Okołoksiązkowy miszmasz: Pierwsze Gdańskie Targi Książki 16-18.03.2018

Trudno o miasto bardziej handlowe niż Gdańsk. Co jak co, ale targ książki naprawdę były tu potrzebne i to marzenie nareszcie się spełniło. Zapraszam na moje wrażenia z wizyty na pierwszych Gdańskich Targach Książki!

Choć cała impreza rozplanowana została na trzy dni, udało mi się wziąć udział wyłącznie w sobotniej części. I może całe szczęście, bo z moim książkowym zakupoholizmem, trzydniowe szaleństwo mogłoby skończyć się tragicznie dla stanu finansów mojej rodziny. Bo oczywiście poszłam „tylko pooglądać”, a wyszło jak zwykle

Pierwsza edycja Gdańskich Targów odbyła się w historycznym budynku Filharmonii Bałtyckiej – dawnej hali turbin miejskiej elektrowni. Wybór tak ciekawego budynku, a także udział przede wszystkim mniejszych, trudniej rozpoznawalnych wydawnictw przesądził o kameralnym klimacie wydarzenia. Przyznaję jednak, że z punktu widzenia matki z dzieckiem w wózku, lub osoby z niepełnosprawnością ruchową wybór miejsca mógł wydawać się znacznie mniej czarowny – spora część stoisk była dla nich nie dostępna ze względu na dużą ilość schodów.

Zapewne ze względu na ograniczoną ilość miejsca, część wydarzeń towarzyszących imprezie zaplanowano w innych instytucjach kultury rozsianych po głównym i starym mieście – w obu siedzibach Nadbałtyckiego Centrum Kultury, Instytucie Kultury Miejskiej, jednej z filii Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, a nawet we wrzeszczańskiej Sztuce Wyboru. Przyznaję, że lodowaty wiatr bardzo szybko rozwiał moje plany dotyczące udziału w jednym ze spotkań autorskich poza samą Filharmonią, ale gdybym nie miała Gdańska na co dzień i przyjechała na targi z daleka, połączenie książkowej imprezy ze zwiedzaniem zabytkowego centrum miasta byłoby dla mnie dużym plusem. Moim zdaniem to super pomysł – szczególnie, że przejrzysty plan wydarzeń zawiera również całkiem czytelną mapkę (choć może warto byłoby poświęcić więcej uwagi dojazdowi do Wrzeszcza, na przykład poprzez podanie alternatywnych środków komunikacji miejskiej).

Drugą wielką siłą targów, poza niebanalnym, nastrojowym miejscem, był udział niewielkich, mniej znanych wydawnictw, które zazwyczaj giną gdzieś w natłoki gigantów. Jestem również bardzo pozytywnie zaskoczona silną reprezentacją instytucji kultury – swoje stoiska miały między innymi gdańska i gdyńska biblioteka publiczna, Nadbałtyckie Centrum Kultury, Gdańska Galeria Miejska, czy Europejskiej Centrum Solidarności. Mam wrażenie, że ta impreza dała możliwość poznania czegoś zupełnie nowego.

Podobnie literatura dziecięca miała wielu ciekawych reprezentantów, co było super – przynajmniej z mojej perspektywy. Naprawdę było w czym wybierać!

Pod względem organizacyjno-komunikacyjnym widać było, że jest to pierwsza edycja imprezy – plan wydarzeń pojawił się późno, a i o wiele szczegółów trzeba było dodatkowo dopytywać, najczęściej z apośrednictwem facebooka. Osobiście bardzo zabolała mnie… cena torby z logo targów. Nie mogłam nie skusić się na torbę z lwem, zwłaszcza, że samo logo uważam za bardzo udane, ale łamałam się baaardzo długo – za te fundusze spokojnie mogłabym kupić dobrą książkę na większości stoisk. Opłata za wstęp była raczej symboliczna – 5 zł za dwa dni, ale nie ukrywam, że bezpłatna wejściówka byłaby miłym gestem. Jednak, jak się później okazało, o taki gest trzeba było się długo i intensywnie dopominać ;) Są to jednak szczegóły, które z pewnością można poprawić w kolejnych edycjach.

Moim zdaniem nieszczególnie trafiony był sam termin – pokrywał się między innymi z dwoma dużymi warszawskimi imprezami literackimi – Targami Fantastyki i targami literatury dziecięcej Przecinek i Kropka.

Prawdę mówiąc liczyłam również na bardziej atrakcyjne ceny. Chociaż udało mi się „upolować kilka okazji”, większość wydawnictw zdecydowała się na rabaty wysokości 10-20%, co przy ofertach księgarni internetowych nie wystarczy, by skusić kupującego. Szczególnie, kiedy przekłada się na zniżkę 5-7 złotych od ceny okładkowej.

Spotkań autorskich nie było wiele, ale brzmiały całkiem zachęcająco. Podobał mi się ich szeroki przekrój tematyczny – były spotkania między innymi z dziedziny podróży, reportażu, muzyki i sztuki, czy – najbardziej chyba popularne – z popularnymi autorkami kryminałów. Na żadne z nich nie dotarłam, ale udało mi się zdobyć kilka autografów. W tym przypadku po raz kolejny dużym plusem okazała się kameralność imprezy – zaczęłam swoje „zwiedzenie” w sobotę około 10:30 i bez najmniejszego problemu mogłam podejść do każdego ze stoisk, podotykać, pooglądać i porozmawiać. Później podobno zrobił się większy tłum, ale nie ma żadnego porównania z kilkugodzinnymi kolejkami, które pamiętam z warszawskich targów.

DSC_1059a

Osobiście poświęciłabym trochę więcej miejsca na gastronomię i „strefę chillout” – targi okazały się świetnym miejscem spotkań i z przyjemnością poświęciłabym więcej czasu na książkowe ploty przy kawie. Ewa, Aleksandra, Dominika, Zuza, Dorota – wielkie dzięki za świetnie spędzone przedpołudnie, dałybyśmy radę nawet z ciastkiem na parapecie!

Uwielbiam próbować nowości i miałam ku temu wiele świetnych okazji. Chętnie podzielę się z Wami moimi największymi targowymi odkryciami:

Wydawnictwo Wolno – o którym nie słyszałam wcześniej ani słowa, przyciągnęło mnie z daleka ilustracjami Gosi Herby. Okazali się być skarbnicą przepięknych pozycji – zarówno pod względem literackim, jak i wizualnym. Wydają książki dla małych i dużych czytelników zręcznie łączące teks z obrazem. Z bólem serca odeszłam od ich stoiska tylko z książką „Lodorosty i bluszczary”, bo ofertę mieli fantastyczną – niewielką, ale dopieszczona w każdym szczególe – i przy tym chyba najlepsze promocje na całych targach. Na pewno będę do niech wracać!

DSC_1050

Wydawnictwo Literatura – na które nie trafiłam wcześniej chyba dlatego, że swoją ofertę kierują do nieco starszych odbiorców niż moja Maja. Ale i tak zakupiłam co nieco „na wyrost” i zachowam ich w pamięci.

„Niedobry kotek” Adam Stower, Wydawnictwo Łajka – na kotka wymiękłam totalnie, a odejście od stoiska Jacobsonów tylko z tą jedną pozycją wcale nie było łatwe, bo mieli piękną ofertę książeczek dla dzieci i gier edukacyjnych.

DSC_1048

Podsumowując: To prawda, trochę czepiam się szczegółów, ale moje wrażenia z Gdańskich Targów są bardzo pozytywne. Atmosfera była super, trochę zbankrutowałam (prawie wszędzie można było płacić kartą i to własnie mnie zgubiło!), ale wyszłam obładowana jak wielbłąd i spędziłam fantastyczny dzień. Już nie mogę doczekać się kolejnych!

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Warszawskie Targi Książki 2017

Sporo czasu już minęło, emocje nieco opadły, nacieszyłam się zdobyczami – w końcu mogę w miarę spokojnie podejść do podsumowania mojego pierwszego kontaktu z Targami Książki.

Już od kilku lat marzyła mi się wycieczka na warszawskie targi, ale zawsze znalazło się coś, co stawało na przeszkodzie. Dlatego w tym roku się zawzięłam, kupiłam bilety na pociąg z miesięcznym wyprzedzeniem i postawiłam rodzinę przed faktem dokonanym – wyrywam się z domu chociaż na jeden dzień. Wybór padł na sobotę, bo tego dnia najłatwiej wrobić mojego Ślubnego w opiekę nad Bobasą, a i w niedzielę zawsze znajdzie się chwila na odespanie gorączki sobotniej nocy.

Wsiadłam zagtem w pociąg o nieludzkiej 4 rano i wyruszyłam na podbój stolicy. W dodatku z uśmiechem na twarzy i radością w sercu, bo oto nadszedł dzień tylko i wyłącznie dla mnie w Książkowej Krainie Czarów. Poza lekturą do pociągu i pozycjami na wymianę nie wzięłam ze sobą żadnych książek do podpisu. Wyszłam z założenia, że taka impreza jest świetną okazją do spróbowania czegoś nowego, zaplanowałam zatem polowanie na książki i autografy kilku powszechnie lubianych autorów, z którymi nie miałam dotychczas do czynienia, wyszukanie jakiś cudnych nowości dla Maj i intensywne wchłanianie atmosfery wydarzenia.

DSC_0944.JPG

Pierwsze wrażenie niestety nie było najlepsze. Kiedy (po większych lub mniejszych pomyłkach) znalazłam w Warszawie Stadion Narodowy i już obeszłam go praktycznie wokoło, by idąc za nielicznymi drogowskazami odnaleźć główne wejście na imprezę przywitał mnie aromat grilla i jarmarczna atmosfera biedronkowej wyprzedaży na mało estetycznych straganach przed stadionem. A za drzwiami… gigantyczna kolejka do wejścia. Tłok, ścisk, gorąc i niesamowita duchota ludzkiej ciżby wachlującej się niemrawo biletami w nadziei na złapanie choćby łyka świeżego powietrza. A podobno Polacy nie czytają! Kiedy już myślałam, że przyjdzie mi spędzić najbliższe kilka godzin w iście piekielnej kolejce, jedna z niepozornych pań z ochrony sprzedała mi cynk (chciała poinformować całą kolejkę, ale efekt bez nagłośnienia był taki, że poinformowała kilka stojących najbliżej osób), iż przy wejściu z drugiej strony stadionu nie ma zupełnie nikogo i tam będzie o wiele szybciej. Wierząc na słowo obiegłam stadion ponownie i znalazłam praktycznie nieoznakowane wejście (notabene tuż obok bramy, przez którą dostałam się na stadion) gdzie panowała cisza, spokój i przyjemny chłód. I nagle okazało się,  że dostanie się na targi trwa 30 sekund. A potem już na nic nie zwracałam uwagi, bo znalazłam się w książkowym raju. Przez pierwszą godzinę cieszyłam się podziwianiem zawartości stoisk w komforcie niemalże samotności – najwyraźniej dzielnej Pani Ochroniarce nie udało się przekonać wielu zainteresowanych do porannej przebieżki wokół stadionu w upale. A było warto.

 

Kiedy już nacieszyłam oczy i skusiłam się na pierwsze zakupy dla Bobasy ustawiłam się w pierwszej kolejce po autograf – wybór padł na Kim Holden, bo na zachwalanego powszechnie „Promyczka” już od dawna miałam chęć. Kolejka była obłędna – choć według planu rozdawanie autografów miało potrwać godzinę, przed Kim stanęłam po upływie niemalże dwóch. Podczas kolejkowania zdążyłam kupić książkę do podpisu, zawrzeć pierwsze znajomości, odstać swoje w drugiej, równie imponującej kolejce do Książkowej Wymiany (ta szła znacznie szybciej i była w klimatyzowanym pomieszczeniu), gdzie upolowałam naprawdę smakowite kąski, zawarłam jeszcze milsze znajomości i odetchnęłam w chłodzie; przebuszować przez pobliskie stoiska, uciąć sobie dłuższą pogawędkę z Januszem Leonem Wiśniewskim i Anią Jamróz, którzy podpisali mi cudowną „Marcelinkę” (Swoją drogą to bardzo ciekawe zjawisko – kiedy popularny autor siedzi na stoisku wydawnictwa dziecięcego, przez godzinę niemal nikt do niego nie podejdzie. A kiedy chwilę później przesiądzie się kilka stoisk dalej pod plakat z wielkim zdjęciem jednej ze swoich bardziej znanych książek, tłoczą się wokół niego rzesze fanów.) i jeszcze zacząć „Promyczka” cały czas czekając w tej samej kolejce. Ale kiedy już dostałam się do autorki, wiedziałam, że było warto. Bo Kim okazała się być przemiła – z każdym zamieniła parę słów, każdego uścisnęła, pozowała do setek zdjęć i nie patrząc na upływ czasu podpisywała książki aż do ostatniego fana, by nikt nie odszedł rozczarowany. Miała w sobie tyle pozytywnej energii, że chyba obdzieliła nią każdego w okolicy. Nie wiem, czy istnieje lepsza reklama książki, niż tak sympatyczna autorka.

 

Z całkowicie kontrastową atmosferą spotkałam się jakiś czas później, kiedy skusiłam się na autograf od Charlotte Link – tam wszystko szło tak szybko, że autorka nie miała chwili by podnieść głowę znad podpisywanych książek, nie mówiąc już o przywitaniu się z kimkolwiek. Ale kolejka zniknęła znacznie szybciej.

 

Już po kilku godzinach uginałam się od ciężaru zakupów (a miałam tylko oglądać!) i wszechobecny tłok szybko mnie wyczerpał. W końcu znacznie trudniej przeciskać się w tłumie będąc objuczonym jak wielbłąd – ach, jak zazdrościłam zaradnym i pomysłowym ich walizeczek z kółeczkami! Odsapnęłam nieco słuchając wystąpienia na temat Marii Skłodowskiej Curie (swoją drogą bardzo ciekawego, aż nabrałam ochoty na książkę) podczas czekania na autograf Adama Święckiego. A kiedy już wiedziałam, że nie uniosę już ani strony więcej, pożegnałam się z targami.

 

Może i nie była to Książkowa Kraina Czarów, ale na pewno Książkowy Róg Obfitości i mimo niewielkich niedociągnięć organizacyjnych naprawdę warto było przyjechać znad morza. Łowy uważam za zdecydowanie udane. Bardzo miło wspominam też pogawędki z autorami i ilustratorami książeczek dziecięcych, do których zupełnie nie było kolejek i można sobie było pozwolić na chwilę rozmowy. Bardzo podobała mi się również propozycja programu dla dzieci – jak tylko Maj podrośnie, na pewno wybierzemy się razem!

Trochę tylko żałuję kiepskiego wyboru lektury na podróż – „Dziewczyna z pociągu” niemal zanudziła mnie na śmierć, mogłam zamiast niej wziąć „Żarna Niebios” Kossakowskiej i upolować autograf. W przyszłym roku na pewno wybiorę się ponownie, może nawet na dwa dni. Będę już wiedziała, że stadion ma dwa wejścia (a może i w przyszłym roku oba będą wyraźnie oznaczone). I tym razem na pewno wezmę ze sobą wygodną walizkę z dużą ilością kółeczek.