Bajki Majki: „Pamiętniki Wisienki T. 1-4” Joris Chamblain, Aurélie Neyret

„Moim sposobem na opowiadanie historii jest obserwowanie ludzi, wyobrażanie sobie ich życia i ich sekretów. Każdy z nas skrywa w sobie jakąś tajemnicę, o której nie wspomina, a która jednak czyni nas tym, kim jesteśmy”.

Wisienka ma nieco ponad 10 lat, uwielbia czytać i najbardziej na świecie pragnie zostać pisarką. Inspirując się słowami swojej sąsiadki i mentorki – najprawdziwszej pisarki na świecie – stara się obserwować otaczający ją świat z uwagą i próbować się domyślić, jakie historie noszą w sobie wszyscy otaczający ją ludzie. Kiedy więc podczas zabawy z przyjaciółkami w ich sekretnym domku na drzewie dostrzegają wychodzącego z lasu, ubrudzonego od stóp do głów farbą Pana Tajemniczego, Wisienka postanawia rozpocząć śledztwo, by rozwikłać jego tajemnicę. Tylko odrobinę nie podoba mi się okłamywanie mamy podczas całej przygody.

Jakiś czas (i sporo frustrujących „ślepych zaułków” później) okaże się, że dociekliwość popłaca, a tajemnicą jest naprawdę porywająca historia byłego malarza, który postanowił nadać życie opuszczonemu i zapomnianemu miejscu tworząc Skamieniałe ZOO.

„Pamiętniki Wisienki” to skrzyżowanie komiksowej historii i pamiętnikiem ciekawskiej małolaty, pełnym zdjęć, rysunków i wycinków. Łącząca to wszystko w spójną i bardzo atrakcyjną wizualnie całość szata graficzna jest więc naprawdę imponująca.

„Mamusia zawsze mi mówiła, że słownictwo jest najlepszą bronią w życiu (…). Czytać znaczy odkrywać, podróżować, lecz również uczyć się pojmowania sensu słów, a zwłaszcza posługiwania się nimi”.

Poza przepiękną warstwą graficzną i pomysłową, ale również poruszającą swoją wrażliwością historią komiks zrobił na mnie także bardzo pozytywne wrażenie od strony językowej. Nie stroni się tu od „trudnych słówek”, które uwielbiłam jako dziecko i wciąż bardzo doceniam. Młody czytelnik znajdzie tu i „odhumanizowane” i „zażenowana” i wiele innych powodów, by zajrzeć do słownika. Mamy tu też do czynienia ze sporym zróżnicowaniem językowym – części pamiętnikowe Wisienki są pisane z dziecięcą szczerością, dowcipem, zaangażowaniem i prostotą, natomiast dłuższe partie tekstu, szczególnie wycinki prasowe charakteryzuje elegancja języka. A podobno komiksy nie są tak samo rozwijające, jak tradycyjne książki!

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.1 Skamieniałe ZOO, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 80 s.

Pierwszy tom „Pamiętników Wisienki” spodobał mi się ze względu na oryginalną historię, fajny pomysł na bohaterkę trochę ciekawską małą panią detektyw, a trochę aspirującą pisarkę. Wpadł też w oko mojej pięciolatce i chociaż jest jeszcze spoooro na wyrost, udało nam się przeczytać go razem (a ja naprawdę nie lubię czytać komiksów na głos!).

Za to druga część – „Księga Hektora” – zrobiła na mnie piorunujące wrażenie swoją dojrzałością. Jest naprawdę łał!

Kiedy przyjaciółki naszej bohaterki wyjeżdżają na cały lipiec na wakacje, Wisienka trochę się nudzi. Wspomina zabawy z dzieciństwa, dzięki czemu możemy dowiedzieć się o niej czegoś więcej, np. o tym jak poznała panią Dejardins i zaczęła wymyślać pierwsze historie. Pewnego dnia wyparuje jednak pewną nietypowo zachowującą się staruszkę i postanawia rozwiązać jej zagadkę. Smutną i jednocześnie wyjątkowo wzruszającą opowieść o miłości, milczeniu i wojennej traumie, więc wchodzą nam tu zdecydowanie bardziej poważne tematy, niż w pierwszej części.

Nowa sprawa pochłania Wisienkę tak bardzo, że kompletnie zaniedbuje relacje z innymi ludźmi – ponownie okłamuje mamę, ignoruje uczucia i starania najlepszych przyjaciółek, wykorzystuje ważne dla siebie osoby wyłącznie do prowadzenia śledztwa, a podczas zbierania informacji posuwa się do nieetycznych metod. Na szczęście jednak jej mentorka jest na miejscu i pomaga jej wrócić na właściwy kurs, a kolejny notes wisienkowego pamiętnika kończy się pozytywnie.

„(…) gdy ktoś ukrywa głęboko w sobie to, co odczuwa, w końcu sam staje się tego więźniem. Mów, nie wstydź się uczuć, wyrażaj swoje wątpliwości, lęki. Mów tym, których kochasz, co masz w sercu, będą ci za to głęboko wdzięczni”.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.2 Księga Hektora, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 80 s.

To ilustracje przyciągnęły mnie do serii „Pamiętników Wisienki”, zachwycałam się nimi już w „Skamieniałym ZOO”. To chociaż myślałam, ze już lepiej być nie może, okazało się, że jednak to właśnie „Ostatni z pięciu skarbów” będzie moim ulubionym tomem pod względem wizualnym. Jest w nim mnóstwo zimowych, pełnych śniegu pejzaży, ciepłej atmosfery świąt Bożego Narodzenia i bardzo urozmaiconych stron w wisienkowym dzienniku. Na koniec, w ramach bonusu, będziemy mogli obejrzeć Wisienkę oczami dziewięciu bardzo utalentowanych artystów.

A i sama historia jest jednocześnie poruszająca i przynosząca nadzieję, a przy tym nie bez zahaczenia o trudne tematy. Dziewczyny zaprzyjaźniają się z Sandrą – pracującą w bibliotece introligatorką, która zaprasza je do swojej pracowni. Pomagając jej zrobić porządki w składziku detektywki odkrywają tajemniczą paczkę sprzed niemalże 20 lat. W ten sposób rozpoczyna się nowe śledztwo i jednocześnie trudna, bardzo emocjonalna wyprawa w przeszłość Sandry, która wciąż nie zdołała uporać się z traumą z wczesnego dzieciństwa. Czy życzliwość niewidzianych od dawna bliskich i starania nowych przyjaciółek okażą się remedium na problemy z pamięcią i przyniosą ukojenie? Czy trudna historia Sandry przypomni Wisience o jej prywatnych rodzinnych tragediach?

Między kartki pamiętnika zapląta się muzyka, przepisy kulinarne, rodzinne zdjęcia i zasuszone kwiaty. Będzie sporo o miłości między rodzicami i dziećmi, ogromne poczucie winy małego dziecka i radzenie sobie z traumatycznymi wspomnieniami i wizyty u psychiatry. Cudowanie, że tego rodzaju tematy tak swobodnie pojawiają się w tytułach dla dzieci. Szczególnie w Polsce mamy z tym spory problem. Zupełnie przecież niesłusznie.

W tej części po raz kolejny smutek będzie się mieszał z nadzieją, a przyjaźń zwycięży. Przyjaciółki dorastają i uczą się na własnych błędach, dzięki czemu ich śledztwo zostanie przeprowadzone ze zdecydowanie większą dawką taktu i empatii, a i przede wszystkim zostanie przeprowadzone wspólnie. Wraz z klimatem świąt ta część wniesie w serca czytelników spokój, harmonię i sporo nostalgii.

Uwielbiam.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.3 Ostatni z pięciu skarbów, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 88 s.

Ten komiks nie przestaje mnie zaskakiwać. Jak to możliwe, że jest tak bardzo dobry? W sumie ani trochę się nie dziwię, że „Pamiętniki Wisienki” otrzymały nagrodę główną w konkursie Świat Przyjazny Dziecku organizowanym przez Komitet Ochrony Praw Dziecka, w pełni zasłużenie!

Za każdym kolejnym tomem nasza bohaterka dorasta – jej kolejny dziennik – „Bogini bez oblicza” – zaczyna się od 12 urodzin i wielkiej imprezki z tej okazji. Mama przygotowała dla niej wyjątkowy prezent – tydzień nad oceanem z rozwiązywaniem zagadek tajemniczej posiadłości w ramach atrakcji. Nadmorskie miasteczko, pełen dziwów dom – od ukrytych pracowni malarskich, przez teatr w podziemiach aż po kunstkamerę – wszystko teatralnie zaaranżowane, a jednak z wykorzystaniem historii niezwykłego domu. I przede wszystkim cudowny czas spędzony razem z mamą i przyjaciółkami.

Co jednak, jeśli okaże się, że rozwiązywana przez Wisienkę tajemnica to coś więcej, niż tylko atrakcja dla turystów, a dziewczynka została nieuczciwie wykorzystana do odkrycia zagadki przeszłości kogoś bardzo bliskiego? Kim jest tajemnicza Wenus z pociętego obrazu i dlaczego po raz kolejny zabawa w detektywa nadszarpnie nić porozumienia między Wisienką i jej mamą?

Autorki przygotowały kolejną piękną, wzruszającą i smutną historię miłosną (po raz kolejny w bardzo dojrzały sposób!) wplecioną w pełną wyzwań przygodę z zabawą w piratów, odkrywców i poszukiwaczy skarbów. I jak zawsze pod historią kryje się o wiele więcej, niż można by się spodziewać, a opowieść delikatnie i zapełnienie nienachalnie oswaja trudne tematy.

Jestem pod wielkim wrażeniem. Nie mam pojęcia gdzie je upchnę, ale te komiksy będą czekać jeszcze z pięć lat na moją Majkę. Są cudowne, musi je przeczytać. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.4 Bogini bez twarzy, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Mój inny dziadek”, Rolf Barth, Daniela Bunge

Bardzo doceniam książki, które przybliżają najmłodszym tak zwane „trudne tematy” – będące wsparciem, a nawet ratunkiem dla rodzica, kiedy temu zabraknie prostych słów, by wytłumaczyć dziecku sytuację, która dotyka, często bardzo emocjonalnie, również jego samego.

Jedną z takich książek jest „Mój inny dziadek” poruszająca problem demencji.

Zosia ma siedem lat, chodzi do drugiej klasy i ma fantastyczną relację z dziadkiem – dżentelmenem starej daty, który mieszka na tej samej ulicy. Spędzają razem mnóstwo czasu, wspominają babcię i mają swoje zwyczaje. Jednak pewnego dnia, kiedy Zosia wraca z wakacji, z dziadkiem zaczyna dziać się coś dziwnego. Nazywa ją innym imieniem, zupełnie już nie zachowuje się jak jej dziadek i wkrótce okazuje się, że nie jest już w stanie opiekować się wnuczką. Za to sam wymaga opieki, co nasza bohaterka bierze sobie głęboko do serca.

Wielkim plusem książki jest fakt, że opowiada o chorobie, stanowiącej ogromne życiowe wyzwanie nie tylko za pomocą tekstu, ale również sympatycznych, a nawet zabawnych ilustracji.

Ciepła historia o zmianach, których nie sposób cofnąć, miłości, przyjaźni, odmienności, trosce i odpowiedzialności za drugiego człowieka. A także o szukania dobrych stron w każdej sytuacji, bo zawsze można znaleźć swoją normalność. Nawet, jeśli jest to inna normalność, niż wcześniej.

Na pewno okaże się nieocenionym wsparciem podczas rozmowy o starzeniu się i postępującej chorobie, ale także sile rodzinnej miłości, dzięki której mamy szansę przetrwać przeróżne przeciwności losu.

Idealnie wyważona – piękna, wzruszająca, smutna, a przy tym humorystyczna, pogodna i podnosząca na duchu – to prawdziwy koktajl emocji. A prosta narracja i bliska dzieciom bohaterka pomoże oswoić lęk przed nieznanym.  

Rolf Barth, Daniela Bunge, Mój inny dziadek, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: „Wszędzie i we wszystkim” Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn

Jestem beksą i wrażliwcem, dlatego książki, takie jak ta łamią mi serce i potrafią doprowadzić mnie do łez już na etapie czytania opisu.

„Ludzie nie lubią rozmawiać o śmierci.
Woleliby o niej w ogóle nie mówić”.

Szczególnie, kiedy śmierć przestaje być nieco abstrakcyjnym zagadnieniem teoretycznym i zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio. I kiedy ten bezlitosny fakt zderza się z bezbronnością niezrozumienia dziecka. Ale wtedy nie ma już możliwości ucieczki.

„Lecz Yolanda nie chce milczeć.
Chce się dowiedzieć, gdzie jest jej mama”.

Nie mogę powiedzieć, żeby książki o śmierci były tą dziedziną literatury dziecięcej, w której jestem wyjątkowo oczytana i mogę rzucać tytułami na lewo i prawo. Ale z tych tytułów, które dotychczas czytałam, ten jest zdecydowanie najlepszy. Tak, to straszny wyciskacz łez – czy w ogóle może być inaczej, kiedy opowiada o małej dziewczynce poszukującej zmarłej mamy? Ale przy tym to wyjątkowo mądra historia, która w prosty i zrozumiały sposób niesie pocieszenie. I niesie je nie tylko dziecku. Nie sądziłam, że można zrobić to tak pięknie i właściwie nie zahaczając jednocześnie o sporne kwestie religijne.

Mama Yolandy zmarła i dziewczynka pyta krewnych, gdzie w takim razie mama teraz jest. A każdy na dla niej inną odpowiedź.

To opowieść o niewyobrażalnej tęsknocie, pielęgnowaniu pamięci, czerpaniu radości z małych rzeczy i drobnych codziennych zachwytach.

A zwiewne, eteryczne (i przepiękne!) ilustracje wypełniające strony po brzegi wzmagają tylko wrażenie ulotności – zarówno ludzkiego życia, jak i poszukiwań naszej małej bohaterki.

 

Moim zdaniem to nie jest jedna z tych książek, które powinny być w każdym domu. Sama zapewne cichaczem pozbędę się mojego egzemplarza (albo upchnę w najciemniejszy kąt najwyższej szafy), zanim jeszcze Majka zdąży go zobaczyć. Nie ukrywam, że tabu śmierci i poczucie bezsilności wobec potęgi własnych uczuć robią ze mnie tchórzowatego rodzica, który woli ignorować temat tak długo, dopóki nie usłyszy bezpośredniego pytania. Zdecydowanie wolę rozmawiać o seksie i procesie produkcji dzieci, niż o śmierci i tęsknocie.

Ale jednocześnie to cudownie, że takie książki powstają. Że potrafią w delikatny i mądry sposób ująć zagadnienia, które rodzicowi ściskają gardło i które pozostawiają człowieka bez słów. Trzeba mieć świadomość ich istnienia, by móc sięgnąć po nie w chwili, gdy staną się potrzebne. Oby ta chwila nadeszła jak najpóźniej.

Wzruszająca, poetycka, smutna. Piękna, niosąca otuchę, potrzebna.

Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn, Wszędzie i we wszystkim, Warszawa: Wydawnictwo CoJaNaTo?, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CoJaNaTo.

Bajki Majki: „Królik Franek” Marta Krzemińska

Nie macie jeszcze dość wszelkiej maści króliczków i zajączków po minionych świętach? Mam nadzieję, że nie, w końcu kitajce są zawsze na topie!

Przez święta testowaliśmy rodzinnie najnowszą serię Marty Krzemińskiej o Króliku Franku z ilustracjami Eweliny Jaślan-Klisik. Książeczki mają na celu przybliżenie i przygotowanie maluszka na trudne i niezrozumiałe sytuacje, które mogą spotkać go między innymi w przedszkolu, a ich treść powstała w konsultacji z psycholog dziecięcą. W końcu bycie maluchem wcale nie jest łatwe!

DSC_1286

„Królik Franek i problem krótkiego ogonka” jest opowieścią o pierwszym kontakcie z odmiennością. Do przedszkolnej grupy Franka dołącza nowa koleżanka – kotka Pusia o dziwacznie krótkim ogonku. Niestety zachowanie króliczka okazuje się być dalekie od ideału i koteczka spotyka się z odrzuceniem. W tym przypadku bardzo spodobała mi się reakcja mamy, która na wiadomość o wyczynach synka reaguje dezaprobatą i dopiero po dłuższej rozmowie z synkiem wspólnie dochodzą do porozumienia i odkrywają przyczyny takiego zachowania. Super, że rodzic nie został przedstawiony jako wszystkowiedzący i mający od razy gotową odpowiedź na wszystko. Mama Franka jest dobrym słuchaczem również posiadającym emocje. I chociaż mama pomaga zrozumieć Frankowi, że jego agresywna postawa jest spowodowana irracjonalnym strachem, dopiero bliższe poznanie Pusi staje się remedium na uprzedzenia.

Natomiast „Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy” to historia o trudnej umiejętności przegrywania. Tym razem problem pojawia się podczas rodzinnego popołudnia nad ulubioną grą Franka – zirytowany złą passą króliczek wpada w złość i przerywa rozgrywkę. Jednak podobne zachowanie jego kolegi w przedszkolu uświadamia mu, że wcale nie jest fajnie bawić się z osobą o takim nastawieniu. Bardzo fajny przykład zmiany postrzegania wynikającej ze zmiany punktu widzenia.
Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to nie do końca podoba mi się, że nasz bohater dostał od rodziców grę, jako nagrodę za grzeczne zachowanie, chociaż i u nas system kar i nagród powoli zaczyna się pojawiać. Jednak wydaje mi się, że dobre zachowanie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, co należy szczególnie nagradzać.

Książeczki są już całkiem poważne – choć obrazki wciąż pełnią istotną rolę, mamy już tyle samo tekstu o głębokiej treści. Papierowe strony i okładki, podobnie jak tematyka, sugerują nieco bardziej wprawionego odbiorcę, choć konstrukcja zdań i przywoływane przykłady zostały dostosowane do możliwości poznawczych przedszkolaków.

Niestety nieszczególnie podobają mi się ilustracje. Chyba dlatego, że kojarzę króliki jako mięciutkie i puchate stworzenia, a te są strasznie gładkie, takie… wylizane (ach ta profesjonalna terminologia!) – mam wrażenie, że więcej futerka ma od Franka jego przyjaciel prosiaczek. Ponadto postacie wyjątkowo nieforemne. Ale Majka nie narzeka i podobają jej się delikatne, pastelowe kolory.

Dużym atutem książeczek są pytania pomocnicze zajmujące dwie ostatnie strony. Mogą one stanowić przyczynek do dyskusji i pomóc dojść dzieciom do odpowiednich wniosków. Warto rozmawiać – i w domu i w przedszkolu.

Obie książeczki polecam starszym przedszkolakom, którzy mają już szansę spotkać się z określonymi sytuacjami i budzą one ich sprzeciw. Moja Majka jeszcze nie zwraca uwagi na inność i nie wie, że w grach można przegrywać, dlatego Franek jeszcze trochę poczeka na półce. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że te problemy prędzej czy później staną nam na drodze. A z kłopotami najlepiej się mierzyć mając przy sobie przyjaciela. Franek świetnie sprawdzi się w tej roli.

Marta Krzemińska, Królik Franek i problem krótkiego ogonka; Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki „Ważne rzeczy” Peter Carnavas

Są tematy spędzające rodzicom sen z powiek. Niektóre rzeczy niezwykle trudno zrozumieć samemu, a co dopiero rozmawiać o tym z dzieckiem i w dodatku wytłumaczyć je w sposób zrozumiały dla małego człowieka. Jednym z takich niewyobrażalnie trudnych do podjęcia tematów jest śmierć członka rodziny.

I nie ważne, czy chodzi o osobę bliską naszemu sercu, czy ukochane zwierzątko – każda śmierć jest jednakowo niezrozumiała. Ktoś, kto dotychczas był nieodłącznym elementem naszej codzienności nagle znika bez śladu. A wraz za nim, znacznie wolniej ale równie nieubłaganie, znikają wspomnienia. Najpierw nieznacznie blakną, potem ulegają przerzedzeniu, aż w którymś momencie nagle zdajemy sobie sprawę, że nie pamiętamy nawet tych najpiękniejszych momentów.

I właśnie o tym mówi ta książka – o nieopisanym bólu straty i jeszcze większej potrzebie pamięci. Całe szczęście, że powstają takie pozycje. Na życiowym zakręcie mogą okazać się pomocą i podporą nie tylko dla dziecka. Bo zarówno sama śmierć, jak i mądrości zawarte między okładkami mają charakter uniwersalny i nigdy nie ulegną dezaktualizacji. Choćbyśmy nie wiem jak tego chcieli.

Odkąd tata Krzysia zniknął, jego mama musiała nagle stać się ekspertką do wszystkiego. I wspaniale sobie razi aż do dnia, w którym zaczyna zbierać wszystkie rzeczy, które wcześniej do niego należały i chować je do przepastnego kartonu. Kiedy karton jest już pełen, a wokół nie leży już żaden przedmiot przypominający o nieobecnym domowniku, mama z Krzysiem zanoszą karton do miasta, do komisu z używanymi rzeczami. Kilka dni później zaczynają dziać się przedziwne rzeczy – skrzętnie uprzątnięte wcześniej przedmioty zaczynają same wracać na swoje miejsca!

Peter Carnavas, którego dotąd znałam wyłącznie z książki „O dzieciach, które kochają książki”, jest mistrzem zawierania wielkiego znaczenia w możliwie małej ilości słów. Ponadto potrafi uczynić pozornie błahe przedmioty pełnoprawnymi bohaterami swoich historii. I to bez grama ożywiania, czy antropomorfizacji – po prostu obdarza je silnym ładunkiem emocjonalnym i ukazuje je jako coś, co zbliża do siebie ludzi. A to niezwykle ważne w epoce elektronicznych gadżetów, które, wbrew pierwotnym założeniom, raczej oddalają, niż zbliżają.

To książka o tragedii, bólu i samotności. O konieczności codziennego godzenia się z utratą. O bezradności wobec wyroków losu – jednej i tej samej bezradności dla dzieci i dla dorosłych. O akceptacji i godzeniu się z rzeczywistością. O pamięci i zapomnieniu. I o tych ważnych rzeczach, małych szczegółach, które pomogą nam pamiętać. Trzeba tylko odnaleźć dla nich miejsce w swoim życiu.

Nieskomplikowana, ale przepełniona emocjami historia tłumaczy dzieciom trudny świat dorosłych, ale i dorosłym przybliża pełen niezrozumienia świat dziecka. A proste, pełne wewnętrznego ciepła ilustracje w żywych kolorach dopełniają całości.

Przy książkach takich jak ta za każdym razem wychodzę na straszną beksę. Ale co poradzić, że „Ważne rzeczy” ściskają gardło żalem i wzruszeniem i za żadne skarby nie chcą puścić? Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała czytać jej mojej córce.

Peter Carnavas, Ważne rzeczy, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 40 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.