Czas na czytanie: „Królestwo ciała i ognia” Jennifer L. Armentrout

Drugi tom dość kontrowersyjnego cyklu „Krew i popiół” to powieść o podróży i docieraniu się.

Cały świat Poppy, wraz z rolą, którą miała w nim odegrać, okazał się kłamstwem i została nagle zupełnie sama w rzeczywistości pełnej wrogów.

W tej części, poza kolejnymi informacjami o świecie przedstawionym, zamieszkujących go stworzeniach, bogach, panujących zwyczajach i historią konfliktu między Solis i Atlantią, które zostają czytelnikowi zgrabnie zaserwowane głównie za pomocą niezliczonych pytań, jakimi Poppy zasypuje Kierana (sam Kieran jest w ogóle naj postacią drugiego tomu!) jest mnóstwo o emocjach i relacjach. I to nie tylko o tych raczej skomplikowanych pomiędzy głównymi bohaterami. Bo jak Cas i Poppy mogą ze sobą walczyć i się godzić, tracić do siebie zaufanie i na nowo się do siebie przekonywać, tak do przekonania zostanie jeszcze cały lud Atlantii. Który miał wobec byłej Panny jasno sprecyzowane i raczej krwiożercze plany.

Podróż, w którą wybierają się bohaterowie to dla Penellaphe czas na rozwój – rozwój zarówno jej unikalnych umiejętności, jak i rozwój emocjonalny, bo nie tylko musi dojść do ładu z demonami przeszłości, ale i odkryć jaką drogą podążać i kim chce tak właściwie być po odrzuceniu welonu.

Wciąż jest to zdecydowanie romans, a wręcz powieść erotyczna, bo nie brak tu pikantnych momentów i ostrzejszych fantazji – między innymi o upuszczaniu krwi (w końcu to wampiryczne klimaty!), publiczności czy trójkątach. No i oczywiście syndrom sztokholmski ma się dobrze, w końcu to lovers to enemy to lovers z małym porwaniem w tak zwanym międzyczasie. Ale jak dla mnie wciąż wszystko jest dobrze wyważone i ma akceptowalne proporcje – seksów jest dużo, ale nie do znudzenia i jednocześnie nie cierpi na tym fabuła. No i nie odnosi się wrażenia, że cała historia jest jedynie pretekstem do napisania łóżkowych scen.

Na tylnej okładce umieszczono też ostrzeżenie „Książka dla dorosłych” – bardzo tłustym drukiem – co powinno zapobiec nieprzyjemnym zaskoczeniom, jakie miały miejsce w przypadku pierwszego tomu.

Po raz kolejny jestem zaskoczona tym, jak szybko i przyjemnie się to czytało. Autorka jak najbardziej utrzymała moje zainteresowanie i nie chociaż nie jest to lektura z kategorii Książki-Które-Zmieniły-Moje-Życie, to nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Bardzo przyjemny relaks i jak dla mnie całkiem trafione połączenie – fajnie napisana fantastyka, krwiopijcy i seksy w gorących źródłach – na hamak czy plażę jak znalazł.

Jennifer L. Armentrout, Królestwo ciała i ognia, Warszawa: Wydawnictwo You&YA, 2022, 608 s.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem You&YA.

Bajki Majki: „SEX. To, o czym dorośli Ci nie mówią” Boguś Janiszewski, Max Skorwider

„To, o czym dorośli Ci nie mówią” to bardzo charakterystyczna seria encyklopedii dla nastolatków podejmująca trudne do wytłumaczenia tematy (takie jak m.in. ekonomia, sztuczna inteligencja, polityka, emocje czy ochrona klimatu) w sposób atrakcyjny dla młodego odbiorcy – posługując się humorystycznymi ilustracjami, elementami komiksowymi, obsadzając w rolach narratorów bardzo zaskakujące postacie, posługując się żartem i czasem absurdalnymi ale zapadającymi w pamięć porównaniami. Najnowsza część o seksie bardzo dobrze wpisuje się w ten schemat.

Wielkim plusem jest jak najszersze spojrzenie na rozważany problem – w przeciwieństwie do większości tytułów podejmujących ten temat, nie skupiamy się tu zaledwie na pytaniu „skąd się biorą dzieci?” (i którędy wychodzą?) oraz na kwestiach dojrzewania. Autorzy zaczęli od samych początków życia, podziału komórek i informacji zapisanych w kodzie DNA, przez kwestie płci, różnorodność genetyczną i sposoby na zapłodnienie w świecie przyrody, popędy zmuszające organizmy do zainteresowania kwestią rozmnażania się, mechanikę rozmnażania się u ludzi wraz z całym bagażem hormonalno-emocjonalnym i kwestiami rozwoju zarodka, aż po tematykę różnorodności, tolerancji, stereotypów i warstw kulturowych. Jest to zatem mocny koktajl informacyjny który może i wstrząsnąć i zmieszać, ale jednocześnie zawiera w sobie bardzo dużą dawkę wiedzy na mnóstwo tematów (a każdy z nich zasługuje przecież na przynajmniej jedną własną książkę).

Biorąc więc pod uwagę specyfikę podjętego tematu, dość mocny dowcip, bardzo charakterystyczny, satyryczny styl ilustracji, młodzieżowe słownictwo i śliniącą się, sepleniącą lamę z wadą zgryzu w jednej z narratorów nie da się ukryć – ta książka jest cringowa. Pamiętajmy jednak do jakiej grupy odbiorców została skierowana – to, co przez dorosłego może być odbierane jako niepokojące i dziwaczne, dla nastolatka będzie nie tylko bardziej atrakcyjne, ale i przede wszystkim może być łatwiejsze w odbiorze niż klasyczny tekst.

Trzeba jednak brać pod uwagę fakt, że ten sposób narracji – bardzo cool i spoko (a może po prostu narracji skierowanej do młodego odbiorcy?) – często prowadzi do nadmiernych uproszczeń i skrótów myślowych, z których mogą wychodzić różne „kwiatki”. Szczególnie kiedy temat jest raczej delikatny. Mnie na przykład nieprzyjemnie zaskoczyła sugestia, że osoba może być aseksualna, kiedy „Matka Natura zapomni o płci” – niby wiem co autor miał na myśli, ale jednak to mocno średnie, może nawet szkodliwe wytłumaczenie.

Dlatego też dochodzę do wniosku, że ta książka będzie super wyborem dla tego określonego, bardzo specyficznego odbiorcy, jakim jest kilkunastolatek ale na pewno nie na pierwszy kontakt w temacie szeroko pojętej seksualności i nie jako jedyny. Sami autorzy zresztą podają całkiem szeroką bibliografię jako uzupełnienie lektury.

Warto też oczywiście z dzieckiem rozmawiać, dopowiadać od siebie, rozjaśniać i rozwiewać wątpliwości, a czasem wspólnie szukać odpowiedzi. Choć zapewne z nastolatkiem już nie bardzo się da (szczególnie, że jest to typ książki, którą lepiej czytać samemu, niż wspólnie z rodzicem), jeszcze nie mam w domu żadnego egzemplarza, więc pewnie nie do końca wiem, o czym mówię.

Boguś Janiszewski, Max Skorwider, SEX. To, o czym dorośli Ci nie mówią, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2022, 160 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Loveless” Alice Oseman

Na miłości Georgia zna się jak nikt – wielka fanka teatru, musicali i komedii romantycznych, zapalona czytelniczka, która „żyła setkami żyć i przeżyła setki miłosnych historii” wraz z każdą przeczytaną książką, ma za sobą setki nieprzespanych nocy zarwanych przy fanfikach wszelakich, byle z romansem w te. I oczywiście, jak większość nastolatek, sama marzy o przeżyciu wielkiej miłości – o wspólnocie dusz, motylach w brzuchu, sercu przyspieszającym rytm na widok ukochanej osoby, trzymaniu się za ręce i nieprzytomnych pocałunkach pod gwiazdami. Dlaczego więc, kiedy ma okazję wiedzę teoretyczną przekuć w praktykę, zamiast dreszczyku ekscytacji czuje wyłącznie ogarniającą ją grozę?

Jak to możliwe, że kończąc szkołę nigdy nie była zakochana i nigdy się nawet nie całowała?

Ale od czego są studia! Trudno o lepsze środowisko do miłosnych eksperymentów. W końcu miłość, romans i zakochanie otaczają nas ze wszystkich stron – od filmów i książek, przez pary oblegające parkowe ławki (i wszystkie inne powierzchnie), aż po reklamy płatków śniadaniowych, a na kampusie nietrudno zdobyć zainteresowanie innej osoby. Co może być w tym trudnego?

Kiedy jednak wszystkie próby kończą się fiaskiem, przyjdzie jej zmierzyć się z rozważaniami na temat seksualności – i nie tylko pod tym najbardziej powszechnym i nieco już oswojonym względem jak homo- i heteroseksualność, ale również z bardziej egzotycznymi pojęciami aromantyczności i aseksualności (nawet komputer podkreśla mi te wyrazy jako nieznane…). A także nad różnymi ich wariacjami.

„Kiedyś z pewnością słyszałam o aseksualności. Widziałam jakiś ludzi rozmawiających o tym online, a niektórzy z nich mieli tę informację w bio na Twitterze lub Tumblrze. (…) Ale prawie nigdy nie słyszałam, by ludzie używali tego terminu w prawdziwym życiu, a nawet w telewizji czy filmach”.

Czy każdy z nas w końcu znajdzie kogoś dla siebie? I czy szczęście bez romantycznej miłości jest w ogóle możliwe?

„Loveless” to z jednej strony bardzo przyjemna, momentami nawet nieco naiwna młodzieżówka z nieco teatralnie przedstawionym życiem braci studenckiej z lekko „amerykańskim”, musicalowym sznytem. Z drugiej zaś podnosząca na duchu historia o sile przyjaźni, akceptacji i samoakceptacji, poznawaniu siebie, potrzebie przynależności i o miłości, która wcale nie musi łączyć się z pożądaniem czy fizyczną bliskością.

„Podaruj swoim przyjaźniom magię, jaką podarowałabyś romansowi. Bo są równie ważne. W zasadzie dla nas są dużo ważniejsze”.

To wreszcie jedno z niewielu przedstawień aromantyczności i aseksualności w literaturze młodzieżowej – pozwalające w przyjemny i angażujący sposób zapoznać się ze stosunkowo mało znanymi i tak rzadko reprezentowanymi w popkulturze wariantami tożsamości psychoseksualnej. To mój ulubiony sposób zdobywania wiedzy na tego rodzaju tematy – to wspaniałe, że teraz jest na wyciągnięcie ręki każdego nastolatka.

Warto poświęcić jej chwilę.

Alice Oseman, Loveless, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2022, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Dwór Srebrnych Płomieni T.1 i 2” Sarah J. Maas

Niestety to pierwszy tom Dworów, który mocno mnie rozczarował i mimo całkiem miłego zakończenia, właściwie od początku do końca się przy nim męczyłam.

Mimo czekadełka w postaci „Dworu Szronu i Blasku Gwiazd” na kontynuację przygód Feyry przyszło nam długo czekać, co też nieźle wzmogło apetyt. Entuzjazm był więc spory, ale z przykrością stwierdzam, że 4 tom ani trochę nie spełnił moich oczekiwań.

Pierwszą dużą zmianą jest zmiana narratora – głównymi bohaterami tej części są Nesta z Kasjanem i to oni prowadzą nas przez historię, choć to mnie jeszcze nie zniechęciło, bo i zmiana spojrzenia może czasem wyjść serii na dobre. Nie wyszła.

Moim pierwszym zarzutem jest przesyt scen erotycznych, który całkowicie dominuje zmieniając fantastyczną przygodę w erotyk. I to kiepski erotyk, bo to, co choćby w „Dworze Mgieł i Furii” było ekscytujące i zmysłowe, tu jest płytkie i wulgarne. Kompletnie brakuje pobudzającego napięcia między bohaterami i wzajemnego przyciągania, które udziela się czytelnikowi, a dokładnie opisane sceny seksu sprowadzają się do ulegania pożądaniu w wydaniu raczej zwierzęcym. I jak dwie pierwsze sceny w jakimś stopniu przykuły moją uwagę, choć nie spowodowały piekących rumieńców, to niezliczone kolejne raczej już przerzucałam w poszukiwaniu fabuły. I w sumie nie wiem, czy ta nijakość miała oddawać charakter bohaterów, czy to może na przykład kwestia tłumaczenia.

Drugim minusem jest spore spłycenie świata przedstawionego. Uwielbiałam czytać o pełnym cudów, barwnym Velaris i innych zakątkach świata fae, czego tutaj właściwie w ogóle nie ma. Podobnie wszystkie pozostałe postacie, poza głównymi bohaterami i Domem zostały potraktowane sztampowo i po macoszemu – zarówno Ci nowi, jak i dobrze już nam znani. Właściwie jedynym fajnym akcentem jest relacja Nesty z Domem, bo wszystkie inne Bardzo Trudne Misje i wycieczki do miejsc przesiąkniętych Pierwotnym Złem przychodzą jej nadspodziewanie łatwo.

Co prawda mamy tu duży nacisk na siłę kobiet, siostrzeństwo i babską przyjaźń, a główną tematyką jest radzenie sobie z traumą, bezsilnością i składanie siebie na nowo po potwornych przeżyciach, ale w tym wszystkim strasznie brakowało mi autentycznych emocji. A bez nich wszystko wydaje się pompatycznie sztuczne i papierowe. O tym, że bohaterka płacze ze wzruszenia wiemy, bo tak jest napisane, ale zupełnie nie odczuwamy tych emocji – jako czytelnik zupełnie nie czułam się częścią tej historii.

I na koniec, żeby symfonia narzekania była kompletna, mam również zastrzeżenia do strony wizualnej. Przede wszystkim zupełnie nie widzę potrzeby dzielenia na dwa tomy historii liczącej ledwie 900 stron, nawet wydawanej w miękkiej oprawie – poza podwajaniem ceny książki. No i okładka stylem zupełnie odstająca od poprzednich tomów – w malowniczym kolorze betonu z tendencyjnymi maskami nawiązującymi formą do masek weneckich, gdzie w powieści opisywano coś na wzór pośmiertnej maski Agamemnona. Nieładne i chybione znaczeniowo. Za to projekt wygląda na niedrogi.

No nie wiem, pewnie marudzę, ale to zupełnie nie był ten sam klimat, co w poprzednich częściach, momentami normalnie aż byłam zażenowana. Smuteczek.

Sarah J. Maas, Dwór Srebrnych Płomieni T.1 i 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 640 + 304 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Bezdroża mroku” Agata Suchocka

Podobnie jak w przypadku „Pieśni słowika”, fabuła czwartej części cyklu „Podaruj mi wieczność” również toczy się dwutorowo, a historię poznajemy naprzemiennie z punktu widzenia dwóch różnych bohaterów. W ten sposób dowiemy się więcej o chyba najbardziej tajemniczej postaci serii – stwórcy Armagnaca – Lordzie Edgarze Huntingtonie (a przy okazji również o jego przyjaciółkach – Estelli i Salomei, a także o stworzonych przez niego krwiożerczych bliźniakach) oraz o pozostającym z nim w konflikcie, przepełnionym żalem po utracie ukochanego Lotharze Mintze. Obaj odsłaniają się przed czytelnikami całkowicie dzieląc się opowieściami jeszcze ze swoich ludzkich żyć, przez przejście na stronę mroku, nieśmiertelne romanse i przygody aż po nieuniknioną konfrontację, bez której Lotharowi nie będzie dane zaznać spokoju.

Po raz kolejny narratorami książki byli dwaj bohaterowie, do których mam zupełnie odmienny stosunek, dlatego też jak najszybciej czytałam części Huntingtona by móc już przejść do rozdziałów poświęconych Lotharowi, nie mogę więc powiedzieć, żeby książkę czytało mi się płynnie, za to na pewno zaskakująco wręcz szybko. Szczególnie, że w pewnym momencie losy obu postaci splotły się na wieczność.

Zdecydowanie lepiej odebrałam tą część, niż poprzednią, choć oczywiście nie obyło się bez mordów i seksu, stanowiących jakby nie patrzeć trzon tego gatunku. Mimo całego spaczenia i wszystkich traum charakteryzujących relacje między bohaterami, te mimo wszystko wydały mi się jakoś zdrowsze. Chyba.

Pozytywnie zaskoczyła mnie postać wnuka Armagnaca i nowego partnera Lothara – Thomasa Greenbourgha – który nakłania ukochanego do podzielenia się z nim wspomnieniami, nawet tymi najtrudniejszymi. Sama powieść skończyła się dla mnie nieco zbyt szybko, akcja urywa się (oczywiście!) w najciekawszym momencie i czuję pod tym względem spory niedosyt, bo jednak liczyłam na epicką konfrontację, final battle niemalże. Mam nadzieję, że kolejna część rozwinie ten wątek (wróćmy do tego miejsca, proszę!) i że Thomas zyska w niej nieco większą rolę.

Warto wspomnieć, że również ten tom został hojnie urozmaicony ilustracjami – zarówno spod ręki autorki, jak i autorstwa zaprzyjaźnionych z nią rysowników.

Anna Suchocka, Bezdroża mroku, Chorzów: Wydawnictwo Videograf, 2021, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Videograf.

Czas na czytanie: „Pieśń słowika” Agata Suchocka

Odczuwam potrzebę umieszczenia ostrzeżenia, że recenzowana książka jest skierowana do dorosłego czytelnika, zawiera graficzne sceny seksu, przemocy oraz tematykę, która może być odbierana jako kontrowersyjna.

„Pieśń słowika” to trzecia część wampirycznej serii Agaty Suchockiej i jednocześnie zupełnie osobna historia, dzięki czemu łatwo było czytać ją nawet po kilkuletniej przerwie od lektury poprzedniego tomu – szczegóły z dwóch pierwszych części nie są nam tu zupełnie potrzebne.

Tym razem opowieść dotyczy bohaterów, którzy w „Woła mnie ciemność” i „Twarzą w twarz” pełnili rolę poboczną – Arapaggia i Aleksandra oraz Józefiny której nie lubię, nie polubię i przez którą miałam momenty, w których myślałam, że nie doczytam tej książki. To chyba jednak z założenia nie jest postać, która ma się lubić.

Historia toczy się dwutorowo. Akcja fabuły „współczesnej”, zatytułowana „Królowa nocy”, dzieje się we Wiedniu pod koniec drugiej wojny światowej (Lothar i Armagnac szukają wówczas swojego mentora i  ten wątek pojawia się fragmentarycznie również w tej powieści) i przeplata się ze wspomnieniami początków znajomości Arapaggia i Aleksandra z Neapolu, kiedy Uccelino był początkującym śpiewakiem operowym.

Cykl „Daję Ci wieczność” z pewnością nie należy do łagodnych ani poprawnych politycznie – to książki zdecydowanie o charakterze guilty pleasure – patetyczna i egzaltowana harlequinowa fantazja na temat wampirów pełna seksu, krwi i mordowania z pewnością byłaby wodą na młyn dla Freuda. Na szczęście w dzisiejszych czasach erotyki w klimacie horroru nikogo raczej nie dziwią.

I tym razem autorka sięga po kontrowersję – dla odmiany jest nią status oraz przede wszystkim życie seksualne XVII-wiecznych kastratów i może wstyd się przyznać, ale właściwie nie wiedziałam, że takowe było w ogóle możliwe. Zawsze myślałam, że tego rodzaju obniżenie poziomu testosteronu uniemożliwia odczuwanie podniecenia seksualnego i występowania fizycznych reakcji ciała. Niestety nie trafiłam dotychczas na żadne źródła, by doczytać więcej w temacie wpływu kastracji na seksualność poza aspektem reprodukcyjnym. Nie znam się na tym i nie do końca potrafię stwierdzić, czy te wszystkie orgazmy i entuzjastyczne stosunki to jedynie fantazja literacka. Osobiście traktuję ją jako taką.

Niemniej jednak tym razem pojawia się wątek, który i mnie odrzuca – romantyzowanie przemocy. Mamy tu do czynienia z toksyczną relacją pełną zazdrości, zaborczości, potrzeby kontroli i brutalnych zachowań, od bicia aż po gwałty. I to jeszcze było dla mnie do przyjęcia, póki wierzyłam, że fabuła dąży do wyciągnięcia odpowiednich wniosków z takiego zachowania i że bohatera, po latach tęsknoty za ukochanym, czeka pewna przemiana. I tutaj UWAGA SPOILER – nie dąży i nie czeka. Wręcz przeciwnie, to ofiara (nie tak oczywiście niewinna, jak mogłaby być) poddaje pod wątpliwość swoją decyzję o ucieczce od przemocowca. I to jest już dla mnie niestety za dużo, a książka zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do granicy bycia „szkodliwą”. Bardzo liczę, że ta historia znajdzie jednak swoje rozwinięcie w kolejnych tomach, bo mimo całej mojej sympatii do tej pary, takie wnioski po lekturze wzbudzają we mnie niesmak.

Lubię klimat tej serii i jej bohaterów oraz samą wizję wampira, ale ze wspomnianych wcześniej powodów tym razem brakowało mi magnetyzmu, tak charakterystycznego dla pierwszej części i refleksji. Patrząc całościowo ten tom podobał mi się najmniej, choć niemalże do końca czytałam go raczej z przyjemnością. Niedługo ukaże się czwarta część cyklu, jestem bardzo ciekawa w którą stronę potoczy się akcja.

Anna Suchocka, Pieśń słowika, Chorzów: Wydawnictwo Videograf, 2021, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Videograf.

Czas na czytanie: seria „Pokusa” Ella Frank

Ocena pierwszej części serii „Pokusa” niewątpliwie zależy od oczekiwań, z jakimi się do niej podchodzi. Zanim po nią sięgnęłam, wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać – zostałam ostrzeżona, że „Try” nie ma fabuły, więc jej brak nie był dla mnie zaskoczeniem i, co za tym idzie, rozczarowaniem.

Dlatego ostrzegam również Was – nie spodziewajcie się fabuły, nie znajdziecie jej tutaj. To książka o dwóch facetach spotykających się pewnego dnia w barze – przystojnego prawnika-lowelasa biorącego z życia pełnymi garściami i nie szczędzącego sobie uroków obcowania z rozmaitymi przedstawicielami płci obojga tak często, jak to tylko fizycznie możliwe (Logan) oraz heteroseksualnego barmana w trakcie brzydkiego rozwodu z jędzowatą żoną (Tate). Jeden chce, drugi niby nie chce, więc pierwszy będzie go intensywnie przekonywał. Z jakim skutkiem, możecie się zapewne domyślić.

Czy stworzenie związku z osobą skaczącą z kwiatka na kwiatek jest w ogóle możliwe?

Nie spodziewajcie się jakichkolwiek opisów miejsc akcji, pogłębienia psychologicznego bohaterów, bardziej zaawansowanych dylematów moralnych, zaskakujących (albo jakichkolwiek innych) zwrotów akcji, czy wydarzeń nie związanych z czynnościami okołoseksualnymi. Nie ma ich tu. Relacja między dość schematycznie i stereotypowo zarysowanymi postaciami – garniturowiec vs. barman na motorze. Mają swoje charakterki ale jednak to ogień ich pożądania jest jedynym tematem powieści.

Nie brak tu za to oczywiście szczegółowych opisów seksów w rozmaitych miejscach i konfiguracjach.

Czy w związku z tym to kiepska książka? Moim zdaniem nie, jeśli tylko nie będziemy oczekiwać od niej, by była czymkolwiek poza erotykiem. Była za to całkiem dobrą towarzyszką piątkowego wieczoru z kieliszkiem wina.

Jak na książkę tego typu jest całkiem dobrze napisana, bez gloryfikacji gwałtów bez nadnaturalnych właściwości ludzkiego organizmu, z rzetelnie wykonaną korektą. Co prawda nazywanie męskiego członka we wzwodzie „masztem” niezmiennie mnie bawiło, a natrętne nazywania całowania „opadaniem na usta” drugiej osoby trochę mnie męczyło, ale mimo to czytało się bardzo ok. Tate trochę rozczarował mnie pod koniec płytkim zakończeniem kłótni, która miała znamiona poważnej, ale to przecież nie pierwszy książkowy bohater, z którego wyborami nie do końca się zgadzam.

Nie wiem, czy gdybym nie miała już przygotowanych pod ręką kolejnych części serii, zdecydowałabym się na ich zakup, ale skoro już mam, to chętnie poznam ciąg dalszy historii.

Tym razem będę już jednak miała pewne oczekiwania, bo tego rodzaju formuła powieści jest dobra na odstresowanie, ale nie może występować w nadmiarze. Liczę więc, że w kolejnych tomach fabuła jednak się pojawi i po tym całkiem długim wstępie opisującym początki związku bohaterów coś jeszcze zacznie się dziać w ich wspólnym życiu.

Ella Frank, Pokusa T.1: Try, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 488 s.

Uwaga, poniższe opisy dotyczą kolejnych części serii. Mogą zawierać (zapewne szokująco zaskakujące, w końcu tyle tam było fabuły…) spoilery. You have been warned.

Ok, jeśli chodzi o poziom fabuły, w „Take” zdecydowanie widać poprawsę. Oczywiście wciąż dominują seksy w miejscach wszelakich (żeby nie było nudno, pojawiają się takie urozmaicenia, jak samochód, czy domek letniskowy), ale zostają również określone dwa główne problemy, z którymi bohaterowie będą musieli zmierzyć się w tej części. I to problemy tylko pośrednio z seksem związane! Oba zostały już wcześniej zarysowane w „Try”, nie będzie więc wielkim nietaktem, jeśli Wam je zdradzę. Pierwsza duża burza czeka bohaterów w związku z ultrakatolicką rodziną Tate’a i jej średnio entuzjastycznym podejściem do objawionego nagle homoseksualizmu syna. Czy związek z niedawno poznanym mężczyzną jest wart przekreślenia relacji rodzinnych i zerwania kontaktów z najbliższymi?

Logan będzie musiał natomiast zmierzyć się z demonami przeszłości – czy raz zraniony będzie potrafił ponownie zaufać i otworzyć swoje serce dla nowego partnera? I czy Tate będzie chciał mieć cokolwiek do czynienia z facetem po takich przejściach?

Nie są to wciąż emocjonalne wyżyny a głębia relacji bohaterów wciąż przypomina brodzenie po mokrym chodniku, ale jakieś bardziej skomplikowane emocje i uczucia wreszcie się pojawiają. Poza pożądaniem i zaborczością znaczy. Będą pierwsze wyznania, zranienia i rozczarowania. Będzie też nadzieja, wsparcie i nareszcie odrobina nie łóżkowej akcji. Zostaną również wprowadzeni bohaterowie poboczni, którzy otrzymają nieco większą rolę, niż dotychczasowe cześć-cześć, a Tate z Loganem zaczną wchodzić z nimi w relacje.

Jak na mój gust „Take” okazało się bardziej zachęcające do kontynuowania serii niż „Try”. Okazuje się, że fabuła, nawet w erotykach, jednak bardziej pomaga, niż szkodzi.

Ella Frank, Pokusa T.2: Take, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 390 s.

Z każdym kolejnym tomem współczynnik zawartości fabuły do seksów jest coraz bardziej wyrównany. W „Trust” naprawdę już coś zaczyna się dziać. Wciąż jest to akcja dość sztampowa, typowa dla tego rodzaju historii – jest ocieranie się o śmierć, pojawiają się konflikty z rodziną, wspólne przedsięwzięcia i potencjalni konkurenci dla wzbudzenia zazdrości – ale to naprawdę robi różnicę, w porównaniu do pierwszego tomu jest zdecydowanie ciekawiej i mniej monotonnie. Po jak przy pierwszych kilku zbliżeniach bohaterów czerwienieją policzki i nie można się oderwać od czytania, tak przy kolejnych kilkunastu czytelnik zaczyna się nudzić. Szczególnie kiedy są pod rząd. W trzeciej części jesteśmy już raczej nasyceni łóżkowymi ekscesami Tate’a i Logana, więc coraz dłuższe chwile odpoczynku są bardziej niż mile widziane, to zdecydowanie duży plus.

A im więcej wyzwań dla związku, tym bardziej cementuje się związek i pojawia się więcej dojrzałych uczuć, jak tytułowe zaufanie, zaangażowanie, strach o ukochaną osobę czy poszukiwania złotego środka między samodzielnością, a zależnością. Coraz większą rolę zaczynają też pełnić w ich życiu przyjaciele i relacje z innymi ludźmi.

W ten sposób mamy też szansę lepiej poznać, a co za tym idzie, polubić bohaterów i przywiązać się do nich. I jak po pierwszym tomie nie byłam do końca przekonana względem kontynuowania tej przygody, tak teraz z przyjemnością sięgnęłabym po kolejne tomy. Seria „Pokusa” składa się z sześciu (!) części, jak na razie w języku polskim mamy trzy. Mam nadzieję, że już niedługo kolejne trzy pojawią się nakładem Wydawnictwa Kobiecego.

Ella Frank, Pokusa T.3: Trust, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 390 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

Bajki Majki: „Horror! Czyli skąd się biorą dzieci” Grzegorz Kasdepke

To najdziwniejsza książka dla dzieci o rozmnażaniu, jaka dotąd wpadła mi w ręce – utrzymana w konwencji horroru ze zjadaniem dzieci w roli głównej, gościnną wizytą komandosów (i ich regularną bitwą z przedszkolakami) wśród budzących grozę odgłosów burzy i sporą dawką dobrych rad i całkiem rzetelnej wiedzy bez zbędnego owijania w bawełnę w roli bonusu. Niezły misz-masz!

Pani Miłka – ukochana wychowawczyni przedszkolaków ma w brzuchu dziecko! Na grupę starszaków pada strach, kto następny wyląduje na talerzu przedszkolanki? I jak się obronić przed jej głodem? Ukryć się w szafce, zbudować fort, a może chwycić za broń? Pomysłowe dzieciaki wypróbują każdy z tych pomysłów, a zupełnie przy okazji, w ciągu naprawdę zdumiewających zdarzeń, dowiedzą się skąd naprawdę biorą się dzieci, co jest do tego potrzebne i dlaczego nie grządka z kapustą i majeranek do smaku.

To niestety nie jest książka dla nas, nie pokarzę jej Majce, przynajmniej na razie. A to dlatego, że, podobnie jak jeden z rodziców przedszkolaków z „Horroru”, pozwoliłam sobie kiedyś na średnio mądry żart – wąchając zapamiętale swoje czyste dziecko prosto wyjęte z kąpieli pełnej owocowej pianki powiedziałam, że „pachnie tak apetycznie, że chyba zaraz ją zjem”. Nawet zrobiłam „mniam mniam mniam!”. A Maja… wzięła to jak najbardziej na serio, wpadła w panikę i rozpacz i przez cały kolejny dzień nie chciała się do mnie zbliżać na krok, a potem jeszcze przez długi czas, mimo zapewnień i tłumaczeń patrzyła ma mnie podejrzliwie. W związku z tym „głupie żarciki” o zjadaniu dzieci nie wchodzą u nas w grę, jeszcze odmówiłaby mi chodzenia do przedszkola…

Ale jeśli Wasze starszaki mają mocniejsze nerwy, lubią takie klimaty są już na tym etapie, że nie biorą wszystkiego do siebie i doceniają historie z dreszczykiem, to jak najbardziej, bo w książce znalazło się wiele wartościowych informacji. Poza faktem, że przedszkolaki jednak dowiadują się o tym co u dorosłych idzie gdzie, dlaczego tak i że na golasa, a także o jajeczkach i plemnikach, znajdzie się też sposobność obalenia sporej liczby mitów o bocianach, kapustach i kurierach przynoszących bobasy kupione na allegro. I oczywista oczywistość, że nie tylko dzieci czują strach i że da się go oswoić.

Książkę kończą dobre rady i wskazówki dla dzieci i dorosłych. I nawet jeśli nie przeczytam tej pozycji razem z córką, to te ostatnie strony z pewnością wykorzystam, bo dobrze tam autor prawi.

A całą resztę polecam przedszkolakom nieustraszonym, a rodzicom w szczególności.
Wartościowa, ale nie dla każdego czytelnika.

Grzegorz Kasdepke, Horror! Czyli skąd się biorą dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „O wiele więcej” Kim Holden

„(…) moje serce rozpadło się na kawałki. Był to niszczący cios, pozostawiający po sobie jedynie kurz, w którym niemożliwe stało się ponowne poskładanie okruchów”.

Powiem Wam, że ta książka strasznie mnie wymęczyła. Nie zrozumcie mnie źle, lubię urocze, uwznioślone banały i natchnione cytaty o miłości, w gimnazjum chętnie wpisałabym je sobie na ostatniej stronie zeszytu. Problem w tym, że musiałabym mieć bardzo dużo zeszytów, bo ta książka składa się z nich w 75 procentach. Nie żartuję, egzaltowane wywody o  trudach miłości ciągną się tu całymi stronami! I zdradzę wam sekret – w takim natężeniu kompletnie tracą swój urok, bo wyszło z tego coś pomiędzy „Listem do Koryntian”, a Paolo Coelho, a Listem do Koryntian. Z małą domieszką Pawlikowskiej, ale niestety Beaty.

„Odebrałaś mi nienawiść i przekształciłaś ją w miłość”.

Mamy tutaj do czynienia z odwróceniem ról – zazwyczaj pełna dobra i szczerej miłości kobieta trafia na zimnego drania-karierowicza, który ją wykorzystuje, zdradza i nie szanuje. Tutaj sytuacja jest odwrotna – Seamus jest „świętym”, idealnym mężem i ojcem, a jedyne, co leży w zainteresowaniach Mirandy, to pozycja wiceprezesa, nieskazitelna fasada i uwielbienie ze strony męża. Ale szklanki wody w kryzysowej sytuacji, to ona nie poda. Są zdrady, brzydki i bolesny rozwód, sympatyczna striptizerka, szantaż, walka o dzieci, walka z chorobą, pogoń za bogactwem. I niby mamy tu sporo poważnych problemów i mało sympatycznych zagadnień, które budzą sporo emocji, ale mam wrażenie, że przez tą całą pseudofilozoficzną otoczkę coś im odebrano. Że nie zostały potraktowane wystarczająco serio.

Ta historia ma swoje momenty, ale ma ich niewiele. Pięknie przedstawiono rodzicielstwo jako drogę odkupienia. W moim odczuciu to jednak za mało, żeby ją na dłużej zapamiętać.

„Czasami potrzeba niewinności dziecka, by przypomnieć sobie o tym, co istotne”.

Wydaje mi się też, że w tej książce zabrakło odcieni szarości – on jest na wskroś dobry, a los stale go doświadcza, ona to zimna sucz – na wskroś zła i bezduszna, ale w końcu przechodzi wewnętrzną przemianę. Wszystko to w otoczeniu wielkich dramatów i z historią dwóch dobrych i niewinnych, ale skrzywdzonych przez los kobiet w tle. Banał goni banał, a całość jest przewidywalna aż do bólu zębów.

Byłam świadoma, faktu, że po „Promyczku”, każda kolejna książka Kim Holden ma coraz mniej i mniej magii, ale dotychczas żadna z nich mnie nie rozczarowała. Ale chociaż ta jest zupełnie nie w moim guście, to na pewno sięgnę po kolejne tytuły tej autorki, bo bardzo skutecznie skradła moje serce i pewnie dam szansę każdej jej kolejnej książce. Wiem przecież,  że potrafi stwarzać legendy!

Kim Holden, O wiele więcej, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 410 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~