Grajki Majki: „Kruki”, Thorsten Gimmler

Nie wiem, jak to się stało, ale aż do momentu zagłębienia się w instrukcję, byłam przekonana, że „Kruki” są dodatkiem do „Snu”. Okazuje się jednak, że to zupełnie odrębna gra – i to o całkowicie odwróconych wartościach. Podczas gry w „Sen” staraliśmy się, by nasze krainy miały jak najmniejszą liczbę kruków, tutaj natomiast wcielamy się ni mniej, ni więcej, jak właśnie w role kruków odwiedzających ludzkie sny. I prawdę powiedziawszy ta koncepcja wychodzi grze na dobre. Wygląda na to, że kruki były nie tylko moimi ulubionymi bohaterami…

Dwuosobowa rozgrywka ma formę wyścigu, w którym udział biorą biały i czarny kruk. Przed nimi rozpościera się trasa złożona z przeróżnych krain sąsiadujących ze sobą w zupełnie losowy sposób. Dzięki kartom lotu przedstawiającym dane krainy i kartom akcji specjalnych, gracz przemieszcza swojego kruka z jednej krainy, do drugiej. I musi zrobić to szybciej, niż jego przeciwnik.

W moim odczuciu to gra jest łatwiejsza niż „Sen”, bo nie wymaga liczenia i notowania wyników. Wszystko, co zostało nam dane, widzimy przed sobą i możemy w spokoju knuć intrygi. I udaremniać intrygi przeciwnika. A wybór, czy lepiej pomagać sobie, czy szkodzić współgraczowi nigdy nie jest łatwy! Bo w tej grze można poważnie zamieszać – do tego właśnie służą karty akcji. Poza grzecznymi i poprawnymi poleceniami przesuwania swojego pionka o pole do przodu, lub cofania pionka przeciwnika, można również zupełnie zmienić trasę wyścigu poprzez przesunięcie, obrócenie, lub zamianę kart, a nawet… stworzyć objazd, czy drogę na skróty! A że niestety jestem jedną z tych osób, którym duch rywalizacji nie pozwala przemyśleć strategii „na chłodno”, wychodzą mi czasami zupełnie zaskakujące rzeczy.

Fantastycznie, że udało się zachować ulotny, nieco niepokojący i absolutnie fantastyczny senny klimat. „Kruki” to pięć zupełnie nowych onirycznych krain do odwiedzenia, które jednocześnie cieszą oko i powodują dreszcze.

Idealna do grania wieczorem, chociaż nie gwarantuję, że adrenalina pozwoli szybko po niej zasnąć.

Swoją drogą marzy mi się wersja „Magazyniera”, w której będę mogła grać wszędobylską myszką szabrującą towary.

Kruki
Autor: Thorsten Gimmler
Ilustracje: Marcin Minor
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Grajki Majki: „Głębia”, Stephen Glenn

Mogłabym napisać, że „Głębia” to gra dla zafascynowanych morskimi odmętami, dla poszukiwaczy skarbów i dobrych strategów. Ale jednak najbardziej trafnym i prawdziwym będzie stwierdzenie, że to gra dla małych wredot i złośliwców. Nie muszę chyba precyzować, że uwielbiam ją od pierwszej rozgrywki? Mąż też świetnie się odnalazł. I nawet córka, choć jeszcze sporo za mała, by grać samodzielnie, cieszy się z psot sprawionych przeciwnikowi.

Gra polega na zbieraniu drobnych skarbów w różnych kolorach i wymienianiu ich na błyszczące i znacznie bardziej wartościowe karty celów. Skarby znajdują się na czterech płytkach głębokiej i płytkiej wody. By je zdobyć, musimy wysłać na poszukiwania nurka, który najlepiej radzi sobie w danych warunkach – jedni, uzbrojeni w ciężki sprzęt, są specjalistami od eksplorowania morskich głębin. Drudzy, ubrani w kąpielówki, znacznie lepiej radzą sobie w płytkiej wodzie. Wszystko sprowadza się do jak najlepszego dopasowania wysyłanej na poszukiwania załogi. Każdy z graczy ma jednak do wyboru dwie strategie – może oczywiście budować swoje załogi idealne. Ale może też, podrzucając nurków o mniej pasujących umiejętnościach do załogi przeciwnika, działać na jego szkodę i właśnie w ten sposób wysuwać się na prowadzenie.

Wbrew przerażeniu, które poczułam podczas pierwszego kontaktu z całkiem grubaśną instrukcją i dużą ilością elementów, zasady można przyswoić w kilka minut. Obszerna instrukcja wynika za to z tłumaczenia reguł bezpośrednio na przykładach.

Rozgrywka wciąga od pierwszej chwili i bardzo łatwo się w nią zaangażować – w końcu to pogoń za skarbami. A że przy okazji można kopać przysłowiowe dołki pod drugim z graczy i sprzątnąć mu kosztowności sprzed nosa, tym lepiej.

Nie trzeba wiele liczyć, bo wszystko opiera się na porównywaniu kart o większej i mniejszej wartości. Wymaga nieco sprytu i tupetu, za to skrupuły nie są tu wymagane :)

Bardzo fajna gra karciana dla dwóch osób. Ze względu na dużą ilość małych elementów i potrzebę stabilnego podłoża, jest z natury raczej stacjonarna, niż podróżna – w końcu nikt nie chciałby być tym, który zgubi którykolwiek z 45 malutkich skarbów. Proste zasady i mnóstwo frajdy. A do tego nie nudzi się szybko, bo jednak nigdy nie wiemy, co nam się trafi. I co zgotuje nam przeciwnik.

Trenuje między innymi cierpliwość, spryt, opracowywanie prostej taktyki i … umiejętność przegrywania.

Z młodszymi dziećmi spokojnie można grać drużynowo – u nas ta opcja świetnie się sprawdziła z trzylatką. Majka nie jest jeszcze w stanie do końca zrozumieć zasad, nie zna też cyfr (a to akurat w tym przypadku niezbędna umiejętność), ale dokładanie kart i losowanie skarbów jest na tyle absorbujące, że spokojnie wytrzymuje z  nami przez całą rozgrywkę.

Głębia
Autor: Stephen Glenn
Ilustracje: Roman Kucharski, Tomek Larek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Magazynier”, Jog Kung

Macie takie marzenia z dzieciństwa, które pamiętacie do dziś? „Jak będę dorosła, to będę jadła lody na śniadanie!” – to udało mi się spełnić, w ostatnich ciepłych dniach nawet kilkukrotnie. Poza tym prostym życzeniem małej łakomczuszki, onegdaj widziałam się jeszcze za kierownicą dwóch pojazdów, które zawsze mnie fascynowały – walca drogowego i wózka widłowego. Oba wyzwania wciąż czekają na spełnienie, chociaż wciąż gdzieś tam żyją w mojej duszy. Zdarzyło mi się obsługiwać walec ręczny (ciężka praca, dużo frajdy, ładny trawnik. Ale to już zdecydowanie zasługa mojego taty, bo ja jednak bardzo szybko wymiękłam), a nowa gra od wydawnictwa Nasza Księgarnia pozwoliła mi liznąć nieco pracy magazyniera. Chociaż, jak mówi instrukcja, „mali, dzielni robotnicy i ich wózki widłowe stanowią jedynie akcent humorystyczny”.

W pudełku znajdziemy 40 kart podzielonych na pola w trzech rodzajach – towary, puste skrzynki i myszki, instrukcję oraz ołówek z notesem do liczenia wyników. Wszystko polega na tym, by w skrzynkach składających się na magazyn każdego z graczy znajdowało się jak najmniej myszy i jak najwięcej posegregowanych towarów. A osiągamy to układając karty w odpowiedni sposób – w zależności od naszego planu i fantazji. Łatwizna. Przynajmniej dopóki nie staniemy się zbyt zachłanni i nie przekombinujemy.

 

Ta gra o formacie kieszonkowym świetnie sprawdzi się jako „plan B” na wyjazd – wrzucona do torebki, czy plecaka może okazać się wybawieniem nie tylko w przypadku deszczowej majówki, ale również w pociągu, czy podczas przedłużającego się oczekiwania na posiłek w restauracji. Do rozegrania partii wystarczy kawałek płaskiej powierzchni, a gra trwa około 20 minut. Z czego jedna trzecia to liczenie punktów.

A jeśli o punktację chodzi, to osiągałam zdecydowanie lepsze wyniki, kiedy nie wiedziałam dokładnie co i jak będę liczyć. Dopóki skupiałam się wyłącznie na pilnowaniu, żeby w moim magazynie było jak najmniej myszek (co jest już trudnością samo w sobie, bo one mają takie urocze pyszczki!) to i punktacja jakoś szła. Ale kiedy zaczęłam za bardzo kombinować i starać się grupować w poszczególne towary, by uzyskać wyższą punktację, nie dość, że nagle zaroiło mi się od myszy, to jeszcze mąż zaczął mnie skandalicznie ogrywać! Porządki nigdy nie były moją mocną stroną…

Nie mogę się doczekać, aż spróbujemy zagrać razem z naszą trzylatką. Jestem ciekawa, czy bez świadomości zasad punktacji, prób liczenia i strategii, nie będzie jej przypadkiem szło lepiej, niż nam – uświadomionym dorosłym.

Wydaje mi się, że już samo grupowanie owoców i unikanie myszek może się okazać nie tylko dobrą zabawą, ale i świetnym ćwiczeniem dla małego móżdżku. A dla dzieci już szkolnych i nieco zaawansowanych w liczeniu to zdecydowanie bardziej atrakcyjny sposób przyswajania matematyki, niż rozwiązywanie przykładów. Nie mówiąc już o umiejętności rozwiązywania problemów i myśleniu strategicznym.

Mi zdecydowanie potrzeba tego rodzaju zachęty. Ale jeśli jest sposób na matmę dający tyle frajdy, to i liczenie można polubić!

Magazynier
Autor:
Jog Kung
Ilustracje: Roman Kucharski, Tomek Larek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Ślimaki to mięczaki”, Eugeni Castano

Jeśli chcecie zerwać ze schematami i całkowicie postawić na głowie swoje postrzeganie gier planszowych opartych na koncepcji kostki i pionków, Ślimaki będą dla Was idealne.

Bo w tej grze wszystko jest na opak! Każdy gracz może poruszać się wszystkimi pionkami. Nie wiemy, który pionek należy do którego gracza – to tajemnica! I co najważniejsze – wygrywa ten ślimak, który idzie najwolniej i w momencie zakończenia gry jest… najdalej od mety!

Im dalej od mety jesteśmy, tym pole, na którym stoimy jest wyżej punktowane. Zdobyte punkty symbolizowane są przez żetony-śmieci – guziki, kapsle i puszki. Spacerując przez las zbieramy śmieci. A im nasz ślimak wolniej się porusza, tym ma więcej czasu na sprzątanie lasu. Czyż to nie fantastyczne przesłanie?

Jak niemalże każda gra, ta również nie tylko bawi, ale również uczy – koncentracji, cierpliwości, abstrakcyjnego myślenia, kreatywności i strategii. A przy okazji wychowuje i kształtuje dobre nawyki. Pomysł zwrócenia uwagi dziecka na problem zanieczyszczenia lasów jest mega, wielkie brawa!

A skoro już przy kształtowaniu jesteśmy, to koniecznie trzeba wspomnieć również o kształtowaniu gustu i wrażliwości estetycznej. Bo oprawa graficzna – potraktowana całościowo (wraz z instrukcją i kartonową wkładką w pudełku!) – jest naprawdę bardzo dobra.

To w sumie całkiem zabawna sprawa – oglądałam całkiem sporo książek z ilustracjami Macieja Szymanowicza i żadna z nich nie przypadła mi do gustu. Z jakiegoś powodu jego rysunki wydają mi się groteskowe i przerysowane, szczególnie, jeśli chodzi o mimikę twarzy. Choć to przecież jeden z najbardziej docenianych polskich ilustratorów, nie mamy z Majką w swoich zborach ani jednej jego książki. Za to wydaje się, że w przypadku gier tendencja jest wręcz przeciwna. To już druga planszówka opracowana graficznie przez tego autora i druga, którą uwielbiamy – również pod względem wizualnym. I kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć.

Ale prawda jest taka, że ślimaki chyba nie mogą się nie podobać. Szczególnie, że sprawiają wyjątkowo sympatyczne wrażenie i mocno mi się wydaje, że niezłe z nich psotniki. Może dlatego tak łatwo ulec ich urokowi.

Gra jest rekomendowana dla dzieci powyżej 5go roku życia i wydaje mi się, że w tym przypadku nie ma co zaczynać wcześniej. Majka ma 3,5 roku i, chociaż zakochała się w ślimaczkach od pierwszego wejrzenia – sama wypatrzyła je u mnie na półce i zaprosiła mnie do gry – to jednak jest jeszcze zbyt przywiązana do klasycznych zasad rządzących tego typu grami i nie potrafi się przestawić. W końcu dopiero, co je porządnie przyswoiła. Zależy jej na posiadaniu własnego pionka (zielonego!) i jak najszybszym dojściu do mety. Pewnie, że można grać i w ten sposób, jestem wielką entuzjastką traktowania reguł gry jako jednej z opcji i wymyślania własnych zasad. Ale w tym przypadku koncepcja jest tak oryginalna, pomysłowa i przemyślana, że po prostu mi jej szkoda. Dlatego też pobawimy się trochę ślimakami i schowam je na przyszłość. Ani się obejrzę, a dzieć mi dorośnie i odkryjemy ją wspólnie na nowo.

Ślimaki to mięczaki
Autor: Eugeni Castano
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: Nasza Księgarnia (Gamewright) „Sen”

No dobra, tym dla tej gry powinnam stworzyć kategorię Grajki Matki, bo jednak Majka jeszcze przez ładnych klika lat będzie na tą grę za mała. Ale posiadanie dziecka to przecież rewelacyjna wymówka – w końcu kiedyś na pewno do niej dorośnie! A do tego czasu nie mogę pozwolić, by się marnowała na półce w samotności…

Co koniecznie trzeba powiedzieć o tej grze?

  1. Jest pięknaporywające wyobraźnię, oniryczne ilustracje Marcina Minora są tym, co mnie do niej przyciągnęło. I prawdę mówiąc, po prawie tygodniu intensywnego użytkowania, wciąż nie mogę się na nie napatrzeć i za każdym kolejnym razem udaje mi się dostrzec coś nowego.
  2. Jest klimatyczna – po rozpoczęciu rozgrywki zanurzymy się w krainy snów. A te, jak to zwykle ze snami bywa – są całkowicie nieprawdopodobne. I jednak zazwyczaj bardziej niepokojące, niż puchate i przyjemne.

Celem graczy jest stworzenie jak najmilszego snu, zamieszkałego przez jak najmniejszą liczbę złowrogich kruków. Można to zrobić poprzez wybieranie do odwiedzenia we śnie krain pełnych słodkich kotków, złotych rybek i morskich żółwi, nie zaś smoków, wilków, czy uschniętych lasów. Żeby nasze wybory nie były jednak zbyt proste, nigdy do końca nie wiemy, co nas czeka w naszych choćby najpiękniej zaplanowanych snach.

  1. Jest łatwiejsza, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka w rozbudowaną instrukcję. A instrukcja jest właśnie jednym z jej atutów – szczegółowa, stosunkowo prosta, pełna przedstawionych wizualnie przykładów i różnych wariantów gry. Dwie rundy i wymiatamy.
  2. Jest starannie wykonanadbałość o szczegóły to coś, co zawsze doceniam. Nie mówię tu o pozornych oczywistościach, jak wysoka jakość druku i wykorzystanych materiałów, raczej o drobnostkach. Ot, choćby dorzucenie do pudełka notesiku i ołówka do zapisywania punktów – podstawowych artykułów, które powinny się znaleźć w każdym domu, ale zwykle wsiąkają nie wiadomo gdzie, kiedy ich akurat potrzebujemy. Albo staranne opracowanie graficzne nie tylko samych kart do gry, ale również pudełka wraz z wkładką. Takie drobne starania dają zawsze świetne efekty.

Chociaż uwielbiam podchodzić do gier w sposób twórczy i, olewając nieco zasady, dopasowywać je do potrzeb i umiejętności mojej trzylatki, tak w tym przypadku faktycznie wolę jeszcze cierpliwie poczekać. Do tej gry niezbędna jest bowiem umiejętność całkiem sprawnego liczenia, zapamiętywania i rozwiniętej już trochę wyobraźni przestrzennej. Pozbawienie gry tych aspektów byłoby jednoznaczne z odarciem jej z całego uroku związanego ze snuciem niecnych planów na przechytrzenie przeciwników i próbami ogarnięcia tajemnicy snów. Dlatego też na razie karty z ilustracjami (a jest ich aż 13 rodzajów!) służą nam wyłącznie do wymyślania opowieści, a gra cierpliwie czeka, aż córka będzie gotowa rozwikłać wszystkie jej sekrety. Ale bynajmniej się nie kurzy, już się o to z mężem staramy!

To jedna z tych gier, które łączą pokolenia. Równie dobrze będzie się przy niej bawić dziecko, jak i dorosły. Czego jestem świetnym przykładem.

Sen
Wydawnictwo Nasza Księgarnia (Gamewright)
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

*Uwaga! Kot ze zdjęć nie wchodzi w skład zestawu i nie znajdziecie go w pudełku z grą!

Grajki Majki: 3 gry kooperacyjne dla najmłodszych

Nie oszukujmy się – maluchy, przynajmniej na początku swojej przygody z grami planszowymi, nieszczególnie radzą sobie z przegrywaniem. Warto więc od czasu do czasu sięgnąć po grę, w której uczestnicy, zamiast ze sobą rywalizować, pracują na wspólny sukces. Albo wspólną porażkę.

Najmłodszym gorąco polecam pokazywaną już wcześniej Little Cooperation od Djeco, której celem jest przeprowadzenie zwierzątek przez lodowy most, zanim ten się „rozpuści”. Jest to gra losowa, gdzie rodzaj ruchu gracza (wprowadzenia zwierzątka na most, zejście z mostu do igloo lub topnienie jednej z podstaw mostu) zależy od rzutu kostką. Poza banalnie prostymi zasadami, z którymi spokojnie poradzi sobie i dwulatek, niewątpliwą zaletą jest różnorodność faktur wykorzystanych materiałów w postaci połączenia elementów gumowych, tekturowych i plastikowych.

To najłatwiejsza z przedstawionych gier, tu też rozgrywka trwa najkrócej.

Little Cooperation
Firma: Djeco
Sugerowany wiek: 2,5-5 lat

Nieco trudniejsza propozycja to „Kotek Psotek” wydawnictwa Egmont – podobnie jak w przypadku Little Cooperation, polega na bezpiecznym doprowadzeniu zwierzątek (myszki, wiewiórki i ptaszka) do ich domków, tym razem jednak naszym przeciwnikiem nie jest topniejący most, a goniący nas kotek. Fakt, czy i jak szybko ruszymy się którymś z mniejszych stworzonek, czy psotnym kotkiem zależy od koloru i liczby wyrzuconych na kostkach oczek. Kiedy kot doścignie któreś z małych zwierzątek, to (jak to dyplomatycznie zostało określone w instrukcji) zostaje zdjęte z planszy. Wciąż mamy jednak szansę uciec pozostałymi pionkami, a kilka smakołyków w zanadrzu pozwala nieco kocura spowolnić. Sporym utrudnieniem jest konieczność uciekania trzema pionkami jednocześnie, a to wymaga już pewnego rodzaju strategii! Moja Majka ma też mały problem ze zrozumieniem koncepcji skrótów i zapamiętaniem które pionki mogą się nimi przemieszczać. I może to nieszczególnie gra dla tak ortodoksyjnych kociarzy, jak nasza rodzina, podejrzewam bowiem, że w głębi ducha każdy z nas kibicuje kotu.

Wielki plus za świetnie opracowaną instrukcję, niebanalny kształt planszy i drewniane pionki. Również cena jest bardzo przyjazna.

Kotek Psotek
Wydawnictwo Egmont
Sugerowany wiek: 3+

Za to najbardziej już zaawansowanym małym graczom polecamy nowość od Wydawnictwa Nasza Księgarnia – „Liska Urwiska”, czyli grę detektywistyczną!

Każdy z graczy wciela się w jedną z czterech kurek-detektywów (symbolizowanych przez kolorowe pionki – czapki detektywa), które wspólnie mają za zadanie rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży chleba. Zbierają wskazówki i eliminują kolejnych podejrzanych, ale muszą się spieszyć, bo winowajca ucieka!

Mechanizm gry oparty jest o rzuty trzema kośćmi, na których należy wylosować te same symbole – łapki lub „oczka”. Wylosowanie trzech symboli oka pozwala na odkrycie dwóch kart podejrzanych, a liczba wyrzuconych łapek oznacza liczbę ruchów, które dany gracz może wykonać na planszy, na której poukrywane są poszlaki. Jeśli jednak nie uda się wyrzucić trzech takich samych symboli, uczestnik traci kolejkę i zamiast tego musi przesunąć figurkę lisa o trzy pola do przodu. Kiedy symbolizujący winowajcę lis przejdzie przez całą planszę i zdoła zbiec do norki, gra kończy się klęską.

Zebrane poszlaki gracze umieszczają w dekoderze wskazówek, dzięki któremu mogą się dowiedzieć, czy winowajca nosi określony element ubioru – i dzięki temu eliminować podejrzanych. A to świetne ćwiczenie na spostrzegawczość i kojarzenie faktów.

Lisek Urwisek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Każda propozycja to świetna zabawa, która potrafi wkręcić całą rodzinę! Którą z nich wybierzecie?

Bajki Majki: Seria „Pucio” Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos

Nareszcie dojrzałam do tego, by wziąć na warsztat chyba najbardziej lubianą i rozpoznawalną serię wspomagającą rozwój mowy. A dojrzewałam do tego naprawdę długo, bo książki pani Galewskiej-Kustro pojawiają się w naszym domu niemalże na bieżąco, zaraz po wydaniu.

Pierwszą część przygód Pucia dostaliśmy w prezencie tuż przed pierwszymi urodzinami Majki. Początkowo mieliśmy trochę problemów logicznych z imieniem głównego bohatera, bo najczęściej używanym przez nas pieszczotliwym określeniem Bobasy było właśnie Pucia (no wiecie, za niemowlaczka miała takie puciaste policzki, że nic, tylko robić „puci, puci puci” :D), ale w końcu udało nam się to rozgraniczyć i szybko stała się jedną z najczęściej czytanych książek na majkowej półce. Do tego stopnia, że zarówno mi, jak i mężowi zbrzydła kompletnie. A potem pojawiły się kolejne części i z każdą następna było bardzo podobnie.

Wbrew pozorom książki z tej serii mają całkiem sporo tekstu, dobrze sprawdzą się jako jedna z pierwszych książek do dłuższego czytania. Już jeden „Pucio” wystarczy, by spełnić minimum dwudziestominutowego czytania dziecku.

Wszystkie części zostały wykonane z grubej tektury, a ich format zbliżony jest do A4, przez co są stosunkowo ciężkie i osobiście nieszczególnie lubię trzymać je w jednej ręce, kiedy czytam z córką na kolanach, bo to po prostu mało wygodne. Pucia czytamy więc najczęściej na dywanie.

Pomijając jeszcze przez chwilę walory edukacyjne, jestem wielką fanką ilustracji Joanny Kłos. Wypełniają one całe strony książek, spychając tekst do roli dopełnienia (z powodzeniem można też w ogóle nie czytać tekstu, skupiając się na wspólnym opisywaniu przedstawionych sytuacji wraz z dzieckiem – to świetne ćwiczenie na kreatywność i skupienie uwagi), ale odkąd mój mąż zauważył „Jakie oni mają dziwne nosy!” widzę głównie nosy bohaterów. Niemniej jednak wizualnie wciąż bardzo mi się podoba, to świetnie zaprojektowane książeczki!

A jednym z ich największych atutów, jest zwiększający się poziom, dzięki czemu seria rośnie wraz z dzieckiem:

„Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” – jak już wskazuje nam sam tytuł, pierwsza część serii skierowana jest do najmłodszych odbiorców (my czytaliśmy od mniej więcej 10go miesiąca życia) i jest po brzegi wypełniona onomatopejami. Fabuła ujęta jest w króciutkie zdania uzupełnione wyrazami dźwiękonaśladowczymi. A te, poza pojawianiem się w tekście, zapisane zostały również na ilustracjach, w dymkach i wyszczególnione na dolnym marginesie. Pod względem tematyki książka porusza sceny najczęściej znane maluszkowi z codzienności – wspólne posiłki, spacery po mieście i parku, spędzanie wolnego czasu, czy wycieczka do dziadków na wieś. Jest hałaśliwie, rodzinnie i wesoło. A ostatnie strony poświęcono na powtórkę – piktogramy z podpisami zachęcają do wspólnego powtarzania poznanych dźwięków.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016, 40 s.

„Pucio mówi pierwsze słowa” – ta część skierowana została już do nieco starszych czytelników i z pewnością ucieszy każdego przedszkolaka. Jako, że pojawia się w niej temat uczęszczania do przedszkola, fajnie sprawdzi się jako książeczka ułatwiająca adaptację. Ponadto znajdziemy tu też urodziny głównego bohatera, rodzinne wyjście na basen, zakupy z mamą i codzienne rytuały, bo spędzamy z Puciem calutki dzień – od pobudki, aż po zaśnięcie. Ta część nastawiona jest na poznawanie słów – nazw obiektów i czynności i tym razem to one, wraz z obrazkami, zostały wyszczególnione na marginesach i w „powtórce” z tyłu książki. Poza samymi nazwami przedmiotów i czynności maluch pozna również przymiotniki pomagające w ich opisywaniu, na zasadzie przeciwieństw (jak na przykład mały i duży, brudny i czysty, wesoły i smutny) oraz przedimki pomagające określić ich położenie (np. w, na, pod).

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio mówi pierwsze słowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 40 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania”. Na początku miałam wrażenie, że ta część się u nas nie przyjmie i szał na Pucia już przeminął. Kiedy do nas trafiła, Majka mówiła już całkiem ładnie i miała spore słownictwo, dlatego już podczas pierwszego czytania sama z marszu opisała mi wszystko to, co działo się na ilustracjach jeszcze zanim zdążyłam przeczytać jej tekst. I chociaż dłuższe już nieco zdania są bardziej zaawansowane pod względem używanych określeń (na przykład jest aż sześć różnych określeń miejsca), dość szybko się Bobasie znudziła. A potem przyszła zima i zaczął się jej renesans stając się najulubieńszą lekturą świata. Bo fabuła dotyczy właśnie zimowego wyjazdu w góry. Jest budowanie karmnika dla ptaków, dokarmianie leśnych zwierząt, oczekiwanie na śnieg, zimowe szaleństwo, narty, sanki, łyżwy, bałwany i co tylko można sobie wymarzyć. Z korkiem na Zakopiance i wizytą na urazówce włącznie.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków” to ostatnia i chyba moja ulubiona część przygód tej zakręconej rodzinki. Nie tylko dlatego, że dzieje się latem (i to częściowo nad morzem!), ale przede wszystkim dlatego, że od samego początku jest dla mojej Mai największym wyzwaniem. Tym razem puciorodzina wsiada do wypożyczonego przez ciocię kampera i rusza podbijać Kaszuby. Przeczytamy tu o rozbijaniu namiotu, kąpielach w jeziorze, wycieczkach rowerowych, leśnych piknikach, skakaniu przez morskie fale, wizycie w skansenie, jedzeniu ryby z frytkami, czy wspinaczce na latarnię morską. A wszystko to opisane zostało już naprawdę złożonymi zdaniami w dłuższych partiach tekstu. Tym razem rysunki sytuacyjne na marginesach podpisane zostały z oznaczeniem głosek, których wymowę należy ćwiczyć. Marginesy zostały podzielone na trzy części – adekwatnie do wieku czytelnika – mamy więc osobne wyrazy dla trzy-, cztero- i pięciolatków. Ponadto poza standardową powtórką pojawiły się również pomysły na gimnastykę buzi, czyli robienie minek trenujących aparat mowy. Super sprawa.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Mimo tego, że każda z kolejnych części bez najmniejszego problemu zdobywa serce mojego dziecka, chętnie wracamy również do poprzednich książeczek z przygodami Pucia. Nikt w końcu nie powiedział, że przedszkolak nie może mieć frajdy z muuuczenia jak krówka i tykania jak zegarek, prawda?

Polecamy z całego serducha, ale uwaga! Ta seria wciąga. I niedługo całkiem wam zbrzydnie. Na szczęście kolejne części pojawiają się całkiem często – akurat, kiedy rodzic nie może już patrzeć na poprzednią ;)

Mieliście już przyjemność poznać Pucia, Misię i Bobo?

Czas na czytanie: „Notatki samobójcy” Michael Thomas Ford

„Wyznam wam coś: widok własnego nazwiska obok słów „oddział psychiatryczny” potrafi człowiekowi zepsuć dzień.”

Na ten tytuł trafiłam na jednej z grup książkowych – pewna mama była zniesmaczona faktem, że w książce dla młodzieży pojawiają się „momenty”. I to w dodatku męsko-męskie. A jak wiadomo, tego rodzaju krytyka to najlepsza reklama. Nie byłam w stanie oprzeć się pokusie sprawdzenia, co to za pornograficzne bezeceństwa kryją „Notatki samobójcy”.

DSC_0822

Na samym początku muszę zaznaczyć, że jak zazwyczaj strasznie nie lubię pierwszoosobowej narracji, tak ten pamiętnik czytało mi się świetnie. Przede wszystkim dlatego, że już od pierwszych stron polubiłam samego narratora – piętnastoletniego Jeffa, który jest po prostu świetnym chłopakiem. Błyskotliwy, trochę zarozumiały, wygadany i pełen uszczypliwego poczucia humoru. Nie brak mu typowego dla nastolatków głodu wiedzy i, co już jest mniej typowe dla młodych chłopców, lubi swoją rodzinę i docenia to, co ma. A zdaje się mieć mnóstwo dystansu do siebie i świata. Okazuje się jednak, że jest pewien szczegół, którego wstydzi się nawet przed sobą.

„Czasami ludzie wyglądają normalnie, ale pewnego dnia robią coś kompletnie zaskakującego – i lądują w miejscu takim, jak ten szpital. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto mnie zna, podejrzewał, że zrobię to, co zrobiłem.”

Nie jestem pewna, jak to o mnie świadczy, ale czytałam relację młodziutkiego niedoszłego samobójcy z pobytu w szpitalu psychiatrycznym i momentami musiałam powstrzymywać wybuchy śmiechu. Bo ta historia jest naprawdę lekko napisana. Zabawna i nieco zadziorna narracja nie ujmuje jednak powagi samej tematyce, która przedstawiona z wyjątkowo przystępny sposób.

„Dlaczego trzeba ostrzegać ludzi przed tym, kim się jest? Dlaczego nie można po prostu być sobą?”

To całkiem mądra opowieść o samoakceptacji, odkrywaniu własnej seksualności i dystansowaniu się do zdania innych. O ciężarze sekretów i pozornie błahych problemach, które z punktu widzenia nastolatka wydają się być nie do pokonania. I przy okazji ważna lekcja tolerancji – boleśnie uświadamia jak bardzo ludzkie reakcje potrafią wpłynąć wpływać na nas i innych. A o inności świadczą nie tlyko nasze romantyczne wybory.

Tak, w tej książce są sceny czynności seksualnych zarówno w parze hetero, jak i homoseksualnych. Nie nastawiajcie się jednak na wyjątkowo plastyczne opisy, niepewność pierwszych doświadczeń zdecydowanie dominuje tu nad erotyką.

Osobiście odebrałam ta książkę bardzo pozytywnie, wydaje mi się być świetnie wyważona między powagą tematu, a humorystycznym podejściem. Super, że nie jest to romans, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jest mnóstwo emocji ale wszystko jest nastawione przede wszystkim na poznawanie siebie, nie na fascynację drugim człowiekiem.

Warto poświęcić jej chwilę. A z punktu widzenia rodzica naprawdę nie ma się czego bać. Chociaż może sądzę tak dlatego, że moja córka jeszcze nie potrafi czytać.

Michael Thomas Ford, Notatki samobójcy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2012, 272 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Bajki Majki: „Feluś i Gucio idą do przedszkola” Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett

Adaptacja w przedszkolu to kolejny wielki krok i w życiu maluszka. Całkowita zmiana otoczenia z bezpiecznych domowych kątów na wypełnione przygodami i rówieśnikami miejsce. Miejsce, gdzie rodzic, który dotychczas był na zawołanie, nie będzie już towarzyszył małemu odkrywcy na każdym kroku, a panią przedszkolanką trzeba się dzielić z innymi dziećmi.

Już po wakacjach Majkę czeka upgrade na przedszkolaka i powoli zaczynamy się nastawiać na to wielkie wydarzenie. Wspólnie odwiedzałyśmy przedszkola zanim wybrałyśmy to jedno jedyne, dużo o tym rozmawiamy i powoli zaczynamy zbierać „literaturę przedmiotu”. Książeczka o Felusiu, która całkiem niedawno wyszła nakładem Naszej Księgarni, jest jedną z fajniejszych pozycji odsłaniającej przed maluszkiem tajemnice przedszkolnego życia.

Takie zmiany są stresujące nie tylko dla dziecka, ale i dla rodzica. I to właśnie do zatroskanych mam skierowane są dwie pierwsze strony, gdzie na spokojnie wytłumaczono jak wielkim przeżyciem mogą okazać się pierwsze dni w przedszkolu. Znalazło się również miejsce na proste porady jak wspierać swojego świeżo upieczonego przedszkolaka. Całą resztę natomiast można już czytać wspólnie.

Ta duża, całokartonowa książka z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprzyja także samodzielnemu oglądaniu. Szczególnie, że zdecydowaną większość stron zajmują delikatne, pastelowe ilustracje i to właśnie obraz jest głównym sposobem przekazu informacji. Krótkie partie tekstu do przeczytania wspólnie z rodzicem dodatkowo tłumaczą całą sytuację i przybliżają uczucia bohatera.

Każda podwójna strona, opatrzona stosownym nagłówkiem, przedstawia jeden element przedszkolnej rutyny. Układają się one – krok po kroku – w standardowy dzień świeżo upieczonego przedszkolaka. Od porannych przygotowań do wyjścia z domu, przez zmianę butów w szatni, pożegnanie z rodzicem, zabawę z kolegami, posiłki, higienę, spacery, drzemkę i przeróżne wyjątkowe wydarzenia aż po powrót do domu. Największy strach wzbudza to, co nieznane, warto zatem na spokojnie omówić wszystko, co może się wydarzyć. Ta lektura może okazać się świetnym wstępem do rozmowy o własnych przeżyciach z emocjonujących dni w przedszkolu.

Wszystko przedstawione zostało z perspektywy Felusia – sympatycznego smyka, dla którego przedszkole również jest jeszcze nowością. Wraz z nim poznajemy reguły panujące w nowym miejscu, a także ogromne możliwości poznawania świata, zarówno na co dzień, jak i w wyjątkowe dni, takie jak Mikołajki, wycieczka czy Dzień Babci. Razem z Felusiem przezywamy często przytłaczające emocje – smutek towarzyszący rozstaniu z mamą, kłopot z rozpięciem spodenek w toalecie, pierwsze kroki w nauce cierpliwości i codzienne małe dramaty – upadki, strach, pierwsze kłótnie z kolegami, czy tęsknotę za rodzicem. Wiadomo, że razem jest raźniej, a Feluś jest uroczym przewodnikiem i dobrym przykładem do naśladowania. Bardzo mi się podoba, że małemu bohaterowi na każdym kroku towarzyszy przyjaciel – pluszowy miś Gucio, z którego autorki uczyniły pełnoprawnego współbohatera swojej opowieści. Mam nadzieję, że i Maja będzie mogła, chociaż na początku, zabierać ze sobą któregoś z pluszaków. Oby tylko nie zechciała zabrać kota, którego traktuje jak jedną ze swoich najukochańszych maskotek…

Bardzo ładnie zilustrowana, czytelna i sumiennie omawiająca niemalże wszystkie aspekty nowego, przedszkolnego świata. Na razie podczas czytania dostosowuję tekst do naszych potrzeb (na przykład nie czytam, że Feluś podczas pożegnania bardzo płakał, by nie nastawiać córki negatywnie. Nie czytam też o zakończeniu picia z butelki, bo jedyna butelka, jaką zna moje dziecko, to ta ze słomką.). Wspaniale, że udało się uzyskać zachęcający i atrakcyjny wydźwięk i jednocześnie nie przedstawiać przedszkola w samych superlatywach. Problemy i smutki nie są ignorowane, a przedstawiono je jako sytuacje, z których można znaleźć wyjście i uzyskać pocieszenie. To wielka zaleta tej pozycji.

Piękna, mądra i wytrzymała. Mam nadzieję, że okaże się skuteczną pomocą w rozpoczęciu naszej przedszkolnej przygody.

Katarzyna Kozłowska, Marianna Schoett, Feluś i Gucio idą do przedszkola, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.