Czas na czytanie: „Złote okulary”, Giorgio Bassani

Nie wiem, jak to możliwe, ale ta nowelka składa się z pięknych, sensualnych opisów – zarówno krajobrazu miejskiego i przyrody, jak i całej palety uczuć – jest pełna treści, a objętościowo zajmuje ledwie 90 stron.

DSC_0317

Beztroskie życie młodego pokolenia bogatego mieszczaństwa Ferrary lat 30. XX wieku wypełnione jest nauką, życiem towarzyskim i prostymi rozrywkami. Nic dziwnego, że w hermetycznym towarzystwie niewielkiego miasta każda nowość traktowana jest z dużą dozą uwagi. Tak też dzieje się w przypadku pojawienia się w okolicy sympatycznego i dobrze obytego weneckiego lekarza w średnim wieku, który szybko staje się obiektem plotek. I choć jego homoseksualizm szybko staje się tajemnicą poliszynela, nie wzbudza on otwartej wrogości dopóki nie wda się w karkołomny romans ze studentem.

Tymczasem nad faszystowskimi Włochami pojawia się widmo kolejnej wojny, a żydowscy mieszczanie na zaczynają odczuwać społeczny ostracyzm.

Poruszająca historia wykluczenia, samotności i wyobcowania. I choć fascynacją młodością przywodzi nieco na myśl „Śmierć w Wenecji”, jej fatalizm jest zgoła odmienny. Nad beztroską skąpanego w letnim słońcu kurortu wypoczynkowego nad brzegiem Adriatyku i wypoczywających w nim mieszkańców Ferrary wisi widmo katastrofy, z której czytelnik doskonale zdaje sobie sprawę. Skłania do zadumy nad naturą miłości i naturą człowieka. Przeraża swoją aktualnością, bo całą fabułę można by z powodzeniem przenieść z międzywojennej Ferrary do współczesnej mieściny na wschodzie Polski wolnej od Żydów i LGTB. I zakończenie zapewne byłoby dokładnie takie samo.

Bo choć zdawać by się mogło, że kataklizm II wojny światowej zmieni świat, ten pozostał taki sam.

Giorgio Bassani, Złote okulary, Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2014, 92 s.

Czas na czytanie: „Twarz Grety di Biase” Magdalena Knedler

Co tu dużo mówić – ta książka urzekła mnie już samą dedykacją. A potem było jeszcze lepiej.

„- Dlaczego Ty chcesz pojechać do tych cholernych Włoch? Przez nią, prawda? Siedzi Ci w głowie? Zabujałeś się w obrazie?
– Nie zabujałem się w obrazie.
– Mnie też się to kiedyś zdarzyło.”

Dobiegający już czterdziestki Adam żyje w świecie ograniczonym uciążliwymi fobiami. Je tylko kilka wybranych produktów, czuje lęk przed wyjściem z domu, liczy kroki, za każdym razem kilkukrotnie upewnia się, czy aby na pewno zamknął drzwi i bardzo źle znosi najmniejsze nawet zmiany w swojej codziennej rutynie. Prowadzi niewielką galerię na wrocławskim rynku, gdzie każdego dnia układa długopisy w idealnie równym szeregu i dokładnie wyciera kurze. I gdzie raz na jakiś czas wpada jego jedyny przyjaciel – Zygmunt – obiecujący malarz i prawdziwie artystyczna dusza. Tam również trafiają dwa tajemnicze portrety równie tajemniczej włoskiej malarki. Przedstawione na obrazach, przepełnione trudno uchwytnymi emocjami oblicza tej samej modelki nie dają o sobie zapomnieć i popychają Adama do rozpoczęcia intymnej korespondencji z autorką dzieł.

Tak właśnie zaczyna się nieprawdopodobna historia internetowego romansu, która zmusza go do wyrwania się ze szponów nerwicy natręctw i podjęcia korków, na które w innych okolicznościach nigdy by się nie odważył.

„(…) boimy się samych siebie. Tego, co jest w naszych głowach. Mówisz, że w Twojej jest piekło, a ja mogę powiedzieć to samo o sobie.”

Zostawia dorobek swojego życia w rękach znajomej prostytutki oraz oddanego, choć niefrasobliwego przyjaciela i decyduje się na szaloną wyprawę, goniąc za ulotnymi wspomnieniami nieznajomej. To podróż pełna pięknych widoków, artystycznych wzruszeń, ciasnych, brudnych uliczek i smaku smażonych bakłażanów. To również wyprawa głęboko egzystencjalna, wypełniona refleksją nad procesem tworzenia, namysłem nad sztuką będącą gwarancją nieśmiertelności twórcy i nostalgią po artystach, którzy na zawsze osunęli się w mrok zapomnienia.

Zachwycające widoki i zdumiewające efekty wysiłku ludzkich rąk i wyobraźni z umęczonym Chrystusem rozciągniętym na krzyżu w tle. Przedstawienia Zbawiciela w typie krucyfiksu widlastego za każdym razem robią na mnie piorunujące wrażenie. Czasem dobrze sobie przypomnieć, że nie tylko mnie poruszają takie rzeczy jak mistyka wczesnego gotyku. Wspólnota odczuwania podnosi na duchu.

„Adam odnajdywał podobny smutek na wielu obrazach i zawsze wtedy myślał, że jeśli idzie o emocje, istnieje pewien uniwersalizm i pewna ponadczasowość. Ludzie czują tak samo, niezależnie od dekoracji i systemu obowiązujących reguł, a każdy jest bezsilny wobec śmierci, utraty, czy rezygnacji. Jego uwagę przykuło wiele par oczu wyrażających żal, wiele nieruchomych twarzy i ust niewykrzywionych przez uśmiech. Myślał w takich momentach o ogromnej mocy malarza, który nie tylko odtwarza obiekty, ale przede wszystkim je stwarza.”

Kim jest tajemnicza Greta i jakie dramaty doprowadziły ją do namalowania tak przejmujących obrazów?

DSC_1012

To opowieść o cierpieniu, niesprawiedliwości losu i niespełnionej miłości. O fascynacji, obsesji, oddaniu i pokonywaniu własnych słabości. O prawdziwej przyjaźni i uczuciu dla którego warto rzucić wszystko. O pamięci i zapomnieniu. O przemocy i krzywdzie. O nieco naiwnym idealizmie młodości i jego zderzeniu z tragedią. O genialnych twórcach naznaczonych piętnem nieszczęśliwego życia.

„Może chodzi o jedną z tych banalnych i wyświechtanych życiowych prawd, że nie ma ludzi idealnych i trzeba się nauczyć akceptować siebie nawzajem. Bo lepiej już nie będzie, a teraz i tak nie jest źle. Bo razem jest zawsze trochę łatwiej.”

I może przede wszystkim o miłości do sztuki. Dopóki są na tym świecie ludzie przykładający tak dużą wagę do twórczości artystycznej, dopóty jest jeszcze dla nas nadzieja.

„Na tym chyba polegała sztuka – na odnalezieniu własnej drogi lub przynajmniej na jej szukaniu. Może nawet błądzeniu.”

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem solidnego przygotowania Magdaleny Knedler do stworzenia tej historii. Pisze o rzeczach, na których się zna, o miejscach, w których była osobiście i emocjach, jakie sama odczuwała. I ten autentyzm naprawdę czuć podczas lektury.  A o poziomie literackim autorki najlepiej świadczy fakt, że tekst przed korektą właściwie nie potrzebuje korekty. Jej lekkość słowa i poważne tematy podszyte nutką humoru osiadają niczym przysłowiowa wisienka na zawijasie z bitej śmietany.

Książka, która wciąga i nie chce puścić. Ale warto zarwać dla niej noc, bo jest jeszcze lepsza, niż „Dziewczyna z daleka”.

„Mógłbyś znaleźć osobę, która przynajmniej trochę zna temat. No nie wiem, choćby jakiegoś studenta historii sztuki. Wszyscy szukają pracy, a humanistów nikt nigdzie nie chce…”

Magdalena Knedler, Twarz Grety di Biase, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 396 s.
(data premiery 9.05.2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

Czas na czytanie: „Improwizator” Hans Christian Andersen

„- Piękna przyrodo! – zawołałem przepełniony rzewnym uczuciem – ty jesteś oblubienica moją, ty mnie tulisz do serca, otwierasz niebo. Każdy twój powiew całuje mnie w usta i czoło! Ciebie będę opiewać; twą piękność, twą wspaniałą wielkość. Powtórzę ludowi głębokie melodie, które śpiewasz w mojej duszy. Niech serce moje będzie sobie rozdarte! Wszakże motyl trzepoczący się na szpilce najpiękniej połyskuje. Rzeka, jeżeli kaskadę ze skał spada i w pianę się rozpryskuje, wydaje się tym piękniejsza. Takie jest przeznaczenie poety. Życie tylko krótkim marzeniem.”

Tak to już chyba jest, że kiedy coś narzuca się człowiekowi (zwłaszcza młodemu) przymusem, to odbiór jest znacznie bardziej negatywny, niż kiedy ów człowiek sięga po to samo z własnej woli. Pamiętam chyba każdą jedną godzinę spędzoną w mękach nad literaturą romantyczna w liceum, kiedy to znudzona przewracałam kartkę za kartką szukając fabuły wśród licznych symboli, z niesmakiem zgłębiałam się w kipiące egzaltacją emocje bohaterów i w dodatku musiałam ścierpieć konającego przez trzy dni Wertera. Jeśli coś w romantycznych utworach naprawdę mi się podobało, to malarskie opisy przyrody (i „Giaur”, ale która nastolatka nie kochała się w Giaurze? Zwłaszcza kiedy tuż obok konał jęczydusza Werter, który nawet nie potrafił się porządnie zastrzelić?).

I to właśnie tęsknota za romantycznym pejzażem skłoniła mnie do sięgnięcia po „Improwizatora”.  Nie ukrywam też, że przyciągnęło mnie nazwisko autora, którego dotąd znałam jedynie z baśni (uwielbiam go szczególnie za „Małą Syrenkę”, „Świniopasa” i „Dziewczynkę z zapałkami”). Pamiętając, jak zwykle kończyły się andersenowskie historie (i w ogóle romantyczne historie) otwierałam tą powieść z lekkim niepokojem w duszy.

_20171008_144037

Całe szczęście moje czarne myśli okazały się być chybione, bo autor zabrał mnie w przepiękną podróż – pełną cierpienia i zawirowań losu, ale dążącą do szczęśliwego zakończenia. W raz z Antoniem – małym chłopcem obdarzonym niezwykłym darem wymowy – miałam szansę dorastać w moim ukochanym Rzymie, tym bardziej malowniczym, gdyż widzianym oczami romantycznego poety.

„… cudownie piękne Włochy! Pyszniłem się z imienia Rzymianina – każdy zakątek mojego ojczystego miasta miał dla mnie coś miłego i powabnego – potłuczone nagłówki kolumn użyte za kamienie narożne w ciasnych uliczkach były u mnie świętymi szczątkami, filarami Memnona, dziwnie przemawiającymi do serca. Trzcina Tybru przemawiała o Remulusie i Remusie – bramy triumfalne, kolumny i posągi wdrażały mi jeszcze głębiej w pamięć historię mojej ojczyzny – żyłem prawie całkiem w klasycznych czasach starożytności, a teraźniejszość, to jest mój nauczyciel, dawały mi za to pochwały.”

Po tragicznej śmierci ukochanej matki Antonio otrzymuje szansę rozwoju wykraczającymi poza ciasne granice swojego niskiego urodzenia. Dostaje się pod skrzydła rodziny Borghese, która funduje mu stypendium w szkole jezuitów i zastępuje surową i wymagającą rodzinę.

Książka wypełniona jest pięknymi, plastycznymi opisami – zarówno ludzi i ich charakterów, jak i przyrody, sztuki, czy budowli – a jej lekturę porównać można do cieszenia oczu obrazami starych mistrzów. To prawdziwa uczta dla wyobraźni.

Podczas czytania odwiedzimy niewielką mieścinę pod Rzymem obsypaną kwiatami podczas ich święta, stary rodzinny grobowiec zaadoptowany na dom pasterskiej rodziny, ciemne i wilgotne weneckie uliczki i mediolańską La Scalę podczas przedstawienia. Wraz z bohaterem dostaniemy się na szczyt wybuchającego Wezuwiusza, przeżyjemy morską katastrofę i cudem odnajdziemy drogę w czeluściach rzymskich katakumb.

I choć Antonio jest przykładem postaci, którą aż chciałoby się nazwać „typowym bohaterem romantycznym”, nie sposób nie poczuć do niego sympatii. To prawda – jest osobą, która aż kipi emocjami, a jego wyjątkowa wrażliwość sprawia, że przeżywa wszystko znacznie głębiej, niż inni, co faktycznie bywa czasami męczące. Jak to zwykle w romantyzmie bywa, sztuka, muzyka i poezja doprowadzają naszego bohatera do omdleń, sennych majaków i halucynacji. Jest delikatny, tkliwy i dużo płacze, co bywa przedmiotem drwin jego przyjaciela, który zwykł mawiać, że „Antonio krew ma rozrzedzoną kozim mlekiem”. Szczególnie, że łagodne usposobienie młodego rzymianina idzie w parze z głęboką wiarą w boską opatrzność i siłę modlitwy do Madonny, co czyni z bohatera wyjątkowego świętoszka, który dzielnie opierając się kobiecym wdziękom i pokusom ciała zachowuje wstrzemięźliwość. Okazuje się jednak, że i tak spokojna dusza potrafi nieźle namącić, szczególnie, kiedy zamiast rozsądkiem kieruje się emocjami.

„A kiedy śpiewała wielką arię, zdawało się, że bałwany morskie biją w obłoki! Jakże tu opisać cały ten świat tonów, który się wyłonił przez jej usta! Szukając myślą cielesnych obrazów dla tych głosów, które nie z ludzkiej piersi płynąć się zdawały, mniemałem, że widzę łabędzia konającego pieśnią, jak skrzydłem rozcina górne sfery, raz po raz na głębiny morskie się spuszcza i piersią fale prze, aby znów na nowo wznieść się w obłoki.”

W ten oto sposób pojawiają się miłość, pasja i zazdrość i zbrodnia. Rozprawy na temat sztuki mieszają się z walką o względy kobiety, przyjaźń i braterstwo zmieniają się w rywalizację, a kochliwe serce bohatera dwukrotnie skaże go na wygnanie i tułaczkę, która przemieni się w edukacyjny Grand Tour z przymusu. A sama książka okazuje się być czymś znacznie więcej, niż tylko wspomnieniami egzaltowanego młodzieńca – na jej kartach znajdziemy spór na temat roli artysty i sztuki oraz starcie sił natury z kulturą, zmierzymy się z piętnem winy niezawinionej, poznamy wielkość dobroczynności i ciężar wdzięczności, natkniemy się na pułapki kapryśnej sławy i okryjemy, że talent to nie wszystko, a praca i wykształcenie bywa niezbędne w drodze na szczyt. Podobnie jak wysokie urodzenie, pieniądze i koneksje, których brak tak dotkliwie doskwiera naszemu bohaterowi, któremu nawet najbliżsi podcinają z tego powodu skrzydła.

„W późniejszych latach zastanawiałem się często nad poezją, tym cudownym natchnieniem boskim, i widziałem je podobne do czystej rudy złota w łonie gór zawartej. Wykształcenie i wychowanie są mądrymi górnikami, którzy umieją ją czyścić. Niekiedy trafia się wcale niemieszana, czysta – są to improwizacje liryczne poety opiewającego naturę.”

Mimo, że Antonio nie potrafi rozróżnić swych pragnień, uczuć i emocji, przez co usilnie ucieka przed szczęściem i na własne życzenie cierpi z miłości, to jego przeżycia układają się w linię rozwoju tego najsilniejszego uczucia – od bezkrytycznego zauroczenia aż po prawdziwą miłość. I nim weltschmertz stanie się dla czytelnika zbyt męczący, czeka to szczęśliwe zakończenie.

„Improwizator” to wspaniała, pełna przygód podróż po malowniczych, baśniowych Włoszech, gdzie fantastyczny świat duchów splata się z rzeczywistością, a opatrzność czuwa nad głównym bohaterem. Który okazuje się wcale nie być taką jęczybułą, jak mogłoby się zdawać.

Hans Christian Andersen, Improwizator, Kraków: Wydawnictwo MG, 2017, 336 s.

Za przyjemność lektury dziękuję portalowi sztukator.pl.