Czas na czytanie: „Przeklęci Święci” Maggie Stiefvater

Swego czasu Maggie Stiefvater zapewniła sobie moje dozgonne uwielbienie swoim Kruczym Cyklem, który był chyba jedyną serią, podczas czytania której towarzyszyły mi podobne emocje, co lata temu podczas pierwszego spotkania z Harrym Potterem. Magia.

Dlatego też mam do niej wielki kredyt zaufania, i kiedy sięgnęłam po „Przeklętych Świętych” spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze. I pod pewnymi względami się nie zawiodłam, aczkolwiek to, co tak porwało mnie w opowieści o Kruczych Chłopcach tutaj pojawiło się dopiero pod koniec, bo tak naprawdę wciągnęłam się bez pamięci dopiero na ostatnie sto stron. I teraz żałuję, że jednak nie przyłożyłam się wcześniej!

dsc_1665

To książka kipiąca symbolizmem na granicy nonsensu, z postaciami obdarzonymi Charakterami przed duże Ch.

Pustynia, stada sów i meksykańscy imigranci.

Soriowie to bardzo specyficzna rodzina – każdy z jej członków rodzi się Świętym obdarzonym zdolnością czynienia cudów. Brzmi cudownie, prawda? Przynajmniej dopóki nie dowiemy się na czym dokładnie te cuda polegają. A chociaż pomagają zwalczyć wewnętrzny mrok, nie jest to wcale spacer po łące.

Głęboko wierzący, zakochany święty, młody gniewny, genialna dziewczynka bez uczuć, pracowity chłopiec z dziurą w sercu, ich poturbowana zdarzeniami z przeszłości rodzina, tłum pątników stanowiących śmiertelne zagrożenie i piracka radiostacja na dokładkę. Przez tych ledwie trzysta stron będziemy mieli szanse poznać ich na wskroś – dowiemy się przez co przeszli, o czym skrycie marzą i czego najbardziej się boją. Dowiemy się też w jak wielkie wpakowali się tarapaty. Bo mrok nieubłaganie wyciąga swoje macki po każdego z nich. I wcale nie zapowiada się, że będzie „cudownie”.

Ze względu na konstrukcję trudno do niej przywyknąć, przez większość czasu ją „męczyłam” jednocześnie doceniając. Przerysowana, momentami absurdalna i jednocześnie bardzo, bardzo prawdziwa.

Książka o miłości, szwankującej komunikacji międzyludzkiej, paraliżującym strachu o dobro bliskich, samotności w tłumie, olbrzymiej potrzebie niesienia pomocy i pokonywaniu własnych demonów. I przede wszystkim o tym, że nie wszystkie demony trzeba przegonić samemu.

Robi wrażenie. Ale żeby poczuć ten klimat, trzeba spróbować poczuć go na własnej skórze.

Maggie Stiefvater, Przeklęci Święci, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 303 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PREMIEROWO „Wiara, miłość, śmierć” Peter Gellert, Jörg Reiter

Nie wiem, czy to jesienno-zimowa, ponura aura wzbudza we mnie apetyt na krwawe morderstwa, ale ostatnio wyjątkowo często sięgam po kryminały.

Tym razem głównym bohaterem jest policyjny duchowny, który kierując się powołaniem wyraźnie się z nim minął. Bo zdecydowanie lepiej czuje się w roli odkrywającego prawdę, niż pocieszyciela zbłąkanych owieczek. To ewidentnie człowiek akcji i akcja to chyba wyczuwa, bo jakimś cudem stale jest w jej centrum.

A kiedy ocalony przez niego samobójca zostaje znaleziony martwy zaledwie kilka godzin później, Martin Bauer nie potrafi zostawić tej sprawy w spokoju wściubiając nos w każdy szczegół i przez przypadek odkrywa spiralę zbrodni ciągnącą się od prawie 25 lat. A potem staje przed tragicznym wyborem ratowania własnej córki albo chłopca, którego obiecał sobie uchronić przed złem.

Podążając za podsuwanymi przez autorów wskazówkami, nie jest czytelnikowi trudno odgadnąć co tak naprawdę się wydarzyło tak samo szybko, albo nawet szybciej, niż główny bohater. Trzeba więc powiedzieć, że „Wiara, miłość, śmierć” jest w pewnym stopniu przewidywalna, ale jako kompletny laik w temacie kryminałów, osobiście lubię ten rodzaj przewidywalności. I to satysfakcjonujące uczucie „Ha! Wiedziałam, że to on!” tuż po oficjalnym rozwiązaniu zagadki.

Co wyróżnia tą książkę na tle innych kryminałów, które czytałam? Zdecydowanie sposób pracy głównych bohaterów. Tak, jak samozwańcze śledztwo osoby nie mającej uprawnień policjanta, za to przekonanej o swojej racji jest czymś popularnym, tak postać Vereny i jej związek z Bauerem już niekoniecznie. Tak naprawdę to śledcza prowadzi dochodzenie, a duchowny tylko patrzy jej przez ramię. Mimo to to jemu tutaj zależy i to on drąży dalej, nawet, kiedy sprawa jest uważana za zakończoną. Nie są partnerami, nie współpracują, a jednak wzajemnie sobie pomagają rzadko aprobując wybory drugiego, nieco się wykorzystują i chronią sobie tyłki. Ta niezależna zależność ma w sobie coś intrygującego i choćby dla niej chętnie sięgnę po kolejne tomy.

A poza tym mamy tu całe spektrum efektów specjalnych – skakanie z mostu (i ogólnie wyjątkowo dużo upadków), uzbrojonych nastolatków z burzą hormonów, pościgi samochodowe, rumuńskie prostytutki uciekające z miejsca pracy, poprzewracane tiry, małżeńskie zdrady, skorumpowanych urzędników państwowych, młodzieńcze porywy serca (zarówno w kierunku płci przeciwnej, jak i koncepcji naprawiania świata), obławy antyterrorystów, ciężar rodzicielstwa, mafijne porachunki, pacyfikowane zamieszki, zaginione dzieci i sesje buddyjskiej medytacji. A wszystko to w atmosferze nadciągającego huraganu.

Nie można nie wspomnieć również o kwestii wiary, która towarzyszy Bauerowi na każdym kroku – to duchowny „wyluzowany” – wątpiący, stale zmagający się z dogmatami Pisma, zawierający umowy z Bogiem i zawierzający intuicji, jako boskiemu natchnieniu. Fajny z niego ksiądz, pewnie dlatego, że protestancki – normalny facet zmagający się z problemami normalnych ludzi. A przy tym trochę James Bond w sutannie. To się chyba wtedy nazywa „Ojciec Mateusz”. Tylko bez sutanny, bo pastorzy w końcu nie noszą.

Chociaż nie można powiedzieć, że książka stale trzyma w napięciu, to jednak ciągle się coś dzieje, przez praktycznie nie zauważyłam, kiedy minęło 400 stron. Naprawdę dobrze się czyta.

Obszerny fragment powieści możecie przeczytać TUTAJ.

Peter Gellert, Jörg Reiter, Wiara, miłość, śmierć, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 416 s.