Bajki Majki: „SEX. To, o czym dorośli Ci nie mówią” Boguś Janiszewski, Max Skorwider

„To, o czym dorośli Ci nie mówią” to bardzo charakterystyczna seria encyklopedii dla nastolatków podejmująca trudne do wytłumaczenia tematy (takie jak m.in. ekonomia, sztuczna inteligencja, polityka, emocje czy ochrona klimatu) w sposób atrakcyjny dla młodego odbiorcy – posługując się humorystycznymi ilustracjami, elementami komiksowymi, obsadzając w rolach narratorów bardzo zaskakujące postacie, posługując się żartem i czasem absurdalnymi ale zapadającymi w pamięć porównaniami. Najnowsza część o seksie bardzo dobrze wpisuje się w ten schemat.

Wielkim plusem jest jak najszersze spojrzenie na rozważany problem – w przeciwieństwie do większości tytułów podejmujących ten temat, nie skupiamy się tu zaledwie na pytaniu „skąd się biorą dzieci?” (i którędy wychodzą?) oraz na kwestiach dojrzewania. Autorzy zaczęli od samych początków życia, podziału komórek i informacji zapisanych w kodzie DNA, przez kwestie płci, różnorodność genetyczną i sposoby na zapłodnienie w świecie przyrody, popędy zmuszające organizmy do zainteresowania kwestią rozmnażania się, mechanikę rozmnażania się u ludzi wraz z całym bagażem hormonalno-emocjonalnym i kwestiami rozwoju zarodka, aż po tematykę różnorodności, tolerancji, stereotypów i warstw kulturowych. Jest to zatem mocny koktajl informacyjny który może i wstrząsnąć i zmieszać, ale jednocześnie zawiera w sobie bardzo dużą dawkę wiedzy na mnóstwo tematów (a każdy z nich zasługuje przecież na przynajmniej jedną własną książkę).

Biorąc więc pod uwagę specyfikę podjętego tematu, dość mocny dowcip, bardzo charakterystyczny, satyryczny styl ilustracji, młodzieżowe słownictwo i śliniącą się, sepleniącą lamę z wadą zgryzu w jednej z narratorów nie da się ukryć – ta książka jest cringowa. Pamiętajmy jednak do jakiej grupy odbiorców została skierowana – to, co przez dorosłego może być odbierane jako niepokojące i dziwaczne, dla nastolatka będzie nie tylko bardziej atrakcyjne, ale i przede wszystkim może być łatwiejsze w odbiorze niż klasyczny tekst.

Trzeba jednak brać pod uwagę fakt, że ten sposób narracji – bardzo cool i spoko (a może po prostu narracji skierowanej do młodego odbiorcy?) – często prowadzi do nadmiernych uproszczeń i skrótów myślowych, z których mogą wychodzić różne „kwiatki”. Szczególnie kiedy temat jest raczej delikatny. Mnie na przykład nieprzyjemnie zaskoczyła sugestia, że osoba może być aseksualna, kiedy „Matka Natura zapomni o płci” – niby wiem co autor miał na myśli, ale jednak to mocno średnie, może nawet szkodliwe wytłumaczenie.

Dlatego też dochodzę do wniosku, że ta książka będzie super wyborem dla tego określonego, bardzo specyficznego odbiorcy, jakim jest kilkunastolatek ale na pewno nie na pierwszy kontakt w temacie szeroko pojętej seksualności i nie jako jedyny. Sami autorzy zresztą podają całkiem szeroką bibliografię jako uzupełnienie lektury.

Warto też oczywiście z dzieckiem rozmawiać, dopowiadać od siebie, rozjaśniać i rozwiewać wątpliwości, a czasem wspólnie szukać odpowiedzi. Choć zapewne z nastolatkiem już nie bardzo się da (szczególnie, że jest to typ książki, którą lepiej czytać samemu, niż wspólnie z rodzicem), jeszcze nie mam w domu żadnego egzemplarza, więc pewnie nie do końca wiem, o czym mówię.

Boguś Janiszewski, Max Skorwider, SEX. To, o czym dorośli Ci nie mówią, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2022, 160 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Może zawierać orzeszki” John O’Farrell

Spójrzcie tylko co znalazłam! Recenzja z 2018 roku, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, bo i nigdy nie było na nią czasu… Ale jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze! Mój styl robienia zdjęć trochę się zmienił od tamtego czasu, nieprawdaż? :)

Oto książka o najbardziej nadopiekuńczych i wymagających rodzicach świata. Serio, po tej lekturze czułam się tak bardzo normalna i zrównoważona, że aż mi ulżyło.

_20170718_123328

Małżeństwo idealne – Alice ma sprawę w sądzie za szerzenie matczynego aktywizmu (przy pomocy kukły Tony’ego Blaira!) na rzecz spowolnienia ruchu samochodowego przed swoim domem, a wykształcony David uczy czterolatka analizowania muzyki klasycznej. W takiej sytuacji pomysł przebrania się za nastolatkę i napisania za nią testu z matematyki, by dostała się do snobistycznej szkoły pozbawiającej dzieci dzieciństwa już nawet czytelnika nie dziwi. Swoją drogą to równocześnie wielkie poświęcenie – główna bohaterka jest w końcu prawie tak dobra z matmy jak ja. Czyli wcale.

Główni bohaterowie naprawdę zdrowo przesadzają prześcigając się ze znajomymi w wymyślaniu sposobów na zapewnienie swoim dzieciom świetlanej przeszłości. Żyją na elitarnym, zamkniętym osiedlu, posyłają maluchy do elitarnych, prywatnych szkół, gdzie oczekują od nich bycia najlepszymi. Wszędzie jeżdżą samochodem, śledzą swoje dzieci nawet w szkole! Przerysowany (mamm nadzieję…) opis macierzyńskiego wyścigu szczurów wypada wręcz histerycznie, a ci opiekuńczy i troskliwi rodzice od maleńkości wpychają swoje dzieci w schemat, który nikogo chyba jeszcze nie uczynił szczęśliwym. Panicznie boją się „świata zewnętrznego”, czyli tak naprawdę wszystkich niezaliczających się do ich kręgu znajomościowo-majątkowego istot ludzkich.

Wszystko zmienia się w momencie, w którym Alice przypadkowo udaje się poznać osobę spoza jej strefy bezpieczeństwa. I nagle na nowo musi przemyśleć cały swój światopogląd.

„ Okres, kiedy twoje dzieci są od ciebie całkowicie zależne, to niesamowicie krótki etap w życiu. (…) trzeba było myśleć o tylu sprawach, zewsząd czekało tyle potencjalnych zagrożeń, że człowiek z łatwością zapomniał, że powinien się tym po prostu nacieszyć. Na tym wielkim placu zabaw, jakim jest macierzyństwo, zawsze stoi huśtawka między radością, a strachem, ale jeśli ciągle będziesz usadzała swój wielki tłusty lęk tylko po jednej stronie, to ani ty, ani twoje dzieci nigdy nie zaznacie prawdziwego szczęścia.”

Momentami zabawna, momentami przerażająca. Choć mocno przesadzona, zawiera w sobie ziarenko prawdy i skłania do przemyślenia tego i owego.

John O’Farrell, Może zawierać orzeszki, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2006, 308 s.
~ Książka została przeczytana w ramach wyzwania czytelniczego WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Wielki ogarniacz życia” Pani Bukowa

Nie przepadam za poradnikami, bo poradniki wpędzają mnie w depresję. Najpierw wrednie wytykają mi wszystkie błędy, które popełniam w życiu, a potem drażnią wyrzutami gdzieś z tyłu głowy, kiedy nie stosuję się do wyszczególnionych w nich zaleceń. Jak być super mamą, jak karmić dziecko nie dając mu papek i klapsów, jak mieć zgrabny tyłek supermodelki, jak się zdrowo odżywiać, jak być lubianym i przebojowym i jak organizować swój czas, żeby zdołać to wszystko zrobić – są setki książek, które wtykają nam do głów swoje oświecone filozofie starając się ustawić nasze życia pod linijkę.

Ale ja nie za bardzo lubię pod linijkę. Lubię za to niezdrowe jedzenie, ułatwianie sobie życia gotowymi rozwiązaniami i swoją aspołeczność. No i jakby to powiedzieć… jestem też trochę leniwa. Trochę bardzo. W końcu najlepszy sport to taki, który można na spokojnie obejrzeć w telewizji, a jedzenie to najważniejszy posiłek dnia.

I wiecie co? Pani Bukowa też. Jest tak cudownie normalna – lubi spać, lubi jeść, lubi wypić i kiedy akurat nie śpi wypełnia sobie wolny czas oglądaniem zabawnych kotków w internetach. Nareszcie ktoś napisał książkę o mnie i dla mnie! I to kto? Celebryta!

Oglądasz sobie memy w internecie, śmieszkujesz, polubiasz, zapisujesz i wysyłasz znajomym. Jakiś czas później memy robią się sławne, więc widzisz je na kubkach, koszulkach i empikowych duperelach. A potem nagle bach – okazuje się, że śmieszne obrazki mają świadomość i właśnie wydają książkę. A że Panią Bukową uwielbiam, nie mogłam jej nie przeczytać.

Przyznaję jednak, że „Wielki ogarniacz życia” otwierałam ze sporymi obawami – często przecież bywa tak, że osoba racząca publiczność ciętymi uwagami i genialnymi ripostami, w dłuższej wypowiedzi okazuje się być po prostu nudna. Albo co gorsza nadęta. Całe szczęście nie tym razem.

Bo ten poradnik – choć bardziej chyba zbiór felietonów, bo rolę poradnika odgrywają tak naprawdę tytuły rozdziałów i trzy ostatnie strony – jest po prostu G E N I A L N Y. Szczery, uszczypliwy i zabawny. Autorka podchodzi do życia z dużym dystansem, nie rozpamiętuje swoich wad i porażek. Nie podąża za trendami ani niedoścignionym ideałem kobiecości. Jeśli lubi pizzę – nie rezygnuje z glutenu, jeśli nie lubi jarmużu, to go nie je, jeśli nie lubi się męczyć, to nie katuje się ćwiczeniami. Co wcale nie znaczy, że nie próbowała żadnej z tych rzeczy, wręcz przeciwnie – próbuje odnaleźć się w coraz to kolejnych nowych modach i sarkastycznie, choć bez złośliwości obnaża ich bezsensowność. Nie bez wpadek i publicznego blamażu rzecz jasna. Ale której z nas nie zdarzają się takie wpadki?

Przyjemnie swojska, trochę zwariowana, pełna dystansu do samej siebie Brigdet Jones codzienności. Bohaterka, z którą identyfikuję się w 100%, choć tak naprawdę sporo brakuje mi do jej luzu.

Swojej filozofii nikomu nie wciska na siłę – niczego nie nakazuje, na udziela złotych porad, nie przekazuje niezawodnego przepisu na życie – jedyne co robi, to dzieli się z czytelnikami swoimi zakręconymi, podszytymi ironicznym poczuciem humoru doświadczeniami i udziela kilku drobnych wskazówek.

Z lektury dowiemy się miedzy innymi jak nie zakładać firmy, jak marnować czas w pracy, jak nie biegać, jak zestresować się antystresową kolorowanką, jak dobyć fejm na instagramie i jak się zmęczyć na wakacjach.

Okazuje się, że sposób na życie wg Pani Bukowej, to:

„… robić to, czego się chce TERAZ”.

„… jeśli zdecydowałaś się coś robić i to nie działa, to nic nie szkodzi! (…) O wiele lepiej jest wiedzieć, co mniej więcej chce się robić, ale jeśli w praktyce wychodzi coś innego, co też jest fajne, to nie odrzucać tego tylko z tego powodu, że nie pasuje do pierwotnego założenia. Plany to przereklamowana sprawa.”

I szczerze wierzę, że właśnie mi (z moim usposobieniem typowego prymusa z zeszytem pełnym kolorowych szlaczków, starannych notatek i równo popodkreślanych tematów) z takim nastawieniem żyłoby się dużo lepiej. I na pewno spróbuję.

Ale jak nie do końca się uda, to przecież nic nie szkodzi.

Pani Bukowa, Wielki ogarniacz życia, Kraków: Flow Books, 2017, 304 s.

Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „W zasadzie tak” Jacek Fedorowicz

Jako osoba całkiem jeszcze młoda, urodzona po ’89 roku, nie mam prawa pamiętać życia w absurdalnej rzeczywistości PRLu. Ledwo pamiętam też autora książki (który przecież wciąż jeszcze żyje!) – mętnie kojarzę jego głos, twarz i butelkowe okulary jako nierozerwalnie związane z wejściową melodyjką Dziennika Telewizji.

Moi rodzice nigdy nie byli szczególnie skorzy do opowieści o tym „jak to się kiedyś żyło”, zawsze przełączali namiętnie powtarzanego w telewizji „Misia” i zdecydowanie woleli patrzeć w przyszłość, niż rozpamiętywać przeszłość. Między innymi dlatego książka Federowicza odsłania przede mną fragment historii, którego nie dane mi było poznać. Oczywiście – szkolne podręczniki przekazały mi wiedzę dotyczącą hiperinflacji, braku dostępności towarów na sklepowych półkach, czy nadmiernie rozbudowanych aparatów administracji państwowej, ale to wciąż wiedza „papierowa” i mocno abstrakcyjna dla osoby dorastającej w dobrodziejstwach kapitalizmu. Dla przeciętnego ucznia rzeczywistość naszych rodziców jest naprawdę trudna do wyobrażenia. Dlatego też proponuję wprowadzić „W zasadzie tak” do licealnego kanonu lektur – może być nieobowiązkowa, bo wiadomo przecież, że te czyta się znacznie chętniej.

Ta niedługa książeczka jest zbiorem felietonów, w których autor stawia sobie za cel udzielenie odpowiedzi na ponadczasowe pytanie „Jak żyć?”. I faktycznie takiej odpowiedzi udziela – ba! – daje gotowy przepis, niemalże instrukcję obsługi życia, stając się przewodnikiem po absurdach codzienności. Kreuje satyryczny obraz epoki starając się jednocześnie utrzymać czytelnika przy zdrowych zmysłach, jak i (a może przede wszystkim) oszczędzić mu nerwów podczas codziennej szarpaniny z systemem. Cudowny sposób na osiągnięcie zen w kontaktach ze światem zewnętrznym opiera się na koncepcji „niczego dobrego się nie spodziewam, więc nie dam się niemile zaskoczyć”. I faktycznie, przypominam sobie, że tego rodzaju nastawienie przychodziło mi kiedyś instynktownie, chociaż poszło się paść w starciu z macierzyństwem. I faktycznie wcześniej byłam znacznie mniej zestresowanym człowiekiem.

Sama lektura działa zaskakująco odprężająco i ma pocieszycielską moc – poza oczywistym rozbawieniem, niejednokrotnie odczułam prawdziwą ulgę, że jednak przyszło mi żyć w takich, a nie innych czasach. Chociaż podejrzewam, że te 50 lat temu czytanie o nowoczesnych sprzętach kupowanych do pokoi hotelowych, po to, by były, a nie po to, by działały, o znakach drogowych, które stoją, żeby stać, a nie po to, by były respektowane i o ekspedientkach, które zdecydowanie nie mają na celu sprzedaży dóbr i usług mogło być znacznie mniej zabawne.

„Korzystając z naszej uaktualnionej mapy, znacznie rzadziej spoglądamy na drogowskazy, ponieważ na naszych szosach daje się zaobserwować pewne zachwianie proporcji między drogowskazami drogowymi, a drogowskazami dyktowanymi przez chęć uzewnętrznienia naszych uczuć. Tak więc czasem znacznie łatwiej przeczytać, którędy wiedzie droga do lepszego jutra, natomiast trudniej się zorientować, którędy do Sosnowca.”

W niektóre aspekty socrealistycznej rzeczywistości trudno uwierzyć, inne zdają się być czymś zupełnie oczywistym. Lektura pozwala docenić zmiany społeczne i kulturowe, które nastąpiły w przeciągu ostatnich dziesięcioleci – od stosunku do pieniądza, przez powszechną dostępności samochodów aż po jakość obsługi klienta w sklepach i restauracjach. Pomaga też dostrzec rzeczy niezmienne, jak opieszałość urzędów, czy opryskliwość taksówkarzy.

A „umiejętność życia”, którą stara się w nas wytrenować Fedorowicz jest wartością uniwersalną i przyda się zawsze. Warto zatem poćwiczyć!

Ach! I jeszcze bardzo bardzo podoba mi się okładka – nowoczesna wersja zgrabnie nawiązująca do pierwszego wydania, naprawdę eleganckie rozwiązanie.

Jacek Fedorowicz, W zasadzie tak, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 152 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Fak maj lajf” Marcin Kącki

To moje pierwsze spotkanie z Marcinem Kąckim, zarówno jeśli chodzi o książki, jak i gazety (z którymi jakoś nigdy nie było mi po drodze), dlatego zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tej pozycji o wiele obiecującym tytule.

_20170404_194116

Otwarta kompozycja powieści pozwala uczestniczyć czytelnikowi tylko w niewielkim (choć burzliwym) wycinku życia bohaterów. Autor wrzuca nas na krótką chwilę do świata celebrytów – zarówno tych związanych z polityką czy filmem, jak i osób ledwie pretendujących do tego miana – czyli prosto na okładki kolorowych magazynów. Poznajemy telewizyjne gwiazdki, które zrobiłyby wszystko, by nie schodzić z przed obiektywów paparazzi i polityków, który oddaliby sporo, żeby owych paparazzi uniknąć. Naciągaczki i krętaczy marzących o sztucznych piersiach i lepszym życiu. Paparazzi gotowych sprzedać wszystko i każdemu kto tylko da wyższą cenę, którzy bez najmniejszych skrupułów, kilkoma zdjęciami niszczą innym życie i dziennikarzy, którzy jeszcze odrobinę wierzą w etykę i prawdę.  Kontakty, układy, pogoń za medialną sensacją (nie ważne, czy prawdziwą, czy kompletnie zmyśloną) i niesamowity wpływ, jaki wywierają media – nie bez powodu nazywane „czwartą władzą”.

Okrutna gra losu i ludzi na wysokich stanowiskach. A z drugiej strony prosty, niewyedukowany odbiorca, który z przyjemnością o takiej medialnej sensacji poczyta (a jeszcze chętniej posłucha, bo w końcu kultura czytanie odchodzi już do lamusa). Siła mediów i internetu, portali społecznościowych, mocnego hasła i umiejętnej manipulacji – siła słowa. Karykaturalnie przerysowana, a jednak coś w tym jest. A przynajmniej brzmi jakoś znajomo.

Wieloosobowa narracja ukazuje zepsuty świat sławy z kilku perspektyw – telewizyjnej gwiazdy i oszusta, dziewczyny ze wsi i młodego reportera, polityka i paparazzi – ponury świat, w którym nastąpiło kompletne przewartościowanie podstawowych wartości, a każdy myśli tylko o tym, żeby jak najwięcej zagarnąć dla siebie (sławy, pieniędzy, władzy), nie przejmując się za bardzo skutkami jakie odczują inni.

Zgorzkniała satyra, w której próżno szukać małych bohaterów wygrywających z systemem, czy szczęśliwego zakończenia, obnażająca absurdy manipulacji społeczeństwem. I trudno uniknąć porównania z Syzyfem pchającym kamień pod stromy szczyt tylko po to, by ten z łoskotem stoczył się w dół. I choć bohaterowie są świadomi bezsensu swojej pracy, choć wieczorem ogarnia ich nostalgia, od rana na nowo zaczynają pchać swój kamień.

Książka nie rzuciła mnie na kolana i chyba nie zaszokowała tak bardzo jak miała, to jednak czytało się dobrze i dała co nieco do myślenia. Chociaż daleko mi do utożsamiania się z którymkolwiek z bohaterów, a Ci raczej niesamowicie mnie irytowali (już ja bym ich wychowała!), to jednak mimo braku sympatii trochę mi ich żal. Chyba każdego z nich. Pewnie gdybym oglądała telewizję i czytała plotkarską prasę, to po tej książce zaprzestałabym tych czynności i może taki był jej cel. Tylko czy fani długaśnych seriali, obecnych wydań „Wiadomości” i artykułów o ludziach, którzy „Nie śpią, bo trzymają sufit” sięgają po książki? Nawet pod tak chwytliwym tytułem?

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanowa.

Marcin Kącki, Fak maj lajf, Kraków: Znak Literanowa, 2017, 368 s.