Czas na czytanie: „Las na granicy światów” Holly Black

„Las na granicy światów” to w sumie prequel trylogii o złym księciu, jednak jej znajomość nie jest niezbędna. To odrębna historia Severtina i Króla Olch, a także miecza, który stanie się później orężęm w ostatecznym rozwiązaniu problemów Jude – wytęskniony powrót do dzikiego i okrutnego świata elfów dla fanów serii, ale równie dobrze sprawdzi się jako pierwszy kontakt z tym uniwersum.

Pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale ta książka jest jeszcze bardziej baśniowa. Opowieść o rycerzach przestrzegających kodeksu honorowego, o śpiącym księciu w szklanej trumnie, magicznych darach, sile muzyki, samotnych dzieciach stających do walki ze złem, legendarnych orężach i miłości jak z kart baśni. Właściwie ta przygoda równie dobrze mogłaby być opowieścią na dobranoc dla mieszkańców świata elfów. Bo oba te światy w żadnym innym miejscu nie łączą się ze sobą tak ściśle, jak w Fairfold.

Ben i Hazel, niedopilnowane dzieci wyzwolonych artystów, od małego kręcą się po przydomowym lesie. I od małego są świadomi czających się w nim niebezpieczeństw –ciągłej obecności śmiertelnie groźnych, bezlitosnych elfów, zarówno tych czarownie pięknych wysokiego rodu, jak i szkaradne potwory żywcem wyjęte z najbardziej mrocznych ludowych podań. Jedne bardziej niebezpieczne od drugich. Las ma jednak jeszcze jedną, znacznie bardziej romantyczną tajemnicę i atrakcję turystyczną w jednym – szklaną trumnę z zatopionym w wiecznym śnie rogatym młodzieńcem. Księciem z baśni i głównym bohaterem zabaw i fantazji rodzeństwa. Hazel marzy o byciu rycerzem, Ben kocha muzykę, obydwoje tęsknią do baśniowej miłości. Tylko czy gdyby książę został uwolniony ze swojej pułapki, spełniłby ich oczekiwania?

Jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana, bo dostałam bardzo dużą dawkę tego, za co pokochałam Holly Black – nieokiełznaną, piękną i przerażającą siłę natury pełznącą po ścianach miękkość mchu i jego słodki, duszący, nieco gnilny zapach (mam wrażenie, że ten wręcz wychodzi z jej książek). Szczególnie, że inwazyjny rozkwit roślinności został potraktowany jako broń i zwiastun najstraszniejszej potwory z samego serca lasu. Potwory, która wypełzła z jego czeluści i, pogrążona we własnej rozpaczy, terroryzuje miasto.

Holly Black, Las na granicy światów, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar 2020, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zabić drozda” Harper Lee, Fred Fordham

Nowe podejście do klasycznego kanonu zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Czy adaptacja stanie na wysokości zadania? Czy ponownie opowiadając znaną historię i poszukując nowych środków wyrazu nie przegapimy (świadomie lub nie) jakiejś istotnej treści? Szczególnie w przypadku tekstu poruszającego tak wiele ważnych i trudnych tematów?

Tym razem naprawdę się udało. Sięgając po komiks nie spodziewałam się, że zarówno narracja z punktu widzenia kilkulatki stykającej się z rasizmem, podziałami klasowymi, wykluczeniem społecznym i ludzkim okrucieństwem, jak i sam przekaz będą równie przejmujące, co w książce Harper Lee.

Przedstawione w formie graficznej sytuacje nie straciły nic ze swojej dynamiki i dramatyzmu. Z powodzeniem udało się również pogłębienie psychologiczne postaci, zarysowanie sytuacji społeczno-politycznej Alabamy lat 30. XX wieku i skomplikowanie ludzkiej natury. Jest inaczej, ale w moim odczuciu równie dobrze.

„Zabić drozda” nie znajduje się obecnie na liście lektur, choć powinna, bo przecież większość opisywanych w niej problemów jest wciąż aktualnych, mimo że współcześnie hipokryzja nienawiść do drugiego człowieka wyrażana jest w odmienny sposób. Myślę, że forma komiksu jest dla młodego czytelnika nie tylko bardziej atrakcyjna, ale przede wszystkim łatwiejsza do przyswojenia – zarówno ze względu na krótszy czas, który trzeba spędzić by poznać treść, jak i na dodatkowy środek przekazu, jakim jest obraz. Ta wersja mogłaby się sprawdzić jako przedmiot szkolnej dyskusji równie dobrze, co oryginał. Bo i jest przecież o czym dyskutować.

Harper Lee, Fred Fordham, Zabić drozda, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 278 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zagubione siostry” Holly Black

„Zagubione siostry” to niewielki objętościowo dodatek do trylogii „Okrutnego księcia”. Ma formę zbliżoną do listu z przeprosinami i ofiaruje czytelnikom nową perspektywę, bo jego autorką jest Taryn. Bohaterka opisuje w niej historię swojego zakochania i romansu z Lokim dając się trochę lepiej poznać i tłumacząc motywy swojego postępowania. Rzuca też odrobinę światła na wredne zachowanie „bandy Cardana” wobec Jude w pierwszym tomie.

Ze względu na krótką formę i skupienie na uczuciach, zabrakło mi trochę tego, co w tej serii uwiodło mnie najbardziej – rozbuchanego świata elfów pełnego odurzającego piękna i szokującej bezwzględności. Świetnie ma się za to baśniowość, dodatkowo tu podkreślona i okrucieństwo – zarówno fizyczne, jak i psychiczne – a tego w tym świecie zabraknąć przecież nie może.

Świetnie sprawdzi się jako szybkie przypomnienie pierwszego tomu, kiedy po dłuższej przerwie zapragniemy sięgnąć po kolejne części cyklu. Warto poświęcić godzinkę na tego rodzaju streszczenie jednego z ważniejszych wątków.

Książka została wydana wyłącznie jako e-book i niestety nie jest dostępna (a przynajmniej nie była na stronie Empiku) jako pdf – możemy wybierać między formatami MOBI i EPUB. Dużym plusem jest cena, bo można ją kupić za mniej, niż 5 zł.

Holly Black, Zagubione siostry, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 98 s.

Czas na czytanie: „Królowa niczego” Holly Black

Lubię to, fajnie się skończyło! – jeśli to spojler, to przepraszam. Postaram się powiedzieć jak najwięcej zdradzając jak najmniej.

W ostatniej części trylogii jest co prawda mniej hipnotyzujących opisów elfowego świata, które mnie tak urzekły – przede wszystkim dlatego, że część akcji przeniosła się do krainy ludzi, a część na mroźną północ, gdzie o rozbuchaną, nieco nadgnitą przyrodę nieco trudniej, ale wszystko nadrabiają spiski, niecne plany i niespodziewane zwroty akcji.

Madok, zbuntowany dowódca armii, nie przebiera w środkach – zrobi wszystko, by obalić Cardana i zdobyć koronę. A jeśli przy okazji wywoła wojnę domową, to w sumie nawet lepiej, w końcu czerwone kaptury kochają przelew krwi i bitewny szał. I zjadać pokonanych przeciwników też. Tych kreatur poznamy więcej, więc fani brutalnej makabry z pewnością będą zadowoleni. Podobnie jak wielbiciele wielopoziomowych intryg, bo podstępy, zagadki i knowania towarzyszą elfom na każdym kroku. Czy Jude zdoła przejrzeć je wszystkie? I czy sprawi, że jej stanowisko faktycznie będzie coś znaczyć? A może popełni kolejny błąd, by stać się marionetką w dłoniach tych bezdusznych istot, albo pośmiewiskiem i krótką rozrywką w ich nieśmiertelnym życiu?

Będą wygnania, porwania, zabójstwa, niespodziewane ciąże, bitwy, podstępy, łamigłówki, biesiady, dochodzenia, elementy chrystologiczne/kanibalistyczne, wyroki, przewroty i romanse. Nawet pizza będzie.

Ta seria zrobiła na mnie piorunujące wrażenie jeszcze pod jednym aspektem – jest pełna silnych, świetnie skonstruowanych postaci kobiecych. Nigdy nie ukrywałam, że nie przepadam za babeczkami w literaturze, z mało którą potrafię się utożsamić, jeszcze mniej wzbudza moją sympatię. A w trylogii o okrutnym księciu co kobieta, to świetna postać. I nie ważne, czy mówimy tu o śmiertelniczce z przerostem ambicji wydrapującej sobie szacunek pazurami, jej wiarołomnej siostrze (o tak, Taryn też bardzo zyskała w moich oczach w tej części), jej beztroskiej siostrze, a nawet nieświadomej istnienia magii dziewczynie siostry, nie dającej sobie w kaszę dmuchać służącej, nieszczęśliwie zakochanym szpiegu, wrednej antagonistce i konkurentce o serca króla, zimnej macosze, czy wyjętej spod prawa dowódczyni wojsk – mają swoje wady i zalety, słabości i atuty, ale każda babeczka, to żelazny charakter i po prostu nie sposób ich wszystkich nie polubić. To chyba faktycznie jakieś czary.

Z pewnością sięgnę po inne tytuły autorki – muszę się dowiedzieć, czy to specyfika tego świata, czy Holly Black po prostu czaruje słowem.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zły król” Holly Black

Pierwszą trylogii cyklu czytałam ponad rok temu i prawdę mówiąc nie do końca pamiętałam fabułę. Natomiast tym, co na dobre zapisało się w mojej pamięci i co jednocześnie zrobiło na mnie największe wrażenie, jest klimat stworzonego przez autorkę świata elfów. Świata czarownego, dusząco wilgotnego, pełnego niebezpieczeństw i bezwzględnego zarówno dzikością natury, jak i pełnym zepsucia okrucieństwem jego mieszkańców. Cudownie, że drugi tom nie tylko utrzymuje, ale nawet wzmaga atmosferę pierwszego – bo i poszerza baśniową krainę o śmiertelnie lodowate Królestwo Toni.

„Władzę znacznie łatwiej jest zdobyć, niż ją utrzymać”.

Szczególnie, kiedy nie możesz zaufać nikomu, a każdy tylko czeka, by wbić ci nóż w plecy. A potem wbić jeszcze raz, tak dla pewności. I kiedy tak łatwo pogubić się we własnej potrzebie kontrolowania wszystkich i wszystkiego wokół.

Nie zabraknie tu pałacowych spisków, najbardziej nawet bolesnych i podstępnych zdrad, hedonistycznych biesiad, skomplikowanej polityki, heroicznych pojedynków, wysokiego ryzyka publicznego blamażu, pogoni za uczuciami i złamanych serc. Ot, dzień jak co dzień, jeśli tylko żyjesz w tak potwornym miejscu, jak bezduszna kraina elfów. Nie sposób zazdrościć nawet samym elfom, nie wspominając nawet o śmiertelnikach. Jude świetnie sobie radzi w całej tej dworskiej żonglerce sprawowania władzy nad nieprzewidywalnym, ale jej upór i przywiązanie do tego świata z każdą stroną zdumiewają mnie na nowo. Cóż, może to jest właśnie bohaterstwo? Chociaż bardziej chyba syndrom sztokholmski.

Zdecydowanie najbardziej pozytywnym zaskoczeniem tej części jest Cardan, który bardzo zyskał w moich oczach, kiedy tylko przez chwilę musiał zacząć sam się sobą zajmować. I chociaż pod względem romansowym wciąż pozostawia co nieco do życzenia (a może po prostu drażni mnie, że Jude jednak nie jest w stanie radzić sobie ze wszystkim?), to jednak największym rozczarowaniem okazał się wątek zdrady – widać coś zawsze musi być tendencyjne i przewidywalne.

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem tego, jak lekko o szybko minęła mi lektura, najwyraźniej książki tej autorki faktycznie czyta się jednym tchem. A ręka sama wyciąga się po kolejny tom.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Bajki Majki: „Strzeżcie się, potwory!” Rafael Rosado, Jorge Aguirre

Nieustraszona Claudette powraca! Pogoniła kota olbrzymom, stawiła czoła smokom, przyszedł czas na potwory!

Kiedy Mon Petit Pierre szykuje się do corocznych Igrzysk Wojowników, Claudette wydaje się być idealnym kandydatem do drużyny reprezentantów. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli…

Kiedy zamiast zajmować się tym, co wojowniczki lubią najbardziej, trzeba doić krowy, ubijać masło, zbierać grzyby, tkać, czy orać pole, predyspozycje naszej walecznej bohaterki nie są już tak oczywiste. A zniechęcenie wobec kolejnych konkurencji, frustracja spowodowana wrednymi przeciwnikami i potrzeba zwycięstwa zaprząta jej głowę tak bardzo, że nie zauważa prawdziwego niebezpieczeństwa. Od czego jednak są przyjaciele?

I czy wygrywanie jest zawsze najważniejsze?

To już trzeci tom, a przynosi równie wiele emocji, co dwa poprzednie. Jest akcja, jest humor, wywijanie mieczami, siła przyjaźni, śmiertelne zagrożenia, sztuka dyplomacji, magiczne lody, olbrzymia dawka girl power i przerośnięte krewetki zjadające wszystkich twoich bliskich. Jest ekstra!

Super ekstra jest też kilka stron dodatku, który daje czytelnikowi wgląd w proces powstawania i modyfikowania komiksu. Ależ to musi być tytaniczna praca!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, potwory!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 172 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Okrutny książę” Holly Black

Spotkałam się z tak wieloma pełnymi zachwytów opiniami na temat tej książki, że kiedy dostałam ją na święta, nie mogła czekać długo na przeczytanie. Szczególnie, że to gatunek i tematyka, do których mam słabość.

Nie da się ukryć, że książka wchodzi tak dobrze, że praktycznie czyta się sama. Mimo sporej objętości i konstrukcji świata, w której trzeba się odnaleźć, po prostu znika w oczach i najchętniej odłożyłabym ją dopiero po przeczytaniu. Ale chociaż całkiem mi się podobała i za jakiś czas chętnie sięgnę po drugą część, to nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, że entuzjazm aż mnie roznosi. Raczej poczekam, aż kolejny tom trafi do biblioteki, niż pobiegnę do empiku w dniu premiery.

DSC_1533.jpg

Nastoletnia Jude zostaje we wczesnym dzieciństwie porwana do świata elfów i to właśnie w tym czarownym, śmiertelnie niebezpiecznym i niegościnnym miejscu przyszło jej dorastać. A że przy tym nie ma specjalnej ochoty, by głowę nosić dostatecznie nisko, aż prosi się o kłopoty. I, wedle życzenia, dostanie ich całkiem sporo.

Największe zalety? Dworskie intrygi, czyli coś, co uwielbiam, a tutaj znalazłam ich sporo i to nieźle zagmatwanych, choć kazały na siebie trochę czekać. I sam pomysł na elfy, które, choć oczywiście niebezpiecznie czarujące i bezdyskusyjnie zjawiskowo piękne, są również zielonkawe, rogate, kopytne, ogoniaste, czy porośnięte mchem. Nieoczywiste piękno i znacznie większy związek z naturą są właśnie tym, czego od tych stworzeń oczekuję, natomiast elfom będącym po prostu ładniejszymi ludźmi mówię zdecydowane nie. A im bardziej są przy okazji są cudownie wredne, brutalne i rządne krwi, tym bardziej jest baśniowo.

Minusy? Mocno przewidywalny wątek romantyczny i tendencyjny czarny charakter będący bardziej bohaterem romantycznym, niż materiałem na prawdziwego badassa z charakterkiem.

„Okrutny książę” to trochę baśń z gatunku tych bez cenzury, trochę perypetie licealistki, której dokuczają wredni koledzy, i trochę Gra o Tron.

Przez większość czasu jest ciekawie, czyta się świetnie, a plastyczny język opisu bardzo pomaga wczuć się w świat. Warta uwagi.

Holly Black, Okrutny książę, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 425 s.

Bajki Majki: Dziewczyńskie komiksy

Nie ukrywam, że nie mam prawie żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o komiksy. Nie czytałam nawet słynnego „Kaczora Donalda”, bo jakoś ten typ literatury zawsze był degradowany przez moich rodziców i bliższych znajomych jako „mniej ambitny” i „dla chłopaków”. W liceum liznęłam co nieco mangi i odkryłam, że te „nieambitne opowiadanka z obrazkami” to tak naprawdę małe dzieła sztuki. A jeśli można znaleźć wartościowe komiksy dla dzieci, to jestem zdecydowanie na tak! I właśnie trafiłam na takie – podejmujące ważne tematy, pełne przygód, pod szyldem girl power, siły wyobraźni i magicznej mocy przyjaźni! Z pewnością pewnego dnia podsunę Majce te tytuły:

„Prawdziwe przyjaciółki” Shannon Hale, LeUyen Pham

Zdobywanie przyjaciół to ciężki kawałek chleba. Szczególnie kiedy masz 11 lat, rude włosy, krwiożerczą starszą siostrę i musisz nosić okulary… Autobiograficzna powieść Shannon Hale w bardzo trafny, a mimo to całkiem zabawny sposób obrazuje rozterki dziecięcych przyjaźni. Chęć imponowania innym, powstawanie „grup fajnych dziewczyn”, lęk przed samotnością, pierwsze uszczypliwości i niekoleżeńskie zachowania, sympatie i antypatie, nieporozumienia, potrzebę akceptacji, odwagę bycia sobą i olbrzymią siłę wyobraźni. A także nerwy i stres z tym związane, które mogą prowadzić nawet do stanów lękowych i nerwic najróżniejszych. Zwykła historia zwykłej dziewczynki w komiksowym wydaniu. A jednak ta wczesnoszkolna codzienność w pewien sposób wymiar uniwersalny, w końcu chyba każda z nas może znaleźć w swojej biografii właśnie taki okres. Nie ważne, czy była tą nieśmiałą dziewczynką kryjącą się po krzakach, tą fajną przywódczynią paczki, czy tą wredną małpą kopiącą pod innymi dołki. A może każdą po trochu?

Shannon Hale, LeUyen Pham, Prawdziwe przyjaciółki, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 224 s.

„Strzeżcie się, olbrzymy!” to genialny dowód na to, że jeśli coś jest o dziewczynach i dla dziewczyn, to wcale nie musi być nudne i dotyczyć malowania paznokci. Rosado i Aguirre stworzyli komiks tak bardzo w dechę, jak to tylko możliwe. Z bohaterką tak fajną, że normalnie nie mogę! Claudette jest energiczną córką zrzędliwego kowala, która marzy o karierze wojowniczki, sławie i chwale. Poddając wątpliwościom zasadność zachowania osławionego bohatera wiejskiej legendy postanawia naprawić jego błąd. Wraz z niedocenionym młodszym bratem o kucharskiej pasji i najlepszą przyjaciółką pretendującą do miana księżniczki wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż, by zgładzić olbrzyma. I to nie byle jakiego olbrzyma, a takiego, który zagraża dziecięcym stópkom! Wspólnie stawią czoła żyjącemu lasowi śmierci, jabłkowej wiedźmie i bezwzględnemu królowi rzeki, by dowiedzieć się… że siła i odwaga tkwią w przyjaźni, potwór nie zawsze jest taki straszny, jak go malują i nie w każdej opowieści tkwi ziarno prawdy.

A druga część, „Strzeżcie się, smoki!” jest jeszcze lepsza. Przede wszystkim dlatego, że są w niej smoki, a jak powszechnie wiadomo, KOCHAM SMOKI! Ale są też bitwy magów (!!!), smoki, zamienianie wrogów w bursztynowe inkluzje, latanie na smokach, tajemnicze księgi zaklęć, epickie smocze wymioty, czy względnie wyględni książęta-adoratorzy. To też wyjątkowa lekcja o sile, jaki stanowi rodzina i pielęgnowaniu swoich talentów. I o tym, ze nigdy nie wiadomo, który wróg stanie się naszym przyjacielem i kiedy przyda się sekretna moc dyplomacji.

Pełne akcji, całkiem mądre i fantastycznie narysowane komiksy. Nie mogę się doczekać trzeciej części!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, olbrzymy!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 212 s.
Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, smoki!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 153 s.

Recenzje powstały dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska” Alice Pantermüller, Daniela Kohl

Odkąd zostałam mamą sięgam nie tylko po książki dla maluszków adekwatne do majkowego poziomu, ale coraz częściej również  po te dla „młodszej młodzieży”. W końcu na rozpoczęcie wizji środowiskowej nigdy nie jest za wcześnie! Od dłuższego czasu ostrzyłam sobie zęby na serię o Zuzie-Łobuzie szukając ciekawej alternatywy dla fanek Hani Humorek (doskonale pamiętam jak moja młodsza siostra szalała za Hanią ucząc się czytać!) – dziewczynek, które wyrosły już z etapu marzeń o karierze księżniczki i teraz planują zostać psotnicami.

W serii o Zuzie bardzo fajne jest to, że bez problemu możemy sięgnąć po dowolną cześć cyklu nie znając poprzednich. Dzięki temu można wybierać kierując się tematyką, a nie numerkiem na okładce (którego swoją drogą nie ma), i na przykład na wakacje zabrać ze sobą tą o wycieczce nad Bałtyk. To właśnie tematyka „Pełnej profeski” poniekąd przyciągnęła mnie do tej lektury, traktuje bowiem o opiece nad bobasem.

Najlepsza przyjaciółka Zuzy, Zośka, mieszka tylko z mamą i młodszą siostrą. Jednak pewnego dnia do jej życia ponownie wkracza tata wraz z nową partnerką i małym braciszkiem. Kusząc obietnicami drogich prezentów wrabia on swoją najstarszą córkę w opiekę nad uroczym Eryczkiem.

I chociaż chłopiec jest słodki jak małe kociątko, a spacery z wózkiem po parku bywają całkiem przyjemne, szybko okazuje się, że zajmowanie się maluchem to nie przelewki. Natomiast mocno zaskoczyły mnie przedstawione w książce reakcje mam innych dzieci spotykanych po drodze. Nie dość, że nie pomagają dziewczynkom w opiece nad bratem, to jeszcze narzekają na psoty malucha i krytykują same młodziutkie opiekunki.

Całe szczęście dziewczynki zupełnie się tym nie przejmują i prześcigają się w mniej lub bardziej bezpiecznych i odpowiedzialnych pomysłach na okiełznanie eryczkowego wulkanu energii.

Super, że podjęta została tematyka rozbitej rodziny i przyrodniego rodzeństwa, ale już nie do końca pasuje mi sposób, w jaki tata Zośki pełni rolę czarnego charakteru. Bo chociaż ostatecznie przemęczona dziewczynka opiera się manipulacji i znajduje w sobie siłę, by postawić się tacie i jego nowej dziewczynie (nawet kosztem obiecanego smartfona!), to nie do końca pasuje mi takie zakończenie. Ojciec nie widzi swojej winy, nie opamiętuje się i nie przeprasza córki, po prostu traci darmową siłę roboczą. Co więcej, próbuje tej samej sztuczki z Sandrą, młodszą siostrą Zuzy. A to już mocno niefajne. Szczególnie, że mama dziewczynek w żaden sposób nie reaguje.

Poza główną osią fabuły, która skupia się wokół małego Eryka, jest jeszcze jeden problem – zaginiony flet do zaklinania zwierząt Zuzy. Przez całą książkę nasza Łobuza oskarża o jego zabranie swoich braci i chyba ma rację, bo flet ostatecznie znajduje się w bardzo dziwnych okolicznościach. Ale scena z faktycznym zaklinaniem gadów podczas wystawy i magicznie znikających szyb (jakbym już kiedyś czytała podobną scenę….) mocno mi się nie spodobała. I w sumie tak naprawdę nie wiem, czy Zuza wszystko to sobie wyobraziła, czy autorka pomyślała, że takie drastyczne odejście od realizmu raz na jakiś czas będzie fajne, ale moim zdaniem ten wątek bardziej książce szkodzi, niż pomaga.

Bardzo podoba mi się forma książki, która naprawdę przypomina pamiętnik małej dziewczynki – tekst przepleciony jest licznymi rysunkami, podkreśleniami, listami i wyróżnikami, co daje fajny efekt wizualny i bardzo dobrze komponuje się z używanym przez Zuzę językiem.

Natomiast mocno raził mnie konflikt Zuzy z braćmi i ich sposób odnoszenia się do siebie. Zuza grozi braciom torturami ich pluszaków i wielokrotnie pisze, że chciałaby, żeby „się zamknęli” (podobnie pisze również o samym rozwrzeszczanym Eryczku). I nie twierdzę, że wzajemne relacje rodzeństwa zawsze są w porządku, ale tutaj tego rodzaju zachowanie i odzywki traktowane jest tu jako coś normalnego i nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji. Przez to właśnie Zuza sporo straciła w moich oczach. Suma summarum bliżej jej do „Kapitana Majtasa”, niż do „Hani Humorek”.

Niestety minusy przeważają nad plusami. Ze względu na sposób kreacji dorosłych (bierność, bezrefleksyjność, małostkowość) oraz relację między Zuzą i jej braćmi nie mogę wystawić tej książce pozytywnej oceny i na pewno nie podsunę jej w przyszłości mojej córce. Spodziewałam się jednak trochę bardziej sympatycznej bohaterki i historii, która niesie jakąś wartość. A szkoda, bo forma i tematyka są tu dużymi atutami.

Alice Pantermüller, Daniela Kohl, Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 170 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.