Bajki Majki: „Szczęście. Opowiastki dla dzieci” Leo Bormans, Sebastian Van Doninick

Trzymam w rękach książkę, która spełnia wszystkie aspekty prezentu idealnego. Niejednokrotnie spotkałam się z pytaniem o najlepszą książkę-pamiątkę dla dziecka. Taką, którą nie tylko będzie się z przyjemnością czytało, ale która będzie również niosła jakąś naukę na przyszłość i sprawdzi się w roli uniwersalnego drogowskazu.

„Szczęście. Opowiastki dla dzieci” to zbiór 10 króciutkich historyjek (słowo „opowiastki” pasuje tu idealnie, bo to kondensacja treści w naprawdę niewielkiej ilości tekstu), każda z ptasim bohaterem w roli głównej. Proste, ale niezwykle rozćwierkane scenki przybliżają małemu czytelnikowi wartości, które, według badaczy z London School of Economics (co brzmi mądrze) i samego autora, będącego twórcą psychologii pozytywnej (jeszcze mądrzej) mogą być kluczami do szczęścia. Chociaż sformułowania takie jak „umiejętność określania własnych celów”, „wchodzenie w relacje”, czy „uważność i docenianie otaczającego nas świata” zdają się nie tylko sztywniackie, ale i zniechęcające na pierwszy rzut oka, to poszczególne opowiadania, będące przykładami zastosowania owych wartości w praktyce (i to ptasiej praktyce!) rozwiewają wszelkie wątpliwości. Pomysłowe, dopasowane do możliwości poznawczych dziecka, przepełnione świergocącymi onomatopejami i momentami całkiem zabawne historie wyjątkowo wdzięcznie przemieniają kanciaste słowa teorii i codzienną praktykę.

Każda opowiastka zakończona została rzetelnym opracowaniem – pytaniami, które można zadać dziecku (dotyczącymi zarówno treści, jak i tematu w ogóle), tematami do wspólnych rozważań, opisem „szczęśliwego zagadnienia”, pomocniczymi pytaniami do rodzica, zachęcającymi do dzielenia się z dzieckiem własnymi doświadczeniami i przykładowymi pomysłami zadań związanych z tekstem – zarówno plastycznych, jak i ruchowych.

Pięknie zilustrowane ptaki, mogą nie tylko stanowić dla dziecka wzorce postępowania, ale również zaszczepić w nim ciekawość i chęć obserwacji świata przyrody. Szczególnie, że każdy ze skrzydlatych bohaterów doczekał się krótkiego opisu.

Pomijając kwestie filozoficzne, sama dowiedziałam się ciekawostek na temat gatunków ptaków, o których istnieniu dotychczas nie miałam pojęcia. Wraz z córką poznałyśmy sposób budowania gniazd przez Sporopipes frontalis, dowiedziałyśmy się w jaki sposób kakadu odstraszają drapieżniki, jakiego koloru są małe flamingi i jakie ptaki potrafią latać również pod wodą.

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 6-9 lat, uważam, że to książka dla każdego. Trzylatka słucha z chęcią i jest oczarowana ilustracjami, a i dorosły chętnie poświęci chwilę na refleksję.

„Szczęście” zostało fantastycznie wydane – ma duży format, twardą oprawę, strony ze sztywnego papieru i mnóstwo dużych, klimatycznych ilustracji. To jedna z tych niewielu książek, które aż proszą się o wzruszającą dedykację i podarowanie dzieciatym przyjaciołom. Dajemy w ten sposób nie tylko książkę, która być może okaże się pomocna w poszukiwaniach szczęścia i życiowej satysfakcji, ale przede wszystkim największą wartość – czas spędzony wspólnie.

Leo Bormans, Sebastian Van Doninick, Szczęście. Opowiastki dla dzieci, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Jakie to szczęście, że cię znalazłem” Guido van Genechten

Chyba od zawsze mam słabość do długouchych kitajców opowiadających o miłości, co już od dłuższego czasu staram się przekazać Majce. Wydaje mi się, że to pokłosie jednej z moich ulubionych książeczek późnego dzieciństwa – „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”. Tym razem jednak wpadła mi w oko zupełnie nowa historia o zakochanych zającach, równie urocza, choć tym razem już nie o miłości rodzicielskiej, a romantycznej – „Jakie to szczęście, że cię znalazłem”.

Pełen energii zajączek Kicek do złudzenia przypomina mi moją córę – rozbrykany i rozkicany, stale skory do psot, niepotrafiący usiedzieć choć chwili w jednym miejscu. Prowadzi całkiem sympatyczne, życie pełne skakania, smakołyków i krótkich drzemek, czyli tego, co małe zajączki lubią najbardziej. Jak każdy zając jest świetny w kicaniu. Ma też jeszcze jedną niezwykle przydatną umiejętność – superczuły nos, który za każdym razem bezbłędnie doprowadza go na grządkę najbardziej soczystych marchewek i między korzenie jodły idealnej na drzemkę. Kicek ufa swojemu nosowi całkowicie, dlatego gdy pewnego dnia wywąchał nowy, intrygujący zapach pomknął za nim jak strzała. Tym razem czuły nosek zaprowadził go do czegoś wyjątkowego – prosto do zajączkowej dziewczynki.

Tak właśnie poznali się Kicek i Zuzia i od tej pory dzielili wspólnie wszystkie małe przyjemności – razem kicali, razem chrupali słodkie marchewki i razem odpoczywali pod jodłą. A wszystko to dzięki noskowi, który pomógł im się odnaleźć.

Pięknie ilustrowana, ciepła, przeurocza opowieść o przyjaźni, zakochaniu i poszukiwaniu szczęścia.

Choć książka ma papierowe strony, usztywnienie w postaci twardej okładki dobrze się sprawdza i spokojnie można czytać już z dwulatkiem. Ilustracje zdecydowanie dominują nad tekstem (uwielbiam sposób, w jaki autor potrafi zawrzeć mnóstwo wartościowej treści w niewielu prostych słowach!), dzięki czemu maluszek nie ma szansy się zniecierpliwić, a uniwersalność historii wzruszy i starszaka i czytającego rodzica też.

Genechten po raz kolejny nas nie zawiódł!

Guido van Genechten, Jakie to szczęście, że cię znalazłem, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

plakat kampanii KOCHANIEprzezCZYTANIE

Recenzja powstała w ramach akcji #KOCHANIEprzezCZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments. Serdecznie zapraszam do zapoznania się z wpisami innych uczestniczek kampanii i zachęcam do czytania dzieciom nie tylko w lutym. Wspólne czytanie to jeden z najpiękniejszych sposobów budowania więzi.

~ Książeczkę wypożyczyłyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 

Bajki Majki: „Martynka. Małe historie” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier

Widzieliście już najnowsze wydanie ponadczasowej „Martynki”? Wydawnictwo Papilon przygotowało trzy tematyczne zbiory przygód tej uroczej bohaterki w wersji skierowanej do najmłodszych odbiorców. „Małe historie o zwierzątkach”, „Małe historie o wielkim szczęściu” i „Małe historie do czytania przed snem” wydane zostały na utwardzanym papierze całkiem odpornym na gniecenie przez małe paluszki. Z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami i przewagą ilustracji nad tekstem – w formie idealnej by zachwycać kolejne pokolenia przedszkolaków.

Nie mogłam się już doczekać aż pokażę Majce jedną z bohaterek mojego dzieciństwa – w istocie „Martynka” wychowała niejednego członka mojej rodziny. Pamiętam jak czytałam ją mojej młodszej siostrze (sama jeszcze ledwo dukając i myląc się przy składaniu sylab) i jak jakiś czas później ona sama właśnie z Martynką podejmowała swoje pierwsze czytelnicze próby. A jedna z moich ulubionych ciociobabć co jakiś czas wspomina, że po emigracji do kraju nad Loarą to właśnie na „Martynkach” nauczyła się francuskiego. Sympatyczna Martynka od lat ciekawi, bawi i wychowuje. Pomaga maluchom radzić sobie w nowych sytuacjach, uczy delikatności i wrażliwości, kształtuje prawidłowe postawy i rozwija wyobraźnię.
Nie ma co ukrywać – to dla mnie bardzo sentymentalna podróż do dzieciństwa. Zawsze uwielbiałam miękkie, delikatne i nieco ckliwe ilustracje towarzyszące opowiadaniom. Baśniowe, dopracowane i pełne szczegółów, z wielkookimi i długorzęsymi postaciami, pełne kolorów i małych zwierzątek. W tych trzech zbiorach odnalazłam bardzo dobrze mi już znane historie, jak „Martynka i 40 kuchcików”, czy „Martynka i pies bohater”. Jednak nie nudziłam się nie przez chwilę, bo jednak większość opowiadań była dla mnie zupełną nowością (a byłam pewna, że przygody tej małej dziewczynki znam od deski, do deski i nic mnie już nie zaskoczy!). Szczególnie wzruszająca okazała się opowieść o ochronie przyrody i jednocześnie o sile dziecięcej wrażliwości.

Ze względu na niewielką czcionkę są to zdecydowanie pozycje do czytania przez rodzica – wspaniała propozycja do wspólnego spędzania czasu jeszcze zanim dziecko samodzielnie zacznie składać litery.

Początkowo Bobasa była nieco rozczarowana, ponieważ w książeczce o zwierzątkach nie było ani jednego kotka poza tym na okładce, szybko jednak znalazłyśmy opowiadanie „Martynka kocia mama” otwierające część przeznaczoną do czytania przed snem. I to właśnie nasz hit – zagęszczenie małych puszystych kotków na niecałych 20 stronach jest zachwycająca, szczególnie z punktu widzenia mojej prawie dwuletniej kociary. Przyznaję jednak, iż jest to jedyna historyjka, której Majka spokojnie słucha od początku do końca – w przypadku innych tematów skupia się głównie na mniej szczegółowych ilustracjach, najchętniej ze zwierzątkami, i szybko przerzuca strony nie skupiając się za bardzo na tekście. To jednak lektura dla nieco starszego czytelnika – myślę, że jako trzylatka będzie nią zachwycona.

Naprawdę musiałam się porządnie postarać, żeby znaleźć coś, do czego można by się przyczepić – niektóre ilustracje zostały umieszczone na zgięciu stron, co odbiera im sporo uroku, całe szczęście dotyczy to nielicznych obrazków. Same książeczki są też dość ciężkie, jest jednak nieuniknione w przypadku użycia grubego, lakierowanego papieru. Mimo to zamknęłabym każdą z książeczek w twardej oprawie, bo to właśnie okładka okazała się być najsłabszym ogniwem w starciu z moją małą Destrukcją i odrobinę dostała w kość podczas czytania.

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent dla przedszkolaka, bardzo rozważyć ciepłe, zaskakujące i zabawne przygody Martynki. Z pewnością gwarantują masę atrakcji i dla czytającego i dla słuchacza. No i są po prostu piękne.

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o zwierzątkach, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o wielkim szczęściu, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie do czytania przed snem, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.

Za nostalgiczny powrót do dzieciństwa dziękuję Wydawnictwu Publicat S.A..

Czas na czytanie: „Hygge. Duńska sztuka szczęścia” Marie Tourell Søderberg

W zeszłą sobotę miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z autorką książki na temat cieszący się ostatnio niesłabnącą popularnością. W końcu wiem jak prawidłowo wymówić to słynne „hygge”!

Marie Tourell Søderberg, duńska aktorka filmowa i dubbingowa, po śmierci ojca przewartościowała swoje życiowe pragnienia. Odnalazła radość w małych rzeczach, szczególnie podczas momentów spędzanych z mamą i siostrą oraz w gronie najbliższych przyjaciół. Okazało się że te niewielkie codzienne radości mają znacznie większy wpływ ogół jej dobrego samopoczucia, niż dalekie podróże, sława i sukcesy zawodowe. To odkrycie, będące dla niej całkowitą zmiana światopoglądu, było natchnieniem do napisania bestselleru „Hygge. Duńska sztuka szczęścia.”

Samo hygge to atmosfera, specyficzny stan kojarzony głównie ze spokojem, harmonią, ciepłem domowego ogniska, pielęgnowaniem drobnych codziennych rytuałów i zapomnianych tradycji. Jest przeciwieństwem rywalizacji, troską o komfort drugiego człowieka, podążaniem za autentycznością.

Choć hygge ma swoje atrybuty, wynikające głównie z uwarunkowań geograficznych kraju, w którym powstało – gruby koc, świece i ogień w kominku, kubek z gorącą herbatą – to  jednak poczucie przynależności i więzi społeczne w wąskiej, hermetycznej grupie najbliższych osób są cenione bardziej niż estetyka, porządek i standardy.

Podczas lektury poznamy relacje kilku osób w różnym wieku i o różnym statusie społecznym żyjących według tej filozofii, dowiemy się czym jest hygge dla wybranych postaci ze świata kultury, badaczy zachowań ludzkich i samej autorki. Znajdziemy też kilka słów o etymologii i wymowie samego „hygge” i próby wytłumaczenia jego powstania w historii, kulturze i pogodzie Danii oraz kojarzonym z tym pojęciem designie.

Właściwie trudno podłączyć tą pozycję bod jakiś konkretny gatunek – w dużej mierze jest to poradnik, znajdziemy w nim pomysły na wprowadzenie atmosfery hygge do naszego domu, przepisy na hygge jedzenie i inspiracje do wspólnego spędzania hygge czasu z rodziną.

Nie odnajdziemy tu głębokich analiz społeczno-psychologicznych, daleko jej również od uwznioślonego manifestu filozoficznego. Choć zdaje sito raczej krótki wykład na temat nie do końca uchwytnego zjawiska kulturowego, charakteryzującego się dużym subiektywizmem odczuwania. To trochę przepis na hygge według Marie – próba jak najbardziej przejrzystego określenia tego pojęcia wraz z przykładami tego, co może być hygge dla danych osób.

Książka jest przepięknie wydana (to jedna z niewielu pozycji, które chciałam mieć w twardej oprawie), z magiczną okładką, ilustrowana klimatycznymi fotografiami. Nie kryje się w niej jednak dużo treści, a całość spokojnie można przeczytać podczas jednego hyggowania w gorącej kąpieli. To zdecydowanie bardziej estetyczny artefakt, niż rozprawa naukowa czy choćby dokładna analiza pojęcia. Ta książka jest jednak przyjemnym wprowadzeniem w temat i to chyba całkowicie mi wystarczy.

Tym, co mnie w hygge urzekło, jest stanie w opozycji do tak modnych obecnie fit diet, wegańskich zamienników zdrowego odżywiania. W hygge dużą rolę odgrywa jedzenie, jako źródło przyjemności i satysfakcji oraz czas spędzony wspólnie z rodziną przy stole i podczas gotowania, a nie jedynie niewygodny sposób na zaspokojenie podstawowej potrzeby, jaką jest głód. Uwielbiam jeść i dla mnie puchar lodów z bitą śmietaną, albo gołąbki w asyście zacnego kopczyka ziemniaków są znacznie bardziej hygge niż idealnie szczupła sylwetka. Oczywiście bolące stawy i choroby wynikające z otyłości już zupełnie nie są hygge. Podobnie jak uparte wciskanie w siebie gluta ze zmielonego banana i awokado wmawiając sobie, że to pyszny mus czekoladowy, choć ani nam nie smakuje, ani nie ma nic wspólnego z czekoladą.

Drugą cechą, za którą pokochałam hygge, jest zachęta do WYLUZOWANIA, czyli coś, z czym od dłuższego czasu mam spory problem.

„Zauważyłam, że w moim życiu najwięcej hygge też pojawia się właśnie wtedy, gdy przestaję wszystko kontrolować i pozwalam sobie odrobinę luzu.”

W końcu tylko spokój nas uratuje. A przynajmniej mnie.

I to wcale nie tak, że dopóki mniej więcej rok temu nowy trend i powszechna moda nie powiedziały nam, że Duńczycy wynaleźli (nazwali?) coś takiego jak hygge, to wcześniej go nie odczuwaliśmy, lub w innych kulturach w ogóle nie występuje. Wręcz przeciwnie, wierząc na słowo autorce, w niektórych krajach hygguje się lepiej niż w Danii, gdzie hygge „wynaleziono” – na przykład w krajach południowych, jak Francja, czy Włochy, ludzie są znacznie bardziej otwarci, a ich własny sposób na hygge pozbawiony jest tak typowej dla Skandynawów hermetyczności. Dążenie do szczęścia i czerpanie niewielkich radości z codzienności to bardzo ludzkie zachowanie, tym bardziej pożądane w coraz bardziej przyspieszającym świecie. A moda na hygge ma chyba na celu zachęcić do poświęcenia tym chwilom uwagi, do skupienia na tych momentach wyciszenia i bliskości z innymi. I wśród całej komercyjnej otoczki, to przesłanie jest super.

„Popularne powiedzenie mówi, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu, czyli, że inni mają zapewne życie ciekawsze, lepsze i bogatsze od naszego. To nieprawda: trwa jest bardziej zielona tam, gdzie ją podlewamy! Pamiętajcie o tym!” – te słowa Marie podsumowujące spotkanie, (cytat z artykułu Sebastiana Łupak „Autorka z Kopanhagi wyjaśnia w Gdańsku hygge duńską sztukę szczęścia” na portalu gdańsk.pl) bardzo przypadły słuchaczom do gustu i stały się niekwestionowanym cytatem dnia. Trzeba przyznać, że coś w nich jest :D

Marie Tourell Søderberg, Hygge. Duńska sztuka szczęścia, Kraków: Wydawnictwo Insignis Media, 2016, 224 s.

Spotkanie z Marie Søderberg, w którym uczestniczyłam, odbyło się 24 czerwca, w Filii nr 9 Miejskiej i Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. Podsumowujący je artykuł można przeczytać TU.