Bajki Majki: „Pozytywka. T. 2: Sekret Cypriana” Gijé, Carbone

O pierwszym tomie serii przeczytacie TUTAJ.

Ośmioletnia Nola nie może przestać myśleć o fantastycznym świecie ukrytym we wnętrzu pozytywki. Dzięki niemu może dowiedzieć się więcej o zmarłej mamie, w końcu jest teraz powierniczką jej tajemnicy i przejęła po niej obowiązek ochrony Pandorii. Dlatego też kiedy tylko nadchodzi okazja, ponownie przenosi się do tej zagadkowej krainy.

Tym razem trafia w sam środek tłumnej, festiwalowej uroczystości z okazji rocznicy panowania pandoriańskiego króla Hektoriana I. Na szczęście jej nowi przyjaciele wychodzą jej naprzeciw i pomagają trafić do bezpiecznego domu oraz znaleźć sposób na ukrycie się wśród miejscowych. Nola ma szansę poznać kolejną osobę, która przyjaźniła się z jej mamą – zielarza Antona, który oprowadzi ją po swojej pełnej dziwów szklarni i zaprosi na zbiory liści mandragory. Przy okazji wspólnie odkryją zuchwałą kradzież – jak się okazuje, to już kolejna z kolei stracona roślina.

Kto okrada Antona i dlaczego wybiera takie, a nie inne rośliny? Czy to wydarzenie ma coś wspólnego z królewską paradą? Czy po raz kolejny uda się zapobiec tragedii? Przekonajcie się sami!

Drugi tom bajecznie kolorowego komiksu dla młodszych czytelników trzyma w napięciu i pozwala dowiedzieć się nieco więcej o tym świecie. Przy okazji podejmuje ważne dla dziecka tematy, jak zastraszanie i wykorzystywanie młodszego dziecka, przez większych i silniejszych „starszaków” oraz pokazuje prawidłowy sposób zachowania się w takiej sytuacji – zawsze najlepiej opowiedzieć o tym rodzicom, by wspólnie znaleźć rozwiązanie. Kto wie, może przy okazji uda się  zniweczyć podły spisek i uratować życie króla?

Gijé, Carbone, Pozytywka. T.2: Sekret Cypriana, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Czas na czytanie: „Znaleziona” Gytha Lodge

Podczas zakrapianego alkoholem biwaku grupki nastolatków najmłodsza z jego uczestniczek – Aurora – znika bez śladu i mimo rozpaczy przyjaciół nie udaje jej się odnaleźć. 30 lat później ciało dziewczyny zostaje znalezione w niepokojących okolicznościach i śledztwo w sprawie jej śmierci zostaje wznowione. Szybko okazuje się jednak, że zeznania jej towarzyszy coraz bardziej zaczynają się wykluczać, a każdy z nich wydaje się coś ukrywać. Czy ktoś z nich jest zabójcą?

Zdecydowanie nie był to trzymający w napięciach thriller, którego się spodziewałam, wręcz przeciwnie – aż do kulminacyjnej sceny czytałam raczej bez większych emocji. A to dlatego, że „Znaleziona” jest raczej statecznym opisem prowadzonego śledztwa pełnego przeglądania akt, porównywania informacji sprzed 30 lat i kolejnych przesłuchań świadków.

Fabuła opiera się na dość oklepanym, ale sprawdzonym schemacie, przez co podczas lektury miałam wrażenie, że skądś już znam tą historię – mamy tu hermetyczny krąg przyjaciół w zmowie milczenia, bezwzględnie stojących za sobą murem, gdzie mimo różnych animozji każdy zdaje się chronić innych. Kiedy jednak tragiczna historia wraca do nich po latach, wzmagają się podejrzenia, wzrasta niepewność i niechęć, powracają dawne urazy. Przez co podejrzenia padają właściwie na każdego z nich, po kolei. I mimo wielu wskazówek, które autorka pozostawia czytelnikowi po drodze, nie udało mi się odgadnąć tożsamości mordercy niemalże do samego końca.

Chociaż zazwyczaj nie przepadam za przeskokami w czasie, tym razem prowadzona dwutorowo narracja wychodzi powieści na plus – toczące się śledztwo i mozolnie rekonstruowany przez detektywów opis wieczoru, w którym doszło do zbrodni, uzupełniają retrospektywne wstawki opowiedziane z punktu widzenia ofiary. Co w tym przypadku jest istotnym urozmaiceniem akcji.

Nie jest to typ książki, którą czyta się z zapartym tchem, ale mimo to czyta się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że to wstęp do cyklu powieści kryminalnych i chętnie sięgnę po kolejne części, tym razem już z nieco innym nastawieniem.

Gytha Lodge, Znaleziona, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 430 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Inne zasady lata”, Benjamin Alire Saenz

To właśnie cała ja – bożonarodzeniowe książki w kwietniu, a na powieści o wakacjach nachodzi mnie w środku zimy.

Angel Arystoteles Mendoza ma 15 lat i nie jest najbardziej towarzyskim typem w El Paso. Z natury raczej samotnik, raczej zamknięty w sobie, tłumiący emocje, nie najlepiej radzi sobie z dbaniem o relacje i nawiązywaniem przyjaźni głębszych niż powierzchowne koleżeństwo. Na co dzień milcząco zmaga się z problemami rodzinnymi – brakiem płaszczyzny porozumienia z ojcem milcząco przeżywającym traumę wojny w Wietnamie oraz tęsknotą za ukochanym bratem, który został całkowicie wykreślony z historii rodziny.

„Problem z moim życiem polegał na tym, że było ono pomysłem kogoś innego”.

Pewnego lata przez jego mur przebija się Dante – ciekawy świata, uśmiechnięty artysta z awersją do noszenia butów. Szybko okazuje się, że prawdziwa przyjaźń to nie tylko przywiązanie i związane z drugą osobą uczucia i emocje, ale również zyskanie zupełnie nowego spojrzenia na świat. A ten może okazać się naprawdę zdumiewający i faktycznie tylko czekać na odkrycie. W końcu zdecydowanie łatwiej rozwiązywać tajemnice wszechświata z przyjacielem.

To opowieść o poczuciu osamotnienia, różnych rodzajach odmienności, o poszukiwaniu tożsamości, potrzebie wolności i akceptacji, o młodości, głodzie świata i wcale nie tak przyjemnym dorastaniu, o strachu i stawianiu mu czoła, o poznawaniu i definiowaniu siebie – od swoich uczuć i emocji, przez relacje z innymi, aż po cielesność.

Świetnie napisana, jednocześnie lekka i skłaniająca do refleksji, przyjemna w odbiorze i poruszająca poważne problemy. Raz przyziemna, raz poetycka, pełna uczuć i dominującego poczucia zagubienia, o naprawdę mądrym przekazie. Nie jest łatwo być nastolatkiem, dobrze sobie o tym czasem przypomnieć. A jeśli akurat jest się w tym wieku, pocieszająca będzie świadomość, że nie jest się w tym wszystkim samym.

Benjamin Alire Saenz, Inne zasady lata, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Rodzinne, 2013, 339 s.

Bajki Majki: „Jestem przy tobie” Smriti Halls, Steve Small

Znacie to uczucie, kiedy macie najlepszego przyjaciela na świecie, uwielbiacie go ponad wszystko i wszystko robicie razem, ale nie zawsze wychodzi tak, jak to sobie zaplanowaliście i momentami chętnie byście od niego odpoczęli? Albo kiedy to Wy jesteście czyimś najlepszym przyjacielem i nie widzicie świata poza swoim towarzyszem, ale w pewnym momencie wyraźnie zaczynacie go denerwować, chociaż nie rozumiecie dlaczego?

Miś i wiewiórka również dobrze to znają.

W końcu nawet największa przyjaźń potrzebuje od czasu do czasu chwili oddechu, a potrzeba samotności nie zawsze oznacza coś złego. Wie to z pewnością każda mama małej przylepy, a i przedszkolaki szybko uczą się poznawać te uczucia.

Uroczy picturebook z niewielką ilością rymowanego tekstu przybliża i oswaja sytuację, w której czyjaś bliskość, tak na co dzień pożądana, zaczyna nas przytłaczać. Uczy też, że nawet kiedy przez chwilę jesteśmy osobno, nie oznacza to końca przyjaźni, bo prawdziwi przyjaciele są zawsze przy nas – nawet, jeśli nie oznacza to fizycznej obecności non stop. A chwile tylko dla siebie pomagają docenić wyjątkowość momentów, które spędzamy wspólnie.

Prawdziwej przyjaźni niestraszne małe codzienne nieporozumienia, bo i nie ma takiej rzeczy, z którą nie można sobie poradzić wspólnymi siłami!

Duży format, bardzo sympatyczne ilustracje, wpadający w ucho, wierszowany tekst i piękne przesłanie w małej ilości słów. Jedna z bardziej poetyckich i przy tym zrozumiałych pozycji o emocjach dla maluchów.

Smriti Halls, Steve Small, Jestem przy tobie, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 40 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.

Bajki Majki: „Strzeżcie się, potwory!” Rafael Rosado, Jorge Aguirre

Nieustraszona Claudette powraca! Pogoniła kota olbrzymom, stawiła czoła smokom, przyszedł czas na potwory!

Kiedy Mon Petit Pierre szykuje się do corocznych Igrzysk Wojowników, Claudette wydaje się być idealnym kandydatem do drużyny reprezentantów. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli…

Kiedy zamiast zajmować się tym, co wojowniczki lubią najbardziej, trzeba doić krowy, ubijać masło, zbierać grzyby, tkać, czy orać pole, predyspozycje naszej walecznej bohaterki nie są już tak oczywiste. A zniechęcenie wobec kolejnych konkurencji, frustracja spowodowana wrednymi przeciwnikami i potrzeba zwycięstwa zaprząta jej głowę tak bardzo, że nie zauważa prawdziwego niebezpieczeństwa. Od czego jednak są przyjaciele?

I czy wygrywanie jest zawsze najważniejsze?

To już trzeci tom, a przynosi równie wiele emocji, co dwa poprzednie. Jest akcja, jest humor, wywijanie mieczami, siła przyjaźni, śmiertelne zagrożenia, sztuka dyplomacji, magiczne lody, olbrzymia dawka girl power i przerośnięte krewetki zjadające wszystkich twoich bliskich. Jest ekstra!

Super ekstra jest też kilka stron dodatku, który daje czytelnikowi wgląd w proces powstawania i modyfikowania komiksu. Ależ to musi być tytaniczna praca!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, potwory!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 172 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „O misiu, który szukał przyjaciela”, Danuta Parlak

Wszystkiego najlepsiejszego z okazji Dnia Pluszowego Misia!

Najlepszym sposobem na świętowanie będzie czytanie książeczek o misiach misiom i z misiami. Szczególnie polecam dziś Waszej uwadze jedną z naszych najulubieńszych misiowych pozycji – przekochaną historię o pluszaku, który szukał przyjaciela, czyli chwytającą za serce odpowiedź na pytanie co się dzieje z zagubionymi przytulankami. Bo żadna zabawka, nawet ta utracona, nie będzie nigdy samotna.

Choć na niektórych (z ponad 50) stron to ilustracje dominują nad treścią, tekstu jest całkiem sporo jest to więc propozycja dla starszych przedszkolaków, albo dla maluszków, które lubią słuchać i nie nudzą się za szybko. Chociaż przy takich ilustracjach nieszczególnie są szanse na nudę. Bo bajecznie kolorowe, rozmalowane, akwarelowe przedstawienia Joanny Bartosik mają równie duże znaczenie w opowiadaniu historii, co czytane przez rodzica słowa.

Mały Miś w pomarańczowym szaliczku nie ma pojęcia skąd wziął się na ławce. Całkiem zagubiony nie pamięta niczego ze swojej przeszłości, misie mają bowiem bardzo krótką pamięć. Jest jednak pewien dwóch rzeczy – do szczęścia potrzebny jest przyjaciel, a najlepszym przyjacielem pluszowego misia jest dziecko. Wyrusza więc na poszukiwanie tego jednego, jedynego szkraba, który zostanie jego przyjacielem – przemierza park, gdzie poznaje Wiewiórkę dumną ze swej rudej kity, rozgląda się nad stawem, gdzie Kaczki wskazują mu drogę, spędza wspaniały czas na placu zabaw bawiąc się z maluchami. I choć znalezienie bratniej duszy okazuje się nie być wcale takie łatwe, miś nie zamierza się poddawać. Nie martwcie się, jego wysiłki zostaną nagrodzone! A jak powszechnie wiadomo, podróże kształcą, miś odkryje więc przy okazji parę mądrych rzeczy o otaczającym go świecie.

„- To jest mój ogonek – powiedział z przekonaniem Miś. – Misiowy ogonek. A tym masz wiewiórczy ogonek. Każdy z nas ma swój. Dlatego są różne.”

Historia, choć raczej z tych dłuższych, jest podzielona na pięć rozdziałów – a każdy kolejny jest nieco dłuższy od poprzedniego – można więc czytać ją prawie przez tydzień przed snem.

Jeśli jednak Grand Tour Misia nie wyczerpał waszego misiowego apetytu (który zapewne dziś jest jeszcze zwielokrotniony), rzućcie okiem na nasze inne misiaste propozycje: dla maluchów i dla starszaków.

Danuta Parlak, O misiu, który szukał przyjaciela, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2017, 56 s.

Recenzja powstała dzięku uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: „Sekret pustej książki” Marta Kucharz

Jak zachęcić dziecko do czytania? Interaktywnie! Zagadkami, tajemnicami i literackimi podchodami.

Kiedy Hania, z powodu przeprowadzki, otrzymuje w spadku po poprzednich właścicielach olbrzymi regał od góry do dołu wypełniony książkami, jest daleka od zachwytów. To w końcu raczej średnia atrakcja dla kogoś, kto nie lubi czytać. Z tego samego powodu jedyna sąsiadka w wieku zbliżonym do Hani wydaje się strasznie nudnym materiałem na przyjaciółkę – całymi dniami nic, tylko siedzi z nosem w książce. Takie nastawienie może zmienić tylko jakieś niezwykłe zdarzenie. Albo przygoda! A taką właśnie zapowiada zagadka odnaleziona w jednym z wiekowych tomów. Zagadka, do której rozwiązania przyda się oczytana znajoma, jej aportujący kot i… zdziwaczała staruszka z sąsiedztwa? Tajemniczy liścik prowadzi do kolejnego i jeszcze następnego, a na końcu tej zakręconej drogi ma czekać skrzynia ze skarbem!

Niedługa, intrygująca i bardzo pomysłowa historia poruszająca uniwersalne tematy, jak obawy związane ze zmianą środowiska, lęk przed odrzuceniem i przyjaźń – nie tylko między rówieśnikami. To po prostu międzypokoleniowe czytelnicze podchody!

To świetna propozycja dla dzieci, które radzą już sobie z samodzielnym czytaniem, ale jeszcze nie tak płynnie, by porywać się na powieść standardowego formatu. „Sekret pustej książki” budową przypomina kultowe książeczki o Hani Humorek, czy Koszmarnym Karolku – szczególnie pod względem sporej, wygodnej czcionki o dużej interlinii i krótkich rozdziałów bogato przetykanych ilustracjami. Jest jednak od nich bardziej atrakcyjny wizualnie. Wydanie jest wyjątkowo ładne – w twardej oprawie, na błyszczącym papierze, z kolorowymi ilustracjami Elżbiety Moyski, które wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Ciekawa, pomysłowa, ładna i dostosowana do potrzeb czytelnika stojącego na progu swej wielkiej książkowej przygody. Naprawdę warta uwagi, świetnie sprawdzi się jako prezent dla dziecka, które chcemy zarazić czytelniczą pasją.

Marta Kucharz, Sekret pustej książki, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 105 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Srebrny dzwoneczek” Emilia Kiereś

Ilustracje Małgorzaty Musierowicz są na tyle charakterystyczne, że nie sposób podświadomie nie kojarzyć ich z „Jeżycjadą”. A tego rodzaju analogie wysoko stawiają autorowi poprzeczkę! Okazuje się jednak, że Emilia Kiereś bardzo dobrze daje sobie radę z tym porównaniem tworząc pełną ciepła, bardzo spokojną historię dla młodych czytelników.

Cichutka, siedmioletnia Marysia po raz pierwszy ma spędzić wakacje bez rodziców – już wkrótce na świecie pojawi się jej braciszek, więc przyszła starsza siostra wyjeżdża do wiejskiego domku ukochanej cioci, by dać rodzicom nieco wytchnienia przed nowymi wyzwaniami. Ale powiększenie rodziny to nie jedyna wielka zmiana, która czeka naszą bohaterkę. We wrześniu dziewczynka rozpoczyna naukę w szkole, co samo w sobie ma prawo być nieco niepokojące. A kiedy jest się raczej nieśmiałym, konieczność nawiązania nowych znajomości potrafi spędzić sen z powiek. Szybko jednak okaże się, że wakacje to idealny czas na naukę oswajania przyjaciół…

Ciepła i sympatyczna opowieść o nieśmiałości, trudnościach w nawiązywaniu kontaktów i przyjaźni, która – podobnie jak rośliny – często potrzebuje sporo czasu i jeszcze więcej starań, by rozkwitnąć. Nie ma tu żadnych wielkich traum i dramatów, są za to pozornie prozaiczne lęki i niepokoje, którym dzieci muszą stawać czoła co dnia – adaptowanie się do nowego otoczenia, ciągłe zmiany, strach przed odrzuceniem. To piękny przykład na to, że wakacyjna przygodna wcale nie musi zmrażać krwi w żyłach, by być wartą zapamiętania.

Pełna plastycznych opisów i magicznych bohaterów, delikatna jak dźwięczenie dzwoneczka na wietrze, pachnąca plackiem z rabarbarem, przywodząca na myśl dotyk trawy pod bosymi stopami i przesuwające się pod dłonią, nieco szorstkie kocie futerko.

Jedna z książek skrojonych idealnie na wakacje, lub przypominających ich smak zimną jesienią. Ze względu na objętość tekstu – już dla nieco większych, wczesnoszkolnych czytaczy. I chociaż 136 stron czynią ze „Srebrnego dzwoneczka” całkiem poważną lekturę, całkiem spora czcionka, krótkie rozdziały i przerywniki w postaci rozkładówek z rozmalowanymi, akwarelkowymi ilustracjami w bardzo wakacyjnym klimacie sprawiają, że to wyjątkowo przyjazna lektura. Szczególnie, że twarda oprawa ochroni wnętrze przed trudami niejednego letniego wojażu.

Emilia Kiereś, Srebrny dzwoneczek, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2015, 136 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Bajki Majki: „Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek” Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa

Przedstawiam Wam dziś prawdziwego pogromcę wakacyjnej nudy. Czy czyjeś dziecko cierpi już na tą przypadłość? U nas za oknem pogoda z dnia na dzień stała się taka sobie i szaleństwa w ogródkowym basenie nie wchodzą już w grę. A że ciemne, deszczowe chmury mogą złapać nas zawsze i wszędzie, warto mieć w rękawie jakiegoś asa.

„Przygody Wiewiórki Julii” to z założenia książka dla dzieci, które już całkiem sobie radzą z samodzielnym czytaniem. Jest świetna, bo gabarytami (240 stron!) i formatem zbliżona jest do standardowych książek na maminej półce, prezentuje się więc bardzo „dorośle” i naprawdę poważnie. Przeczytanie takiej książki samodzielnie, to już konkretny powód do dumy. A jednocześnie sympatyczny, nieskomplikowany tekst, duże litery, urocza szata graficzna i spore ilustracje pojawiające się co kilka stron sprawiają, że jest to lektura wyjątkowo przystępna dla małego czytacza. Na końcu czekają nawet arkusze z naklejkami przedstawiającym bohaterów powieści! Chyba pierwszy raz mam do czynienia z książką tak sprawnie udającą pozycję dla dorosłych i jednocześnie idealnie skrojoną na możliwości początkującego czytelnika.

Dzięki temu, że na historię składa się dwanaście krótkich, kilkudziesięciostronicowych opowiadań, jest to również bardzo udane rozwiązanie do rodzinnego czytania – na przykład dzieciom w różnym wieku, kiedy akurat złapie nas ulewa podczas biwaku. Bo moja trzyipółletnia córka spokojnie daje radę wysłuchać w skupieniu jednego rozdziału przed snem, a opowiadania bywają na tyle zaskakujące, że i ja się nie nudzę czytając. A książka jest na tyle obszerna, że spokojnie starczy na kilka wieczorów, co ma szansę uchronić nas przed koniecznością zabrania ze sobą dodatkowej na wakacje walizki pełnej książek i książeczek.

A sama fabuła? Z jednej strony powiela znany schemat dziecięcych detektywów, z drugiej zaś autorki dodały do niej szczyptę magii, czyniąc ją zupełnie nieprzewidywalną. Sześcioletnia Zosia ma w swej szkatułce na skarby zaczarowany orzeszek, którego stukanie przywołuje wiewiórkę, która zna się na czarach. Wspólnie z rok starszym sąsiadem Frankiem, mającym sporą słabość do filmów detektywistycznych, rozwiązują przeróżne zagadki i ruszają na tajne misje. Oczywiście w największej tajemnicy przed dorosłymi! Tajemnicza sprawa zaginionego podwieczorku? Łatwizna! Konieczność odszukania gniazda moli w poselstwie o niezjadanie książek i ubrań mamy? Nic trudnego! Odbijanie porwanego przyjaciela zamkniętego w wysokiej wieży? Pewnie! W magicznym świecie wyobraźni dzieci znajdują tajemnicze portale, zmniejszają się i latają. Na swej drodze spotykają gang podstępnych kun, pomocną czarownicę, groźnego dozorcę i jego podstępnego kota Daktyla, a nawet smoka. A to dopiero początek przygód!

Mądre, sympatyczne, pełne ciepła i dobroci opowiastki mające w sobie więcej magii, niż można się tego spodziewać. Dla starszaków jako prawdziwe wyzwanie i dla maluchów do wspólnego czytania. Zaskakująca na każdym kroku, przemyślana i pięknie wydana. Warto mieć ją w zanadrzu nie tylko w wakacje!

Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa, Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 240 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.