Czas na czytanie: „Kwestia ceny”, Zygmunt Miłoszewski

Dawno już nie trafiłam na książkę, którą przeżywałoby się jak powieści przygodowe z dzieciństwa, kiedy to kolejne tytuły Juliusza Verne’a były oknem na dziki, nieznany świat, a z każdej kolejnej strony wzywa nowa przygoda.

Bo tu jest wszystko – naukowa ekspedycja na tereny nietknięte współczesną cywilizacją w poszukiwaniu zaginionego artefaktu bardzo w stylu Indiany Jonesa skutkująca odkryciami niczym z „Wyprawy do wnętrza ziemi”, piraci i bitwy morskie, zuchwałe rabunki, niepozorne skarby mogące mieć wpływ na przyszłość ludzkości, pościgi, strzelaniny, sekretne laboratoria, połączenie historii i antropologii z osiągnięciami współczesnej nauki i spisek w stylu Dana Browna. Z nadciągającą wielkimi krokami katastrofą klimatyczną nie tyle w tle, co w samym centrum.

Czy totem dawno zaginionej kultury z dalekiego wschodu, przywieziony w ubiegłym wieku do Europy przez niedocenionego pioniera antropologii może być lekarstwem na problem przeludnienia Ziemi? Jakie konsekwencje przyniesie „epidemia długowieczności” i czy faktycznie osiągnięcie 120 lat życia w dobrej kondycji psychofizycznej warte jest każdego poświęcenia? Co koncerny farmaceutyczne zrobiłyby z lekiem mogącym odmienić losy ludzkości i istnieje coś takiego, jak „wolna nauka”?

Fabuła powieści jest bardzo mocno osadzona we współczesności, pełna nawiązań do obecnej sytuacji społecznej i politycznej, co czyta się bardzo dobrze, ale nie jestem pewna, czy przetrwa próbę czasu. W końcu jak długo będziemy pamiętać o bananowej aferze (oby jak najkrócej, bo wstyd!) i ile czasu jeszcze spojrzenie Adriana Zandberga pozostanie skojarzeniem, które czytelnik łatwo obrazuje w wyobraźni?

Pamiętam, że „Bezcenny” mi się podobał, ale „Kwestia ceny” chyba podobała mi się jeszcze bardziej. To idealna pozycja na wakacje – przygodowa, pełna akcji, bardzo dobrze napisana, skłaniająca do refleksji i całkiem przerażająca w swoim katastroficznym wydźwięku. Szczególnie, że przedstawiony scenariusz może nie „lekarstwa”, ale samej „choroby” już pomału zaczynamy oglądać „na żywo”.

„Nie można się bać cały czas. Strach to jeden z najważniejszych mechanizmów wykształconych w procesie ewolucji, powstrzymuje nas przed głaskaniem jadowitego węża i każe uciekać, kiedy stado słoni rusza galopem w nasza stronę, zwiększa to szanse przetrwania i sprzyja reprodukcji genów w przyszłych pokoleniach. Ale jest to tryb awaryjny, nie można mieć go uaktywnionego cały czas…”

Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 528 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Pacjentka” Alex Michaelides

Theo Faber jest psychoterapeutą zafascynowanym głośnym, medialnym przypadkiem pewnej pacjentki – malarki, która zamordowała męża i przestała się odzywać. Theo robi wszystko, by uzyskać możliwość leczenia owianej mroczną tajemnicą kobiety i przeprowadza iście detektywistyczne śledztwo (oczywiście nielegalnie), by zrozumieć co popchnęło ją do zbrodni i dlaczego morderczyni uparcie milczy.

DSC_0276

Opowieść o uzależnieniach, smutnym dzieciństwie, potrzebie miłości i zdradach, których nie sposób wybaczyć. O bólu, który, nieprzepracowany, potrafi powrócić po latach. Z zaskakującym zakończeniem, którego faktycznie nie sposób przewidzieć.

To jedna z tych książek, które bardzo łatwo dają się czytać. Może nie porwała mnie od pierwszej strony i nie nazwałabym jej „nieodkładalną”, ale kiedy już, mniej więcej po 80 stronach wczułam się w akcję, resztę przeczytałam w jeden wieczór i w sumie nawet nie wiem kiedy się skończyła. A jednocześnie nie jest to jedna z książek, do czytania których nie trzeba używać mózgu i przepływają przez człowieka, jak woda przez sito. Psychologia i psychiatria nie są tematami, na jakie mam jakąkolwiek wiedzę, nie jestem więc w stanie ocenić poziomu przekazywanych w książce wiadomości, ale jako kompletny laik wyniosłam z niej nieco informacji i nowych dla mnie pojęć. Bardzo lubię, kiedy wykreowany w powieści świat fikcji literackiej skłania mnie do poszerzania wiedzy i sprawdzania definicji – niby czysta rozrywka, a niesie ze sobą walory edukacyjne i rozwija wiedzę czytelnika o świecie. Cenię też, kiedy autor zna się na tym, o czym pisze i jego pomysł na historię jest posadowiony na solidnych fundamentach – pod tym względem Michaelides wzbudził we mnie zaufanie. Bo chociaż w samej książce opisuje również psychiatrów pozbawionych empatii, wypalonych i ewidentnie nie nadających się do zawodu, to jednak kiedy psychoterapeuta (nawet z niewielkim doświadczeniem) czyni głównym bohaterem swojej powieści psychoterapeutę właśnie, to jakoś wierzę, że wie co robi. Chociaż z trzeciej strony taka już pewnie rola psychoterapeuty. I psychiatry… i psychopaty zapewne też.

Całkiem udane połączenie thrillera psychologicznego z kryminałem. I chociaż nie powiem, że to najlepsza książka, jaką czytałam w tym czy zeszłym roku, to jednak z czystym sumieniem polecam. I jeśli ktoś czyta jedną książkę roczne, to niech sięgnie właśnie po tą, bo zwrot akcji pod koniec „Pacjentki” jest tego warty.

Alex Michaelides, Pacjentka, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2019, 352 s.

Czas na czytanie: „Dziewczyna, którą znałeś” Nicola Rayner

Kiedy Alice zaczyna na poważnie umawiać się ze szkolnym Don Juanem i łamaczem kobiecych serc, nie dziwi się szczególnie, że jej popularność wśród płci pięknej znacznie spada. Czasem jednak trzeba poświęcić pewne rzeczy w imię miłości.

Kiedy po latach wydaje jej się, że widzi w tłumie znajomą ze szkoły, jedną z całego tabunu byłych dziewczyn jej męża, która zaginęła podczas imprezy absolwentów, ta nierozwikłana historia nie może dać jej spokoju. Czy zmienianie partnerek jak rękawiczki mogło nie być jedynym przewinieniem jej ukochanego?

Historia dzieje się w dwóch czasach, teraźniejszym, kiedy to Alice prowadzi swoje małe śledztwo, i podczas lat szkolnej beztroski. Ponadto mamy szansę poznać ją z wielu perspektyw – nie tylko z punktu widzenia głównej bohaterki, ale także… samej ofiary, oraz jej młodszej siostry i najlepszej przyjaciółki. Wychodzi więc z tego połączenie czterech opowieści. Opowieści o pierwszych miłościach, przyjaźni, zazdrości, rozczarowaniach i spełnianiu marzeń. O szkole, imprezach i „fajnych dzieciakach” z bogatych rodzin. O obsesji, podnoszeniu się po traumie i wydarzeniach, które potrafią naznaczyć na całe życie.

Podczas czytania męczył mnie sposób narracji, która co chwilę zmieniała się z pierwszo-, na trzecioosobową. Nie mam pojęcia, czym te zmiany były uwarunkowane, ale dały dość dziwny efekt i zaburzały mi płynność lektury.

To nie była zła książka, a już na pewno nie była tak nudna i nijaka, jak „Dziewczyna w pociągu”, do której jest porównywana. Nie było w niej jednak nic porywającego i w żadnym momencie nie wciągnęła mnie na tyle, żebym nie mogła się oderwać. Co prawda nie odgadłam zakończenia intrygi, ale też nie byłam nim jakoś specjalnie zszokowana i choć rozwiązanie zagadki okazało się bardzo smutne, to jednak nie na tyle, żeby fabuła została w mojej głowie na dłużej niż kilka chwil po zamknięciu książki. Nie wywołała też we mnie żadnej głębszej refleksji.

Dla mnie przeciętna, bo nie wywołała we mnie żadnych większych emocji, ale całkiem dobrze się czytało, a zarówno cała intryga, jak i relacje między bohaterami są przekonujące i logicznie skonstruowane. Czasami może nie potrzeba genialnego psychopaty, by zniszczyć życie kilku osobom. Wystarczą znajomi ze szkoły.

Nicola Rayner, Dziewczyna, którą znałeś, Warszawa, Wydawnictwo WAB, 2020, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAB.

Czas na czytanie: „Przejdź przez wodę, krocz przez ogień” Christian Unge

Rzadko zdarza się książka, w której nie uda mi się przewidzieć chociaż części wątków, za to w przypadku tej – poza fatalistycznym przeczuciem odnośnie kondycji głównej bohaterki – nie spełniło się żadne moje podejrzenie!

A poszlak, podsuwanych czytelnikowi wskazówek i budzących podejrzenia okoliczności jest mnóstwo (i każda z nich zostanie wyjaśniona!), bo i cała historia jest dość rozbudowana i poznajemy się jednocześnie z perspektywy kilku kompletnie różnych bohaterów, których losy splatają się mniej lub bardziej przypadkowo.

Tekla Berg jest błyskotliwą lekarką robiącą zawrotną karierę. Ciężki przypadek pracoholika, nie stroni od kontrowersyjnych metod, w każdej minucie troczy nierówną walkę z koszmarem fotograficznej pamięci (swoją drogą to pierwsze, z którym się spotykam, przedstawienie ejdetyzmu zdecydowanie jako bardziej jako przekleństwa, niż „daru”). To chyba najlepsza kreacja kobieca, o jakiej miałam o ostatnio przyjemność czytać. Nieoczywista, inteligentna, obdarzona olbrzymim powołaniem, słaba i silna jednocześnie. Gdyby doktor House i Lisbeth Salander mieli dziecko, to właśnie byłaby Tekla. Naprawdę da się lubić.

I z pewnością nie nuda jej w życiu nie grozi. Kiedy jej niefrasobliwy i przyciągający kłopoty jak magnes młodszy brat zaginie w wyjątkowo niesprzyjającym momencie, Tekla będzie operować gangsterów, zmagać się z przywódczymi sztokholmskiej mafii narkotykowej, umawiać się z antyterrorystą i ścigać niedoszłych zabójców. A wszystko to między dyżurami na OIOMie, skargami bezpośrednich przełożonych i spotkaniami z dystyngowaną dyrektorką szpitala.

W tej książce non stop coś się dzieje. Od pierwszych stron zostajemy rzuceni w samo centrum wydarzeń i staramy się ogarnąć plątaninę przyczyn i skutków otaczającego nas chaosu. Będą pożary, pościgi, śmiertelne poparzenia, aresztowania, strzelaniny, mafijne porachunki, przekręty i układy, wybuchy i walki wręcz na łodzi. I nawet, jeśli trafi się jakaś retrospekcja, to też nie pozwoli na długo odsapnąć.

Dodatkowym atutem są opisy przypadków medycznych. Szczególnie cenię sobie, kiedy autor wie o czym pisze – bardzo szanuję dobry research i wykorzystywanie własnych doświadczeń podczas kreowania świata przedstawionego, a ponadto jestem największą na świecie fanką opisów. Dlatego też lekarz piszący thriller z miejscem akcji na oddziale ratunkowym i intensywnej terapii to dla mnie jak pączek z podwójną porcją różanego dżemu. Jeśli „opis” wciąż kojarzy Wam się z liściem spadającym z drzewa przez pięć stron, to spróbujcie weekendowego wieczoru Tekli Berg na ratunkowym!

Christian Unge, Przejdź przez wodę, krocz przez ogień, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Kasztanowy ludzik” Søren Sveistrup

Jestem osobą wybitnie niefilmową, dlatego wytłuszczona na okładce informacja, iż autor popełnił scenariusz serialu „The Killing” niewiele mi powiedziała. Ale po lekturze wiem już o co chodziło, bo książka faktycznie wciąga jak dobry serial, a świat przedstawiony ukazany został w (momentami przerażająco) plastyczny sposób. A ja przecież uwielbiam opisy!

To bardzo dobrze skonstruowany thriller z intrygą, która ciągnie się przez lata. Psychopatyczny seryjny morderca, którego motyw jest do bólu wręcz zrozumiały, jak bardzo spaczony by nie był. Żądza zemsty nie tylko na konkretnej osobie, ale również na wadliwym systemie. Makabrycznie okaleczone zwłoki, nieustające poczucie zagrożenia.  I upiorny motyw przewodni.

Rosa Hartug, minister do spraw społecznych żywo zaangażowana w ochronę praw dziecka, przeżyła największy koszmar rodzica – porwanie i śmierć córki. Kiedy po roku dochodzenia do siebie po przeżytej traumie wraca do pracy, w okolicy dochodzi do serii brutalnych morderstw młodych kobiet, które okazują się być związane z zamkniętą już sprawą zaginionej córki polityczki w nieprawdopodobny sposób.

Wyjątkowo niedopasowany duet śledczych połączonych z przypadku, szarobury, mroczny, jesienny klimat dodatkowo wzmagający niepokój, geniusz zbrodni będący nieustannie dwa kroki z przodu, zemsta wyczekana i dopracowywana przez lata i szokujące błędy instytucji państwowych.

Wielkim plusem tej książki jest wartka akcja, która przez ponad 500 stron nie pozwala czytelnikowi ziewnąć choćby raz. Nieprzewidywalna, trzymająca w napięciu i wzbudzająca emocje właściwie w każdym rozdziale (a tych jest 130!). Jeśli dodamy do tego silną postać kobiecą, poruszający temat, jakim jest wykorzystywanie dzieci i zamach na rodzinę, oraz krytykę wadliwego sytemu, zyskamy powieść, od której trudno się oderwać. Pozostawiającą po sobie lepkie poczucie zagrożenia, przez co trudno się z niej otrząsnąć nawet po zakończeniu lektury.

Książka idealna na ten moment, w którym wszystkie kolory ciepłej, złotej jesieni znikają i wokół zaczyna dominować zimna, wilgotna, wszechogarniająca szarość.

Søren Sveistrup, Kasztanowy ludzik, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2019, 559 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Miejsce egzekucji” Val McDermid

„Posiadanie dziecka sprawia, że nagle orientujesz się, jak wiele niebezpieczeństw czyha na tym świecie”.

Nie mogę uwierzyć, że zwlekałam z tą pozycją tak strasznie długo! Jest porażająca i idealnie pasuje do mokrej, zimnej, ani trochę nie złotej jesieni.

Val McDermid serwuje nam zbrodnie, które przyprawiają o ciarki, potwora w ludzkiej skórze, rozpaczliwe dążenie do sprawiedliwości i tak zręcznie utkaną intrygę, że nie sposób przewidzieć jej rozwiązania. A przynajmniej mi się nie udało.

DSC_0819

Fantastycznym rozwiązaniem okazało się umieszczenie historii w historii – przez większość lektury czytamy typowy kryminał, w którym młody, ambitny detektyw poszukuje zaginionej dziewczynki i jej prawdopodobnego mordercy. I chociaż nie udaje mu się odnaleźć zwłok, niepodważalne dowody w końcu doprowadzają go do sprawcy. W ten sposób sprawa zostaje zamknięta, a tu niespodzianka i konsternacja – czytelnikowi wciąż zostaje około 200 stron. I nagle ma szansę spojrzeć na tę samą sprawę po wielu latach, oczami równie młodej i ambitnej dziennikarki, skuszonej tajemnicą sprawy sprzed lat.

„Przeszłość nie kryje w sobie żadnych niespodzianek, prawda?”

To kryminał, thriller psychologiczny, grecka tragedia i saga rodzinna w jednym tomie. Już samym wyzwaniem jest czytanie o przestępstwach wobec dzieci, kiedy samemu ma się w domu małą dziewczynkę, szczególnie, że książka porusza problem wykorzystywania seksualnego nieletnich. A autorka dorzuca do puli świetnie oddane realia lat 60. ubiegłego wieku, odizolowaną, hermetyczną społeczność, romantycznie niepokojący, chłodno-wilgotny klimat angielskich wrzosowisk i prawniczą bezwzględność.

To historia, która zmusza do namysłu nad pojęciami sprawiedliwości i kary, a także podejmowaniem decyzji i konieczności mierzenia się z ich konsekwencjami. A te potrafią być kompletnie nieprzewidywalne. Porywająca książka o upartym dążeniu do poznania prawdy i kompletnej wobec niej bezradności. Antyczna historia Edypa to przy tym bajeczka dla dzieci.

Świetnie napisana, bardzo klimatyczna, intrygująco tajemnicza, szokująca i przerażająca, zdumiewająca w swoim zagmatwaniu. Genialna lektura. Nie jestem specjalistką do kryminałów, ale takiej intrygi jeszcze nie widziałam.

Rozkręca się powoli, ale robi piorunujące wrażenie. Koniecznie wytrwajcie aż do ostatniej strony!

Val McDermid, Miejsce egzekucji, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018, 584 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Książka na weekend: „Przedsmak zła” Alex Kava

Jeśli lubicie czasami poczytać o skrupulatnie zaplanowanych polowaniach na ludzi i zabieraniu sobie ich organów i innych części ciała na pamiątkę z tej przygody, to „Przedsmak zła” jest książką dla Was. Nie ma co ukrywać – odpowiednio krwawa zbrodnia jest jedną z podstaw dobrego thrillera. A akurat krwawych zbrodni Ci u nas dostatek. Idealny temat na wakacje :D

 

Maggie O’Dell jest błyskotliwą profilerką stawiającą pierwsze kroki w pracy w terenie. Na swoje (nie)szczęście na pierwszy raz trafia jej się wyjątkowo malownicza kompozycja krwi i ciał i całkiem skomplikowany psychol do rozpracowania. A że gdzie by nie stanęła, trafia na zwłoki, to nie ma najmniejszych szans na nudę, szczególnie, że najwyraźniej wpadła w oko poszukiwanemu seryjnemu mordercy, który z przyjemnością wciąga ją w swoją makabryczna grę. I nie wiadomo już kto tu na kogo poluje. Smaczku jej, i tak już urozmaiconej, codzienności dodają odzywająca się w nienajlepszych momentach trauma z dzieciństwa i dysfunkcyjna matka o zapędach autodestrukcyjnych.

I chociaż momentami bywa przewidywalnie, niemalże do ostatniej strony nie wiadomo, czy morderca zostanie ujęty, czy wymknie się sprawiedliwości. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie nieco mnie rozczarowało – okazało się być trochę nieadekwatne do wcześniejszych zbrodni i takie trochę na łapu capu i pozamiatane. Jakby autorka nagle odkryła, że niebezpiecznie zbliża się do limitu słów i musi to wszystko szybciutko zakończyć.

Z podobnych powodów nie do końca pasowały mi pomysły na zwroty akcji, a świetnie zapowiadający się czarny charakter momentami mnie zawodził.

Mimo tego czepialstwa, książkę czyta się całkiem przyjemnie – „łatwo wchodzi” (chociaż mocno irytowały mnie liczne powtórzenia), malownicze opisy zbrodni działają na wyobraźnię, agenci FBI dają się lubić niemalże odkąd tylko mamy szansę ich poznać, a główna bohaterka co jakiś czas podrzuca nam jakąś ciekawostkę z biografii seryjnych morderców.

Zdecydowanym plusem są bohaterowie powieści – zgrany zespół, do którego dołącza agentka Maggie, to składająca się z silnych osobowości drużyna, o której bardzo chętnie dowiedziałabym się więcej. Są świetną zachętą do sięgnięcia po resztę cyklu i coś czuję, że prędzej, czy później jej ulegnę.

Z książkami Kavy tak to już jest, że chociaż pamięta się fakt ich czytania, to ze szczegółami bywa już różnie. Jestem pewna, że czytałam „Kolekcjonera” i wydaje mi się, że „Dotyk zła” też mam już za sobą, chociaż nieszczególnie kojarzę o co chodziło. Niemniej jednak po tym prequelu z przyjemnością sięgnę po niego jeszcze raz. Może więc „ulotność pamięci” w przypadku książek tej autorki jest jednak zaletą? Zawsze można do nich wrócić.

Lekka, krwawa, klimatyczna i niepokojąca. Nie polecam czytania przy jedzeniu na wynos, a szczególnie przy szarlotce z lodami. Za to świetnie sprawdzi się w samolocie, pociągu, czy do poczytywania podczas oczekiwania w kolejce na jakąś wakacyjną atrakcję bo nie wymaga całkowitego skupienia się na fabule, do czerpania przyjemności z lektury.

Alex Kava, Przedsmak zła, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2018, 336 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Szarlatani” Robin Cook

Chociaż jestem pewna, że czytałam bardzo wiele książek napisanych przez tego autora, zaledwie kilka z nich zagościło na dobre w mojej pamięci. Najlepiej pamiętam „Wstrząs”, który za pierwszym razem czytała całemu naszemu rodzinnemu towarzystwu najstarsza kuzynka i który był pierwszą zupełnie „dorosłą” książką, którą wypożyczyłam z biblioteki, żeby dokończyć samodzielnie. Pamiętam też, że i za pierwszym i za drugim razem był równie wstrząsający. Podobne wrażenie zrobiły na mnie tylko „Mutant” i „Coma”, chociaż cykl o patomorfologii swego czasu niesamowicie mnie fascynował i wciąż wspominam go bardzo dobrze.

„Szarlatani” są inni – mniej widowiskowi, bo nie ma w nich ani superinteligentnych sztucznych tworów (chociaż czy aby na pewno?), ani zuchwałych kradzieży narządów, tajnych laboratoriów ani nawet zagadkowych zgonów. Tym razem problem jest znacznie bardziej złożony i dużo bliżej każdego „szarego obywatela”, niż można by się spodziewać. I właśnie to jest najbardziej niepokojące.

Jest to książka, która (jak to określił mój mąż zwinąwszy mi „Szarlatanów” sprzed nosa zanim jeszcze zdążyłam na dobre ją otworzyć) bardzo długo się rozkręca. Główny bohater – pracoholik Noah Rothauser – jest po uszy zanurzony w szpitalnej rutynie, której chcąc nie chcąc doświadczamy razem z nim. I trzeba przyznać, że jeśli nie jest się kompletnie zakręconym na punkcie swojej pracy młodym chirurgiem, taka powtarzalna codzienność może dać się we znaki. Na całe szczęście tragiczne zgony poprzedzone heroiczna walką lekarzy, powtarzające się coraz częściej w otoczeniu rezydenta nie pozwalają czytelnikowi zaznać nudy.

Powiem szczerze, że należę do niechlubnej grupy „wrażliwców” kompletnie nieodpornych na widok krwi, o flakach nawet nie wspominając. Coroczne badania laboratoryjne to jeden z moich największych koszmarów, a do serialu z House’m w roli głównej musiałam się przekonywać naprawdę długo. I był to jedyny serial medyczny, na jaki się w końcu skusiłam.
A że przy tym mam wyjątkowo plastyczną wyobraźnię (a Cook potrafi naprawdę dobrze opisywać!), przez cały prolog walczyłam na przemian z mdłościami i zawrotami głowy. Ale było warto.

Akcja powieści i wszystkie niedopowiedzenia kręcą się wokół tematyki zdobywanych latami i, nie ma co ukrywać, heroicznym wysiłkiem lekarskich uprawnień, co przeplata się z koncepcją kradzieży tożsamości. Z tego powodu „Szarlatani” skojarzyli mi się z „Rozbitym oknem” Deavera, choć w tym przypadku sprawa jest jeszcze bardziej niepokojąca. W grę wchodzą bowiem przepastne archiwa sieci (a jak wiadomo w internecie nic nie ginie), coraz popularniejsze social media i problem poprawiania swojego wizerunku w wirtualnej rzeczywistości. A świat realny i internetowa rzeczywistość coraz bardziej się przeplatają…

„Mamy dwudziesty pierwszy wiek; pora dołączyć do ery cyfrowej! Paradygmat wiedzy uległ zmianie. Wiedza przestała być zazdrośnie strzeżonym sekretem jakichś tajemnych korporacji czy gildii; w każdej chwili praktycznie w całości jest dostępna online i każdy może po nią sięgnąć (…).”

Pełna konfliktów etycznych i moralnych, powoli rozwijająca się powieść, w której największą potęgą okazuje się nie wykształcenie, a umiejętność zdobywania informacji. A najmniejsza nawet skaza na opinii jest w stanie zrujnować wieloletnie wysiłki poświęcone ciężkiej pracy i wymagającej nauce.

„(…) został uwięziony gdzieś między przeszłością, a przyszłością; między dawną etyką, a nową rzeczywistością, w nieustannie rozwijającym się świecie nowoczesnej techniki i łączności, gdzie to, co rzeczywiste i to, co wirtualne zlewa się w jedną całość.”

Niniejsza książka jest jednocześnie, jak pisze sam autor, głosem w coraz częściej podejmowanej dyskusji na temat potrzeby modernizacji systemu kształcenia lekarzy, który jest jednym z najbardziej konserwatywnych i przestarzałych modeli nauczania (wciąż opiera się na zasadach z 1910 roku, które uległy zaledwie niewielkim modyfikacjom). Podczas gdy cały świat w każdej sekundzie gna do przodu, ta dziedzina skutecznie opiera się zmianom metodologii, choć przecież pod względem technicznym medycyna bardzo chętnie korzysta z nowych wynalazków.

„Możesz mnie nazywać współczesnym szarlatanem, choć wypada zaznaczyć, że z dawnymi szarlatanami nie mam nic wspólnego (…). Nie mam też na myśli szarlatanów, którymi z wolna staje się każdy z nas, ubarwiając swoje życie w mediach społecznościowych drobnymi kłamstwami. Mówię o bycie szarlatanem pełną gębą, ale zupełnie nowego rodzaju. Jestem bowiem szarlatanem niezwykle kompetentnym.”

Nie jest to porywająca lektura od której nie sposób się oderwać, ale z pewnością daje do myślenia.

Ach, no i oczywiście muszę się do czegoś przyczepić. W końcu dzień bez krytyki, to dzień stracony!

„Salę zbudowano na planie półkola, typowym dla audytoriów w uczelniach medycznych, a rzędy siedzeń wznosiły się wokół sceny na wysokość całej kondygnacji, niczym w greckim lub rzymskim amfiteatrze.”

Jeśli jest to budowla na planie półkola, to mówimy o teatrze. Przedrostek –amfi znaczy podwójny, a podwójne półkole daje koło. Amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu, jak rzymskie Koloseum. To niewielki detal i uwaga skierowana zapewne do tłumacza, ale chyba bym się pochorowała, gdybym nie miała czego wytknąć ;)

Robin Cook, Szarlatani, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2018, 504 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

 

Czas na czytanie: „Dwa oblicza” Agnieszka Bednarska

Ja pierniczę (w końcu idą Święta), ale czytałam straszną książkę!

A powiem Wam, że ani trochę się na to nie zanosiło. Do „Dwóch oblicz” podeszłam bardzo entuzjastycznie i z dużą ciekawością – pierwsza książkowa realizacja nowego wydawnictwa musi być czymś super – wymuskana pozycja stworzona z pasją i miłością do czytania.

Zatem zabrałam się za czytanie. I ku mojemu zdumieniu trzymałam w dłoniach horror klasy C – opowieść o dziewczynie, która odkrywszy niegodziwe plany rodziny wobec swojego nienarodzonego jeszcze dziecka wybiega z domu nawet bez portfela. I zamiast udać się na policję/pogotowie opiekuńcze/do domu samotnej matki decyduje się przyjąć bezinteresowną pomoc przypadkowo poznanej staruszki mieszkającej w zrujnowanym, pachnącym śmiercią budynku szpitala.

„Już nie wydawała się jej taka dostojna i szykowna, pozbawiwszy się wierzchniego odzienia, czapki i rękawiczek znacznie straciła na urodzie. Jej włosy były cienkie i przerzedzone, a padające zza pleców słońce obnarzało miejsca na głowie zupełnie  owłosienia pozbawione. Dłonie, które ukryte w drogich rękawiczkach zdawały się być gładkie i smukłe, w tej chwili straszyły pokrytąbrązowymi plamami, cienką jak pergamin skórą, spod której wystawały nabrzmiałe, granatowe żyły. Pożółkłe paznokcie, mimo że schludnie przycięte i opiłowane, jednoznacznie potwierdzały, że są już jedynie zbiorem stwardniałych, martwych komórek.”

To jeden z tych horrorów, w których widz krzyczy do bohatera „Nie, nie wchodź tam, uciekaj!”, a bohater ewidentnie go słyszy, bo robi coś zupełnie przeciwnego. A im dalej w las, tym więcej dramatycznych wspomnień, krwawych zbrodni rodem z Cell Block Tango i naiwności bohaterki ślepej na przeczucia i ostrzeżenia, szafującej bezpieczeństwem swoim i dziecka.

I tak to wygląda aż do pozornie szczęśliwego zakończenia – zła wiedźma zostaje pokonana, a sierota znajduje miłość i szczęśliwie wychodzi za mąż. I dopiero tutaj zaczyna robić się naprawdę strasznie. To jeden z tych zwrotów akcji, które następują powoli i spokojnie, a czytelnik ani trochę się ich nie spodziewa. Przez ostatnie 100 stron po prostu nie da się odłożyć tej, jeszcze przed chwilą zupełnie przeciętnej powieści – ostatnią część czyta się po prostu jednym tchem. I potem trochę strach zasnąć.

Pełna dramatów historia, w której tak naprawdę trudno jest znaleźć winnego – bo winny jest każdy i jednocześnie nikt. Pełną grzechów i grzeszków, poświęceń i moralnej względności. Gdzie brak szczerej rozmowy, brak zaufania, nieumiejętność pójścia na kompromis i nadmiar ambicji staje się przyczyną niejednej tragedii. Bardzo dobrze napisana, pełna plastyczny opisów, kipiąca niepokojącym klimatem. Psychologicznie zagmatwana, podburzająca poczucie bezpieczeństwa, zaskakująca, straszna. Strasznie dobra.

Ponadto jestem bardzo mile zaskoczona dbałością o szczegóły – błędy ortograficzne i językowe można policzyć na palcach jednej ręki (co w przypadku pierwszego wydania jest prawdziwą rzadkością), projekt okładki robi niesamowite wrażenie (chociaż osobiście nie przepadam za papierem, na którym zostają odciski palców – wpędza mnie w nerwicę natręctw i co chwila biegam umyć ręce), a jakość wydruku jest idealna. Wspaniale się prezentuje. Polecam na świąteczny prezent dla fana thrillerów psychologicznych, szczególnie, że Ogień i Woda, czyli Wydawnictwo Zaklęty Papier pięknie pakują książki, które docierają do adresata w idealnym stanie i eleganckiej oprawie.

I tylko jednego małego szczegółu nie potrafię zrozumieć:

„Sonia z wazy nalała mi ciepłej owsianki, sama jadła musli z zimnym mlekiem”.

kto podaje owsiankę w wazie? Owsiankę. Dla jednej osoby. W wazie?

Agnieszka Bednarska, Dwa oblicza, Świdnica: Wydawnictwo Zaklęty papier, 2017, 304 s.