Bajki Majki: „Sekret pustej książki” Marta Kucharz

Jak zachęcić dziecko do czytania? Interaktywnie! Zagadkami, tajemnicami i literackimi podchodami.

Kiedy Hania, z powodu przeprowadzki, otrzymuje w spadku po poprzednich właścicielach olbrzymi regał od góry do dołu wypełniony książkami, jest daleka od zachwytów. To w końcu raczej średnia atrakcja dla kogoś, kto nie lubi czytać. Z tego samego powodu jedyna sąsiadka w wieku zbliżonym do Hani wydaje się strasznie nudnym materiałem na przyjaciółkę – całymi dniami nic, tylko siedzi z nosem w książce. Takie nastawienie może zmienić tylko jakieś niezwykłe zdarzenie. Albo przygoda! A taką właśnie zapowiada zagadka odnaleziona w jednym z wiekowych tomów. Zagadka, do której rozwiązania przyda się oczytana znajoma, jej aportujący kot i… zdziwaczała staruszka z sąsiedztwa? Tajemniczy liścik prowadzi do kolejnego i jeszcze następnego, a na końcu tej zakręconej drogi ma czekać skrzynia ze skarbem!

Niedługa, intrygująca i bardzo pomysłowa historia poruszająca uniwersalne tematy, jak obawy związane ze zmianą środowiska, lęk przed odrzuceniem i przyjaźń – nie tylko między rówieśnikami. To po prostu międzypokoleniowe czytelnicze podchody!

To świetna propozycja dla dzieci, które radzą już sobie z samodzielnym czytaniem, ale jeszcze nie tak płynnie, by porywać się na powieść standardowego formatu. „Sekret pustej książki” budową przypomina kultowe książeczki o Hani Humorek, czy Koszmarnym Karolku – szczególnie pod względem sporej, wygodnej czcionki o dużej interlinii i krótkich rozdziałów bogato przetykanych ilustracjami. Jest jednak od nich bardziej atrakcyjny wizualnie. Wydanie jest wyjątkowo ładne – w twardej oprawie, na błyszczącym papierze, z kolorowymi ilustracjami Elżbiety Moyski, które wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Ciekawa, pomysłowa, ładna i dostosowana do potrzeb czytelnika stojącego na progu swej wielkiej książkowej przygody. Naprawdę warta uwagi, świetnie sprawdzi się jako prezent dla dziecka, które chcemy zarazić czytelniczą pasją.

Marta Kucharz, Sekret pustej książki, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 105 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Czas na czytanie: „Filip!” Inga

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale jednak nie sądziłam, że nadejdzie tak wcześnie. Jednak stało się – trafiłam na książkę, przez którą poczułam się staro.

Bo kiedy czytając książkę o nastoletnim yolo i nieszczególnie przemyślanej ucieczce z domu w romantycznym zrywie ku przygodzie, odkrywam w sobie olbrzymie pokłady zrozumienia dla matki głównego bohatera, to chyba jednak coś jest nie tak…

A przecież uwielbiam książki dla młodzieży!

Ale zacznijmy od początku. Filip jest typowym „dzieckiem z dobrego domu” – może nie dostaje wszystkiego, o czym tylko mógłby zamarzyć, ale niczego też mu nie brakuje. Może poza odrobiną luzu. Bo jego rodzice (zwłaszcza mama), należą do tych wymagających, a to nieszczególnie łączy się z Filipowym planem na życie obejmującym co prawda wykształcenie zawodowe, ale już maturę niekoniecznie. A już z na pewno nie heteroseksualizm. Sfrustrowany brakiem zrozumienia i spragniony poważnego dramatu bohater wychodzi więc z domu i wyrusza na przygodę życia. Pieszo, z niecałą stówą w kieszeni i alibi opóźniającym rodzicielski pościg. A to przecież wciąż więcej niż miał Cejrowski na starcie!

Nie za dobrze przemyślana decyzja szybko daje się odczuć. Czy napotkany po drodze zlot „branżowych” motocyklistów okaże się przekleństwem, czy wybawieniem? Bo ulgą dla zmęczonych wędrówką stóp na pewno.

Był moment, w którym byłam całkiem przerażona – wiecie pochwała ucieczek z domu i wsiadania na motocykle z obcymi mężczyznami w wieku podeszłym jako sposób na przeżycie przygody życia. Ale suma summarum wszystko to zostało przedstawione w naprawdę dobry sposób – wraz z popełnianiem błędów (od takich, których żałuje się jeszcze w trakcie popełniania, aż po te z długim terminem zawstydzania popełniacza) i ich konsekwencjami. Spokojnie można pozwolić jej trafić w ręce młodzieży. Chociaż takowa o pozwolenie raczej nie pyta.

To historia o potrzebie wolności i odrobiny szaleństwa. O poszukiwaniu siebie. O pierwszych krokach w dorosłość, która nie zawsze jest zgodna z wyobrażeniami. O osiąganiu zamierzonego celu i stawianiu na swoim. O lekkomyślności i pochopnych decyzjach. O nie ocenianiu po pozorach. O odpuszczeniu sobie. I o tym, że dobrzy ludzie jeszcze istnieją na tym świecie, a szczęście i pech zazwyczaj wędrują parami.

Filip jest tak bardzo młodym, naiwnym dzieciakiem, że to słodkie i budzące zniecierpliwienie jednocześnie. A czytanie o jego przygodzie to prawdziwy rollercoaser – raz umierałam z zazdrości tęskniąc za jego młodzieńczą beztroską, by kilka stron później najchętniej wytargać go za ucho. Ale taki jest chyba urok młodości – smak ma nieporównywalny z niczym innym, ale niesie ze sobą znaczne ryzyko publicznego blamażu.

I robiąc bilans zysków i strat nasz bohater okazuje się być wyjątkowym szczęściarzem, jak na urodzonego pechowca!

Nie da się czytać bez emocji – byłam przerażona, byłam zażenowana i byłam rozbawiona. Niesie ze sobą posmak wakacji, zapach dymu z ogniska i wrażenie ciepłego piasku pod stopami. Pierwszych miłości i nastoletnich dramatów. Idealna na chłodny wiosenny wieczór pod kocem na balkonie. I dla starych i dla młodych duchem.

P.S. Mój tytuł roboczy to „Filip i gang homocyklistów” co idealnie oddaje klimat powieści i właściwie jest moim osobistym szczytem lapidarności w recenzowaniu :D

Inga, Filip!, Szczecin, 2018, 231 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki i księgarni Bukcetbook.

Czas na czytanie: „PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów” Sandra Regnier

O tym, jak bardzo uwielbiam smoki, pisałam już w recenzji „Smoczej straży”. Kiedy odnalazłam mój ulubiony motyw w drugiej części trylogii PAN, nie mogłam powstrzymać entuzjazmu.

Lee, chcąc odszukać prawdziwego mordercę elfiego strażnika i ostatecznie oczyścić z zarzutów swoją przyszłą żonę, znika bez śladu. Ale Felicyty bynajmniej się bez niego nie nudzi. W końcu spotyka się z super sławnym aktorem, gra na nerwach Ciaranowi, który rolę nauczyciela bierze sobie bardzo do serca i oczywiście próbuje odszukać przyjaciela. Przez co (oczywiście) pakuje się w kłopoty, dzięki którym zyskuje szansę poznania całej bandy czystokrwistych, nadętych jak balony elfów, a nawet (równie nadętego) Merlina. Księga przepowiedni jak zwykle miesza, Felicity dowiaduje się coraz więcej o całej tej aferze i dochodzi do wniosku, że wolałaby jednak żyć w błogiej nieświadomości, a cała historia zyskuje znamiona epickiej wyprawy na poszukiwanie legandarnego skarbu, której nie powstydziłby się sam Indiana Jones.

Nie brakuje również spięć ze szkolną bandą gwiazd, jeszcze większych spięć z rodziną (która okazuje się jeszcze bardziej koszmarna, niż Adamsowie), podejrzanych obrazów, bardziej lubi mniej intencjonalnych podróży w czasie (często będących wpływem nadmiernego imprezowania), prób rozwinięcia swoich umiejętności i… bohatera rodem z książki o Piotrusiu Panie.

Gdybym już nie była wielką zwolenniczką tej serii, pokochałabym ją za pracę głównej bohaterki w National Gallery i magię, z którą autorka traktuje malarstwo. Konia z rzędem temu, kto nie miał nigdy wrażenia, że postać z portretu zaczyna nas obserwować, gdy tylko się odwrócimy. Albo temu, kto nie czuł nigdy na twarzy wiatru powiewającego liśćmi wyjątkowo malowniczego pejzażu. Ja tam całkowicie wierzę, obrazy żyją naprawdę. A że można przez nie przejść do innego świata nie dziwi mnie ani odrobinę.

A jeśli o pejzażach mowa, to wielkomiejskim Londynem, dane jest czytelnikowi odwiedzić podczas lektury znacznie bardziej nietypowe miejsca – między innymi Wersal Marii Antoniny, obłędnie zieloną krainę elfów i spowity mgłami zamek Avalonu.

I pojawiają się SMOKI! Czy wspominałam już, jak bardzo KOCHAM smoki? A te, choć jak na razie pojawiły się zaledwie w kilku scenach, zapowiadają się obłędnie. Przede wszystkim są zmiennokształtne (mogą przyjmować zarówno formę bestii, jak i ludzką), co daje nam jeszcze więcej zabójczo przystojnych młodzieńców gotowych łamać niewiaście serca. A przynajmniej mam taką nadzieję.

W pewnym momencie obawiałam się trochę, że Felicyty, która jest jedną z niewielu naprawdę fajnych kobiecych postaci w tego typu literaturze młodzieżowej, straci swój pazur i będzie ją czekał los jednej z awanturujących się, kochliwych nastolatek. W końcu schudła, wyładniała, zaczęła pamiętać o porannym prysznicu (a nawet o uczesaniu włosów!) i nagle cała rzesza facetów (i półelfów) traci dla niej głowę. Całe szczęście, chociaż robi naprawdę głupawe rzeczy, nie ma najmniejszego zamiaru przytemperować swojego charakterku. I chociaż odrobinę bardziej lubiłam potykającą się o własne nogi City-grubaskę przyciągającą publiczne blamaże niczym magnes opiłki żelaza, to jej metamorfoza nie aż tak bardzo mi nie przeszkadza. Oby tylko jej cięty język nie uległ stępieniu!

To prawda, bywa przewidywalna. Ale jest też zabawna, magiczna i intrygująca. Idealna lektura dla „młodszej młodzieży” (w końcu siebie wciąż uważam za odrobinę tylko starszą młodzież). Gwarancja przyjemnego oderwania się od szarej rzeczywistości chociaż na jeden wieczór. W końcu miłość, humor, magia i przygoda to połączenie idealne.

Sara Regnier, PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 400 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.