Bajki Majki: „ZOO”, Jarosław Mikołajewski

Kolejna książka, którą z dumą awansuję do plebiscytu „Dziobaki Roku”, czyli zbioru najniezwyklejszych pozycji, na jakie trafiłam. I nawet jest w niej dziobak! Chociaż zabrakło lwa, a to spory minus…

To książeczka, która zaskakuje na każdym kroku. I nawet, kiedy po kilku stronach wydaje nam się, że wiemy już czego mniej więcej się spodziewać, kolejna jest zupełnie inna. Szalona zabawa językiem, formą, spontanicznymi, najbardziej podstawowymi rymami, elementami gwary i regionalizmami. W zbiorze znajdziemy wierszyki składające się z dwóch wersów i takie rozpisane na dwie strony. I chociaż każdy z nich jest o zwierzętach, które można spotkać w ogrodzie zoologicznym, to przekrój tematów jest iście bajeczny – od radzenia sobie ze sprawowaniem władzy, przez ulotność życia jętki, nieszczęśliwą miłość kochanków z dwóch różnych światów, sposoby na odróżnienie łosia od łosicy, trudne życie obiektu zainteresowania paparazzich aż po siusianie w odosobnieniu i inne kompletnie zaskakujące skojarzenia. I zaskakujące fakty. Wiecie, jak mówi się na samicę łosia? Albo który z ptaków jest szczęśliwym posiadaczem pęcherza moczowego?

Niektóre z rymowanek uważam za genialne (jestem na przykład wielką fanką hipopotama, węża i grzechotnika), ale znajdą się też takie, których humor uważam za niesmaczny i najchętniej bym je usunęła – na przykład o pijących koalach, czy zarozumiałym pawiu, albo takie, które mnie męczyły nadmiarem absurdu, jak na przykład goryle. Podobnie, jak z tekstem, jest z ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej – na hienę i Sienę mogę patrzeć i patrzeć, podobnie jak na hipcia w wersji glamour, zebrę, czy serdecznego łosia (bardzo polecam też rybę-śrubokręt), a takie słonie, czy ten nieszczęsny koala pierwszy zupełnie mi się nie podobają. Taka różnorodność może rozczarowywać, ale na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. A do tego ma szansę poznać coś zupełnie nowego i lepiej poznać swój gust.

Zoologiczny kogel-mogel. Są tu mądrości i są głupotki, bywa poważnie, choć przeważa żartobliwość. Jest i śpiewnie i kulawo i przewidywalnie i zaskakująco. Tej mieszanki trzeba spróbować na własnej skórze, inaczej się nie da!

Jarosław Mikołajewski, ZOO, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 48s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.  

Czas na czytanie: PATRONAT „Między palcami a ciszą kolory jej duszy się kołyszą” Anna Lisowiec, Aleksandra Anna Sikorska

Zdarzyło Wam się kiedyś stanąć przed dziełem sztuki współczesnej i, nie będąc w stanie uchwycić całościowej koncepcji, stwierdzić „nawet dziecko tak potrafi”? Mam przyjemność przedstawić właśnie TO dziecko.

Ola ma siedem lat i postrzega świat zupełnie inaczej niż wszyscy wokół. Ze względu na autyzm dziecięcy jeszcze nie mówi – wypracowała jednak odmienny sposób komunikacji. Robi to poprzez swoją sztukę.

Duży i wygodny format A4 książki pozwala dobrze przyjrzeć się feerii kształtów, faktur i przenikaniu się barw na reprodukcjach prac małej malarki, które na pierwszy rzut oka zawsze przywodzą mi na myśl zaglądanie w zabawkowy kalejdoskop – kiedy to za każdym razem możemy dostrzec coś nowego. Każdemu obrazowi towarzyszy wiersz będący komentarzem jednej z fanek artystki – poetki – która postanowiła przedstawić twórczość Oli szerszej publiczności.

Przyznam uczciwie, że warstwa poetycka Anny Lisowiec zupełnie do mnie nie przemówiła. Możliwe, że nie jestem wspomnianą w wierszach „bratnią duszą”, ale zabrakło mi w nich jakiejś delikatności, wydały mi się zbyt natarczywe i agresywne wobec odbiorcy. Może takie było zamierzenie, a postawa zaczepno-obronna miała być punktem wyjścia całej koncepcji, ale na mnie to niestety nie działa. Mam wrażenie, że w zestawieniu z warstwą malarską (tym bardziej imponującą, bo spod ręki dziecka), poetka po prostu nie daje rady – proste, momentami infantylne utwory zupełnie nie oddają wieloznacznej głębi obrazów. Nie można jej jednak odmówić budzenia w czytelniku emocji. A przecież nikt nie powiedział, że te muszą być pozytywne.

Jednak to nie o jakość poezji się tu rozchodzi, a o jej cel – 30 wierszy Anny Lisowiec składające się na ten tomik są bardzo intymną próbą wejścia w świat małej dziewczynki, postrzegającej rzeczywistość w zupełnie odmienny sposób. Więcej! Chce ten świat pokazać innym – właśnie dzięki temu tutaj trafiamy!

Każdy z wierszy jest bowiem zainspirowany jednym z obrazów tej nadzwyczajnej malarki – to nie pierwszy raz, kiedy jedna dziedzina sztuki inspiruje drugą, ale pierwszy, kiedy doświadczam tego z tak bliska. I w pewien sposób czuję się zaszczycona, że mogę uczestniczyć w tej osobistej relacji między dwoma artystkami.

Chęć zrozumienia tego, czego zrozumieć nie sposób od samego początku zdaje się być skazana na porażkę, co jednak nikogo nie zniechęca. I za to mam ogromny szacunek do każdej osoby zaangażowanej w powstanie tej pozycji. Ta sama ciekawość jest również siłą napędzającą widza – mnogość interpretacji, jakie daje sztuka abstrakcyjna zostaje tu dodatkowo zwielokrotniona przez tajemniczą osobę młodziutkiej artystki. Przyjrzyjcie się dokładnie jej pracom, a może uda Wam się dostrzec kawałek świata jej oczami.

Anna Lisowiec, Aleksandra Anna Sikorska, Między palcami a ciszą kolory jej duszy się kołyszą, Góra 2019, 67 s.

Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przeznaczony na leczenie i terapię Oli.

Wciąż można wziąć udział w procesie wydania tej wyjątkowej książki -> O TU.

Więcej na temat książki możecie przeczytać TUTAJ, a w poszukiwaniu informacji na temat małej artystki zajrzyjcie koniecznie na BLOGA JEJ MAMY i JEJ PROFIL NA FACEBOOKU.

Bajki Majki: „Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych” Bogusław Michalec

Moja Majka już na dobre weszła w fazę przedszkolaka – rozpoczął się u nas etap „występowania” na forum rodziny, dlatego ostatnimi czasy wszelkie wierszyki, poste piosenki, tańce i pokazywanki są bardzo w cenie. Jednak będę w Wami szczera, Tuwim i Brzechwa wielkimi poetami byli, ale trochę już nie mogę na nich patrzeć. Kocham bardzo, ale czuję, że chwila oddechu od czasu do czasu będzie miała zbawienny wpływ na nasz związek. Dlatego też „Co trapi okapi” okazało się prawdziwym powiewem świeżości wśród majkowych zbiorów.

Ta urocza książeczka to aż 70 wierszyków o każdym chyba zwierzęciu, jakie tylko można sobie wymarzyć – są tu zarówno mieszkańcy dżungli, jak i gospodarstwa, małe robaczki, bywalcy lasów i domowe pieszczochy. Wszyscy zamknięci bezpiecznie w eleganckiej, twardej oprawie książki.

Wierszyki są przeróżnej długości – od dwóch wersów, po dwie strony. Dlatego też bez wątpienia każdy maluch znajdzie coś dla siebie. I do posłuchania przed snem i do wykucia na blachę na przedszkolny konkurs recytatorski.

A do tego prześlicznie ilustrowane – każdy wierszyk opatrzony został przynajmniej jedną ilustracją przedstawiającą jego bohatera, a zdarzają się i rozkładówki w całości pokryte obrazkiem. Urocze zwierzęce pyszczki uprzyjemnią niejeden wspólny wieczór.

A bywają szalone, bo i tematyka jest baaaardzo przekrojowa – znajdziemy tu rymowanki o krowie w operze i koali na plaży, żubrze na diecie, chomiku  łakomczuszku, papudze grającej w piłkę, czy nosorożcu… odlatującym samolotem. I to zupełnie naturalne, że na jednej stronie występują jeż, małpka i świnka morska.

Nietrudne do zrozumienia, wpadające w ucho, sympatyczne i zabawne rymowanki. Czasem pouczające, czasem zupełnie absurdalne. Ten zbiór wierszyków już zadomowił się na dobre w naszej biblioteczce i mocno mi się wydaje, że będziemy po niego sięgać jeszcze przez kilka długich lat.

Bogusław Michalec, Co trapi okapi, czyli stado ślicznych wierszy zoologicznych, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Bajki Majki: „Ptakowisko” Anna Edyk

Zima jest zawsze okresem wzmożonej sympatii w kierunku naszych ptasich „braci mniejszych”. Tej zimy wyjątkowo nie dokarmiamy ptaków ze strachu przed stadkiem wolnobytujących kotów mieszkających na naszej posesji, ale mnóstwo żółtodziobych kosów i tak przylatuje dzień w dzień na śniadanie z owoców porastającego nasz dom winobluszczu.

W zeszłym roku furorę robiły podskakujące na śniegu wróbelki i sikorki zawsze łase na kawałek słoniki, który i tak suma summarum porywała mewa. Przy pomocy towarzyszącego nam w obserwacjach „Małego atlasu ptaków” udało nam się rozpoznać również odwiedzającą nas co jakiś czas sójkę.

Ale w czasie wakacji Bobasa poznała również inne ptaki – flamingi i pelikany w zoo, bociany w uwitych na słupach gniazdach oraz papugi i tukany w rozkrzyczanej papugarni. I przepiękny atlas Pawlaków powoli przestał nam wystarczać.

Ale niezawodny Mikołaj znalazł na to sposób – „Ptakowisko” Anny Edyk, czyli książka pełna przedstawicieli aż 60-ciu gatunków ptaków zilustrowanych przez Piotra Brydlaka. Znajdziemy tu i najbardziej pospolitych z ptasich przyjaciół, jak kanarek, łabędź, kaczka krzyżówka, a nawet gołąb, te zdecydowanie bardziej egzotyczne, jak różowe flamingi, pingwiny, pelikany, kondory, czy strusie oraz takie, o których mama nigdy nawet nie słyszała – amadyny, piłodzioby, sylfiki. A każdy z nich został pięknie przedstawiony we wszystkich wariantach upierzenia i w kilku słowach opisany… wierszykiem. A każda z prostych rymowanek przybliża nieskomplikowane ciekawostki z ptasiego świata i przy okazji wpada w ucho pomagając je zapamiętać.

Świetna sprawa dla każdego ciekawskiego przedszkolaka i poszerzenie horyzontów dla rodzica, który dotychczas nie miał ornitologicznych ciągot.

Prawdziwa feeria barwnych ptasich piór zamknięta bezpiecznie między twardymi okładkami. Książka zawiera dużo papierowych stron, wymaga więc już nieco wprawy od małego czytelnika. Ale warto się wprawiać!

Anna Edyk, Ptakowisko, Warszawa: Wydawnictwo SBM, 2018, 96 s.

Bajki Majki: „Klasyka dla smyka” Julian Tuwim, Jan Brzechwa

To już druga propozycja zbioru najsłynniejszych wierszyków dla maluszków od Wydawnictwa Papilon – „Klasyka dla smyka” pasuje formą do „Zasypianek” zawierających równie znane rymowanki i kołysanki dla maluszków. Coś mi się wydaje, że szykuje się ponadczasowa seria egzemplarzy obowiązkowych w dziecięcej bliblioteczce.

To również nasza druga książka z poezją Brzechwy i pierwsza (poza „Lokomotywą”) ze zbiorem wierszyków Tuwima. Zauważyłam jakiś czas temu, że gruby tom bajek Brzechwy, który świetnie sprawdzał mi się kiedy Majka była jeszcze leżącym bobasem, obecnie zupełnie wypadł z obiegu i smętnie zalega na półce – jest po prostu zbyt gruby i nieporęczny, szczególnie, że wciąż czytamy tylko kilka ulubionych tytułów. Co ciekawe, we wczesnym dzieciństwie Bobasa leżakująca na przewijaku czy macie gimnastycznej uwielbiała słuchać Brzechwy właśnie. Ale wyłącznie wierszy o morskiej tematyce – o sumie matematyku, rybach, żabach i rakach, czy śledziach. Więc w gruncie rzeczy, mimo wielkiego zbioru i tak czytałam może 10 na okrągło.

Oczywiście w małej książeczce wybór wierszy jest bardzo ograniczony – to tylko 6 wierszy Tuwima i 10 Brzechwy. I żadna nie jest o rybach (w sumie to na całe szczęście, bo nie mogę już na nie patrzeć). Za to w jednym miejscu zabrano najlepsze z najlepszych, wierszykowe szlagiery dzieciństwa, dzięki czemu mamy łatwy dostęp do najsłynniejszych rymowanek bez konieczności szperania w opasłych tomiszczach.

To wierszyki, które sprawdzą się w każdym wieku – od urodzenia aż do podstawówki, kiedy to nadejdzie czas uczenia się rymów na pamięć i recytowania na szkolnych apelach. Chociaż jako ściąga sprawdzi się raczej kiepsko – trudno upchnąć w kieszeni.

Za to twarda tekturka stron z pewnością oprze się terrorowi ząbkowania i kapiącej śliny młodych koneserów literatury. Fantastycznie, że rogi stron zostały bezpiecznie zaokrąglone – da się żyć, nawet, kiedy spadnie na stopę (sprawdzone…). Warto również wspomnieć, że jak na kartonówkę, „Klasyka dla smyka” jest stosunkowo lekka, sprzyja więc samodzielnej lekturze. A niewielki, kwadratowy format pozwala na wygodne trzymanie przez rodzica – nawet w jednej dłoni, podczas gdy drugą ręką trzeba podtrzymywać na kolanach wiercącą się latorośl.

Bardzo dobrze się sprawdza u mojej Prawie Trzylatki – ilustracje Anny Kaszuby-Dębskiej i Ewy Poklewskiej-Koziełło są interesujące i dużo się na nich dzieje (to chyba pierwszy raz, kiedy nie potrafię jasno zadecydować, które opracowanie podoba mi się bardziej), wybór wierszy broni się sam już od pokoleń, a czytająca mama często nie musi nawet patrzeć do tekstu, więc jest jeszcze wygodniej.

Atrakcyjna wizualnie, wygodna, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ponadczasowa lektura.

Super pomysł na jeden z pierwszych prezentów dla maluszka. Trochę trudno napisać dedykację, ale pisak do płyt w dłoń i dla chcącego nic trudnego. A pamiątka na lata, bo ładna, niewielka i wytrzymała.

To prawda, że klasyka zawsze się obroni. A w takim wydaniu, to nic trudnego.

Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Klasyka dla smyka, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Chłopcy, których kocham” Anna Ciarkowska

Opisywanie wykonywanych czynności i zupełnie zwyczajnych zdarzeń, przenoszenie codzienności na papier automatycznie podnosi jej znaczenie i pomaga uporządkować myśli. Anna Ciarkowska poszła o krok dalej w tej małej nobilitacji – opisując swoje przeżycia i emocje sięga po język poezji. W kilku elegancko złożonych słowach podsumowuje swój dzień, chwyta radości i niepokoje. W ten właśnie sposób powstał tomik „Chłopcy, których kochałam” – zbiór ulotnych urywków z życia autorki, kolekcja bardzo prywatnych wspomnień, nazywanych „mikrohistoriami z życia i mężczyzn”. A książka jest tym bardziej osobista, że ilustrowana szkicami poetki i przetkana fragmentami jej ręcznego pisma.

Na zbiór składają się przede wszystkim krótkie, oniryczne utwory – zamknięte w kilku wersach, lub nawet w kilku słowach – po jednym na stronę. Na każdy z nich przypada jedna ilustracja, również na osobnej stronie, przez co książka mimo wszystko zdaje się być trochę przerostem formy nad treścią, choć wydana jest naprawdę pięknie (tak, głęboki turkus i wodny entourage to moje duże słabości).

W utworach dużo jest mowy o rozsypujących/rozpuszczających się dłoniach (najczęściej trzymanych przez inne dłonie), piasku między palcami, obejmowania pustki, onirycznego dotyku i cienkiej skóry.

„Wczoraj otarliśmy się o koniec świata.
Zamiast deszczu meteorytów
spadł na mnie twój dotyk,
dużo twojego dotyku.”

Na niektóre z wierszy patrzyłam z lekkim politowaniem, bo przywodziły mi na myśl moją własną radosną twórczość okresu okołogimnazjalnego, inne natchnioną egzaltacją i specyficznym zastosowaniem spacji podejrzanie trąciły Rupi Kaur. A jeszcze inne trafiały idealnie „w punkt”, jakby miały oddawać moje własne przemyślenia. Dlatego aż chciałoby się napisać, że Ciarkowska jest w swojej twórczości bardzo nierówna. Ale to chyba nie byłaby prawda. W końcu odbiorze w twórczości artystycznej (a już poetyckiej szczególnie!) bardzo duży wpływ ma również sam odbiorca, jego własny bagaż emocji i doświadczeń.

„Jesteśmy przypadkiem,
więc zdarzajmy się częściej.”

Zarówno poezja, jak i rysunki inspirowane są główne tematyką morską. To właśnie ze spienionych fali zimnych odmętów pochodzą najbardziej poruszające porównania autorki i chyba właśnie to najbardziej mi się podczas czytania podobało. W tym przypadku faktycznie czuję pokrewieństwo dusz, choć sama raczej nie ujęłabym swoich myśli akurat w ten sposób.

„Czy ty się na mnie smucisz? – pytam, a on kręci głową.
Boję się, że nigdy mi się już nie powtórzysz.”

Całość dopełniona jest czterema listami do „Chłopców, których kocham” i na tym etapie lektury przerwałam na moment, by nalać sobie kieliszek wina (już wiele lat temu koledzy z liceum przekazali mi swą tajemną wiedzę, że analiza utworów literackich wychodzi najlepiej właśnie po winie. Przychodząc na sprawdziany z polskiego na lekkim rauszu zawsze zgarniali same najlepsze oceny, dranie. Jako grzeczną i przykładną uczennicę zawsze niesamowicie mnie to irytowało, dziś widzę już tylko same plusy tej metody). Opisy pełne mięczaków, kamieni i rybich porównań czyta się w ten sposób dużo lepiej, szczególnie, że są to opisy okraszone sporą dawką babskiej wrażliwości. Dlatego też polecam czytać z lampką białego wina w dłoni (najlepsze do ryb!), bo naprawdę zdarzają się fragmenty, których naprawdę nie da się ogarnąć na trzeźwo. Ale czy to znowu aż taka wada?

„Jesteś straszną ostrygą. Chłopakiem kamieniem. Mam wrażenie, że jesteś cały zamknięty i tylko w tych krótkich momentach, kiedy dziewczyna się do ciebie tuli, ten dotyk jest erozją. Ja jestem taką dziewczyną. Mnie to nie przeraża. Nie przeraża mnie jeżowiec, który mówi: ze mną nie da się wytrzymać. Nie przeraża mnie pancernik, który powtarza: jestem trudny. Jest trudny.”

„(…) [wiersz o początkach i spotykaniu się po raz pierwszy]
Mleczne zęby znów kiełkują w moich ustach,
kiedy sobie wyobrażam, że się całujemy.”

Mam wrażenie, że przelewając swoje uczucia na papier, tworząc te miniaturowe zapiski autorka przeżywa wszystko podwójnie. I to wydaje mi się być czymś cudownie uskrzydlającym, choć większość jej utworów wcale uskrzydlająca nie jest. I choć czasami bywa nieco zbyt dziwnie. Z trzeciej jednak strony nie ma chyba nic bardziej dziwnego, niż mieszkańcy morskich czeluści.

Raczej nie sięgnę ponownie po wiersze autorki, choć spędziłam z nimi całkiem przyjemny wieczór, a kilka króciutkich myśli nawet sobie „na chwilę” zapisałam.

Anna Ciarkowska, Chłopcy, których kocham, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2018, 280 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.