Bajki Majki: „Wszędzie i we wszystkim” Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn

Jestem beksą i wrażliwcem, dlatego książki, takie jak ta łamią mi serce i potrafią doprowadzić mnie do łez już na etapie czytania opisu.

„Ludzie nie lubią rozmawiać o śmierci.
Woleliby o niej w ogóle nie mówić”.

Szczególnie, kiedy śmierć przestaje być nieco abstrakcyjnym zagadnieniem teoretycznym i zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio. I kiedy ten bezlitosny fakt zderza się z bezbronnością niezrozumienia dziecka. Ale wtedy nie ma już możliwości ucieczki.

„Lecz Yolanda nie chce milczeć.
Chce się dowiedzieć, gdzie jest jej mama”.

Nie mogę powiedzieć, żeby książki o śmierci były tą dziedziną literatury dziecięcej, w której jestem wyjątkowo oczytana i mogę rzucać tytułami na lewo i prawo. Ale z tych tytułów, które dotychczas czytałam, ten jest zdecydowanie najlepszy. Tak, to straszny wyciskacz łez – czy w ogóle może być inaczej, kiedy opowiada o małej dziewczynce poszukującej zmarłej mamy? Ale przy tym to wyjątkowo mądra historia, która w prosty i zrozumiały sposób niesie pocieszenie. I niesie je nie tylko dziecku. Nie sądziłam, że można zrobić to tak pięknie i właściwie nie zahaczając jednocześnie o sporne kwestie religijne.

Mama Yolandy zmarła i dziewczynka pyta krewnych, gdzie w takim razie mama teraz jest. A każdy na dla niej inną odpowiedź.

To opowieść o niewyobrażalnej tęsknocie, pielęgnowaniu pamięci, czerpaniu radości z małych rzeczy i drobnych codziennych zachwytach.

A zwiewne, eteryczne (i przepiękne!) ilustracje wypełniające strony po brzegi wzmagają tylko wrażenie ulotności – zarówno ludzkiego życia, jak i poszukiwań naszej małej bohaterki.

 

Moim zdaniem to nie jest jedna z tych książek, które powinny być w każdym domu. Sama zapewne cichaczem pozbędę się mojego egzemplarza (albo upchnę w najciemniejszy kąt najwyższej szafy), zanim jeszcze Majka zdąży go zobaczyć. Nie ukrywam, że tabu śmierci i poczucie bezsilności wobec potęgi własnych uczuć robią ze mnie tchórzowatego rodzica, który woli ignorować temat tak długo, dopóki nie usłyszy bezpośredniego pytania. Zdecydowanie wolę rozmawiać o seksie i procesie produkcji dzieci, niż o śmierci i tęsknocie.

Ale jednocześnie to cudownie, że takie książki powstają. Że potrafią w delikatny i mądry sposób ująć zagadnienia, które rodzicowi ściskają gardło i które pozostawiają człowieka bez słów. Trzeba mieć świadomość ich istnienia, by móc sięgnąć po nie w chwili, gdy staną się potrzebne. Oby ta chwila nadeszła jak najpóźniej.

Wzruszająca, poetycka, smutna. Piękna, niosąca otuchę, potrzebna.

Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn, Wszędzie i we wszystkim, Warszawa: Wydawnictwo CoJaNaTo?, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CoJaNaTo.

Bajki Majki: „Królik Franek” Marta Krzemińska

Nie macie jeszcze dość wszelkiej maści króliczków i zajączków po minionych świętach? Mam nadzieję, że nie, w końcu kitajce są zawsze na topie!

Przez święta testowaliśmy rodzinnie najnowszą serię Marty Krzemińskiej o Króliku Franku z ilustracjami Eweliny Jaślan-Klisik. Książeczki mają na celu przybliżenie i przygotowanie maluszka na trudne i niezrozumiałe sytuacje, które mogą spotkać go między innymi w przedszkolu, a ich treść powstała w konsultacji z psycholog dziecięcą. W końcu bycie maluchem wcale nie jest łatwe!

DSC_1286

„Królik Franek i problem krótkiego ogonka” jest opowieścią o pierwszym kontakcie z odmiennością. Do przedszkolnej grupy Franka dołącza nowa koleżanka – kotka Pusia o dziwacznie krótkim ogonku. Niestety zachowanie króliczka okazuje się być dalekie od ideału i koteczka spotyka się z odrzuceniem. W tym przypadku bardzo spodobała mi się reakcja mamy, która na wiadomość o wyczynach synka reaguje dezaprobatą i dopiero po dłuższej rozmowie z synkiem wspólnie dochodzą do porozumienia i odkrywają przyczyny takiego zachowania. Super, że rodzic nie został przedstawiony jako wszystkowiedzący i mający od razy gotową odpowiedź na wszystko. Mama Franka jest dobrym słuchaczem również posiadającym emocje. I chociaż mama pomaga zrozumieć Frankowi, że jego agresywna postawa jest spowodowana irracjonalnym strachem, dopiero bliższe poznanie Pusi staje się remedium na uprzedzenia.

Natomiast „Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy” to historia o trudnej umiejętności przegrywania. Tym razem problem pojawia się podczas rodzinnego popołudnia nad ulubioną grą Franka – zirytowany złą passą króliczek wpada w złość i przerywa rozgrywkę. Jednak podobne zachowanie jego kolegi w przedszkolu uświadamia mu, że wcale nie jest fajnie bawić się z osobą o takim nastawieniu. Bardzo fajny przykład zmiany postrzegania wynikającej ze zmiany punktu widzenia.
Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to nie do końca podoba mi się, że nasz bohater dostał od rodziców grę, jako nagrodę za grzeczne zachowanie, chociaż i u nas system kar i nagród powoli zaczyna się pojawiać. Jednak wydaje mi się, że dobre zachowanie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, co należy szczególnie nagradzać.

Książeczki są już całkiem poważne – choć obrazki wciąż pełnią istotną rolę, mamy już tyle samo tekstu o głębokiej treści. Papierowe strony i okładki, podobnie jak tematyka, sugerują nieco bardziej wprawionego odbiorcę, choć konstrukcja zdań i przywoływane przykłady zostały dostosowane do możliwości poznawczych przedszkolaków.

Niestety nieszczególnie podobają mi się ilustracje. Chyba dlatego, że kojarzę króliki jako mięciutkie i puchate stworzenia, a te są strasznie gładkie, takie… wylizane (ach ta profesjonalna terminologia!) – mam wrażenie, że więcej futerka ma od Franka jego przyjaciel prosiaczek. Ponadto postacie wyjątkowo nieforemne. Ale Majka nie narzeka i podobają jej się delikatne, pastelowe kolory.

Dużym atutem książeczek są pytania pomocnicze zajmujące dwie ostatnie strony. Mogą one stanowić przyczynek do dyskusji i pomóc dojść dzieciom do odpowiednich wniosków. Warto rozmawiać – i w domu i w przedszkolu.

Obie książeczki polecam starszym przedszkolakom, którzy mają już szansę spotkać się z określonymi sytuacjami i budzą one ich sprzeciw. Moja Majka jeszcze nie zwraca uwagi na inność i nie wie, że w grach można przegrywać, dlatego Franek jeszcze trochę poczeka na półce. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że te problemy prędzej czy później staną nam na drodze. A z kłopotami najlepiej się mierzyć mając przy sobie przyjaciela. Franek świetnie sprawdzi się w tej roli.

Marta Krzemińska, Królik Franek i problem krótkiego ogonka; Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki „Ważne rzeczy” Peter Carnavas

Są tematy spędzające rodzicom sen z powiek. Niektóre rzeczy niezwykle trudno zrozumieć samemu, a co dopiero rozmawiać o tym z dzieckiem i w dodatku wytłumaczyć je w sposób zrozumiały dla małego człowieka. Jednym z takich niewyobrażalnie trudnych do podjęcia tematów jest śmierć członka rodziny.

I nie ważne, czy chodzi o osobę bliską naszemu sercu, czy ukochane zwierzątko – każda śmierć jest jednakowo niezrozumiała. Ktoś, kto dotychczas był nieodłącznym elementem naszej codzienności nagle znika bez śladu. A wraz za nim, znacznie wolniej ale równie nieubłaganie, znikają wspomnienia. Najpierw nieznacznie blakną, potem ulegają przerzedzeniu, aż w którymś momencie nagle zdajemy sobie sprawę, że nie pamiętamy nawet tych najpiękniejszych momentów.

I właśnie o tym mówi ta książka – o nieopisanym bólu straty i jeszcze większej potrzebie pamięci. Całe szczęście, że powstają takie pozycje. Na życiowym zakręcie mogą okazać się pomocą i podporą nie tylko dla dziecka. Bo zarówno sama śmierć, jak i mądrości zawarte między okładkami mają charakter uniwersalny i nigdy nie ulegną dezaktualizacji. Choćbyśmy nie wiem jak tego chcieli.

Odkąd tata Krzysia zniknął, jego mama musiała nagle stać się ekspertką do wszystkiego. I wspaniale sobie razi aż do dnia, w którym zaczyna zbierać wszystkie rzeczy, które wcześniej do niego należały i chować je do przepastnego kartonu. Kiedy karton jest już pełen, a wokół nie leży już żaden przedmiot przypominający o nieobecnym domowniku, mama z Krzysiem zanoszą karton do miasta, do komisu z używanymi rzeczami. Kilka dni później zaczynają dziać się przedziwne rzeczy – skrzętnie uprzątnięte wcześniej przedmioty zaczynają same wracać na swoje miejsca!

Peter Carnavas, którego dotąd znałam wyłącznie z książki „O dzieciach, które kochają książki”, jest mistrzem zawierania wielkiego znaczenia w możliwie małej ilości słów. Ponadto potrafi uczynić pozornie błahe przedmioty pełnoprawnymi bohaterami swoich historii. I to bez grama ożywiania, czy antropomorfizacji – po prostu obdarza je silnym ładunkiem emocjonalnym i ukazuje je jako coś, co zbliża do siebie ludzi. A to niezwykle ważne w epoce elektronicznych gadżetów, które, wbrew pierwotnym założeniom, raczej oddalają, niż zbliżają.

To książka o tragedii, bólu i samotności. O konieczności codziennego godzenia się z utratą. O bezradności wobec wyroków losu – jednej i tej samej bezradności dla dzieci i dla dorosłych. O akceptacji i godzeniu się z rzeczywistością. O pamięci i zapomnieniu. I o tych ważnych rzeczach, małych szczegółach, które pomogą nam pamiętać. Trzeba tylko odnaleźć dla nich miejsce w swoim życiu.

Nieskomplikowana, ale przepełniona emocjami historia tłumaczy dzieciom trudny świat dorosłych, ale i dorosłym przybliża pełen niezrozumienia świat dziecka. A proste, pełne wewnętrznego ciepła ilustracje w żywych kolorach dopełniają całości.

Przy książkach takich jak ta za każdym razem wychodzę na straszną beksę. Ale co poradzić, że „Ważne rzeczy” ściskają gardło żalem i wzruszeniem i za żadne skarby nie chcą puścić? Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała czytać jej mojej córce.

Peter Carnavas, Ważne rzeczy, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 40 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.