauki? Jest to co prawda trzeci i ostatni tom komiksów o Pippi, ale znając już trochę jej przygody, nie trzeba jakoś szczególnie przywiązywać wagi do kolejności. Wcześniej ukazały się „Pippi się wprowadza i inne komiksy” oraz „Pippi zawsze sobie poradzi i inne komiksy”.

Astrid Lindgren, Ingrid Vang Nyman, Pippi nie chce być duża i inne komiksy, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2020, 60 s.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia i Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Rety! Ktoś nowy na placu budowy!” Sherri Duskey Rinker i Tom Lichtenheld

Mam swój egzemplarz malucha już ponad cztery lata i nadal nie wiem, skąd w dziecięciach to upodobanie do pojazdów budowlanych. Byłam przekonana, że ten etap już za nami, ale ostatnio odkryłam, że moja córka wstaje tak rano, żeby obejrzeć przez okno przyjazd śmieciarki, a przy okolicznej budowie drogi spacerujemy >latami<, bo koparka koparkuje, walec walcuje, a Panowie wylewają asfalt. Aż mi prawie żal, że nie musimy już nosić maseczek na dworze, bo teraz jakby czuję asfalt bardziej. I nie mogę uwierzyć, że w ciąży pachniał mi apetycznie… Może to przez to?

Przejdźmy jednak do książki, bo mam przed sobą kolejny, trzeci już, tom hitowej serii przygód z placu budowy. I nie wiem, jak Wy, ale po tytule spodziewałam się, że w zespole pojawi się nowe auto. A (uwaga, spoiler!) pojawiło się aż pięć! Cała osobna brygada przyjechała wspomóc naszych bohaterów w budowie przekraczającej ich siły. Szybko okazało się, że umiejętności obu ekip świetnie się uzupełniają – maszyny połączyły się w pary i wspólnymi siłami błyskawicznie dokończyły powierzone im zadania (tym razem budują bardzo nowoczesny w formie parking naziemny. A przynajmniej tak mi się wydaje). Spychacz wspomogła ładowarka, dźwigowi na ratunek jedzie auto z platformą, a betoniarce pompa z rurociągiem.

To chyba nasza ulubiona część, bo wymienia nie tylko nazwy wszystkich dziesięciu pojazdów, ale również dokładnie przedstawia ich zadania. A wszystko to odbywa się w klimacie pomocy innej i pracy zespołowej. W wierszowanej formie, oczywiście!

Świetnie, że zachowano również rytm dnia – cała akcja toczy się bowiem od porannego mycia buziek, przez dzień pełen ciężkiej pracy aż po czas wieczornego odpoczynku, dzięki czemu nawiązuje do pierwszej części i również świetnie sprawdzi się jako pozycja „na dobranoc”.

Nie wiem, czy to czar pojazdów budowlanych, wpadającego w ucho rymowanego tekstu, czy sympatycznych, antropomorficznych ilustracji, ale każda kolejna książeczka z tej serii jest strzałem w dziesiątkę. I to nie tylko zdaniem mojej córki, sama również bardzo je lubię.

Sherri Duskey Rinker, Rety! Ktoś nowy na placu budowy!, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Literkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Oto dowód na to, że książeczka do nauki liter, i to taka zawierająca minimalną ilość tekstu, nie musi być wcale nudna!

Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka – jest piękna. Każda literka została wydziergana tak, by w swym kształcie zawierać rzeczownik, który się na nią zaczyna – D jest domkiem, na F pręży się smukły flaming, w I wbito igłę, a na L przyczaił się rudy lisek. Każda z nich jest bajecznie kolorowa i misternie przygotowana. Uwaga! Książkę ilustrują zdjęcia robótek, nie ma w niej żadnych elementów dotykowych, wszystko należy chłonąć oczami. A jest się czemu przyglądać, bo co cztery literki następuje przerywnik w postaci materiałowo-dzierganej ilustracji zawierającej jak najwięcej przedmiotów na poznane przed chwilą literki do wyszukania, nazwania i utrwalenia zdobytej wiedzy. Wraz z opisującym obrazek wierszykiem.

Ale to nie wszystko! Każdej z liter, poza jej fantazyjnie wydzierganą formą, towarzyszy zadanie – a te są bardzo różnorodne. Przy H trzeba zrobić hop! i podskoczyć jak najwyżej, a przy cukierkowym C należy dać rodzicowi całusa. Poza tym mały czytelnik będzie kwakał jak kaczka, liczył oczy ufoludka, wymieniał zwierzątka na f (znacie jakieś poza foką, fretką i flamingiem?) i rozważał umaszczenie lisiego futerka. Fantastyczna pozycja do aktywnego czytania – również dla maluchów, które nie do końca potrafią wysiedzieć długo w miejscu. I jeśli na początku miałam trochę obaw, że moja czterolatka będzie już na nią nieco za duża, to byłam w wielkim błędzie – bawi się świetnie. I może ten sposób przyswajania wiedzy całym ciałem przypadnie jej do gustu, bo z literami idzie nam wyjątkowo opornie.

Troszkę tylko szkoda, że nie jest dłuższa, bo aż się prosi, żeby polskie znaki wymienione na końcu dostały swoje własne pełnowymiarowe wyszywanki. Przynajmniej te, na które zaczynają się rzeczowniki. Tymczasem tylko Ł otrzymało własną stronę, reszta została przedstawiona zbiorczo na ostatnich kartach książeczki – już bez zagadek i poleceń do wykonania. Odczułyśmy przez to z córką niewielki niedosyt.

Pięknie wydana, w całości z grubszego kartonu o bezpiecznie zaokrąglonych rogach ma szansę posłużyć przez kilka lat – można już bowiem pokazywać i zupełnemu maluszkowi i przedszkolak wciąż będzie zainteresowany.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Literkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Guzikowa książka”, Sally Nicholls, Bethan Woollvin

Nie zwróciłam początkowo większej uwagi na ta pozycję, bo schematyczne, nieco abstrakcyjne ilustracje nie bardzo przypadły mi do gustu, ale książka zebrała tyle pozytywnych recenzji, że musiałam ją wypróbować.

I faktycznie jest bardzo sympatyczna! I bardzo, bardzo interaktywna.

Na każdej kolejnej stronie czekają na małego czytelnika zwierzątka i guzik, który trzeba pomóc im wcisnąć, a każdy z guzików jest innej wielkości, koloru i kształtu. Do koloru guzika natomiast jest dopasowana kolorystyka całej strony. Po wciśnięciu przez dziecko guzika i przewróceniu strony dowiadujemy się, jaką akcję wywołaliśmy.

Jest więc guzik, który wydaje głośny dźwięk, czy wystawianie języka, ale są również guziki do klaskania, skakania, śpiewania piosenek, przytulania, czy łaskotek. I chociaż ostatni z przycisków to guzik do spania, bynajmniej nie jest to książka do czytania przed snem, o nie! No, chyba, ze mamy na celu wymęczenie malucha przed zaśnięciem.

Bo podczas czytania nie sposób pozostać w miejscu. Bo i jak tu siedzieć w bezruchu, skoro możemy wcisnąć przycisk podskakiwania? Jak nie śmieć się w głos, skoro właśnie wcisnęliśmy guzik łaskotek?

Minimum tekstu, maksimum zabawy. A w gratisie walory edukacyjne, bo to świetna pozycja do nauki kolorów, kształtów i przeciwieństw.

Bardzo podoba mi się, że nie jest to wyłącznie przegląd guzików i ich funkcji, ale część z nich się powtarza, co zachęca do przełamywania schematu i samodzielnego wybierania ulubionych przycisków – nawet, jeśli w tym celu trzeba się nieco cofnąć.

I chociaż to kartonowa pozycja dla najnajów – ślinoodporna i z bezpiecznie zaokrąglonymi brzegami – to i moja przedszkolaczka przez jakiś czas bawiła się świetnie przy wspólnym czytaniu. Szczególnie podczas łaskotek.

Sally Nicholls, Bethan Woollvin, Guzikowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 26 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Ksiegarnia.

Grajki Majki: „Spacer po Burano”, Wei-Min Ling

„Spacer po Burano” jest oparty na bardzo podobnym mechanizmie, co opisywany w zeszłym tygodniu „Boarding”, tylko zamiast w rolę pracowników linii lotniczych wcielamy się w architektów i urbanistów, a zamiast sadzania pasażerów budujemy kamienice. Ale i tu będziemy musieli się nieźle nakombinować, żeby osiągnąć określony cel!

Owym celem jest zbudowanie rzędu pięciu trzypiętrowych kamienic o kolorowych fasadach i bogatych dekoracjach, z elementów, które losowo pojawiają się na stole. Jak to w architekturze – ogranicza nas masa ściśle określonych zasad – między innymi trzeba budować od dołu, kamienice muszą mieć fasady w jednym kolorze, a dwa budynki jednakowego koloru nie mogą stać obok siebie. No, chyba, że wykorzystamy jedno z pozwoleń na budowę (chociaż mi to brzmi bardziej jak łapówka) w celu ominięcia pewnych ograniczeń (na przykład ustawy krajobrazowej…).

Warto jednak pamiętać, że stawiając nasze kamienice musimy się liczyć nie tylko z regułami sztuki i prawami fizyki, ale również z gustem mieszkańców i turystów, którzy będą mieszkać na naszej ulicy. A te są bardzo zróżnicowane – niektórzy turyści doceniają kwiaty zdobiące ich kamienice, inni doniczki pełne ziół różnorodnej proweniencji, a jeszcze inni towarzystwo kotów. Podobnie z mieszkańcami – krawcowa zwraca uwagę na kolorowe markizy, policjant na odpowiednie oświetlenie budynków, burmistrz na dużą liczbę przechodniów, a Święty Mikołaj na obecność kominów. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich, dlatego nasze wybory muszą być przemyślane, bo to od zadowolenia turystów i mieszkańców zależy końcowa punktacja!

Sielskie, pełne nasyconych kolorów ilustracje, wysoka jakość wydania (te błyszczące pieniążki!) i duża ilość kotków bardzo dobrze zaspokajają moje potrzeby estetyczne, a element losowości i konieczność opracowania odpowiedniej strategii nie pozwoli za szybko się znudzić.

Co istotne w czasach pandemii, gra ma również wariant jednoosobowy. Rozgrywka trwa około 30 minut (w zależności od ilości graczy) i jest rekomendowana dla graczy od 10 roku życia.

Spacer po Burano
Autor: Wei-Min Ling
Ilustracje: Maisherly Chan
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Boarding”, Daryl Chow

Dla odmiany przychodzę dziś z propozycją gry „dla starszaków”, czyli 10+. I dla rodziców, bo na kwarantannie wieczór przy planszówce w ramach randki to szczyt romantyzmu.

W grze „Boarding” wcielamy się w stewardów i stewardes obarczonych obowiązkiem usadzenia wszystkich pasażerów samolotu. Oczywiście w sposób jak najbardziej ekonomiczny i zgodny z preferencjami klientów linii lotniczych. W końcu zakochani życzą sobie siedzieć obok siebie, dzieci nie powinny zostać bez opieki dorosłych, a biznesmeni, turyści i ekolodzy najlepiej czują się w swoim towarzystwie. Jeśli dorzucimy do tego wymagania odnośnie miejsc przy oknie, przy wyjściu, czy w środku rzędu, wychodzi z tego niezła układanka! Tym trudniejsza, że kolejność usadzania pasażerów zależy od losu – nie sposób bowiem przewidzieć jakie trafimy karty. Wyjątkowo problematycznych pasażerów możemy wyprosić z samolotu, ale uwaga!, otrzymamy za to punkty ujemne.

W pudełku znajdziemy cztery dwustronne plansze samolotów, 96 kart pasażerów, 150 drewnianych znaczników pasażerów (po 30 w 5 kolorach) oraz vouchery na posiłek, którymi będziemy mogli przebłagać problematycznych pasażerów, by poczekali jeszcze trochę na usadzenie.

Gra ma wiele różnych wariantów – z osobnymi planszami dla rozgrywek w 1-3 osoby i osobnymi dla 4-osobowych, z opcjonalnymi kartami trudnymi i kartami wydarzeń. Zasady, choć na pierwszy rzut oka skomplikowane, szybko dają się oswoić i po pierwszej rozgrywce nie stanowią już problemu. „Boarding” wymaga trochę szczęścia, dużo kombinowania i… talentu do porządków. Rozgrywka jest płynna, nie ma w niej długiego oczekiwania na ruch przeciwnika, ale zdarzają się kapryśni pasażerowie gotowi przyprawić nas o pierwsze siwe włosy.

Zawsze doceniam przemycone nutki poczucia humoru – w tej grze uwielbiam nazwy linii lotniczych, w których pracowników się wcielamy. Osobiście najbardziej lubię usadzać pasażerów Bryanaira, natomiast mąż mój wdziewa zazwyczaj uniform linii NIELOT. Do wyboru jest jeszcze SOS i RadomGlobalAir. Złoto!

Jeśli jednak nie macie drugiej połówki, a izolacja dłuży wam się niemożebnie, albo nie wiecie czym zainteresować plączące się pod nogami dziecko, podczas, gdy wy ślęczycie przed ekranami pracy zdalnej, ten tytuł też świetnie się sprawdzi, bo gra ma również wariant jednoosobowy. Przypomina wtedy nieco skrzyżowanie układania pasjansa z tetrisem.

Jak zawsze starannie i estetycznie wydana, chociaż ograniczyłabym nieco jednorazowy plastik przy pakowaniu.

Boarding
Autor: Daryl Chow
Ilustracje: Roman Kucharski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Atlas cudów świata” Ben Handicott, Lucy Letherland

W obecnej sytuacji, z wielkich wakacyjnych planów pozostało nam tylko podróżowanie palcem po mapie. Ale od czego są książki!

„Atlas cudów świata” to podróż po tych dobrze znanych i tych najbardziej niedostępnych zakątkach świata. Od szczytu Mount Everest, przez mokradła Pantanal i wulkaniczną Hawai, aż na dno Rowu Mariańskiego. Od szczytu Wieży Eiffela, przez Ankor Wat i Petrę aż na Wyspy Wielkanocne.

Powiem Wam jednak, że odnośnie tego atlasu mam mieszane uczucia. Niewątpliwie jest pięknie wydanyolbrzymi (to jedna z największych książek dla dzieci, którą mamy w swoich zbiorach!), kryjący w sobie mapy z miniaturkami opisywanych miejsc, a każda strona to rozkładówka poświęcona innemu cudowi.

Z jednej strony bardzo podoba mi się zestawienie tworów natury z dziełami ludzkich rąk. Z drugiej natomiast zupełnie nie mogę się połapać w sposobie nawigacji – obiekty zostały podzielone kontynentami, ale wewnątrz tych „rozdziałów” kierowanie się mapą już nie obowiązuje. Na przykład podróż po Europie zaczynamy od oglądania zorzy polarnej w Norwegii, po czym przenosimy się do Mont Saint-Michel, co jest całkiem zrozumiałym wyborem (który z całego serca popieram!), bo natura i kultura zmagają się tam z każdym przypływem. Następnie przenosimy się do Kolosseum we Włoszech, Hagia Sophii w Turcji i Neuschwanstein w Bawarii (a i sam wybór tego zabytku złamał mi serce. Jak można było, spośród wszystkich zamków Europy, wybrać ten twór?!), by… wrócić do Francji i policzyć nity Wieży Eiffela. Ani więc tu chronologii, ani optymalizacji trasy przejazdu.

Nie jestem też szczególnie usatysfakcjonowana treścią, bo choć o każdym z zabytków dowiemy się czegoś ciekawego, to sama wiedza jest rozczarowująco powierzchowna. Na przykład wśród powodów, dla których nie ukończono budowy bazyliki Sagrada Familia nie wymieniono przedwczesnej śmierci Gaudiego…Sama przyczyna śmierci została podana jako ciekawostka, ale w zupełnym oderwaniu od tematu. A przecież to założenie nie było zwykłym projektem architektonicznym, a rodzajem modlitwy. Której większość zginęła wraz z twórcą.

Możliwe, że moje odczucia wynikają z bardzo wysokich oczekiwań, które miałam względem tej pozycji. Szczególnie, po „Historii kolorów”, którą czytałam chwilę wcześniej, i która mnie zachwyciła, nie tylko od strony wizualnej, ale przede wszystkim ze względu na treść. A w tym przypadku mam wrażenie, że tekst zostaje w tyle za ilustracjami. I nie ma w tym nic złego, bo bardzo cenię picturebooki, a studiowanie całkiem szczegółowych przedstawień cudów zarówno natury, jak i architektury (szczególnie w takim formacie!) uważam za wartość samą w sobie. I bardzo prawdopodobne, że taki właśnie był zamysł autorów i to obraz miał być głównym medium, a podstawie informacje i ciekawostki stanowią jedynie jego dopełnienie. Żeby dzieci nie tylko wiedziały, na co patrzą, ale i by rozbudzić ich zainteresowanie. Wygląda jednak na to, że moja ciekawość domaga się natychmiastowego zaspokojenia, albo po prostu spodziewałam się czegoś innego.

I chociaż sama podarowałabym sobie niektóre z wymienionych tu dzieł, wybrano również kilka wybitnych, a mało znanych i popularnych (nawet podczas zwiedzania mapy!) w Polsce kierunków, jak choćby meczet w Dżenne.

To wartościowa, rozwijająca i rozbudzająca ciekawość pozycja, która owej ciekawości jednak nie zaspokaja. Wręcz nakłada do dalszego studiowania tajemnic wybranych cudów, których rąbka zaledwie uchyla.

Ben Handicott, Lucy Letherland, Atlas cudów świata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.