Czas na czytanie: „Dwór szronu i blasku gwiazd” Sarah J. Maas

W tym roku Sarah J. Maas i Wydawnictwo Uroboros, we wprowadzaniu świątecznego klimatu, wyprzedziło ciężarówki Coca-Coli, „Last Christmas”, a nawet centra handlowe! Dzięki nim mogłam poczuć magię świąt już na początku października.

Velaris szykuje się do świętowania Przesilenia – najdłuższej nocy w roku. Jego mieszkańcy poszukują prezentów dla najbliższych, zdobią domy wszelakimi badylami i łańcuchami, przygotowują wystawną kolację i piją zastraszające ilości wina i zachwycają się padającym śniegiem.

I jednocześnie podnoszą swoje miasto z gruzów. Pierwsze przesilenie po wojnie nie może być łatwe. Nie, kiedy tylu mieszkańców nie wróciło do domów, nie kiedy dorośli i dzieci zmagają się z rozpaczą i tęsknotą za utraconymi rodzinami.

Smutek przeplata się z nadzieją, a nostalgia z entuzjazmem. Ferya zmaga się z nowymi obowiązkami, Ryhs z zarzewiem buntu, a wywalczony z takim poświęceniem pokój jest nietrwały jak płatki prószącego śniegu. Wszyscy zasługują na spokojne święta w gronie rodziny. Cóż jednak poradzić na to, że nie ma porządnych świąt bez świątecznej katastrofy? A o katastrofę nie trudno, kiedy ma się w rodzinie Nestę.

Opowieść o rodzinie i domowym ognisku, o pustce i nadziei. Bywa zabawnie i namiętnie, bywa ciepło i przytulnie, bywa uroczo i roztkliwiająco. Bywa też przewidywalnie. Ale jest to przede wszystkim pachnąca apetycznie przekąska wzmagająca tylko apetyt na koleją część „Dworów”. I kończy się zdecydowanie zbyt szybko.

Jest tu też duża dawka sztuki, która tak mnie urzekła u Maas. Tym razem twórczość artystyczna okazuje się być katalizatorem emocji, sposobem na przepracowanie wojennej traumy i misją na kolejne powojenne miesiące.

„Dwór szronu i blasku gwiazd” to krótki przerywnik, małe czekadełko wciśnięte między właściwe tomy powieści, niepozwalające fanom zapomnieć o tej serii. I mam wrażenie, że po tej lekturze jeszcze bardziej burczy mi w brzuchu.

Sarah J. Maas, Dwór szronu i blasku gwiazd, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

 

Czas na czytanie: „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Maas

Nie ma pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że „Dwory” są trylogią i że trzymam w rękach ostatnią część przygód Feyri Archeron. Zapewne właśnie dlatego żadne z moich przypuszczeń względem tej książki się nie spełniło.

Mimo wszystko spodziewałam się większej ilości masakry. Musiałam być naprawdę krwiożerczo nastawiona, skoro wyjątkowo nierówna wojna z udziałem potworów i bóstw śmierci, która pochłonęła mnóstwo, ofiar to dla mnie za mało. A jednak – dwie postacie, które typowałam do uśmiercenia i już zdążyłam opłakać rzewnymi łzami, wyszły ze wszystkich starć niemalże bez szwanku. Zaskoczyło mnie za to, jak bardzo potrafią dotknąć śmierci postaci tak naprawdę nawet nie drugo-, a trzecioplanowych, które choć pojawiały się sporadycznie, znacząco zmieniły bieg fabuły. I to jak bardzo mylna bywa definicja potwora.

Mam wrażenie, że to był tak naprawdę tom przejściowy – autorka definitywnie zakończyła jeden wątek szykując sobie pole dla wielu kolejnych przygód – czytelnik poznaje książąt pozostałych dworów, pojawiają się intrygi, ploteczki, romanse i rodzinne sekrety. Jednocześnie wszystko ułatwia i komplikuje. A Prythian okazuje się być znacznie bardziej tolerancyjnym miejscem niż można się było dotąd spodziewać, co daje sporo nowych możliwości.

Tym razem u Pani Maas mamy mniej płomiennego romansu, za to więcej polityki i batalistyki. I może dlatego nie był on tak porywający jak poprzedni. Były momenty, w których taktyczne ruchy wojsk, porwania i zasadzki nieco mnie nużyły (to nie do końca moje klimaty), ale to ani trochę nie przeszkodziło mi w pochłonięciu niemalże 900 stron w niecałe dwa dni. I to jeszcze z buntem dwulatka w moim małym domu wariatów. Trochę tęskniłam za opisami miasta, które tak bardzo urzekły mnie w drugim tomie, choć rzut oka na weduty Dworów Jesieni, Świtu i Zimy dopieściły moją spragnioną piękna wyobraźnię i dały nadzieję na kolejne wycieczki krajoznawcze w przyszłości.

Chyba faktycznie łaknę krwi, bo przyznaję, że (choć kocham słodkaśne happy endingi) tym razem trochę rozdrażniło mnie landrynkowe zakończenie. Zły został pokonany, a większość moralnie względnych bohaterów otrzymała szansę na rehabilitację albo chociaż na ponowne rozważenie ich motywów. Co jakoś nie do końca mi leży.

No i znowu to sobie zrobiłam, choć tym razem zupełnie nieświadomie – nie zważając na nic rzuciłam się na kolejny tom niezakończonej serii. I teraz jak ta lama będę czekała rok na kontynuację. A już nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Dwór skrzydeł i zguby, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 848 s.

Czas na czytanie: „Dwór mgieł i furii” Sarah J. Maas

To pierwszy raz, odkąd pamiętam, kiedy druga część opowieści podobała mi się bardziej niż pierwsza. I jak „Dwór cierni i róż” czytało mi się bardzo przyjemnie, tak po „Dworze mgieł i furii” naprawdę zaczynam rozumieć niezwykłą popularność tej serii.

Po uratowaniu Prythianu Feyra szykuje się do długiego i szczęśliwego życia ze swym wybrankiem. Nosi strojne suknie, podziwia wiosenne kwiaty, uczestniczy w sztywnych przyjęciach i szykuje się do hucznego wesela. A nocami raz za razem przeżywa koszmary niewoli pod Górą Amaranthy. I nagle okazuje się, że wyśniony książę z bajki nie jest taki idealny, jak mogłoby się wydawać, a jego zaborczość powoli zaczyna przypominać kolejne zniewolenie. Za to rola eleganckiej, egzaltowanej laleczki uśmiechającej się łagodnie u boku księcia to nie do końca to, o co Feyra walczyła.

Paradoksalnie ten, który zniewolił staje się wyzwoleniem. I od tego momentu zaczyna się robić ciekawie…

_20170405_143222

Ta książka, to jeden niekończący się flirt – pomiędzy głównymi bohaterami i pomiędzy autorką, a jej czytelnikami. Drugi tom odchodzi od baśniowości i staje się całkiem przyzwoitą fantastyką. Moje umiłowanie do opisów zostało cudownie dopieszczone, a Velaris, które tak bardzo przypomina mi moją ukochaną Florencję, to majstersztyk. Ryhsand nie jest tak mdły jak Tamlin i choć jego mroczny image został znacznie stępiony, to uniknął losu „cierpiącego Wertera” – zamiast stać się nudny, jest jeszcze ciekawszy – to naprawdę bardzo miłe zaskoczenie, bo trochę się bałam, że Książę Ciemności z emocjami stanie się do bólu stereotypowy. I choć nie do końca podobała mi się metamorfoza Luciena, to ostatnie strony dały mi nadzieję na ciekawe rozwinięcie akcji z tą postacią. Jak dobrze, że nie czeka go niesława i zapomnienie, bo w pierwszej części uwielbiałam tego jednookiego lisa. W dodatku Feyra zaczyna wiedzieć czego chce i jak zwykle nie boi się po to sięgnąć.

Fabuła przypomina trochę grę – mamy drużynę niezwyciężonych indywiduów (a każdy kolejny nowy bohater jest ciekawszy od poprzedniego), wyprawiającą się na poszukiwania artefaktów, które pozwolą zneutralizować inny artefakt, wygrać nadchodzącą wielkimi krokami wojnę i po raz kolejny uratować świat. A że owe cenne przedmioty strzegą przeróżne potwory, zadania i zagadki, to czytelnikowi nie grozi nuda. Szczególnie, że przydarzy się kilka zaskakujących zwrotów akcji, które nie pozwolą na bezproblemowe odgadnięcie dalszych losów drużyny. Do wątku bajkowego romansu z księciem, dochodzi siła przyjaźni i walka o równouprawnienie ;)

Na nudę nie pozwoli też niesłabnące, podszyte erotyzmem napięcie. Ta książka jest po prostu nieprzyzwoicie zmysłowa, stale podsyca apetyt, który w pewnym momencie zmienia się w najprawdziwszy głód. I mimo naprawdę pikantnej atmosfery i szczegółowych opisów, Maas udało się rozegrać wszystko z umiarem i dobrym smakiem (mimo, że w pewnym momencie Feyra zamiast we Dworze Snów, wylądowała we Dworze Orgazmów ;)) w przeciwieństwie do tak popularnych ostatnio erotyków w stylu Greya. Aż strach i zgorszenie, że to pozycja dla młodzieży. Chociaż jak się dłużej zastanowić, to sama w swoich młodzieżowych latach czytałam jeszcze bardziej niegrzeczne rzeczy…

I jeszcze dzięki autorce za świetne zakończenie – nie ma niedosytu ani wrażenia „urwania akcji” w połowie. Nie skończyła w dramatycznym momencie i nie znęca się nad czytelnikami, a jednocześnie niemożliwie podsyca oczekiwanie – jestem pod wrażeniem.

Nie każda bajka kończy się na ostatniej stronie, fantastycznie, że ta doczekała się tak emocjonującej kontynuacji.

Sarah J. Maas, Dwór mgieł i furii, Warszawa: Uroboros, 2017, 768 s.

P.S. Rany, musze przestać pisać recenzje „na gorąco”, bo wychodzi mi masło maślane. Ale są emocje! :D

Czas na czytanie: „Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas

Moje drugie podejście do prozy Pani Maas i zapewne by go nie było (jako że „Szklany Tron” zupełnie nie zachęcił mnie do kontynuowania przygody z tą autorką), gdybym nie miała zawczasu wypożyczonego z biblioteki jej drugiego bestsellera.

I od razu mogę przyznać, że jest dużo lepiej.

Tak jak wspomniany„Szklany Tron” odrzucił mnie kompletnym brakiem opisów, płytkim, dwuwymiarowym światem i kompletnym brakiem klimatu, tak w przypadku „Dworu cierni i róż” autorka naprawdę się przyłożyła. Mamy zatem dopracowany, magiczny, barwnie opisany świat dający pole do popisu wyobraźni. Wraz z główną bohaterką stopniowo poznajemy jego historię, ustrój społeczny i zamieszkujące go stworzenia. Bardzo duży plus.

Drugą zaletą są ciekawi, pełnokrwiści bohaterowie. I mimo, że jak zwykle nie przepadam za główną postacią (to u mnie nic niezwykłego, bo naprawdę rzadko identyfikuję się z kobiecym podmiotem lirycznym), to jestem w stanie ją akceptować i nie budzi we mnie niesmaku, a to już duży sukces. Nie ma też sytuacji, w której hołdujemy wyłącznie jednej postaci – zarówno narratorka, postacie pierwszoplanowe, ich antagoniści, bohaterowie drugiego planu, a także po prostu postaci-tła są wykreowani z należytą dbałością. Jest zła królowa, dobry i prawy książę, zły książę-nicpoń, pyskaty poseł i próżne siostry, czego chcieć więcej?

Zdecydowaną siłą tej powieści jest jej baśniowość. Trochę Kopciuszka, dużo Pięknej i Bestii, trochę Tolkiena, a nawet odrobina hinduskiej mitologii – prawdziwy tygiel (a może Kocioł?). Inspiracja czerpana ze znanych i ciągle żywych baśni to nie jest łatwa sprawa – nie trudno popaść w oklepane schematy – tu jednak została wykorzystana bardzo dobrze. Nie ma tendencyjności, jest nowe życie. I co najważniejsze – nie ma zlęknionej księżniczki czekającej na ratunek swego księcia. Super sprawa.

_20170303_093931

Minusy? W pewnym momencie, jakoś po połowie książki był spory fragment, który sprawił, że przerzucałam strony w poszukiwaniu jakiejś akcji. Trochę przerywnik, streszczenie, nudnawy łącznik dwóch części przygody. Pewnie konieczny dla fabuły, ale mimo wszystko nie do końca dobrze rozwiązany – przywodzi na myśl streszczenie pt. „Co Feyra robiła, kiedy została sama i jak gładko jej to wszystko poszło”. Trochę przerwa na oddech, ale głównie nuda.
No i narracja pierwszoosobowa, za którą osobiście nie przepadam.

Jest miłość zdolna pokonać wszystkie przeciwności, jest magia, są tajemnice, przygody i krwiste masakry – fajna, lekka młodzieżówka, kiedy trzeba trzyma w napięciu i pozwala powzdychać do księcia ;)

Sarah J. Maas, Dwór cierni i róż, Warszawa: Uroboros, 2016, 524 s.

Czas na Czytanie: „Szklany tron” Sarah J. Maas

Po „Małym życiu” długo nie mogłam zabrać się za jakąkolwiek książkę. Szukałam mało wymagającej lektury, która dla odmiany nie zostawi mnie w kawałkach. Mając na uwadze moje niesamowite braki w literaturze młodzieżowej, postanowiłam co nieco nadrobić, bo już zupełnie nie wiem o czym mowa w większości książkowych dyskusji. Stanęło zatem na „Szklanym tronie”, bo był dostępny od ręki w bibliotece i pamiętam, że dużo osób go polecało. A przy okazji znalazłam niesamowitą filię dla dzieci w mojej bibliotece, muszę koniecznie zabrać tam Bobasę.

Ale wracając do meritum – „Szklany tron” to pierwsza część czterotomowego cyklu o słynnej młodej zabójczyni Celaenie. Dowiadujemy się, iż w wyniku zdrady została złapana na gorącym uczynku i w ramach kary za swe zbrodnie odbywa wyrok w obozie pracy. Po roku ciężkich robót, z kopalni zabiera ją pewien przystojny młodzieniec. Ów przystojniak – książę Dorian (i jednocześnie pierworodny syn drania, który zesłał Celeanę na męki) – umyślił sobie wystawienie najlepszej z zabójczyń w organizowanym przez króla turnieju mającym na celu wyłonienie kandydata na stanowisko Królewskiego Obrońcy (czyli, nie owijając w bawełnę, prywatnego zabójcy działającego na zlecenie korony). Jeśli wygra, po kliku latach służby odzyska wolność, jeśli nie – wraca do machania kilofem.

_20170217_093705

Główna bohaterka daje się poznać jako arogancka, zarozumiała i butna dziewczyna o niezachwianej pewności siebie i skłonnościach do dziecinnych wybuchów gniewu i frustracji z błahych powodów. Z jakiegoś jednak powodu wszyscy ją lubią i wszyscy się w niej zakochują. Zabójcza i najlepsza w swoim fachu, a jednak ciągle ktoś ratuje jej życie i bez problemu można wejść do jej pokoju kiedy śpi. Z jednej strony fajnie, bo wyidealizowany główny bohater to nudny główny bohater, z drugiej kiepsko, bo szczeniacki główny bohater, to męczący główny bohater. Zwłaszcza jeśli dodatkowo przez pół książki myśli o całowaniu księcia…

Jeśli czegoś bardzo mi brakowało, to plastycznych opisów – jedyne szczegóły, nad którymi autorka postanowiła trochę popracować, to opisy kolejnych strojnych sukienek i elementów ubioru – te wyszły naprawdę fajnie. Za to jeśli chodzi o budynki, czy krajobrazy, to przeżyłam srogie rozczarowanie, bo nawet jeśli były, to nic wartego zapamiętania – moja wyobraźnia musiała radzić sobie sama. A szkoda, bo szklany pałac, świątynia, czy tajemnicza grobowa krypta aż się proszą o zapierające dech w piersiach wizualizacje. O szklanym tronie nie dowiedziałam się nic, poza faktem, iż był szklany i siedział na nim pewien nieprzyjemny buc.

Fabuła jest z wszech miar tendencyjna i przewidywalna, kompletnie nie zaskakuje – przystojny książę nie szczędzący sobie cielesnych uciech z każdą wyględną niewiastą nagle zostaje całkowicie zauroczony swoją kandydatką w turnieju. Turnieju, który jest ciekawy jak grzybobranie – od samego początku nie ma wątpliwości co do zwycięzcy, praktycznie bez opisów morderczych prób, broni, pojedynków. Więcej kandydatów ginie w tajemniczych okolicznościach niż zostaje wyeliminowanych zgodnie z zasadami. Przez większą część książki miałam niestety wrażenie, że czytam jej streszczenie. I przyznaję bez bicia, że podczas decydującego pojedynku, z którym wiązałam jednak jakieś nadzieje, liczyłam strony patrząc ile mi tej męczarni jeszcze zostało – oniryczne wizje z demonami i zmarłymi z pogranicza światów to zdecydowanie nie moje klimaty. A przynajmniej nie jeśli przeważają nad starą dobrą batalistyką.

Zdarzają się też błędy logiczne, przez które cierpiała fabuła – magia jest zakazana i grozi grillowaniem na stosie, ale jakoś nikt nie zwraca uwagi na podejrzane machanie rękami tuż pod nosem króla i jego rady. I to jeszcze w wykonaniu księżniczki super buntowniczej nacji stawiającej owemu królowi twardy opór.

Plusy za pomysł, ciekawie zapowiadający się świat, suknie, całkiem zgrabny wątek miłosny, bale i pałacowe intrygi. Minusy za niedopracowanie, niewykorzystany potencjał i kompletny brak budowania napięcia. Zupełnie nie potrafiłam wczuć się w rzeczywistość „Szklanego Tronu” – może dlatego, że tak mało dane mi było się o niej dowiedzieć  – czytelnik otrzymuje jedynie niezbędne minimum informacji, by zrozumieć akcję – to jednak za mało, by poczuć się mieszkańcem opisywanych krain, by uczynić ten świat plastycznym światem „z krwi i kości” – brakowało mi opisów, legend, zwyczajów, historii. Może w dalszych tomach autorka się rozkręca, a świat pani Maas nabiera głębi. Może kiedyś, w przypadku kolejnego książkowego kaca, sięgnę po dalsze części, żeby to sprawdzić.

Czytałam dużo lepszych książek i czytałam również sporo gorszych, „Szklany Tron” plasuje się gdzieś pośrodku stawki. Może jestem już za stara, może wychowałam się na odmiennym stylu pisania, ale nie podzielam entuzjazmu fanów. Ani dobra, ani tragiczna – moim zdaniem bardzo przeciętna.

Sarah J. Maas, Szklany tron, Warszawa: Uroboros, 2013, 520 s.