Bajki Majki: „Pucio umie opowiadać” Marta Galewska-Kustra

Za każdym razem strasznie się cieszę z nowej części przygód Pucia, bo po pierwsze zawsze niesie ona ze sobą sporą wartość edukacyjną, a po drugie sama strasznie lubię te książeczki i jestem ciekawa co też nowego autorka dla nas wymyśliła. I moja radość trwa zwykle mniej więcej do 20 czytania (czyli średnio przez 3/4 dni), kiedy sama mam już troszkę dość postępującej puciozy, a Majka dopiero zaczyna się rozkręcać. Bo te książki dzieci po prostu uzależniają. Ale plus jest taki, że kiedy wychodzi nowa, to jest szansa na odrobinę odpoczynku od poprzednich części. Niedługiego odpoczynku.

Może jeszcze nie zdążyła mi wyjść bokiem (chociaż 20 już dawno za nami…), ale jak na razie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że „Puco opowiada” jest jak na razie moim faworytem wśród wszystkich pucioksiążeczek.

Jak sam tytuł wskazuje, tym razem walory edukacyjne nie skupiają się na odpowiedniej wymowie onomatopei, słów, czy głosek, jak w poprzednich przygodach, a na budowaniu własnej wypowiedzi. Główny bohater opowiada nam pewną historię, niezwykle ważną dla jego rodziny – o oczekiwaniu na przyjście na świat Bobo i procesie stawania się starszym bratem. Swoją drogą mam wrażenie, że oczekiwanie na rodzeństwo to ostatnio bardzo popularny temat wśród książeczek dla dzieci.

Na każdej stronie, pod ilustracją i tekstem zostały umieszczone fragmenty ilustracji w porządku chronologicznym zachęcające malucha do opowiedzenia całego zdarzenia jeszcze raz – własnymi słowami. Znajdziemy tam także pytania skłaniające rodziców do snucia opowieści dotyczących najwcześniejszego dzieciństwa małego czytelnika.

Super, że ta książka dla odmiany nie skupia się na odpowiedzi na pytanie „Skąd się biorą dzieci?” (takich już kilka mamy), a raczej na tym, jakie zmiany zachodzą najpierw w organizmie mamy, a potem nieuchronnie – w życiu całej rodziny. Od specyficznego apetytu rodzicielki, przez szykowanie kącika dla bobasa i dzielenie się zabawkami, wspominanie niemowlęctwa starszaków, zmęczenie i brak czasu rodziców, aż po poważne zadanie dla super bohaterów stojące przed Puciem i Misią, czyli rola pomocnego starszego rodzeństwa.

Moja ulubiona strona to ta, w której rodzina Pucia leży na kanapie wśród wszechobecnego bałaganu i zamawia pizzę ;)

Poza tak ważnym w całej idei tej serii ćwiczeniem mówienia, książka przygotowuje dzieci do wyzwania, jakim jest powiększanie się rodziny i oswaja z wiążącymi się z tym zmianami.

A przy tym po prostu bardzo przyjemnie się ją czyta – i to z coraz większym i większym udziałem dziecka, które, posiłkując się obrazkami, przejmuje powoli od rodzica (i samego Pucia!) rolę narratora.

Jak zwykle – ciepła, zabawna i super sympatyczna kartonówka dla przedszkolaków.

Marta Galewska-Kustra, Pucio umie opowiadać, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Srebrny dzwoneczek” Emilia Kiereś

Ilustracje Małgorzaty Musierowicz są na tyle charakterystyczne, że nie sposób podświadomie nie kojarzyć ich z „Jeżycjadą”. A tego rodzaju analogie wysoko stawiają autorowi poprzeczkę! Okazuje się jednak, że Emilia Kiereś bardzo dobrze daje sobie radę z tym porównaniem tworząc pełną ciepła, bardzo spokojną historię dla młodych czytelników.

Cichutka, siedmioletnia Marysia po raz pierwszy ma spędzić wakacje bez rodziców – już wkrótce na świecie pojawi się jej braciszek, więc przyszła starsza siostra wyjeżdża do wiejskiego domku ukochanej cioci, by dać rodzicom nieco wytchnienia przed nowymi wyzwaniami. Ale powiększenie rodziny to nie jedyna wielka zmiana, która czeka naszą bohaterkę. We wrześniu dziewczynka rozpoczyna naukę w szkole, co samo w sobie ma prawo być nieco niepokojące. A kiedy jest się raczej nieśmiałym, konieczność nawiązania nowych znajomości potrafi spędzić sen z powiek. Szybko jednak okaże się, że wakacje to idealny czas na naukę oswajania przyjaciół…

Ciepła i sympatyczna opowieść o nieśmiałości, trudnościach w nawiązywaniu kontaktów i przyjaźni, która – podobnie jak rośliny – często potrzebuje sporo czasu i jeszcze więcej starań, by rozkwitnąć. Nie ma tu żadnych wielkich traum i dramatów, są za to pozornie prozaiczne lęki i niepokoje, którym dzieci muszą stawać czoła co dnia – adaptowanie się do nowego otoczenia, ciągłe zmiany, strach przed odrzuceniem. To piękny przykład na to, że wakacyjna przygodna wcale nie musi zmrażać krwi w żyłach, by być wartą zapamiętania.

Pełna plastycznych opisów i magicznych bohaterów, delikatna jak dźwięczenie dzwoneczka na wietrze, pachnąca plackiem z rabarbarem, przywodząca na myśl dotyk trawy pod bosymi stopami i przesuwające się pod dłonią, nieco szorstkie kocie futerko.

Jedna z książek skrojonych idealnie na wakacje, lub przypominających ich smak zimną jesienią. Ze względu na objętość tekstu – już dla nieco większych, wczesnoszkolnych czytaczy. I chociaż 136 stron czynią ze „Srebrnego dzwoneczka” całkiem poważną lekturę, całkiem spora czcionka, krótkie rozdziały i przerywniki w postaci rozkładówek z rozmalowanymi, akwarelkowymi ilustracjami w bardzo wakacyjnym klimacie sprawiają, że to wyjątkowo przyjazna lektura. Szczególnie, że twarda oprawa ochroni wnętrze przed trudami niejednego letniego wojażu.

Emilia Kiereś, Srebrny dzwoneczek, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2015, 136 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Bajki Majki: „Teraz będziesz kurą” Barbro Lindgren, Charlotte Ramel

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam książkę, która jest… strasznie smutna. Mimo, że opowiada o zabawie rodzeństwa, czyli czymś, co wcale przecież nie powinno mieć negatywnych konotacji.

A przed nami bardzo popularny obrazek – młodszy braciszek domagający się uwagi starszego i starszy, który niekoniecznie ma ochotę na wspólną zabawę. Ale zapewne mama kazała i odesłanie przylepy z kwiatkiem skończy się płaczem i reprymendą, więc zabawa musi być. Zabawa, która szybko okazuje się być przyjemna tylko dla jednej, ze stron. Tej starszej i bardziej wilczej.

Przejmująca siła tej książki, poza samym pomysłem na fabułę, w moim odczuciu tkwi w ilustracjach. A te, choć pod względem estetycznym nieszczególnie trafiają w moje gusta, są naprawdę niesamowite. Przenikanie się elementów dziecięcego pokoju i leśnej polany będącej scenografią zabawy to prawdziwy majstersztyk i unikalna możliwość spojrzenia na rzeczywistość przez filtr dziecięcej wyobraźni. Wyobraźni, która co prawda ma skłonność do wyolbrzymiania, ale przy tym jasno i wyraźnie obrazuje lęki i odczucia malucha. Szczególnie wymowne jest tu łóżeczko-klatka młodszego z braci.

Ten sposób przedstawienia bezbłędnie działa na empatię i potrafi przyprawić o niezłe wyrzuty sumienia. Pod tym względem jest genialnie skonstruowana – to książka do budzenia emocji. Przede wszystkim współczucia wobec ofiary, silnego sprzeciwu wobec zachowań agresora i wstydu po szybkim rachunku sumienia. Bo nie wierzę, że znajdzie się ktokolwiek, kto nie w Wilku nie zobaczy swojego odbicia, choć w niewielkim stopniu.

Czasami wydaje mi się, że sporo już książek widziałam – zarówno tych dla dorosłych, jak i dla dzieci – i mało co może mnie zaskoczyć. A potem trafiam na taką pozycję, jak ta i olbrzymie możliwości przekazu, jakie dają niektórym ludziom kartka i kredki wciąż na nowo mnie zdumiewają.

Na ten moment to nieszczególnie trafiona lektura dla mojej córki, bo w temacie rodzeństwa raczej nic nie planujemy. Za to nie da się ukryć, że bardzo mocno zadziałała na mnie. Pomijając już zupełnie moje własne wspomnienia z bycia sporo starszą siostrą (po dziś dzień utrzymuję, że Marysia lubiła być zamykana w tamtej szafie!), ilustracja z Wilkiem siadającym przed komputerem i zbywającym Kurkę wymyślonym na szybko, bzdurnym poleceniem brzmi całkiem znajomo… W końcu ile to razy dziennie rzucam na odczepnego „pobaw się troszkę, mama jest teraz zajęta”?

Chociaż widzę, że Majka nie za bardzo jeszcze rozumie relacje między bohaterami, książka stała się u nas punktem wyjścia rozmowy o traktowaniu innych i zabawie, która powinna podobać się wszystkim jej uczestnikom.

Szczególnie polecam, jako prezent dla dzieci mających dużo młodsze rodzeństwo, męcząco pałętające się miedzy nogami. Już słabo pamiętam to uczucie zniecierpliwienia. Aż do teraz nie miałam jednak możliwości ujrzenia i ocenienia tej sytuacji od drugiej, znacznie bardziej bezbronnej strony.

Barbro Lindgren, Charlotte Ramel, Teraz będziesz kurą, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska” Alice Pantermüller, Daniela Kohl

Odkąd zostałam mamą sięgam nie tylko po książki dla maluszków adekwatne do majkowego poziomu, ale coraz częściej również  po te dla „młodszej młodzieży”. W końcu na rozpoczęcie wizji środowiskowej nigdy nie jest za wcześnie! Od dłuższego czasu ostrzyłam sobie zęby na serię o Zuzie-Łobuzie szukając ciekawej alternatywy dla fanek Hani Humorek (doskonale pamiętam jak moja młodsza siostra szalała za Hanią ucząc się czytać!) – dziewczynek, które wyrosły już z etapu marzeń o karierze księżniczki i teraz planują zostać psotnicami.

W serii o Zuzie bardzo fajne jest to, że bez problemu możemy sięgnąć po dowolną cześć cyklu nie znając poprzednich. Dzięki temu można wybierać kierując się tematyką, a nie numerkiem na okładce (którego swoją drogą nie ma), i na przykład na wakacje zabrać ze sobą tą o wycieczce nad Bałtyk. To właśnie tematyka „Pełnej profeski” poniekąd przyciągnęła mnie do tej lektury, traktuje bowiem o opiece nad bobasem.

Najlepsza przyjaciółka Zuzy, Zośka, mieszka tylko z mamą i młodszą siostrą. Jednak pewnego dnia do jej życia ponownie wkracza tata wraz z nową partnerką i małym braciszkiem. Kusząc obietnicami drogich prezentów wrabia on swoją najstarszą córkę w opiekę nad uroczym Eryczkiem.

I chociaż chłopiec jest słodki jak małe kociątko, a spacery z wózkiem po parku bywają całkiem przyjemne, szybko okazuje się, że zajmowanie się maluchem to nie przelewki. Natomiast mocno zaskoczyły mnie przedstawione w książce reakcje mam innych dzieci spotykanych po drodze. Nie dość, że nie pomagają dziewczynkom w opiece nad bratem, to jeszcze narzekają na psoty malucha i krytykują same młodziutkie opiekunki.

Całe szczęście dziewczynki zupełnie się tym nie przejmują i prześcigają się w mniej lub bardziej bezpiecznych i odpowiedzialnych pomysłach na okiełznanie eryczkowego wulkanu energii.

Super, że podjęta została tematyka rozbitej rodziny i przyrodniego rodzeństwa, ale już nie do końca pasuje mi sposób, w jaki tata Zośki pełni rolę czarnego charakteru. Bo chociaż ostatecznie przemęczona dziewczynka opiera się manipulacji i znajduje w sobie siłę, by postawić się tacie i jego nowej dziewczynie (nawet kosztem obiecanego smartfona!), to nie do końca pasuje mi takie zakończenie. Ojciec nie widzi swojej winy, nie opamiętuje się i nie przeprasza córki, po prostu traci darmową siłę roboczą. Co więcej, próbuje tej samej sztuczki z Sandrą, młodszą siostrą Zuzy. A to już mocno niefajne. Szczególnie, że mama dziewczynek w żaden sposób nie reaguje.

Poza główną osią fabuły, która skupia się wokół małego Eryka, jest jeszcze jeden problem – zaginiony flet do zaklinania zwierząt Zuzy. Przez całą książkę nasza Łobuza oskarża o jego zabranie swoich braci i chyba ma rację, bo flet ostatecznie znajduje się w bardzo dziwnych okolicznościach. Ale scena z faktycznym zaklinaniem gadów podczas wystawy i magicznie znikających szyb (jakbym już kiedyś czytała podobną scenę….) mocno mi się nie spodobała. I w sumie tak naprawdę nie wiem, czy Zuza wszystko to sobie wyobraziła, czy autorka pomyślała, że takie drastyczne odejście od realizmu raz na jakiś czas będzie fajne, ale moim zdaniem ten wątek bardziej książce szkodzi, niż pomaga.

Bardzo podoba mi się forma książki, która naprawdę przypomina pamiętnik małej dziewczynki – tekst przepleciony jest licznymi rysunkami, podkreśleniami, listami i wyróżnikami, co daje fajny efekt wizualny i bardzo dobrze komponuje się z używanym przez Zuzę językiem.

Natomiast mocno raził mnie konflikt Zuzy z braćmi i ich sposób odnoszenia się do siebie. Zuza grozi braciom torturami ich pluszaków i wielokrotnie pisze, że chciałaby, żeby „się zamknęli” (podobnie pisze również o samym rozwrzeszczanym Eryczku). I nie twierdzę, że wzajemne relacje rodzeństwa zawsze są w porządku, ale tutaj tego rodzaju zachowanie i odzywki traktowane jest tu jako coś normalnego i nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji. Przez to właśnie Zuza sporo straciła w moich oczach. Suma summarum bliżej jej do „Kapitana Majtasa”, niż do „Hani Humorek”.

Niestety minusy przeważają nad plusami. Ze względu na sposób kreacji dorosłych (bierność, bezrefleksyjność, małostkowość) oraz relację między Zuzą i jej braćmi nie mogę wystawić tej książce pozytywnej oceny i na pewno nie podsunę jej w przyszłości mojej córce. Spodziewałam się jednak trochę bardziej sympatycznej bohaterki i historii, która niesie jakąś wartość. A szkoda, bo forma i tematyka są tu dużymi atutami.

Alice Pantermüller, Daniela Kohl, Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Pełna profeska, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 170 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Cena naszych pragnień” Dominika Smoleń

Jak zapewne niejedna książkomaniaczka, na pewnym etapie bycia nastolatką marzyłam o wydaniu swojej własnej powieści. Nawet zaczynałam kilka razy skrobać co nieco „do szuflady”, ale mój słomiany zapał za każdym razem wygrywał z marzeniem.

I właśnie taką książkę trzymam właśnie w dłoni – „Cena naszych pragnień” to debiut szesnastoletniej wówczas Dominiki Smoleń, która budując typową szkolną historię porwała się na wcale niełatwy temat.

_20170909_201044

Niestety niedoświadczenie i spore braki warsztatowe widać już w pierwszych zdaniach powieści – zdarzają się powtórzenia, brakuje synonimów, wypowiedzi niektórych bohaterów są aż boleśnie nienaturalne (która dziewczyna pokazując koleżance jej nowy pokój używa słów: „To w tym pomieszczeniu będziesz spędzała noce”?), pojawiają się złe odmiany i nieco kulawe słowotwórstwo. Swoją drogą tego rodzaju błędy powinny zostać wyłapane podczas korekty, w tym przypadku redaktor wyraźnie się nie popisał.

Dręczyła mnie również pierwszoosobowa narracja, za którą nigdy nie przepadałam, i zbyt duża uwaga poświęcona prozaicznym, prostym (żeby nie powiedzieć „prostackim”) opisom wyglądu pomieszczenia, czy godzin posiłków.

Pod wieloma względami jest to mocno amerykanizująca opowieść z gatunku „high school” – młoda dziewczyna po przeprowadzce próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości „szkoły dla snobów”, gdzie jedyną znajomą twarzą jest jej brat bliźniak. Próbuje dopasować się do otoczenia, poznaje nowych ludzi, nadrabia braki w edukacji i… zakochuje się w zupełnie nieodpowiedniej osobie. I mimo męczących zgrzytów językowych wszystko zapowiadało się całkiem interesująco. Szkoda, że tylko przez chwilę, bo bohaterka szybko okazała się być postacią mdłą i niekonsekwentną w swoich postanowieniach, która jedno mówi, a drugie robi. Szybko pojawiły się patetyczne wyznania, wyświechtane frazesy, banalne sytuacje i mnóstwo nastoletniego dramatu. Ale czy nie takie właśnie bywają nastolatki? Przejmujące się drobiazgami, nie do końca stabilne emocjonalnie, pragnące zaimponować rówieśnikom, szukające ciepła miłości i akceptacji? Szczególnie gdy ich relacje z rodzicami pozostawiają sporo do życzenia. Młodość ma prawo do błędów i fajnie, że bohaterka tej historii nie jest wcale takim ideałem, na jaki się kreuje.

Bardzo rozczarowała mnie natomiast wyjątkowo nieprofesjonalna postawa osoby dorosłej. Miałam nadzieję na tragiczne, nieodwzajemnione zauroczenie nastolatki autorytem jakim jest nauczyciel, tym trudniejsze, że powiązane z odkrywaniem własnej tożsamości seksualnej. Liczyłam na sporo gimnastyki związanej z wychodzeniem z tej niezwykle niekomfortowej dla nauczyciela sytuacji, dużą dawkę zażenowania i delikatne obchodzenie się z nastoletnimi emocjami. I niestety srogo się rozczarowałam. Najpierw dlatego, że fascynacja nauczycielem kojarzy mi się przede wszystkim z przyciągającą siłą wiedzy, intelektu i doświadczenia, tu natomiast dochodzi do płytkiego podekscytowania wyglądem zewnętrznym. Drugim niezrozumiałym dla mnie zwrotem akcji była postawa starszej kobiety, która wchodzi w niebezpieczny układ z młodziutką, nieznajomą dziewczyną bez najmniejszej refleksji – nie doświadcza dylematów moralnych i prawnych, nie waha się, nie próbuje odpierać zainteresowania, które okazuje się wcale nie być niechciane. Wręcz przeciwnie – zakochana bohaterka w takim stopniu dowartościowuje anglistkę, iż ta wdaje się w romans nie bacząc na potencjalne konsekwencje.

W tym momencie naiwność fabuły zaczęła mnie męczyć, szczególnie, że sposób pisania stawał się coraz bardziej infantylny (No błagam, która 32 latka ma „usteczka”? Usteczka mają niemowlaki. Ewentualnie podlotki opisywane przez starych zboczeńców, ale nie dojrzałe kobiety!). Coraz bardziej czułam się jak podczas czytania opowiadania wygrzebanego z czeluści internetu. I to wcale nie jednego z lepszych, wręcz przeciwnie.

Zaciekawił mnie wątek szczególnego zżycia bliźniaków, którzy zachowywali się wobec siebie wyjątkowo czule – bardziej jak kochankowie, niż jak rodzeństwo (co oczywiście nie spotykało się z żadnymi docinkami podkreślając nadmierną idealizację szkolnego życia), niestety mam wrażenie, że ten potencjał nie został do końca wykorzystany.

I choć docelowo powieść porusza ważne i momentami kontrowersyjne tematy, jakimi jest poznawanie własnych pragnień, siła rozmowy oraz potrzeba wsparcia udzielonego przez rodzinę i prawdziwych przyjaciół, to jednak całość jest raczej mecząca, historia nie porywa i trudno przez nią przebrnąć – nie chwyta za serce, nie budzi szczególnych emocji (poza zniecierpliwieniem zachowaniem bohaterów), nie funduje czytelnikowi katharsis.

Choć sam pomysł ma spory potencjał, mój perfekcjonizm zapewne nie pozwoliłby mi oddać do druku książki w takiej formie. I właśnie dlatego to nie moje nazwisko widnieje na okładce.

Nie jest to dobra książka – odważę się nawet na dość okrutne stwierdzenie, że jest to ksiażka po prostu kiepska – a już na pewno wymaga sporo dopracowania. Nie przyciąga ani wyrazistymi bohaterami, porywającą akcją, ani kunsztem pisarskim, ani nawet atrakcyjną okładką, choć początkowo pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. Wciąż jednak pamiętam, że jest to pozycja napisana przez nastolatkę dla nastolatek. I patrząc na „Cenę naszych pragnień” widzę masę samozaparcia, niesamowicie dużo pracy i spełnione marzenie, jakim jest ujżenie własnego nazwiska na okładce (Szczególnie, że czytałam sporo amatorskich opowiadań reprezentujących wyższy poziom, które nigdy nie zostały i nie zostaną wydane). Takie przedsięwziencie wymaga też sporo odwagi cywilnej (Hej, mamo/tato/babciu, napisałam książkę o lesbijskiej miłości i teraz planuję ją wydać!). I własnie za te cechy trochę Dominikę podziwiam i bardzo jej zazdroszczę.

W przyszłym roku wychodzi nowa książka tej młodej pisarki, jestem niesamowicie ciekawa jak ewoluował jej styl i w jakim kierunku rozwinął się jej warsztat.

Dominika Smoleń, Cena naszych pragnień, Radom: Wydawnictwo LUCKY, 2015, 208 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Bajki Majki: „Seria o Eli i Olku” Catarina Kruusval

Te cztery niewielkie, kartonowe książeczki, to nasz obowiązkowy punkt programu podczas prawie każdego czytania. „Ela i Olek jedzą”, „… bawią się”, „… jeżdżą” i „… kąpią się” to proste historyjki o codziennych czynnościach wykonywanych przez sympatyczne rodzeństwo.

Zazwyczaj na jednej stronie przedstawiony został przedmiot – piłka, szalik, wózek dla lalek, motylki do pływania, czy buciki – na drugiej natomiast widzimy owy przedmiot w użyciu, czyli dzieci bawiące się wózkiem, z szalikiem na szyi, czy grające w piłkę wśród liści. To dla nas genialne rozwiązanie, bo chociaż Majka jeszcze nie mówi, to z chęcią poznaje nowe słowa i naprawdę dużo już kojarzy. Dlatego po pokazaniu przedmiotu, zapytana: „Gdzie jest piłeczka?” jest w stanie wskazać ją na wszystkich kolejnych obrazkach. Świetna pomoc przy nauce mówienia i poznawaniu świata. Poza samymi słowami dziecko uczy się też pór roku i czynności, które można o danej porze wykonywać. Ta seria jest również bardzo ładnym przykładem zgodnego spędzania czasu razem z rodzeństwem (chociaż nas na szczęście ten temat /jeszcze?/ nie dotyczy).

Trochę inaczej zbudowana jest „Ela i Olek jedzą”, gdzie każdy obrazek przedstawia coś do jedzenia albo jedzące dziecko. Tą pozycję Maja lubi równie mocno jak pozostałe, szczególnie kiedy może wskazywać na produkty spożywcze, które sama uwielbia, zwłaszcza jagody i zielonego ogórka. Analogicznie, te obrazki podzielone są zgodnie z porami posiłków i (bardzo edukacyjnie!) kończą się myciem ząbków :)

Książeczki są kolorowe, proste w formie i nie przeładowane informacjami. Z twardego kartonu, jak na razie z sukcesem opierają się niszczycielskim skłonnościom mojej małej Destrukcji. Bardzo ładne ilustracje i bohaterowie, z którymi małe dziecko zaczyna się identyfikować. W dodatku niewielka forma została idealnie dopasowana do możliwości małych rączek, co pozwala na samodzielną „lekturę” – Maja często wybiera sobie te książeczki i idzie sama oglądać je na kanapę, albo pakuje którąś z nich do swojej torebeczki i idzie w siną dal. W końcu mieć przy sobie książkę, to jak mieć przy sobie najlepszego przyjaciela ;)

Naszym zdaniem bomba! Maja poleca, mama poleca i pluszowa kura – modelka z sesji zdjęciowej poleca równie mocno!

Catarina Kruusval, Ela i Olek bawią się, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.
Catarina Kruusval, Ela i Olek jedzą, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.
Catarina Kruusval, Ela i Olek jeżdżą, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.
Catarina Kruusval, Ela i Olek kąpią się, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, 12 s.