Grajki Majki: „Monsters Hide&Seek” SmartGames

Dzieci mają czasami zainteresowania, które mogą nas zaskoczyć – moja Majka na przykład wykazuje słabość do gier z… potworami. I to od małego, bo zaczęło się od „Potwornych porządków” i „Potworów do szafy”, potem przyszedł czas na „Komnatę strachu”, którą kiedyś Wam pokazywałam i „Zakodowany zamek”. Dlatego też nowy tytuł od SmartGames poświęcony ukrywaniu i znajdowaniu potworów od razu przykuł moją uwagę. I to był dobry wybór, bo Maja przyjęła go ze sporym entuzjazmem.

Układanka logiczna składa się z podzielonej na cztery kwadratowe pola planszy wypełnionej potworkami o rozmaitych kształtach i kolorach oraz czterech elementów z wyposażeniem pokoju, gdzie każdy jest wycięty w inny kształt, przez co przypominają nieco puzzle. Celem gracza jest ułożenie puzzli na planszy w taki sposób, by pozakrywać wszystkie potworki, poza wyszczególnionymi w wybranym przez nas zadaniu. I chociaż na każdym polu planszy można umieścić tylko jeden z elementów, mamy pełną dowolność w obracaniu nimi na wszystkie strony, no i nigdy nie wiadomo który akurat będzie pasował do danego kwadratu, trzeba więc się sporo nagłówkować i próbować różnych opcji aż do skutku.

Książeczka z zadaniami zawiera aż 60 różnych wyzwań – jak zwykle podzielonych na cztery poziomy trudności, od startera po mastera, z odpowiedziami na samym końcu. Może się zdarzyć tak, że  będziemy musieli zostawić tylko dwa potworki, a czasami zostanie odkrytych aż siedem z nich. Czasem będziemy musieli znaleźć cztery takie same, a innym razem cztery kompletnie różne. Jedno jest pewne – nudno nie będzie, a kiedy będziemy już pewni ułożenia każdego z potworków na planszy, kolejne zadanie na pewno nas zaskoczy.

Kiedy już zrozumie się mechanizm działania, układanka jest bardzo przyjemna i nie nadmiernie frustrująca dla dziecka – moja przedszkolaczka dość płynnie przechodzi przez pierwszy poziom trudności.

Ponadto to fantastyczna propozycja na podróż – plansza jest jednocześnie pokrywką niewielkiego, płaskiego pudełka, w którym idealnie mieszczą się cztery elementy układanki i książeczka z zadaniami. Całą grę można więc zapakować w zgrabny i lekki kwadrat, który z łatwością zmieści się w maminej torebce albo wycieczkowym plecaczku przedszkolaka. No i wystarczy pilnować przed zgubieniem tylko czterech puzzli.

Bardzo polecamy na wakacje i nie tylko.

Monsters Hide&Seek
Autor: Raf Peeters
Ilość elementów: 5
Sugerowany wiek: 6+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.

Grajki Majki: „Apple Twist” SmartGames

„(…)W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.”

czyli bardzo apetyczna łamigłówka dla przedszkolaków.

Na grę składają się tylko cztery elementy: ruchoma plansza w kształcie jabłuszka i trzy kolorowe robale – mama, tata (dłuższe) i dziecko (krótsze), jak to je Maja określiła.

Na samym początku należy ustawić planszę zgodnie z wybranym zadaniem. Jabłko składa się z 5 dwustronnych elementów, które można obracać niezależnie od siebie. Jedna strona została oznaczona literkami od A do E, druga cyframi od 1 do 5. Dzięki czemu możemy układać różne plansze, np. 12C4E. Układ planszy ma wpływ na liczbę i układ okrągłych wgłębień w jabłku, w które będziemy wpasowywać robaczki.

Bo ułożeniu planszy należy umieścić na niej wszystkie robale składające się z kolejno z 5 i 6 kuleczek. Każdy robaczek ma 2 ruchome przeguby, dzięki którym może przyjmować różne kształty, dając układającemu ogrom możliwości i kombinacji. A każdy z nich zgina się odrobinę inaczej. Robaczki muszą siedzieć dokładnie w dziurkach i nie mogą wystawać, dopuszcza się jednak, by w niektórych zadaniach pozostały wolne dziurki.

Do każdego z zadań, poza kodem ułożenia planszy, przygotowano podpowiedzi. Na najprostszym poziomie jest to oznaczenie położenia główek robaczków określonego koloru i dokładne położenie jednego z nich. Im trudniejszy poziom, tym mniej jasne podpowiedzi – czasami oznaczono tylko położenie głów, bez podania kolorów, a w najtrudniejszych zadaniach pojawia się tylko jedna główka, lub nie ma jej wcale.

Gra ma wyjątkowo atrakcyjną formę. Poza samym główkowaniem i szukaniem prawidłowego rozwiązania, wielką frajdę daje wyginanie robaczków na różne sposoby, a nawet już samo przygotowanie planszy.

Oczywiście jak zwykle mamy do wyboru 4 poziomy trudnościstarter, junior, ekspert i master, a na końcu czekają odpowiedzi.

Łamigłówka jest przeznaczona dla jednego gracza powyżej 5 roku życia. I moim zdaniem wiek został określony bardzo dobrze, bo moja pięciolatka całkiem sprawnie radzi sobie ze starterem, a kolejne poziomy stanowią dla niej coraz to większe wyzwanie. I nie tylko dla niej, bo jak zwykle sama muszę się chwilę pogłowić nad trudniejszymi zadaniami.

Bardzo fajna pomoc edukacyjna przy ćwiczeniu nie tylko wyobraźni przestrzennej, logiki, cierpliwości i planowania, ale również motoryki małej, bo wygimnastykowane gąsienice to świetna sprawa dla małych paluszków. I tych nieco większych również.

Apple Twist
Autor: Raf Peeters
Ilość elementów: 4
Sugerowany wiek: 5+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.

Wakajki Majki: Słupsk i okolice

Tak strasznie byłam już spragniona jakiegoś wyjazdu a nasz mały długoweekendowy wypad cieszył mnie tak bardzo, że aż nabrałam ochoty, by zabawić się w blogerkę podróżniczą. Witajcie więc w nowym cyklu pt. „Wakajki Majki”. Będzie dzieciowo (jak już sama nazwa wskazuje), nieregularnie i raczej sezonowo (bo i nie podróżujemy jakoś szczególnie często) oraz ze sporym udziałem książek, bo ja książki wetknę wszędzie. Zapraszam na wpis pierwszy:

Wyprawa pierwsza: Słupsk i okolice

ZAMEK RYCERSKI W KRĄGU

Docelową destynacją naszego pierwszego od prawi dwóch lat wyjazdu był przemianowany na hotel zamek rycerski w Krągu. Albo w Kręgu, bo i z taką odmianą się po drodze spotkałam. W każdym razie miejscowość nazywa się Krąg i jest w niej malowniczy zamek nad niewielkim jeziorkiem.

Historia samego pomysłu na wyjazd jest dość banalna, „wyskoczyła mi” reklama oferty z portalu pośredniczącego w rezerwacji hoteli i pomyślałam, że w sumie nie mamy daleko to fajny pomysł na atrakcję z okazji dnia dziecka dla mojej małej księżniczki. Skusiliśmy się więc na 3 noce w renesansowym zamku. I prezent się udał, przedszkolaczka była zachwycona tym miejscem.

Warto wspomnieć, że poza samym spaniem w zamku i atrakcjami takimi jak gra w bilard, wędkowanie, czy rowery wodne, które oczywiście również przyciągają dziecięcą uwagę, hotel jest wyposażony również w komnatę zabaw z basenem z kulkami, zabawkami i grami planszowymi oraz niewielki zewnętrzny plac zabaw. Na obiady był kurczak i spaghetti, na desery lody, truskawki i naleśniki, czego chcieć więcej.

Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nawet na krótki wyjazd nie spakowała książek. Oczywiście tematycznie! Do majkowej torby trafił więc nasz nowiutki nabytek – „Rok na zamku” Nikoli Kucharskiej.

W przeciwieństwie do na przykład „Roku w lesie”, wyszukiwanka o zamku nie przekazuje wiedzy, a skupia się na baśniowości. Nie znajdziecie w niej realiów życia w średniowiecznej warowni ani prawdziwych historii, zamek został tu przedstawiony bardziej jako teatralna scenografia pozwalająca zaszaleć dziecięcej wyobraźni. Nie brak tu smoków, złotożernych skrzatów, czarownic, magicznych napojów, duchów i żab do całowania.

Tak, jak wszystkie części serii „Rok w…” książka składa się z 12 rozkładówek przedstawiających tą samą scenerię – przekrój zamku – każdego miesiąca roku. Zabiegiem, który bardzo mi się podoba, jest pokazywanie różnych pomieszczeń, dzięki czemu w kwietniu możemy zajrzeć do kuchni, a w marcu ten widok jest zasłonięty przez przejeżdżający wóz kupca. W styczniu widzimy dobrze co się dzieje w Sali tronowej i jadalni, a w lutym te pomieszczenia zakryte są fasada budowli z dekoracyjnymi witrażami, bo jedno z głównych wydarzeń sceny z tego miesiąca – podjęcie delegacji innego królestwa – dzieje się na dziedzińcu. Poza rozkładówkami poświęconymi miesiącom, książkę otwierają strony z krótkim przedstawieniem wszystkich bohaterów, a zakończona jest bonusem w postaci zadania na spostrzegawczość – poszukiwań przekąsek w zamkowej kuchni.

Mały czytelnik może śledzić losy bardzo równoważnych bohaterów – zarówno romantyczne, polegające na spełnianiu marzeń, uskrzydlające i zabawne, jak i bardziej ponure, złośliwe, prowadzące do sporów i waśni, a nawet wojny i zniszczenia.

Wspaniała pomoc do snucia historii dziecku i nauki samodzielnego wymyślania, przypuszczania i opowiadania. A przy okazji niezła gimnastyka dla cierpliwości i spostrzegawczości i spora dawka świetnych ilustracji.

Nikola Kucharska, Rok na zamku, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Niemniej jednak nie jesteśmy typem podróżnika spędzającego wyjazd na relaksie na słonku, a raczej takim, którego „nosi”. Objechaliśmy więc okoliczne atrakcje.

SŁUPSK

Pierwszym i zarazem ostatnim naszym przystankiem był Słupsk, który odwiedziliśmy zarówno jadąc do Krągu, jak wracając do domu do Gdańska. Pierwszego dnia odwiedziliśmy to niewielkie miasto w poniedziałek, czyli w dzień zamknięcia muzeów. Skupiliśmy się zatem na zwiedzaniu atrakcyjnym dla Majki. Słupsk ma fantastyczną trasę zwiedzania dla dzieci Szlakiem Słupskiego Niedźwiadka. Wyprawę zaczynamy w centrum informacji turystycznej, tuż obok ratusza miejskiego, gdzie odbieramy książeczkę – przewodnik, który poprowadzi nas przez całe miasto od jednego misia do drugiego. A niedźwiadkowe rzeźby umiejscowione zostały przed najważniejszymi punktami miasta (także najważniejszymi z punktu widzenia dziecka, jak rozległy park pełen placów zabaw) i udekorowane w sposób podkreślający cechy, z których Słupsk jest dumny i z których słynie  – m.in. znajdziemy misia witkacowskiego, misia podkreślającego ideę wielowyznaniowości, czy nawiązującego do… najstarszej pizzerii w Polsce! Mój ulubiony znajduje się pod miejską biblioteką, znajdującą się w odbudowanym i zaadaptowanym do tej funkcji gotyckim kościele. Po znalezieniu każdego z misiów naklejamy w książeczce odpowiednie przedstawienie niedźwiadka na mapę. A po znalezieniu wszystkich należy wrócić do informacji turystycznej by odebrać Dyplom Zdobywcy Słupskiego Niedźwiedzia. W samej książeczce są również kolorowanki, labirynty, szukanie różnic i inne czasoumilacze dla malucha w podróży, czy podczas oczekiwania na jedzonko przy restauracyjnym stoliku. Warto mieć w torebce małe kredki.

Misiowy przewodnik pozwolił nam poznać miasto na tyle dobrze, że kiedy wróciliśmy do niego w drodze powrotnej, nie mieliśmy najmniejszego problemu z poruszaniem się. A wrócić musieliśmy koniecznie, żeby obejrzeć kolekcję dzieł Witkacego.

Czwartek, tuż przed wieczornym powrotem do domu, był więc mamowym dniem muzealnym. I chociaż martwiłam się, czy Maja wytrzyma małe tournée po oddziałach Muzeum Pomorza  Środkowego w Słupsku, ale dała radę i zgodnie z planem odwiedziliśmy wszystkie trzy. Nie bez znaczenia były w tym przypadku atrakcje dla dzieci. Na każdym z pięciu pięter Białego Spichlerza, gdzie eksponowane są obrazy Witkacego i dzieła inspirowane jego twórczością, znajdowało się „coś dla dzieci”. Puzzle (standardowe i olbrzymie), szukanie na wystawie dzieła sztuki przedstawionego przed wejściem w sposób dotykowy (nie do końca była to tyflografika, ale podobne), czy kącik rysunkowy w którym można przygotować swój własny portret w witkacowskim stylu i umieścić go na specjalnie przygotowanej wystawie. Majce bardzo podobały się również krótkie, teatralne filmiki przed każdą z galerii, w których aktorzy wcielali się w przewodników zachęcających do obejrzenia wystawy. M.in. jedną z takich „odegranych” postaci był duch Neny Stachurskiej.

Do pięknej czasowej wystawy XIX-wiecznej mody damskiej „Na balu i z wizytą” w budynku Zamku Książąt Pomorskich przygotowano magnetyczną układankę pozwalającą maluchowi „ubrać” modelkę w dowolną kreację, podczas gdy rodzice czytali o historii oraz wydawnictwo edukacyjne w formie ubieranki-wycinanki do zabawy w domu. Natomiast kolekcja zabytkowych sztućców, która była dla mnie ogromnym zaskoczeniem – jest świetna, polecam bardzo mocno! – była atrakcyjna dla dziecka ze względu na samą formę ekspozycji. Część eksponatów umieszczono w szufladach kredensów, dzięki czemu Majka mogła samodzielnie je otwierać i dokonywać małych „odkryć”, co bardzo ją wciągnęło i zaciekawiło. Co chwila pytała do czego służą poukrywane w szufladach (i tym samym na idealnej dla dziecka wysokości) łyżeczki, widelczyki, nożyczki, siteczka… był tam nawet sierp do cytryny!

Wystawa „Na balu i z wizytą. Moda damska w XIX wieku” będzie otwarta do 31 sierpnia 2021.
Wystawa sztućców jest nową wystawą stałą w Zamku Książąt Pomorskich.

Jeśli chodzi o jedzenie, to trafiliśmy do dwóch bardzo klimatycznych i strasznie pysznych miejsc, które mogę Wam polecić – wege bistro „Czajka” i restauracji libańskiej Byblos Mezzo House. Niestety nie jestem najlepszym blogerem jedzenowym, bo jak widzę pyszności, to je pożeram, a dopiero potem mi się przypomina, że może mogłam wcześniej zrobić zdjęcie. Kto wie, może w końcu się tego nauczę. Niemniej jednak oba miejsca gorąco polecamy –  również z dzieckiem, bo i z obu nasza przedszkolaczka wyszła najedzona i zadowolona, choć nie miały typowo dziecięcych propozycji w menu.

I jeszcze ciekawostka – w Słupskim Teatrze Lalki „Tęcza” wystawiają spektakl „Niesamowite przygody niesamowitych skarpetek” na podstawie książek Justyny Bednarek, które uwielbiamy. Niestety zorientowałam się za późno i nie było już biletów, nad czym strasznie ubolewaliśmy. Wygląda na to, ze będziemy musieli jeszcze kiedyś do Słupska wrócić.

ZOO CHARLOTTA

Sam dzień dziecka, który akurat wypadał we wtorek, postanowiliśmy spędzić w ZOO w Dolinie Charlotty. Samo ZOO nie należy do szczególnie dużych, ale na uwagę zasługuje sposób jego zwiedzania. Spora część zwierząt, zamiast w klatkach, rozlokowana została na wysepkach na sztucznym jeziorze, gdzie każda wyspa została poświęcona zwierzętom z innej strefy klimatycznej, a oglądać je można z niewielkich stateczków wycieczkowych wraz z komentarzem przewodnika w ramach „Wodnego Safari”. Dodatkową atrakcją rejsu jest przystanek na wyspie lemurów, które można pogłaskać, jeśli akurat zechcą podejść do zwiedzających i okazać im nieco atencji. W naszym przypadku nie zechciały, ale i tak można było obejrzeć je z odległości kilku kroków. Alternatywą dla podróży statkiem między wyspami jest obejście jeziorka naokoło. Nam jednak nie starczyło na drugie kółka czasu, gdyż uwagę Majki przyciągnął bardzo fajny plac zabaw (na terenie ZOO są dwa, naprawdę spore i fajnie wyposażone). Ponadto ogród oferuje możliwość wejścia do woliery z egzotycznymi ptakami, które dla odmiany bardzo chętnie wchodziły z nami w interakcje. Maja nieźle wsiąknęła też w „Krainę Bajek”, czyli część ogrodu zoologicznego, gdzie w chatkach z rzeźbionymi przedstawieniami bohaterów klasycznych opowieści można było posłuchać audiobooków (a te Majka uwielbia) obserwując małe zwierzątka. Przy cokole poświęconym Calineczce odkryłam i pokochałam nutrie.

W innej części doliny znajduje się fokarium, czyli główną atrakcję dnia dla mojej małej miłośniczki foczek. Załapaliśmy się na bardzo fajny trening medyczny i karmienie mieszkających tam fok szarych zupełnie bez tłumów, a Maja uzupełniła swoją kolekcję fok o nowy pluszowy egzemplarz.

LABIRYNTY W PAPROTACH, LEONARDIA

W środę postanowiliśmy objechać okoliczne dziecięce atrakcje. Zaczęliśmy od znalezionego nieco przypadkiem gospodarstwa edukacyjnego „W labiryntach” w miejscowości Paproty. Pojechaliśmy tam dość spontanicznie i „na dziko”, jak się bowiem okazało jest to atrakcja dla grup zorganizowanych (mogą być również grupy rodzinne!) i konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Mimo to powitano nas z otwartymi ramionami, zaopiekowano się nami i podczas zwiedzania największego z labiryntów mogliśmy podłączyć się na trochę do grupki przedszkolaków i wraz z nimi szukać ukrytych w labiryncie flag. Najpierw trzeba było jednak ten labirynt znaleźć! Otrzymaliśmy pierwszą wskazówkę i kierując się niebieskimi strzałkami na kamieniach ruszyliśmy ścieżką przez lasy i bagna zapisując po drodze tajemnicze symbole, z których na koniec odszyfrowaliśmy hasło. W Paprotach labiryntów jest mnóstwo  niektóre mają tylko jedno wyjście, w innych pełno ślepych zaułków, jeszcze inne trzeba zbudować samemu. A ponadto znajdzie się i miejsce na ognisko z kiełbaskami i katapulty do bitwy na balony z wodą. Bardzo fajne miejsce do odwiedzenia większą grupą i wymarzone na jednodniową wycieczkę szkolną czy przedszkolną, jeśli akurat jesteście w okolicy.

Drugim wartym uwagi parkiem edukacyjnym, jaki odwiedziliśmy, była Leonardia – przestrzeń na świeżym powietrzu wypełniona wykonanymi z drewna grami, łamigłówkami i atrakcjami o różnym stopniu trudności, zarówno jedno, jak i kilkuosobowych. Są tam gry zręcznościowe, wymagające logicznego myślenia, oparte na rywalizacji i kooperacyjne. Jedyne, co jest potrzebne, to dobra pogoda, a ta trafiła nam się idealnie. Kręciliśmy się w kółku jak chomiczki, ostrzeliwaliśmy przeciwnika z różnej wielkości katapult i kusz, budowaliśmy most bez użycia narzędzi, po raz kolejny przechodziliśmy labirynty – tym razem niewielkie, ale wymagające wielkiej zręczności. Można też spróbować swoich sił w odtwarzaniu wynalazków Leonarda da Vinci.

Leonardia jest czynna od 1.05 do 30.09 i nie wymaga wcześniejszej rezerwacji. Za to zarezerwujcie sobie na nią przynajmniej 3 godzinki, bo gier jest prawie 100.

Przy okazji tematyki gier i łamigłówek chciałabym jeszcze polecić Wam jeden gadżet, który bardzo ułatwił nam wyjazd. A przynajmniej znacznie zmniejszył poziom dzieciowego jęczenia. Nieco mniejszy niż układanki z Leonardii, ale wymagający takiej samej ilości główkowania.

Torebkowa wersja łamigłówki SmartGames. Tytułów tych podróżnych układanek magnetycznych jest całkiem sporo i długo nie mogłam się zdecydować, który chcę najbardziej. W końcu wybór padł na „Arkę Noego”, bo akurat była dostępna stacjonarnie (a kupowałam właściwie tuż przed wyjazdem. I przed dniem dziecka…) i dla dzieci od 5 roku życia  – tym razem bardzo zależało mi na grze, która poza zadaniami stanowiącymi wyzwanie będzie też miała opcje łatwe dla zmęczonego podróżowaniem móżdżku. I nieskromnie przyznam, że to był świetny zakup, bo dobrze bawiła się cała rodzina.

Docelowo myślałam o niej jako o rozrywce do auta w czasie podróży. Szybko okazało się jednak, że mimo braku liter Maja źle się czuje skupiając na niej uwagę w jadącym aucie. Została więc rozrywką na wieczory i poranki w hotelu oraz nieocenionym ratunkiem podczas oczekiwania na posiłek w restauracji.

Gra składa się z plastikowych 10 elementów o różnych kształtach i koloru z przedstawieniami zwierząt. Każde zwierzę ma swoją parę tego samego gatunku (i na płytce w tym samym kolorze), a naszym zadaniem jest upchnąć wszystkie te (czasem wielkogabarytowe) zwierzaczki na ograniczonej powierzchni Arki Noego. Każde zadanie rozpoczynamy od ułożenia w Arce zwierzęta lub zwierząt (ich liczba zależy od poziomu trudności zadania), które zostały podane, a następnie musimy dopasować resztę kierując się trzema zasadami:
1. pary zwierząt na płytkach tego samego koloru muszą się stykać;
2. wszystkie zwierzęta muszą być ustawione w prawidłowej pozycji – łapami na dół;
3. żadne zwierzę nie może wystawać z arki, a każde z zadań ma tylko jedno prawidłowe rozwiązanie.

I chociaż jest to układanka dla dzieci od 5 roku życia i Maja bez większej frustracji i pomocy z naszej strony (choć czasem trzeba było nieco się nagłówkować) ułożyła pierwsze 13 zadań, to były i takie, które i mnie sprawiły trudność.

Zasania podzielone są na 4 poziomy zaawansowania, po 11-12 łamigłówek w każdym: Starter (1-12), Junior (13-24), Expert (25-36), Master (37-48). I te końcowe są naprawdę ciekawe, jedno zajęło nam dobre pół godziny! To była rozrywka dla całej naszej rodziny (chociaż przecież z założenia jednoosobowa) a z pewnością nie rozwiązaliśmy dotychczas więcej, niż połowy zadań.

Z pewnością za jakiś czas skuszę się  na kolejny tytuł z tej serii. Szczególnie korcą mnie „Rafa koralowa” i „Dziura w serze”.

Noah’s Ark. Magnetic puzzle game
Autor: Raf Peeters
Ilustracje: Hans Bloemmen

Ilość elementów: 10 (5 par zwierząt)
Sugerowany wiek: 5+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Dokąd wybieracie się na wakacje? Macie na liście swoich ulubionych miejsc takie mniej popularne, troszkę ukryte skarby?

Grajki Majki: „Diamond Quest” SmartGames

Tym razem to post raczej z cyklu „Grajki Matki”, bo łamigłówka, którą chciałabym Wam dziś pokazać jest od 10 lat. I to minimum, bo ja mam prawie trzy razy tyle i muszę przyznać, że w miarę swobodnie czuję się tylko na poziomach starter i junior (i to wcale nie w przypadku wszystkich zadań!), a potem zaczynają się schody.

Gra jest przepiękna, szczególnie dla takiej sroki, jak ja. Składa się z zamykanego pudełka z 13 wgłębieniami oraz 13 przezroczystych diamentów w czterech kolorach i trzech kształtach. Diamenty niebieskie, zielone, pomarańczowe i żółte są w komplecie po trzy – w kształtach zbliżonych do koła, kwadratu i trójkąta. Czerwony diament jest natomiast jeden jedyny i najważniejszy. Bo i cała zabawa w tym, by, kierując się wskazówkami z zadań, umieścić go na właściwym miejscu.

W każdym z zadań znajdziemy wskazówki zdradzające ułożenie części elementów na planszy (lub określające miejsca, w jakich określone diamenty nie mogą się znajdować) – czasem elementy pokazane są dokładnie, innym razem zdefiniowano jedynie kolor albo kształt elementu. Czasem też pokazana jest cała plansza, a czasem jedynie jej mniejszy lub większy fragment. Na każde zadanie może przypadać jedna, lub więcej podpowiedzi – zdarza się, że otrzymujemy nawet 6 wskazówek, które trzeba do siebie dopasować by rozwiązać zagadkę.  

Podobnie jak w innych tytułach tej serii, mamy do wyboru cztery poziomy trudnościstarter, junior, expert i master. A jeśli już naprawdę jesteśmy pewni, że nie uda nam się znaleźć rozwiązania, albo chcemy się upewnić, czy ułożyliśmy dobrze, to na końcu każdego działu znajdują się odpowiedzi.

To zdecydowanie nasza najbardziej skomplikowana z układanek SmartGames. I, co za tym idzie, chyba najbardziej satysfakcjonująca, kiedy już uda się rozwikłać łamigłówkę. Nieźle potrafi wymęczyć mózgownicę, nawet w przypadku dorosłego. Albo przynajmniej takiego niezbyt wprawionego w grach logicznych, bo do takich zdecydowanie przynależę (chociaż niedługo może się to zmienić!). Mino to zaskakująco mało towarzyszy mi przy niej frustracji – może po prostu nie potrafię się złościć przekładając diamenty.

Nie dajcie się zwieść wielkości kartonu – sama gra jest całkiem zgrabna i kompaktowa, diamenty wraz z książeczką z zadaniami i instrukcją zamykają się w pudełku z planszą układanki. Wystarczy drobne zabezpieczenie w postaci gumki recepturki i spokojnie można wrzucić grę do torebki albo plecaka. Dobrze sprawdzi się wiec w roli gry podróżnej.

Diamond Quest
Autor: Alain Brobecker & STUDIO SMART
Ilość elementów: 13
Sugerowany wiek: 10+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI Games.