Bajki Majki: „Pamiętniki Wisienki T. 1-4” Joris Chamblain, Aurélie Neyret

„Moim sposobem na opowiadanie historii jest obserwowanie ludzi, wyobrażanie sobie ich życia i ich sekretów. Każdy z nas skrywa w sobie jakąś tajemnicę, o której nie wspomina, a która jednak czyni nas tym, kim jesteśmy”.

Wisienka ma nieco ponad 10 lat, uwielbia czytać i najbardziej na świecie pragnie zostać pisarką. Inspirując się słowami swojej sąsiadki i mentorki – najprawdziwszej pisarki na świecie – stara się obserwować otaczający ją świat z uwagą i próbować się domyślić, jakie historie noszą w sobie wszyscy otaczający ją ludzie. Kiedy więc podczas zabawy z przyjaciółkami w ich sekretnym domku na drzewie dostrzegają wychodzącego z lasu, ubrudzonego od stóp do głów farbą Pana Tajemniczego, Wisienka postanawia rozpocząć śledztwo, by rozwikłać jego tajemnicę. Tylko odrobinę nie podoba mi się okłamywanie mamy podczas całej przygody.

Jakiś czas (i sporo frustrujących „ślepych zaułków” później) okaże się, że dociekliwość popłaca, a tajemnicą jest naprawdę porywająca historia byłego malarza, który postanowił nadać życie opuszczonemu i zapomnianemu miejscu tworząc Skamieniałe ZOO.

„Pamiętniki Wisienki” to skrzyżowanie komiksowej historii i pamiętnikiem ciekawskiej małolaty, pełnym zdjęć, rysunków i wycinków. Łącząca to wszystko w spójną i bardzo atrakcyjną wizualnie całość szata graficzna jest więc naprawdę imponująca.

„Mamusia zawsze mi mówiła, że słownictwo jest najlepszą bronią w życiu (…). Czytać znaczy odkrywać, podróżować, lecz również uczyć się pojmowania sensu słów, a zwłaszcza posługiwania się nimi”.

Poza przepiękną warstwą graficzną i pomysłową, ale również poruszającą swoją wrażliwością historią komiks zrobił na mnie także bardzo pozytywne wrażenie od strony językowej. Nie stroni się tu od „trudnych słówek”, które uwielbiłam jako dziecko i wciąż bardzo doceniam. Młody czytelnik znajdzie tu i „odhumanizowane” i „zażenowana” i wiele innych powodów, by zajrzeć do słownika. Mamy tu też do czynienia ze sporym zróżnicowaniem językowym – części pamiętnikowe Wisienki są pisane z dziecięcą szczerością, dowcipem, zaangażowaniem i prostotą, natomiast dłuższe partie tekstu, szczególnie wycinki prasowe charakteryzuje elegancja języka. A podobno komiksy nie są tak samo rozwijające, jak tradycyjne książki!

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.1 Skamieniałe ZOO, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 80 s.

Pierwszy tom „Pamiętników Wisienki” spodobał mi się ze względu na oryginalną historię, fajny pomysł na bohaterkę trochę ciekawską małą panią detektyw, a trochę aspirującą pisarkę. Wpadł też w oko mojej pięciolatce i chociaż jest jeszcze spoooro na wyrost, udało nam się przeczytać go razem (a ja naprawdę nie lubię czytać komiksów na głos!).

Za to druga część – „Księga Hektora” – zrobiła na mnie piorunujące wrażenie swoją dojrzałością. Jest naprawdę łał!

Kiedy przyjaciółki naszej bohaterki wyjeżdżają na cały lipiec na wakacje, Wisienka trochę się nudzi. Wspomina zabawy z dzieciństwa, dzięki czemu możemy dowiedzieć się o niej czegoś więcej, np. o tym jak poznała panią Dejardins i zaczęła wymyślać pierwsze historie. Pewnego dnia wyparuje jednak pewną nietypowo zachowującą się staruszkę i postanawia rozwiązać jej zagadkę. Smutną i jednocześnie wyjątkowo wzruszającą opowieść o miłości, milczeniu i wojennej traumie, więc wchodzą nam tu zdecydowanie bardziej poważne tematy, niż w pierwszej części.

Nowa sprawa pochłania Wisienkę tak bardzo, że kompletnie zaniedbuje relacje z innymi ludźmi – ponownie okłamuje mamę, ignoruje uczucia i starania najlepszych przyjaciółek, wykorzystuje ważne dla siebie osoby wyłącznie do prowadzenia śledztwa, a podczas zbierania informacji posuwa się do nieetycznych metod. Na szczęście jednak jej mentorka jest na miejscu i pomaga jej wrócić na właściwy kurs, a kolejny notes wisienkowego pamiętnika kończy się pozytywnie.

„(…) gdy ktoś ukrywa głęboko w sobie to, co odczuwa, w końcu sam staje się tego więźniem. Mów, nie wstydź się uczuć, wyrażaj swoje wątpliwości, lęki. Mów tym, których kochasz, co masz w sercu, będą ci za to głęboko wdzięczni”.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.2 Księga Hektora, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 80 s.

To ilustracje przyciągnęły mnie do serii „Pamiętników Wisienki”, zachwycałam się nimi już w „Skamieniałym ZOO”. To chociaż myślałam, ze już lepiej być nie może, okazało się, że jednak to właśnie „Ostatni z pięciu skarbów” będzie moim ulubionym tomem pod względem wizualnym. Jest w nim mnóstwo zimowych, pełnych śniegu pejzaży, ciepłej atmosfery świąt Bożego Narodzenia i bardzo urozmaiconych stron w wisienkowym dzienniku. Na koniec, w ramach bonusu, będziemy mogli obejrzeć Wisienkę oczami dziewięciu bardzo utalentowanych artystów.

A i sama historia jest jednocześnie poruszająca i przynosząca nadzieję, a przy tym nie bez zahaczenia o trudne tematy. Dziewczyny zaprzyjaźniają się z Sandrą – pracującą w bibliotece introligatorką, która zaprasza je do swojej pracowni. Pomagając jej zrobić porządki w składziku detektywki odkrywają tajemniczą paczkę sprzed niemalże 20 lat. W ten sposób rozpoczyna się nowe śledztwo i jednocześnie trudna, bardzo emocjonalna wyprawa w przeszłość Sandry, która wciąż nie zdołała uporać się z traumą z wczesnego dzieciństwa. Czy życzliwość niewidzianych od dawna bliskich i starania nowych przyjaciółek okażą się remedium na problemy z pamięcią i przyniosą ukojenie? Czy trudna historia Sandry przypomni Wisience o jej prywatnych rodzinnych tragediach?

Między kartki pamiętnika zapląta się muzyka, przepisy kulinarne, rodzinne zdjęcia i zasuszone kwiaty. Będzie sporo o miłości między rodzicami i dziećmi, ogromne poczucie winy małego dziecka i radzenie sobie z traumatycznymi wspomnieniami i wizyty u psychiatry. Cudowanie, że tego rodzaju tematy tak swobodnie pojawiają się w tytułach dla dzieci. Szczególnie w Polsce mamy z tym spory problem. Zupełnie przecież niesłusznie.

W tej części po raz kolejny smutek będzie się mieszał z nadzieją, a przyjaźń zwycięży. Przyjaciółki dorastają i uczą się na własnych błędach, dzięki czemu ich śledztwo zostanie przeprowadzone ze zdecydowanie większą dawką taktu i empatii, a i przede wszystkim zostanie przeprowadzone wspólnie. Wraz z klimatem świąt ta część wniesie w serca czytelników spokój, harmonię i sporo nostalgii.

Uwielbiam.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.3 Ostatni z pięciu skarbów, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 88 s.

Ten komiks nie przestaje mnie zaskakiwać. Jak to możliwe, że jest tak bardzo dobry? W sumie ani trochę się nie dziwię, że „Pamiętniki Wisienki” otrzymały nagrodę główną w konkursie Świat Przyjazny Dziecku organizowanym przez Komitet Ochrony Praw Dziecka, w pełni zasłużenie!

Za każdym kolejnym tomem nasza bohaterka dorasta – jej kolejny dziennik – „Bogini bez oblicza” – zaczyna się od 12 urodzin i wielkiej imprezki z tej okazji. Mama przygotowała dla niej wyjątkowy prezent – tydzień nad oceanem z rozwiązywaniem zagadek tajemniczej posiadłości w ramach atrakcji. Nadmorskie miasteczko, pełen dziwów dom – od ukrytych pracowni malarskich, przez teatr w podziemiach aż po kunstkamerę – wszystko teatralnie zaaranżowane, a jednak z wykorzystaniem historii niezwykłego domu. I przede wszystkim cudowny czas spędzony razem z mamą i przyjaciółkami.

Co jednak, jeśli okaże się, że rozwiązywana przez Wisienkę tajemnica to coś więcej, niż tylko atrakcja dla turystów, a dziewczynka została nieuczciwie wykorzystana do odkrycia zagadki przeszłości kogoś bardzo bliskiego? Kim jest tajemnicza Wenus z pociętego obrazu i dlaczego po raz kolejny zabawa w detektywa nadszarpnie nić porozumienia między Wisienką i jej mamą?

Autorki przygotowały kolejną piękną, wzruszającą i smutną historię miłosną (po raz kolejny w bardzo dojrzały sposób!) wplecioną w pełną wyzwań przygodę z zabawą w piratów, odkrywców i poszukiwaczy skarbów. I jak zawsze pod historią kryje się o wiele więcej, niż można by się spodziewać, a opowieść delikatnie i zapełnienie nienachalnie oswaja trudne tematy.

Jestem pod wielkim wrażeniem. Nie mam pojęcia gdzie je upchnę, ale te komiksy będą czekać jeszcze z pięć lat na moją Majkę. Są cudowne, musi je przeczytać. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.4 Bogini bez twarzy, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Grajki Majki: Magazyn „Zabawy i marzenia z Barbie” Nr 5/2021

Jakie macie patenty na zajęcie czasu przedszkolakowi, kiedy przedszkole zamknięte, a genialne podpowiedzi ministerstwa dotyczące puzzli i farbek budzą w Was jedynie pusty śmiech? Książeczki z zadaniami trochę już nam zbrzydły, trzeba wytoczyć cięższe działa – nadchodzi czas testowania gazetek dla dzieci. Sama jako dzieć lubiłam bardzo.

Zaczynamy od magazynu „Zabawy i marzenia z Barbie” bo i zabawa lalkami jest akurat w naszym domu bardzo na czasie.

Pierwsze wrażenia? Strasznie nie lubię, jak oni teraz wszystko wciskają w plastik. Nie dość, że to kolejny śmieć do wyrzucenia od razu po powrocie do domu, to jeszcze nie można zajrzeć do środka przed zakupem. Podobnie jest z dodawanymi do gazetek gadżetami – w większości to bezsensowne duperele do rzucenia w kąt (jestem pod tym względem dość wybredna, bo i nie akceptuję dodawania do gazetek wszelkich kosmetyków dla dzieci tragicznej jakości i o niewiadomym składzie), choć akurat prezent dołączony do majowego numeru magazynu Barbie – miniaturowy wózeczek z bobasem – jest nawet całkiem całkiem. Co prawda laleczka jest sporo mniejsza, niż „standardowy” bobas z Barbie (możecie porównać na jednym ze zdjęć powyżej), ale Maja stwierdziła, że to lalka-zabawka dla laleczki typu Chelsea i w ten sposób wykorzystała ją w zabawie. Więc raczej na plus.

Osobiście wolałabym jednak zapłacić dwukrotnie albo nawet trzykrotnie więcej za magazyn i otrzymać zabawkę lepszej jakości (bo ta niestety pozostawia sporo do życzenia, szczególnie w przypadku laleczki), czy na przykład ubranka dla lalek. Coś faktycznie do wykorzystania na dłużej, skoro już dedykujemy się na kupno tego plastiku. Albo w drugą stronę – móc kupić gazetkę bez dodatku za połowę ceny.

Trudno mi zdecydowanie określić do jakiej grupy wiekowej jest skierowany magazyn – teoretycznie to 5+ i faktycznie moja pięciolatka bez problemu poradziła sobie z większością zadań i łamigłówek (jest szukanie różnic, labirynt, kolorowanki) po tym, jak przeczytałam jej polecenia. A tu nagle pojawiła się dość drobna wykreślanka, raczej dla starszych dzieci, bo i trzeba już całkiem dobrze umieć w czytanie. Dla nich jednak reszta zadań wydaje się być zbyt banalna. Podobnie z komiksem – Majce bardzo podobała się jego prosta forma, gdzie każda z ilustracji została opatrzona krótką partią tekstu, a dymki z wypowiedziami pojawiały się sporadycznie. Natomiast treść pełna była nowomowy raczej dla dzieci szkolnych – emotikonów, vlogów i udostępniania w internecie prześmiewczych nagrań z innymi osobami bez ich zgody. Co swoją droga nie doczekało się żadnej puenty w nieskomplikowanej fabule, wobec czego komiks okazał się niestety jedną ze słabszych części.

Całkiem wysoko oceniam natomiast się proponowane prace plastyczne – proste, efektowne, z podstawowych artykułów plastycznych i w tematyce wiosennej, na pewno przysiądziemy do produkcji kwiatowej girlandy z papieru, a bransoletki Majka zrobiła sama, bez mojej pomocy. Duży plus również za ćwiczenia z Barbie zachęcające do codziennej gimnastyki i całkiem spory zbiór łamigłówek, który zajął moje dziecię na dłuższą chwilę. Znalazło się też miejsce na projektowanie biżuterii, zabawę w artystkę-malarkę, dwa plakaty i prościutki quiz.

Gazetka nie jest szczególnie obszerna, ale spokojnie starczyła nam na dwa dni zabawy.

W ogólnym rachunku polecam, bo poza komiksem, który średnio mi się podobał (chociaż Maja była zadowolona, że brały w nim udział lalki z jej kolekcji) i wykreślanką, której nie zrobiłyśmy bo okazała się dla mojej córki za trudna, jestem zadowolona z treści. Nie wnoszą one co prawda zbyt wiele wartości, ale spełniają swoją funkcję – zajmują dziecko i dotyczą ulubionych bohaterów. A i cena jest adekwatna do jakości.

Magazyn „Zabawy i marzenia z Barbie”
Nr 5/2021
Wydawnictwo: Egmont
Wiek: 5+
Cena: 11,99 zł

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Grajki Majki: „Ubongo Trigo” Grzegorz Rejchtman

To moje pierwsze spotkanie z Ubongo, dlatego też nie macie co liczyć na rzetelne porównanie tej odmiany z oryginalną grą. Podejrzewam jednak, że różnice są niewielkie – Ubongo Trigo jest wersją podróżną, więc zapewne uproszczoną pod względem elementów i akcesoriów. I jak sama nazwa wskazuje, w tym wariancie kafelki i zadania zbudowane są z trójkątów.

To łamigłówka-układanka o banalnie prostych zasadach, których ogarnięcie zajmuje dosłownie moment – duży plus za przejrzystą i krótką instrukcję.

W pudełku znajdziemy 32 dwustronne karty z zadaniami – z jednej strony z łatwiejszym poziomem, z drugiej trudniejsze oraz cztery komplety kolorowych, numerowanych kafelków (po 7 w każdym zestawie). Na każdej z kart znajdziemy po dwa pola, które należy jak najszybciej przykryć kafelkami. Numery elementów, które będą potrzebne do rozwiązania danej łamigłówki zostały wyszczególnione po prawej stronie karty. I to tyle!

Liczy się szybkość – osoba, która jako pierwsza ułoży wylosowaną przez siebie łamigłówkę woła „ubongo”. Od tego czasu pozostali gracze mają 20 lub 30 sekund (w zależności od ustaleń i poziomu trudności) na rozwiązanie swojego zadania – liczenie we własnym zakresie, nie dołączono żadnego urządzenia do mierzenia czasu. Jeśli się uda – zdobywają kartę, jeśli nie, muszą ją oddać pierwszemu graczowi. Wygrywa osoba, która zgromadzi najwięcej kart na koniec gry.

Dodatkowym atutem jest wariant jednoosobowy, w którym gramy na czas – ile łamigłówek uda nam się rozwiązać w ciągu 20 minut.

W pierwszym momencie byłam nieco rozczarowana tekturowymi kafelkami, bałam się, ze będą mało wytrzymałe. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo je połamać i pozaginać, nawet jeśli człowiek naprawdę bardzo się spieszy (w tym przypadku bardziej delikatne są karty). Ładnie też wyszły z wytłoczki, więc wierzchnia warstwa kartonu się nie dorywa. Na pewno nie będzie to gra na pokolenia, ale też nie jest łatwo nieintencjonalnie szybko zrobić jej dużą krzywdę.

Gra faktycznie jest całkiem kompaktowa, jak najbardziej można zabrać ją ze sobą na wyjazd, aczkolwiek układanie elementów na kartach wymaga jednak posiadania jakiejś powierzchni płaskiej. Zawiera również całkiem sporo drobnych elementów, osobiście nie polecam jej więc na przykład na plażę, pod namiot czy do samolotu. Ale już do hotelu, do domku nad jeziorem czy do babci sprawdzi się bardzo dobrze. Moim zdaniem pudełko spokojnie mogłoby być jeszcze o połowę mniejsze, bo elementy zajmują jakoś 1/3 kartonika, reszta to wyprofilowany „wypełniacz”. Wolałabym też ograniczyć użycie folii, w którą owinięta była gra i którą wyrzuciłam od razu po odpakowaniu. Dwa kawałki taśmy klejącej z pewnością sprawdziłyby się równie dobrze.

Ubongo Trigo travel. Trójkątne szaleństwo
Autor: Grzegorz Rejchtman
Ilustracje: Nicolas Naubeuer, Karl-Otto Homes, Bernd Wagenfeld
Wydawnictwo: Egmont
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: Siła kobiet dla małych i dużych

Trafiłam wczoraj na bardzo przydatny poradnik jak rozmawiać z dzieckiem o protestach, które ogarnęły Polskę  i prawach kobiet. Jedną z rad było wspólne sięgnięcie po „literaturę tematu” i rzut oka na naszą biblioteczkę zainspirował mnie do stworzenia dla Was zestawienia książeczek dla dzieci i młodszej młodzieży o kobietach, które zmieniały świat i girl power. O większości z nich pisałam tu i ówdzie, myślę jednak, że dobrze będzie mieć je w jednym miejscu.

Najbardziej chyba znaną książką o dziewczynach, które zmieniały świat są „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” – 100 króciutkich i fantastycznie ilustrowanych biogramów 100 wyjątkowych kobiet. Znajdziemy tu królowe, modelki, kolarki, artystki, pisarki, działaczki, aktywistki, lekarki i pielęgniarki, naukowczynie… jest królowa, caryca i faraon, jest paleontolożka, pięściarka i tatuażystka. Jest nawet piratka! (a tymczasem Word radośnie podkreśla mi większość feminatywów. Ale „feminatywy” też podkreślił, więc wszystko się zgadza). Polskę dumnie reprezentują Irena Sendlerowa, Maria Skłodowska – Curie i Tamara Łempicka.  Po jednej stronie tekstu na tak imponujące biografie to skandalicznie mało i trzeba było mocno się ograniczać, przez co bywają aż za bardzo uproszczone ale zawarte w nich informacje są wystarczające, by mieć jaki taki ogląd i nadają się na początek poszukiwań. Spokojnie można też sięgnąć po nie z młodszym dzieckiem. Po raz pierwszy zaczęłyśmy czytać z Mają, kiedy przyszła z przedszkola rozczarowana, bo „chłopcy mówią, że dziewczynki nie mogą pilotować samolotów”. W tym momencie mamusia sięgnęła po książkę i zaczęłyśmy opowieść o Amelii Earhart. Opowieść chyba została przekazana dalej, bo chłopcy nie próbowali już swoich sztuczek ani przy zabawie w policjantów, ani w strażaków, ani nawet w dinozaury ;)

Elena Favilli, Francesca Cavallo, Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek, Katowice: Wydawnictwo Debit, 2017, 212 s.

Nie sposób pominąć „Kosmicznych dziewczyn”, to chyba moja ulubiona pozycja z babskimi biografiami, bo jednak fascynacji kosmosem nie sposób nie ulec. A tutaj doceniono wszystkie etapy jego podboju. I we wszystkich brały udział kobiety.

Poza sylwetkami badaczek, ta genialnie wydana książka zawiera zarówno historię kosmicznych podbojów (dzięki czemu żaden czytelnik nie będzie czuł się nieprzygotowany do zgłębiania zagadnienia), jak i osobistą historię fascynacji tym tematem samej autorki. Następnie wszystkie kosmiczne babeczki zostały podzielone na pięć etapów eksploracji kosmosu – przedpole podróży kosmicznych (od 1957), zaranie ery kosmicznej (1957-1972), stacje i promy kosmiczne (1972-2000), życie i działalność w kosmosie (2000-2017), oraz przyszłość podbojów kosmicznych (po 2017). Na końcu znalazło się nawet miejsce na „formularz” pozwalający zaplanować swoją własną misję – wraz z wyborem przyszłego zawodu i miejscem na zapisanie inspiracji.

Każdej z kosmicznych kobiet poświęcono osobny, dwustronicowy biogram (poza kilkoma połączonymi w grupy ze względu na charakter osiągnięć) składający się z imienia i nazwiska, zawodu, narodowości, roku urodzenia (i opcjonalnie śmierci), opisu dokonań, a także świetnej ilustracji z inspirującym cytatem. Dzięki tej encyklopedycznej formie łatwo odnaleźć to, czego akurat szukamy, a jednocześnie wciąż jest to niesamowicie wciągająca lektura. Wraz z badaczkami i pionierkami w swych dziedzinach mamy możliwość uczestniczenia w tak doniosłym przedsięwzięciu, jak podbój kosmosu. Kroczek za kroczkiem, cegiełka po cegiełce, dokonanie po dokonaniu, jako ludzkość wznosimy się coraz wyżej i wyżej. Każda rola jest ważna. I okazuje się, że zawzięte i pewne swych marzeń kobiety nie ustępują pola mężczyzną w naprawdę wielu dziedzinach.

Tym, co zadziwia (a przynajmniej zadziwiło mnie), jest świadomość jak wiele różnych osób parających się przeróżnymi zawodami połączyło wysiłki, by umożliwić nam poznawanie tajemnic wszechświata. Poza kosmonautkami i pilotkami mamy tu matematyczki, fizyczki, inżynierki, uczone, tłumaczkę, pilotkę balonu stratosferycznego, chemiczki, spadochroniarkę, pielęgniarkę i lekarki, psycholożkę i fizjolożkę, astrofizyczkę, astrobiolożkę, biochemiczkę, geolożki, polityczkę, prawniczki, programistkę, fizjolożkę i dietetyczkę, szwaczki, a nawet aktorkę, włókniarki i zegramistrzynie (i jednocześnie emerytki!) oraz żony astronautów. Przeczytamy tu o kierowniczkach misji, kosmicznych turystkach i tajkonautkach. I każda z tych funkcji była pełniona przez kobietę. Bo właściwie czemu nie?

W książce nie opisano żadnej Polki, więc do dzieła, dziewczyny! Jest błękitny ocean do zajęcia, miejsca w drugim tomie same się nie zapełnią! ;)

Libby Jackson, Kosmiczne dziewczyny. 50 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do podboju kosmosu, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2017, 147 s.

„Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” Anny Dziewit-Meller to książka, w której autorka niemalże dosłownie oddała głos bardziej lub mniej zapomnianym kobiecym postaciom historycznym. Mamy szansę poznać okrutną i budzącą postrach córkę Mieszka I, pierwszą kobietę trudniącą się chirurgią w Polsce, kobietę-króla, zuchwałą malarkę, kolekcjonerkę osobliwości, modernistyczne architektki, a nawet pierwowzór ukochanej Jamesa Bonda. Poetki, dziewczyny oddane zgłębianiu tajemnic otaczającego ich świata, wojowniczki o dostęp do wiedzy, bohaterki wojenne, artystki i himalaistki. Awanturnice, marzycielki i naprawdę równe babki.

To 17 miniaturowych biografii, bo których oprowadza nas… jedna z opisanych dziewczyn – Henryka Pustowójtówna. Ta przesympatyczna, bezpośrednia i bardzo nietypowa przewodniczka wprowadza świetny, prawdziwie koleżeński klimat. Przedstawia czytelniczce po kolei przeróżne inspirujące postacie – swoje koleżanki z kart historii – które jakoś dziwnym trafem bywają omijane w większości podręczników. Poza samym faktem przynależności do „płci pięknej” łączy je jeszcze coś – wychodzenie poza ścisłe ramy społecznego status quo. Heńka przybliża nam nie tylko same sylwetki dziejowych dziewuch, ale robi to wraz z całym entouragem – opowiada o czasach, w jakich żyły, o ich codzienności i normach, które je obowiązywały. W ten sposób mamy możliwość odwiedzić między innymi paryski uniwersytet, dwór królowej Jadwigi, zimną Skandynawię, krakowską bohemę i warszawskie getto. Poza samą opowieścią, po każdej z historii czeka na nas miniaturowy słowniczek rozwijający kilka pojęć związanych z czasami opisanej wcześniej dziewuchy – w ten sposób dowiemy się co bywało przechowywane w lamusach, kim były entuzjastki, na czym grał gęślarz, czym charakteryzuje się secesja, a czy modernizm, jak czuła się dziewczyna w dziewiętnastowiecznej sukni i dlaczego czamara była znacznie wygodniejsza i kiedy powstały pierwsze muzea.

Pewnie, każda z biografii zawiera jedynie cząstkowe informacje (na przykład w rozdziale o Marii Skłodowskiej-Curie nie ma ani słowa o promieniotwórczości, a przy nazwisku Zofii Stryjeńskiej nie pada tytuł żadnego z obrazów) i bardziej ma za zadanie zainteresować czytelniczkę i skłonić ją do dalszych poszukiwań, niż nadać się na szybką powtórkę przed sprawdzianem, ale wydaje mi się, że właśnie taki był jej cel – poczucie klimatu epoki i „wiatru zmian” na twarzy bez zanudzania dokładnymi datami i zmuszania do samodzielnej selekcji informacji.

Jeśli czegoś mi brakowało, to bibliografii, lub chociaż kilku podpowiedzi, gdzie szukać dalszych informacji o przedstawionych paniach. Podsycanie ciekawości to jedno, podobnie jak zachęcanie do prowadzenia własnych badań, jednak wykonanie własnej agendy bibliotecznej na tak mało opracowany temat jest dość trudnym zadaniem.

Zabawna, intrygująca i inspirująca lektura nie tylko dla dziewczyn (a już na pewno nie tylko dla małych!). Świetna językowo – bo mówić o trudnych sprawach prostymi słowami to prawdziwa sztuka, dopełniona zawadiackimi ilustracjami Joanny Rusinek i podzielona na niezbyt długie rozdziały gwarantuje sto procent przyjemności z lektury. Plus walor edukacyjny.

Ta wyjątkowa podróż przez historię (a może jest to już raczej HERstoria?) to niesamowita przygoda.

Anna Dziewit-Meller, Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2017, 160 s.

Druga część babskiej opowieści Anny Dziewit-Meller – „Podróże w spódnicy” – jak sama nazwa wskazuje, poświęcona została podróżniczkom.

Tym razem naszą przewodniczką po babskim świecie została Nellie Bly – XIX-wieczna dziennikarka, która postanowiła pobić rekord verneowskiego Phileasa Fogga i okrążyła świat w… niecałe 73 dni!

Zgodnie z zawodem naszej bohaterki, cała książka została zbudowana tak, by imitować wydanie specjalne gazety. I to jest prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo już sama forma nie pozwala czytelnikowi nudzić się ani przez chwileczkę. Raz bowiem czytamy list do redakcji, by kilka stron później zagłębić się w wywiadzie albo artykule na temat wyjątkowo niewygodnej kobiecej mody (równie problematycznej, co tnące moskity), z jaką przed laty zmagały się podróżniczki albo w relacji z pokazów lotniczych. Nie brakuje również innych prasowych szczegółów – reklam, horoskopy (wygląda na to, że czeka mnie poparzenie słoneczne. I w sumie coś w tym jest, bo w tym roku jeszcze nie sięgnęłam po krem z filtrem), czy prognozy pogody. A każdy artykuł, podobnie jak w przypadku pierwszego tomu, kończą ciekawostki i trudne słówka związane z tematem.

A i same opisywane kobiety i ich historie inspirują, budzą podziw, a momentami nawet przerażenie. Tym razem autorka odchodzi od pomysłu poświęcenia książki wyłącznie polskim kobietom, choć nasz kraj dumnie reprezentują podróżniczka Maria Czaplicka i żeglarka Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. W pełni zasługują na miejsce w tak zaszczytnym i nieco zwariowanym babskim gronie. Bo tutaj narodowość, język, wiek, czy epoka historyczna nie grają roli. Wszystkie bohaterki łączy ciekawość świata i odwaga, by ten świat zdobywać. A zabiorą nas w niesamowite miejsca – od Dzikiego Zachodu na szczyty Himalajów, przez oceany i pod niebo, a nawet w kosmos. A dłuższe wyprawy, poza samym opisem, zwizualizowano również na mapie.

Anna Dziewit-Meller, Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy, Kraków:Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 160 s.

Nieco młodszym czytelniczkom zadedykowano książkę „Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które tworzyły historię”. I w tym przypadku mamy do czynienia z biogramami trzynastu bardziej i mniej słynnych babeczek, które miały sporo do powiedzenia i nie wahały się działać. Tutaj jednak informacje są bardziej dostosowane do możliwości poznawczych młodego odbiorcy – skupiono się przede wszystkim na krótkich ciekawostkach, a wszystko to przedstawiono w fantastycznie graficzny sposób. Dzięki sympatycznym ilustracjom maluchom łatwiej identyfikować się z bohaterkami i wyobrazić sobie realia, w których przyszło im żyć. W ramach podsumowania działalność każdej z opisanych bohaterek została skrócona do łatwego do zapamiętania hasła, a książka zakończona jest słowniczkiem tłumaczącym pojawiające się w tekście trudne słówka.

Z tej serii pojawiły się również inne części „Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które zmieniły świat” i „Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które ratowały planetę”.

Kate Pankhurst, Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które tworzyły historię, Warszawa: Grupa wydawnicza K. E. Liber, 2018, 32 s.

„Sufrażystki i sufrażetki” Davida Robertsa to encyklopedia babskiej walki o wolność, równość i siostrzeństwo.

Pierwszym, co rzuca się w oczy są świetne, pełne charakteru i momentami bardzo zabawne ilustracje, zajmujące niekiedy całe strony, jak i samo opracowanie graficzne książki zdecydowanie ociepla encyklopedyczny wizerunek książki. Bo tak, to jest kawał cegły zawierający kawał konkretnej i niełatwej wiedzy historycznej. A jednak czytając nie czuje się tego ani trochę!

Opracowanie zawiera historię dążenia brytyjskich kobiet do uzyskania praw wyborczych od 1832 roku aż do zwycięstwa. I to w sposób i przy użyciu języka przystępnego i zrozumiałego dla młodego odbiorcy.

Bardzo mi się podoba systematyczne „poukładanie treści”. Pomijając fakt chronologicznego przedstawienia istotnych wydarzeń, całość ma ręce i nogi. Książkę rozpoczyna obrazowe wytłumaczenie nie tylko kim są owe sufrażystki, ale również czym tak właściwie są te upragnione „prawa wyborcze”. A to nie jest przecież łatwe zagadnienie. Autor nie zapomniał również wprowadzić młodego czytelnika w realia świata sprzed niemalże dwustu lat, który, choć pozornie wcale nie tak odległy w czasie, w niektórych aspektach różni się wręcz niewyobrażalnie. Jest więc wprowadzenie, wytłumaczenie trudnych słówek, rys historyczny, a na koniec wisienka na torcie w postaci krótkich biogramów światowych działaczek w imię wolności kobiet. I szokujące kalendarium uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Wiecie, że Szwajcaria dopuściła kobiety do urn dopiero w 1971 roku? To o 50 lat później, niż Azerbejdżan! A w Arabii Saudyjskiej kobiety uzyskały prawo wyborcze dopiero… pięć lat temu.

David Roberts, Sufrażystki i Sufrażetki. Walka o równość, Warszawa: Wydawnictwo Egmont ART., 2019, 128 s.

„Girl Power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat” Caroline Paul to o połączenie wspomnień pewnej kobiety, która od małego nie umiała usiedzieć na miejscu przez pięć minut, ze zbiorem inspiracji, poradnikiem i dziennikiem odkrywcy w jednym. Składa się z dziesięciu rozdziałów, a każdy z nich to jeden z szalonych wyczynów autorki.

Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo zżyć się z autorką będącą jednocześnie główną bohaterką książki. Szczególnie, że Caroline Paul (stażaczkę, paralotniarkę, nurka głębinowego, kajakarkę, i łowczynię przygód) trudno nie polubić – epatuje pozytywną energią, jest pełna entuzjazmu i zawsze skora do wcielania w życie szalonych pomysłów (jestem pewna, że napsuła swoim rodzicom nerwów co niemiara…). I co najważniejsze – jest autentyczna – nie robi z siebie bohaterki, nie zadziera nosa, nie ogranicza się do przechwałek, nie wręcz przeciwnie. Opowiada zarówno o swoich sukcesach, jak i porażkach, dzięki czemu pozwala czytelniczkom wyciągnąć lekcje ze swoich własnych błędów. Potrafi śmiać się z siebie i ma przesympatyczne poczucie humoru. Uczy przełamywać swój strach, ale i słuchać głosu rozsądku. Podkreśla wagę zachowywania zimnej krwi, wytrwałości i posiadania odpowiednich umiejętności. Ale przede wszystkim radzi cieszyć się życiem, przygodą i wyzwaniami. I nie bać się spełniać swoich marzeń.

Caroline Paul, Wendy Macnaughton, Girl power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 153 s.

Druga książka Caroline Paul „Masz moc! Poradnik zmieniania świata” to must have młodziutkich aktywistek. Dowiemy się z niego co można zrobić, kiedy czujemy niesprawiedliwość – od zmiany własnych nawyków, przez organizację bojkotu aż do wniesienia sprawy do sądu. Dowiemy się jak zostać wolontariuszem, napisać petycję, zorganizować protest, czy działać za pośrednictwem mediów społecznościowych. A wszystko to poparte przykładami innych młodych aktywistek z całego świata, każdego dnia walczących z przeciwnościami losu.

Wbrew pozorom nie jest to pozycja „awanturnicza” – została mądrze zbalansowana, a większość proponowanych rozwiązań to rozwiązania jak najbardziej pokojowe i dążące do dialogu. Bardzo dobra pozycja na te czasy i dla starszych i dla młodszych.

Caroline Paul, Lauren Tamaki, Masz moc! Poradnik zmieniania świata, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 114 s.

I jeszcze na koniec, żeby nie było żadnych wątpliwości – „Ada, to wypada!”, czyli fantastyczny tytuł pełen dobrego przesłania prosto od współczesnych polskich superbabek. Bo wypada nam mieć swoje zdanie, zabierać głos, zadawać pytania, stawiać granice, dbać o siebie i robić to, co sprawia nam przyjemność!

„Katarzyna wie, że choć nie wszystko jej wypada, to udawanie, że nie widzi problemu, jest najgorszą z możliwych strategii. Lepiej powiedzieć wprost, na co nie dajemy przyzwolenia.”

Sylwia Stano, Zofia Karaszewska, Ada, to wypada!, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2018, 128 s.

Grajki Majki: 3 gry kooperacyjne dla najmłodszych

Nie oszukujmy się – maluchy, przynajmniej na początku swojej przygody z grami planszowymi, nieszczególnie radzą sobie z przegrywaniem. Warto więc od czasu do czasu sięgnąć po grę, w której uczestnicy, zamiast ze sobą rywalizować, pracują na wspólny sukces. Albo wspólną porażkę.

Najmłodszym gorąco polecam pokazywaną już wcześniej Little Cooperation od Djeco, której celem jest przeprowadzenie zwierzątek przez lodowy most, zanim ten się „rozpuści”. Jest to gra losowa, gdzie rodzaj ruchu gracza (wprowadzenia zwierzątka na most, zejście z mostu do igloo lub topnienie jednej z podstaw mostu) zależy od rzutu kostką. Poza banalnie prostymi zasadami, z którymi spokojnie poradzi sobie i dwulatek, niewątpliwą zaletą jest różnorodność faktur wykorzystanych materiałów w postaci połączenia elementów gumowych, tekturowych i plastikowych.

To najłatwiejsza z przedstawionych gier, tu też rozgrywka trwa najkrócej.

Little Cooperation
Firma: Djeco
Sugerowany wiek: 2,5-5 lat

Nieco trudniejsza propozycja to „Kotek Psotek” wydawnictwa Egmont – podobnie jak w przypadku Little Cooperation, polega na bezpiecznym doprowadzeniu zwierzątek (myszki, wiewiórki i ptaszka) do ich domków, tym razem jednak naszym przeciwnikiem nie jest topniejący most, a goniący nas kotek. Fakt, czy i jak szybko ruszymy się którymś z mniejszych stworzonek, czy psotnym kotkiem zależy od koloru i liczby wyrzuconych na kostkach oczek. Kiedy kot doścignie któreś z małych zwierzątek, to (jak to dyplomatycznie zostało określone w instrukcji) zostaje zdjęte z planszy. Wciąż mamy jednak szansę uciec pozostałymi pionkami, a kilka smakołyków w zanadrzu pozwala nieco kocura spowolnić. Sporym utrudnieniem jest konieczność uciekania trzema pionkami jednocześnie, a to wymaga już pewnego rodzaju strategii! Moja Majka ma też mały problem ze zrozumieniem koncepcji skrótów i zapamiętaniem które pionki mogą się nimi przemieszczać. I może to nieszczególnie gra dla tak ortodoksyjnych kociarzy, jak nasza rodzina, podejrzewam bowiem, że w głębi ducha każdy z nas kibicuje kotu.

Wielki plus za świetnie opracowaną instrukcję, niebanalny kształt planszy i drewniane pionki. Również cena jest bardzo przyjazna.

Kotek Psotek
Wydawnictwo Egmont
Sugerowany wiek: 3+

Za to najbardziej już zaawansowanym małym graczom polecamy nowość od Wydawnictwa Nasza Księgarnia – „Liska Urwiska”, czyli grę detektywistyczną!

Każdy z graczy wciela się w jedną z czterech kurek-detektywów (symbolizowanych przez kolorowe pionki – czapki detektywa), które wspólnie mają za zadanie rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży chleba. Zbierają wskazówki i eliminują kolejnych podejrzanych, ale muszą się spieszyć, bo winowajca ucieka!

Mechanizm gry oparty jest o rzuty trzema kośćmi, na których należy wylosować te same symbole – łapki lub „oczka”. Wylosowanie trzech symboli oka pozwala na odkrycie dwóch kart podejrzanych, a liczba wyrzuconych łapek oznacza liczbę ruchów, które dany gracz może wykonać na planszy, na której poukrywane są poszlaki. Jeśli jednak nie uda się wyrzucić trzech takich samych symboli, uczestnik traci kolejkę i zamiast tego musi przesunąć figurkę lisa o trzy pola do przodu. Kiedy symbolizujący winowajcę lis przejdzie przez całą planszę i zdoła zbiec do norki, gra kończy się klęską.

Zebrane poszlaki gracze umieszczają w dekoderze wskazówek, dzięki któremu mogą się dowiedzieć, czy winowajca nosi określony element ubioru – i dzięki temu eliminować podejrzanych. A to świetne ćwiczenie na spostrzegawczość i kojarzenie faktów.

Lisek Urwisek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Każda propozycja to świetna zabawa, która potrafi wkręcić całą rodzinę! Którą z nich wybierzecie?

Bajki Majki: „Mitologia. Przygody słowiańskich bogów” Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło

Tak, to jedna z tych książek, które z pełną premedytacją kupiłam dla siebie zasłaniając się faktem posiadania dziecka (niecałe 3 lata, oj tam oj tam!) i budowania biblioteczki na przyszłość. Ale prawda jest taka, że w swoim czasie z prawdziwą przyjemnością podsunę ją mojej córce. A na razie sama skorzystam.

Strasznie się cieszę, że nareszcie powstają pozycje takie jak ta – dotychczas nasza rodzima, słowiańska mitologia traktowana była po macoszemu przygnieciona popularnością monumentalnego dziedzictwa grecko-rzymskiego i coraz częściej pojawiających się motywów zaczerpniętych z kultury skandynawskiej. O ile dobrze pamiętam, w szkole poznaje się wyłącznie jeden słowiański mit, chyba o Światowidzie, bogu o czterech obliczach.

Sama dowiedziałam się nieco więcej na temat słowiańskich bogów całkiem niedawno z fantastycznych książek „Bestiariusz słowiański” i „Mitologia słowiańska”. I chociaż tą pierwszą widziałam ostatnio na dziale dziecięcym w markecie, to jednak nieszczególnie rekomenduję tą encyklopedię jako źródło wiedzy dla najmłodszych, a raczej dla ciekawskich kończących już pomału podstawówkę. Natomiast książka Melanii Kapelusz skierowana jest właśnie do tych czytelników, którzy dopiero zaczynają swoją szkolną przygodę. Według mnie można ją spokojnie sprezentować już ośmiolatkowi. I będzie to piękny i wartościowy prezent.

No właśnie – ta książka jest piękna i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Jak większość pozycji z egmontowej serii ART, została starannie wydana i jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. Duży format, twarda oprawa i magiczne ilustracje zakomponowane na całych stronach to już uczta dla wyobraźni sama w sobie. A do tego tekst faktycznie traktujący wierzenia naszych przodków jako cudowne i zaskakujące przygody.

Pięć mitów przybliżających czytelnikowi w jaki sposób Słowianie tłumaczyli sobie istnienie świata i zjawiska pogodowe zakończonych zostało krótkim słowniczkiem z krótkimi opisami bogów, jakbyśmy podczas lektury zapomnieli kto jest kim. I jedynym, czego trochę zabrakło, jest spis treści.

Mi osobiście czytało się świetnie. Znalazłam tu nie tylko znane mi już mity subtelnie przystosowane do sugerowanego wieku odbiorców, ale również zupełnie nowe opowieści. Bez wahania polecam i małym i dużym, bo to przygoda dla czytelnika w każdym wieku.

Piękna i wartościowa. I nareszcie mamy się czym pochwalić, bo przygody naszych bogów, szczególnie tak atrakcyjnie przedstawione, nie odstają w niczym heroicznym opowieściom o bogach greckich, czy nordyckich.

Melania Kapelusz, Ewa Poklewska-Koziełło, Mitologia. Przygody słowiańskich bogów, Warszawa: Wydawnictwo EGMONT ART, 2018, 82 s.

Bajki Majki: Maluszkom o miłości

Miłość jest (a przynajmniej tak było w przypadku Majki) pierwszym wyższym uczuciem, z którym spotyka się dziecko w chwili narodzin. I potem już towarzyszy mu przez całe życie. Nie ważne, czy jest to miłość rodzicielska, platoniczna, romantyczna, braterska, nieszczęśliwa czy uskrzydlająca – od tej emocji nie można uciec. Dlatego lepiej oswoić się z nią już na wstępie.

Kocham Cię Mamo! – czyli o miłości rodzicielskiej

„Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” Sam McBratney, Anita Jeram – jedna najukochańszych książek mojego dzieciństwa. Duży Brązowy Zając i Mały Zającek prześcigają się w jak najdokładniejszym opisywaniu swojej miłości. Ciepła, niesamowicie wzruszająca opowieść o emocji wymykającej się definicjom, o zrozumieniu i dziecięcym postrzeganiu świata.

Sam McBratney, Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham, Warszawa: Egmont, 2004, 32 s.

„Miłość” Astrid Desbordes, Pauline Martin – mama kocha zawsze – nie tylko kiedy Archibald jest grzeczny, czyściutki i akurat się przytulają, ale nawet wtedy, gdy czasem skrzyczy swojego małego psotnika. Ta mądra i niezwykle prawdziwa opowieść pięknie obrazuje stałość rodzicielskich uczuć i poczucie bezpieczeństwa, jakie potrafi dać tylko mama.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Miłość, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016, 44 s.

„Moja Mama” i „Mój Tata” Anthony Browne – no właśnie, nikt nie kocha nas tak mocno, jak nasi rodzice. A za co my ich kochamy? Wszystkie te pozornie niewielki rzeczy, które składają się na codzienność rodziców, a w dziecięcych oczach zyskują niezwykłe znaczenie zebrane zostały w tych dwóch niewielkich kartonówkach. Autror z przymrużeniem oka zgaduje kim rodzice mogliby być, gdyby nie byli właśnie rodzicami i kim są nimi będąc. Co dla dorosłego nie jest wcale takie oczywiste.

Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.
Anthony Browne, Mój tata, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Pisklak” Dorota Gellner – krótka, humorystyczna opowieść o bezwarunkowej miłości. Pełna ciepła rodzicielskich uczuć, radości z sukcesów i komfortu, jaki daje wsparcie bliskich. Jedna z tych pozycji, które bawią i równocześnie robi się od nich po prostu ciepło na serduchu.

Dorota Gellner, Jona Jung, Pisklak, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2017, 24 s.

„Kicia Kocia i Nunuś. Kochamy!” Anita Głowińska – jak zazwyczaj nie jestem wielką fanką Kici Koci, tak ta pozycja jest bardzo sympatyczna. Kocia rodzeństwo spędza wspólnie czas, jest dla siebie wyrozumiałe i wspiera sie wzajemnie. Bardzo fajna książeczka o miłości, ale i o posiadaniu braciszka lub siostrzyczki.

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Kochamy!, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Co to za dziwne uczucie? O emocjach i pierwszych porywach serca.

„W moim sercu. Księga uczuć” Jo Witek, Christine Roussey – rodzice dobrze wiedzą, że emocje maluszków potrafią zmieniać się jak w kalejdoskopie. Ta „encyklopedia serca” pomoże zrozumieć dziecku co tak właściwie dzieje się z nim dzieje kiedy odczuwa i oswoić cały kalejdoskop uczuć.

Jo Witek, Christine Roussey, W moim sercu. Księga uczuć, Warszawa: Mamania, 2016, 48 s.

Wątek miłości pojawia się również w naszej najulubieńszej książeczce o emocjach – „Myszka” Doroty Gellner prowadzi nas przez to niezwykłe uczucie od początkowego zawstydzenia, przez zakochanie, aż do powiązanej z nim tęsknoty.

Dorota Gellner, Dobrosława Rurańska, Myszka, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2016, 24 s.

„Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry” Alison Oliver, Jennifer Adams – najsłynniejsza historia miłosne wszechczasów w wersji dla najmłodszych czytelników. Obrazkowa historia do opowiadania przez rodzica pozwala bobasom na liźnięcie klasyki. A ponadto jest dwujęzyczna i pomaga w nauce cyferek!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.

„O wilku, który chciał się zakochać” Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier – bycie samotnym podczas, gdy wokół kwitnie miłość nie jest ani fajnie, ani przyjemnie. Dlatego właśnie Wilk, zgodnie z zasadą społecznej słuszności, postanawia się zakochać. Ale czy znalezienie wybranki serca jest takie łatwe, nawet przy mnogości dobrych raz od niezastąpionych przyjaciół? I czy szybsze bicie serca jest kwestią wyboru? Z Wilkiem jak zwykle nie można się nudzić – tym razem nasz bohater zderzy się z miłością. Dosłownie.

Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier, O Wilku, który chciał się zakochać, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

Miłość różne ma oblicza – o miłości do przedmiotów.

„Peppa Loves. A touch-and-feel playbook” – chyba właśnie dzieci wiedzą najlepiej, że kochać można nie tylko drugiego człowieka, ale również przedmioty. Pluszowy miś, kocyk, ulubiona łyżeczka – maluszki bardzo przywiązują się do rzeczy. „Peppa Loves…” to właśnie taki zbiór najukochańszych gadżetów ulubionej bohaterki mojej córy. Peppa uwielbia swoją przyjaciółkę Suzy i bawić się w przebieranki, ale kocha również swoje błyszczące kalosze, gumową kaczuszkę i pluszowego misia. Książeczka dedykowana jest najmłodszym odbiorcom, którym grube kartonowe strony stawią dzielny opór. Nad tekstem dominują ilustracje, którym atrakcyjności dodają elementy zapewniające różne wrażenia dotykowe.

Peppa Loves. A touch-and-feel playbook, London: Ladybird Books, 2017, 12 s.

„O dzieciach, które kochają książki” Peter Carnavas – to książka z którą osobiście mocno się identyfikuję. Moment, w którym miłość do szeleszczących kartek ukrytych między twardymi okładkami przekracza możliwości ich przechowywania nigdy nie jest łatwy. Książki muszą zniknąć, bo zwyczajnie się nie mieszczą. Okazuje się, jednak, że bez nich nic już nie będzie takie samo. Poruszająca opowieść o tym, że czasami do szczęścia nie potrzeba wiele, a wspólne czytanie zbliża jak nic innego. I nie wiem co jeszcze jest w tej pozycji, ale jest tak wzruszająca, że za każdym razem ryczę przy niej jak bóbr.

Peter Canavas, O dzieciach, które kochają książki, Gdańsk: Wydawnctwo Adamada, 2017, 32.

„Agnes kocha jednorożce” – wszyscy fani Minionków wiedzą, że wielką miłością Agnes są jednorożce. Książeczka jest streszczeniem losów naszej tej małej bohaterki i jej sióstr znanych ze wszystkich minionkowych filmów. Towarzyszymy jej w momentach najważniejszych dla małej dziewczynki, gdzie adopcja i wygranie pluszowego jednorożca są traktowane na równi. To podróż w kierunku spełniania marzeń, opowieść o przyjaźni dziecka i przytulanki oraz o poświęceniu, jakiego Agnes jest w stanie się podjąć dla swojej rodziny. To również duża dawka wiary w baśnie i legendy, wgląd do świata widzianego oczami dziecka i podróż w poszukiwaniu mitycznego stworzenia.

Gru, Dru i minionki. Agnes kocha jednorożce, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2017, 29 s.

Całą recenzję możecie przeczytać na Bajkowirze.

„Różowa walizka” Susie Morgerstern, Serge Bloch – czasem w życiu zdarza się miłość od pierwszego wejrzenia. Miłość, która jest w stanie przetrwać wszystkie przeciwności, która opiera się dezaprobacie najbliższych, i społecznemu ostracyzmowi. Która pomyślnie przechodzi próbę czasu. Takie właśnie uczucie zdarzyło się Beniaminowi już we wczesnym dzieciństwie. Pokochał… różową walizkę.
Trudno o bardziej sympatyczną, pełną ciepłego humoru, bajkę o przyjaźni między dzieckiem i „pluszakiem”. To opowieść o samoakceptacji, posiadaniu własnego zdania i nieprzykładaniu wielkiej wagi do opinii innych. O odwadze bycia sobą nawet mimo przeciwności i dezaprobaty najbliższych. A także o wielkim znaczeniu wsparcia, jakie daje rodzina, o trudnej sztuce kompromisu i nieograniczonej dziecięcej wyobraźni.

Susie Morgenstern, Różowa walizka, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 32 s.

Kochacie jeszcze jakieś książki?

Środa z Bajkowirem: „Przeciwieństwa” Marianna Oklejak

Są książki ładne i są książki piękne. A ta jest po prostu przepiękna!

Czasami tak wychodzi, że „cudze chwalicie, swego nie znacie” i chyba właśnie nadszedł czas, że dopadło mnie to oklepane prawidło. Już półtora roku buszuję po świecie literatury dziecięcej i co chwila zachwycam się czymś nowym – wydawało mi się, że jestem już choć trochę obeznana w temacie. A tu niespodzianka – przegapiłam ilustracje Marianny Oklejak! Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać, ale może to i lepiej, bo mogę się nią pozachwycać teraz.

Na pierwszy ogień idzie urocza kartonówka dla zupełnych maluszków – niewielka książeczka do nauki przeciwieństw. O ją wyróżnia?
Po pierwsze – choć oszczędna w słowach, jest pięcio(!)języczna.
Po drugie – ilustracje to absolutne mistrzostwo świata.

Autorka niejednokrotnie sięga po motywy ludowe przepuszczając je przez pryzmat współczesnego świata. Mamy zatem supermena szybującego wśród koronkowych chmur, brodatego dj’a wytatuowanego od stóp do głów w łowickie wzory, pływaków dryfujących wśród fal z ornamentów i wiele innych smaczków. To naprawdę poruszające odnaleźć taki diamencik wśród wszechobecnej tandety i pastelozy – szczególnie dedykowanej małym dzieciom.

Całą recenzję można znaleźć TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Polecam całym sercem, Maja „czyta” ją kilka razy dziennie jak zahipnotyzowana.

P.S. Od przyszłego tygodnia linki do wpisów na Bajkowirze będę udostępniać wyłącznie na fb i instagramie – te media lepiej sprawdzają sie w tej funkcji. Śledźcie Lwa Kanapowego, żeby niczego nie przegapić!

Środa z Bajkowirem: „Gru, Dru i Minionki. Superalbum z naklejkami”

Z racji wczorajszego superkonkursu na Bajkowirze, w tym tygodniu Środa z Bajkowirem wypada w czwartek.

Razem z Maj przetestowałyśmy dla Was szaloną książeczkę pełną minionków, łamigłówek i świetnej zabawy. Jeśli głęboko pragniecie, żeby wasze dziecko było bardzo zajęte przez przynajmniej pół godziny, podczas gdy Wy choć przez chwilę będziecie cieszyć się wakacjami w ciszy i spokoju, to ten album będzie waszym zbawieniem. Na pewno nie pozwoli się nudzić żadnemu małolatowi!

Recenzję można przeczytać TUTAJ, serdecznie zapraszam!