Bajki Majki: „12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy”

O emocjach można mówić i mówić, a i tak nigdy chyba nie powie się wszystkiego. To trzeba poczuć. Problem w tym, że kiedy już je czujemy, okazuje się, że wcale nie tak łatwo sobie z nimi poradzić! Szczególnie, kiedy jest się dzieckiem. A i ja czasem czuję się wobec nich zupełnie bezbronna, choć według metryczki dzieckiem przestałam być już dawno temu.

Książka „12 ważnych emocji” to zbiór opowiadań, w których autorzy przybliżają młodym czytelnikom poczucie dumy, radość, wstyd, tęsknotę, strach, złość, zazdrość, bezradność, smutek, zadowolenie, zaskoczenie i współczucie.

To propozycja dla nieco starszego czytelnika – wytrwałego słuchacza, albo już nieco bardziej zaawansowanego samodzielnego czytacza. Opowiadania są całkiem rozbudowane, zajmują mniej więcej po 8-10 stron, dzięki czemu autorzy mieli szansę dokładniej zarysować daną sytuację, niemalże wyjętą z życia codziennego małolata, i stworzyć bohaterów, z którymi łatwo się identyfikować. A potem już na ich doświadczeniach odbiorca ma szansę nauczyć się, że strach ma wielkie (czasami sumie) oczy, że nie warto ciągle strzelać fochów i mieć much w nosie, a czasami satysfakcja z pomocy innym przysporzy nam więcej dumy, niż zwycięstwo, na które ciężko pracowaliśmy.

Chociaż czcionka nie jest zbyt duża, a same opowiada są raczej długie, nie szczędzono w nich również ilustracji. I chociaż styl Eluty Kidackiej nie jest moim ulubionym, ilustracje które obecne są na każdej stronie spełniają bardzo ważną rolę. Rozweselają i wspomagają wyobraźnię również w rozpoznawaniu emocji – w końcu mimika jest w tym przypadku bardzo ważna.

12 autorów połączyło siły, by udowodnić dzieciom, że nie ma czegoś takiego, jak złe emocje, trzeba tylko nauczyć się je rozpoznawać, czerpać z nich siłę i naukę oraz radzić sobie z ich konsekwencjami. Na tą lekcję nigdy nie jest za wcześnie. Ani za późno.

12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy, Poznań: Centrum Edukacji Dziecięcej, 2020, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Centrum Edukacji Dziecięcej.

Bajki Majki: „Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami”, Anna Sójka, Ola Krzanowska

Koniec wakacji, nadszedł czas nauki! Ale czy ta może być równie przyjemna, co wakacyjne przygody? Moja Majka kocha książki – zarówno kiedy jej czytamy, jak i samodzielnie oglądać obrazki i opowiadać sobie historie. Ale do nauki literek i ich składania w wyrazy jakoś się nie pali. Rozglądam się więc powoli za różnymi tytułami, które zmienią naukę czytania w świetną zabawę. Oto jeden z nich:

„Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami” to niewielka formatem, ale dość gruba książka i całkiem ciężka książka, przywodząca na myśl poważne tomiszcza, za to z naprawdę uroczym wnętrzem. Znajdziemy w niej 12 króciutkich opowiadań – bardzo prostych, ale pełnych przygód i całkiem pouczających – o zwierzątkach, owadach, smokach i księżniczkach, znajdzie się nawet pewna czarownica! Przeczytamy też miedzy innymi o pracowitych pszczółkach i mrówkach oraz pomysłowych biedronkach, strachliwym smoku, leśnym przedszkolu, Śwince Balbince, która wyruszyła zdobywać świat poza chlewikiem, różowym zabawkowym wielorybie, który się zgubił, czy o słoniu, który nauczył się doceniać innych.

W tekście opowiadań część słów zastąpiono obrazkami, by nawet te zupełnie nie umiejące jeszcze czytać maluchy mogły brać czynny udział w lekturze. A jak już przyzwyczają się do wspólnego czytania i będą gotowe na kolejny poziom zaawansowania, między obrazkami czekają wyrazy podzielone na czarno-czerwone sylaby – idealne do stawiania pierwszych kroków w świecie czytania.

Tekst został sformatowany tak, by być maksymalnie łatwym w odbiorze – na jednej stronie znajdziemy od jednego do czterech krótkich zdań z wyszczególnionymi graficznie sylabami i obrazkami zamiast niektórych wyrazów. Bardzo duża interlinia pomaga podczas śledzenia tekstu palcem, a poza piktogramami znajdziemy tu mnóstwo ilustracji – nie tylko będących dekoracją stron z tekstem, ale również całostronicowych. A ilustracje Oli Krzanowskiej są bardzo w moim guście – delikatne, kolorowe i strasznie słodkie, ale bez zbędnej pastelozy.

Dopiero wdrażamy się w czytanie sylabowe, ale jak na razie już same obrazki w tekście sprawiają mojej przedszkolaczce sporo frajdy i dumy z udziału w czytaniu tekstu. Coś czuję, że to będzie całkiem pożyteczna koncepcja!

Anna Sójka, Ola Krzanowska, Czytanki sylabowe z obrazkami, Poznań: Wydawnictwo CED, 2020, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED.

Bajki Majki: „Wirus i inne drobne ustrojstwa”, Boguś Janiszewski, Max Skorwider

Piotrek jest wirusem i marzy o spektakularnej międzynarodowej karierze. Nie jest jednak łatwo zdobyć sławę będąc wirusem atakującym wyłącznie zwierzęta. Dlatego też Piotrek zrobi wszystko, by się sprytnie przebranżowić i spełnić swoje wielkie marzenie. A czy mu się udało, to już przecież wiemy. Wirusy, prosimy, nie bądźcie jak Piotrek!

Zanim jednak młody czytelnik dokładnie prześledzi wyboistą drogę Piotrka do sławy, dowie się czym właściwie są wirusy i bakterie, dlaczego w naszym życiu tak ważne są… jelita, w jaki sposób drobnoustroje mogą dostać się do naszego ciała i jak organizm się przed nimi broni. A także czym są skąd się właściwie biorą, jak się rozmnażają i o co w ogóle tyle hałasu. Pozna też całą masę antropomorficznych drobnych ustrojstw i dowie się, jakie choróbska wywołują.

Ta pozycja nie tylko tłumaczy najmłodszym, o co właściwie chodzi z tą całą pandemią i kwarantanną, co się stało i dlaczego, ale również wprowadza go w świat niewidzialny nieuzbrojonym okiem. W dowcipny i błyskotliwy sposób, ale wciąż językiem adekwatnym do możliwości poznawczych odbiorcy (i ze znaczną pomocą ilustracji!) przybliża takie zagadnienia jak odporność i jej brak, podpowiada w jaki sposób wspierać swój organizm w obronie przed wirusami i podkreśla wagę higienicznego trybu życia.

To już całkiem poważna pozycja dla samodzielnego czytacza (na moje oko jakoś 8-9 latka). Ale chociaż moja Majka jest na nią stanowczo za mała, kiedy tylko wypatrzyła książeczkę o wirusie, stanowczo poprosiła o przeczytanie. A potem słuchała dzielnie i z uwagą (4,5 letnia przedszkolaczka!). To tylko potwierdza potrzebę rozmawiania,  nawet z maluchami!, o obecnej sytuacji, bo już kilkulatki mają dużo większą świadomość tego, co je otacza, niż zazwyczaj nam się wydaje. Wytłumaczmy im powody zmian, które niedawno zatrząsały naszą codziennością. W końcu nawet najtrudniejszą sytuacja – poznając i tłumacząc – można oswoić.

Boguś Janiszewski, Max Skorwider, Wirus i inne drobne ustrojstwa, Poznań: Wydawnictwo Publicat, 66 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Publicat.

Bajki Majki: „Liczyświnki” Agata Matraś

Ku mojemu rozczarowaniu i nieskrywanej radości męża Majeczkę od nauki literek i czytania zdecydowanie bardziej interesują cyferki i liczenie. Ale to nie jedyny powód, dla którego „Liczyświnki” zostały przyjęte w naszym domu z wyjątkowo dużym entuzjazmem. Świnki to wciąż jedno z najulubieńszych zwierzątek (obok kotków, foczek, szopów, wilków…), a humorystyczna koncepcja i rymowana forma książeczki nie pozwalają przejść obok niej obojętnie.

Każda strona prezentuje nam świnkową ciżbę i wyszczególnione w niej persony – w ilości zależnej od omawianej aktualnie cyfry. Najpierw mamy rozkładówkę wprowadzającą (na przykład z jedną świnką i zdaniem wierszyka), kolejna natomiast wypełniona jest zagadkami związanymi z daną cyfrą (na przykład „kto zebrał najmniej malinek?” gdzie odpowiedzią jest świnka, która ma jedną malinkę). Zadania są na spostrzegawczość, kojarzenie faktów, przeciwieństwa i liczenie oczywiście. Nie brak tu labiryntów i wypatrywania szczegółów. Każdej cyferce towarzyszy określony temat – wraz ze świnkami przejedziemy się komunikacją miejską, wybierzemy się do muzeum, do restauracji, na mecz, do parku, na plac zabaw i na przyjęcie urodzinowe. A co najciekawsze, wszystko to zrobimy… wierszem, bo i każda zagadka i każde zdanie w tej książeczce wpada w ucho dzięki wszędobylskim rymowankom.

Niewielka, bardzo kolorowa i niesamowicie zatłoczona i wyjątkowo ładnie ilustrowana kartonówka dla przedszkolaków. Bo chociaż twarde strony, stosunkowo niewielki ciężar i bezpiecznie zaokrąglone rogi pozwalają czytać ją i z zupełnymi maluszkami, to jednak mnogość szczegółów i niektóre z zadań wymagają już wprawy kilkulatka.

Urocza, przesympatyczna i pomysłowa, bardzo polecamy!

Agata Matraś, Liczyświnki, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Rebelia. Urządź po swojemu” Lilianna Fabisińska, Paweł Mildner

Nigdy nie popierałam entuzjazmu, z jakim świat przyjął pozycje w stylu „Zniszcz tą książkę”. Niespecjalnie rozumiem, dlaczego obiektem wyładowywania agresji i życiowej frustracji miałaby być akurat książka (chociaż z drugiej strony może jednak lepiej książka, niż rodzice? Albo chińska waza po babci?). Ale skoro już musi być to właśnie książka, to dlaczego nie ta, która akurat nas wkurza? „Krzyżacy” na przykład? Dlaczego potrzebujemy do tego specjalnej książki (oczywiście w cenie dobrej książki), która w dodatku zawiera wskazówki jak dokładnie powinna być zniszczona, jakby to właśnie samo wymyślanie sposobów destrukcji jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze?

Wydawało mi się, że „Rebelia” będzie kolejną pozycją tego typu, być może ze względu na buntowniczy tytuł. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że to nie jest książka do niszczenia, a do tworzenia!

 

Lilianna Fabisińska (autorka książek, które miały spory wkład w moje magiczne dzieciństwo [dziękuję!]) nakłania czytelnika, by stworzył swój własny świat tak, jak chciałby go widzieć – świat bez zakazów i nakazów, w którym ogranicza nas jedynie własna wyobraźnia. Świat całkowicie bezpieczny i wolny od konsekwencji, bo zamknięty między okładkami. Poruszając się po jedenastu rozdziałach odpowiadających różnym dziedzinom życia, młody buntownik może zrobić wszystko po swojemu: między innymi zaprojektować swój dom i pokój – od kolorów ścian i układu mebli aż po panujące w nim zasady i sposoby mordowania budzika; wymarzyć sobie domowego zwierzaka (nawet, jeśli ma to być Smok Wawelski); zapisać (i stworzyć) swój własny przepis kulinarny, zaprojektować popcorn wszystkich smaków oraz określić swoje najdziwniejsze upodobania kulinarne i sprawić, że od teraz najzdrowszym jedzeniem będą frytki i czekolada; wymyślić swoją własną szkołę – z planem lekcji (bitwa na poduszki jako jeden z najważniejszych przedmiotów? Czemu nie!), portretami nauczycieli, wyposażeniem i spisem lektur; opisać, podrasować lub wymyślić sobie najlepszych przyjaciół, a także stworzyć dla nich sekretny język i zaplanować odjechane urodziny; wyruszyć w podróż życia niezależnie od tego, czy woli się biegać po dżungli, czy po muzeach; pobawić się modą i projektowaniem ubioru (z wymarzonymi tatuażami włącznie), zaplanować idealny seans filmowy, a także postarać się o swój własny film (a nawet festiwal); wymyślić swój idealny smartfon, grę i wiele, wiele innych…

 

A ponadto w książce znajdziecie psychotesty, wykreślanki, mniej lub bardziej szalone inspiracje do spędzania wolnego czasu i inne poskramiacze nudy. Świetnie sprawdzi się podczas przydługiej wakacyjnej podróży. Albo w kolejce na Giewont.

I co najważniejsze – nie wyrzucajcie wypełnionej książki (jeśli jesteś dzieckiem/nastolatkiem/prawie dorosłym) i nie pozwólcie dzieciom wyrzucić wypełnionej książki (jeśli jesteś rodzicem). Schowaj ją gdzieś głęboko i najlepiej zapomnij o jej istnieniu. Kiedy znajdziesz ją przez przypadek przy przeprowadzce kilkanaście lat najprawdopodobniej padniesz ze śmiechu. A „Rebelia” stanie się świetną pamiątką po nie do końca utraconej dziecięcej wyobraźni.

Sympatyczna i pomysłowa książka, która rozrusza wyobraźnię i pozwoli puścić wodze fantazji. Kto wie, może stanie się początkiem niejednej fantastycznej książki albo scenariuszem oscarowej produkcji?

Świetny prezent dla szkolniaka chcącego robić wszystko „po swojemu”.

Lilianna Fabisińska, Paweł Mildner, Rebelia. Urządź po swojemu, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 224 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Girl Power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat” Caroline Paul

Powstaje coraz więcej książek o dziewczynach dla dziewczyn. I to nie tylko o grzecznych, ułożonych dziewczynkach marzących o księciu z bajki, ale o prawdziwych poszukiwaczkach przygód, awanturnicach zmieniających bieg historii. Oto jedna z nich – chyba najbardziej wyjątkowa.

To połączenie wspomnień pewnej kobiety, która od małego nie umiała usiedzieć na miejscu przez pięć minut, ze zbiorem inspiracji, poradnikiem i dziennikiem odkrywcy w jednym. Składa się z dziesięciu rozdziałów, a każdy z nich to jeden z szalonych wyczynów autorki.

Dzięki pierwszoosobowej narracji bardzo łatwo zżyć się z autorką będącą jednocześnie główną bohaterką ksiązki. Szczególnie, że Caroline Paul (stażaczkę, paralotniarkę, nurka głębinowego, kajakarkę, i łowczynię przygód) trudno nie polubić – epatuje pozytywną energią, jest pełna entuzjazmu i zawsze skora do wcielania w życie szalonych pomysłów (jestem pewna, że napsuła swoim rodzicom nerwów co niemiara…). I co najważniejsze – jest autentyczna – nie robi z siebie bohaterki, nie zadziera nosa, nie ogranicza się do przechwałek, nie wręcz przeciwnie. Opowiada zarówno o swoich sukcesach, jak i porażkach, dzięki czemu pozwala czytelniczkom wyciągnąć lekcje ze swoich własnych błędów. Potrafi śmiać się z siebie i ma przesympatyczne poczucie humoru. Uczy przełamywać swój strach, ale i słuchać głosu rozsądku. Podkreśla wagę zachowywania zimnej krwi, wytrwałości i posiadania odpowiednich umiejętności. Ale przede wszystkim radzi cieszyć się życiem, przygodą i wyzwaniami. I nie bać się spełniać swoich marzeń.

Wspomnienia osobistych przygód autorki dopełniają inspirujące cytaty odważnych kobiet i bardzo skrótowe biografie bohaterek. I to właśnie przy tym elemencie chciałabym zatrzymać się na dłużej, bo w moim odczuciu jest genialny. Dotychczas, kiedy ktoś wspominał o wielkich kobietach, miał na myśli przede wszystkim oklepane ikony – Emilię Earhart, Marię Skłodowską-Curie, Fridę Kahlo, czy Artemisię Gentileschi. Osobowości wybitne, ale… od wielu lat martwe i przez to bardzo, bardzo odległe. A w tym przypadku, nie dość, że Caroline Paul wspomina naprawdę mnóstwo nietuzinkowych kobiecych postaci, to jeszcze wybrała przede wszystkim osoby nam współczesne, których losy można śledzić, do których można napisać choćby na facebooku! To bohaterki żyjące, dostępne, zmagające się z tą samą rzeczywistością, co my. I dzięki temu jeszcze bardziej prawdziwe.

Ponadto każdy z rozdziałów zakończony jest małymi wyzwaniami i przydatnymi wskazówkami – dzięki nim przećwiczymy radzenie sobie ze strachem, dowiemy się między innymi jak wiązać węzły, rozpoznawać rodzaje chmur, nakłonić drzewo do wyprodukowania wody, zmierzyć temeraturę za pomocą cykania świereszczy czy zapobiec wychłodzeniu w lesie. Pojawiają się również zabawne grafiki i psychotesty (na przykład odnośnie skakania z klifu) oraz fragmenty „dziennika” do samodzielnego wypełnienia, gdzie sporządzimy listę autorytetów, albo listę rzeczy, które bardzo chcemy w życiu zrobić.

W pierwszym odruchu nieszczególnie podobały mi się ilustracje – jestem wielką fanką starannych, rozmalowanych dzieł sztuki, a tutaj dostałam skreślone na szybko, schematyczne obrazki. Ale wraz z wsiąkaniem w lekturę coraz bardziej wczuwałam się w ich klimat – pośpieszne, nerwowe, sprawiające wrażenie powstałych „na kolanie” ilustracje są bardzo dynamiczne, pełne ruchu, niemalże wibrujące od energii. I przez to doskonale pasują do tej książki i samej Caroline.

Jako dziewczyna pochłonęłam tą książkę w kilka godzin i jestem nią zachwycona. Jako mama cieszę się, że moja córka jest jeszcze na nią za mała. Ale jestem pewna, że za kilka lat „Go girls” trafi w jej ręce, bo jest utrzymana w idealnej równowadze pomiędzy zachętą do działania, a rozwagą i pomyślunkiem. Nawet, jeśli nie każda wyprawa idzie zgodnie z planem. W końcu dlatego właśnie nazywamy je PRZYGODAMI.

Caroline Paul, Wendy Macnaughton, Girl power. Opowieści dla dziewczyn, które chcą zdobyć świat, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 153 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Biblia opowiedziana i objaśniona” Jean–Michel Billioud, Hélène Georges

Chyba każdy zna, lepiej, lub gorzej, część biblijnych opowieści, postaci i wydarzeń. Najczęściej jednak nasza wiedza jest bardzo powierzchowna i dotyczy zaledwie kilkunastu najpopularniejszych wątków powielanych w kulturze popularnej lub związanych z obchodzonymi świętami. A kiedy przychodzi moment, w którym powinniśmy przekazać naszą wiedzę potomnym okazuje się, że jesteśmy kompletnie nieprzygotowani na grad dziecięcych pytań.

Bo czy zastanawialiście się kiedyś kim właściwie byli ci faryzeusze? W którym miejscu na mapie szukać miasta Nazaret, co znaczy słowo „apokalipsa”, ile wzrostu mierzył Goliat i kiedy właściwie to wszystko się wydarzyło?

Tak naprawdę nie ma co próbować szukać odpowiedzi bezpośrednio w tekście Pisma Świętego, które, bez stałego dostępu do internetu, wciąż pozostanie w dużej mierze niezrozumiałe przez najbardziej nawet zawziętego czytelnika. Przerażona koniecznością zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest „wychowanie dziecka w wierze katolickiej” długo szukałam rozwiązania tego problemu. I nareszcie pojawiła się książka, która idealnie odpowiada na moje potrzeby. A że jest dedykowana czytelnikom w wieku 8+, to akurat się załapuję.

To książka, która wciągnie nie tylko dziecko. Odkąd tylko odebrałam ją na poczcie, jest dosłownie rozchwytywana przez całą rodzinę. Przystępna, intrygująca i po prostu ciekawa.

Przede wszystkim dlatego, że poszerza tekst Biblii o kontekst społeczno-polityczny. Poza treścią przypowieści znajdziemy tu również mapy, drzewa genealogiczne i mnóstwo fantastycznych ciekawostek.
Na przykład przy okazji przypowieści o Wieży Babel autor tłumaczy przy okazji czym jest zikkurat.  Wychodząc od głównego tematu nawiązuje do innych religii, wspomina o sposobach przedstawienia danych motywów i wydarzeń w sztuce i doszukuje się błędów (znalazł się nawet mój ulubiony rogaty Mojżesz!). Ponadto zapewnia czytelnikowi zestawienia cudów, symboli, proroków i apostołów, dzięki czemu książka jest swoistą „ściągą z wiary”.

Tłumaczy zawiłe aspekty wiary, wyjaśnia przenośnie i symbolikę, przybliża codzienność opisywanych epok. I robi to całkowicie przystępnym językiem unikając jednocześnie pauperyzacji i zbytniego uproszczania.

Co ciekawe, proste i stonowane (choć bardzo estetyczne) ilustracje w kolorach ziemi są jedynie niewiele znaczącym dopełnieniem tekstu podnoszącym jego atrakcyjność. Nie przejmują funkcji narracyjnej, nie zawłaszczają uwagi odbiorcy i nie oszałamiają przepychem jak to zwykle w sztuce (szczególnie religijnej!) bywało. Tym razem to nie obraz opowiada historie, on tylko pomaga je sobie zwizualizować i podkreśla ich znaczenie. Bardzo subtelny zabieg, którego nie można nie docenić. Bo oto mamy do czynienia ze świetnie zilustrowaną książką, w której obrazki nie wysuwają się na pierwszy plan. I wcale nie miały takiego zamiaru.

Biblia-encyklopedia. Rzetelna, ciekawa, przejrzysta i pięknie wydana. Pozycja obowiązkowa w każdym domu. Z pewnością będę do niej wracać nie raz. Jak tylko uda mi się do niej dopchać gdzieś między Majką, mężem, a babcią.

Jean–Michel Billioud, Hélène Georges, Biblia opowiedziana i objaśniona, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 172 s.

Bajki Majki: „Zwierzokracja” Ola Woldańska-Płocińska

Uwielbiam, kiedy w moje ręce wpadają takie książki. Książki-monumenty, które z dumą i przyjemnością mogę pokazywać dziecku. Ta poświęcona została naszym największym przyjaciołom – zwierzętom.

To jednocześnie pełna ciekawostek encyklopedia, wykład dotyczący empatii, wrażliwości i odpowiedzialności oraz hedonistyczna uczta dla oczu. W solidnej, twardej oprawie kryje się 38 bogato ilustrowanych plansz poruszających najróżniejsze tematy. Łączy je jedno – zwierzęcy bohaterowie. Mały czytelnik przeniesie się zatem do starożytnego Egiptu, gdzie dowie się co nieco o kulcie i mumifikacji kotów, pozna poglądy starożytnych myślicieli na temat jedzenia mięsa, a także dowie się co nieco o pewnej epidemii królików i ludziach, którzy skazywali ślimaki na karę pozbawienia wolności. Poza historią książka stara się wytłumaczyć jak najwięcej z otaczającej nas rzeczywistości i pokazać dziecku, jak duży wpływ mamy na los naszych zwierzęcych przyjaciół – co oznaczają pieczątki na jajkach, dlaczego nie powinno się dawać pupila jako prezent i jak ciężki bywa los mieszkańców cyrku. Przedstawia też niektóre sławne, a nawet święte zwierzęta i ich badaczy. A to tylko niektóre przykłady! Poza tym, książka jest przede wszystkim zbiorem praw zwierząt i obowiązków człowieka wobec naszych mniejszych braci (przyznam, że w części historycznej zaskoczył mnie nieco brak św. Franciszka).

Autorka opowiada swoją historię przede wszystkim obrazem – duże rozkładówki pozwalają cieszyć się wyjątkowymi ilustracjami z zapartym tchem. Sam tekst pełni niejako rolę dopełniającą – tłumaczy i rozwija chwytliwy nagłówek każdego z zagadnień. Bo wielkim atutem tej pozycji jest jej humorystyczny wydźwięk. Kto powiedział, że o poważnych sprawach musimy rozmawiać tylko i wyłącznie na poważnie?

Nie ze wszystkimi tezami się zgadzam – na przykład zupełnie nie przekonuje mnie pomysł z produkowaniem budów ze zużytych butelek. Wręcz przeciwnie, jestem wielką entuzjastką galanterii skurzanej. Uważam, że skoro już hodujemy okreslone zwierzęta na mięso, to powinniśmy wykorzystać wszystko, co mogą nam dać w sposób jak najbardziej sumienny – również skórę i futro.

Z pewnością nie zostanę też wegetarianką, a tym bardziej weganką, chociaż zależy mi, żeby zwierzęta traktowane były w jak najlepszy sposób. Uważam jednak, że przedstawienie dziecku innych sposobów na życie jest bardzo istotne i cieszę się, że kilka z nich pokazuje tak piękna książka.

Fantastycznie, że wszystko wytłumaczone zostało prostym i stosunkowo łagodnym językiem bez uciekania się do brutalnych przykładów i nadmiernej indoktrynacji. Ilustracje są przepiękne tekst mądry i ciekawy, a przesłanie niezwykle istotne. To książka, która uczy, bawi i wychowuje. A jej lektura to niesamowita przyjemność niezależnie od wieku czytającego.

Jeśli szukacie książki pięknej – oto ona. Jeśli szukacie książki mądrej – oto ona. Jeśli szukacie książki wypełnionej zwierzakami po same brzegi… dodatkowa zachęta chyba nie będzie potrzebna.

Ponadto kupując własny egzemplarz książki, wspieracie finansowo zwierzaki będące pod opieką Fundacji Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt Viva! oraz Stowarzyszenie Otwarte Klatki. Nie dość, że kupujecie genialną książkę, to jeszcze pomagacie futrzakom.

Polecamy całą rodziną, z Bobasą i Figlem na czele.

Niech moc zwierzkaów będzie z Wami!

Ola Woldańska-Płocińska, Zwierzokracja, Poznań: Wydawnictwo Pailon, 2018, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Zasypianki”

Spanie – to jeden z tematów, który spędza sen z powiek młodym rodzicom. No dobra, ten sen, to im spędzają dzieci – dzieci, które nie garną się do spania tak bardzo jak byśmy chcieli… Ustalamy zatem rytmy, zwyczaje i rytuały ogrywając moment zasypiania z samozaparciem godnym laureatów Oskara. Przemieniamy się w szamanów próbując ściągnąć na nasze małe wulkany niewyczerpanej energii choć kilka godzin spokojnego, niezmąconego niczym snu

Jednym z niezastąpionych elementów naszego wieczornego rytuału jest wspólne czytanie tuż przed położeniem Bobasy do łóżeczka – rozsiadamy się w fotelu i przy małej lampce sięgamy do podręcznego księgozbioru sprytnie ukrytego w pufie. Od niedawna wśród „pufowych skarbów” prym wiedzie zbiór polskich wierszyków i kołysanek od lat deklamowanych i podśpiewywanych maluchom na dobranoc – „Zasypianki”.

Ta poręczna całokartonowa książeczka zawiera dwadzieścia dwa krótkie utwory – niektóre z nich mogłam deklamować z pamięci jeszcze przed otwarciem „Zasypianek”, niektóre obiły mi się wcześniej o uszy, a jeszcze inne usłyszałam po raz pierwszy dopiero czytając Majce na głos. I jak to w takich zbiorach bywa, część wierszyków przyjęła się wspaniale, a inne omijamy nie poświęcając im ani chwili uwagi. Do takich pogardzanych wierszyków należą na przykład „A, a – kotki dwa” – dotychczas korzystaliśmy z innej wersji (a zapewne tyle jest wersji, ile babć), więc za każdym razem jak zaczynam czytanie, Maj strofuje mnie, że czytam źle. Upodobała sobie za to inny szlagier – „Jadą, jadą misie”. Swoją drogą zaskoczyło mnie, jak różnorodne rytmicznie wierszyki zestawiono ze sobą w jednej książce. Przyznaję, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby przed snem śpiewać tak skoczną melodię i obawiałam się, że misiaki będą mi rozbudzać wyciszone już dziecko. I faktycznie – Majka za każdym razem troszkę się ożywia, po czym na nowo się uspokaja skupiając uwagę na kolejnych wierszykach. Cel zostaje zatem osiągnięty, a ponadto uniknięto jednostajnego, nudnego opracowania, na którym przysypiają i dzieci i dorośli.

Różnorodność objawia się nie tylko w sferze tekstu, ale również w ilustracjach. W książce przeplatają się ilustracje dwojga autorów – Elżbiety Jarząbek i Ryszarda Mateckiego. Majka jak zwykle szczególnie upodobała sobie wszystkie kotki, ja zaś wymiękam na widok zmorzonych snem wróżek. No i personifikacja nieba z „Idzie niebo” to mistrzostwo świata.

Majka niedługo skończy dwa latka i powoli wchodzi w wiek powtarzania rymowanek – dzięki tej pozycji poznała mnóstwo nowych, ponadczasowych wierszyków. Ja zaś odnalazłam w niej ukochaną kołysankę mojego dzieciństwa – „Już gwiazdy lśnią” – śpiewałam ją również Majce jak jeszcze była kompletnym brzdącem i spała wyłącznie na moim ramieniu. Nie miałam jednak pojęcia, że właśnie tak brzmi jej tytuł.

Sama książka okazała się być całkiem wytrzymała (szczególnie na upadanie), mimo, że jej liczne strony wykonano ze stosunkowo cienkiego kartonu. Wielki plus za bezpiecznie zaokrąglone rogi i śliską powierzchnię odporną na wycieranie śliny – moje słodkie jak cukierek dziecię całuje na dobranoc każdą ze śpiących na ilustaracjach postaci.

Ciepła, magiczna, ponadczasowa. Książeczka, która łączy pokolenia. Polecamy zarówno tym młodszym – jako jedno z pierwszych spotkań z klasyką – jak i starszym czytelnikom (mamom, ciociom czy babciom) – jako nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa.

Zasypianki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2017, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.