Czas na czytanie: „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare

Z przykrością muszę przyznać, że to pierwsza z książek Cassandry Clare, która trochę mi się dłużyła, szczególnie w samym środku – już po wielu tragicznych wydarzeniach, ale w momencie oczekiwania na finałową bitwę i ostateczne rozwiązanie całej serii. 700 stron to mimo wszystko trochę za dużo radości. Nie było to jednak na tyle uciążliwe, żebym zdecydowała się odłożyć książkę, wręcz przeciwnie – podobnie jak 5 poprzednich tomów, i ta wchodzi bardzo szybko i lekko, nawet mimo długaśnych momentów mozolnego brnięcia przez pustynię.

Sebastian wyposażony w kielich pozwalający stworzyć Mrocznych Nocnych Łowców wydaje się być niepokonanym przeciwnikiem – szczególnie, że „rekrutuje” swoją armię napadając i przemieniając Nefilim, a nie ma nic trudniejszego, niż walka z wrogiem noszącym twarze naszych najbliższych. Nawet, jeśli to tylko powłoka, której ukradziono duszę, któż byłby w stanie wycelować w nią miecz? Jakby tego było mało, jeden z sojuszników Clave szykuje się do zdrady dołączając do szeregów Morgensterna. Nie da się ukryć, że Valentine był przy swoim synu puszystym kociakiem – chciał odsunięcia Clave od sprawowania rządów, niepodzielnej władzy nad Mrocznymi Łowcami i zerwania Porozumień z Podziemnymi. Cel Jonatana jest znacznie prostszy – zniszczyć świat i rządzić jego popiołami. Koniecznie mając przy sobie siostrę – jedyną osobę, która ma dla niego jakąkolwiek wartość.

Ostatnia część nie tylko domyka historię Clary i Mrocznej Wojny, w którą została wplątana, ale przy okazji otwiera mnóstwo nowych wątków, które będą kontynuowane w kolejnych cyklach, a do głosu dochodzą kolejne rody – pojawia się rodzeństwo Blackthornów i Emma Carstairs z legendarnym mieczem u boku (otrzymali własną historię w trylogii „Mroczne Intrygi”), brat Zachariasz okazuje się jeszcze bardziej intrygującą postacią, niż wcześniej, ze Spiralnego Labiryntu wychodzi czarownica Tessa Gray, której historię możemy poznać w trylogii „Diabelskie Maszyny” (za którą lada moment się zabieram), a Magnus spisze kilka historii ze swojej niekrótkiej młodości („Kroniki Magnusa Bane’a”). Nie ma więc mowy o żadnych pożegnaniach. To dopiero zaproszenie do dalszej przygody.

I z przyjemnością to zaproszenie przyjmuję, bo świat stworzony przez Cassandrę Clare – świat niby najzupełniej normalny, a pełen wilkołaków, wampirów, czarowników i demonów schowanych przed wzrokiem zwykłych śmiertelników, z Nocnymi Łowcami mającymi w żyłach anielską krew i czerpiącymi siłę z magicznych znaków stojącymi na straży porządku – bardzo przypadł mi do gustu, do czego w dużej mierze przyczyniło się poczucie humoru bohaterów (za tak długie zdanie moja polonistka z gimnazjum zrobiłaby mi równie długi wykład, ale jakoś nie mogę go skończyć, to jeszcze dopiszę coś w nawiasie, zawsze miałam słabość do impresjonizmu). Strasznie się cieszę, że jeszcze tyle przede mną, choć jednocześnie długość Kronik Nocnych Łowców troszkę napawa mnie przerażeniem. Ale jestem pewna, że będzie fajnie!

Sporym minusem całej serii było dla mnie bardzo przeciętne tłumaczenie i niestaranna korekta – pojawiało się naprawdę sporo błędów i wyłapałam kilka może nie szczególnie ważnych, ale kulawo brzmiących błędów w tłumaczeniu. Na przykład zamiast słowa „brokat” pojawia się „błyszczyk”, w związku z czym Magnus pociera oko i w związku z tym palce lśnią mu od błyszczyku, pokój Isabelle jest cały obsypany błyszczykiem itp. Tego rodzaju nieznaczne, ale w całokształcie męczące szczegóły. Zwłaszcza, gdy pojawiają się w tekście niejednokrotnie.

W ostatnim tomie strasznie za to drażnił mnie pewien błąd rzeczowy – ważna dla fabuły jest pewna sala w Gard, która opisywana w następujący sposób:

„(…) zbudowana jak amfiteatr: półokrąg ław otaczający podium z dwiema mównicami, jedną dla Konsula, drugą dla Inkwizytora. Znajdujące się za duże prostokątne okna wychodziły na Alicante”.

I ja wiem, że w tym momencie pewnie jestem zbyt czepialska, ale tego rodzaju konstrukcja na planie półokręgu to teatr. Przedrostek „amfi-” oznacza podwojenie, czyli amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu (podwójny teatr). Jak na przykład Amfiteatr Flawiuszów, zwany potocznie Koloseum. I za pierwszym razem tylko trochę mnie to zirytowało, ale to porównanie pojawia się w tekście dwa lub nawet trzy razy, więc musiałam podzielić się frustracją :)

Podsumowując – było długo, ale fajnie i chcę więcej. To jedna z tych autorek, której książki właściwie czytają się same – bardzo łatwo wchodzą i nie wymagają od czytelnika zbyt wiele wysiłku, to po prostu czysta, dobra rozrywka. Świetnie mi się przy nich odpoczywa.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 6: Miasto niebiańskiego ognia, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2014, 704 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Miasto upadłych aniołów” Cassanda Clare

Myślałam, że Dary Anioła to trylogia (swoją drogą wydaje mi się, że był tak napisane w jednym z blurbów pierwszych części) i to już koniec przygód Clary i Jace’a jako pierwszoplanowych bohaterów. A tu niespodzianka, mają dla siebie kolejne 3 książki! To znaczy mają je dla siebie od lat, ale ja mam taki szybki czas reakcji…

Jeśli czytelnik spodziewa się, że po pokonaniu Valentina i ostatecznym rozwiązaniu kwestii bycia i nie bycia rodzeństwem Jace i Clary nareszcie będą mogli w spokoju randkować i cieszyć się urokami miłości i młodości, to oczywiście jest w błędzie. Jace jest dręczony przez koszmary i obawy, które nie pozwalają mu zbliżyć się do ukochanej. A nocne mary mają coraz większy wpływ na rzeczywistość. Tymczasem Simon nie do końca odnajduje się w byciu wampirem – mimo niespodziewanej eksplozji zainteresowania płci przeciwnej jego osobą nie radzi sobie z samotnością – coraz mniej pasuje do świata Przyziemnych i nie jest w stanie dłużej oszukiwać swojej rodziny, w klanie wampirów nie ma dla niego miejsca, a Nocni Łowcy nie traktują jego gatunku z sympatią. Dlatego kiedy otrzymuje nieoczekiwaną propozycję, będzie musiał dobrze się zastanowić, czy jej nie przyjąć. Nawet w idealnym związku Aleca i Magnusa pojawiają się zgrzyty. Swoją drogą jak dotychczas najbardziej na świecie lubiłam czarownika, tak zaczynam mieć również coraz więcej sympatii do Alexandra, to zdecydowanie moi ulubieńcy. Chociaż Simona też nie sposób nie polubić.

Podczas czytania tej części niesamowicie drażniły mnie błędy, których niestety całkiem sporo umknęło w korekcie. I odmiana imienia „Jace”. Jakoś naturalniej wydaje mi się odmienianie „zmierzyła wzrokiem Jace’a” niż „Jace’ego”. Niestety nie pamiętam, jak było w poprzednich częściach, a zdążyłam już oddać je do biblioteki. Może ustalono tak od początku, a dopiero teraz zaczęło mi przeszkadzać?

Mimo to strasznie fajnie wrócić do tego świata. Są demony, spiski, tajemnicze morderstwa, chłopięce przekomarzania, sporo mrożącej krew w żyłach masakry i niezła dawka poczucia humoru, które tak mi w tej serii pasuje.

Cassandra Clare, Dary Anioła T. 4: Miasto upadłych aniołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 438 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto szkła” Cassandra Clare

W trzecim tomie Darów Anioła nareszcie dane nam będzie zobaczyć osławione Alicante – stolicę ojczyzny Nocnych Łowców, Szklane Miasto i najlepiej chronione przed demonami miejsce na świecie. Do czasu, bo tak się akurat składa, że stoi na skraju wojny, ale nikt przecież nie mówił, że Clary ma szczęście do podróżowania.

A nasza bohaterka wyjątkowo będzie zachodzić wszystkim za skórę – nawet Lukowi, któremu tym razem rodzicielstwo nieźle da w kość. Znaczy jeszcze bardziej, niż dotychczas. Bo za ulotną nadzieją na uratowanie matki Clary pójdzie wszędzie i na oślep – nie patrząc jakie szkody może wyrządzić po drodze i kogo dotkną konsekwencje jej czynów.

Dowiemy się więcej na temat przeszłości bohaterów – zarówno Luka i Jocelyn, jak i przeklętego rodzeństwa. Historia ich narodzin i nadnaturalnych zdolności wreszcie złoży się w logiczną całość.

Będzie też oczywiście pełen dramatów ciąg dalszy romantycznych rozterek bohaterów, ale tym razem (uwaga spoiler!) wreszcie znajdą szczęście zakończenie. Cóż, w pewnym sensie i przynajmniej dla niektórych.

Starcie jest nieuniknione, Nocni Łowcy szykują się do wojny z Valentinem. Czy będą zmuszeni stawić mu czoła osamotnieni? Bolesne straty pojawią się zarówno po stronie wrogów, jak i przyjaciół. Będzie jatka, będą tortury, mnóstwo demonów, eksperymenty na dzieciach, wredne wampiry, czarna magia, podstępni szpiedzy, najprawdziwsze anioły i zuchwałe nastolatki. Będzie siła przyjaźni i solidarności, będą tez próby zniesienia podziałów i stworzenia nowych Porozumień i generalnie próby zaprowadzenia pokoju i miłości wśród zwaśnionych. Czy to możliwe, by Podziemni i Łowcy współegzystowali odpuściwszy wiekowy konflikt? Czy wspólny wróg to dość, by zapomnieć o pełnej urazy historii dwóch stron barykady?

Przekonajcie się!

Cassandra Clare, Dary anioła T. 3: Miasto szkła, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 544 s
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto popiołów” Cassandra Clare

Jak w pierwszym tomie moją uwagę przyciągnęły przede wszystkim powtarzające się co jakiś czas pojedynki z demonami, wampirami i innymi mrocznymi stworzeniami z pogranicza światów, tak tym razem na prowadzenie wysuwają się miłosne rozterki. Od samego początku mieliśmy w tej serii do czynienia z romantycznym trójkątem i przynajmniej trzema osobami utkniętymi we friendzone, a im dalej w las, tym sytuacja coraz bardziej się plącze, zamiast rozjaśniać. Chyba nie ma tu nikogo, kto obdarza uczuciami właściwą osobę, a nawet jeśli, to bez wzajemności. A jeśli z wzajemnością, to akurat tak się składa, że są rodzeństwem, więc dylemat natury społeczno-moralno-genetycznej jak się patrzy. I nikt tak właściwie nie wie czego chce, poza Simonem, ale on akurat dostaje tylko to, czego bardzo nie chce. Trochę w więc z „Miasta popiołów” opera mydlana, ale w sumie kto nie lubi takich klimatów od czasu do czasu? Wszyscy lubią, tylko nikt się nie przyznaje!

I może faktycznie byłoby to męczące, gdyby nie toczący się wokół konflikt. Zły ojciec rośnie w siłę i buduje armię gotową zrównać z powierzchni ziemi nie tylko Clave i wszystkich Podziemnych, ale również każdego wyznającego inne ideały. I każdego kto się nawinie też. Ponura Inkwizytorka dokłada wszelkich starań, by zrobić piekło z życia Jace’a (przy jednoczesnym ignorowaniu prawdziwego zagrożenia), bo jak powszechnie wiadomo to dzieci powinni być obarczani winą za zbrodnie rodziców, a pobudki osobiste zawsze powinny przeważać nad bezpieczeństwem ogółu. Natomiast jeśli chodzi o sprawy natury rodzinno-osobistej, to i rodzinę Lightwoodów czeka niemały kryzys, po tym, jak okazało się, że adoptowany przez nich chłopiec jest synem nie tego przyjaciela, co powinien. O bałaganie w życiu Simona nawet nie będę wspominać, zdradzę tylko, że będzie… mrocznie.

Będą ciemne lochy, demony żywiące się strachem, zuchwałe kradzieże i brutalne morderstwa, masa uczuciowego bałaganu i krwawa final battle bez nadziei na zwycięstwo. Nie zabraknie jednak i charakterystycznego poczucia humoru, które zdążyłam tak polubić.

A na końcu czeka uroczy bonus z pierwszej randki Magnusa i Aleca.

Bardzo podoba mi się pomysł autorki na magię zawartą w słowie pisanym, czyli run jako źródła siły, mocy i szczególnych umiejętności Nocnych Łowców. A że nadnaturalne zdolności, które powoli odkrywa w sobie Clary są z tym silnie związane, zapowiada się rozwinięcie tego tematu w kolejnych tomach, na co bardzo czekam.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 2: Miasto popiołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 464 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto kości” Cassandra Clare

W zeszłym sezonie zima-wiosna zmierzyłam się z monumentalną serią Sarah J. Maas „Szklany Tron” i myślałam, że na jakiś czas jestem nasycona fantastycznie magicznymi przygodówkami dla młodzieży. Ale minęło trochę czasu i strasznie zatęskniłam za moją prywatną akcją nadrabiania młodzieżówek. Tym razem biorę na warsztat kolejnego tasiemca, o którym słyszeli chyba wszyscy, a ja kompletnie nie wiem o co chodzi – „Kroniki Nocnych Łowców” Cassandry Clare. Z tego, co widzę, czeka mnie w sumie 21 książek, co już samo w sobie brzmi imponująco, a do tego są wcale grubaśne. Nie wiem, czy dam radę dotrwać do końca, ale pierwszy tom pierwszej serii pochłonęłam w dwa wieczory, a to dobra wróżba. Szkoda tylko, że recenzja po kilku miesiącach… Ale wreszcie jest, liczy się! :D

Bo i książka właściwie czyta się sama – jest napisana z lekkością i mało wymagająca, bardzo dobrze mi się przy niej odpoczywało.

„Wszystkie bajki są prawdziwe”.

Chociaż mamy tu do czynienia z fantastycznym światem – ze swoimi regułami, hierarchią, stworzeniami i brudnymi sekrecikami – całkiem łatwo przyswoić rządzące nim zasady i w miarę szybko ogarnęłam kto jest kim, z kim i dlaczego. Może z tego powodu, że świat Nocnych Łowców, wojowników broniących świata przed demonami, nakłada się na nasz – jest ukryty przed oczami zwykłych śmiertelników (zwanych tu „Przyziemnymi”) pozbawionych daru Widzenia i umiejętności zaglądania pod osłonę rzeczywistości. A tam się dzieje, oj dzieje.

Piętnastoletnia Clary Fray żyje w przekonaniu, że jest najzwyklejszą ze zwykłych dziewczyn. Musi jednak zrewidować ten pogląd, kiedy na jednej z imprez jest światkiem morderstwa. Tylko że nikt poza nią nie widzi napastników, a ciało ofiary rozpływa się w nicości. Kiedy następnego dnia jej mama zostaje porwana, a ją atakuje potwór rodem z koszmarów zostaje siłą wciągnięta w świat, o którego istnieniu nie zdawała sobie sprawy, choć jest z nim nierozerwalnie związana właściwie od urodzenia.

Kto grzebał w jej umyśle nakładając na niego kolejne blokady? Co ukrywała przed nią matka i dlaczego nigdy nie wspominała ani słowem o swojej przeszłości?

Jest tu sporo widowiskowych pojedynków z mrocznymi siłami i całkiem paskudnych stworów, są drobne rodzinne sekrety (ach, która rodzina nie ma trupa w szafie?) i spiski dążące do przewrotu i zachwiania ustalonym porządkiem. Są wredni, ale przystojni młodzi wojownicy o ciętym poczuciu humoru i swojski, oddany przyjaciel we frienzonie. Są bajkowe historie, wilkołaki, wampiry na demonicznych motocyklach, ekscentryczny czarownik i wróżka-oszustka. Jest intryga, poszukiwanie skradzionego skarbu, spora dawka przyjaźni (nawet jeśli ta czasami rodzi się zupełnie mimo woli) i heroiczna misja ratunkowa.

I miłosne rozterki, więc mamy właściwie wszystko, co potrzebne w dobrej fantastycznej przygodówce. Co prawda bywa trochę przewidywalnie – spodziewałam się kto będzie zdrajcą (uwaga, spoiler – będzie zdrada!), ale plot twist na końcu książki mnie zaskoczył. Całość okazała się też dobrze zbalansowana, bo chociaż jestem usatysfakcjonowana zakończeniem, to z przyjemnością sięgnę po drugą część.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 1: Miasto kości, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 512 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Król z bliznami”, Leigh Bardugo

Po trzech latach wróciłam do świata Griszów! Martwiłam się, że po tak długiej przerwie trudno będzie mi na nowo złapać wątek, ale to były zbędne obawy. Do wykreowanego przez Bardugo wróciłam jak do domu po przedłużającej się podróży. Domu tętniącego nowymi przygodami.

„Król z bliznami” to historia łącząca oba wcześniejsze cykle autorki – dzieje się zarówno po Trylogii Grisza, jak i dwutomowej Szóstce Wron, a część bohaterów brało udział w wydarzeniach z obu cykli. Bardzo więc nie polecam zaczynania przygody z Griszami od tej powieści. Jeśli nie czytaliście poprzednich książek Leigh Bardugo, dalsza część recenzji może zawierać spoilery!

Ravka po upadku uzurpatora i zniszczeniu Fałdy Cienia powoli się odradza. Nie oznacza to jednak zakończenia kłopotów, wręcz przeciwnie. W końcu w tym wyniszczonym kraju żyjącym na kredyt, między dwoma mocarstwami o ekspansywnych zapędach nigdy nie brakuje złych wieści. Czy wyobraźnia i charyzma zuchwałego młodego króla- wynalazcy i pirata wystarczy, by zapewnić krajanom upragniony pokój? Nie brak mu przecież potężnych sprzymierzeńców. Co jednak, jeśli we wnętrzu króla drzemie ciemność, której nie sposób okiełznać?

Nikołaj walczy z całych sił, by jego kraj nie został najechany przez sąsiadów, by miał szansę na rozwój i dobrobyt. Czeka go jednak znacznie większe wyzwanie, niż salonowe spiski i szykujące się rewolty, choć i tych nie zabraknie. Zoya Nazalensky – generał i zwierzchnik przetrzebionej nie tak dawno armii Griszów oraz najbardziej zaufana doradczyni króla zrobi wszystko, by go ocalić. Natomiast Nina Zenik – szpieg o nadnaturalnych zdolnościach i problemem w stosowaniu się do rozkazów, przygnieciona żałobą po ukochanym, zrobi wszystko, by ocalić tych Griszów, którzy mieli nieszczęście urodzić się we Fjerdzie. A tam obdarzone mocą kobiety znikają bez śladu w tajemniczych ośrodkach badawczych.

Przygoda, poczucie humoru i magia spotykają się tu w idealnych proporcjach, a narracja z punktu widzenia różnych bohaterów pozwala świetnie poznać zarówno ich samych, jak i całą sytuację. I będą smoki, a to samo w sobie daje + 100 do świetnej książki!

„ – Zawsze myślałam, że smok był tylko metaforą.
– Metaforą czego? – zapytał Juris nieco urażonym tonem.
– Pogańskiej wiary, obcych najeźdźców, niebezpieczeństw nowoczesnego świata.
– Czasami smok jest po prostu smokiem, Zoyu Nazalensky. A mogę cię zapewnić, ze żadna metafora nie ma na sumieniu tylu ludzkich istnień”.

Czytałam Trylogię Griszów jeszcze w pierwszym wydaniu Papierowego Księżyca, i chociaż korciło mnie nowe wydanie ze względu na bajeczne okładki (jestem taką okładkową sroką!), to jednak sporo krytycznych uwag względem nowego tłumaczenia sprawiło, że wstrzymałam się z zakupem. Dlatego też miałam pewne obawy względem „Króla z bliznami”, nie lubię, kiedy w trakcie czytania zmienia mi się tłumacz. Początkowo byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, bo do pewnego momentu praktycznie nie zauważyłam różnicy. A potem pojawił się jeden „drobny” szczegół, który zepsuł wszystko. Przetłumaczono „Darklinga” na „Zmrocza”. Już sam fakt, że zmieniono imię/przydomek jednego z głównych bohaterów w środkowej książce uniwersum, czyli trochę tak, jakby w czwartym tomie przemianować Harry’ego Pottera na Henia Garncarza, to przecież są słowa, których tłumaczyć po prostu się nie powinno. Należą do nich nazwy własne. I już nawet nie wspominam, jak strasznie lamersko to brzmi. Poza tym nie mam zastrzeżeń, ale to jedno wkurzało mnie przez większość lektury, bo nie zdołałam się przyzwyczaić.

Jak zawsze świetna historia, tylko oddajcie mi Darklinga!

Leigh Bardugo, Król z bliznami, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2019, 528 s.

Czas na czytanie: „Język cierni” Leigh Bardugo

Leigh Bardugo stworzyła świat griszów, który wciągnął mnie jak mało która książkowa kraina – tak podobny i jednocześnie zupełnie różny od naszego. Świat pełen pragmatycznej magii i zręcznego rzemiosła, głębokiej wiary i kupieckiego sprytu. Teraz to wyjątkowe uniwersum zyskało kolejny element kultury – dydaktyczno-moralizatorskie historie przekazywane z pokolenia na pokolejnie, które doczekały się wreszcie spisania i zamknięcia w tomie „Język Cierni”.

Mieszając w tyglu znanych nam baśni, mitów i przypowieści autorka stworzyła zbiór sześciu opowieści, na których mogli wychowywać się jej bohaterowie. Aż trzy z nich pochodzą z kręgu kulturowego Ravki, i po jednej z Nowoziemia, Kerchu i Fjerdy.

To historie przepełnione magią, chciwością i okrucieństwem. Historie przekazujące spora dawkę babskiej energii – pełne silnych, rozważnych, mądrych i zdeterminowanych kobiet, choć nie jest to bynajmniej jedyny ich przekaz. Wraz z bohaterami znajdziemy się w labiryncie potwora, zaklętym lesie, pracowni zegarmistrza-władcy marionetek, chatce wiedźmy, a nawet zanurzymy się w morskie odmęty wraz z syrenami.

To historie wzbudzające cały wachlarz emocji, wśród których przeważa przejmujące poczucie niepokoju i bliżej niezidentyfikowanego zagrożenia. Historie, w których zło nie zawsze przybiera oczywistą postać potwora i nie zawsze ukrywa się za gładkim licem femme fatale.

Historie, które nigdy nie kończą się tak, jak moglibyśmy się tego po nich spodziewać. A każda z nich niesie ze sobą przestrogę stając się cenną lekcją dla młodych słuchaczy. Lekcją o prawdzie, wolności, przyjaźni i słuchaniu siebie nawzajem.

Poza poruszającą treścią, ta książka jest przepięknie wydana. To prawdziwe gesamtkunstwerk, gdzie bardzo klimatyczne, szczegółowe ilustracje narastają wraz z rozwojem fabuły dodatkowo wzmagając napięcie. Nawet kolor czcionki ma związek z fabułą! A złocona okładka przyciąga jak magnes sprawiając wrażenie zdobionej szkatułki, w której zamknięto opowieści.

Właśnie tak powinny wyglądać książki z baśniami!

Leigh Bardugo, Język cierni, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 294 s.

Czas na czytanie: „Królestwo kanciarzy” Leigh Bardugo

Miałam nie czytać drugiego tomu „Szóstki wron” dopóki nie nadrobię Trylogii Grisza, żeby nie robić sobie spoilerów, ale oczywiście pokusa okazała się być silniejsza od mojej (słabej) silnej woli.

Obawiałam się trochę, że w drugim tomie przygód Kaza i jego radosnej gromadki, akcja powieści przeniesie się do Ravki. Całe szczęście autorka mi tego nie zrobiła i otrzymałam prawdziwie końską dawkę mojego ukochanego Ketterdamu. Nie potrafię nie wielbić tego miasta – brudna, mroczna, wilgotna wyspa, której mieszkańcy czczą boga handlu i każdą swoją aktywność podporządkowują pomnażaniu zysków. Wczuwając się w tą literacką wedutę, po mistrzowsku wykreowaną przez Panią Bardugo, za każdym razem wracają wspomnienia i wrażenia, jakie wywarła na mnie Wenecja – miasto sukcesu i upadku, pełne zachwycającej sztuki i wybujałej architektury, miasto kupców i złoczyńców, pobożne i pragmatyczne jednocześnie. Eteryczne i nietrwałe, skąpane w niepokojącym zielonkawym blasku odbijającym się od mulistej wody kanałów. Nadgniłe, mieszające smakowite zapachy egzotycznych potraw ze słodkim odorem rozkładu.

Kryjówka na cmentarnej wyspie (chociaż na Isola di San Michele brakuje krypt rzeźbionych na podobieństwo statków, czytając o Czarnym Woalu, stale szukałam w pamięci podobieństw), kościane lampy i trupie barki poruszające się po kanałach niczym łodzie Charona są idealnym dopełnieniem niepokojącego klimatu i przypominają mi o pewnym uporczywym pytaniu: „Miasto miłości, czy miasto śmierci?”. Labirynt kanałów, miasto-zagadka. Fascynujące i uwodzące podróżnych atmosferą tajemniczości. Uwielbiam.

W „Szóstce wron” czytelnicy dowiedzieli się całkiem sporo o przeszłości Niny i Matthiasa oraz Kaza i Inej, tym razem przyszedł czas na zgłębienie smutnej, pełnej zakłamania historii Wylana i poznanie wszystkich grzeszków Jespera. I jak po pierwszym tomie wszystkie pary lubiłam chyba na równi, tak obecnie Jasper i Wylan są zdecydowanie moim numerem jeden.

IMG_20170603_124550_123

„Królestwo kanciarzy” to jeszcze więcej niecnych planów, pościgów po dachach, strzelanin, wybuchów, zamętu i niszczenia własności publicznej. To też heroiczna walka ze swoimi słabościami, płonną nadzieją i rozpaczliwe próby ochrony bliskich. Bo im plan bardziej skomplikowany, tym więcej rzeczy może się nie udać. Szczególnie, że kiedy jesteś ścigany listami gończymi wrogiem staje się każdy mieszkaniec twojego miasta skuszony obietnicą wysokiej nagrody.

Zakręcona akcja nie zwalnia ani na minutę, dzięki czemu niemalże 600 stron czyta się dosłownie jednym tchem.

Już tęsknię za tą bandą nicponi, chętnie wzięłabym udział w ich kolejnych przygodach. Kto wie, może autorka jeszcze kiedyś pozwoli nam do nich wrócić? Zawsze chętnie wybiorę się na małą wycieczkę do Ketterdamu.

I jeszcze na koniec parę słów o okładce, bo w przypadku tak pięknie wydanej książki nie można tego pominąć. Drugi tom jest równie dopracowany co pierwsza część, i chociaż projekt okładki „Szóstki wron” podobał mi się odrobinę bardziej i czarne brzegi stron były moim zdaniem nieco bardziej klimatyczne, to „Królestwo kanciarzy” prezentuje się imponująco. Aż mi trochę żal, że obie części wypożyczyłam z biblioteki, bo fantastycznie prezentowałyby się razem na półce. Gdybym tylko miała jakąś wolną półkę.

Leigh Bardugo, Królestwo Kanciarzy, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 608 s.