Bajki Majki: „Zasypianki”

Spanie – to jeden z tematów, który spędza sen z powiek młodym rodzicom. No dobra, ten sen, to im spędzają dzieci – dzieci, które nie garną się do spania tak bardzo jak byśmy chcieli… Ustalamy zatem rytmy, zwyczaje i rytuały ogrywając moment zasypiania z samozaparciem godnym laureatów Oskara. Przemieniamy się w szamanów próbując ściągnąć na nasze małe wulkany niewyczerpanej energii choć kilka godzin spokojnego, niezmąconego niczym snu

Jednym z niezastąpionych elementów naszego wieczornego rytuału jest wspólne czytanie tuż przed położeniem Bobasy do łóżeczka – rozsiadamy się w fotelu i przy małej lampce sięgamy do podręcznego księgozbioru sprytnie ukrytego w pufie. Od niedawna wśród „pufowych skarbów” prym wiedzie zbiór polskich wierszyków i kołysanek od lat deklamowanych i podśpiewywanych maluchom na dobranoc – „Zasypianki”.

Ta poręczna całokartonowa książeczka zawiera dwadzieścia dwa krótkie utwory – niektóre z nich mogłam deklamować z pamięci jeszcze przed otwarciem „Zasypianek”, niektóre obiły mi się wcześniej o uszy, a jeszcze inne usłyszałam po raz pierwszy dopiero czytając Majce na głos. I jak to w takich zbiorach bywa, część wierszyków przyjęła się wspaniale, a inne omijamy nie poświęcając im ani chwili uwagi. Do takich pogardzanych wierszyków należą na przykład „A, a – kotki dwa” – dotychczas korzystaliśmy z innej wersji (a zapewne tyle jest wersji, ile babć), więc za każdym razem jak zaczynam czytanie, Maj strofuje mnie, że czytam źle. Upodobała sobie za to inny szlagier – „Jadą, jadą misie”. Swoją drogą zaskoczyło mnie, jak różnorodne rytmicznie wierszyki zestawiono ze sobą w jednej książce. Przyznaję, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby przed snem śpiewać tak skoczną melodię i obawiałam się, że misiaki będą mi rozbudzać wyciszone już dziecko. I faktycznie – Majka za każdym razem troszkę się ożywia, po czym na nowo się uspokaja skupiając uwagę na kolejnych wierszykach. Cel zostaje zatem osiągnięty, a ponadto uniknięto jednostajnego, nudnego opracowania, na którym przysypiają i dzieci i dorośli.

Różnorodność objawia się nie tylko w sferze tekstu, ale również w ilustracjach. W książce przeplatają się ilustracje dwojga autorów – Elżbiety Jarząbek i Ryszarda Mateckiego. Majka jak zwykle szczególnie upodobała sobie wszystkie kotki, ja zaś wymiękam na widok zmorzonych snem wróżek. No i personifikacja nieba z „Idzie niebo” to mistrzostwo świata.

Majka niedługo skończy dwa latka i powoli wchodzi w wiek powtarzania rymowanek – dzięki tej pozycji poznała mnóstwo nowych, ponadczasowych wierszyków. Ja zaś odnalazłam w niej ukochaną kołysankę mojego dzieciństwa – „Już gwiazdy lśnią” – śpiewałam ją również Majce jak jeszcze była kompletnym brzdącem i spała wyłącznie na moim ramieniu. Nie miałam jednak pojęcia, że właśnie tak brzmi jej tytuł.

Sama książka okazała się być całkiem wytrzymała (szczególnie na upadanie), mimo, że jej liczne strony wykonano ze stosunkowo cienkiego kartonu. Wielki plus za bezpiecznie zaokrąglone rogi i śliską powierzchnię odporną na wycieranie śliny – moje słodkie jak cukierek dziecię całuje na dobranoc każdą ze śpiących na ilustaracjach postaci.

Ciepła, magiczna, ponadczasowa. Książeczka, która łączy pokolenia. Polecamy zarówno tym młodszym – jako jedno z pierwszych spotkań z klasyką – jak i starszym czytelnikom (mamom, ciociom czy babciom) – jako nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa.

Zasypianki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2017, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Martynka. Moje pierwsze historyjki.” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier

Jakiś czas temu pisałam o nowym wydaniu „Martynki”, od którego Maja zaczęła swoją przygodę z jedną z bohaterek mojego dzieciństwa. I choć cudne ilustracje przykuwały jej uwagę, a usztywniane strony oparły się niszczycielskiej działalności ciekawskich paluszków, to same opowiadania okazały się być jeszcze zbyt długie i rozbudowane na ograniczoną cierpliwość mojej prawie dwulatki.

Jest jednak jedna martynkowa publikacja skierowana do najmłodszych książkowych molików – jeszcze w wieku przedprzedszkolnym, czasami się śliniących i potrafiących degustować literaturę również dosłownie – i to ona jest naszym strzałem w dziesiątkę. Choć przesyłkę od Wydawnictwa Palpilon odebrałam dopiero 27 grudnia, to „Martynka” jest jednym z najbardziej trafionych prezentów świątecznych Bobasy.

Książeczka jest naprawdę spora – kwadratowa, wydana na grubych tekturowych stronach o bezpiecznie zaokrąglonych rogach – jest wobec tego dość ciężka, ale podoba się tak bardzo, że Majka daje radę trzymać ja na kolanach i oglądać sama nawet podczas nocnikowego posiedzenia.

W tym przypadku zdecydowanie prym wiodą ilustracje – jedna, maksymalnie dwie na stronie zajmują praktycznie całą ich powierzchnię. Maj jest tym faktem zachwycona (szczególnie jeśli chodzi o zwierzątka i, z jakiegoś powodu, deszcz), a ja nigdy wcześniej nie miałam szansy dojrzeć w „Martynce” aż tylu szczegółów. Zbiór zawiera cztery historyjki – „Martynka idzie na bal”, „Martynka bawi się w mamę”, „Martynka ma urodziny” oraz „Martynka i osiołek”. Każde z opowiadań zostało skrócone do maksimum – zajmują po 4 do 5 stron, po maksymalnie trzy zdania na każdej – a mimo to powyciągane z większego kontekstu wersy wciąż układają się w spójną i logiczną całość, która całkowicie wystarcza małemu, niecierpliwemu czytelnikowi.

Rymy Wandy Chotomskiej są melodyjne i zapadają w pamięć, a że moje dziecię zakochało się w tej książce bez pamięci, to znam je już na wyrywki i mogę recytować nawet w środku nocy. Ale najpiękniejsze jest to, że w trakcie wspólnego czytania albo samodzielnego oglądania, Majka patrząc na obrazek sama buduje zdania i opowiada mi co właśnie Martynka i jej przyjaciele porabiają. To pierwsza książka, która skłoniła ją do czegoś więcej niż wskazywanie paluszkiem i nazywanie przedmiotów przedstawionych na ilustracjach, nie ukrywam więc, że za każdym razem mocno się wzruszam.

Jeśli mogłabym coś zmienić, to osobiście zwiększyłabym czcionkę. Jest na to jeszcze sporo miejsca, a dziadkowie narzekają na małe literki. Wydaje mi sie nawet, że całość wyglądałaby wtedy estetyczniej.

Polecamy z całego serduszka wszystkim maluchom, które jeszcze Martynki nie znają, i ich mamom, które być może pamiętają ją z własnego dzieciństwa!

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Martynka. Moje pierwsze historyjki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2014, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Miasteczko z bajki” Dorota Gellner, z ilustracjami Joli Richter-Magnuszewskiej

Wpadające w ucho rymy Doroty Gellner towarzyszą nam już od dawna – „Myszka” niezmiennie nas wzrusza, „Pisklak” bawi, a wierszyk o jamniczku znam już na pamięć, bo Bobasa życzy sobie go odczytywać przynajmniej raz dziennie. Dlatego też do „Miasteczka z bajki” podeszłam ze sporym entuzjazmem – jak się okazało – zupełnie słusznie.

Między okładkami kryje się bowiem pełna dziwów mieścina zamieszkana przez niesamowicie sympatycznych zwierzęcych bohaterów. A każdy z nich ma swoje przygody. Majka na swojego faworyta bezsprzecznie wybrała niemalże czarny charakter – tajemniczego kota – łakomego kataryniarza i hotelarza noszącego się niczym Szpieg z Krainy Dreszczowców, wciskającego tu i ówdzie swoje zaostrzone pazurki. Bardzo podobają się jej również żaby i rodzina myszek, mnie zaś urzekł pająk dziergający koronki, który decyduje się rzucić wszystko i „wyjechać w Bieszczady”. W Miasteczku z Bajki domek susła ziewa wraz ze swoim gospodarzem, nietoperz nosi lakierki, most dzwoni, z pędzącej dorożki w groszki spadają elementy deseniu, a ratusz wieńczy koronkowa kokarda. Nie można się tu nudzić – króliki kicają, a hotel odwiedza tajemniczy smok… Wszystkie te szalone przygody opisane zostały w 20 niedługich, zabawnych i momentami zaskakujących wierszykach, których melodyjne rymy zostają w pamięci na długo po zamknięciu książeczki.

Dużym plusem jest właśnie wykorzystanie krótkich form – choć wszystkie utwory układają się w spójną całość, bez problemu można skończyć szybciej i wrócić do lektury następnego dnia albo wybierać tylko ulubione wierszyki. Takie zabiegi znacznie ułatwiają mi czytanie odkąd Maj straciła cierpliwość do dłuższych partii tekstu i często przewraca strony zanim skończę czytać.

Całość została zilustrowana w niebanalny, „wycinankowy sposób”. Mnogość szczegółów zachwyca moją małą fankę „Ulicy Czereśniowej”, ćwiczy spostrzegawczość i – co moim zdaniem naprawdę ważne, a coraz częściej zapominane – całkiem dokładnie obrazuje tekst. I to zarówno jeśli chodzi o bohaterów wierszyków i ich przygody, a także samą topografię miasta, które samo w sobie może pretendować do roli bohatera tej książeczki.

Książka jest całkiem duża, dzięki czemu czytelna. Całokartonowe, bezpiecznie zaokrąglone strony ułatwiają samodzielne poznawanie bajkowego miasteczka, a niewielki ciężar pozwala wygodnie czytać z maluszkiem na kolanach.

Dorota Gellner, Miasteczko z bajki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A; 2017, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Martynka. Małe historie” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier

Widzieliście już najnowsze wydanie ponadczasowej „Martynki”? Wydawnictwo Papilon przygotowało trzy tematyczne zbiory przygód tej uroczej bohaterki w wersji skierowanej do najmłodszych odbiorców. „Małe historie o zwierzątkach”, „Małe historie o wielkim szczęściu” i „Małe historie do czytania przed snem” wydane zostały na utwardzanym papierze całkiem odpornym na gniecenie przez małe paluszki. Z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami i przewagą ilustracji nad tekstem – w formie idealnej by zachwycać kolejne pokolenia przedszkolaków.

Nie mogłam się już doczekać aż pokażę Majce jedną z bohaterek mojego dzieciństwa – w istocie „Martynka” wychowała niejednego członka mojej rodziny. Pamiętam jak czytałam ją mojej młodszej siostrze (sama jeszcze ledwo dukając i myląc się przy składaniu sylab) i jak jakiś czas później ona sama właśnie z Martynką podejmowała swoje pierwsze czytelnicze próby. A jedna z moich ulubionych ciociobabć co jakiś czas wspomina, że po emigracji do kraju nad Loarą to właśnie na „Martynkach” nauczyła się francuskiego. Sympatyczna Martynka od lat ciekawi, bawi i wychowuje. Pomaga maluchom radzić sobie w nowych sytuacjach, uczy delikatności i wrażliwości, kształtuje prawidłowe postawy i rozwija wyobraźnię.
Nie ma co ukrywać – to dla mnie bardzo sentymentalna podróż do dzieciństwa. Zawsze uwielbiałam miękkie, delikatne i nieco ckliwe ilustracje towarzyszące opowiadaniom. Baśniowe, dopracowane i pełne szczegółów, z wielkookimi i długorzęsymi postaciami, pełne kolorów i małych zwierzątek. W tych trzech zbiorach odnalazłam bardzo dobrze mi już znane historie, jak „Martynka i 40 kuchcików”, czy „Martynka i pies bohater”. Jednak nie nudziłam się nie przez chwilę, bo jednak większość opowiadań była dla mnie zupełną nowością (a byłam pewna, że przygody tej małej dziewczynki znam od deski, do deski i nic mnie już nie zaskoczy!). Szczególnie wzruszająca okazała się opowieść o ochronie przyrody i jednocześnie o sile dziecięcej wrażliwości.

Ze względu na niewielką czcionkę są to zdecydowanie pozycje do czytania przez rodzica – wspaniała propozycja do wspólnego spędzania czasu jeszcze zanim dziecko samodzielnie zacznie składać litery.

Początkowo Bobasa była nieco rozczarowana, ponieważ w książeczce o zwierzątkach nie było ani jednego kotka poza tym na okładce, szybko jednak znalazłyśmy opowiadanie „Martynka kocia mama” otwierające część przeznaczoną do czytania przed snem. I to właśnie nasz hit – zagęszczenie małych puszystych kotków na niecałych 20 stronach jest zachwycająca, szczególnie z punktu widzenia mojej prawie dwuletniej kociary. Przyznaję jednak, iż jest to jedyna historyjka, której Majka spokojnie słucha od początku do końca – w przypadku innych tematów skupia się głównie na mniej szczegółowych ilustracjach, najchętniej ze zwierzątkami, i szybko przerzuca strony nie skupiając się za bardzo na tekście. To jednak lektura dla nieco starszego czytelnika – myślę, że jako trzylatka będzie nią zachwycona.

Naprawdę musiałam się porządnie postarać, żeby znaleźć coś, do czego można by się przyczepić – niektóre ilustracje zostały umieszczone na zgięciu stron, co odbiera im sporo uroku, całe szczęście dotyczy to nielicznych obrazków. Same książeczki są też dość ciężkie, jest jednak nieuniknione w przypadku użycia grubego, lakierowanego papieru. Mimo to zamknęłabym każdą z książeczek w twardej oprawie, bo to właśnie okładka okazała się być najsłabszym ogniwem w starciu z moją małą Destrukcją i odrobinę dostała w kość podczas czytania.

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent dla przedszkolaka, bardzo rozważyć ciepłe, zaskakujące i zabawne przygody Martynki. Z pewnością gwarantują masę atrakcji i dla czytającego i dla słuchacza. No i są po prostu piękne.

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o zwierzątkach, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o wielkim szczęściu, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie do czytania przed snem, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.

Za nostalgiczny powrót do dzieciństwa dziękuję Wydawnictwu Publicat S.A..