Czas na czytanie: „Postawić na szczęście” Anna Sakowicz

Od dawna już miałam ochotę spróbować prozy Anny Sakowicz, ale dopiero historia Agaty zagościła na moim stosie do przeczytania. A ta skusiła mnie tak już przecież oklepanym porównaniem do Bridget Jones.

A porównanie to jest wyjątkowo trafne (co wbrew pozorom nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać). Agata jest dziennikarką marzącą o stabilizacji, jaką daje praca na etacie i blogerką z fantastycznym pomysłem na siebie – ima się najbardziej niedocenianych prac i spisuje swoje wrażenia z bycia babcia klozetową, petsitterką, czy szkolną woźną. Wielkimi krokami zbliża się do czterdziestki, ma zakręconą rodzinę (w tym bardzo pozytywnego tatę), kilkanaście kilo nadwagi, mnóstwo dystansu do siebie i kilku adoratorów krążących po jej okrąglutkiej orbicie. Ma też świetną relację z siostrą i to właśnie z nią zakłada się, że zrealizuje „plan trzyletni” – rok na schudnięcie, rok na wyjście za mąż i rok na urodzenie dziecka. Jak życie pokaże, niekoniecznie w tej kolejności…

Tak, ta książka jest przewidywalna, zarówno jej przebieg, jak i zakończenie chyba nikogo nie jest w stanie zaskoczyć. Ale moim zdaniem o to właśnie w tym wszystkim chodzi – to przyjemna, zabawna lektura powielająca znany i sprawdzony schemat. Nie każda książka musi przecież zaskakiwać.

Nie wiem, czy to dlatego, że najłatwiej czytać o problemach, które nigdy nie będą nas dotyczyć, czy większy wpływ miał na to niezobowiązujący temat, czy lekki styl autorki, ale ta książka okazała się być wyjątkowo relaksująca. Z przyjemnością zaległam z nią w fotelu po świątecznym obżarstwie i chętnie sięgnę po kolejny tom.

Szczególnie, że znajdziemy tu całkiem plastyczne landszafciki: malownicze leśniczówki, tajemnicze nagrobki i arbotetum. Aż do teraz nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. A tu okazuje się, że to opisane jest całkiem niedaleko mojego miejsca zamieszkania.

To nie jest wybitna książka, która zostanie w moim sercu na zawsze, ale sympatyczna rozrywka na kilka wieczorów. Lekka, podszyta humorem historia nie wymagająca gimnastyki umysłowej. Świetnie sprawdzi się jako książka do pociągu, czy samolotu, albo jako towarzyszka leniwego wolnego popołudnia. Nieszczególnie poważna, chociaż zahacza o całkiem poważne problemy. Nie ocenia, nie moralizuje, ani nie zmusza do głębszych refleksji, ale ma w sobie jakąś taką pozytywną energię, dzięki której odkładamy ją z uśmiechem.

P.S. Nie wiem dlaczego, ale pani na okładce ma nos wymazany w Photoshopie, co mnie trochę niepokoi. Może to jakaś krewna Voldemorta?

Anna Sakowicz, Postawić na szczęście, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2018, 350 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: „Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska

Nie da się ukryć, że mam wielką słabość do dziwnych rzeczy i sięgam po nie z przyjemnością. Ale tak dziwnej książki, jak „Twierdza Kimerydu” dawno nie czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć.

Ludzkość poczyniła spore postępy w kierunku rozwoju genetyki. Nie tylko wskrzesiła dinozaury, ale również powołała do życia nowe gatunki bezrefleksyjnie mieszając geny stworzeń żywych i wymarłych. Dążąc do pokonania śmierci ulepszyła człowieka modyfikując jego wygląd, wyeliminowała koncepcję starzenia się i poprawiła wytrzymałość. Największym marzeniem okrutnego cesarza hegemona władającego Europą jest stworzenie armii niezwyciężonych żołnierzy będących hybrydami ludzi i dinozaurów. Tymczasem w Afryce, miejscu, skupiającym badania nad prehistorycznymi gadami, przedstawiciele tego gatunku pojawili się zupełnie samoistnie. By nie powiedzieć wręcz „naturalnie”.

Tyrs Mollina nie ma lekkiego życia – urodził się jako wyrzutek, potomek człowieka i raptora. Pozbawiony wspólnoty i własnej tożsamości, wychowany na ulicy od dziecka musi radzić sobie sam, a ponadto na jego barkach ciąży odpowiedzialność za pojawiające się w zastraszającym tempie młodsze rodzeństwo. Jest samcem alfa swojej rodziny, strażnikiem wąwozu, Casanovą, uczniem liceum i przyjacielem dwóch innych młodych chłopaków, całkiem do niego podobnych, a jednak zupełnie innych.

Ta książka to naprawdę wybuchowa mieszanka – problemy egzystencjalne dorastających chłopców mieszają się z walką o przetrwanie i poszukiwaniem własnego „ja”, nie tylko jako człowiek, ale i jako drapieżnik. To walka z zupełnie ludzkimi pragnieniami i popędami podszeptywanymi przez skrytą gdzieś głęboko gadzią naturę. To nieustanna walka o akceptację społeczeństwa, rodziny i samoświadomość. A jakby tego rodzaju rozterek było mało, to pewna słynna kobieta, która trafi przypadkiem w mało gościnne mury tej niestandardowej twierdzy przynosi ze sobą widmo wojny.

Kontrowersyjne tematy, jak homoseksualizm, czy prostytucja kompletnie blakną przy eksperymentach na ludziach (a nawet na własnych dzieciach!), wykorzystywaniu nieletnich, składaniu krwawych ofiar, czy międzygatunkowych związkach z licznym potomstwem. Kompletna jazda bez trzymanki. Czytelnikowi wydaje się, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć, by chwilę później wstrzymywać oddech za zdumienia. A wykreowana antyutopia z każdą stroną przeraża coraz bardziej.

Jest tu wojna i rzeź, są złamane serca i portowe życie spod znaku czerwonych latarni, jest walka o wolność, tożsamość i rzucanie wyzwania niepokonanemu, jest okrucieństwo najeźdźcy i jedzenie ludzkiego mięsa. Jest nadzieja i jej utrata. Są też takie momenty, kiedy nie miałam zielonego pojęcia o co im wszystkim chodzi i w imię czego właściwie tak strasznie utrudniają sobie życie. Bo motywacje bohaterów bywają przedziwne i zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Wiadomo, były momenty, które podobały mi się bardziej, i te, które mniej przypadły mi do gustu. Długo nie rozumiałam na przykład dlaczego właściwie na siłę upchnięto bohaterów do szkoły – dla mnie z zupełności sprawdziliby się jako żołnierze. A tego rodzaju zabiegów – które zyskują sens dopiero gdy mamy obraz całości – jest całkiem sporo. Frustrująco sporo.

Autorka jest prawdziwą sadystką – nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani tym bardziej czytelników.

Pomijając kompletny miszmasz tematyczny i koncepcyjny, książka jest napisana w bardzo specyficzny sposób. Teraźniejszość miesza się ze wspomnieniami, a różne perspektywy bohaterów niejednokrotnie się na siebie nakładają. Nie przepadam za pierwszoosobową narracją, ale w przypadku tej powieści nadaje ona historii zupełnie inny wymiar. A kiedy już się człowiek przyzwyczai, to nie sposób przerwać lektury, czyta się jednym tchem.

Dziwna, niestandardowa, zaskakująca. Nie można przestać o niej myśleć, szczególnie, że zakończenie pozostawia mnóstwo niedosytu. Niecierpliwie czekam na drugi tom, i w głębi serca mocno wierzę, że mój ulubiony bohater wcale jednak nie umarł na śmierć i doczekam się jego wielkiego powrotu. Bardzo proszę!

P.S. Nie sposób nie wspomnieć również o opracowaniu graficznym – książka została wzbogacona o trzy kolorowe wkładki z komiksowym przedstawieniem danej sceny. Ta koncepcja przypadła mi do gustu i w ostatecznym rozrachunku było mi tych obrazkowych wtrąceń trochę mało – kiedy już się przyzwyczaiłam, że się pojawiają, one jak na złość przestały się pojawiać. Strasznie spodobał mi się za to gadżet promocyjny, który dostałam wraz z książką – zbiór grafik w formie pliku zdjęć przedstawiających formalne i nieformalne momenty z życia opisanych postaci. Taki intymny wgląd do albumu ten kompletnie niestandardowej, ale jednak rodziny. Fantastyczny pomysł.

Magdalena Pioruńska, Twierdza Kimerydu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 444s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Zniewolony książę” C.S. Pacat

Takie książki to moje dirty pleasure – jedni nie śpią, bo czytają Greya, ja nie śpię, bo czytam yaoi. Powoli już przestaję się oszukiwać, że kiedyś z tego wyrosnę. Cóż, każdy ma gdzieś swoje Waterloo.

Jako, że to specyficzne hobby wciąż jeszcze mi nie przeszło, a zaczynałam gdzieś w gimnazjum, czuję się całkiem doświadczonym na tym polu czytelnikiem i z rosnącym sercem obserwuję rozwój rynku wydawniczego. Dlatego też dobrze wiem, że fabuła nie jest czymś, czego należy oczekiwać. Przynajmniej zazwyczaj.

DSC_0835

I też w tym przypadku pani Pacat jakoś szczególnie mnie nie zaskoczyła, bo to zupełnie typowy slave romance – zły przybrany brat podstępem pozbawia głównego bohatera prawa do tronu i cichaczem sprzedaje go jako niewolnika władcy wrogiego narodu. A przez następne 300 stron bohater próbuje uciec, wrócić do domu i odzyskać tron.

haremy, duszne parowe łaźnie, złote łańcuchy, traktaty, seksy, przymus, walka o dominację, zapasy nasmarowanych olejkiem wojowników, baty, uległe kociaki i uparty buntownik. Wzajemna pogarda i przyciąganie. Klasyka tematu.

Ale są trzy aspekty, które w moich oczach wyróżniają to pozycję i ze względu na nie będę czekała na kolejne tomy trylogii (Ewelino, kochanie, czy mnie czytasz? Dopisz do listy prezentów). Przede wszystkim dworskie intrygi (uwielbiam!), które w tej książce są wyjątkowo zapętlone i perfidnie złe. Na drugim miejscu plasuje się oziębły nowy właściciel naszego zniewolonego bohatera, który ma tak złośliwie wredny charakterek, że to aż cudowne (jego też uwielbiam). I na końcu opisy dwóch wrogich kultur zestawionych ze sobą na zasadzie kontrastu – od zwyczajów dotyczących ubioru, intymności, czy prezentowania majątku, aż po architekturę i sztukę – a tak do siebie podobnych pod względem rządzy władzy i bezwzględnej polityki.

Pod względem literackim bez szału, a na początku nawet trochę męcząco, choć nie wiem, czy to wina autorki, czy tłumaczenia. Za to opisy bywają bardzo plastyczne (czasami aż do przesady), co lubię i doceniam. Całkiem się wczułam.

Jest więc tendencyjnie i bez szczególnych uniesień językowych, chociaż niewątpliwie książka ma swoje momenty. Ale kurczę, wszyscy wiemy po co tu jesteśmy. Bynajmniej nie dla fabuły.

C.S. Pacat, Zniewolony Książę, Warszawa: Studio JG, 2018, 312 s.

Czas na czytanie: „Gus” Kim Holden

Wydawało mi się, że bez Promyczka dalsze opowiadanie tej historii nie ma sensu, bo… no właśnie, była jej promyczkiem. Okazuje się jednak, że Gus też całkiem nieźle sobie radzi.

Nie jest łatwo towarzyszyć głównemu bohaterowi przez pierwszy rok po śmierci najlepszej przyjaciółki i jedynej miłości. Bardzo długo jest to opowieść o bólu, frustracji i nieutulonej tęsknocie, a sam Gus zdaje się staczać po równi pochyłej prosto ku samozagładzie.

To również historia radzenia sobie z żałobą, godzenia się z losem, walki o własne życie i nadawanie mu sensu na nowo. O pokonywaniu traumy. O odwadze doświadczania życia. Każdego dnia, w każdej minucie.

„(…)Masz tylko jedną szansę w tym cyrku zwanym życiem. Nie siedź na widowni, przyglądając się przedstawieniu. Wskakuj na arenę i bądź wielki.”

I przede wszystkim to fantastyczna książka o niekonwencjonalnych rodzinach i miłości, która czasami przychodzi niespodziewanie. O miłości rodzicielskiej i miłości przyjaciół. Nie wiem, jak to możliwe, ale to druga książka autorki, która podejmuje strasznie smutny temat w niesamowicie pozytywny sposób. Od samego czytania na nowo chce się żyć, a jej bohaterów nie można nie lubić. I to wszystkich – od narkomanki, przez gwiazdy rocka aż po poturbowanego kota.

„W końcu coś sobie uświadomiłam. Może brak normalności jest w porządku. Może rodzina nie musi być idealna, żeby w ogóle istniała.”

Jest też muzyka, twórczy szał i chęć zmieniania świata. Cokolwiek robimy, stwarzajmy legendę!

Przy okazji Kim Holden napisała chyba pierwsze książki z narracją pierwszoosobową, która naprawdę mi odpowiada! Jestem pod wrażeniem.

Kipiąca emocjami, podnosi na duchu i zaraża chęcią do działania.

„Jeśli postarasz się wystarczająco mocno, każdy dzień może być legendarny.”

Kim Holden, Gus, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 500 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Książka na weekend: „Poświęcenie” Adriana Locke

„To, co w życiu najlepsze, nie przychodzi łatwo, ale właśnie te rzeczy są warte poświęcenia”.

Czy może być coś lepszego do czytania na plaży, niż historia nietypowej miłości? Miłości odłożonej na lata, doświadczonej przez żałobę i nieźle zakręconej. Mamy tu do czynienia z wątpliwie moralną sytuacją typu „czuję miętę do żony brata”. Nie dajcie się jednak zwieść, to wszystko nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać!

Crew i Julia, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. Łączy ich wspólna przeszłość, wspomnienie o mężu i bracie oraz pełna życia mała dziewczynka. Ale kiedy na ich głowy spada tragedia, okazuje się, że prawdziwego wsparcia mogą szukać jedynie u siebie nawzajem.

„Dostałem drugą szansę w tak wielu sprawach. Mogę naprawić swoje błędy, zrobić coś dobrego dla świata… kochać cię we właściwy sposób”.

Strasznie bałam się tej książki, bo zostałam ostrzeżona, że złamie mi serce. Jako naczelna książkowa beksa przez dłuższy czas trzymałam się daleko od „Poświęcenia”. Ale pokusa okazała się być silniejsza, niż zdrowy rozsądek. I całe szczęście, bo było warto! Fakt, ta książka jest smutna. Ale jest też pełna nadziei, a ostatecznie działa jak katharsis.

„Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i wszystko zrobić inaczej, żeby wiedzieć wtedy to, co wiem teraz. Że ludzie są ważniejsi od rzeczy. Że czasami te nudne rzeczy są najlepsze. Że nic, nic, nie jest lepsze od dzielenia się z kimś swoim życiem”.

To książka o heroicznej walce z losem – dosłownie i w przenośni. O silnej kobiecie i o trudnej umiejętności przyjmowania pomocy. O określaniu priorytetów. O wsparciu, przyjaźni i miłości, która nie rdzewieje. O odpowiedzialności i poświęceniu.

Tym, co spodobało mi się wyjątkowo bardzo, jest autentyczność bohaterów. Często spotykam się w książkach z sytuacją, że osoba, która nagle styka się z chorobą albo innym życiowym nieszczęściem staje się nagle nadczłowiekiem – zyskuje życiową mądrość, powagę i opanowanie, a do swojej sytuacji podchodzi z chłodem i dystansem. Tutaj na szczęście nic takiego nie występuje. Wręcz przeciwnie, książka jest pełna emocjibezradności, rozpaczy, gniewu, poczucia niesprawiedliwości. I nawet kiedy Crew nareszcie „dorasta” do odpowiedzialności, wciąż jest tym samym porywczym, zazdrosnym i niecierpliwym „bad boyem”. Podobnie Julia – nawet jeśli wyciąga naukę z trudnej sytuacji, nie staje się nagle uszlachetnioną przez cierpienie drugą Matką Boską. Bohaterowie uczą się, rozwijają, ale wciąż pozostają sobą. I to jest super, bo są wyraziści i dobrze wykreowani.

Para głównych bohaterów ma to szczęście, że mimo braku bliskiej rodziny, czuwa nad nimi cała chmara dobrych duchów – pełne babcinego ciepła Olivia i Pani Ficht, opanowany Sal i pozytywnie zakręceni Will i Macie. Przyjaciele na dobre i na złe podnoszą czytelnika na duchu i są głównymi twórcami niepowtarzalnego klimatu „Poświęcenia”.

Trochę wyciskacz łez, trochę romans i trochę erotyk – w proporcjach idealnych. W dodatku czyta się wyjątkowo płynnie, można nie zauważyć, kiedy minęło 400 stron. Świetnie nadaje się jako towarzyszka podróży albo leniwego odpoczynku na kocyku.

„Kiedy wydaje się wam, że nie pokonacie stojącej na waszej drodze przeszkody, idźcie przed siebie. Bo nieważne jak źle to wygląda, zawsze możecie wygrać. Zawsze wystarczy wam sił. Musicie tylko w to uwierzyć”.

Adriana Locke, Poświęcenie, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2018, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Jak upolować pisarza” Sally Franson

Chyba już dawno nie było tutaj porządnego narzekania na nietrafiony wybór, dlatego też przychodzę z recenzją książki, która niestety nie spełniła moich oczekiwań.

DSC_0453

Sięgając po „Jak upolować pisarza” spodziewałam się pełnej humoru satyry „życia na szczycie”, szefowej z piekła rodem, miłości do książek i płomiennego romansu.
Okazało się jednak, że z tego wszystkiego zaliczyć można uzależnienie od słowa pisanego i, w pewnym stopniu, krytykę coachingowej korpomowy. Romans pełni marginalną rolę, szefowa co prawda jest wredną wykorzystywaczką, ale do demona jej daleko. Najbardziej rozczarowuje jednak główna bohaterka, która jest… nijaka. I choć zapewne taki był zamysł autorki, by zrobić z niej utalentowaną, ale zagubioną, ulegającą wpływom, rządną sławy i poklasku zarozumiałą gąskę, która nie wie czego chce, to mimo tych wszystkich cech, jej postać nie budzi żadnych intensywnych odczuć – ani nie jest wkurzająca, ani godna podziwu, ani współczucia. Zniecierpliwienie i politowanie – te dwie emocje towarzyszyły mi podczas śledzenie jej przygody. A chyba jedyną wartościową rzeczą jest jej przyjaźń z Susan.

„Susan chłonęła życie całą sobą, jak rybie skrzela chłoną obecny w wodzie tlen. A teraz ja wyciągnęłam ją na brzeg i patrzyłam, jak cierpi. Wyszłam nie mówiąc już nic więcej. Tak dobry człowiek jak Susan zasługiwał na coś lepszego niż moje głupie intrygi”.

Bliżej jej do Brigdet Jones (chociaż brigdet Jones była urocza!) niż do Andrei Sachs, jak sugeruje okładka. Tak, jak szefowej Casey brakuje klasy Mirandy, tak samej książce brak błyskotliwości i ciętego humoru „Diabeł ubiera się u Prady”. Rozumiem porównanie pracy w firmie marketingowej do redakcji modowego magazynu, ale zestawienie tych dwóch debiutów niestety nie przynosi korzyści Pani Franson.

„Byłam tak pogrążona w pracy, że straciłam poczucie czasu. Łatwo mi się było zagubić we własnych myślach, czasem zapominałam nawet, że jestem człowiekiem. Do tego stopnia dawałam się pochłonąć temu, co robiłam lub – bądźmy szczerzy – osobie, z którą to robiłam, że moje poczucie „ja” w pewien sposób zatracało swoje granice. To chyba anomalia porównywalna z wybiórczą przepuszczalnością ścian komórkowych – miałam wrażenie, ze do mojego wnętrza przenika cały wszechświat”. – Co ja własnie przeczytałam?

Oj dawno tak nie narzekałam, chociaż tak naprawdę to nie jest jedna z najgorszych książek, które wpadły mi w ręce. Nie ma szans na tytuł gniota roku, jest przeciętna i nie porywa, ale ma również swoje momenty. A dokładniej swoje postacie – zakręcona na punkcie astrologii, mocy kryształów i innych specyficznych rzeczy Lindsay to bardzo fajnie dopracowana bohaterka, aż żal, że to nie o niej jest ta powieść. Podobnie ciepłe odczucia mam do Osoby zwanej Chris. Podobał mi się jest hipsterski klimat małych księgarni i bezkompromisyjny girl power, który uosabia tu postać Ellen.

Książka porusza też ważne tematymolestowanie seksualne, uzależnienie od social mediów, hejt w internecie, czy kradzież wartości intelektualnej. Jest konflikt wewnętrzny pomiędzy spełnieniem zawodowym a zasadami moralnymi, jest potępienie płytkiego konsumpcjonizmu, jest w końcu pytanie o etykę w marketingu. Szkoda tylko, że książka nie ma w sobie „tego czegoś”, co nie pozwalałoby odłożyć jej na bok.

„Umysł i serce są takie kruche. Na jakiś czas straciłam oba. Tylko wyjątkowi ludzie i wyjątkowe książki – które przypominają ci, że owszem, jakiś czas temu umarłeś, ale wciąż możesz powrócić do życia – pomagają ci je odzyskać”.

Niby jest Vegas, balowanie za firmowy hajs, amory z przystojnym pisarzem i wielki internetowy skandal, ale głównie wieje nudą. Gdyby wyrzucić wszystkie górnolotne cytaty i przemyślenia rodem od Paolo Coelho i połowę akapitów pełnych bełkotu, który niczego nie wnosi, książka straciłaby 1/3 objętości, za to zdecydowanie zyskałaby na atrakcyjności.

„Chyba uważał, że nie potrafiłabym go zrozumieć. Kiedy cierpimy, zwłaszcza z powodu czegoś, co właśnie się dzieje, trudno nam uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie nas zrozumieć, nawet jeśli przeszedł dokładnie to samo”.

Być może moje negatywne emocje wynikają ze zbyt wygórowanych oczekiwań – spodziewałam się, że dostanę więcej humoru, więcej romansu i więcej wyzwań. Bo tak naprawdę Pannie Pendergast wszystko przychodzi bez trudu (czy jest coś bardziej wkurzającego?) a jej niepowodzenia wynikają z faktu, że… no cóż, faceci bywają świniami.

„Rodzimy się na tym świecie z wielkim, nienazwanym brakiem. I prześladowana przez tą pustkę, przez ten zionący brak, kilka godzin później w końcu zasnęłam”.

Mam nadzieję, że kolejna książka autorki będzie lepsza pod względem stylu i prowadzenia akcji. Trzymam kciuki, bo książkoholizm łączy!

Sally Franson, Jak upolować pisarza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dizęki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Książka na weekend: “Wszystko przed nami” Samantha Young

Czas odhaczyć obowiązkową wakacyjną lekturę – kategoria „babskie czytanie„, typ „romansidło”! :D

Moje wrażenia na temat tej książki zacznę od bardzo płytkiego, ale nie oszukujmy się, bardzo istotnego faktu – ma piękną okładkę. Romantyczną, daleką od wulgarności, mimo sceny pocałunku na pierwszym planie, z malowniczym zamkiem na tle górskiego krajobrazu. Pani Elizo Luty, świetna robota!
Tak, jestem podła i oceniam po okładce. Bilans takiego podejścia to zwykle pół na pół – raz się sparzę i zmarnuję kilka dni życia na gniota w kolorowym papierku, innym razem będę zachwycona. Tym razem za spektakularną oprawą, która mnie przyciągnęła, kryła się bardzo miła niespodzianka.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, dlatego też nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać poza tym, ze będzie to babskie romansidło o schodzeniu się, rozstawaniu i dawaniu sobie drugich i trzecich szans. Prolog mocno mnie zniechęcił – jest w nim patos górnolotnych „złotych myśli”, marudna egzaltacja i nieco tandetna scena ulegania namiętnościom w szpitalnej toalecie. Nie brzmi za dobrze, nieprawdaż? Całe szczęście, że ta wyrwana z kontekstu scena w pewnym momencie się urywa i przychodzi czas opowiadania historii od początku, do końca. I jest dużo lepiej.

Warto wspomnieć już na samym początku, że jest to wyjątkowo rozbudowana opowieść. Główną bohaterkę – Norę – poznajemy już we wczesnej młodości (a dzięki wspomnieniom mamy również wgląd w jej dzieciństwo), dzięki czemu obserwujemy w jaki sposób kształtuje ją środowisko i życiowe dramaty, a sama bohaterka nabiera dzięki temu głębi i realizmu. Wraz z nią podejmujemy odważne decyzje i przeżywamy moralne dylematy. Bo życie nie szczędzi Norze ani tragicznych wydarzeń, ani emocjonalnej huśtawki.

To faktycznie poruszająca historia o podążaniu za marzeniami, które okazuje się nie być tak łatwe, jak to przedstawiają w bajkach. Mimo, że książę na białym koniu naprawdę kocha z całych sił. Opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. O przeżywaniu żałoby i radzeniu sobie z gnębiącymi wyrzutami sumienia. O prawdziwych rodzinach, gdzie więzy krwi tak naprawdę nie są ważne. O ukrywaniu się w dziecięcym świecie fantazji i strachu przed dorosłością. O dziecinnych dorosłych i nad wyraz dojrzałych dziewczynkach. O odnajdywaniu wewnętrznego spokoju i strachu przed jego utratą. O małych dramatach codzienności i o wielkiej odwadze pozwalającej się z nimi zmierzyć.

I przede wszystkim o zaborczości. O tak wielkim strachu przed samotnością, że przeważa on nad marzeniami i szczęściem ukochanej osoby.

To nieustanna walka marzeń z poczuciem winy, samoświadomości z niską samooceną.

A wszystko dzieje się na tle  pełnego studenckiego i festiwalowego życia Edynburga stanowiącego opozycję dla zabitej dechami dziury w Stanach Zjednoczonych, z której wywodzi się Nora. Okazuje się jednak, że zmiana miejsca zamieszkania, nawet tak diametralna, nie wystarczy, by odmienić życie. Wszystkie zmiany muszą zacząć się w nas.

I to prawda, że pod koniec cała intryga robi się już mocno tendencyjna, ale czy to nie właśnie o to chodzi w tego typu książkach? Żeby towarzyszyła nam lekka irytacja na bohaterów, którzy uparcie uciekają przed szczęściem i pewność, że mimo wszystko w końcu na siebie trafią? I będą żyli długo i szczęśliwie.

Samantha Young, Wszystko przed nami, Warszawa: Wydawnictwo Burda, 2018, 448 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów” Sandra Regnier

O tym, jak bardzo uwielbiam smoki, pisałam już w recenzji „Smoczej straży”. Kiedy odnalazłam mój ulubiony motyw w drugiej części trylogii PAN, nie mogłam powstrzymać entuzjazmu.

Lee, chcąc odszukać prawdziwego mordercę elfiego strażnika i ostatecznie oczyścić z zarzutów swoją przyszłą żonę, znika bez śladu. Ale Felicyty bynajmniej się bez niego nie nudzi. W końcu spotyka się z super sławnym aktorem, gra na nerwach Ciaranowi, który rolę nauczyciela bierze sobie bardzo do serca i oczywiście próbuje odszukać przyjaciela. Przez co (oczywiście) pakuje się w kłopoty, dzięki którym zyskuje szansę poznania całej bandy czystokrwistych, nadętych jak balony elfów, a nawet (równie nadętego) Merlina. Księga przepowiedni jak zwykle miesza, Felicity dowiaduje się coraz więcej o całej tej aferze i dochodzi do wniosku, że wolałaby jednak żyć w błogiej nieświadomości, a cała historia zyskuje znamiona epickiej wyprawy na poszukiwanie legandarnego skarbu, której nie powstydziłby się sam Indiana Jones.

Nie brakuje również spięć ze szkolną bandą gwiazd, jeszcze większych spięć z rodziną (która okazuje się jeszcze bardziej koszmarna, niż Adamsowie), podejrzanych obrazów, bardziej lubi mniej intencjonalnych podróży w czasie (często będących wpływem nadmiernego imprezowania), prób rozwinięcia swoich umiejętności i… bohatera rodem z książki o Piotrusiu Panie.

Gdybym już nie była wielką zwolenniczką tej serii, pokochałabym ją za pracę głównej bohaterki w National Gallery i magię, z którą autorka traktuje malarstwo. Konia z rzędem temu, kto nie miał nigdy wrażenia, że postać z portretu zaczyna nas obserwować, gdy tylko się odwrócimy. Albo temu, kto nie czuł nigdy na twarzy wiatru powiewającego liśćmi wyjątkowo malowniczego pejzażu. Ja tam całkowicie wierzę, obrazy żyją naprawdę. A że można przez nie przejść do innego świata nie dziwi mnie ani odrobinę.

A jeśli o pejzażach mowa, to wielkomiejskim Londynem, dane jest czytelnikowi odwiedzić podczas lektury znacznie bardziej nietypowe miejsca – między innymi Wersal Marii Antoniny, obłędnie zieloną krainę elfów i spowity mgłami zamek Avalonu.

I pojawiają się SMOKI! Czy wspominałam już, jak bardzo KOCHAM smoki? A te, choć jak na razie pojawiły się zaledwie w kilku scenach, zapowiadają się obłędnie. Przede wszystkim są zmiennokształtne (mogą przyjmować zarówno formę bestii, jak i ludzką), co daje nam jeszcze więcej zabójczo przystojnych młodzieńców gotowych łamać niewiaście serca. A przynajmniej mam taką nadzieję.

W pewnym momencie obawiałam się trochę, że Felicyty, która jest jedną z niewielu naprawdę fajnych kobiecych postaci w tego typu literaturze młodzieżowej, straci swój pazur i będzie ją czekał los jednej z awanturujących się, kochliwych nastolatek. W końcu schudła, wyładniała, zaczęła pamiętać o porannym prysznicu (a nawet o uczesaniu włosów!) i nagle cała rzesza facetów (i półelfów) traci dla niej głowę. Całe szczęście, chociaż robi naprawdę głupawe rzeczy, nie ma najmniejszego zamiaru przytemperować swojego charakterku. I chociaż odrobinę bardziej lubiłam potykającą się o własne nogi City-grubaskę przyciągającą publiczne blamaże niczym magnes opiłki żelaza, to jej metamorfoza nie aż tak bardzo mi nie przeszkadza. Oby tylko jej cięty język nie uległ stępieniu!

To prawda, bywa przewidywalna. Ale jest też zabawna, magiczna i intrygująca. Idealna lektura dla „młodszej młodzieży” (w końcu siebie wciąż uważam za odrobinę tylko starszą młodzież). Gwarancja przyjemnego oderwania się od szarej rzeczywistości chociaż na jeden wieczór. W końcu miłość, humor, magia i przygoda to połączenie idealne.

Sara Regnier, PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 400 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Książka na weekend: PRZEPREMIEROWO „Tylko oddech” Magdalena Knedler

„Oboje ciągle czegoś od siebie oczekiwali, i może to właśnie okazało się ich największym błędem. Może raczej trzeba było odrzucić oczekiwania, a w zamian starać się do siebie dopasować – starać się o to przez całe życie, bo przecież człowiek ciągle się zmienia i osoba, z którą się żyje już piętnasty rok nie jest tą samą osobą, którą była w dniu ślubu, czy pierwszego spotkania.”

Tym razem dokonałam wyboru ze względu na miejsca akcji – chata w leśnej głuszy, Półwysep Helski i skansen w Sierpcu to wyjątkowo wakacyjne destynacje, choć bohaterowie powieści odwiedzają je w zdecydowanie innym celu. Książka ukarze się dopiero pod koniec sierpnia, ale uważam, że będzie idealna na koniec wakacji – gwarantuję, że sprowadzi Was na ziemię po wakacyjnych szaleństwach, skłoni do refleksji i zostawi z wieloma przemyśleniami.

Chociaż nie czytałam jeszcze wszystkich książek z dorobku autorki, z czystym sumieniem polecam je w ciemno, bo po „Dziewczynie z daleka” i „Twarzy Grety di Biase” zakochałam się bez pamięci w stylu autorki, jej podejściu do pisania, sposobie budowania historii i humoru tam, gdzie nikt się go nie spodziewa.

I jej najnowsza książka nie rozczarowała mnie ani trochę, choć jest trochę inna, niż dwie wymienione powyżej.

Przede wszystkim początkowo miałam wrażenie, że nie ma w niej tematu przewodniego, jakim w „Grecie” była sztuka, a w „Dziewczynie” historia. Ale w końcu go odnalazłam – to rodzina. Czasami to, co najbardziej oczywiste zupełnie nam umyka. Szczególnie, że do pisania o niej nie przygotujemy się w archiwach

To książka o wyjątkowo skomplikowanej sytuacji rodzinnej, która wydaje się być zaczerpnięta rodem z brazylijskiej telenoweli, a jednocześnie nie miałam najmniejszego problemu, by w nią uwierzyć. W końcu sama mam wujka, który wymienił się na żony ze znajomym (ale to we Francji – inna kultura!). Książka o relacjach między poszczególnymi członkami rodziny i ich wpływie na kształtowanie się człowieka. O siostrzanych uczuciach i rodzicielstwie, o zdradzie i wyrzutach sumienia, o utracie i tęsknocie, o zbrodni i jej motywach. O rozczarowaniu życiem i układaniu go od nowa. O miłości, która zaskakuje człowieka w zupełnie nieodpowiednim miejscu i czasie. O szukaniu swojej drogi i uczeniu się, co to właściwie znaczy żyć. A nauka zazwyczaj bywa bolesna.

„Wtłoczyła się w schemat, zanim zasmakowała w chaosie, zanim pobyła ze sobą i zdecydowała, czego oczekuje od życia.”

Pełna emocji, które wręcz zjadają bohaterów i udzielają się czytelnikowi. Tak życiowa, że to aż przerażające.

„Póżniej nachodziły ją inne myśli. Że macierzyństwo bywa gorzkie, nierzadko wymaga rezygnacji z siebie, wykańcza psychicznie i fizycznie, że najdokładniej kobietę definiuje i wtłacza w rolę.”

Przyznaję, że ta lektura trochę mnie niepokoi. Znalazłam w niej tak wiele własnych uczuć i przemyśleń, że aż mnie przechodzi dreszcz. W końcu też mam siostrę. Sporo młodszą.

Magdalena Knedler, Tylko oddech, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 278 s. (premiera 27 sierpnia 2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.