Czas na czytanie: „Upamiętnienie” Bryan Washington

Nie każda książka jest dla każdego. Ta nie była dla mnie. Może dlatego, że brakowało mi – jako osobie z zupełnie odmiennego środowiska, z innymi doświadczeniami i problemami – kontekstu kulturowego, przez co zupełnie nie mogłam wczuć się w klimat powieści Bohaterowie przede wszystkim mnie męczyli i budzili we mnie współczucie, niż wywoływali jakiekolwiek inne emocje.

Dwóch mężczyzn „po przejściach”, z trudnym dzieciństwem, pozbawionych wyniesionego z domu wzoru „szczęśliwej rodziny” czy choćby udanego związku. Mimo kilkuletniego stażu, ich relacja zdaje się nieuchronnie zmierzać ku końcowi. Skupieni na skomplikowanych sytuacjach swoich rodzin, problemach osobistych, kompleksach i traumatycznych wspomnieniach z dzieciństwa bohaterowie sami nie są pewni, czy chcą ją ratować.

Jak niesieni nurtem, nie mają pojęcia do czego dążą, jaki mają cel w życiu ani nawet co ich uszczęśliwia.

Tym, co szczególnie mi się podobało, było przedstawienie wielokulturowego, pełnego kontrastów społeczeństwa Ameryki – tak egzotycznego dla mieszkanki jednolitego rasowo i raczej zamkniętego na świat zewnętrzny kraju – który zdaje się wręcz być tutaj trzecim głównym bohaterem.

Nie zabrakło też dość uniwersalnych tez na temat miłości, troski i rodzicielstwa.

Ja jednak niestety nie złapałam energii i klimatu tej książki. Może jeszcze nie przyszedł na nią czas.

Bryan Washington, Upamiętnienie, Warszawa: Wydawnictwo Cyranka: 2022, 344 s.

Czas na czytanie: „Krew i popiół” Jennifer L. Armentrout

Jako, że musiałam wstrzymać się troszkę z tą lekturą i odłożyć ją na jakiś czas na kupkę wstydu (czyt. stos wstydu „do przeczytania już zaraz” na szafce nocnej, pod którego gruzami pewnego dnia czeka mnie tragiczny zgon) zdążyłam w tak zwanym międzyczasie trafić na kilka(naście) opinii o „Krwi i popiele”. I powiem Wam, że dawno nie spotkałam się z tak skrajnymi recenzjami na temat nowej książki – od absolutnych zachwytów aż po olbrzymie rozczarowanie. Ale w końcu przeczytałam sama i chyba już wiem o co chodzi.

„Krew i popiół” to romans. Oczywiście również fantastyka ale z bardzo dużym, jeśli nie dominującym wątkiem romantycznym, ze szczegółowo opisanymi scenami erotycznymi włącznie. I z taką świadomością trzeba podchodzić do lektury.

Warto jednak zwrócić uwagę na ta pozycję nie tylko ze względu na treści charakterystyczne dla nurtu Young Adult, jak pierwsze porywy serca, chęć doświadczania, droga ku osobistej emancypacji, zmaganie się z losem i narzuconym przeznaczeniem czy szukanie swojego miejsca w społeczeństwie. Wszystko to dzieje się bowiem w otoczeniu dworskich intryg, fanatycznej religijności, nadnaturalnej arystokracji i codziennych walk z krwiożerczymi potworami. Znajdziemy tu znany i lubiany (przynajmniej przeze mnie) motyw stworów żywiących się krwią swoich ofiar opowiedziany w zupełnie nowy sposób.

Nie da się ukryć, że sporo elementów fabuły jest mocno przewidywalnych – nie trudno się domyślić kto zginie, kto jest mordercą, a kto czarnym charakterem. Znalazło się jednak i miejsce na parę zaskoczeń, szczególnie jeśli chodzi o kreację świata przedstawionego. Wyszło więc całkiem satysfakcjonująco – dobry bilans między „ha, wiedziałam!”, a niespodziewanym.

Czytało się łatwo i przyjemnie – szybko i bez problemu zaczęłam się orientować w realiach nowego świata. Nietrudno było zapamiętać kto jest kim i dlaczego, bo i bohaterowie zostali sprawnie wykreowani na postaci „z krwi i kości” i historia, religia oraz polityka świata, a także sytuacja głównej bohaterki Poppy zostały sprawnie i „mimochodem” wyłożone czytelnikowi przy czym uniknięto nudniejszych, ciągnących się przestojów w akcji.

Podsumowując – wciągająca mieszanka YA i fantastyki, ze sporą dawką girl power, słabością do przystojniaków i wszechobecnych potworów. A jak to z potworami zwykle bywa, trudno ocenić które są złe, a które dobre.

Chętnie sięgnę po drugi tom, oby pojawił się jak najszybciej.

Jennifer L. Armentrout, Krew i popiół, Warszawa: Wydawnictwo You&YA, 2022, 512 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa You&YA.

Czas na czytanie: PATRONAT: „Złodziej renów” S. L. Leśna

Jakiś czas temu polecałam wam dwutomową historię „Tam, gdzie topnieje lód” (tu możecie przypomnieć sobie tom 1 i tom 2), czyli przygodowy romans LGTB osadzony w świecie inspirowanym mitologią syberyjską. Lada moment ukarze się kolejna książka, dzięki której będziemy mogli wrócić do tego niezwykłego świata.

Najnowszą jednotomówkę Sylwii Leśnej można czytać niezależnie od dylogii TGTL – to odrębna historia z zupełnie nowymi bohaterami, osadzona w tym samym uniwersum. Chociaż ja osobiście polecam sięgnąć po nią już po lekturze poprzedniej serii, która niejako wprowadzała nas w klimat i zapoznawała z prawami, zwyczajami i wierzeniami Ziem Raghów.

„Złodziej renów”, choć objętościowo znacznie mniej obszerny niż każdy z tomów TGTL, jest znacznie bardziej przesiąkniętym raghijską mitologią i tym, co tak bardzo urzekło mnie w poprzedniej serii autorki – zimnym jak wszechobecny lód, bezwzględnym i przez to tak bardzo upiornym surowym klimatem wiecznej zmarzliny.

Osławiony myśliwy Wardun zostaje wezwany do pomocy w rozwiązaniu zagadki renów, które znikają bez śladu niezależnie wysiłków pilnujących ich pasterzy. To robota zuchwałego złodziejaszka, nieznanego drapieżnika, demonów z głuszy, czy może obca magia? W poszukiwaniach winnego wspomoże go Zanga – dowódca strażników osobiście odpowiadający za bezpieczeństwo stada. Od pomyślności misji zależy jego honor, samopoczucie i pozycja w wiosce. Żaden z nich nie spodziewa się, że pozornie banalne śledztwo zmieni się w epicką wyprawę do pełnego potworów świata zmarłych w poszukiwaniu legendarnego skarbu.

Z jednej strony to dość standardowa w formie fantastyka, gdzie formuje się drużyna przypadkowych śmiałków o unikalnych umiejętnościach i wyrusza z karkołomną misją na najeżone niebezpieczeństwami dzikie ostępy. Z drugiej to magiczna, bardzo baśniowa, uniwersalna opowieść o radzeniu sobie z żałobą, pokonywaniu uprzedzeń i podejmowaniu ryzyka, by podążać w życiu własną drogą nie przejmując się opinią innych.

To też oczywiście w dużej mierze romans, choć wydaje mi się, że ten wątek został potraktowany znacznie bardziej subtelnie, niż we wspomnianej wcześniej dylogii – być może ze względu na ciekawie rozbudowany świat przedstawiony, który przyciągnął moją uwagę jeszcze skuteczniej, niż miłosne dylematy bohaterów. Ale znajdziemy tu więc prawdziwą miłość o łamiącym serce, przedwczesnym zakończeniu, odkrywanie i godzenie się z własną seksualnością oraz odwieczną walkę rozsądku z głosem serca.

Ale przede wszystkim to świetna przygoda – będą szamańskie rytuały, mniej lub bardziej przyjazne duchy, mitologiczne potwory, ratujące życie amulety, zapomniani bogowie i przedwieczne gadziny. Pojawi się też niechlubny ciężar historii i zupełnie współcześni zbrodniarze. Aż reszcie nie będzie wiadomo, który przeciwnik okaże się gorszy – ten odległy, bo nadprzyrodzony czy zupełnie bliski, najzwyklejszy w świecie łotrzyk.  

Niedługa ale bardzo nasycona, pełna treści opowieść. Nie liczcie na choćby chwilę nudy.

S. L. Leśna, Złodziej renów, 2021, 191 s.
(premiera 4.12.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Więcej o historiach ze świata Raghów znajdziecie na blogu autorki.
Książkę można nabyć wyłącznie w formie ebooka (pdf, mobi, epub) w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: „Red, white & royal blue” Casey McQuiston

Witamy w równoległym wszechświecie, w którym prezydentką USA jest nie tylko kobieta z Teksasu, ale również była żona meksykańskiego imigranta. Czy w takim przypadku potrzeba jeszcze dodatkowych skandali? Tuż przed kolejnymi wyborami?

Z drugiej strony cóż to za polityka bez medialnej dramy? Kiedy Alex – nastoletni syn prezydentki marzący o zostaniu najmłodszym kongresmenem w historii – na weselu następcy tronu, w wyniku przepychanki ze znienawidzonym księciem Henrym, wpada z nim prosto w tort za miliony monet, międzynarodowy skandal jest już blisko. I trzeba będzie zrobić wszystko, by załagodzić sytuację. Czy z konieczności udawania zażyłej przyjaźni „pod publiczkę”, między najważniejszymi nastolatkami dwóch mocarstw może wyjść coś dobrego?  Na przykład nieheteronormatywny romans, który trzeba będzie ukrywać przed całym światem?  

W końcu dlaczego by nie zakochać się w swoim największym wrogu w najgorszym możliwym czasie?

Ten tytuł kojarzy mi się trochę z czytanym w dzieciństwie „Pamiętnikiem Księżniczki”, tyle że w tęczowej wersji i chyba jednak dla nieco starszego czytelnika, bo poruszającego trochę trudniejszą problematykę. Mamy tu jednak i spełnienie amerykańskiego snu „od dziecka imigrantów do Pierwszego Syna Ameryki” i bajkową miłość i cukierkowy happy end.

Żeby jednak nie było aż tak niefrasobliwie, znajdziemy tu również tematykę dyskryminacji na różnych polach, poznawania siebie i odkrywania swoich pragnień, ogromnej roli wsparcia ze strony rodziny, żałoby po śmierci najbliższych, potrzeby szczerości (zarówno z innymi, jak i z samym sobą) w świecie pełnym kłamstw i konwenansów, podejmowania własnych decyzji i mierzenia się z ich konsekwencjami, rozwodu rodziców, a nawet wykorzystywania seksualnego. A wszystko to wśród skomplikowanych meandrów amerykańskiej polityki i pod złym okiem konserwatywnej Królowej Babci.

Jak sama autorka pisze w posłowiu, ta książka miała być nieco ironiczną ucieczką łagodzącą szok związany z kierunkiem, w którym zaczął zmierzać świat. Skręcającą w kierunku utopii fantazją „ku pokrzepieniu serc”. I chociaż nie można odmówić jej naiwności i (przynajmniej na ten moment) braku realizmu, faktycznie spełnia swoją funkcję. Jeśli tylko nie będziemy traktować jej zbyt poważnie, a jedynie cieszyć się historią o bajkowej miłości zdolnej pokonać wszelkie przeciwności losu, łączącej narody, łagodzącej obyczaje i godzącej zwaśnionych członków rodziny, to pozostawi w nas z tym charakterystycznym ciepłem w klatce piersiowej i niewielkim uśmiechem – trochę pobłażliwym, ale bardziej jednak rozczulonym.

Sympatyczny, lekki i przyjemny romans ze sporą dawką autoironicznego poczucia humoru, które tak cenię.

Casey McQuiston, Red, white & royal blue, Warszawa: Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, 2020, 476 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Dwudziestojednoletnia Frances jest studentką, wrażliwą debiutującą poetką i dość zamkniętą w sobie wnikliwą obserwatorką. Pozostając w cieniu przebojowej przyjaciółki, którą podziwia tak jawnie, jak i skrycie, przygnieciona ciężarem licznych kompleksów, większość emocji zamyka głęboko w sobie nie dając ich po sobie poznać.

Kiedy wdaje się w romans z jedenaście lat starszym atrakcyjnym aktorem, mężem znanej pisarki pracującej nad artykułem o wspólnej twórczości Frances i jej przyjaciółki Bobbi, emocje zaczynają brać górę nad studentką i próbują wyrwać się spod jej żelaznej kontroli. Czy tego rodzaju związek ma szanse na przetrwanie? Szczególnie, kiedy w strachu przed byciem zranionym wolimy otoczyć się murem obojętności albo zaatakować jako pierwsi?

To opowieść o młodości, pierwszych krokach w dorosłe życie, poszukiwaniu pomysłu na siebie, trudnym dzieciństwie, braku wsparcia i dojrzewaniu emocjonalnym, ale również o ogromnej samotności, poczuciu wyobcowania nawet w gronie najbliższych, trudnościach w nawiązywaniu relacji, bezbronności wobec bólu i choroby oraz braku umiejętności poproszenia o pomoc.

„Chciałam jej wyjaśnić, że nie wiem, co mi było wolno czuć ani co z tego, co wtedy czułam wolno mi czuć, gdy teraz spoglądam wstecz”.

Znajdziemy tu obraz młodzieńczego buntu przeciwko normom społecznym i tak pociągającego pseudointelektualizmu, gdzie pod górnolotnymi i filozoficznymi deklaracjami odrzucenia opresyjnych konstruktów kulturowych – jak monogamia, czy związek – młodzi dorośli za wszelką cenę starają się uniknąć odpowiedzialności za swoje życie i ponoszenia konsekwencji podejmowanych decyzji. Wraz z trudnościami w komunikowaniu swoich potrzeb i uzewnętrznianiu uczuć otrzymamy emocjonalny mętlik będący nie tylko cechą charakterystyczną głównej bohaterki, ale również ponurą diagnozą sporej części społeczeństwa.

„Bałam się, że moja osobowość, gdyby się okazało, że ją mam, będzie z gatunku tych niedobrych. Czy martwiłam się tym jedynie dlatego, że byłam kobietą i czułam presję, by przedkładać cudze potrzeby nad własne? Czy ‚dobroć‚ była tylko innym słowem na określenie uległości w sytuacji konfliktu? Podobne rzeczy pisałam jako nastolatka w swoim pamiętniku: jestem feministką i mam prawo nie kochać nikogo”.

Niby nic nowego ani odkrywczego, jednak bez wątpienia dylematy i problemy Frances niejednemu czytelnikowi wydadzą się znajome – w końcu zarówno strach, jak i poszukiwanie to nieodłączne części młodości. Chociaż w moim przypadku ten etap miał miejsce dużo wcześniej (ale też ja urodziłam się stara duchem), raczej w wieku licealnym, niż studenckim i może dlatego chroniczne niezdecydowanie i niedojrzałość Frances mocno działało mi na nerwy. Nie sposób jej jednak nie współczuć. I nie kibicować jej poszukiwaniom szczęścia.

Nie mogę powiedzieć, że to książka, która porwała mnie od pierwszej strony, całkiem długo się do niej przekonywałam. Ale mniej więcej w połowie, kiedy już udało mi się wkręcić w całą historię, mocno mnie wciągnęła i resztę pochłonęłam jednym tchem.

Warto wspomnieć, że jest naprawdę dobrze napisana – czytałam egzemplarz recenzencki, jeszcze przed ostateczną korektą i bez choćby wyodrębnienia dialogów, a mimo to czytało się lekko, płynnie i interesująco. Pod względem literackim to była przyjemność.

No i uwielbiam tą okładkę!

Polecam, z pewnością sięgnę również po drugą pozycję tej autorki, bo nie miałam dotąd jeszcze okazji czytać „Normalnych ludzi”, a słyszałam, że robią wrażenie.

Sally Rooney, Rozmowy z przyjaciółmi, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „The Foxhole Court” Nora Sakavic

Sporo u mnie ostatnio fantastyki, czas więc odetchnąć przy czymś kompletnie innym. Oj długo ostrzyłam sobie zęby na serię „All for the game” i nareszcie nadszedł czas na ten sportowy romans z gangsterskim wątkiem.

Neil Josten przez całe życie ucieka przed traumatyczną przeszłością. Żyje pod przybranym nazwiskiem, często zmienia miejsce zamieszkania, nie angażuje się w relacje a sztukę wtapiania się w tłum opanował do perfekcji – wszystko to by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jest jednak rzecz, którą kocha – Exy – brutalny sport drużynowy będący czymś w stylu połaczenia lacrosse i hokeja. Dlatego też nie do końca jest w stanie się oprzeć, kiedy trener jednej z drużyn uniwersyteckich, wraz z młodą wzrastającą gwiazdą tego sportu, proponują mu stypendium i miejsce w drużynie. I to nie byle jakiej drużynie, a w okrytych złą sławą Lisach – grupie niebezpiecznych wyrzutków społecznych, dla których sport jest rodzajem rekonwalescencji. Odnalezienie się w takim towarzystwie nie będzie łatwe, co więcej będzie kosztować Neila z trudem wywalczoną anonimowość. Czy sport i możliwość gry w profesjonalnej drużynie będą tego warte?

Mam wrażenie, że tak naprawdę cała książka była swego rodzaju rozbudowanym wstępem, wprowadzeniem do historii – poznajemy bohaterów i ich przeróżne dziwactwa, dowiadujemy się przed czym Neil ucieka i dlaczego, poznajemy zasady i historię Exy oraz samą drużynę Lisów. Poznajemy wrogów i przyjaciół, a ci ostatni wykorzystują ten czas, by się dotrzeć. Mam nadzieję, teraz już zacznie się prawdziwa akcja, bo chociaż wciąż coś się działo (a momentami działo się „grubo”), to jakoś ta historia na razie mnie nie porwała, wciąż czkałam na rozwinięcie, na właściwą akcję.

Dużym plusem są bohaterowie, to prawdziwa plejada barwnych osobowości, a łączące ich relacje nie należą do zdrowych. Sama jednak otoczka i gangsterskie porachunki wydają mi się nieco przekoloryzowane z pewną nuta naiwnego romantyzmu. Mam nadzieję, że kolejne wydarzenia dodadzą im wiarygodności.

Na ten moment jeszcze nie spełniła moich oczekiwań, ale czytało mi się na tyle dobrze, że z przyjemnością dam szansę kolejnym częściom cyklu.

Nie mogę też trochę nie wypomnieć niestarannej korekty, bardzo nie lubię kiedy w zdaniu gubi się podmiot i tak właściwie nie wiadomo kto komu i do kogo albo wyrazy są źle poodmieniane. To rzutuje na odbiór całej historii i jest dla mnie sporym minusem.

Nora Sakavic, The Foxhole Court, Oświęcim: Wydawnictwo NieZwykłe: 2018, 332 s.

Czas na czytanie: „Totalna magia” Alice Hoffman

„W końcu kłopoty są całkiem jak miłość, przychodzą niezapowiedziane i przejmują władzę, zanim zdążysz się opamiętać czy w ogóle pomyśleć”.

Dopiero pod koniec lektury zorientowałam się, że chociaż chronologicznie „Totalna magia” dzieje się po wydarzeniach z „Zasad magii”, to była pisana jako pierwsza. Z tego powodu wymieniane w niej fakty z życia cioteczek Owens nie do końca zgadzają się z tymi opisanymi w „Zasadach”.

I co ciekawe, to prequel podobał mi się bardziej. Może dlatego, że czytałam go jako pierwszego, a może ze względu na Vincenta, który był moją ulubioną postacią i w „Totalnej magii” strasznie mi go brakowało.

Jak w przypadku pierwszej części nie przeszkadzało mi długie rozkręcanie się akcji, tak tym razem strasznie mnie to nużyło, interesująco zaczęło się robić dopiero jakoś w 2/3 powieści, przez co po odłożeniu książki choć na chwilę, bardzo trudno było mi do niej wrócić.

Chociaż i ta książka ma swój urok i nie sposób nie skończyć jej z uśmiechem na ustach, to jednak została napisana dużo bardziej „po łebkach”, mnóstwo wątków aż prosi się o pociągnięcie i dopełnienie, a to, co w poprzednim tomie było urocze i magiczne, w tym jest prostackie i patetyczne. „Zasady magii” były bardziej dopracowane, miały bardziej charyzmatycznych bohaterów i spójniejszą fabułę. Drugą część ratuje zbrodnia (w końcu nie ma nic lepszego, niż dobre morderstwo) i będące jej konsekwencją nadprzyrodzone zdarzenia.

Niezmiennie podobało mi się potraktowanie magii będącej wypadkową ludowych przesądów i rodowego dziedzictwa, spora dawka girl power i skupienie na relacji rodzinnych między kobietami – wielki plus za najeżone kolcami, ale pełne zaufania siostrzane relacje.

Bardzo babskie, ale nieco nużące czytadło, które rozkręca się dopiero pod koniec. Koniecznie muszę obejrzeć film, który wszyscy mi polecają. Mam wrażenie, że może być jednym z tych niewielu przypadków lepszych od książki.

Swoją drogą zupełnie nie rozumiem, dlaczego „Practical Magic” przetłumaczono na „Totalną magię”. Czemu akurat totalną?

Alice Hoffman, Totalna Magia, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2020, 322 s.

Czas na czytanie: „W samym sercu morza” Jojo Moyes

„Zostawiłyśmy wszystko, wszystkich, których kochamy, nasze domy, nasze bezpieczeństwo. W imię czego? Żeby nas napadnięto i nazwano ladacznicą (…)? Żeby przeklęta marynarka wojenna odpytywała nas z przeszłości jak jakieś przestępczynie? Żeby płynąc tak daleko, a na końcu usłyszeć, że cię tu nie chcą? Bo przecież nie ma żadnej gwarancji, prawda?”

Jeśli chodzi o książki idealne na wakacje, bez najmniejszych wątpliwości polecam pozycje Jojo Moyes – przyjemne, babskie, wciągające, zawsze z piękną historią miłosną, sporą dawką girl power i choć odrobiną humoru. Tak jest i tym razem.

Po zakończeniu II wojny światowej Królewska Marynarka Wojenna organizowała transport tak zwanych „wojennych żon” – kobiet, które w czasie wojny wyszły za brytyjskich żołnierzy poza granicami kraju. Najczęściej wykorzystywano do tej misji luksusowe liniowce i wojskowe transportowce, odbył się jednak jeden wyjątkowy kurs – 2 lipca 1946 roku jeden z ostatnich rejsów żon z Australii do Wielkiej Brytanii odbył się na pokładzie lotniskowca HMS Victorious, brała w nim udział babcia autorki. To właśnie w owym czasie, na tym statku Jojo Moyes umieszcza fabułę powieści inspirowanej tymi niezwykłymi wydarzeniami.

Cztery dziewczyny, które dzieli wszystko – od statusu społecznego i majątkowego, przez wiek, doświadczenie życiowe, plany na przyszłość czy wykonywany zawód aż po charakter i wyznawane wartości – w normalnych warunkach nigdy nie miałyby szansy się spotkać. Zadzierającą nosa, rozpieszczoną Avice, niedojrzałą, pełną entuzjazmu Jean, ciepłą i swojską Margaret oraz wycofaną i szorstką w obyciu Frances łączy jednak wspólna kabina podczas rejsu mającego odmienić ich życia.

Rywalizacja, zawiść, strach o przyszłość, nadzieja na lepsze jutro, całkowity brak wpływu na własny los, zależność od nieobecnych mężów, mężczyzn przebywających z nimi na statku i bezmiaru oceanów oraz nawiązywane niepewnie przyjaźnie – ponad 600 młodych kobiet stłoczonych na nieprzystosowanej do tego niewielkiej przestrzeni wojskowego okrętu przez prawie dwa miesiące, traktowanych jak towar, który trzeba dostarczyć do adresata to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Na pewno nie będzie więc nudno! Podczas lektury będziecie świadkami niejednego ludzkiego dramatu, mnóstwa emocji i zaskakujących, jak na takie warunki wydarzeń (jak na przykład wybory miss pięknych nóg, wyrzucanie samolotów za burtę czy wiązanie szalup ratunkowych nylonowymi rajstopami). I gwarantuję, że będziecie kibicować dziewczynom z całych sił podczas tej podróży w nieznane, choć nie koniecznie podczas konkursów piękności.

Zastrzeżenia? Dawno nie widziałam okładki tak nieadekwatnej do treści książki. To historia o trudach i niebezpieczeństwach podróży na okręcie wojennym o bardzo zaawansowanym stopniu zużycia, gdzie widmo i trauma wojny wciąż jest żywe. O samotności i niepewnej przyszłości. Pełna nierozbrojonych bomb, plam paliwa lotniczego i smaru, moralnych dylematów, spoconych mechaników, tropikalnych upałów i piekielnych maszynowni. A na okładce umieszczono uśmiechniętą i w pełni zrelaksowaną babeczkę w niewielkiej łódeczce do pływania po stawie. Jeśli chodzi o okładkę, jestem na nie.

Ale sama książka jest bardzo dobra i świetnie zbilansowana – jest przygoda, jest trudna przeszłość i lepsza przyszłość na horyzoncie, są emocje i nuta romansu. A inspiracja prawdziwymi wydarzeniami tylko dodaje powieści niesamowitości. W końcu najbardziej niezwykłe historie pisze życie.

Jojo Moyes, W samym sercu morza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 544 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi” cz.1 i 2”, Sarah J. Maas

„Dzięki miłości wszystko jest możliwe”

Czy opierając się na tak wyświechtanym i banalnym frazesie można zbudować oryginalną historię i nie zanudzić czytelnika na śmierć? I to na prawie 1200 stronach na dwie części podzielonych?

Sarah J. Maas po raz kolejny serwuje nam silną i niezależną bohaterkę (wyjątkowo wrogo nastawioną do samczych alfa dupków), której urządzi w życiu małe piekło. A my będziemy się temu przyglądać, kibicować, trzymać kciuki i potępiająco kręcić głową. Na całe szczęście Bryce irytowała mnie zdecydowanie mniej, niż Aelin, choć niewątpliwie ma z nią sporo wspólnego.

Jeśli znacie wcześniejszą twórczość autorki i w świecie Fae czujecie się już całkiem swobodnie, to czeka Was spora niespodzianka. Co prawda nadęci Fae również się tu pojawiają, ale w Księżycowym Mieście nie są nawet wierzchołkiem góry lodowej. Bo tu po ulicach przechodzą się rozmaite zwierzołaki, wiedźmy, anioły, duchy, żywiołaki, zjawy, demoniaki, kosiarze, upiory, wampiry, demony… Czasami trudno stwierdzić kto tu kogo prowadza na smyczy. Ponadto Lunathion ma w sobie sporo z Sin City – to miasto bardzo względnej sprawiedliwości, okrutnych kar, ponurych mścicieli, Służb Porządkowych składających się z imprezowiczów-zabijaków, dudniące klubową muzyką, płynące alkoholem i znacznie cięższymi używkami – a rozrywkowa główna bohaterka będzie po nim świetną przewodniczką. Jeśli tego wszystkiego wciąż mało, to mamy tu do czynienia z mieszanką magii i nowoczesnych technologii. I widmo nadciągającej wojny.

 

Na tym tle rozgrywa się zbrodnia, która zatrzęsie światem beztroskiej Bryce Quinlan. A szykujące się śledztwo, w którym odegra jedną z głównych ról, obnaży cienie nie tylko miasta i systemu, ale również skrzętnie ukrywane tajemnice jej najbliższych.

Przed czytelnikiem dużo ogarniania – to zupełnie nowy świat, który rządzi się swoimi prawami. Mamy do zapamiętania nie tylko mnóstwo bohaterów przeróżnych ras, kształtów i gatunków, ale również podział owych ras na Domy (a każdy z nich ma swojego władcę), różnice między ludźmi, a Wanami, skomplikowaną hierarchię społeczną i jeszcze bardziej skomplikowany sposób zarządzania miastem, krajem i światem. Do tego czeka nas podróż poprzez dzieje Midgardu od jego zaludnienia, przez konflikty aż do burzliwej sytuacji obecnej (a większość nadprzyrodzonych istot przybyła na tą planetę poprzez Szczelinę w czasoprzestrzeni, więc to wcale nie tak hop), jego wierzenia, sytuację społeczną i polityczną. Czacha paruje. I jak by mnie to wszystko na początku nie przeraziło i przytłoczyło, tak w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że było naprawdę fajnie! Bo i wszystko to zostało przedstawione nie tylko w całkiem przystępny sposób, ale nawet mimochodem – zamiast przydługich wykładów czytelnik poznawał to chaotyczne uniwersum pozostając w samym centrum akcji, nierzadko ucząc się i odkrywając pewne fakty wraz z bohaterami.

Mimo frywolnego podejścia do korzystania z uciech życia, wątek romansowy, choć istotny, jest dodatkiem i mimo silnego przyciągania między bohaterami, seksy nie przesłaniają fabuły. Mimo, że to zdecydowanie powieść dla dojrzałego czytelnika z gatunku seks i przemoc + wulgaryzmy w ilości alarmującej. A mimo to to przyjaźń jest tu najważniejszą wartością i to na tej sile zbudowano całą opowieść. Bardzo podobały mi się również poplątane relacje rodzinne i grzebanie w historii stworzonego świata. I chimera w roli kanapowego pupila!

Kompletny misz-masz, w mojej skali Dziobaków mocna 9!

Jeśli to jest pierwszy tom, to aż boję się myśleć, co nas czeka w kolejnych. Nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 560 s.

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 622 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.