Czas na czytanie: „Icebraker” A. L. Graziadei

Pierwsze wrażenie, jakie zrobił na mnie „Icebreaker” nie należało do najlepszych – przez mniej więcej połowę strasznie ją męczyłam – główny bohater okazał się tak sfrustrowaną, zadufaną w sobie i trudną do polubienia postacią, że aż nie miałam ochoty o nim czytać.

Drugą trudność sprawiało mi odnalezienie się w amerykańskiej rzeczywistości. Wiele aspektów – od zasad gry w hokeja czy lacrosse, przez proces trenowania młodego zawodnika czy mechanizm rekrutacji młodzików do zawodowych drużyn aż po zwyczaje i organizację życia studenckiego w koledżu (czy spolszczenie tego słowa tylko dla mnie wygląda bardzo źle?) – było dla mnie nowe i nienaturalne, sporo musiałam doczytywać i się domyślać, przez co czytało się mniej płynnie. Z trzeciej strony lubię dowiadywać się czegoś nowego przy okazji lektury.

Ale im dalej w fabułę, tym książka bardziej się broniła.

Stopniowo poznajemy przyczyny nastawienia Mickey’ego i nagle historia sportowej rywalizacji o pierwsze miejsce w rankingach staje się historią o duszącej presji. Kiedy oczekuje się od nastolatka dorównania dokonaniom ojca i dziadka, a każdy dzień podporządkowany jest próbom sprostania oczekiwaniom hokejowego świata, mierzeniu się z mediami i byciu ocenianym przez pryzmat swojego nazwiska, trudno mu być duszą towarzystwa.  A tak wysokie wymagania potrafią zabić każdą pasję.

To też – a może przede wszystkim – pełna wzlotów i upadków historia zmagań z depresją, do czego nie jest łatwo przyznać się w przesiąkniętym toksyczną męskością świecie brutalnego sportu. Nawet przed samym sobą.

„Staram się przekonać samego siebie, że mam prawo tak się czuć pomimo przywilejów, którymi obdarzyło mnie życie, i mimo iż nigdy nie przytrafiło mi się nic naprawdę złego”.

Bardzo podobało mi się poprowadzenie wątku związanego z orientacją seksualną bohaterów i szukania miejsca dla bycia sobą w homofobicznym otoczeniu. Chociaż ta książka to w dużej mierze romans, pociąg do drugiego mężczyzny bynajmniej nie jest tu kreowany na główny problem i nie dominuje ani nad problemem choroby psychicznej ani nad wątkiem rywalizacji, co dodaje mu autentyczności. Dla chłopaków dużo większym kłopotem jest pociąg do rywala, niż pociąg do drugiego chłopaka, pod tym względem jest to jeden z najbardziej dojrzałych aspektów tego szkolnego zauroczenia będącego typowym enemies to lovers.

„Nie ma nic wstydliwego w zwracaniu się o pomoc”.

Jest to też opowieść spełniająca marzenie o większej inkluzywności świata sportu – mamy tu młodych zawodników o różnych kolorach skóry, coraz bardziej otwartych na rożne typy seksualności, sporą dawkę girl power, a nawet reprezentację związku poliamorycznego.

Podsumowując – mimo trudniejszego początku warto więc dać jej szansę, bo to całkiem mądra, wielowątkowa książka, nie tak bardzo oczywista, jak to by się mogło na początku wydawać. O dojrzewaniu i szukaniu pomysłu na życie. O konflikcie między zobowiązaniami i lojalnością wobec rodziny, a własnym szczęściem, o stawianiu czoła presji i depresji. O trudnych relacjach rodzinnych i prawdziwej przyjaźni, która nie daje się odstraszyć. O sporcie, pasji i pierwszej miłości.

A. L. Graziadei, Icebreaker, Warszawa: Wydawnictwo You&YA, 2022, 320 s.

Recenzja powstała w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem You&YA.

Czas na czytanie: „Może zawierać orzeszki” John O’Farrell

Spójrzcie tylko co znalazłam! Recenzja z 2018 roku, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, bo i nigdy nie było na nią czasu… Ale jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze! Mój styl robienia zdjęć trochę się zmienił od tamtego czasu, nieprawdaż? :)

Oto książka o najbardziej nadopiekuńczych i wymagających rodzicach świata. Serio, po tej lekturze czułam się tak bardzo normalna i zrównoważona, że aż mi ulżyło.

_20170718_123328

Małżeństwo idealne – Alice ma sprawę w sądzie za szerzenie matczynego aktywizmu (przy pomocy kukły Tony’ego Blaira!) na rzecz spowolnienia ruchu samochodowego przed swoim domem, a wykształcony David uczy czterolatka analizowania muzyki klasycznej. W takiej sytuacji pomysł przebrania się za nastolatkę i napisania za nią testu z matematyki, by dostała się do snobistycznej szkoły pozbawiającej dzieci dzieciństwa już nawet czytelnika nie dziwi. Swoją drogą to równocześnie wielkie poświęcenie – główna bohaterka jest w końcu prawie tak dobra z matmy jak ja. Czyli wcale.

Główni bohaterowie naprawdę zdrowo przesadzają prześcigając się ze znajomymi w wymyślaniu sposobów na zapewnienie swoim dzieciom świetlanej przeszłości. Żyją na elitarnym, zamkniętym osiedlu, posyłają maluchy do elitarnych, prywatnych szkół, gdzie oczekują od nich bycia najlepszymi. Wszędzie jeżdżą samochodem, śledzą swoje dzieci nawet w szkole! Przerysowany (mamm nadzieję…) opis macierzyńskiego wyścigu szczurów wypada wręcz histerycznie, a ci opiekuńczy i troskliwi rodzice od maleńkości wpychają swoje dzieci w schemat, który nikogo chyba jeszcze nie uczynił szczęśliwym. Panicznie boją się „świata zewnętrznego”, czyli tak naprawdę wszystkich niezaliczających się do ich kręgu znajomościowo-majątkowego istot ludzkich.

Wszystko zmienia się w momencie, w którym Alice przypadkowo udaje się poznać osobę spoza jej strefy bezpieczeństwa. I nagle na nowo musi przemyśleć cały swój światopogląd.

„ Okres, kiedy twoje dzieci są od ciebie całkowicie zależne, to niesamowicie krótki etap w życiu. (…) trzeba było myśleć o tylu sprawach, zewsząd czekało tyle potencjalnych zagrożeń, że człowiek z łatwością zapomniał, że powinien się tym po prostu nacieszyć. Na tym wielkim placu zabaw, jakim jest macierzyństwo, zawsze stoi huśtawka między radością, a strachem, ale jeśli ciągle będziesz usadzała swój wielki tłusty lęk tylko po jednej stronie, to ani ty, ani twoje dzieci nigdy nie zaznacie prawdziwego szczęścia.”

Momentami zabawna, momentami przerażająca. Choć mocno przesadzona, zawiera w sobie ziarenko prawdy i skłania do przemyślenia tego i owego.

John O’Farrell, Może zawierać orzeszki, Katowice: Wydawnictwo Sonia Draga, 2006, 308 s.
~ Książka została przeczytana w ramach wyzwania czytelniczego WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Upamiętnienie” Bryan Washington

Nie każda książka jest dla każdego. Ta nie była dla mnie. Może dlatego, że brakowało mi – jako osobie z zupełnie odmiennego środowiska, z innymi doświadczeniami i problemami – kontekstu kulturowego, przez co zupełnie nie mogłam wczuć się w klimat powieści Bohaterowie przede wszystkim mnie męczyli i budzili we mnie współczucie, niż wywoływali jakiekolwiek inne emocje.

Dwóch mężczyzn „po przejściach”, z trudnym dzieciństwem, pozbawionych wyniesionego z domu wzoru „szczęśliwej rodziny” czy choćby udanego związku. Mimo kilkuletniego stażu, ich relacja zdaje się nieuchronnie zmierzać ku końcowi. Skupieni na skomplikowanych sytuacjach swoich rodzin, problemach osobistych, kompleksach i traumatycznych wspomnieniach z dzieciństwa bohaterowie sami nie są pewni, czy chcą ją ratować.

Jak niesieni nurtem, nie mają pojęcia do czego dążą, jaki mają cel w życiu ani nawet co ich uszczęśliwia.

Tym, co szczególnie mi się podobało, było przedstawienie wielokulturowego, pełnego kontrastów społeczeństwa Ameryki – tak egzotycznego dla mieszkanki jednolitego rasowo i raczej zamkniętego na świat zewnętrzny kraju – który zdaje się wręcz być tutaj trzecim głównym bohaterem.

Nie zabrakło też dość uniwersalnych tez na temat miłości, troski i rodzicielstwa.

Ja jednak niestety nie złapałam energii i klimatu tej książki. Może jeszcze nie przyszedł na nią czas.

Bryan Washington, Upamiętnienie, Warszawa: Wydawnictwo Cyranka: 2022, 344 s.

Czas na czytanie: „Nie moja matka” Miranda Smith

Uwaga uwaga, dziś będzie o książce, która okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem!

Kiedy Marion świętuje z najbliższymi pierwsze urodziny córeczki, zupełnie niespodziewane wydarzenie wyjęte żywcem z jednego z tandetnych filmów sensacyjnych sprawia, że jej świat się wali, a ona sama zaczyna kwestionować wszystko, w co kiedykolwiek wierzyła.

Czy to możliwe, że jedyna osoba, jaką ma na świecie nigdy nie była z nią szczera? Czy jej mama – przyjaciółka i podpora – była w przeszłości zdolna do popełnienia straszliwych zbrodni? I okłamywała ją przez całe życie podając się za kogoś zupełnie innego?

„Nie moja matka” to jedna z tych fabuł, w których na samym początku otrzymujemy nie tylko zbrodnię, ale również jej sprawcę, a następnie przez całą książkę, wraz z bohaterami, staramy się dojść do tego, dlaczego do tego wszystkiego doszło, kto tak naprawdę jest ofiarą, a kto sprawcą.

Skonfrontowana z kłamstwami matki, pozostawiona ze strasznymi podejrzeniami Marion nie może uwierzyć w zapewnienia policji. Zarzuty wydają się jej absurdalne, ale jednocześnie wszystko to zaczyna w przerażający sposób pasować do wszystkich niedomówień i dziwnych sytuacji, które pamięta z dzieciństwa, składając się w pokręconą, ale logiczną całość.

Komu ma wierzyć, skoro najbliższa jej osoba może wcale nią nie być, a otaczający ją przyjaciele ukrywają przed nią prawdę? Jedyne, czego pragnie, to chronić własną córkę przed każdym zagrożeniem, jakie szykuje im los i dowiedzieć się co tak naprawdę się wydarzyło, kiedy sama była zaledwie niemowlęciem.

Bardzo podbiał mi się sposób budowania klimatu. To nie jest jeden z tych thrillerów, w których krew leje się litrami i psychopatyczni mordercy biegają po ulicach, mamy tu raczej do czynienia z przesyconymi emocjami wspomnieniami z trudnego dzieciństwa (zarówno głównej bohaterki, jak i jej matki, bo akcja toczy się dwutorowo), koniecznością kompletnej zmiany myślenia o całym swoim życiu i związaną z tym utratą poczucia bezpieczeństwa. Przyznam, że to dość mocno na mnie podziałało, bo mimo, że akcja jest raczej spokojna, to jednak cały czas coś się dzieje – mimochodem – niby niegroźnego i pozbawionego znaczenia, a mającego ogromny wpływ na losy bohaterów. Na jaw wychodzą nowe fakty a na pierwszy plan wysuwa się dojmujące poczucie niepewności i osamotnienia. Zarówno wobec skomplikowanej sytuacji rodzinnej, jak i nowej wiedzy, z którą bohaterka musi się zmierzyć. A wszystko to kontrastuje z sielskim klimatem niewielkiej nadmorskiej miejscowości, pełnym prezentów i baloników przyjęciem urodzinowym malucha, spacerami po plaży z wózkiem z niemowlakiem i morską bryzą we włosach.

Wielowarstwowa intryga, mnóstwo emocji, najtrudniejsze życiowe wybory, nieoczekiwane zwroty akcji i zaskakujące zakończenie, demony przeszłości i dojmujące poczucie niepokoju oraz dobrze przygotowany portret psychologiczny sprawcy jako wisienka na torcie.

Bardzo satysfakcjonujące lektura.

Miranda Smith, Nie moja matka, Poznań: Wydawnictwo FILIA, 2021, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Filia.

Czas na czytanie: „Obsesja Lydii” Liz Nugent

Przyznaję, że dałam się zwieść tej książce.

Od jakiegoś czasu romansuję z thrillerami psychologicznymi ale tak naprawdę tylko dwie z przeczytanych przeze mnie pozycji naprawdę zapadły mi w pamięć i bardzo chętnie dorzuciłabym kolejną bardzo dobrą książkę na podium tego gatunku. Podeszłam więc do „Obsesji Lydii” ze sporymi oczekiwaniami. Szczególnie, że bardzo zaciekawił mnie blurb, a zwykle za nimi nie przepadam.

I przez sporą część książki zdawało mi się, że Liz Nugent tym oczekiwaniom jednak nie sprosta.

Zazwyczaj w kryminałach i innych powieściach z dreszczykiem mamy zbrodnię i towarzyszymy bohaterom podczas śledztwa mającego na celu pochwycenie mordercy, najchętniej zanim zdąży bardziej narozrabiać. Tutaj sytuacja jest jakby odwrotna – od razu wiemy kto zabił i jak, po czym całkiem szybko dowiadujemy się również dlaczego. Śledztwo co prawda jest, ale ze względu na tożsamość ofiary tak naprawdę nikomu nie zależy na odkryciu tożsamości zbrodniarza. I wydaje się, że będzie nuda, bo wszystko zdaje się jasne, a tu przeczytana dopiero 1/3 książki.

Nic z tych rzeczy.

Ta historia ma trzech narratorów: tytułową Lydię, jej syna Laurence’a i siostrę ofiary – Karen. Te zmiany perspektywy i możliwość poznawania sytuacji z kilku różnych punktów widzenia (i kilku poziomów wiedzy o wydarzeniu) nie tylko dodaje opowieści głębi, jak i bardziej porusza odbiorcę. Bo bywa i tak, że wartości fundamentalne dla Laurence’a mogą nie być ani trochę ważne dla innych bohaterów. I odwrotnie. A z każdym kolejnym rozdziałem historia robi się coraz smutniejsza i coraz bardziej zagmatwana, choć tak naprawdę każdy z bohaterów postępuje w dobrej wierze, a sprawca równie często budzi w odbiorcy przerażenie i złość, co współczucie. Niemniej jednak przerażenie wygrywa.

Jedna z najważniejszych postaci – Lydia – jest kobietą „z dobrego domu” przywykłą do wygodnego i wystawnego życia i jednocześnie niewolnicą własnych nerwic, obsesji i przyzwyczajeń, których źródła przyjdzie nam poszukiwać w jej wczesnym dzieciństwie. To osoba, do której powiedzenie „my home is my castle” pasuje jak ulał – nie przepada za opuszczaniem domu i cały jej wszechświat kręci się wokół rodziny i rodzinnej posiadłości. Co może nie byłoby takie złe (choć wciąż mało zdrowe), gdyby nie fakt, że pragnie mieć nad swoim małym światem całkowitą kontrolę i sprawować w nim niepodzielną władzę, więc zrobi wszystko, by nagiąć rzeczywistość do swojej wizji idealnej rodziny. Perfekcyjna w manipulowaniu ludźmi i faktami, kłamczyni doskonała, potrafi tkać intrygi latami i uzależniać od siebie ludzi. A wszystko to pod pretekstem miłości i oddania. I chyba faktycznie wierzy, że wszystkie jej intrygi powstają z tych właśnie pobudek. Ale że rzeczywistość nie ma ochoty się naginać, kolejne osoby z jej bliższego i dalszego otoczenia będą płacić za to straszliwą cenę.

Wielki wpływ na rozwój wydarzeń ma również presja otoczenia. Akcja powieści zaczyna się w 1980 roku i tamtejsze realia okazały się być dla czymś kompletnie archaicznym. Analfabetyzm wśród niższych warstw społecznych, nielegalne rozwody (i co za tym idzie całkowita władza mężczyzny nad kobietą) i wszechobecne „co ludzie powiedzą”, gdzie reputacja osoby ma wpływ nawet na działalność policji wydaje się być dzisiaj nie do pomyślenia. A to przecież czasy młodości moich rodziców, równolatków Laurence’a! Coś strasznego.

I chociaż cała intryga staje się coraz ciekawsza wraz z rozwojem sytuacji, dopiero zakończenie świadczy o tym, jak dobra jest to książka i zostawia czytelnika z lodowatym dreszczem na plecach.

Nie był to wbijający w fotel plot twist, jak w przypadku „Pacjentki”, prawdę mówiąc zakończenie, choć zaskakująco ponure, tak naprawdę mnie nie zaskoczyło – dokładnie tego można się było po Lydii spodziewać. A jednak mimo to się nie spodziewałam, bo chyba nawet najbardziej wprawiony w bojach czytelnik gdzieś tam kibicuje bohaterom, w których historię się wczuwa i życzy im tego „happy endu”.

Dobra. Mocna. Szokująca. Chyba właśnie dlatego, że tak niepozorna.

Liz Nugent, Obsesja Lydii, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 358 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Bajki Majki: „Jeszcze pięć minut” Marta Altés

Jaka ta książka jest urocza! A jaka prawdziwa!

Cudny picturebook o względności czasu i kwintesencji rodzicielstwa na przykładzie lisiej rodzinki 2+1, czyli 2 pełnych energii synków i 1 nie zawsze nadążający za nimi tata.

Narratorem jest jeden z młodziutkich lisków urwisków, który przez całą książeczkę zastanawia się nad czasem – w końcu jest specjalistą w tym temacie. Już on dobrze wie jak wiele można zmajstrować w pięć minut, zawsze ma czas na skakanie po kałużach i obserwację fascynującej przyrody (szczególnie w drodze do przedszkola), za to zupełnie nie zgadza się z tatą, kiedy ten podczas najlepszej zabawy oznajmia, ze „czas już iść”. Wie czym powinien charakteryzować się „czas dla taty” (rozgardiaszem oczywiście!), i jak wolno potrafi płynąć czas, kiedy nie można się czegoś doczekać. I, oczywiście, jak cenne jest każde pięć minut z tatą.

Strasznie mi się podoba, że dwoma lisimi urwipołciami przez calutki dzień – od pobudki aż po bajkę na dobranoc – zajmuje się tata. Przy każdym czytaniu wyobrażam sobie, że mama lisków jest w tym czasie w spa, gdzie ją masują i piłują pazurki.

To też dobry punkt wyjścia do rozmowy o niekonwencjonalnych rodzinach – w końcu wbrew obiegowej opinii, to nie zawsze mama pełni opiekę nad dziećmi. Chociaż książki o tatusiach (i to bardzo dobre!) pojawiają się na rynku coraz częściej, ojcowie wciąż są pod tym względem trochę dyskryminowani. A tu proszę – mamy pozycję, w której tata fantastycznie ogarnia życie!

Jednocześnie szalenie zabawna i ściskająca serducho wzruszeniem historia o szalonym tacierzyństwie (i w ogóle o „byciu dzieciatym”) w pigułce. A do tego przepięknie ilustrowana, bo po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że totalnie uwielbiam Martę Altés. Te pyszczki, te kolory!

Do dnia taty jeszcze daleko, ale już polecam „Jeszcze pięć minut” na prezent z tej okazji. Będzie też idealny na walentynki, bo mnóstwo tu miłości. I to jednej z najpiękniejszych miłości na świecie – urwisowo-tatusiowej.

Marta Altés, Jeszcze pięć minut, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Czas na czytanie: „O wiele więcej” Kim Holden

„(…) moje serce rozpadło się na kawałki. Był to niszczący cios, pozostawiający po sobie jedynie kurz, w którym niemożliwe stało się ponowne poskładanie okruchów”.

Powiem Wam, że ta książka strasznie mnie wymęczyła. Nie zrozumcie mnie źle, lubię urocze, uwznioślone banały i natchnione cytaty o miłości, w gimnazjum chętnie wpisałabym je sobie na ostatniej stronie zeszytu. Problem w tym, że musiałabym mieć bardzo dużo zeszytów, bo ta książka składa się z nich w 75 procentach. Nie żartuję, egzaltowane wywody o  trudach miłości ciągną się tu całymi stronami! I zdradzę wam sekret – w takim natężeniu kompletnie tracą swój urok, bo wyszło z tego coś pomiędzy „Listem do Koryntian”, a Paolo Coelho, a Listem do Koryntian. Z małą domieszką Pawlikowskiej, ale niestety Beaty.

„Odebrałaś mi nienawiść i przekształciłaś ją w miłość”.

Mamy tutaj do czynienia z odwróceniem ról – zazwyczaj pełna dobra i szczerej miłości kobieta trafia na zimnego drania-karierowicza, który ją wykorzystuje, zdradza i nie szanuje. Tutaj sytuacja jest odwrotna – Seamus jest „świętym”, idealnym mężem i ojcem, a jedyne, co leży w zainteresowaniach Mirandy, to pozycja wiceprezesa, nieskazitelna fasada i uwielbienie ze strony męża. Ale szklanki wody w kryzysowej sytuacji, to ona nie poda. Są zdrady, brzydki i bolesny rozwód, sympatyczna striptizerka, szantaż, walka o dzieci, walka z chorobą, pogoń za bogactwem. I niby mamy tu sporo poważnych problemów i mało sympatycznych zagadnień, które budzą sporo emocji, ale mam wrażenie, że przez tą całą pseudofilozoficzną otoczkę coś im odebrano. Że nie zostały potraktowane wystarczająco serio.

Ta historia ma swoje momenty, ale ma ich niewiele. Pięknie przedstawiono rodzicielstwo jako drogę odkupienia. W moim odczuciu to jednak za mało, żeby ją na dłużej zapamiętać.

„Czasami potrzeba niewinności dziecka, by przypomnieć sobie o tym, co istotne”.

Wydaje mi się też, że w tej książce zabrakło odcieni szarości – on jest na wskroś dobry, a los stale go doświadcza, ona to zimna sucz – na wskroś zła i bezduszna, ale w końcu przechodzi wewnętrzną przemianę. Wszystko to w otoczeniu wielkich dramatów i z historią dwóch dobrych i niewinnych, ale skrzywdzonych przez los kobiet w tle. Banał goni banał, a całość jest przewidywalna aż do bólu zębów.

Byłam świadoma, faktu, że po „Promyczku”, każda kolejna książka Kim Holden ma coraz mniej i mniej magii, ale dotychczas żadna z nich mnie nie rozczarowała. Ale chociaż ta jest zupełnie nie w moim guście, to na pewno sięgnę po kolejne tytuły tej autorki, bo bardzo skutecznie skradła moje serce i pewnie dam szansę każdej jej kolejnej książce. Wiem przecież,  że potrafi stwarzać legendy!

Kim Holden, O wiele więcej, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 410 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Pucio umie opowiadać” Marta Galewska-Kustra

Za każdym razem strasznie się cieszę z nowej części przygód Pucia, bo po pierwsze zawsze niesie ona ze sobą sporą wartość edukacyjną, a po drugie sama strasznie lubię te książeczki i jestem ciekawa co też nowego autorka dla nas wymyśliła. I moja radość trwa zwykle mniej więcej do 20 czytania (czyli średnio przez 3/4 dni), kiedy sama mam już troszkę dość postępującej puciozy, a Majka dopiero zaczyna się rozkręcać. Bo te książki dzieci po prostu uzależniają. Ale plus jest taki, że kiedy wychodzi nowa, to jest szansa na odrobinę odpoczynku od poprzednich części. Niedługiego odpoczynku.

Może jeszcze nie zdążyła mi wyjść bokiem (chociaż 20 już dawno za nami…), ale jak na razie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że „Puco opowiada” jest jak na razie moim faworytem wśród wszystkich pucioksiążeczek.

Jak sam tytuł wskazuje, tym razem walory edukacyjne nie skupiają się na odpowiedniej wymowie onomatopei, słów, czy głosek, jak w poprzednich przygodach, a na budowaniu własnej wypowiedzi. Główny bohater opowiada nam pewną historię, niezwykle ważną dla jego rodziny – o oczekiwaniu na przyjście na świat Bobo i procesie stawania się starszym bratem. Swoją drogą mam wrażenie, że oczekiwanie na rodzeństwo to ostatnio bardzo popularny temat wśród książeczek dla dzieci.

Na każdej stronie, pod ilustracją i tekstem zostały umieszczone fragmenty ilustracji w porządku chronologicznym zachęcające malucha do opowiedzenia całego zdarzenia jeszcze raz – własnymi słowami. Znajdziemy tam także pytania skłaniające rodziców do snucia opowieści dotyczących najwcześniejszego dzieciństwa małego czytelnika.

Super, że ta książka dla odmiany nie skupia się na odpowiedzi na pytanie „Skąd się biorą dzieci?” (takich już kilka mamy), a raczej na tym, jakie zmiany zachodzą najpierw w organizmie mamy, a potem nieuchronnie – w życiu całej rodziny. Od specyficznego apetytu rodzicielki, przez szykowanie kącika dla bobasa i dzielenie się zabawkami, wspominanie niemowlęctwa starszaków, zmęczenie i brak czasu rodziców, aż po poważne zadanie dla super bohaterów stojące przed Puciem i Misią, czyli rola pomocnego starszego rodzeństwa.

Moja ulubiona strona to ta, w której rodzina Pucia leży na kanapie wśród wszechobecnego bałaganu i zamawia pizzę ;)

Poza tak ważnym w całej idei tej serii ćwiczeniem mówienia, książka przygotowuje dzieci do wyzwania, jakim jest powiększanie się rodziny i oswaja z wiążącymi się z tym zmianami.

A przy tym po prostu bardzo przyjemnie się ją czyta – i to z coraz większym i większym udziałem dziecka, które, posiłkując się obrazkami, przejmuje powoli od rodzica (i samego Pucia!) rolę narratora.

Jak zwykle – ciepła, zabawna i super sympatyczna kartonówka dla przedszkolaków.

Marta Galewska-Kustra, Pucio umie opowiadać, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.