Czas na czytanie: „Wierzyliśmy jak nikt” Rebecca Makkai

Jeśli książka zostawia Cię bez słów, to jest to wyznacznik najwyższej jakości.

„Wierzyliśmy jak nikt” to opowieść o miłości – romantycznej, rodzicielskiej, przyjacielskiej, utraconej. O miłości w czasach zarazy. O kruchości życia, trosce i potrzebie opieki, walce o podstawowe prawa. O braku tolerancji i epidemii, które zbierają potworne żniwo. O beztrosce i błędach młodości, o przedwczesnym dorastaniu, o starzeniu się w samotności. O stracie, tęsknocie, strachu i traumie. O pięknym życiu i brzydkiej śmierci. O sile wspomnień, w których wciąż żyją Ci, których kochaliśmy.

Fabuła toczy się naprzemiennie w dwóch osiach czasowych – w Chicago lat 80; kiedy śmierć brata Fiony jest początkiem pogromu, którego żniwo AIDS wkrótce zbierze wśród kręgu najlepszych przyjaciół dorastającej dziewczyny oraz 30 lat później, w Paryżu, kiedy dorosła już bohaterka szuka zaginionej córki i mierzy się ze wspomnieniami z młodości. 

„Zaczynasz się czegoś bać i już po chwili boisz się wszystkiego”.

Yale Tishman ma zgraną grupę przyjaciół, ułożone życie u boku ukochanego i stoi u progu zawodowego sukcesu – jest o krok od pozyskania wyjątkowej kolekcji dla galerii w której praca jest spełnieniem jego marzeń. Pełen energii i entuzjazmu nie zdaje sobie sprawy, że wystarczy chwila, by utracić wszystko.

„Ta choroba zwielokrotniła wszystkie nasze błędy (…). To głupstwo, które człowiek zrobił, kiedy miał dziewiętnaście lat, ten jeden jedyny raz, kiedy nie był ostrożny. I teraz okazuje się nagle, że to był najważniejszy dzień w całym jego życiu”.

Przyjaciółka Yale’a – Fiona – jest obserwatorką, dobrym duchem, „młodszą siostrą” dla wszystkich przyjaciół zbyt wcześnie zmarłego Nicka. Jego śmierć, która brutalnie wpycha ją w szpony dorosłości będzie dopiero początkiem ponurej drogi przez samo serce epidemii, która zostawi w młodej dziewczynie ślad na całe życie.

Książka smutna, ciężka i przygnębiająca, bo i w końcu o przedwczesnej, okrutnej śmierci. Ale też o nadziei, pamięci i docenianiu każdej chwili. O sztuce, poszukiwaniu piękna i walce o ideały. Jedna z najpiękniejszych opowieści o przyjaźni.

Cudowna pod względem językowym – czyta się wspaniale od pierwszej do ostatniej strony, nie istotne, czy przedmiotem opisu jest życie artystycznej bohemy lat 20; kipiąca imprezami mekka chicagowskich gejów, czy proces umierania na AIDS. Czysta przyjemność z lektury, nie można się oderwać.

Jeden z tych tytułów, które – choć od pierwszych zdań szykują nas na tragedię – ostatecznie o tak złamią czytelnikowi serce.

Rebecca Makkai, Wierzyliśmy jak nikt, Poznań: Wydawnictwo Poznańskie, 2020, 622 s.

Bajki Majki: „Żegnaj niedźwiadku” Jane Chapman

Tematyka śmierci jest jedną z najtrudniejszych, jakie przychodzi dorosłemu poruszyć z dzieckiem, szczególnie z tym najmłodszym, które nie ogarnia jeszcze tak abstrakcyjnych pojęć.

W książce Jane Chapman poetyckie, wzruszające ujęcie tematu nie wyklucza dosłownego nazwania rzeczy po imieniu. Opowieść zaczyna się słowami:

„Niedźwiadek umarł w pewien piątek…”

A jego dwaj najlepsi przyjaciele nie potrafią poradzić sobie z tą stratą i nie do końca rozumieją co się stało.

„Bóbr i krecik stali pod domem niedźwiadka i nie mogli zrozumieć, że już go nie ma”.

Bezradnie rozglądają się po miejscach, które dotychczas przemierzali wspólnie, porządkują przestrzeń, oddają rzeczy, które pożyczyli, ale nigdy nie zdążyli ich zwrócić. Przychodzą im na myśl słowa, których już nigdy nie będą mogli powiedzieć niedźwiadkowi. Odczuwają cały wachlarz emocji, wspierają się wzajemnie i wciąż myślą o przyjacielu, a każde miejsce i sytuacja przypominają im o nim powiększając tylko poczucie pustki i braku. Płaczą, milczą, wspominają. A czas płynie i pomaga uleczyć rany, choć jest to niełatwy i długotrwały proces. Proces, który najlepiej przejść z przyjaciółmi, a jednym z pomysłów na oswojenie tej tęsknoty jest wspólna praca i szlachetny cel. W końcu niedźwiadek nie chciałby, by przyjaciele już na zawsze pogrążyli się w smutku.

„Żegnaj, niedźwiadku” to przepięknie ilustrowany picturebook o poruszającej ale i niosącej ukojenie treści. O tęsknocie, żalu, gniewie ale i o pielęgnowaniu wspomnień o utraconej osobie, wspólnym działaniu i pięknej przyjaźni. I jednocześnie chyba najbardziej przystępna dla przedszkolaków książka o śmierci, na jaką dotychczas trafiłam.

„Mieli przed oczami jasny gwiazdozbiór, który będzie tam na zawsze. Tak, jak w ich sercach na zawsze pozostanie ukochany przyjaciel niedźwiadek”.

Jane Chapman, Żegnaj niedźwiadku, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2022, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Na ten temat warto przeczytać również:
„Ważne rzeczy”
„Wszędzie i we wszystkim”
„Dom na kurzych łapach”

Bajki Majki: „Pozytywka. Witamy w Pandorii” Gijé, Carbone

Odkąd jakiś czas temu kompletnie zakochałam się w Pamiętnikach Wisienki, zaczęłam z większym zaciekawieniem przyglądać się komiksom dla dzieci, chociaż moja Maja zdecydowanie musi do nich jeszcze dorosnąć.

„Witamy w Pandorii” to pierwszy tom bardzo obiecującej serii dla dzieci. Nola dostaje na urodziny pozytywkę – pamiątkę po zmarłej mamie. Gdy przekręca kluczyk, by posłuchać melodii, zauważa w kuli machającą do niej postać… W ten sposób, niczym Alicja, trafia do fantastycznej krainy ukrytej we wnętrzu pozytywki i wpada w sam środek intrygi. Mama nowo poznanej przyjaciółki, która ściągnęła ją do Pandorii, cierpi na nieokreśloną chorobę. Czy to możliwe, że ktoś ją otruł? Który z sąsiadów mógł to zrobić i dlaczego? Czy troje dzieci, z czego jedno z nich aż do tej chwili nie miało pojęcia o istnieniu tego świata, będzie w stanie pomóc chorej i odkryć truciciela?

W porównaniu z przygodami Wisienki mamy tu zdecydowanie mniej tekstu i krótszą oraz mniej skomplikowaną fabułę – jest to propozycja dla nieco młodszych dzieci. Nie brak tu jednak poważnych tematów, choć na razie dopiero wstępnie zarysowanych i umieszczonych w fantastycznym świecie pełnym niezwykłych stworzeń. Dominującym problemem jest tu ogrom tęsknoty po śmierci ukochanej mamy, pojawiają się również motywy choroby i zakazanej miłości („W Pandorii nie można kochać kogo się chce”) oraz bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo czyhające na dziewczynkę.

Nie ukrywam, że do tego tytułu przyciągnęły mnie cudowne ilustracje – zarówno kolory, jak i kreska są bardzo w moim guście, każda strona to uczta dla oczu. Szczególnie, że nie brak tu różnych cudacznych bohaterów, wielogłowych, wielorękich i wyposażonych w mackowe brody. A towarzyszy im klimat tajemnicy i niesamowitości.

Pierwszy z komiksów to tak naprawdę dopiero wstęp do całej historii – czytelnik będzie miał szansę ledwie posmakować klimatu tego świata i rządzących nim praw oraz samej historii. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że sprawa truciciela znajdzie swoje rozwinięcie, a przygody Noli i jej nowo poznanych przyjaciół dopiero się rozkręcają. Jaką rolę w świecie wewnątrz pozytywki pełniła mama naszej bohaterki? Odpowiedzi na wszystkie te pytania mama nadzieję znaleźć w drugim tomie.

Gijé, Carbone, Pozytywka. T.1: Witamy w Pandorii, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Dom na kurzych łapach” Sophie Anderson

Mam ostatnio wyjątkowe szczęście do współczesnych baśni. Najpierw „Lodowy smok”, a teraz kolejna poruszająca historia. Może nawet piękniejsza, bo bardziej rozbudowana i porusza więcej problemów istotnych dla małego czytelnika.

„(…) nie liczy się to, jak długie jest życie, tylko jak jest dobre; chyba to samo stosuje się do przyjaźni. Nie wiem, ile czasu będę mogła spędzić z Benjaminem, ale docenię każdą sekundę. (…) Nikt nie jest niczyją własnością, nie da się go zatrzymać na zawsze. Nic nie trwa wiecznie.”

Czytałam tą książkę i zaczęłam pisać recenzję akurat w najbardziej słoneczne, najładniejsze dni tej zimy-niezimy. I w związku z tym w pierwszej chwili pomyślałam, że nie najlepiej trafiłam z klimatem, bo tematyka śmierci i przemijania, palenie świeczek w czaszkach, przeprowadzanie zmarłych na „drugą stronę” i tęsknota za bliskimi, którzy odeszli przedwcześnie jest raczej kojarzone z jesienną pluchą, okolicami Halloween i Święta Zmarłych. Ale czy śmierć przychodzi tylko jesienią? Czy nie można przeżywać żałoby wiosną, a największe tragedie nie wydarzają się na rajskich plażach nad oceanem?

Za piękną i klimatyczną okładką kryje się piękna i klimatyczna powieść. Marinka ma dwanaście lat, mieszka w domu, który potrafi chodzić i zabiera ją w przeróżne zakątki świata, a do tego można się z nim bawić!, ma oswojonego kruka i Babę Jagę – Strażniczkę Bramy dzielącej świat żywych i umarłych za babcię. Każdego dnia buduje ogrodzenie z kości, a każdego wieczora przygotowuje biesiadę dla zagubionych dusz, by dodać im sił na ostatnią podróż – podróż ku gwiazdom. I jedyne o czym marzy, to wieść normalne, nudne życie wśród rówieśników. Najlepiej żywych, jeśli można prosić.

Czasami potrzeba tragicznego wydarzenia, by docenić to, co się ma. A czasami trzeba z kimś szczerze porozmawiać, by móc poczynić jakieś zmiany.

Baśniowa opowieść pełna mądrości uniwersalnych – przeczytamy tu o samotności, niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, przeznaczeniu, przeżywaniu żałoby i mozolnym radzeniu sobie ze stratą, dorastaniu, odpowiedzialności, dążeniu do szczęścia, podejmowaniu własnych wyborów i mierzeniu się z ich konsekwencjami, bezwarunkowej miłości i trosce o tych, których kochamy. O przywiązaniu do tradycji i o jej zmienianiu. O doświadczaniu życia, bo to w końcu nasze doświadczenia są tym, co nas kształtuje. Zarówno te dobre, jak i te złe.

Malownicza, bardzo klimatyczna, baśniowa i erudycyjna historia oparta na słowiańskim folklorze i opowieściach naszego dzieciństwa. Momentami trochę strasznych, ale fascynujących i niosących ze sobą sporo mądrości.

Sophie Anderson, Dom na kurzych łapach, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 325 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

Bajki Majki: „Wszędzie i we wszystkim” Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn

Jestem beksą i wrażliwcem, dlatego książki, takie jak ta łamią mi serce i potrafią doprowadzić mnie do łez już na etapie czytania opisu.

„Ludzie nie lubią rozmawiać o śmierci.
Woleliby o niej w ogóle nie mówić”.

Szczególnie, kiedy śmierć przestaje być nieco abstrakcyjnym zagadnieniem teoretycznym i zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio. I kiedy ten bezlitosny fakt zderza się z bezbronnością niezrozumienia dziecka. Ale wtedy nie ma już możliwości ucieczki.

„Lecz Yolanda nie chce milczeć.
Chce się dowiedzieć, gdzie jest jej mama”.

Nie mogę powiedzieć, żeby książki o śmierci były tą dziedziną literatury dziecięcej, w której jestem wyjątkowo oczytana i mogę rzucać tytułami na lewo i prawo. Ale z tych tytułów, które dotychczas czytałam, ten jest zdecydowanie najlepszy. Tak, to straszny wyciskacz łez – czy w ogóle może być inaczej, kiedy opowiada o małej dziewczynce poszukującej zmarłej mamy? Ale przy tym to wyjątkowo mądra historia, która w prosty i zrozumiały sposób niesie pocieszenie. I niesie je nie tylko dziecku. Nie sądziłam, że można zrobić to tak pięknie i właściwie nie zahaczając jednocześnie o sporne kwestie religijne.

Mama Yolandy zmarła i dziewczynka pyta krewnych, gdzie w takim razie mama teraz jest. A każdy na dla niej inną odpowiedź.

To opowieść o niewyobrażalnej tęsknocie, pielęgnowaniu pamięci, czerpaniu radości z małych rzeczy i drobnych codziennych zachwytach.

A zwiewne, eteryczne (i przepiękne!) ilustracje wypełniające strony po brzegi wzmagają tylko wrażenie ulotności – zarówno ludzkiego życia, jak i poszukiwań naszej małej bohaterki.

 

Moim zdaniem to nie jest jedna z tych książek, które powinny być w każdym domu. Sama zapewne cichaczem pozbędę się mojego egzemplarza (albo upchnę w najciemniejszy kąt najwyższej szafy), zanim jeszcze Majka zdąży go zobaczyć. Nie ukrywam, że tabu śmierci i poczucie bezsilności wobec potęgi własnych uczuć robią ze mnie tchórzowatego rodzica, który woli ignorować temat tak długo, dopóki nie usłyszy bezpośredniego pytania. Zdecydowanie wolę rozmawiać o seksie i procesie produkcji dzieci, niż o śmierci i tęsknocie.

Ale jednocześnie to cudownie, że takie książki powstają. Że potrafią w delikatny i mądry sposób ująć zagadnienia, które rodzicowi ściskają gardło i które pozostawiają człowieka bez słów. Trzeba mieć świadomość ich istnienia, by móc sięgnąć po nie w chwili, gdy staną się potrzebne. Oby ta chwila nadeszła jak najpóźniej.

Wzruszająca, poetycka, smutna. Piękna, niosąca otuchę, potrzebna.

Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn, Wszędzie i we wszystkim, Warszawa: Wydawnictwo CoJaNaTo?, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CoJaNaTo.

Czas na czytanie: „Pielęgniarki” Christine Watson

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o wszystkie medyczne sprawy, jestem osobą raczej obrzydliwą. Pobieranie mi krwi, skutkuje traumą całego laboratorium i słabo mi nawet na samą myśl o serialu z chirurgami, czy innymi doktorami w roli głównej. I jednocześnie niesamowicie podziwiam ludzi, których nie tylko to wszystko nie rusza, ale są wręcz zafascynowani ludzkim ciałem i ratowaniem życia.

I z tego właśnie powodu, pomijając oczywiście najzwyklejszą ciekawość, sięgnęłam po moją pierwszą książkę w, tak ostatnio modnym, szpitalnym klimacie. Jakoś wydawało mi się, że opowieść o pielęgniarkach będzie łagodniejsza i bardziej przystępna, niż chociażby o lekarzach. Według mojego wyobrażenia w tej pracy miało być więcej spokojnej opieki, niż grzebania w bebechach. Oj jakże się myliłam.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo męczyłam jedną książkę. I ani trochę nie żałuję. Były takie rozdziały, które pochłaniałam jednym tchem i siedziałam do późna (w toalecie, żeby nie drażnić innych domowników światłem), byle tylko przeczytać jeszcze kilka stron i dokończyć wątek. A potem przychodziły takie, w połowie których zaryczana jak bóbr odkładałam książkę na trzy dni z przeświadczeniem, że już nigdy do niej nie wrócę, bo to nie na moje nerwy. I niby dlaczego mam to sobie robić. A potem poczucie beznadziei mijało i z zapartym tchem czytałam dalej.

Autorka prowadzi nas oprowadza nas po świecie opieki medycznej na różnych poziomach – zarówno przez kolejne etapy swojej edukacji i zainteresowania zawodem, jak i przez wszelakie specjalizacje – od pielęgniarki neonatologicznej, przez dziecięcą, ratunkową, aż do geriatrycznej. Od szpitala, do szpitala, od tez naukowych i inicjatyw zapoczątkowanych setki lat przed naszą erą, aż do najnowszych osiągnięć. Wraz z nią przyjrzymy się pracy instrumentariuszki biorącej udział w przeszczepie, przeżyjemy pierwszą asystę przy porodzie i pierwsze oporządzenie zwłok.

Poza olbrzymim doświadczeniem zawodowym, nie sposób nie docenić wyjątkowego talentu pani Watson do opowiadania historii. „Pielęgniarki” to bardzo osobista powieść, gdzie wspomnienia płynnie się przenikają, a filozoficzne, nieco nawet poetyckie rozważania na temat misji i wizji opieki nad drugim człowiekiem przeplatają się z naturalizmem opisu potwornych momentami schorzeń i przypadków.

To poruszająca opowieść o życiu, śmierci, miłości i empatii. O niesamowicie wymagającej pracy wraz z jej wszystkimi radościami i konsekwencjami. O osobach trwających przy człowieku w momentach, kiedy jest najbardziej bezbronny i samotny. O przewrotności losu, o niewyobrażalnych tragediach, które spotykają ludzi wokół każdego dnia. A pod tym względem jest to niesamowicie uświadamiająca lektura – nigdy nie wiadomo kiedy to właśnie ja stanę się osobą wymagającą pomocy i opieki. Obym trafiła wtedy na pielęgniarkę z powołania, choć w połowie tak oddaną drugiemu człowiekowi, jak Christine Watson.

Nie wiem, czy każda książka dotykająca tego tematu wywołałaby we mnie podobne emocje, czy po prostu ta jest tak dobrze napisana. Nieprędko się tego dowiem, bo jednak nie są to w moim odczuciu książki, które pochłania się jak czekoladki i w najbliższym czasie z pewnością nie sięgnę po nic podobnego. Taką opowieść trzeba dobrze przetrawić, bo m szansę zmienić postrzeganie świata.

Christine Watson, Pielęgniarki, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2019, 318s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

Czas na czytanie: „Gus” Kim Holden

Wydawało mi się, że bez Promyczka dalsze opowiadanie tej historii nie ma sensu, bo… no właśnie, była jej promyczkiem. Okazuje się jednak, że Gus też całkiem nieźle sobie radzi.

Nie jest łatwo towarzyszyć głównemu bohaterowi przez pierwszy rok po śmierci najlepszej przyjaciółki i jedynej miłości. Bardzo długo jest to opowieść o bólu, frustracji i nieutulonej tęsknocie, a sam Gus zdaje się staczać po równi pochyłej prosto ku samozagładzie.

To również historia radzenia sobie z żałobą, godzenia się z losem, walki o własne życie i nadawanie mu sensu na nowo. O pokonywaniu traumy. O odwadze doświadczania życia. Każdego dnia, w każdej minucie.

„(…)Masz tylko jedną szansę w tym cyrku zwanym życiem. Nie siedź na widowni, przyglądając się przedstawieniu. Wskakuj na arenę i bądź wielki.”

I przede wszystkim to fantastyczna książka o niekonwencjonalnych rodzinach i miłości, która czasami przychodzi niespodziewanie. O miłości rodzicielskiej i miłości przyjaciół. Nie wiem, jak to możliwe, ale to druga książka autorki, która podejmuje strasznie smutny temat w niesamowicie pozytywny sposób. Od samego czytania na nowo chce się żyć, a jej bohaterów nie można nie lubić. I to wszystkich – od narkomanki, przez gwiazdy rocka aż po poturbowanego kota.

„W końcu coś sobie uświadomiłam. Może brak normalności jest w porządku. Może rodzina nie musi być idealna, żeby w ogóle istniała.”

Jest też muzyka, twórczy szał i chęć zmieniania świata. Cokolwiek robimy, stwarzajmy legendę!

Przy okazji Kim Holden napisała chyba pierwsze książki z narracją pierwszoosobową, która naprawdę mi odpowiada! Jestem pod wrażeniem.

Kipiąca emocjami, podnosi na duchu i zaraża chęcią do działania.

„Jeśli postarasz się wystarczająco mocno, każdy dzień może być legendarny.”

Kim Holden, Gus, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 500 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Książka na weekend: „Psiakość!” Alejandro Palomas

Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, co do wyboru tej książki jako idealnej na wakacyjny weekend, powiem tylko, że jej autor ma na imię Alejandro. Normalnie jak w piosence Lady Gagi. Czy istnieje coś w bardziej letnim klimacie niż Alejandro? (nigdy nie twierdziłam, że moje kryteria w podejmowaniu czytelniczych decyzji nie są dziwne). A przy okazji to całkiem mądra komedia. Z przesłaniem i ku pokrzepieniu serc.

„Uświadomiłem sobie, że kiedy pies staje się nasz, przestaje być jedynie psem. Zmienia się wtedy w imię, w oczy, w reakcje, w ciągłą obecność i wspólną biografię…”

Rodzina Fera jest naprawdę zakręcona – głównie za sprawą jego matki, którą tak samo mocno pragnie się przytulić, co podduszać, chociaż i jego siostry mają w tym swój udział. Rodzina generująca całą masę komicznych sytuacji, w której psy są pełnoprawnymi (a nawet uprzywilejowanymi) członkami rodziny. Jednak mimo tego całego komizmu, absurdalnych dialogów i obciachowych pomyłek jest to wzruszająca historia o radzeniu sobie z utratą ukochanych. Bo zbyt wielu członków tej rodziny odeszło zbyt wcześnie – czy to z wyboru, czy na skutek nieszczęścia. A każde porzucenie pozostawia wyrwę w sercu najbliższych – nie ważne, czy odchodzi babcia, partner, czy czworonożny przyjaciel. A kiedy miłość i przywiązanie zaczynają kojarzyć się przede wszystkim z bólem, nie ma nic trudniejszego niż pokochanie na nowo.

„(…) bo opłakiwać psa, to opłakiwać to, co mu dajemy z siebie, z nim odchodzi życie, o którym nikomu nie mówiliśmy, chwile, których nikt nie widział. Odchodzi strażnik sekretów i wraz z nim odchodzą także same sekrety, kufer, łamigłówka, którą w nim skrywamy, a także klucz, tracimy kawałek życia”.

Cała historia toczy się jednej nocy – od przerażającego, pełnego beznadziejności oczekiwania na wieści, przez bezsenną noc aż po wyjątkowo stresujący poranek. A wszystko to przetykane wspomnieniami – tragicznymi i komicznymi, smutnymi i pełnymi rodzinnego ciepła.

„(…) bo czasem widzimy jedynie to, czego nam brakuje, a nie to, co nam towarzyszy”.

Są pełne oddania psie spojrzenia, fantastyczna relacja wnuka z babcią, zakręcone starsze panie, seksowny australijski weterynarz, przydługie zdania, obite kolana, perfekcyjna Lady Ścierka, kryzysy małżeńskie i poszukiwanie idealnego chłopaka dla syna. A także masa pięknych cytatów.

No i churros, już dla samych churrosów maczanych w czekoladzie warto skusić się na tą lekturę. #odkrycielata

Podnosząca na duchu opowieść o miłości, starości i samotności, o odwadze, wsparciu najbliższych i długiej, wyboistej drodze ku wzajemnemu zaufaniu. Taki plasterek na serducho.  I prawdę mówiąc kompletnie nie zauważyłam, że to drugi tom.

Jako zdeklarowana kociara serdecznie polecam.

Alejandro Palomas, Psiakość!, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Promyczek” Kim Holden

„Dzisiaj moje życie jest cudowne.
Nie chcę myśleć o jutrze.
Ani o kolejnym dniu”.

Tą książkę nabyłam drogą kupna idąc za porywem serca. I to dosłownie. Będąc w zeszłym roku na Warszawskich Targach Książki rzuciła mi się w oczy olbrzymia kolejka. Jeden z wytrwałych oczekujących uświadomił mnie, że wszyscy ci ludzie (chyba połowa uczestników targów, serio) czekają na autograf najwspanialszej autorki świata. Zerkając między ciżbą doszłam do wniosku, że owa opiewana Kim Holden wygląda bardzo sympatycznie, zakupiłam zatem pierwszą część z serii jej książek i ustawiłam się w ogonku (gdzie swoją drogą poznałam fantastycznych ludzi, ale to już materiał na inną historię). I powiem Wam, że warto było czekać, bo autorka „Promyczka” okazała się fantastyczną osobą. Przede wszystkim podpisywała książki aż do ostatniego czytelnika (no cóż, to byłam ja), mimo, że przekroczyła w ten sposób czas przeznaczony na rozdawanie autografów o prawie dwie godziny. Wstawała, by ustawić się do zdjęcia z każdym fanem, każdemu chętnemu uścisnęła rękę (zbieram uściski rąk pisarzy, bo głęboko wierzę, że w ten sposób przechwytuję część ich talentu), z każdym zamieniła kilka zdań. Jest tak niesamowicie pozytywną osobą, że to spotkanie dało mi energię na resztę dnia. To doskonały przykład na to, że autor jest najlepszą reklamą swojej twórczości, bo w „Promyczku” jest dokładnie ta sama energia, którą emanowała jego autorka.

„Po prostu nie rezygnuj z tego, co dzieje się teraz, dla nieznanej przyszłości. Może ominąć cię wiele szczęścia, kiedy będziesz czekał na lata, które mogą nigdy nie nadejść. Nie trać czasu, bo przegapisz chwilę obecną, a przyszłość wcale nie jest taka pewna.”

Tak naprawdę nie przepadam za książkami tego typu – jestem chyba najgorszym przypadkiem beksy na świecie i nie trzeba wiele, by mnie wzruszyć. Wystarczy, że przypadkowo rozdeptam ślimaka albo oglądam dekorowanie sportowców medalami. Łatwo zapewne wyobrazić mnie sobie podczas czytania „wyciskacza łez” jako zwiniętą w kulkę, zasmarkaną po kolana kupkę nieszczęścia. I tak też wyglądałam pod koniec „Promyczka”.

Zakończenie tej książki staje się oczywiste już na 52 stronie. A przez pozostałych 500 autorka pozwala, zarówno czytelnikowi, jak i pozostałym bohaterom, poznać i pokochać Kate, która w pełni zasługuje na miano tytułowego Promyczka, pogłębiając ich emocjonalne zaangażowanie. Ta niesamowicie silna i pozytywna młoda kobieta żyje każdym dniem czerpiąc z chwili obecnej ile tylko się da. Mimo tragicznych wspomnień i trudnego dzieciństwa jest wdzięczna za to, co ma, docenia małe, codzienne cuda i jest otwarta na świat i ludzi.

„Nigdy niczego nie bierze za pewnik. Docenia każdy pojedynczy moment”.

Ma tylko jedną zasadę – nie wierzy w romantyczną miłość. A ta dopada ją w najmniej sprzyjającym momencie.

Mimo ciężkiej tematyki „Promyczek” jest fantastycznie napisany – czyta się go tak lekko, jak smaruje się kanapkę masłem przechowywanym poza lodówką podczas ostatnich upałów. Staram się czytać mniej więcej sto stron dziennie, bo takie dwie godzinki z książką są mi potrzebne do zachowania psychicznej równowagi i zazwyczaj właśnie tyle udaje mi się wygospodarować – podczas drugiego śniadania, w kolejce, czy wieczorem, zanim padnę nieprzytomna. A niemalże 600 stronicowego „Promyczka” pochłonęłam w dwa dni. I to w weekend, kiedy Majka nie była w przedszkolu! Naprawdę można nie zauważyć, kiedy w tej książce kończą się strony.

Poza stylem autorki duży wpływ ma na to poczucie humoru, którym „Promyczek” aż kipi i niezwykła osoba samej Kate. To jedna z tych bohaterek, których nie sposób nie pokochać. Ale o tym musicie już przekonać się sami.

Jej przedwcześnie zdobyta mądrość mądrość i poruszająca historia niosą ze sobą piękne przesłanie, uaktualnioną i  znacznie bardziej energetyczną „Desideratę”. A sama opowieść to prawdziwy koktajl emocji. Od śmiechu, przez zadumę i rozpacz aż po nostalgię i wzruszenie.

I chociaż istotną rolę pełnią w tej książce motywy, które nigdy nie były mi bliskie – jak muzyka, czy wiara – zostały przedstawione w tak nienachalny i inspirujący sposób, że nie tylko mnie nie irytowały, ale nawet wzbudziły we mnie chęć do muzycznych poszukiwań, w czym niezwykle pomocna okazała się promyczkowa playlista na końcu książki. A zainteresować mnie muzyką to naprawdę rzadka umiejętność.

„Promyczek” łamie serce i jednocześnie je bandażuje. Dołuje i podnosi na duchu. Skłania do refleksji i inspiruje. Nie tylko do słuchania muzyki, ale i do lepszego życia.

Kim Holden, Promyczek, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 589 s.

Wpis powstał w ramach kampanii społecznej promującej czytelnictwo #wakacjezksiążką, zorganizowanej przez SAVE THE MAGIC MOMENTS oraz Klub Książki PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ.

36481177_2192512887651096_5539852644643766272_n