Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Odbiorę Ci wszystko” Ruth Lillegraven

Jeśli lubicie czytać w biegu, wykorzystując każdą wolną chwilkę wyrwaną z wypełnionej milionem obowiązków codzienności na chociaż kilka stron lektury, to ta książka została napisana właśnie dla Was. Autorka podzieliła ją na mnóstwo krótkich, czasami zaledwie kilkustronicowych rozdziałów. Dzięki temu mamy możliwość poznania historii niemalże symultanicznie z punktu widzenia dwójki bohaterów – ambitnej Clary wspinającej się po szczeblach politycznej kariery i jej męża Haavarda, absolutnie zakochanego w swoich synach lekarza. A także rzucania okiem na sytuację z poziomu kilku postaci pobocznych.

DSC_0086.jpg

Ten sposób narracji ma jednak również swoje minusy – stosunkowo trudno jest „wkręcić się” w akcję, czy utożsamić z którymkolwiek z narratorów.

A tego dodatkowo nie ułatwia fakt, że… bohaterów po prostu nie da się polubić. Chociaż nie sposób nie podziwiać ich za przynajmniej jedną cechę charakteru, ich wady sprawiają, że dla mnie, jako czytelnika, obydwoje byli po prostu odstręczający. I w sumie nie wiem, komu kibicowałam, a komu życzyłam śmierci. Ani czy zakończenie bardziej mnie smuci, czy satysfakcjonuje.

Niemniej jednak nie obyło się bez sporych emocji, a to w książkach zawsze mile widziane.

Ojciec zakatowanego na śmierć małego chłopca przyniesionego na dyżur Haavarda zostaje zamordowany jeszcze zanim zdąży wyjść ze szpitala. A to dopiero początek serii zbrodni będących swego rodzaju egzekucjami na oprawcach swych dzieci.

„Jeśli odbierasz życie komuś, kto zabija i krzywdzi innych – czy można to usprawiedliwić?”

Zagadnienie przemocy w rodzinie i bezradność (norweskiego!) systemu wobec tego problemu zderza się tutaj z koniecznością przepracowania traumy z dzieciństwa. Potrzeba ochrony bezbronnych z osobistą zemstą. Siła żelaznego charakteru z problemami psychicznymi. Potrzeba działania z ułomnością biurokracji. Rozgoryczenie z potrzebą zachowania politycznej poprawności. A jeśli to wciąż za mało wrażeń, to znajdziemy tu również małżeńską niewierność, wyzwania rodzicielstwa i mnóstwo zimnej bezwzględności.

To jedna z tych historii, gdzie bez względu na rozwój wydarzeń, zło zawsze zatriumfuje. I w pewnych aspektach nie sposób nie przyznać mu racji. Taki już chyba urok sytuacji względnych moralnie.

Świetnie sprawdzi się jako książka „na wynos” – do torebki i poczytywania w autobusie, sklepowej kolejce, czy pod lekarskim gabinetem. Bardzo dobra alternatywa dla ludzi nieprzepadającymi za lekkimi romansidłami, a jednak nie mającymi czasu, by zatopić się w książce w stu procentach. Trudna tematyka, nieidealni, bardzo ludzcy bohaterowie i dylematy moralne idą tu w parze z nieskomplikowanym językiem i specyficzną budową powieści, dzięki której ta jest „łatwo odkładalna”.

„Zazwyczaj podejmujemy jakieś działanie, bo chcemy czynić dobro, sprawić, by świat stał się odrobinę lepszy”.

Ruth Lillegraven, Odbiorę Ci wszystko, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2019, 448 s. (premiera 24.04.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Pierwszy róg” Richard Schwartz

Jeśli chodzi o fantastykę, to nie mogę powiedzieć, że jestem znawcą gatunku. Wręcz przeciwnie, po książki tego typu sięgam raczej „od czasu do czasu” i za każdym razem zadaję sobie pytanie, dlaczego nie częściej. Trudno mi czasem nadążyć za swoim eklektycznym gustem i zazwyczaj czytam to, co mnie akurat w danej chwili zainteresuje – nie ważne, czy to tomik poezji, łamiący serce dramat, krwawy kryminał, nieco naiwna młodzieżówka, czy łzawe romansidło. Ale zdecydowanie nie ma nic bardziej odświeżającego od współuczestnictwa w bohaterskiej wyprawie na smoki/skarb/zbójców pod znakiem miecza i braku higieny osobistej.

DSC_1097

No właśnie – tak to zazwyczaj wygląda. Zbiera się bardziej lub mniej przypadkowa grupa indywiduów o szerokim spektrum moralności, którzy połączeni wspólnym celem wyruszają na pełną przygód wyprawę. I przyznaję, że już na samym początku autor „Pierwszego Rogu” mocno mnie zaskoczył odwracając (a przynajmniej mocno opóźniając) ten utarty schemat i właśnie tym zachęcił mnie do swojego debiutu. Bo o żadnej wyprawie nie ma tu mowy, a Schwartz szykuje dla swoich bohaterów coś zupełnie innego.

Z powodu załamania pogody, mocno zróżnicowana grupa podróżnych zostaje uwięziona w zajeździe na przysłowiowym „końcu świata”, a jedynym łączącym ich celem staje się przetrwanie zawieruchy. Jak powszechnie wiadomo, w przymusowym zamknięciu można oszaleć. Szczególnie, kiedy jest się zamkniętą grupą zbójców (albo jest się zamkniętym z grupą zbójców – wszystko zależy od punktu widzenia), mróz stale się nasila, a nocą pojawia się legendarna bestia mordująca towarzyszy bez najmniejszych skrupułów. Szybko okazuje się też, że sam zajazd kryje w sobie więcej tajemnic, niż można się było spodziewać, a kiedy nie można wydostać się na zewnątrz, czasem trzeba wyruszyć w głąb

Wielką siłą tej powieści są wyraziści, świetnie ukształtowani bohaterowie o nieoczywistych pobudkach i charakterach, którzy zestawieni ze sobą tworzą prawdziwie wybuchową mieszankę. Nie brakuje również silnych postaci kobiecych. I przyznaję, że jak zazwyczaj trudno mi się identyfikować z babskimi bohaterami, tak w tym przypadku doceniam każdą z nich. Nawet, jeśli czasami występują w prześwitujących koszulach nocnych. Wydaje mi się jednak, że najsłabszym elementem powieści jest wątek romantyczny – nowo odkryte pokłady uczuć u głównego bohatera zupełnie mi do niego nie pasowały. Na szczęście jest to aspekt na tyle poboczny, że nie rzutuje na całość utworu. Liczę, że ten związek zyska na naturalności w dalszych tomach.

„Umiałem rozpoznać smocza skórę, ale ta nie tylko pochodziła od smoka, ale została zdjęta z pewnej bardzo szczególnej części ciała. Nie wiem, jakie bydlę poświęciło skórę na te rękawiczki, ale na pewno nie miało już pożytku ze swoich jąder.”

Fabuła natomiast nie pozwala się czytelnikowi nudzić ani przez chwilę – są rozboje, bohaterskie pieśni, krwawe zabójstwa i przedwieczne tajemnice, kółka wzajemnej adoracji, zapomniany skarb, zawiłość damsko-męskich relacji, demony przeszłości, tragiczne i brutalne zgony, legendarne królestwa i nie mniej legendarni wojownicy, duchy, zombie i stale narastające napięcie. A przy tym niemalże kryminalna zagadka historyczna, od której rozwiązania zależą losy uwięzionych. Trzeba przyznać, że Schwartz nie szczędzi czytelnikowi niespodzianek.

„Coś tu było, tkwiło w ukryciu przez długie lata, coś, co w jakiś sposób spajało wszystkie elementy. Miałem niedobre przeczucie, że życie nas wszystkich zależy od tego, czy zdołamy rozwikłać tę zagadkę.”

Bardzo podoba mi się kompozycja powieści – chociaż mamy do czynienia z pierwszym tomem rozbudowanego cyklu, akcja nie urywa się w połowie – przygoda ma swój finał, ale jednocześnie autor zostawia nas z niedosytem, ciekawością i wielkim potencjałem dla kontynuacji. Przy tym wraz bohaterami mamy możliwość w sposób zupełnie naturalny poznać realia stworzonego przez Schwartza świata – z jego bogami, historią, polityką i geografią.

Co do samego świata – jeszcze nie wiem, czy mnie do siebie przekonał. Pod względem cywilizacyjnym porównywać go można do wczesnego średniowiecza, gdzie wynalazek zegara wciąż jest jeszcze zbytkowym kuriozum. Ma dwa księżyce i jest płaskim dyskiem (przynajmniej według wiedzy bohaterów). Na równi z ludźmi zamieszkują go fantastyczne stworzenia – elfy, smoki, krasnoludy i wróżki, a magia jest powszechnym, choć elitarnym zajęciem. Mimo to dopatrzeć się można elementów terminologii rodem ze Śródziemia, koń głównego bohatera nazywa się Zeus (mimo całkowicie odmiennego panteonu bogów), a Flamandia, Flandria, Fiorenza, czy Alemania funkcjonują wśród nazw fantastycznych miast, księstw i krain. Świat ten jest więc przede wszystkim strasznie poplątany i nie jestem pewna, czy to pomieszanie fantazji z rzeczywistością będzie fajne. To jednak okaże się dopiero w kolejnych tomach. Na razie jest przed wszystkim intrygująco – nigdy nie wiadomo czym autor nas zaskoczy.

Początkowo trochę męczyła mnie stylizacja języka – przede wszystkim zwracanie się do siebie w trzeciej osobie liczby mnogiej. Ale kiedy już udało mi się do tego przyzwyczaić, książkę czyta się bardzo sprawnie, nie brakuje w niej plastycznych opisów i podszytych humorem dialogów. Z przyjemnością od razu zabrałabym się za kolejne części. Na te niestety będę jednak musiała poczekać.

Tylko nie podoba mi się, to, co stało się z Janosem. Lubiłam go bardzo i wciąż mam nadzieję, że to jakiś podstęp.

Richard Schwartz, Pierwszy Róg, Kraków: Wydawnictwo INITIUM, 2018, 496 s.
(Premiera 20.04.2018)

Czas na czytanie: „Twarz Grety di Biase” Magdalena Knedler

Co tu dużo mówić – ta książka urzekła mnie już samą dedykacją. A potem było jeszcze lepiej.

„- Dlaczego Ty chcesz pojechać do tych cholernych Włoch? Przez nią, prawda? Siedzi Ci w głowie? Zabujałeś się w obrazie?
– Nie zabujałem się w obrazie.
– Mnie też się to kiedyś zdarzyło.”

Dobiegający już czterdziestki Adam żyje w świecie ograniczonym uciążliwymi fobiami. Je tylko kilka wybranych produktów, czuje lęk przed wyjściem z domu, liczy kroki, za każdym razem kilkukrotnie upewnia się, czy aby na pewno zamknął drzwi i bardzo źle znosi najmniejsze nawet zmiany w swojej codziennej rutynie. Prowadzi niewielką galerię na wrocławskim rynku, gdzie każdego dnia układa długopisy w idealnie równym szeregu i dokładnie wyciera kurze. I gdzie raz na jakiś czas wpada jego jedyny przyjaciel – Zygmunt – obiecujący malarz i prawdziwie artystyczna dusza. Tam również trafiają dwa tajemnicze portrety równie tajemniczej włoskiej malarki. Przedstawione na obrazach, przepełnione trudno uchwytnymi emocjami oblicza tej samej modelki nie dają o sobie zapomnieć i popychają Adama do rozpoczęcia intymnej korespondencji z autorką dzieł.

Tak właśnie zaczyna się nieprawdopodobna historia internetowego romansu, która zmusza go do wyrwania się ze szponów nerwicy natręctw i podjęcia korków, na które w innych okolicznościach nigdy by się nie odważył.

„(…) boimy się samych siebie. Tego, co jest w naszych głowach. Mówisz, że w Twojej jest piekło, a ja mogę powiedzieć to samo o sobie.”

Zostawia dorobek swojego życia w rękach znajomej prostytutki oraz oddanego, choć niefrasobliwego przyjaciela i decyduje się na szaloną wyprawę, goniąc za ulotnymi wspomnieniami nieznajomej. To podróż pełna pięknych widoków, artystycznych wzruszeń, ciasnych, brudnych uliczek i smaku smażonych bakłażanów. To również wyprawa głęboko egzystencjalna, wypełniona refleksją nad procesem tworzenia, namysłem nad sztuką będącą gwarancją nieśmiertelności twórcy i nostalgią po artystach, którzy na zawsze osunęli się w mrok zapomnienia.

Zachwycające widoki i zdumiewające efekty wysiłku ludzkich rąk i wyobraźni z umęczonym Chrystusem rozciągniętym na krzyżu w tle. Przedstawienia Zbawiciela w typie krucyfiksu widlastego za każdym razem robią na mnie piorunujące wrażenie. Czasem dobrze sobie przypomnieć, że nie tylko mnie poruszają takie rzeczy jak mistyka wczesnego gotyku. Wspólnota odczuwania podnosi na duchu.

„Adam odnajdywał podobny smutek na wielu obrazach i zawsze wtedy myślał, że jeśli idzie o emocje, istnieje pewien uniwersalizm i pewna ponadczasowość. Ludzie czują tak samo, niezależnie od dekoracji i systemu obowiązujących reguł, a każdy jest bezsilny wobec śmierci, utraty, czy rezygnacji. Jego uwagę przykuło wiele par oczu wyrażających żal, wiele nieruchomych twarzy i ust niewykrzywionych przez uśmiech. Myślał w takich momentach o ogromnej mocy malarza, który nie tylko odtwarza obiekty, ale przede wszystkim je stwarza.”

Kim jest tajemnicza Greta i jakie dramaty doprowadziły ją do namalowania tak przejmujących obrazów?

DSC_1012

To opowieść o cierpieniu, niesprawiedliwości losu i niespełnionej miłości. O fascynacji, obsesji, oddaniu i pokonywaniu własnych słabości. O prawdziwej przyjaźni i uczuciu dla którego warto rzucić wszystko. O pamięci i zapomnieniu. O przemocy i krzywdzie. O nieco naiwnym idealizmie młodości i jego zderzeniu z tragedią. O genialnych twórcach naznaczonych piętnem nieszczęśliwego życia.

„Może chodzi o jedną z tych banalnych i wyświechtanych życiowych prawd, że nie ma ludzi idealnych i trzeba się nauczyć akceptować siebie nawzajem. Bo lepiej już nie będzie, a teraz i tak nie jest źle. Bo razem jest zawsze trochę łatwiej.”

I może przede wszystkim o miłości do sztuki. Dopóki są na tym świecie ludzie przykładający tak dużą wagę do twórczości artystycznej, dopóty jest jeszcze dla nas nadzieja.

„Na tym chyba polegała sztuka – na odnalezieniu własnej drogi lub przynajmniej na jej szukaniu. Może nawet błądzeniu.”

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem solidnego przygotowania Magdaleny Knedler do stworzenia tej historii. Pisze o rzeczach, na których się zna, o miejscach, w których była osobiście i emocjach, jakie sama odczuwała. I ten autentyzm naprawdę czuć podczas lektury.  A o poziomie literackim autorki najlepiej świadczy fakt, że tekst przed korektą właściwie nie potrzebuje korekty. Jej lekkość słowa i poważne tematy podszyte nutką humoru osiadają niczym przysłowiowa wisienka na zawijasie z bitej śmietany.

Książka, która wciąga i nie chce puścić. Ale warto zarwać dla niej noc, bo jest jeszcze lepsza, niż „Dziewczyna z daleka”.

„Mógłbyś znaleźć osobę, która przynajmniej trochę zna temat. No nie wiem, choćby jakiegoś studenta historii sztuki. Wszyscy szukają pracy, a humanistów nikt nigdzie nie chce…”

Magdalena Knedler, Twarz Grety di Biase, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 396 s.
(data premiery 9.05.2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Arsen” Mia Asher

„Miłość może cię zniszczyć. Miłość może pogrzebać cię żywcem w trumnie pełnej bólu i rozpaczy, odebrać ci oddech, odebrać wolę życia.”

To była droga przez mękę.

Nie żartuję i nie stosuję w tym momencie taniego chwytu marketingowego. Naprawdę dawno nie czytałam tak dziwnej książki. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. Gatunkowe, tematyczne i emocjonalne.

Niemalże od początku lektury zastanawiało mnie jedno. Do jakiego odbiorcy skierowana jest ta książka?

Wątki dotyczące poznawania się głównych bohaterów, rodem z młodzieżowego serialu Disneya sugerowałyby odbiorcę między 14, a 16 rokiem życia, ale szczegółowe opisy seksu zajmujące większą część książki obalają tą tezę. Natomiast dorosła czytelniczka raczej na pewno zostanie zniechęcona naiwnością tej historii.

„Wzdycham, przygotowując się mentalnie, by wyjść na deszcz, gdy dzwoni mój telefon. Już mam odebrać, kiedy mija mnie grupa wspaniałych i onieśmielających dziewczyn z żeńskiego stowarzyszenia. Rzucają we mnie kondomami i krzyczą: „Bez gumek nie ma ruchania!”.”

Mamy zatem zupełnie przeciętną, średnio ładną dziewczynę, dla którejś z jakiegoś powodu wszyscy tracą głowę. Główna bohaterka jest mało lubiana, odrabia prace domowe na studiach i trafia jej się miłość od pierwszego wejrzenia. Oczywiście z obłędnym przystojniakiem (w ogóle, gdzie się nie obróci, otaczają ją sami nieziemsko przystojni półbogowie – jeśli tak jest na co dzień w Stanach, to już wiem czemu ludzie chcą tam emigrować!) , gwiazdą sportu, przyszłym prawnikiem. Oczywiście poprzez zderzenie w deszczu z całą otoczką rozsypanych książek i lądowaniem w kałuży. Oczywiście całuje nieznajomego na ulicy. Oczywiście po latach zostają małżeństwem. A autorka nie szczędzi nam infantylnych pomysłów na końskie zaloty ich młodości i cukierkowej słodyczy zakochania.

DSC_0650

Sielanka kończy się z problemami z utrzymaniem ciąży. I tutaj spotkało mnie największe rozczarowanie – liczyłam na poważne podejście do poważnego problemu, na niesamowicie emocjonalną wspólną walkę o macierzyństwo. Niestety, mam wrażenie, że coś, co miało być głównym tematem książki zostało skandalicznie wręcz zmarginalizowane. Brakuje rozmów, starań, wzajemnego wsparcia, biegania po lekarzach, atmosfery oczekiwania. Zostaje nam przedstawiony pewien fakt i nic poza tym. Czytelnik nie dostaje szansy uczestnictwa w procesie walki z niepłodnością i tak naprawdę łatwo odnieść wrażenie, że sama zainteresowana również nie walczy. Powtarza tylko stale jak bardzo marzy o dziecku i jak jej źle, ale znacznie więcej energii i emocji wkłada w zadurzenie młodszym współpracownikiem niż w swoje sny o macierzyństwie. To prawda – scena poronienia jest dramatyczna i poruszająca, podobnie jak depresja, w której pogrąża się Catherine, ale mimo to nie mogłam pozbyć się wrażenia kiepskiego aktorstwa.

W ogóle cała jej postawa jest dla mnie oderwana od rzeczywistości – kobieta po trzech poronieniach, z zagrożonej ciąży nie rezygnuje z pracy, nie przestaje pić kawy, pozwala się szarpać gdzieś w klubowej toalecie i nie stroni od entuzjastycznego seksu. Prawdę mówiąc trudno mi to sobie wyobrazić. Nienaturalność wzmaga brak jakiejkolwiek wzmianki na temat leków podtrzymujących ciążę, hospitalizacji, jakiegokolwiek zwiększonego dbania o zdrowie (za to autorka nieustannie podaje nam nazwy firm produkujących torebki). Poza częstymi wizytami u ginekologa nasza bohaterka wyłącznie czeka i stara nie poddawać się panice.

To tak naprawdę smutna historia kobiety, która rozpaczliwie potrzebuje specjalistycznej pomocy, ale otrzymuje ją zdecydowanie za późno. Kobiety słabej i zdruzgotanej. Kobiety znajdującej się na życiowym zakręcie i podejmującej same najgorsze wybory. Nie do końca stabilnej psychicznie, szokująco niekonsekwentnej w swoich postanowieniach, budzącej współczucie i zażenowanie. Nie potrafiącej docenić tego co ma, nie przyjmującej wsparcia najbliższych. Kobiety o znacznie zaniżonym poczuciu własnej wartości, która podnosi sobie samoocenę romansem z atrakcyjnym młodszym mężczyzną o imieniu prosto z Tablicy Mendelejewa.

„(…) ma na sobie wyblakłe, sfatygowane dżinsy, które wiszą tak nisko, że jestem w stanie dostrzec jego bieliznę od Armaniego, a trzy rozpięte guziki koszuli w odcieniu różu odsłaniają opaloną i wyjątkowo umięśnioną klatkę piersiową. Ten facet emanuje pewnością siebie i seksem.” – cóż we mnie zazwyczaj faceci w różowych koszulach wzbudzają raczej rozbawienie, ale co kto lubi…

To prawda, Cathy jest przekładem niesamowicie irytującej bohaterki, ale to przede wszystkim naiwność, teatralność ze sporą dawką Hollywoodzkiego kiczu (Jest tu nawet bal maskowy! Nie wspominając o wyznaniach wplątanych w pijackie przyśpiewki) i niedopracowanie historii tak bardzo mnie odrzucało.

„Tym razem potwór, którym jestem, którym się stałam, pociągnie kogoś za sobą. To ten mrok we mnie wlecze się za mną, gdziekolwiek nie pójdę, rozprzestrzenia się jak atrament po papierze.” – ach stary dobry welshmerz…

„Kocham go, ale nie jestem pewna, czy nadal jestem w nim zakochana.” – serio? Zawsze myslałam, że faza zakochania trwa kilka… miesięcy?

Nie zrozumcie mnie źle – samo przesłanie książki jest bardzo dobre i zupełnie się z nim zgadzam, ale nie jestem pewna, czy gdybym nie zajmowała się pisaniem recenzji (co znacznie zwiększa moje samozaparcie w przypadku lektur, które nie za bardzo mi odpowiadają), to czy miałabym szansę dotrzeć do tego przesłania. Obawiam się, że nie, bo wymaga to przebrnięcia przez prawie całą pozycję. A ja odpadłabym już na samym początku.

„Małżeństwo to praca, Cathy. Musisz nad nim pracować każdego dnia. Nigdy nie możesz odpuścić. Bycie w małżeństwie jest trudne. Czasem jest świetnie, czasem okropnie, ale zawsze chodzi o to, co z tego wyciągniesz. To, jak sobie z tym poradzisz, odróżni cię od innych par, które się poddały. Trzeba zawsze szczerze rozmawiać z partnerem. Rozwód jest łatwy, to pójście na łatwiznę.”

Nie jestem koneserką tego gatunku i może to nic odkrywczego, ale autorka stworzyła przedziwną dla mnie hybrydępowieść erotyczną o przesłaniu dydaktyczno-moralizatorskim z elementami wattpadowego opowiadania.

Ta koncepcja niestety do mnie nie przemówiła. Spodziewałam się czegoś innego i zapewne stąd tyle rozczarowania – liczyłam na więcej fabuły i rozwinięcie wątku radzenia sobie z bezpłodnością. A mam wrażenie, że ta koncepcja stała się jedynie wymówką do napisania kontrowersyjnej powieści erotycznej, gdzie miłosny trójkąt i wyuzdany seks są główną osią tematu.

Mia Arher, Arsen, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 520 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Przeczucie” Tetsuya Honda

„Japoński kryminał” – to brzmi dziwnie. Skandynawskie, brytyjskie, francuskie czy amerykańskie obiły mi się o uszy (i oczy), ale japońskie? Może to kwestia zatrważających braków w edukacji, ale Japończycy kojarzą mi się raczej z minimalizmem, literaturą filozoficzną (egzystencjonalną?) i lapidarną poezją, z historiami wojennymi i opowieściami miłosnymi z dworskim życiem w tle, a także z nieco dziwacznym science-fiction. Jednocześnie dobrze wiem, że ten kraj potrafi szokować, tym chętniej sięgnęłam po książkę Hondy. W końcu z im bardziej odległą kulturą mamy do czynienia, tym bywa ciekawiej. I nie zawiodłam się ani odrobinę.

Wydało mi się niezwykle egzotyczne, że policjanci częściej poruszają się pociągami, niż radiowozem, wszyscy się wszystkim kłaniają i stale ktoś kogoś przeprasza. A jednocześnie motyw zbrodni, jak i sama jej realizacja są naprawdę chore – nikt nie podejrzewałby o takie pomysły grzecznych, ułożonych i honorowych mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie ma co, Japonia jest ewidentnie krajem pełnym sprzeczności.

Historia „Przeczucia” jest przedstawiona z trzech punktów widzenia – młodziutkiej komisarz-prymuski prędko pnącej się po szczeblach kariery, starego policyjnego wygi o podwójnej moralności i nie do końca określonej sprawczyni. Dzięki temu nie tylko jesteśmy na bieżąco z rozwojem sytuacji i tokiem śledztwa, ale poznajemy również samych bohaterów, ich odczucia, emocje, charaktery oraz wspomnienia i doświadczenia, które ukształtowały ich osobowości.

Reiko Himekawa jest obdarzoną wyjątkową intuicją śledczą, która szybko wywalczyła sobie miejsce w zdominowanej przez mężczyzn policyjnej hierarchii.  Twarda, zdeterminowana i niezależna, całe serce oddaje pracy. Z drugiej strony prowadzi prywatną walkę z zaniżonym poczuciem własnej wartości po traumatycznym zdarzeniu sprzed lat, podsycanym natrętnymi nagabywaniami rodziny i przyjaciół o zamążpójście. Bardzo przejmuje się zdaniem innych, niemal obsesyjnie myśli o własnej prezencji. W życiu prywatnym trochę chce, a trochę nie chce wahając się między adoratorami i własnymi chęciami-niechęciami.

Kensaku Katsumata to na pierwszy rzut oka (na drugi i trzeci również) cham i burak. Komisarz, zdegradowany członek służb specjalnych. Szowinistyczna świnia, gruboskórny drań zamknięty w klatce własnych uprzedzeń. Zapatrzony w siebie skrajny egoista i narcyz. Nie szanuje chyba nikogo, dla rozwiązania sprawy nie cofnie się przed niczym… poza oddaniem tropu kogoś innemu. Pełen pogardy dla świata i każdego napotkanego człowieka. W ramach rozrywki znęca się nad słabszymi, co choć na chwilę poprawia mu humor. Kompletnie pozbawiony taktu i wrażliwości gbur – oto szybka charakterystyka rywala i zaciekłego wroga Himekawy. Które z nich wygra wyścig o chwałę i jako pierwsze rozwikła zagadkę tajemniczego mordercy?

A im dalej posuwa się śledztwo, tym zbrodnia staje się brutalniejsza, dziwniejsza i bardziej niepokojąca angażując więcej i więcej pozornie zwykłych szarych obywateli.

Moim zdaniem to naprawdę dobry kryminał – spójny i przemyślany, usiany drobnymi wskazówkami i czasem nawet zbyt narzuconymi fałszywymi tropami, praktycznie przez cały czas trzyma w niepewności. Dopracowany pod względem ciekawostek z zakresu kryminologii i patologii sądowej oraz zaburzeń psychicznych (największe wrażenie zrobił na mnie pozornie łagodny i mało morderczy mutyzm). Do samego końca nie domyśliłam się kto był wspólnikiem w zbrodni, a i w tożsamość samej morderczyni zdążało mi się powątpiewać.

Super, że Pani Detektyw, mimo niewątpliwego instynktu, nie jest ani pozbawiona słabości, ani nadnaturalnie błyskotliwa ani wszechwiedząca. A zakończenie jest zaskoczeniem nie tylko pod względem tożsamości sprawcy, ale również i samego jej rozwiązania.

Tetsuya Honda, Przeczucie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 350 s.
(premiera książki 16 sierpnia 2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Całe życie” Robert Seethaler

Powiem szczerze, że osobiście nie najlepiej radzę sobie ze zmianami i przeróżnymi niespodziankami od losu. Zawsze reaguję w sposób bardzo emocjonalny (żeby uniknąć słowa histeryczny) i pod tym względem jestem po prostu typową „babą”. Od kiedy pojawiła się Maj i moje życie obróciło się o 180 stopni, często czuję się kompletnie zagubiona, a codzienny niepokój nie odstępuje mnie na krok.

Andreas Egger – bohater książki „Całe życie” – jest moim kompletnym przeciwieństwem. I chyba właśnie dlatego ta pozycja zrobiła na mnie tak niesamowite wrażenie.

Akcja powieści toczy się w Austriackich Alpach na początku XX wieku, a piękny i groźny górski krajobraz jest jednocześnie tłem dla życia Eggera, jak i samodzielnym bohaterem – ulegającym nieuchronnym przemianom związanym z postępem technologicznym i rozwijającym się przemysłem turystycznym. Sam Egger natomiast zdaje się być odzwierciedleniem miejsca, w którym żyje. To masywny i silny mężczyzna, który wszystko, co posiada, zawdzięcza pracy własnych rąk. Jest uczciwy, małomówny i wyważony, a kiedy nie wie, co mógłby powiedzieć, woli raczej nie mówić nic. Nie kieruje się wybujałymi ambicjami, nie podąża za żadną podniosłą ideą. Nie oczekuje niczego od życia i dzięki temu unika ciągłej pogoni za niedoścignionymi celami.

I choć doświadcza w życiu kolejnych tragedii – od trudnego dzieciństwa pozbawionego rodzinnego ciepła, przez utratę żony i dorobku całego życia, aż po wojnę i obóz pracy – przyjmuje je z pewnym wewnętrznym spokojem, który tak bardzo mi imponuje. Mimo, iż jego egzystencja jest pełna tęsknoty i samotności, daleko mu do egzaltacji bohaterów romantycznych powieści – nie pogrąża się w swych uczuciach i nie daje się im pochłonąć. Nie złorzeczy i nie przeklina, nie szuka zemsty ani winnych, nie traci wiary, nie odczuwa lęku przed przyszłością. Nie pooddaje się, trwa. I po raz kolejny i kolejny ciężką pracą buduje swoje życie od nowa. Zamiast rozpamiętywać przeszłość i utracone możliwości, jest wdzięczny za to co ma obecnie i czego miał szansę doznać.

„Czasami na górze było nieco samotnie, ale nie uważał samotności za wadę. Nie miał nikogo, lecz miał wszystko, czego potrzebował i to wystarczało. (…) przede wszystkim rozkoszował się ciszą.”

To lektura o radzeniu sobie z przeciwnościami losu. O nieokiełzanej naturze. O kruchości życia i samotności. O poszukiwaniu wewnętrznego spokoju i życiu w zgodzie z samym sobą. O starzeniu się i ciągłym dostosowywaniu do przemian pędzącego świata. O odnalezieniu swojego miejsca na ziemi.

Ta książka to ratunek dla człowieka znużonego narastającym wyścigiem szczurów tak powszechnym obecnie w społeczeństwach zachodu. Przynosi spokój i ukojenie. Pozwala przestać wymagać cudów od siebie i od świata i chociaż na krótką chwilę zatrzymać się pośród pośpiechu codzienności. Inspiruje do autorefleksji, wyciszenia i odpoczynku. Uczy pokory i wdzięczności za proste rzeczy, które rozpieszczona powszechnym dobrobytem ludzkość nauczyła się przyjmować za oczywiste. I choć tytułowe „Całe życie” rozpisane zostało na mniej niż 200 stronach, efekty lektury odczuwa się jeszcze wiele dni po zamknięciu książki – rozluźnienie, spokój ducha, przyjemność przebywania z samym sobą.

„(…) myślał o swojej przyszłości, która rozpościerała się przed nim tak nieskończenie rozległa, bo właśnie niczego po niej nie oczekiwał.” I to jest chyba właśnie sekret niewzruszonego spokoju duszy Eggera. Spokoju, którego tak mu zazdroszczę i którego mam nadzieję kiedyś doświadczyć.

Robert Seethaler, Całe życie, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2017, 184 s.
(premiera 24 maja 2017)

Za inspirującą lekturę dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.