Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto popiołów” Cassandra Clare

Jak w pierwszym tomie moją uwagę przyciągnęły przede wszystkim powtarzające się co jakiś czas pojedynki z demonami, wampirami i innymi mrocznymi stworzeniami z pogranicza światów, tak tym razem na prowadzenie wysuwają się miłosne rozterki. Od samego początku mieliśmy w tej serii do czynienia z romantycznym trójkątem i przynajmniej trzema osobami utkniętymi we friendzone, a im dalej w las, tym sytuacja coraz bardziej się plącze, zamiast rozjaśniać. Chyba nie ma tu nikogo, kto obdarza uczuciami właściwą osobę, a nawet jeśli, to bez wzajemności. A jeśli z wzajemnością, to akurat tak się składa, że są rodzeństwem, więc dylemat natury społeczno-moralno-genetycznej jak się patrzy. I nikt tak właściwie nie wie czego chce, poza Simonem, ale on akurat dostaje tylko to, czego bardzo nie chce. Trochę w więc z „Miasta popiołów” opera mydlana, ale w sumie kto nie lubi takich klimatów od czasu do czasu? Wszyscy lubią, tylko nikt się nie przyznaje!

I może faktycznie byłoby to męczące, gdyby nie toczący się wokół konflikt. Zły ojciec rośnie w siłę i buduje armię gotową zrównać z powierzchni ziemi nie tylko Clave i wszystkich Podziemnych, ale również każdego wyznającego inne ideały. I każdego kto się nawinie też. Ponura Inkwizytorka dokłada wszelkich starań, by zrobić piekło z życia Jace’a (przy jednoczesnym ignorowaniu prawdziwego zagrożenia), bo jak powszechnie wiadomo to dzieci powinni być obarczani winą za zbrodnie rodziców, a pobudki osobiste zawsze powinny przeważać nad bezpieczeństwem ogółu. Natomiast jeśli chodzi o sprawy natury rodzinno-osobistej, to i rodzinę Lightwoodów czeka niemały kryzys, po tym, jak okazało się, że adoptowany przez nich chłopiec jest synem nie tego przyjaciela, co powinien. O bałaganie w życiu Simona nawet nie będę wspominać, zdradzę tylko, że będzie… mrocznie.

Będą ciemne lochy, demony żywiące się strachem, zuchwałe kradzieże i brutalne morderstwa, masa uczuciowego bałaganu i krwawa final battle bez nadziei na zwycięstwo. Nie zabraknie jednak i charakterystycznego poczucia humoru, które zdążyłam tak polubić.

A na końcu czeka uroczy bonus z pierwszej randki Magnusa i Aleca.

Bardzo podoba mi się pomysł autorki na magię zawartą w słowie pisanym, czyli run jako źródła siły, mocy i szczególnych umiejętności Nocnych Łowców. A że nadnaturalne zdolności, które powoli odkrywa w sobie Clary są z tym silnie związane, zapowiada się rozwinięcie tego tematu w kolejnych tomach, na co bardzo czekam.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 2: Miasto popiołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 464 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto kości” Cassandra Clare

W zeszłym sezonie zima-wiosna zmierzyłam się z monumentalną serią Sarah J. Maas „Szklany Tron” i myślałam, że na jakiś czas jestem nasycona fantastycznie magicznymi przygodówkami dla młodzieży. Ale minęło trochę czasu i strasznie zatęskniłam za moją prywatną akcją nadrabiania młodzieżówek. Tym razem biorę na warsztat kolejnego tasiemca, o którym słyszeli chyba wszyscy, a ja kompletnie nie wiem o co chodzi – „Kroniki Nocnych Łowców” Cassandry Clare. Z tego, co widzę, czeka mnie w sumie 21 książek, co już samo w sobie brzmi imponująco, a do tego są wcale grubaśne. Nie wiem, czy dam radę dotrwać do końca, ale pierwszy tom pierwszej serii pochłonęłam w dwa wieczory, a to dobra wróżba. Szkoda tylko, że recenzja po kilku miesiącach… Ale wreszcie jest, liczy się! :D

Bo i książka właściwie czyta się sama – jest napisana z lekkością i mało wymagająca, bardzo dobrze mi się przy niej odpoczywało.

„Wszystkie bajki są prawdziwe”.

Chociaż mamy tu do czynienia z fantastycznym światem – ze swoimi regułami, hierarchią, stworzeniami i brudnymi sekrecikami – całkiem łatwo przyswoić rządzące nim zasady i w miarę szybko ogarnęłam kto jest kim, z kim i dlaczego. Może z tego powodu, że świat Nocnych Łowców, wojowników broniących świata przed demonami, nakłada się na nasz – jest ukryty przed oczami zwykłych śmiertelników (zwanych tu „Przyziemnymi”) pozbawionych daru Widzenia i umiejętności zaglądania pod osłonę rzeczywistości. A tam się dzieje, oj dzieje.

Piętnastoletnia Clary Fray żyje w przekonaniu, że jest najzwyklejszą ze zwykłych dziewczyn. Musi jednak zrewidować ten pogląd, kiedy na jednej z imprez jest światkiem morderstwa. Tylko że nikt poza nią nie widzi napastników, a ciało ofiary rozpływa się w nicości. Kiedy następnego dnia jej mama zostaje porwana, a ją atakuje potwór rodem z koszmarów zostaje siłą wciągnięta w świat, o którego istnieniu nie zdawała sobie sprawy, choć jest z nim nierozerwalnie związana właściwie od urodzenia.

Kto grzebał w jej umyśle nakładając na niego kolejne blokady? Co ukrywała przed nią matka i dlaczego nigdy nie wspominała ani słowem o swojej przeszłości?

Jest tu sporo widowiskowych pojedynków z mrocznymi siłami i całkiem paskudnych stworów, są drobne rodzinne sekrety (ach, która rodzina nie ma trupa w szafie?) i spiski dążące do przewrotu i zachwiania ustalonym porządkiem. Są wredni, ale przystojni młodzi wojownicy o ciętym poczuciu humoru i swojski, oddany przyjaciel we frienzonie. Są bajkowe historie, wilkołaki, wampiry na demonicznych motocyklach, ekscentryczny czarownik i wróżka-oszustka. Jest intryga, poszukiwanie skradzionego skarbu, spora dawka przyjaźni (nawet jeśli ta czasami rodzi się zupełnie mimo woli) i heroiczna misja ratunkowa.

I miłosne rozterki, więc mamy właściwie wszystko, co potrzebne w dobrej fantastycznej przygodówce. Co prawda bywa trochę przewidywalnie – spodziewałam się kto będzie zdrajcą (uwaga, spoiler – będzie zdrada!), ale plot twist na końcu książki mnie zaskoczył. Całość okazała się też dobrze zbalansowana, bo chociaż jestem usatysfakcjonowana zakończeniem, to z przyjemnością sięgnę po drugą część.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 1: Miasto kości, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 512 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Diabelski młyn” Aneta Jadowska

Z każdym kolejnym tomem coraz bardziej doceniam tą serię i wreszcie mogę szczerze przyznać, że moje „sięganie z ciekawości” zmieniło się w „sięganie po fajną rozrywkę”. Trochę zajęło mi przyzwyczajenie się „Nikity”, bo jest to jednak specyficzny twór, ale można przywyknąć do uszczypliwej sympatii między bohaterami, licznych nawiązań do popkultury (swoją drogą zastanawiam się trochę w jaki sposób te teksty będą się starzeć, czy za kilkanaście lat aluzje będą wciąż tak czytelne?), nieco gimnazjalnej fascynacji subkulturą gotycką (była już gotycka księżniczka-hakerka, teraz czas na gotyckiego księcia magów) i głównej bohaterki z problemem egzystencjalnymi.

Co więcej, nawet ilustracje przestają mnie już drażnić! Może dlatego, że Nikita w końcu przestała być przedstawiana z wyrazem twarzy typowym dla ludzi odwiedzających toi-toie na kilkudniowych festiwalach.

Głównym powodem mojej sympatii, nie tylko dla „Diabelskiego Młyna”, ale dla całej serii jest traktowanie kolejnych tomów jako odrębnych przygód, napisanych niemalże jako samodzielne historie – za każdym razem w innym, bardzo charakterystycznym miejscu, z innymi bohaterami drugoplanowymi i odmiennym celem podróży. I chociaż ze względów fabularnych trzeba czytać je po kolei, to myślę, że kiedy za rok sięgnę po następny tom, nie będę miała problemu ze zorientowaniem się w akcji.

Trzeci tom zabiera czytelnika w zupełnie inny zakątek magicznego świata Jadowskiej – na dzikie, nieprzewidywane Bezdroża i Rubieże (które w pierwszym momencie skojarzyły mi się trochę ze Sferami Poza Czasem u Kossakowskiej) pełne halucynogennych lasów, magicznych zagajników i z zatrważającym niedoborem stacji benzynowych. Wraz z głównymi bohaterami dołączamy do cygańskiego taboru ludzi uzależnionych od bycia w drodze i pomagamy tchnąć nieco życia w nawiedzone i piekielnie mściwe wesołe miasteczko.

I chociaż akcja wciąż bardziej przypomina mi grę RPG z kolejno wypełnianymi misjami i questami do odhaczenia, nauczyłam się już czerpać przyjemność z tego rodzaju pomysłu na fabułę. Większy problem wciąż mam z nieśmiertelną główną bohaterką, Która Zawsze Wygrywa i Wszyscy Muszą Się o Nią Troszczyć. Chociaż przyznaję, że tym razem całkiem zapunktowała u mnie docenieniem ludzi, których ma wokół siebie. Może jeśli w kolejnym tomie przystopuje nieco z samobiczowaniem, to nawet się polubimy. Na całe szczęście wokół jest tylu fajnych bohaterów, że marudna Nikita nie psuje całokształtu.

To też może trochę moja wina, bo spodziewałam się raczej strzelanki, niż dramatu psychologicznego o zaprzyjaźnianiu się ze swoim drugim, krwiożerczym ja, skutkach skopanego dzieciństwa i amnezji.

A jeśli komuś wciąż mało wrażeń, to w trzecim tomie czekają wróżby z fusów, karuzele pokazujące przyszłość i przeszłość (nie wiadomo co gorsze), demony i leśne wróżki, harem Cygańskiego Księcia, przeklęte diamenty, sąd wojskowy prosto z Asgardu, bardzo brzydkie eksperymenty na ludziach i pewien szalenie sympatyczny smok (a jak powszechnie wiadomo KOCHAM SMOKI!). No i oczywiście wciąż duża dawka girl power.

Jest fajnie. Specyficznie, ale fajnie. Chętnie tu wrócę.

Aneta Jadowska, Diabelski młyn, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2018, 400 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.