Czas na czytanie: „Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi” cz.1 i 2”, Sarah J. Maas

„Dzięki miłości wszystko jest możliwe”

Czy opierając się na tak wyświechtanym i banalnym frazesie można zbudować oryginalną historię i nie zanudzić czytelnika na śmierć? I to na prawie 1200 stronach na dwie części podzielonych?

Sarah J. Maas po raz kolejny serwuje nam silną i niezależną bohaterkę (wyjątkowo wrogo nastawioną do samczych alfa dupków), której urządzi w życiu małe piekło. A my będziemy się temu przyglądać, kibicować, trzymać kciuki i potępiająco kręcić głową. Na całe szczęście Bryce irytowała mnie zdecydowanie mniej, niż Aelin, choć niewątpliwie ma z nią sporo wspólnego.

Jeśli znacie wcześniejszą twórczość autorki i w świecie Fae czujecie się już całkiem swobodnie, to czeka Was spora niespodzianka. Co prawda nadęci Fae również się tu pojawiają, ale w Księżycowym Mieście nie są nawet wierzchołkiem góry lodowej. Bo tu po ulicach przechodzą się rozmaite zwierzołaki, wiedźmy, anioły, duchy, żywiołaki, zjawy, demoniaki, kosiarze, upiory, wampiry, demony… Czasami trudno stwierdzić kto tu kogo prowadza na smyczy. Ponadto Lunathion ma w sobie sporo z Sin City – to miasto bardzo względnej sprawiedliwości, okrutnych kar, ponurych mścicieli, Służb Porządkowych składających się z imprezowiczów-zabijaków, dudniące klubową muzyką, płynące alkoholem i znacznie cięższymi używkami – a rozrywkowa główna bohaterka będzie po nim świetną przewodniczką. Jeśli tego wszystkiego wciąż mało, to mamy tu do czynienia z mieszanką magii i nowoczesnych technologii. I widmo nadciągającej wojny.

 

Na tym tle rozgrywa się zbrodnia, która zatrzęsie światem beztroskiej Bryce Quinlan. A szykujące się śledztwo, w którym odegra jedną z głównych ról, obnaży cienie nie tylko miasta i systemu, ale również skrzętnie ukrywane tajemnice jej najbliższych.

Przed czytelnikiem dużo ogarniania – to zupełnie nowy świat, który rządzi się swoimi prawami. Mamy do zapamiętania nie tylko mnóstwo bohaterów przeróżnych ras, kształtów i gatunków, ale również podział owych ras na Domy (a każdy z nich ma swojego władcę), różnice między ludźmi, a Wanami, skomplikowaną hierarchię społeczną i jeszcze bardziej skomplikowany sposób zarządzania miastem, krajem i światem. Do tego czeka nas podróż poprzez dzieje Midgardu od jego zaludnienia, przez konflikty aż do burzliwej sytuacji obecnej (a większość nadprzyrodzonych istot przybyła na tą planetę poprzez Szczelinę w czasoprzestrzeni, więc to wcale nie tak hop), jego wierzenia, sytuację społeczną i polityczną. Czacha paruje. I jak by mnie to wszystko na początku nie przeraziło i przytłoczyło, tak w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że było naprawdę fajnie! Bo i wszystko to zostało przedstawione nie tylko w całkiem przystępny sposób, ale nawet mimochodem – zamiast przydługich wykładów czytelnik poznawał to chaotyczne uniwersum pozostając w samym centrum akcji, nierzadko ucząc się i odkrywając pewne fakty wraz z bohaterami.

Mimo frywolnego podejścia do korzystania z uciech życia, wątek romansowy, choć istotny, jest dodatkiem i mimo silnego przyciągania między bohaterami, seksy nie przesłaniają fabuły. Mimo, że to zdecydowanie powieść dla dojrzałego czytelnika z gatunku seks i przemoc + wulgaryzmy w ilości alarmującej. A mimo to to przyjaźń jest tu najważniejszą wartością i to na tej sile zbudowano całą opowieść. Bardzo podobały mi się również poplątane relacje rodzinne i grzebanie w historii stworzonego świata. I chimera w roli kanapowego pupila!

Kompletny misz-masz, w mojej skali Dziobaków mocna 9!

Jeśli to jest pierwszy tom, to aż boję się myśleć, co nas czeka w kolejnych. Nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 560 s.

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 622 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Wieża świtu” Sarah J. Maas

Bardzo pozytywne zaskoczenie!

Nie byłam entuzjastycznie nastawiona do tego przerywnikowego tomu Szklanego Tronu. Przede wszystkim, jak można przerwać akcję w takim momencie i na prawie 850 stron przenieść ją w zupełnie inny czas i miejsce? Poza tym obawiałam się, że tom poświęcony tylko i wyłącznie Chaolowi zanudzi mnie na śmierć, bo też nigdy nie przepadałam za bardzo za tym bohaterem wraz z jego dąsami, specyficznym podejściem do honoru i oddania oraz tendencją do obwiniania o wszystko każdego wokół siebie z mentalnym samobiczowaniem włącznie.

DSC_0275

I to nie tak, że były kapitan gwardii królewskiej Adarlanu zyskał moją sympatię, chociaż czekająca go walka nie tylko z kalectwem, ale przede wszystkim z demonami przeszłości i wyniszczającym poczuciem winy będzie go sporym wyzwaniem. Odświerzająca okazała się zmiana otoczenia. Kaganat z brutalnym sposobem dziedziczenia władzy, miasto pokoju, dobrobytu i uzdrowicieli, jeźdźcy ruków rodem z opowiadanych w Adarlanie baśni i tak lubiane przeze mnie dworskie intrygi. A do tego oczywiście egzotyczne romanse. I rola dyplomaty, tak bardzo niepasująca do głównego bohatera.

Cieszący się dobrobytem południowy kontynent, bezpiecznie oddalony do wojny, wcale się do niej nie spieszy. Szczególnie, że członkowie rodziny królewskiej zmagają się w z własną, osobistą tragedią i codzienną rywalizacją. Tymczasem nie ma kontynentu, na którym na naszych bohaterów nie czyhałoby pradawne zło. Czyżby sama ich obecność ściągnęła szpiegów Erawana, czy może jego macki sięgają aż tak daleko już od dawna, a pogrążona w wojnie północ to dopiero początek?

Kraina za Wąskim Morzem kryje w sobie znacznie więcej, niż tylko potęgę militarną. Czy to tutaj narodzi się szansa na ostateczne pokonanie Valgów?

Sarah J. Maas, Wieża świtu, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Zagubione siostry” Holly Black

„Zagubione siostry” to niewielki objętościowo dodatek do trylogii „Okrutnego księcia”. Ma formę zbliżoną do listu z przeprosinami i ofiaruje czytelnikom nową perspektywę, bo jego autorką jest Taryn. Bohaterka opisuje w niej historię swojego zakochania i romansu z Lokim dając się trochę lepiej poznać i tłumacząc motywy swojego postępowania. Rzuca też odrobinę światła na wredne zachowanie „bandy Cardana” wobec Jude w pierwszym tomie.

Ze względu na krótką formę i skupienie na uczuciach, zabrakło mi trochę tego, co w tej serii uwiodło mnie najbardziej – rozbuchanego świata elfów pełnego odurzającego piękna i szokującej bezwzględności. Świetnie ma się za to baśniowość, dodatkowo tu podkreślona i okrucieństwo – zarówno fizyczne, jak i psychiczne – a tego w tym świecie zabraknąć przecież nie może.

Świetnie sprawdzi się jako szybkie przypomnienie pierwszego tomu, kiedy po dłuższej przerwie zapragniemy sięgnąć po kolejne części cyklu. Warto poświęcić godzinkę na tego rodzaju streszczenie jednego z ważniejszych wątków.

Książka została wydana wyłącznie jako e-book i niestety nie jest dostępna (a przynajmniej nie była na stronie Empiku) jako pdf – możemy wybierać między formatami MOBI i EPUB. Dużym plusem jest cena, bo można ją kupić za mniej, niż 5 zł.

Holly Black, Zagubione siostry, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 98 s.

Czas na czytanie: „Książęcy gambit” C.S. Pacat

Minął prawie rok odkąd sięgnęłam po pierwszą część, minęło też kilka prezentowych okazji, dzięki którym skompletowałam resztę trylogii. Można w sumie powiedzieć, że recenzja powstała dzięki uprzejmości Eweliny, która przynosi mi takie brzydkie prezenty (zawsze będę Cię za to kochać!).

Opuszczenie pałacowych murów nie gwarantuje wcale ucieczki od zagmatwanych politycznych intryg, wręcz przeciwnie!

Jak z bandy wrogich sobie nieudaczników nie mających za grosz szacunku do dowódcy zrobić sprawny oddział? Zdobyć niezdobytą twierdzę? Wygrać walkę z góry skazaną na porażkę? Uciekać przed brutalną śmiercią częściej, niż spać w wygodnym łóżku?

Tym razem mamy przed sobą 400 stron użerania się z opornymi żołdakami, widowiskowych ucieczek po dachach, żmudnej musztry, leśnych podchodów, delikatnych sojuszy, misternych planów, walki o wpływy, bolesnych zdrad. I rodzącej się powoli przyjaźni, bo dwaj książęta różni jak ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby to się wydawać. A wszystko to podszyte erotycznym napięciem. Ale czy zaufanie zbudowane na kłamstwie ma szansę przetrwać dłużej, niż mgnienie oka?

Mój ulubiony lodowaty książę trochę topnieje, choć zdecydowanie łatwiej przychodzi mu przeskakiwanie z arktycznego zimna po kipienie gniewem. Nie odejmuje mu to jednak uroku. Tak jak grzechotnikowi nie odejmuje uroku hipnotyczne kiwanie się przy dźwiękach fujarki.

Nie nastąpił niestety żaden zdumiewający rozwój pod względem językowym, imiona głównych bohaterów wciąż pojawiają się w co drugim zdaniu. Ale opisy scen batalistycznych, choć długie strasznie, są również bardzo plastycznie opisane i całkiem wciągające. I całe szczęście, bo to właśnie one dominują w tej części. I splątane intrygi oczywiście.

C.S. Pacat, Książęcy gambit, Warszawa: Studio JG, 2018, 427 s.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Czas na czytanie: „Dogonić miłość” Anna Sakowicz

Pierwszy punkt planu zrealizowany – dzidzia w drodze (co prawda całkowicie rujnuje on wszystkie starania prowadzące do punktu drugiego, jakim było schudnięcie, ale przecież trzeba mieć w życiu zdrowe priorytety!). Okazuje się jednak, że to dopiero sam szczyt góry lodowej, a ciążowe hormony wcale przecież nie pomagają w podejmowaniu rozsądnych życiowych decyzji. I nawet jeśli z trzech oddanych adoratorów zrobi się dwóch, to wcale niczego nie ułatwi. Szczególnie, gdy na horyzoncie pojawi się silna konkurencja

DSC_0074.jpg

Chociaż przygody Agaty wciąż kipią humorem, a obie szalone siostry Żółtaszki zachowały swoją skłonność do przyciągania komicznych sytuacji, mam wrażenie, że ta część jest znacznie poważniejsza. Jedynie zarysowane w „Postawić na szczęście” problemy związane z utrudnieniami, z jakimi na co dzień mierzą się osoby niepełnosprawne – zarówno jeśli chodzi o te pozornie błahe i łatwe do rozwiązania kłopoty związane z dostosowaniem miejsc publicznych do osób z ograniczeniami ruchu, czy problemy ze znalezieniem pracy, jak i te zdrowotne i emocjonalne, jak możliwość donoszenia ciąży, czy trudności z zaangażowaniem się w związek – zyskują tutaj swoje rozwinięcie. I tym razem lekka i przyjemna lektura, którą z przyjemnością można pochłonąć w dwa wieczory skłania do refleksji i sprawia, że człowiek uważniej rozgląda się wokół siebie i zaczyna zauważać problem. A to już pierwszy krok do zmian.

Słodko-gorzka komedia romantyczna z cukierkowym zakończeniem. Bo właśnie na taki hollywoodzki happy end Agata z Polą zasługują – nie do końca idealny, wykazujący znamiona absurdu i przez to właśnie tak sympatyczny.

A po drodze nie sposób się nudzić – poza miłosnymi zawirowaniami znajdziemy tu bowiem złowrogi cień prześladowania przez mężczyznę-niedźwiedzia, zagrożoną ciążę, młodziutkiego maltańczyka z bardzo wrażliwym pęcherzem, zazdrosne żony, zazdrosne nieżony, nadopiekuńczych rodziców, wandalki na wózkach inwalidzkich i złowrogie oliwki.

Jest zabawnie, jest poważnie, jest mądrze, jest słodko. Jest super!

Anna Sakowicz, Dogonić miłość, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: „Pucked UP” Helena Hunting

Pamiętam, że po pierwszej części absurdalne poczucie humoru „Pucked” przysporzyło tej książce równie wielu zwolenników, co przeciwników. Ja osobiście bardzo lubię ten rodzaj żartów – trochę prostackie, ale w gruncie rzeczy sympatyczne i nieszkodliwe. A pomysł na erotyk nie do końca na serio, w przyjemnie komicznym klimacie to dla mnie strzał w dziesiątkę – jednocześnie bawi i przyprawia o rumieńce.

Dlatego na drugą część tej niezrównoważonej trylogii czekałam z wielką niecierpliwością. I oto jest!

Dobra wiadomość dla fanów: boberki pojawiają się już na 8 stronie! A niedługo później, dołącza do nich ciasteczko…

Muszę przyznać, że nie ubawiłam się aż tak bardzo, jak przy pierwszym tomie (choć i tutaj były epickie momenty). Może dlatego, że to jednak druga część i już znam te żarty, ale myślę, że duży wpływ miała na to postać głównej bohaterki. Nie ukrywajmy – drugiej tak zakręconej i charyzmatycznej jednostki, jak Violet stworzyć po prostu nie sposób. To mogłoby grozić końcem wszechświata. Z przykrością stwierdzam więc, że weganka-joginka Sunny kompletnie nie wpisała się w moje gusta i jest chyba najbardziej bezbarwną postacią tej serii. Stłamszoną przez brata i najlepszą przyjaciółkę, pozbawioną własnego zdania nudziarę.

Na całe szczęście wszystkie te braki w osobowości nadrabia Buck – nieokrzesany hokeista z kompletnym brakiem zdolności ortograficznych i niepokojącą skłonnością do nadawania ludziom dziwacznych przezwisk, prowadzący dotąd beztroskie życie sportowej gwiazdki. Kiedy poznaje Sunny postanawia się ustatkować i chyba pierwszy raz w życiu spróbować mieć jedną dziewczynę. To znaczy dłużej, niż przez dwa dni. Okazuje się jednak, że nie jest łatwo zerwać z reputacją niezmordowanego playboya, szczególnie kiedy w grę wchodzą hordy napalonych hokejowych króliczków uzbrojonych w aparaty w telefonach i media społecznościowe. A twojej delikatnej, zazdrosnej dziewczyny broni nadopiekuńczy starszy brat. Któremu kiedyś złamałeś nos w obronie własnej siostry.

Mimo podobnej siostrze zdolności do przyciągania kłopotów i żenujących sytuacji (najczęściej pełnych niemal zupełnie rozebranych przedstawicielek płci przeciwnej), Buck Butterson ma serducho we właściwym miejscu i bynajmniej nie zamierza się tym chwalić. Kto by pomyślał, że ten zatwardziały podrywacz jest w środku puchatą kuleczką? Kobiety kochają takich samców, jeszcze bardziej nie mógłby się od nich opędzić!

Momentami było mi trochę żal, że trafiła mu się taka nijaka dziewczyna, ale najwyraźniej tego właśnie potrzebował. Szczerze liczę na to, że jej najlepsza przyjaciółka Lily na nowo podniesie poprzeczkę wybitnych kobiecych charakterów w trzeciej części!

Jak zwykle jest mnóstwo mniej i bardziej poważnych dramatów, trochę dzikich imprez, przepychanki kogucików podczas awansów do nadobnej białogłowy, seksy na stole, szaleństwa letnich obozów i pająki gryzące zdecydowanie nie tam, gdzie trzeba.

To po prostu kolejny erotyk z jajem. Z dużą ilością jaj.

Helena Hunting, Pucked UP, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2019, 454 s.

Recenzja powstała dzięki urzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Filary Świata” Anne Bishop

To moje najpierwsiejsze spotkanie z tą całkiem płodną (rany, ile mnie czeka nadrabiania!) autorką i przyznaję uczciwie, że po „Filary Świata” sięgnęłam zupełnie w ciemno. No bo elfy. W końcu Piękny Lud już podobno tak ma, że zwykłemu szaremu śmiertelnikowi trudno mu się oprzeć.

dsc_1629

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tak wciągającej książki. Kiedy zaczynamy czytać fantastykę często niełatwo się połapać we wszystkich imionach, miejscach, stworzeniach i możliwościach. A w tym przypadku mam wrażenie, że od samego początku po prostu weszłam do świata autorki, rozejrzałam się i wsiąknęłam w jego realia. A te pełne są skrajności. Jest piękno magii, szczególnie tej wynikającej ze związków z naturą, średniowieczne tortury, skrajny seksizm, barbarzyństwo inkwizycji i zadufana w sobie rasa panów. Jest prześladowanie, śmierć, mnóstwo seksualnej magii i głębokie pragnienie miłości. Jest strach, samotność  i niezrozumienie. Jest ciemnota i rozprzestrzeniająca się plaga idei pożerającej świat. Dosłownie.
W końcu są i nadzwyczajnie mądre konie.

Pogardzany w dzieciństwie Adolfo (jak subtelnie), skrzywdzony przez bliską osobę postanawia dokonać eksterminacji całego gatunku. A nawet więcej – chce całkowicie wykorzenić magię ze świata ludzi. I zabiera się za to ze sporym rozmachem.

Tylko hekatomba tego rodzaju jest w stanie zwrócić uwagę zarozumiałych Fae z Tir Alainn nie dostrzegających zazwyczaj niczego poza końcami swoich zgrabnych nosów.

A w opuszczonej chacie w głębi lasu, osamotniona młoda wiedźma, zupełnie nieświadoma nadciągającego zargożenia wdaje się w romans nie z tej ziemi. Tylko czy cudowny kochanek z innego świata jest w stanie ofiarować jej to, czego pragnie?

Podsumowując: dostałam trzymającą w napięciu (a jest to napięcie bardzo różnego rodzaju – od elektryzująco erotycznego, aż po lodowatą grozę), magiczną, momentami brutalną, zamkniętą historię o pięknej miłości, przyjaźni i poświęceniu. A to dopiero pierwsza część trylogii. Nie sposób nie być ciekawym kolejnych tomów.

Jak zwykle nieszczególnie podoba mi się okładka (wiem, pod tym względem jestem straszną marudą), ale za to wielkie brawa za blurb. Nie ukrywam, że unikam czytania opisów na tylnej okładce, bo zazwyczaj nie mają za wiele wspólnego z faktyczną treścią, składają się z pisanych na zamówienie ochów i achów sygnowanych znanymi nazwiskami albo wręcz zawierają spoilery i zwykle zyskują skutek odwrotny do zamierzonego zniechęcając do lektury. A ten jeden naprawdę się wyróżnia i w zupełności wystarczy, by przyciągnąć czytelnika.

Anne Bishop, Filary Świata, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 525 s.

Czas na czytanie: „Postawić na szczęście” Anna Sakowicz

Od dawna już miałam ochotę spróbować prozy Anny Sakowicz, ale dopiero historia Agaty zagościła na moim stosie do przeczytania. A ta skusiła mnie tak już przecież oklepanym porównaniem do Bridget Jones.

A porównanie to jest wyjątkowo trafne (co wbrew pozorom nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać). Agata jest dziennikarką marzącą o stabilizacji, jaką daje praca na etacie i blogerką z fantastycznym pomysłem na siebie – ima się najbardziej niedocenianych prac i spisuje swoje wrażenia z bycia babcia klozetową, petsitterką, czy szkolną woźną. Wielkimi krokami zbliża się do czterdziestki, ma zakręconą rodzinę (w tym bardzo pozytywnego tatę), kilkanaście kilo nadwagi, mnóstwo dystansu do siebie i kilku adoratorów krążących po jej okrąglutkiej orbicie. Ma też świetną relację z siostrą i to właśnie z nią zakłada się, że zrealizuje „plan trzyletni” – rok na schudnięcie, rok na wyjście za mąż i rok na urodzenie dziecka. Jak życie pokaże, niekoniecznie w tej kolejności…

Tak, ta książka jest przewidywalna, zarówno jej przebieg, jak i zakończenie chyba nikogo nie jest w stanie zaskoczyć. Ale moim zdaniem o to właśnie w tym wszystkim chodzi – to przyjemna, zabawna lektura powielająca znany i sprawdzony schemat. Nie każda książka musi przecież zaskakiwać.

Nie wiem, czy to dlatego, że najłatwiej czytać o problemach, które nigdy nie będą nas dotyczyć, czy większy wpływ miał na to niezobowiązujący temat, czy lekki styl autorki, ale ta książka okazała się być wyjątkowo relaksująca. Z przyjemnością zaległam z nią w fotelu po świątecznym obżarstwie i chętnie sięgnę po kolejny tom.

Szczególnie, że znajdziemy tu całkiem plastyczne landszafciki: malownicze leśniczówki, tajemnicze nagrobki i arbotetum. Aż do teraz nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. A tu okazuje się, że to opisane jest całkiem niedaleko mojego miejsca zamieszkania.

To nie jest wybitna książka, która zostanie w moim sercu na zawsze, ale sympatyczna rozrywka na kilka wieczorów. Lekka, podszyta humorem historia nie wymagająca gimnastyki umysłowej. Świetnie sprawdzi się jako książka do pociągu, czy samolotu, albo jako towarzyszka leniwego wolnego popołudnia. Nieszczególnie poważna, chociaż zahacza o całkiem poważne problemy. Nie ocenia, nie moralizuje, ani nie zmusza do głębszych refleksji, ale ma w sobie jakąś taką pozytywną energię, dzięki której odkładamy ją z uśmiechem.

P.S. Nie wiem dlaczego, ale pani na okładce ma nos wymazany w Photoshopie, co mnie trochę niepokoi. Może to jakaś krewna Voldemorta?

Anna Sakowicz, Postawić na szczęście, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2018, 350 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse.