Czas na czytanie: „Pod skórą” Liz Nugent

Po raz kolejny Liz Nugent stworzyła bohaterkę, której się nie znosi właściwie od pierwszej chwili i przy tym nie można powstrzymać się od współczucia. Przede wszystkim kata, ale pośrednio również ofiarę. Postać tragiczną na każdej płaszczyźnie, przynoszącą nieszczęście sobie i innym. Zagubioną, skrzywdzoną i krzywdzącą każdego, kogo potka na swej drodze.

Z jednej strony, mimo widma morderstwa (opisanego na pierwszych stronach, więc to żaden spam) przez sporą część książki miałam wrażenie, że czytam nie thriller, a obyczajówkę – relację z życia nieszczęśliwej kobiety od wczesnego dzieciństwa aż do śmierci. Ale wystarczy sama postać głównej bohaterki, jej sposób postrzegania świata, nieświadomość i ważkie podejście wobec zła, jakie wyrządza innym i tragiczne w skutkach decyzje, jakie podejmuje potrafią przyprawić o zimny dreszcz na plecach. Szczególnie, gdy do czytelnika dociera jak wielki i zarazem druzgocący wpływ na nasze życie może mieć zupełnie przypadkowo poznana osoba…

Niestabilny, zagmatwany umysł wahający się stale między olbrzymimi kompleksami a patologicznym poczuciem wyższości i narcyzmem. Socjopatka nie rozumiejąca emocji innych, nie mająca w sobie kropli empatii i nie znajdująca w sobie żadnych wyższych uczuć poza przywiązaniem do morza. I może do wystawnego życia też. Archetypiczna femme fatale nie dbająca o nic i nikogo poza samą sobą.

Z drugiej strony jednak to przygnębiający obraz zaniedbań związanych ze zdrowiem psychicznym, przemocy i potwornym dzieciństwem, destrukcyjny wpływ postrzegania kobiety jedynie w roli matki, nawet jeśli ta otwarcie mówi o swojej niechęci do dziecka i dzieci w ogóle oraz karkołomna walka z koniecznością sprostania wymaganiom, dopasowania do społecznych konwenansów. Jakże inaczej mogłaby się potoczyć ta historia, gdyby Delia mogła zostać rybaczką, żeglarką albo właścicielką nadmorskiego pensjonatu?

To też surowa, ale liryczna opowieść o wymierającej społeczności, przywiązaniu do natury i małej ojczyzny oraz całkiem moralizatorski przykład niebezpieczeństwa nacjonalizmu w skali mikro.

A pojawiające się co jakiś czas we wspomnieniach bohaterki upiorne bajki z dzieciństwa dodają książce poczucia niepokojącej niesamowitości. Nie zabraknie też wstrząsającego plot twistu na zakończenie.

Bardzo dobra książka, nie mogłam się oderwać. Chyba podobała mi się nawet jeszcze bardziej niż „Obsesja Lydii”.

Liz Nugent, Pod skórą, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Zamieć” Christian Unge

Od wydania pierwszego tomu „Czarnej Trylogii” minął już ponad rok i trochę już straciłam nadzieję na poznanie dalszych przygód Tekli Berg. A tu proszę, nareszcie pojawił się kolejny tom.

Jako, że z akcji „Przejdź przez wodę, krocz przez ogień” nie za wiele już pamiętałam, poza ogólnymi wrażeniami z lektury towarzyszyła mi obawa, że będzie mi się trudno na nowo wczuć w ten klimat. Okazało się jednak, że nawet nie miałam kiedy się tym zmartwić – Christian Unge po raz kolejny rzucił czytelników w sam środek dramatycznej akcji. I chociaż to kolejna część serii (zdecydowanie warto więc znać poprzednią!), to jednak odrębna historia, zupełnie nowy przypadek do rozwiązania i zarazem nowa sprawa z cyklu tych kryminalnych.

Genialna i nieco szalona Tekla – moja ulubiona „córka doktora House’a i Lisbeth Salander” – po raz kolejny daje czadu. Kompletnie nie radzi sobie z relacjami społecznymi, za nic ma te zasady i nakazy, które uważa za bezsensowne i nie bardzo potrafi w autorytety za to jest świetna w karkołomne i ryzykowne decyzje. Odżywiając się niemal wyłącznie kofeiną i amfetaminą zawsze stawia na pierwszym miejscu dobro pacjenta i nie zawaha się walczyć o nie jak lwica. Walczyć zarówno z naturą, dosłownie wyrywając rannych i chorych ze szponów śmierci, jak i z bezwzględnością biurokracji i przepychanek.

„(…) nie chciała do końca uchodzić za odludka, którym była w głębi serca. Dlaczego cały ten świat pomyślano dla par? Dlaczego jeśli ktoś wolał żyć sam, był z definicji przegrany? Ofiara? Tekla nie uważała się za ofiarę, miała mnóstwo kontaktów z lekarzami i pielęgniarkami, nie chciała po prostu uprawiać z nimi seksu. Dlaczego to nie wystarczyło, żeby wszystkich zadowolić?”

Na oddział trafia dwóch mężczyzn z wypadku samochodowego, dzięki swojej fotograficznej pamięci, Tekla cudem ratuje życie jednego z nich. W podziemiach szpitala, gołymi rękami (tak się tylko mówi, w „rzeczywistości” miała rękawiczki – aseptyka przede wszystkim!).

Tymczasem do szpitala wchodzi dziwnie zachowująca się kobieta z małym chłopcem. Czego szuka błąkając się po korytarzach budynku? Jaki cel jest na tyle ważny, by zignorować objawy chorobowe nękające jej ciało i uparcie przeć do przodu? Czy Tekla zdoła rozwikłać zagadkę tajemniczych wypadków i ocalić osobę, która zupełnie nagle stanie się dla niej bardzo ważna? I czy uda się tego dokonać w nie do końca sprzyjającym czasie remontów, zmian organizacji szpitala i zakusów ku jego prywatyzacji?

Będzie mnóstwo krwi i naturalistycznych opisów grzebania pacjentom we flakach. Będzie przejmująca samotność osoby niedopasowanej społecznie, przytłoczonej wymaganiami „normalnego” świata, nie radzącej sobie z odczuwanymi emocjami. Będzie szokująca historia dziewczyny ze wschodu, której największym marzeniem było zostać matką. Będzie nieustanny wyścig z czasem, śmiertelne zagrożenie i służby specjalne, nie zabraknie też obowiązkowego udziału groźnych rosyjskich mafiozów.

Mnóstwo się dzieje i wiele wątków zdaje się być wrzuconych do fabuły zupełnie przypadkowo – a to karkołomna walka o milionera spragnionego trzeciej wątroby, a to przyjmowanie porodu w samym środku śnieżnej zamieci. Zdaje się, że te nie połączone z główną osią powieści przypadki zostały poupychane nieco na siłę, by uzmysłowić czytelnikowi rollercoaster pracy w medycynie ratunkowej. Wydaje mi się jednak, że „Zamieć” jest swego rodzaju tomem przejściowym i te pozornie mniej znaczące ale bardzo obrazowo przedstawione incydenty jeszcze mogą nabrać znaczenia w przyszłości.

Czyta się świetnie. Stęskniłam się już trochę za thrillerami medycznymi, a połączenie, które serwuje nam Unge to dla mnie strzał w dziesiątkę. W dodatku Tekla, w całym swoim pełnym słabości geniuszu naprawdę da się lubić. I nie sposób jej nie kibicować. Mam nadzieję, że trzecia część pojawi się szybciej, bo już nie mogę się doczekać.

Christian Unge, Zamieć, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Obsesja Lydii” Liz Nugent

Przyznaję, że dałam się zwieść tej książce.

Od jakiegoś czasu romansuję z thrillerami psychologicznymi ale tak naprawdę tylko dwie z przeczytanych przeze mnie pozycji naprawdę zapadły mi w pamięć i bardzo chętnie dorzuciłabym kolejną bardzo dobrą książkę na podium tego gatunku. Podeszłam więc do „Obsesji Lydii” ze sporymi oczekiwaniami. Szczególnie, że bardzo zaciekawił mnie blurb, a zwykle za nimi nie przepadam.

I przez sporą część książki zdawało mi się, że Liz Nugent tym oczekiwaniom jednak nie sprosta.

Zazwyczaj w kryminałach i innych powieściach z dreszczykiem mamy zbrodnię i towarzyszymy bohaterom podczas śledztwa mającego na celu pochwycenie mordercy, najchętniej zanim zdąży bardziej narozrabiać. Tutaj sytuacja jest jakby odwrotna – od razu wiemy kto zabił i jak, po czym całkiem szybko dowiadujemy się również dlaczego. Śledztwo co prawda jest, ale ze względu na tożsamość ofiary tak naprawdę nikomu nie zależy na odkryciu tożsamości zbrodniarza. I wydaje się, że będzie nuda, bo wszystko zdaje się jasne, a tu przeczytana dopiero 1/3 książki.

Nic z tych rzeczy.

Ta historia ma trzech narratorów: tytułową Lydię, jej syna Laurence’a i siostrę ofiary – Karen. Te zmiany perspektywy i możliwość poznawania sytuacji z kilku różnych punktów widzenia (i kilku poziomów wiedzy o wydarzeniu) nie tylko dodaje opowieści głębi, jak i bardziej porusza odbiorcę. Bo bywa i tak, że wartości fundamentalne dla Laurence’a mogą nie być ani trochę ważne dla innych bohaterów. I odwrotnie. A z każdym kolejnym rozdziałem historia robi się coraz smutniejsza i coraz bardziej zagmatwana, choć tak naprawdę każdy z bohaterów postępuje w dobrej wierze, a sprawca równie często budzi w odbiorcy przerażenie i złość, co współczucie. Niemniej jednak przerażenie wygrywa.

Jedna z najważniejszych postaci – Lydia – jest kobietą „z dobrego domu” przywykłą do wygodnego i wystawnego życia i jednocześnie niewolnicą własnych nerwic, obsesji i przyzwyczajeń, których źródła przyjdzie nam poszukiwać w jej wczesnym dzieciństwie. To osoba, do której powiedzenie „my home is my castle” pasuje jak ulał – nie przepada za opuszczaniem domu i cały jej wszechświat kręci się wokół rodziny i rodzinnej posiadłości. Co może nie byłoby takie złe (choć wciąż mało zdrowe), gdyby nie fakt, że pragnie mieć nad swoim małym światem całkowitą kontrolę i sprawować w nim niepodzielną władzę, więc zrobi wszystko, by nagiąć rzeczywistość do swojej wizji idealnej rodziny. Perfekcyjna w manipulowaniu ludźmi i faktami, kłamczyni doskonała, potrafi tkać intrygi latami i uzależniać od siebie ludzi. A wszystko to pod pretekstem miłości i oddania. I chyba faktycznie wierzy, że wszystkie jej intrygi powstają z tych właśnie pobudek. Ale że rzeczywistość nie ma ochoty się naginać, kolejne osoby z jej bliższego i dalszego otoczenia będą płacić za to straszliwą cenę.

Wielki wpływ na rozwój wydarzeń ma również presja otoczenia. Akcja powieści zaczyna się w 1980 roku i tamtejsze realia okazały się być dla czymś kompletnie archaicznym. Analfabetyzm wśród niższych warstw społecznych, nielegalne rozwody (i co za tym idzie całkowita władza mężczyzny nad kobietą) i wszechobecne „co ludzie powiedzą”, gdzie reputacja osoby ma wpływ nawet na działalność policji wydaje się być dzisiaj nie do pomyślenia. A to przecież czasy młodości moich rodziców, równolatków Laurence’a! Coś strasznego.

I chociaż cała intryga staje się coraz ciekawsza wraz z rozwojem sytuacji, dopiero zakończenie świadczy o tym, jak dobra jest to książka i zostawia czytelnika z lodowatym dreszczem na plecach.

Nie był to wbijający w fotel plot twist, jak w przypadku „Pacjentki”, prawdę mówiąc zakończenie, choć zaskakująco ponure, tak naprawdę mnie nie zaskoczyło – dokładnie tego można się było po Lydii spodziewać. A jednak mimo to się nie spodziewałam, bo chyba nawet najbardziej wprawiony w bojach czytelnik gdzieś tam kibicuje bohaterom, w których historię się wczuwa i życzy im tego „happy endu”.

Dobra. Mocna. Szokująca. Chyba właśnie dlatego, że tak niepozorna.

Liz Nugent, Obsesja Lydii, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 358 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Pokaż mi” Marcel Moss

Całkiem lubię thrillery medyczne i psychologiczne, ale z thrillerem erotycznym spotkałam się po raz pierwszy i w sumie wciąż nie jestem pewna, czy ten podgatunek zdołał mnie do siebie przekonać.

„Pokaż mi” swego czasu po prostu wyskakiwało mi z lodówki. Gdzie się nie obróciłam, tam spotykałam się z opiniami i recenzjami o tej książce, co ciekawe głównie pozytywnymi. I ten rodzaj sposób promocji okazał się skuteczny, bo zapragnęłam sprawdzić na własnej skórze o co tyle zamieszania. A kiedy udało mi się wygrać ten tytuł u Matka Puchatka, trafił prosto na regał wstydu na kilka miesięcy.

Niemniej jednak w końcu się za nią zabrałam i… okazał się zupełnie bez szału.

„Internet to największe zło tego świata. Ludzie z natury są kłamcami, ale ekran oddzielający ich od prawdziwego życia sprawia, że puszczają im wszystkie hamulce. Nabierają odwagi i stopniowo toną w bagnie własnych iluzji”.

Łukasz Sierp jest ambitnym marketingowcem w bezpiecznym, pozornie idealnym związku, który uzależnia się od aplikacji randkowej. Im dalej w las, tym bardziej dowiadujemy się, jak dużo ma za uszami i jak daleko jest w stanie się posunąć dla spełnienia swoich samolubnych fantazji. I kiedy tajemnicza Królowa, z którą czatuje tygodniami i której polecenia wykonuje nie okazuje się ani spełnieniem marzeń o skoku w bok, ani tym bardziej botem odpowiadającym przygotowanymi wcześniej kwestiami, za to zaczyna go prześladować i szantażować, czytelnikowi wydaje się, że nasz bohater dostał dokładnie na co zasłużył. Autor podrzuca nam sporo poszlak, a mimo to nie udało mi się odgadnąć kto jest odpowiedzialny za pogłębiający się koszmar niewiernego narzeczonego i jego pogłębiającą się paranoję.

Mimo to thriller erotyczny to chyba nie jest koncepcja dla mnie. Ten thriller rzeczywiście tam jest, bywa strasznie, zdecydowanie jest okrutnie i nie ma wątpliwości, że mamy w nim do czynienia z psychopatą. Jest też dobrze zarysowany kontekst psychologiczny sprawcy. A i sama intryga została całkiem dobrze skonstruowana – zarówno jeśli chodzi o planowane przestępstwo, jak i niefortunne zbiegi okoliczności.

Męczyły mnie jednak ciągłe przeskoki w czasie bełtające fabułę i irytujący bohaterowie. Jestem usatysfakcjonowana zarówno rozwiązaniem zagadki, jak i samym zakończeniem, ale niczym mnie ta książka nie porwała i nie czytałam jej z zapartym tchem, co tak bardzo cenię w thrillerach. W końcu maja trzymać w napięciu. A filozoficzno-intelektualne wywody Łukasza z ostatnich stron przyprawiły mnie raczej o suchy śmiech, niż refleksję nad życiem.

Marcel Moss, Pokaż mi, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2020, 382 s.

Czas na czytanie: „Kwestia ceny”, Zygmunt Miłoszewski

Dawno już nie trafiłam na książkę, którą przeżywałoby się jak powieści przygodowe z dzieciństwa, kiedy to kolejne tytuły Juliusza Verne’a były oknem na dziki, nieznany świat, a z każdej kolejnej strony wzywa nowa przygoda.

Bo tu jest wszystko – naukowa ekspedycja na tereny nietknięte współczesną cywilizacją w poszukiwaniu zaginionego artefaktu bardzo w stylu Indiany Jonesa skutkująca odkryciami niczym z „Wyprawy do wnętrza ziemi”, piraci i bitwy morskie, zuchwałe rabunki, niepozorne skarby mogące mieć wpływ na przyszłość ludzkości, pościgi, strzelaniny, sekretne laboratoria, połączenie historii i antropologii z osiągnięciami współczesnej nauki i spisek w stylu Dana Browna. Z nadciągającą wielkimi krokami katastrofą klimatyczną nie tyle w tle, co w samym centrum.

Czy totem dawno zaginionej kultury z dalekiego wschodu, przywieziony w ubiegłym wieku do Europy przez niedocenionego pioniera antropologii może być lekarstwem na problem przeludnienia Ziemi? Jakie konsekwencje przyniesie „epidemia długowieczności” i czy faktycznie osiągnięcie 120 lat życia w dobrej kondycji psychofizycznej warte jest każdego poświęcenia? Co koncerny farmaceutyczne zrobiłyby z lekiem mogącym odmienić losy ludzkości i istnieje coś takiego, jak „wolna nauka”?

Fabuła powieści jest bardzo mocno osadzona we współczesności, pełna nawiązań do obecnej sytuacji społecznej i politycznej, co czyta się bardzo dobrze, ale nie jestem pewna, czy przetrwa próbę czasu. W końcu jak długo będziemy pamiętać o bananowej aferze (oby jak najkrócej, bo wstyd!) i ile czasu jeszcze spojrzenie Adriana Zandberga pozostanie skojarzeniem, które czytelnik łatwo obrazuje w wyobraźni?

Pamiętam, że „Bezcenny” mi się podobał, ale „Kwestia ceny” chyba podobała mi się jeszcze bardziej. To idealna pozycja na wakacje – przygodowa, pełna akcji, bardzo dobrze napisana, skłaniająca do refleksji i całkiem przerażająca w swoim katastroficznym wydźwięku. Szczególnie, że przedstawiony scenariusz może nie „lekarstwa”, ale samej „choroby” już pomału zaczynamy oglądać „na żywo”.

„Nie można się bać cały czas. Strach to jeden z najważniejszych mechanizmów wykształconych w procesie ewolucji, powstrzymuje nas przed głaskaniem jadowitego węża i każe uciekać, kiedy stado słoni rusza galopem w nasza stronę, zwiększa to szanse przetrwania i sprzyja reprodukcji genów w przyszłych pokoleniach. Ale jest to tryb awaryjny, nie można mieć go uaktywnionego cały czas…”

Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 528 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Pacjentka” Alex Michaelides

Theo Faber jest psychoterapeutą zafascynowanym głośnym, medialnym przypadkiem pewnej pacjentki – malarki, która zamordowała męża i przestała się odzywać. Theo robi wszystko, by uzyskać możliwość leczenia owianej mroczną tajemnicą kobiety i przeprowadza iście detektywistyczne śledztwo (oczywiście nielegalnie), by zrozumieć co popchnęło ją do zbrodni i dlaczego morderczyni uparcie milczy.

DSC_0276

Opowieść o uzależnieniach, smutnym dzieciństwie, potrzebie miłości i zdradach, których nie sposób wybaczyć. O bólu, który, nieprzepracowany, potrafi powrócić po latach. Z zaskakującym zakończeniem, którego faktycznie nie sposób przewidzieć.

To jedna z tych książek, które bardzo łatwo dają się czytać. Może nie porwała mnie od pierwszej strony i nie nazwałabym jej „nieodkładalną”, ale kiedy już, mniej więcej po 80 stronach wczułam się w akcję, resztę przeczytałam w jeden wieczór i w sumie nawet nie wiem kiedy się skończyła. A jednocześnie nie jest to jedna z książek, do czytania których nie trzeba używać mózgu i przepływają przez człowieka, jak woda przez sito. Psychologia i psychiatria nie są tematami, na jakie mam jakąkolwiek wiedzę, nie jestem więc w stanie ocenić poziomu przekazywanych w książce wiadomości, ale jako kompletny laik wyniosłam z niej nieco informacji i nowych dla mnie pojęć. Bardzo lubię, kiedy wykreowany w powieści świat fikcji literackiej skłania mnie do poszerzania wiedzy i sprawdzania definicji – niby czysta rozrywka, a niesie ze sobą walory edukacyjne i rozwija wiedzę czytelnika o świecie. Cenię też, kiedy autor zna się na tym, o czym pisze i jego pomysł na historię jest posadowiony na solidnych fundamentach – pod tym względem Michaelides wzbudził we mnie zaufanie. Bo chociaż w samej książce opisuje również psychiatrów pozbawionych empatii, wypalonych i ewidentnie nie nadających się do zawodu, to jednak kiedy psychoterapeuta (nawet z niewielkim doświadczeniem) czyni głównym bohaterem swojej powieści psychoterapeutę właśnie, to jakoś wierzę, że wie co robi. Chociaż z trzeciej strony taka już pewnie rola psychoterapeuty. I psychiatry… i psychopaty zapewne też.

Całkiem udane połączenie thrillera psychologicznego z kryminałem. I chociaż nie powiem, że to najlepsza książka, jaką czytałam w tym czy zeszłym roku, to jednak z czystym sumieniem polecam. I jeśli ktoś czyta jedną książkę roczne, to niech sięgnie właśnie po tą, bo zwrot akcji pod koniec „Pacjentki” jest tego warty.

Alex Michaelides, Pacjentka, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2019, 352 s.

Czas na czytanie: „Dziewczyna, którą znałeś” Nicola Rayner

Kiedy Alice zaczyna na poważnie umawiać się ze szkolnym Don Juanem i łamaczem kobiecych serc, nie dziwi się szczególnie, że jej popularność wśród płci pięknej znacznie spada. Czasem jednak trzeba poświęcić pewne rzeczy w imię miłości.

Kiedy po latach wydaje jej się, że widzi w tłumie znajomą ze szkoły, jedną z całego tabunu byłych dziewczyn jej męża, która zaginęła podczas imprezy absolwentów, ta nierozwikłana historia nie może dać jej spokoju. Czy zmienianie partnerek jak rękawiczki mogło nie być jedynym przewinieniem jej ukochanego?

Historia dzieje się w dwóch czasach, teraźniejszym, kiedy to Alice prowadzi swoje małe śledztwo, i podczas lat szkolnej beztroski. Ponadto mamy szansę poznać ją z wielu perspektyw – nie tylko z punktu widzenia głównej bohaterki, ale także… samej ofiary, oraz jej młodszej siostry i najlepszej przyjaciółki. Wychodzi więc z tego połączenie czterech opowieści. Opowieści o pierwszych miłościach, przyjaźni, zazdrości, rozczarowaniach i spełnianiu marzeń. O szkole, imprezach i „fajnych dzieciakach” z bogatych rodzin. O obsesji, podnoszeniu się po traumie i wydarzeniach, które potrafią naznaczyć na całe życie.

Podczas czytania męczył mnie sposób narracji, która co chwilę zmieniała się z pierwszo-, na trzecioosobową. Nie mam pojęcia, czym te zmiany były uwarunkowane, ale dały dość dziwny efekt i zaburzały mi płynność lektury.

To nie była zła książka, a już na pewno nie była tak nudna i nijaka, jak „Dziewczyna w pociągu”, do której jest porównywana. Nie było w niej jednak nic porywającego i w żadnym momencie nie wciągnęła mnie na tyle, żebym nie mogła się oderwać. Co prawda nie odgadłam zakończenia intrygi, ale też nie byłam nim jakoś specjalnie zszokowana i choć rozwiązanie zagadki okazało się bardzo smutne, to jednak nie na tyle, żeby fabuła została w mojej głowie na dłużej niż kilka chwil po zamknięciu książki. Nie wywołała też we mnie żadnej głębszej refleksji.

Dla mnie przeciętna, bo nie wywołała we mnie żadnych większych emocji, ale całkiem dobrze się czytało, a zarówno cała intryga, jak i relacje między bohaterami są przekonujące i logicznie skonstruowane. Czasami może nie potrzeba genialnego psychopaty, by zniszczyć życie kilku osobom. Wystarczą znajomi ze szkoły.

Nicola Rayner, Dziewczyna, którą znałeś, Warszawa, Wydawnictwo WAB, 2020, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAB.

Czas na czytanie: „Przejdź przez wodę, krocz przez ogień” Christian Unge

Rzadko zdarza się książka, w której nie uda mi się przewidzieć chociaż części wątków, za to w przypadku tej – poza fatalistycznym przeczuciem odnośnie kondycji głównej bohaterki – nie spełniło się żadne moje podejrzenie!

A poszlak, podsuwanych czytelnikowi wskazówek i budzących podejrzenia okoliczności jest mnóstwo (i każda z nich zostanie wyjaśniona!), bo i cała historia jest dość rozbudowana i poznajemy się jednocześnie z perspektywy kilku kompletnie różnych bohaterów, których losy splatają się mniej lub bardziej przypadkowo.

Tekla Berg jest błyskotliwą lekarką robiącą zawrotną karierę. Ciężki przypadek pracoholika, nie stroni od kontrowersyjnych metod, w każdej minucie troczy nierówną walkę z koszmarem fotograficznej pamięci (swoją drogą to pierwsze, z którym się spotykam, przedstawienie ejdetyzmu zdecydowanie jako bardziej jako przekleństwa, niż „daru”). To chyba najlepsza kreacja kobieca, o jakiej miałam o ostatnio przyjemność czytać. Nieoczywista, inteligentna, obdarzona olbrzymim powołaniem, słaba i silna jednocześnie. Gdyby doktor House i Lisbeth Salander mieli dziecko, to właśnie byłaby Tekla. Naprawdę da się lubić.

I z pewnością nie nuda jej w życiu nie grozi. Kiedy jej niefrasobliwy i przyciągający kłopoty jak magnes młodszy brat zaginie w wyjątkowo niesprzyjającym momencie, Tekla będzie operować gangsterów, zmagać się z przywódczymi sztokholmskiej mafii narkotykowej, umawiać się z antyterrorystą i ścigać niedoszłych zabójców. A wszystko to między dyżurami na OIOMie, skargami bezpośrednich przełożonych i spotkaniami z dystyngowaną dyrektorką szpitala.

W tej książce non stop coś się dzieje. Od pierwszych stron zostajemy rzuceni w samo centrum wydarzeń i staramy się ogarnąć plątaninę przyczyn i skutków otaczającego nas chaosu. Będą pożary, pościgi, śmiertelne poparzenia, aresztowania, strzelaniny, mafijne porachunki, przekręty i układy, wybuchy i walki wręcz na łodzi. I nawet, jeśli trafi się jakaś retrospekcja, to też nie pozwoli na długo odsapnąć.

Dodatkowym atutem są opisy przypadków medycznych. Szczególnie cenię sobie, kiedy autor wie o czym pisze – bardzo szanuję dobry research i wykorzystywanie własnych doświadczeń podczas kreowania świata przedstawionego, a ponadto jestem największą na świecie fanką opisów. Dlatego też lekarz piszący thriller z miejscem akcji na oddziale ratunkowym i intensywnej terapii to dla mnie jak pączek z podwójną porcją różanego dżemu. Jeśli „opis” wciąż kojarzy Wam się z liściem spadającym z drzewa przez pięć stron, to spróbujcie weekendowego wieczoru Tekli Berg na ratunkowym!

Christian Unge, Przejdź przez wodę, krocz przez ogień, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Kasztanowy ludzik” Søren Sveistrup

Jestem osobą wybitnie niefilmową, dlatego wytłuszczona na okładce informacja, iż autor popełnił scenariusz serialu „The Killing” niewiele mi powiedziała. Ale po lekturze wiem już o co chodziło, bo książka faktycznie wciąga jak dobry serial, a świat przedstawiony ukazany został w (momentami przerażająco) plastyczny sposób. A ja przecież uwielbiam opisy!

To bardzo dobrze skonstruowany thriller z intrygą, która ciągnie się przez lata. Psychopatyczny seryjny morderca, którego motyw jest do bólu wręcz zrozumiały, jak bardzo spaczony by nie był. Żądza zemsty nie tylko na konkretnej osobie, ale również na wadliwym systemie. Makabrycznie okaleczone zwłoki, nieustające poczucie zagrożenia.  I upiorny motyw przewodni.

Rosa Hartug, minister do spraw społecznych żywo zaangażowana w ochronę praw dziecka, przeżyła największy koszmar rodzica – porwanie i śmierć córki. Kiedy po roku dochodzenia do siebie po przeżytej traumie wraca do pracy, w okolicy dochodzi do serii brutalnych morderstw młodych kobiet, które okazują się być związane z zamkniętą już sprawą zaginionej córki polityczki w nieprawdopodobny sposób.

Wyjątkowo niedopasowany duet śledczych połączonych z przypadku, szarobury, mroczny, jesienny klimat dodatkowo wzmagający niepokój, geniusz zbrodni będący nieustannie dwa kroki z przodu, zemsta wyczekana i dopracowywana przez lata i szokujące błędy instytucji państwowych.

Wielkim plusem tej książki jest wartka akcja, która przez ponad 500 stron nie pozwala czytelnikowi ziewnąć choćby raz. Nieprzewidywalna, trzymająca w napięciu i wzbudzająca emocje właściwie w każdym rozdziale (a tych jest 130!). Jeśli dodamy do tego silną postać kobiecą, poruszający temat, jakim jest wykorzystywanie dzieci i zamach na rodzinę, oraz krytykę wadliwego sytemu, zyskamy powieść, od której trudno się oderwać. Pozostawiającą po sobie lepkie poczucie zagrożenia, przez co trudno się z niej otrząsnąć nawet po zakończeniu lektury.

Książka idealna na ten moment, w którym wszystkie kolory ciepłej, złotej jesieni znikają i wokół zaczyna dominować zimna, wilgotna, wszechogarniająca szarość.

Søren Sveistrup, Kasztanowy ludzik, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2019, 559 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.