Czas na czytanie: „Obsesja Lydii” Liz Nugent

Przyznaję, że dałam się zwieść tej książce.

Od jakiegoś czasu romansuję z thrillerami psychologicznymi ale tak naprawdę tylko dwie z przeczytanych przeze mnie pozycji naprawdę zapadły mi w pamięć i bardzo chętnie dorzuciłabym kolejną bardzo dobrą książkę na podium tego gatunku. Podeszłam więc do „Obsesji Lydii” ze sporymi oczekiwaniami. Szczególnie, że bardzo zaciekawił mnie blurb, a zwykle za nimi nie przepadam.

I przez sporą część książki zdawało mi się, że Liz Nugent tym oczekiwaniom jednak nie sprosta.

Zazwyczaj w kryminałach i innych powieściach z dreszczykiem mamy zbrodnię i towarzyszymy bohaterom podczas śledztwa mającego na celu pochwycenie mordercy, najchętniej zanim zdąży bardziej narozrabiać. Tutaj sytuacja jest jakby odwrotna – od razu wiemy kto zabił i jak, po czym całkiem szybko dowiadujemy się również dlaczego. Śledztwo co prawda jest, ale ze względu na tożsamość ofiary tak naprawdę nikomu nie zależy na odkryciu tożsamości zbrodniarza. I wydaje się, że będzie nuda, bo wszystko zdaje się jasne, a tu przeczytana dopiero 1/3 książki.

Nic z tych rzeczy.

Ta historia ma trzech narratorów: tytułową Lydię, jej syna Laurence’a i siostrę ofiary – Karen. Te zmiany perspektywy i możliwość poznawania sytuacji z kilku różnych punktów widzenia (i kilku poziomów wiedzy o wydarzeniu) nie tylko dodaje opowieści głębi, jak i bardziej porusza odbiorcę. Bo bywa i tak, że wartości fundamentalne dla Laurence’a mogą nie być ani trochę ważne dla innych bohaterów. I odwrotnie. A z każdym kolejnym rozdziałem historia robi się coraz smutniejsza i coraz bardziej zagmatwana, choć tak naprawdę każdy z bohaterów postępuje w dobrej wierze, a sprawca równie często budzi w odbiorcy przerażenie i złość, co współczucie. Niemniej jednak przerażenie wygrywa.

Jedna z najważniejszych postaci – Lydia – jest kobietą „z dobrego domu” przywykłą do wygodnego i wystawnego życia i jednocześnie niewolnicą własnych nerwic, obsesji i przyzwyczajeń, których źródła przyjdzie nam poszukiwać w jej wczesnym dzieciństwie. To osoba, do której powiedzenie „my home is my castle” pasuje jak ulał – nie przepada za opuszczaniem domu i cały jej wszechświat kręci się wokół rodziny i rodzinnej posiadłości. Co może nie byłoby takie złe (choć wciąż mało zdrowe), gdyby nie fakt, że pragnie mieć nad swoim małym światem całkowitą kontrolę i sprawować w nim niepodzielną władzę, więc zrobi wszystko, by nagiąć rzeczywistość do swojej wizji idealnej rodziny. Perfekcyjna w manipulowaniu ludźmi i faktami, kłamczyni doskonała, potrafi tkać intrygi latami i uzależniać od siebie ludzi. A wszystko to pod pretekstem miłości i oddania. I chyba faktycznie wierzy, że wszystkie jej intrygi powstają z tych właśnie pobudek. Ale że rzeczywistość nie ma ochoty się naginać, kolejne osoby z jej bliższego i dalszego otoczenia będą płacić za to straszliwą cenę.

Wielki wpływ na rozwój wydarzeń ma również presja otoczenia. Akcja powieści zaczyna się w 1980 roku i tamtejsze realia okazały się być dla czymś kompletnie archaicznym. Analfabetyzm wśród niższych warstw społecznych, nielegalne rozwody (i co za tym idzie całkowita władza mężczyzny nad kobietą) i wszechobecne „co ludzie powiedzą”, gdzie reputacja osoby ma wpływ nawet na działalność policji wydaje się być dzisiaj nie do pomyślenia. A to przecież czasy młodości moich rodziców, równolatków Laurence’a! Coś strasznego.

I chociaż cała intryga staje się coraz ciekawsza wraz z rozwojem sytuacji, dopiero zakończenie świadczy o tym, jak dobra jest to książka i zostawia czytelnika z lodowatym dreszczem na plecach.

Nie był to wbijający w fotel plot twist, jak w przypadku „Pacjentki”, prawdę mówiąc zakończenie, choć zaskakująco ponure, tak naprawdę mnie nie zaskoczyło – dokładnie tego można się było po Lydii spodziewać. A jednak mimo to się nie spodziewałam, bo chyba nawet najbardziej wprawiony w bojach czytelnik gdzieś tam kibicuje bohaterom, w których historię się wczuwa i życzy im tego „happy endu”.

Dobra. Mocna. Szokująca. Chyba właśnie dlatego, że tak niepozorna.

Liz Nugent, Obsesja Lydii, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 358 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Bajki Majki: „Jeszcze pięć minut” Marta Altés

Jaka ta książka jest urocza! A jaka prawdziwa!

Cudny picturebook o względności czasu i kwintesencji rodzicielstwa na przykładzie lisiej rodzinki 2+1, czyli 2 pełnych energii synków i 1 nie zawsze nadążający za nimi tata.

Narratorem jest jeden z młodziutkich lisków urwisków, który przez całą książeczkę zastanawia się nad czasem – w końcu jest specjalistą w tym temacie. Już on dobrze wie jak wiele można zmajstrować w pięć minut, zawsze ma czas na skakanie po kałużach i obserwację fascynującej przyrody (szczególnie w drodze do przedszkola), za to zupełnie nie zgadza się z tatą, kiedy ten podczas najlepszej zabawy oznajmia, ze „czas już iść”. Wie czym powinien charakteryzować się „czas dla taty” (rozgardiaszem oczywiście!), i jak wolno potrafi płynąć czas, kiedy nie można się czegoś doczekać. I, oczywiście, jak cenne jest każde pięć minut z tatą.

Strasznie mi się podoba, że dwoma lisimi urwipołciami przez calutki dzień – od pobudki aż po bajkę na dobranoc – zajmuje się tata. Przy każdym czytaniu wyobrażam sobie, że mama lisków jest w tym czasie w spa, gdzie ją masują i piłują pazurki.

To też dobry punkt wyjścia do rozmowy o niekonwencjonalnych rodzinach – w końcu wbrew obiegowej opinii, to nie zawsze mama pełni opiekę nad dziećmi. Chociaż książki o tatusiach (i to bardzo dobre!) pojawiają się na rynku coraz częściej, ojcowie wciąż są pod tym względem trochę dyskryminowani. A tu proszę – mamy pozycję, w której tata fantastycznie ogarnia życie!

Jednocześnie szalenie zabawna i ściskająca serducho wzruszeniem historia o szalonym tacierzyństwie (i w ogóle o „byciu dzieciatym”) w pigułce. A do tego przepięknie ilustrowana, bo po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że totalnie uwielbiam Martę Altés. Te pyszczki, te kolory!

Do dnia taty jeszcze daleko, ale już polecam „Jeszcze pięć minut” na prezent z tej okazji. Będzie też idealny na walentynki, bo mnóstwo tu miłości. I to jednej z najpiękniejszych miłości na świecie – urwisowo-tatusiowej.

Marta Altés, Jeszcze pięć minut, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Czas na czytanie: „O wiele więcej” Kim Holden

„(…) moje serce rozpadło się na kawałki. Był to niszczący cios, pozostawiający po sobie jedynie kurz, w którym niemożliwe stało się ponowne poskładanie okruchów”.

Powiem Wam, że ta książka strasznie mnie wymęczyła. Nie zrozumcie mnie źle, lubię urocze, uwznioślone banały i natchnione cytaty o miłości, w gimnazjum chętnie wpisałabym je sobie na ostatniej stronie zeszytu. Problem w tym, że musiałabym mieć bardzo dużo zeszytów, bo ta książka składa się z nich w 75 procentach. Nie żartuję, egzaltowane wywody o  trudach miłości ciągną się tu całymi stronami! I zdradzę wam sekret – w takim natężeniu kompletnie tracą swój urok, bo wyszło z tego coś pomiędzy „Listem do Koryntian”, a Paolo Coelho, a Listem do Koryntian. Z małą domieszką Pawlikowskiej, ale niestety Beaty.

„Odebrałaś mi nienawiść i przekształciłaś ją w miłość”.

Mamy tutaj do czynienia z odwróceniem ról – zazwyczaj pełna dobra i szczerej miłości kobieta trafia na zimnego drania-karierowicza, który ją wykorzystuje, zdradza i nie szanuje. Tutaj sytuacja jest odwrotna – Seamus jest „świętym”, idealnym mężem i ojcem, a jedyne, co leży w zainteresowaniach Mirandy, to pozycja wiceprezesa, nieskazitelna fasada i uwielbienie ze strony męża. Ale szklanki wody w kryzysowej sytuacji, to ona nie poda. Są zdrady, brzydki i bolesny rozwód, sympatyczna striptizerka, szantaż, walka o dzieci, walka z chorobą, pogoń za bogactwem. I niby mamy tu sporo poważnych problemów i mało sympatycznych zagadnień, które budzą sporo emocji, ale mam wrażenie, że przez tą całą pseudofilozoficzną otoczkę coś im odebrano. Że nie zostały potraktowane wystarczająco serio.

Ta historia ma swoje momenty, ale ma ich niewiele. Pięknie przedstawiono rodzicielstwo jako drogę odkupienia. W moim odczuciu to jednak za mało, żeby ją na dłużej zapamiętać.

„Czasami potrzeba niewinności dziecka, by przypomnieć sobie o tym, co istotne”.

Wydaje mi się też, że w tej książce zabrakło odcieni szarości – on jest na wskroś dobry, a los stale go doświadcza, ona to zimna sucz – na wskroś zła i bezduszna, ale w końcu przechodzi wewnętrzną przemianę. Wszystko to w otoczeniu wielkich dramatów i z historią dwóch dobrych i niewinnych, ale skrzywdzonych przez los kobiet w tle. Banał goni banał, a całość jest przewidywalna aż do bólu zębów.

Byłam świadoma, faktu, że po „Promyczku”, każda kolejna książka Kim Holden ma coraz mniej i mniej magii, ale dotychczas żadna z nich mnie nie rozczarowała. Ale chociaż ta jest zupełnie nie w moim guście, to na pewno sięgnę po kolejne tytuły tej autorki, bo bardzo skutecznie skradła moje serce i pewnie dam szansę każdej jej kolejnej książce. Wiem przecież,  że potrafi stwarzać legendy!

Kim Holden, O wiele więcej, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 410 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Pucio umie opowiadać” Marta Galewska-Kustra

Za każdym razem strasznie się cieszę z nowej części przygód Pucia, bo po pierwsze zawsze niesie ona ze sobą sporą wartość edukacyjną, a po drugie sama strasznie lubię te książeczki i jestem ciekawa co też nowego autorka dla nas wymyśliła. I moja radość trwa zwykle mniej więcej do 20 czytania (czyli średnio przez 3/4 dni), kiedy sama mam już troszkę dość postępującej puciozy, a Majka dopiero zaczyna się rozkręcać. Bo te książki dzieci po prostu uzależniają. Ale plus jest taki, że kiedy wychodzi nowa, to jest szansa na odrobinę odpoczynku od poprzednich części. Niedługiego odpoczynku.

Może jeszcze nie zdążyła mi wyjść bokiem (chociaż 20 już dawno za nami…), ale jak na razie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że „Puco opowiada” jest jak na razie moim faworytem wśród wszystkich pucioksiążeczek.

Jak sam tytuł wskazuje, tym razem walory edukacyjne nie skupiają się na odpowiedniej wymowie onomatopei, słów, czy głosek, jak w poprzednich przygodach, a na budowaniu własnej wypowiedzi. Główny bohater opowiada nam pewną historię, niezwykle ważną dla jego rodziny – o oczekiwaniu na przyjście na świat Bobo i procesie stawania się starszym bratem. Swoją drogą mam wrażenie, że oczekiwanie na rodzeństwo to ostatnio bardzo popularny temat wśród książeczek dla dzieci.

Na każdej stronie, pod ilustracją i tekstem zostały umieszczone fragmenty ilustracji w porządku chronologicznym zachęcające malucha do opowiedzenia całego zdarzenia jeszcze raz – własnymi słowami. Znajdziemy tam także pytania skłaniające rodziców do snucia opowieści dotyczących najwcześniejszego dzieciństwa małego czytelnika.

Super, że ta książka dla odmiany nie skupia się na odpowiedzi na pytanie „Skąd się biorą dzieci?” (takich już kilka mamy), a raczej na tym, jakie zmiany zachodzą najpierw w organizmie mamy, a potem nieuchronnie – w życiu całej rodziny. Od specyficznego apetytu rodzicielki, przez szykowanie kącika dla bobasa i dzielenie się zabawkami, wspominanie niemowlęctwa starszaków, zmęczenie i brak czasu rodziców, aż po poważne zadanie dla super bohaterów stojące przed Puciem i Misią, czyli rola pomocnego starszego rodzeństwa.

Moja ulubiona strona to ta, w której rodzina Pucia leży na kanapie wśród wszechobecnego bałaganu i zamawia pizzę ;)

Poza tak ważnym w całej idei tej serii ćwiczeniem mówienia, książka przygotowuje dzieci do wyzwania, jakim jest powiększanie się rodziny i oswaja z wiążącymi się z tym zmianami.

A przy tym po prostu bardzo przyjemnie się ją czyta – i to z coraz większym i większym udziałem dziecka, które, posiłkując się obrazkami, przejmuje powoli od rodzica (i samego Pucia!) rolę narratora.

Jak zwykle – ciepła, zabawna i super sympatyczna kartonówka dla przedszkolaków.

Marta Galewska-Kustra, Pucio umie opowiadać, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Czas na czytanie: „Przeklęci Święci” Maggie Stiefvater

Swego czasu Maggie Stiefvater zapewniła sobie moje dozgonne uwielbienie swoim Kruczym Cyklem, który był chyba jedyną serią, podczas czytania której towarzyszyły mi podobne emocje, co lata temu podczas pierwszego spotkania z Harrym Potterem. Magia.

Dlatego też mam do niej wielki kredyt zaufania, i kiedy sięgnęłam po „Przeklętych Świętych” spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze. I pod pewnymi względami się nie zawiodłam, aczkolwiek to, co tak porwało mnie w opowieści o Kruczych Chłopcach tutaj pojawiło się dopiero pod koniec, bo tak naprawdę wciągnęłam się bez pamięci dopiero na ostatnie sto stron. I teraz żałuję, że jednak nie przyłożyłam się wcześniej!

dsc_1665

To książka kipiąca symbolizmem na granicy nonsensu, z postaciami obdarzonymi Charakterami przed duże Ch.

Pustynia, stada sów i meksykańscy imigranci.

Soriowie to bardzo specyficzna rodzina – każdy z jej członków rodzi się Świętym obdarzonym zdolnością czynienia cudów. Brzmi cudownie, prawda? Przynajmniej dopóki nie dowiemy się na czym dokładnie te cuda polegają. A chociaż pomagają zwalczyć wewnętrzny mrok, nie jest to wcale spacer po łące.

Głęboko wierzący, zakochany święty, młody gniewny, genialna dziewczynka bez uczuć, pracowity chłopiec z dziurą w sercu, ich poturbowana zdarzeniami z przeszłości rodzina, tłum pątników stanowiących śmiertelne zagrożenie i piracka radiostacja na dokładkę. Przez tych ledwie trzysta stron będziemy mieli szanse poznać ich na wskroś – dowiemy się przez co przeszli, o czym skrycie marzą i czego najbardziej się boją. Dowiemy się też w jak wielkie wpakowali się tarapaty. Bo mrok nieubłaganie wyciąga swoje macki po każdego z nich. I wcale nie zapowiada się, że będzie „cudownie”.

Ze względu na konstrukcję trudno do niej przywyknąć, przez większość czasu ją „męczyłam” jednocześnie doceniając. Przerysowana, momentami absurdalna i jednocześnie bardzo, bardzo prawdziwa.

Książka o miłości, szwankującej komunikacji międzyludzkiej, paraliżującym strachu o dobro bliskich, samotności w tłumie, olbrzymiej potrzebie niesienia pomocy i pokonywaniu własnych demonów. I przede wszystkim o tym, że nie wszystkie demony trzeba przegonić samemu.

Robi wrażenie. Ale żeby poczuć ten klimat, trzeba spróbować poczuć go na własnej skórze.

Maggie Stiefvater, Przeklęci Święci, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 303 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” Marta Kisiel

Dziewięcioletni Bożydar ma niestandardowe imię, niestandardową rodzinę i mieszka w niestandardowym domu. Ma swojego prywatnego (przeuroczego!) anioła stróża i wujka, który stale struga wariata. Pradawny potwór szykuje mu wymyślne posiłki, zamiast komiksów czytuje poezję, a trzy niemieckie widma odgrywają z nim na strychu sztuki teatralne.

Aha, a jego tata jest glutem.

Oj tak, Bożek ma odjechane życie i jest z niego absolutnie zadowolony. Do czasu, aż nie pójdzie do szkoły, gdzie usłyszy, że jest „dziwakiem”. Wtedy stanie się wyjątkowo naburmuszonym Niebożątkiem.

To piękna historia o dorastaniu (a jak wszyscy doskonale wiemy, dorastanie to trauma życia) i uczeniu się funkcjonowania w społeczeństwie. O potędze wyobraźni, przyjaźni, odwadze bycia innym i tolerancji.

To fantastycznie upiorna przygoda, która wywołuje ciarki na plecach i gęsią skórkę na przedramionach. Bo wraz z bohaterami trafimy w zaświaty, gdzie tak samo łatwo o śmiertelne zagrożenie, jak o śluz na butach. Pamiętam z jaką pełną grozy fascynacją czytałam w dzieciństwie „Króla Olch”. Od tamtego czasu zdążyłam już trochę dorosnąć, a okazało się, że jakoś wcale nie jest mniej strasznie.

A jednocześnie ta książka bywa tak uroczo, puchato przekochana, że nie wiem co.

Jest fenomenalna pod względem literackim. Zabawna, prawdziwa i pełna mądrości. Zmusza do niekontrolowanych prychnięć śmiechem i poruszą ważną tematykę. Wyciąga za uszy własne wspomnienia z dzieciństwa i zmusza do mądrego (i nieco zrezygnowanego) kiwania głową nad trudami rodzicielstwa. Czyta się ją jednym tchem i pragnie się więcej.

„Nie możesz go zawsze prowadzić za rękę (…). Czasem niestety musisz się wycofać i patrzeć jako sobie radzi sam. Nawet wtedy, kiedy chciałbyś wkroczyć najbardziej.”

Polecam z całego serca i dzieciom i dzieciatym. Kocham tą książę za przypomnienie moich ulubionych lektur z dzieciństwa, za poczucie humoru, za gluty, pflompanie, za Licho i brokat wymieszany z piaskiem. „Małe Licho” pięknym telemarkiem ląduje na liście moich najukochańszych czytadeł ever. Tuż obok „Tam, gdzie spadają anioły” Terakowskiej.

Genialny klimat na nadchodzące Halloween.

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018,  208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Książka na weekend: „Psiakość!” Alejandro Palomas

Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, co do wyboru tej książki jako idealnej na wakacyjny weekend, powiem tylko, że jej autor ma na imię Alejandro. Normalnie jak w piosence Lady Gagi. Czy istnieje coś w bardziej letnim klimacie niż Alejandro? (nigdy nie twierdziłam, że moje kryteria w podejmowaniu czytelniczych decyzji nie są dziwne). A przy okazji to całkiem mądra komedia. Z przesłaniem i ku pokrzepieniu serc.

„Uświadomiłem sobie, że kiedy pies staje się nasz, przestaje być jedynie psem. Zmienia się wtedy w imię, w oczy, w reakcje, w ciągłą obecność i wspólną biografię…”

Rodzina Fera jest naprawdę zakręcona – głównie za sprawą jego matki, którą tak samo mocno pragnie się przytulić, co podduszać, chociaż i jego siostry mają w tym swój udział. Rodzina generująca całą masę komicznych sytuacji, w której psy są pełnoprawnymi (a nawet uprzywilejowanymi) członkami rodziny. Jednak mimo tego całego komizmu, absurdalnych dialogów i obciachowych pomyłek jest to wzruszająca historia o radzeniu sobie z utratą ukochanych. Bo zbyt wielu członków tej rodziny odeszło zbyt wcześnie – czy to z wyboru, czy na skutek nieszczęścia. A każde porzucenie pozostawia wyrwę w sercu najbliższych – nie ważne, czy odchodzi babcia, partner, czy czworonożny przyjaciel. A kiedy miłość i przywiązanie zaczynają kojarzyć się przede wszystkim z bólem, nie ma nic trudniejszego niż pokochanie na nowo.

„(…) bo opłakiwać psa, to opłakiwać to, co mu dajemy z siebie, z nim odchodzi życie, o którym nikomu nie mówiliśmy, chwile, których nikt nie widział. Odchodzi strażnik sekretów i wraz z nim odchodzą także same sekrety, kufer, łamigłówka, którą w nim skrywamy, a także klucz, tracimy kawałek życia”.

Cała historia toczy się jednej nocy – od przerażającego, pełnego beznadziejności oczekiwania na wieści, przez bezsenną noc aż po wyjątkowo stresujący poranek. A wszystko to przetykane wspomnieniami – tragicznymi i komicznymi, smutnymi i pełnymi rodzinnego ciepła.

„(…) bo czasem widzimy jedynie to, czego nam brakuje, a nie to, co nam towarzyszy”.

Są pełne oddania psie spojrzenia, fantastyczna relacja wnuka z babcią, zakręcone starsze panie, seksowny australijski weterynarz, przydługie zdania, obite kolana, perfekcyjna Lady Ścierka, kryzysy małżeńskie i poszukiwanie idealnego chłopaka dla syna. A także masa pięknych cytatów.

No i churros, już dla samych churrosów maczanych w czekoladzie warto skusić się na tą lekturę. #odkrycielata

Podnosząca na duchu opowieść o miłości, starości i samotności, o odwadze, wsparciu najbliższych i długiej, wyboistej drodze ku wzajemnemu zaufaniu. Taki plasterek na serducho.  I prawdę mówiąc kompletnie nie zauważyłam, że to drugi tom.

Jako zdeklarowana kociara serdecznie polecam.

Alejandro Palomas, Psiakość!, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.